Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozmyślania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozmyślania. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 maja 2017

Bezradność jak kij

Są tacy, którzy uważają mnie za pyskacza. Są tacy, którzy mówią, że moim jęzorem można by nogi golić. I wówczas nie mam nic przeciwko, szczególnie gdy nogi kobiece i to w każdym tego słowa znaczeniu. Są jednak takie dni, gdy całe moje wygadanie, wyszczekanie, riposty, ironia i złośliwość wkopują się w piasek na wyścigi ze strusiem stereotypów, któremu wstydliwie ulegam szybciej niż myślę. Są takie dni, gdy wypracowana, a może i wrodzona, skłonność do polemiki oddaje pole. Zdaje się psu na buty i dopiero po czasie przychodzi owo słynne: mogłem mu powiedzieć… gdyby nie bezradność właśnie. Ale może najpierw scenka rodzajowa.

    Niedziela, gdańskie Przymorze, kościół w środku osiedla. Koniec Mszy, ludzie wylegają na plac i gromadnie przechodzą przez pobliską uliczkę, traktując jezdnię jak drogę z Kościoła po prostu. Każdy przechodzi gdzie mu bliżej, bez szukania przejścia, bo droga biegnie przez całe osiedle. Przejścia są, nawet dwa, o kilkanaście metrów od siebie, ułożone na wysokich progach zwalniających. Przed progiem z prawej strony zatrzymuje się samochód, przepuszcza nieznaczny tłumek. W tym samym momencie na próg z lewej strony wjeżdża samochód, którego kierowca za nic ma fakt, że na środku jezdni znajduje się starsza kobieta i kilka innych osób, jedzie. Byłem o trzy metry od maski tego samochodu, więc wyszedłem na jezdnię, żeby zmusić prowadzącego do zatrzymania, z wyrzutem patrząc mu w oczy. Zatrzymał samochód, otworzył okno i skierował do mnie typowe w takich sytuacjach słowa: „Ma pan jakiś problem?” Zerknąłem w twarz, na której znalazłem kiludniowy zarost i w wyrazie coś jak połączenie osiedlowego Seby z mieszkańcem strzeżonego osiedla. Zerknąłem na tablicę samochodu, a tam początek na W… i już zagrały stereotypy. Gdzieś pod czaszką jaskrawo pulsował neon: „gadaj z dupą, to cię osra”. Posłuszny ostrzeżeniu rzuciłem krótko: to jest droga wewnętrzna. Ruszyłem dalej nie szukając polemiki, ale dolałem tym oliwy do ognia. Krzyczał coś do mnie on i niewiasta jego, że żadna droga wewnętrzna, że się nie znam i słońce mi za mocno przygrzało i coś tam jeszcze obraźliwego. Nie dosłyszałem, bo w jego stronę odwróciła się kobieta idąca przede mną i z determinacją w głosie krzyczała: „no jaki cham! Nie dość, że na ludzi wjeżdża to jeszcze pyskuje, gdy mu grzecznie uwagę zwrócić! Wczoraj taki sam mało mnie tu nie przejechał! Bydlak!”.

    A mnie dopadła bezradność i zdzieliła w tył głowy. Bezradność jak kij twardy, co ma dwa końce i kij ten, co zawsze się znajdzie, gdy chcesz psa uderzyć. I kij samobij, którego razy najbardziej bolą. Najwyraźniej doszedłem do granicy, do momentu, gdy w zderzeniu z bliźnim bezradność jest silniejsza ode mnie. Ale czy na pewno z nim? Może dotarłem do granicy uległości wobec stereotypów kulturowych? Albo do granicy biegnącej pomiędzy postrzeganiem siebie jako lepiej wiedzącego a byciem zawalidrogą na ścieżce rodaków wyłącznie w siebie zapatrzonych? To jest ten rodzaj bezradności, która iskrzy na styku zewnętrznego polactwa z moim własnym brakiem pokory. Na linii życzliwości, empatii i dżungli polskiej, wymuszającej zasadę: maszeruj albo giń.

    W niedzielne popołudnie, przed kościołem, dałem sobie prawo być wściekłym bardziej na kierowcę czy na siebie? Poddałem się kijom samobijom, bo nie miałem racji w kwestii prawnej? To, że drogi poprzeczne od tej jednej oznaczono jako drogi wewnętrzne, nie musiało znaczyć, że ona również ma taki status. Prawo było po stronie kierowcy, który się na mnie wydarł. Zgodnie z prawem mógł winić stado pieszych i jechać im po piętach? Ale czy w związku z tym nie mogłem oczekiwać od niego zwykłej ludzkiej życzliwości wobec znajdujących się na jezdni? I co wówczas miałbym odpowiedzieć na jego pytanie: „Ma pan jakiś problem”? Z uśmiechem przemówić w duchu: „Mam problem natury empatycznej. Zastanawia mnie, dlaczego kierowcę z tamtej strony stać na zatrzymanie samochodu, a łaskawy pan jakoś się nie kwapi?”. Przecież w gruncie rzeczy o to mi chodziło, a nie o rozstrzyganie z jakiego rodzaju ulicą mamy do czynienia. Dlaczego zatem przed kulturę osobistą wychodzi kulturowa klisza i błyskawicznie łączy znaki: „wygląd Seby, tablica rejestracyjna na W… i agresja na drodze, więc nie ma z kim gadać, chama trzeba chamstwem, inaczej nie pojmie. No to buch mu pod maskę, niech stanie”.

    Jeśli tak, czemu pałuje kij samobij i okłada bezwzględnie: z kościoła wyszedłeś i już na progu zwalniającym zgubiłeś miłość bliźniego? Wystarczyło z uśmiechem poczekać aż przejedzie i dalej iść do własnego życia. Tymczasem postradałeś pokorę, stajesz się zaczepny i podążasz na sznurku stereotypu wprost do konfrontacji. Nie umiesz w tak banalnej sytuacji po prostu ustąpić, bo tu nawet nie trzeba było policzka nadstawiać. Ale czy pokora, uśmiech, miłość bliźniego w czasie marnym nie daje przyzwolenia tym wszystkim Sebom, Januszom, Grażynom? Czy nie zezwala być aspołecznym, coraz mocniej roszczeniowym? Skoro nikt im łokcia nie przetrąci, uprawomocnią na własne potrzeby przekonanie, że świat wokół to ich prywatny paśnik. I tu kij samobij odsłania drugi swój koniec, a tam wypisany jest również Ewangeliczny nakaz: gdy brat twój zgrzeszy przeciw tobie, idź i upomnij go. Podejrzewam jednak, że aktualnie upomnienie takie wywołuje, co najwyżej, zajady od śmiechu, a bezradność pokojowego działania w miłości, rodzi tylko frustracje. Dlatego coraz trudniej kochać ludzi i w większości przypadków wcale nie ma do czego się spieszyć, nawet gdy zbyt szybko odchodzą. Coraz trudniej rozpoznać kto jest moim bliźnim, a dla kogo jestem tylko przeszkodą do marchewki, więc kijem mnie usuwa. 

niedziela, 19 marca 2017

Niedziele spisuję na straty

Najnowsza płyta VooVoo towarzyszyła mi przez moment w sobotę poprzedzającą jej środowe ukazanie na rynku. Słyszałem w radiu zapowiedź, ale też fragmenty muzyki z koncertu określonego mianem „próby generalnej”. Po kilku chwilach wiedziałem, że to chyba to, czego od jakiegoś czasu wyczekuję. Muzyka niespieszna, miejscami trochę hipnotyzująca, monotonna i rozciągnięta w czasie. Nie da się jej zanucić, ale pozwala wyhamować myśli. Mało zachęca do czynu, ale oddala powinności. Daje szanse, by usiąść w ciepłym kącie kontemplacji i nic nie musieć. Muzyka, która proponuje ustawić świece i gapić się bezkarnie w cień płomieni pełgający po ścianie. Linia melodyczna, rytm i bardzo prywatne teksty zabierają tam, gdzie nie ma narodu, polityki, społeczeństwa, kierują do własnego pokoju, do spraw egzystencji oswobodzonej, wolnej od bieżączki zdarzeń i fałszywej ideologii newsa.

          Pomyślałem, że jest to świetny prezent, jaki sobie podaruję na przepychanie niedziel, gdyż bardzo kiepsko je znoszę i mam tak odkąd pamiętam. Pomyślałem o tym we wtorek, nie przypadkiem, bo w środę płytę zamówiłem, a w niedzielę usłyszałem ją w całości i domknęła mi się ta wyliczanka dni tygodnia, które złożyły się na tytuły poszczególnych utworów, ale też na tytuł całości: Siedem. Magia tych utworów i ujęcie tematyczne oraz kolejność (od Środy właśnie), sprawia, że wpisany jest w nie specyficzny rys minimalizmu i rytm powtarzalności, ale też ponadczasowości, to się Waglewskiemu udało. Bez względu na to, czy będziemy słuchać tej muzyki w marcu, w lipcu czy listopadzie, frazy zawieszenia ponad galop codzienności wybrzmią podobnie.

          Zanim jednak zacząłem słuchać, przeczytałem wywiad z Wojciechem Waglewskim, znaleziony w „Tygodniku Powszechnym”, i uśmiechnąłem się do własnych myśli czytając taki oto fragment:

Wojciech Bonowicz: czemu te niedziele u Ciebie zawsze jakieś takie mało świąteczne? I na „Siedem”, i wcześniej na „Męskiej muzyce” ukazujesz je jako czas pusty, stracony, który trzeba przeczekać.

Wojciech Waglewski: Grażyna też mnie pyta: „Co ty z tą niedzielą? Przecież wtedy spotykamy się z rodziną”. No tak, teraz jest fajnie. Ale w dzieciństwie niedziela to był dla mnie najgorszy dzień tygodnia. Wszyscy siedzieli w domu na kupie, był określony rytuał i trzeba się było podporządkować: najpierw do kościoła, potem obiad, potem jakieś nudne programy w telewizji albo spacery z rodzicami. W tygodniu, kiedy rodzice byli w pracy, miałem luz. A w niedzielę przepytywanie, cały czas trzeba się pilnować, bo cię przyłapią na tym czy na tamtym, na podwórko też nie wyjdziesz, bo trzeba z rodziną... Koszmar. Do śmierci pewnie już mi się tak będzie kojarzyć.

          Uśmiechnąłem się do tej refleksji, bo sam mógłbym się pod nią podpisać oburącz, piętą i łokciem przyklepać. Cieszę się, że nie jestem odosobniony w takim postrzeganiu niedzieli, ale nie mam pojęcia, czy chodzi wyłącznie o rytuał, tu zdaje się jest coś jeszcze pogrywa w tle. Powiedzieć, że chodzi o lęk przed nowym tygodniem, to nic nie powiedzieć, że pozwolę sobie przywołać ulubioną konstrukcję Jerzego Pilcha.

          Niedziela jest znośna dopóki przebiega podług rytuału właśnie, czyli mniej więcej do pory obiadu w rodzinnym gronie. Do tego momentu jeszcze jest jasna i czytelna, tchnie odpoczynkiem, świętowaniem i relaksem, szczególnie, gdy słoneczna. Najpierw sen, długi i regenerujący siły po tygodniu utraty. Potem wyprawa do kościoła, czasem spacer, jeśli pogoda sprzyja, obiad i tuż po nim zaczyna się presja nadchodzącego tygodnia. Nawet nie chodzi o nic konkretnego, a przecież myśli o poniedziałku przetykają kolejne godziny szarą nicią i coraz intensywniej w głowie odzywają się nerwowe werble. Im bardziej dzień chyli się ku zachodowi, tym trudniej skupić się na czytanej książce, na rozmowie. Niby tkwimy w dźwiękach domu, w znanych i kojących zapachach niedzieli, niby z dala od zewnętrznego zgiełku, a początek tygodnia jeży się i warczy z ciemności jak wilk gotowy do skoku.

          Od dawna wolę poniedziałkowy poranek, tu już nie ma złudzeń. Niedzielny wieczór wystawia rachunek piątkowym planom z wyrysowaną wizją samorealizacji i wypoczynku w pełnym zakresie, a stąd już prosta droga do poczucia czasu utraconego przeciw sobie. Ponure podsumowanie weekendu wypada coraz częściej blado. Oto kolejny przebiegł w odwiecznym porządkowaniu spraw po minionym tygodniu, a druga jego część upłynęła w rozleniwionej bierności. I już nowy tydzień załomotał do drzwi jak upierdliwy kumpel nadgryzionego sumienia, z przypomnieniem, że znowu poległem. Tygodniki nieprzeczytane, okładka czytanej książki pokryła się kurzem, a powieść niepisana tak intensywnie, że nie wiem, gdzie ostatnio skończyłem, no i wybrane filmy zatrzymane tuż po reklamie, a na koniec laby zostaje prasowanie koszul na nowy czas pracy.

          Kiedy Wojciech Waglewski wspomina nudę niedzieli, z jednym nie umiem się zgodzić. W moim dzieciństwie można było sobie pozwolić po obiedzie na przyjemność oglądania telewizji z rodzicami. Z pewnością było to mniej nudne niż odrabianie lekcji. Co więcej, z radością zastępowało naukę, choć i wówczas za cenę wyrzutów sumienia przed snem i za cenę lęku przed dyktandem i sprawdzianem z matematyki. Mojemu dzieciństwu telewizja oferowała tylko dwa programy, ale wolne od sraczki reklam i brei zmagań z budyniem szefa kuchni. Jako dziecko zupełnie nieświadome uczestniczyłem w kulturze tworzonej przez najlepszych. To dzięki serii widowisk teatralnych poznałem bajki, które opowiadał Andrzej Szczepkowski jako Charles Perrault, a towarzyszył mu Tadeusz Borowski jako Kadet Russel. Obaj wprowadzali nas w świat Kota w butach, ze świetną rólką Tadeusza Plucińskiego. Odsłaniali historię Śpiącej Królewny, Czerwonego Kapturka czy Kopciuszka, przyglądając się zdarzeniom przez lunetę. Może wówczas nieświadomy niczego poznawałem kunszt Marty Lipińskiej, Ireny Kwiatkowskiej, słuchałem muzyki Jerzego Wasowskiego, wszystko to owocowało znacznie później budując samodzielność w ocenie ludzi i zjawisk. I jeśli nie znałem tych nazwisk, uwrażliwiało dzieło, a kody kulturowe, niezbędne w dalszym życiu, wchodziły w głowę gładko i przyjemnie. Nieco później tak samo dobrze wchłaniałem historię polskiego filmu, z prawdziwą przyjemnością oglądając program „W starym kinie”, prowadzony przez Stanisława Janickiego, z jego wstępem poprzedzającym kolejne projekcje przedwojennych filmów fabularnych.

               Owszem, telewizja była reżimowa, ale w przeciwieństwie do dzisiejszej, która jest tylko parodią propagandy reżimu, tamta dbała o poziom i poczuwała się do misji na miarę czasu i możliwości. Sprawiała, że rodzina mogła spędzić czas przed odbiornikiem zintegrowana i skupiona na pożytecznej treści. Niedziela niekoniecznie była czasem straconym, że przypomnę wypowiedź W.W. Dwa programy, ubogie przecież przez wzgląd na cenzurę, dawały szanse obejrzenia razem czegoś ważnego, bez ryzyka podziałów politycznych przy stole i bez podnoszenia ciśnienia przez brzdęki reklam środków na wzdęcia. To wszystko czyniło niedzielę niedzielą, choć rano tak samo wszyscy ruszaliśmy do codziennych zajęć, jednakowo niewolni od lęków egzystencjalnych i zabiegania o sprawy tyleż zwykłe, co jałowe.

czwartek, 2 marca 2017

Przezroczystość elity

Jakiś czas temu obejrzałem Wiśniowy sad Czechowa, klasyka, ale na nowo, w reżyserii Anny Augustynowicz i w wykonaniu aktorów Teatru Wybrzeże. Wędruje za mną ten spektakl i męczy. Reżyserka postawiła na minimalizm w formie, w scenografii niewiele elementów, uderzają tonacje czerni i drewniane krzesła, ustawione w różnych kierunkach, jest duży stół i kilka pomniejszych rekwizytów sugerujących zmianę miejsca akcji. Aktorzy raczej recytują kwestie niż grają role, bardziej do publiczności niż w relacji między postaciami dramatu, co wyraźnie utrudnia wejście w świat przedstawiony. Sztucznie, demonstracyjnie i płasko, chciałoby się powiedzieć, nawet nudno, ale pozostaje niepokojem.

    Dzięki tym zabiegom dostrzegamy, że każda z postaci żyje w świecie własnych dramatów, fobii, dylematów lub wybiera skuteczną metodę izolacji, ucieczki od rzeczywistych problemów. Pozostaje nieprzystosowana do zmieniającego się świata, ale też niezdolna, by komunikować się z najbliższym otoczeniem, nawet z ludźmi swojego pokroju. Głos bohaterów niejako odbija się od pustki i wraca do nich samych. Jedyną osobą, która na tym korzysta jest Łopachin, syn niepiśmiennego chłopa, który ma pomysł na uratowanie dawnych mocodawców przed krachem, proponuje parcelację tytułowego sadu pod domki letniskowe. Właściciele majątku nie słuchają go, grzęzną w marazmie i sentymentach rodowych, które Łopachinowi są obce. Jest praktyczny, więc nie mnoży dylematów intelektualnych i duchowych. Ostatecznie kupi sad, zagra na nosie warstwie wycofanych i bezradnych, choć wykształconych, ale zupełnie pogubionych w świecie chama.

Gdy po zakończeniu sztuki przyglądałem się wychodzącym, szukałem pierwszych reakcji, ale nic z tego. Burzy braw nie było, raczej grzecznościowe oklaski za trud i aktorski wysiłek. Tymczasem na twarzach widzów swoboda soboty, uśmiechy i powroty do tematów przerwanych spektaklem lub do pomysłów na dobrze rozpoczęty wieczór. Skonsumowało się spektakl, więc czas na pizzę i piwo?

    Lubię zerkać na twarze, gesty, miny ludzi, z którymi spędzam czas w jednej z kaplic sztuki. Próbuję szukać reakcji na dzieło, ale tu jej wypatrzeć nie mogłem. Obecni, których rozpiętość wieku wskazywała na przynajmniej trzy pokolenia, kim byli? Przyszli dla rozrywki? Kierowani głodem sztuki? Snobizmem? Potrzebą przeżycia czegoś głębszego w ramach ucieczki od świata polityki i konsumpcji? Chciałoby się w to wierzyć, ale łatwo nie jest. Czy to będzie nadużycie, jeśli uznam, że widzowie w teatrze, to jakaś próbka inteligencji naszych czasów? Elity? Nauczyciele, lekarze, urzędnicy, prawnicy, byli lub aktualni przedstawiciele świata nauki i sztuki? Niejeden freelancer, poeta, plastyk i copywriter? Czy, wyrwani na chwilę z matni swoich spraw i planów działania, poczuli się adresatami niezbyt optymistycznego przesłania?

    Może należałoby przedtem zapytać, czy kiedyś poczuli się elitą? Zakładam, że znakomita większość, to ludzie wykształceni, oczytani, ciekawi świata…, ale o czym ja tu? To tylko teatr, instytucja dziś tak powszechna i demokratyczna, że być może obok profesora zasiada pani z osiedlowego sklepu, choć ona też po zarządzaniu. A tam pomiędzy dziennikarzem lokalnej gazety a grafikiem siedziała może pani ze stoiska z rajstopami w galerii handlowej, choć i ona zdaje się skończyła kiedyś socjologię.

    Wieża Babel inteligencji rozmytej, przezroczystej i zbytecznej, która nie stworzy przekonującej elity, bo mówi językami odmiennych wartości, gustów, odrębnych profesji, na dziś użytecznych albo nie. Pesymizm wizji Wiśniowego sadu według Augustynowicz powrócił do mnie niepokojem pytania: czy istnieje jakaś odpowiedzialna warstwa elity naszych czasów? Nie mówię rzecz jasna o tej finansowej, która buduje rankingi najbogatszych i lobbuje w różnych dziedzinach, ale niewiele ma wspólnego z odpowiedzialnością społeczną czy jakością narodowej kultury. Gdzie szukać głosu warstwy, która poczuje odpowiedzialność za wyciąganie mas z dołka ignorancji, unaoczni i skutecznie napiętnuje powszechne ogłupienie? Czy ten głos jest potrzebny w tłumie, który lubi wymagać od innych, byle nie od siebie?

    Od jakiegoś czasu mam wrażenie, że elity, którym dawniej przypisywano moc kształtowania wzorców życia społecznego i kulturalnego, wyginęły niczym mamuty na skutek naturalnego etapu ewolucji. Zmienił się klimat i przestały się wyróżniać, stopiły się z tłem, jako jeszcze jedna warstwa wyrobników kapitalizmu. Przestały być potrzebne, nie są już nośnikiem treści niezbędnych do dźwignięcia egzystencji na wyższy poziom. Ale może to złudzenie? Może są, tyle że niewidoczne, rozproszone, zamieszkujące z wyboru getta ludzi sobie podobnych, elitarni po godzinach, ale też wszystkożerni bez żenady. Dziś inteligent z taką samą przyjemnością idzie w sobotę do teatru na „trudną sztukę”, jak we wtorek cieszy oczy tasiemcem Barw szczęścia. Elita przestała dzielić kulturę na wysoką i niską, na tę, której warto się trzymać, bo podnosi poprzeczkę naszej wyobraźni albo zmusza do konfrontacji ze stereotypem i na tę, którą konsumuje się łatwo, gdy służy odmóżdżającej rozrywce. W tym miejscu ciśnie mi się fragment książki 44 listy ze świata płynnej nowoczesności Zygmunta Baumana. Zmarły niedawno profesor pisał w jednym z nich: Elita żyje i ma się dobrze, jest nawet bardziej ruchliwa i zalatana niż dawniej, choć równocześnie zbyt zaabsorbowana gorączkowym pochłanianiem wszelkich przejawów kultury, by zajmować się misją oświecania i nawracania maluczkich. Elita kulturalna w swoim najnowszym wcieleniu ma do przekazania masom znajdującym się niżej w kulturalnej hierarchii tylko dwie rady: „odpuście sobie, przestańcie wybrzydzać” i „zwiększcie konsumpcję”. W praktyce wyparła się swego powołania do nawracania, oświecania, uszlachetniania i „uwznioślania” zwykłych ludzi (przemianowanych dzisiaj na „masy”, a ściślej na „konsumentów kultury”).

    Na skutek wyparcia powołania konsumenci już na dobre sobie odpuszczą wybrzydzanie, a tym bardziej podnoszenie sobie poprzeczki świadomości. Uwagę zaś bardzo chętnie kierują (jak to widać na polskim podwórku) na tych, którzy jasno im powiedzą kogo kochać, kogo nienawidzić. Gdy otumanione masy wynoszą do władzy kolejnego karła demagogii, elity zaczynają pękać z oburzenia i szukają grupy wsparcia. Skrzykują się i nucą jednym głosem, który ostatecznie przerodzi się w polifonię bezsilności. Tymczasem rodzimy karzeł Titelitury zaczyna po swojemu układać naszą dotąd bajkę. Zademonstruje arogancję, jaka elicie nie przyśni się nawet po zwiedzaniu Lichenia. I co wówczas może elita? Pomaszerować może ulicą? Wstawić komentarz oburzenia na fejsie? Może nie puścić dziecka do szkoły na znak protestu przeciw deformie oświaty albo zakleić sobie usteczka na scenie teatru, bo nie godzi się na dyrektora z nadania. Tyle może tym działaniem na własną miarę zrobić, że Titelitury silniej będzie trząść pańskim brzuszkiem samozadowolenia. Trząść ze śmiechu w rytm pohukiwań sfaszyzowanej gawiedzi, ślepo posłusznej i gotowej spalić do końca naszą bajkę w podzięce za bezkarność. A to raczej go wzmocni niż zabije, a wesołe memy elity zwisać mu będą kalafiorem.

poniedziałek, 7 września 2015

Wybór obciachu albo obciach wyboru

    Tak, nadszedł ten dzień. Wstałem z krzesła i nic już nie mogło mnie zatrzymać w drodze do lustra. Zobaczyłem to raz jeszcze, więc spokojnie mogłem ogolić twarz i głośno wyznać. Powiedzmy sobie jasno: przez całe życie byłem wyznawcą obciachu i żadnej idei nie byłem tak wierny. Początkowo i to przez dłuższy czas na skutek nędzy PRL-u, potem chyba z lenistwa, ale zawsze z lęku przed śmiesznością. Dlaczego nie miałem pojęcia o modach, trendach i zajobach stadnych? Przecież nie z wyboru, z pragnienia bycia ponad, wywyższania się i kroczenia własną drogą, ja tak zwyczajnie, bez politycznego nacisku i ideologii. Samo wyszło, bezrefleksyjnie i bez powodu do dumy, zwykle lecieć musiałem, czasu nie było.

    Co stadu dziś miłe, za pół roku stado nazwie szczytem obciachu. Z tęsknoty do trwałości bezpieczniej sięgać po obciach jako niezmienny element trwania. W konsekwencji tego wyboru omijałem marki znane z tego, że stanowią markę, a sklepy z konfekcją odwiedzałem w sytuacjach kryzysowych, gdy krok spodni przypominał radziecką firankę po ewakuacji bazaru, a długość nogawki mylnie wskazywać mogła na pasję połowu planktonu w pobliskiej sadzawce. Obuwniczy? Nawiedzałem, a jakże, gdy podeszwy sugerowały już lekceważenie wizyt u ortopedy w dzieciństwie. Odkąd pamiętam zakupy motywowałem koniecznością nabycia tego, co optycznie pozwala zniknąć w tłumie, a krojem i kolorem nie wzbudza porannego wybuchu śmiechu w tramwaju i względnie pasuje do stosownej pory dnia, miejsca i okazji.

   

Niestety, nawet totalny modowy ignorant nie pozostaje wolny od zmagań z aktualnym trendem i inną drogą pozna, co aktualnie stadu miłe. Jeśli modne są spodnie z krokiem na wysokości kolan i tylną kieszenią uciskającą pięty, wyznawca trendu obciachowego (w pewnych intelektualnych kręgach zwanego klasycznym), ma kłopot z kupieniem czegoś niemodnego. Jeśli aktualna szajba urawniłowki mierzy w kurteczkę pikowaną w kołderkę, spróbuj dostać w sieciówce gładką bawełnianą kurtkę do dżinsów i na procesję. Gdy przyszło żyć w epoce ortalionowych rycerzy i zamyśliłeś kupić bluzę bez kultowego kapturka, chroniącego prywatność nosicieli kołczanu prawilności, czeka cię niemal mityczna wyprawa po złote runo. Najwyraźniej ignorancja, podobnie jak wierność sobie w czasie małpim, sporo zachodu musi kosztować.

    Od jakiegoś czasu nie mogę oprzeć się wrażeniu, że przeróżne trendy działają chyba odwrotnie proporcjonalnie do postury nosicieli produktów mód wszelakich i wyzbywają oporu przed kompromitacją. Po raz pierwszy przyszło mi to do głowy podczas wszechogarniającej mody na leginsy, kiedy to niektóre panie wbijały tak intensywnie swoje nadwagi w modny ciuch, że nie tylko przypominały ciasno związany baleron przed wizytą w wędzarni, ale ich nieszczęsne leginsy nabierały przezroczystości rajstop 20 den i ujawniały publiczności dwuznaczną barwę nici w rzyci. Teraz jednak, gdy obserwuję z niepokojem, jak chwilowe mody dopadają facetów, mam inny dylemat: czy dzieje się tak dlatego, że panowie niewieścieją do tego stopnia, że byle głupota ma świadczyć o ich atrakcyjności, czy jednak są na tyle mizerni we własnych oczach, że muszą potwierdzać męskość w spojrzeniu swoich samiczek, nawet za cenę żenady? Czy chodzi o przypodobanie się wybrance, czy jednak o lęk przed piętnującym stadem? Chyba uciekam w pytania bez odpowiedzi, więc odwołam się do przykładu.

    Jest upalny dzień, poniedziałek, popołudnie. Otwierają się drzwi szybkiej kolejki, a do wagonu z impetem wskakuje krasnolud nieuzbrojony. Wiek na oko: dwadzieścia lat z niewielkim okładem. Wzrost siedzącego owczarka, a w garści tekturowy kubełek od Chińczyka. Za syndrom męskości robią mu rude kłaki, pulsujące w rytm żującej szczęki. Broda z gatunku tych, co mojej mamie kojarzą się z mniej szlachetną częścią kozy, dorodna, sięga połowy klaty. Przy mikrym wzroście posiadacza zdaje się żadna to zasługa. Ale zamiast uroków drwala zachowana pamięć weekendowego menu. Z wyraźnym śladem porannej sałatki między kłakami i całkiem świeżym wspomnieniem azjatyckiego makaronu, a i tak całkiem sporo miejsca na deser zostało. Niektórzy wybierają jednak selfie na pamiątkę jadłodajni i może jest to nie tyle higieniczne, co bardziej przyswajalne dla otoczenia. Ten rodzaj krasnoluda tak dalece oddaje się konieczności posiadania brody, że na codzienną jej pielęgnację fantazji już nie wystarczy. Stado mówi, że brodę mieć trzeba, ale wyraźnie nie wspomina o jej estetyce. Ilu takich mijacie na co dzień?

    Jednak ten troll wywołał we mnie refleksję nad przewrotnością mody i szlachetnością trwałego obciachu. Czasem jakoś tak się układa, że niemodne staje się modnym bez zaangażowania człowieka. Pomyślcie dziś, u schyłku mody na brody, czy drwal w głuchej puszczy analizuje w jakim stopniu jest modny? On jest brodaty z założenia, inaczej nie byłoby „mody na drwala”. Kto dałby jej miano i prapoczątek, gdyby nie mit chłopa na schwał, z ramieniem na miarę uda enerdowskiej pływaczki? Czy w zderzeniu z nagłym olśnieniem hipstersa, ten mityczny robotnik lasu powinien dziś z rozpaczy zgolić brodę, bo znalazł się pod presją stada zapuszczonych chłopców u boku żurnalowej dziewczynki? A może nie takie głupie te dziewczynki? Może chodzi o to, żeby na ulicy nie było wątpliwości, które w związku jest kobietą? Bo czyja to zasługa, że posłuszni chłopcy zatroszczyli się o wizerunek, który drwalom bynajmniej chluby nie przynosi?

    Od jakiegoś czasu rozglądam się w tramwaju, pubie, w pociągu, na ulicy i mam wrażenie, że im więcej wokół „drwali”, tym dalej do lasu. Moda zadziałała wyraźnie na opak. Chyba, że mam wyjątkowego pecha, bo gdzie się nie ruszę, spotykam coś pomiędzy hipsterem, krasnalem ogrodowym a fanem Conchity Wurst. Gdzie się nie ruszę kroczy kpina zarośnięta, co z piły łańcuchowej uniosłaby najwyżej osłonę łańcucha, a i to z trudem i w znoju, prawdopodobnie łamiąc sobie przy tym najnowsze tipsy męskości.

    Ale mimo wszystko rąk nie załamuję. Z nadzieją poczekam na kolejną zmianę mód, która dla odmiany, chłopca zbliży do kobiety. Może przemieni ulicznego drwala w peerelowską bufetową? Szkoda, że nie znam żadnego hiper stresa, podsunąłbym mu lansowanie trwałej ondulacji, koniecznie ukrytej pod czepkiem z plastikowej koronki i przy niezbędnym zaniechaniu depilacji nóg, obnoszonych w śnieżnobiałych rajstopach 20 den. Mam nadzieję, że panie z przyjemnością i ulgą przejmą modę, a ich skudlone łydki pod bladym nylonem, pomogą pokonać smutek poniedziałków, których i tak nie polubimy. Bez względu na nietrwałość mód.

czwartek, 5 lutego 2015

Zmiany paradygmatu a dyktatura analfabety

    Dwa tygodnie temu, w weekendowej „Gazecie Wyborczej”, czytałem rozmowę z Olgą Tokarczuk. Zapytana, czy nasze czasy potrzebują mesjasza, pisarka odpowiedziała: Jeśli rozumieć przyjście mesjasza jako rodzaj zmiany paradygmatu, to jak najbardziej. Wszyscy mamy mniej lub bardziej uświadomione poczucie, że zbliżamy się do jakiegoś krytycznego punktu, stare idee się wyczerpały, a nie powstała żadna nowa, która byłaby w stanie uprawomocnić i wytłumaczyć świat. A on wydaje się coraz bardziej skomplikowany i coraz trudniej jest nam go pojąć i uznać za swój. Czasami mi się wydaje, i to mnie naprawdę przeraża, że z mieszaniną jakiegoś wielkiego lęku, ale i dziwnej satysfakcji świat czeka teraz na wojnę. W każdym razie na coś innego.”.

    Zastanowiły mnie te słowa w kilku wymiarach. Po co komu mesjasz w czasach relatywizmu moralnego, wybujałego konsumpcjonizmu, egoizmu, galopującego sekularyzmu, braku tęsknot metafizycznych albo intelektualnych? I co miałby ów mesjasz ogłosić? Szczególnie w tym miejscu świata, gdzie każdy słucha głównie swojego głosu, no chyba że lepiej przebija się głos pani Gessler, pana Okrasy albo innej pani Foremniak z telewizora. Po co komu demolka i dramat wojenny, gdy o wiele bezpieczniej i bez ryzyka urwanych rączek i nóżek ogląda się dostarczanie przez Rosjan „pomocy humanitarnej” separatystom na Ukrainie albo ścinanie japońskiego dziennikarza przez islamistów, czy choćby szarpaninę rodzimych polityków w dowolnym studiu telewizyjnym. Ci ostatni przekroczyli tak dalece granice śmieszności i kompromitacji, że na wodzów rewolucji już nie urosną. Nie zachęcą do rebelii nawet osiedlowego Robina w kapturze, choćby dostrzegł dno w puszce z piwem. Nasi politycy nie podburzą nawet miejscowego orędownika onanizmu jako źródła zbawienia, równie bezsilni będą przy próbach pociągnięcia za sobą kolejnych budowniczych tęczy i fanów Korwina albo Mikkego. Bo w tak podzielonym społeczeństwie trudniej jest o rewolucję niż o mordobicie. Tutaj więcej ludzi myśli jak podpalić samochód sąsiada, bo lepszy, albo jak nie myśleć parkując, żeby mu życie utrudnić niż ruszyć w jedności na jakąkolwiek batalię, by dokonać przewrotu.

   
Czy zatem, po wyczerpaniu wszelkich idei i ideologii, zbliżamy się aż do tak krytycznego punktu, że trzeba zmiany paradygmatu? Konia z rzędem temu, kto w czasie wtórnego analfabetyzmu mas wie, co kryje się pod trudnym słowem „paradygmat”, prawie tak trudnym jak „mesjasz”. Zdaje się, że pisarka, której ostatnią książką okrzyknięto wydarzeniem roku, dużo lepiej czuje się w XVIII wieku niż w czasie danym jej do przeżycia. Odklejona od rzeczywistości zamieszkuje takie rejony abstrakcji, że dla przypomnienia obowiązującego paradygmatu z przyjemnością poleciłbym kilka wizyt w środkach komunikacji miejskiej, w pociągu, na koncertach, ale też w teatrze i kinie, gdzie mogłaby dostrzec, że może nie całemu społeczeństwu potrzeba wymiany idei, lecz znakomitej jego części wystarczy kilka zmian w zakresie elementarnego wychowania i przystosowania do życia w gromadzie. Nie mesjasza, a nauczyciela prostych zasad. Choćby tej, że wyłącza się telefon w kinie, na koncercie i w teatrze albo nie angażuje w telefoniczną relację o upojnym seksie wszystkich gości restauracji, w której się znajduje. Wówczas tolerancyjni goście darują nawet, jeśli on zje zupę widelcem, a ona nakarmi mlecznym cycem świeżo narodzonego troglodytę bez opuszczania sali.

    Jeśli ktoś chciałby mi zarzucić, że jadę po bandzie, bo przecież do teatru cham nie chadza, polecam tekst w „Newsweeku” nr 06/2015. Mowa tam o kulturowym terrorze półanalfabetów, którzy narzucają reszcie swoje gusta. W części diagnozy społecznej, dotyczącej teatru właśnie, padają takie oto słowa: … ludzie najczęściej przychodzą do teatru, by zobaczyć na żywo aktora, którego znają z telenoweli. Nie do końca wiedzą, co obejrzeli, pytani o wrażenia mówią, że chcieliby, żeby fotele były bardziej wygodne. Albo że kolejka do bufetu za długa. Z opowieści pracowników teatrów prywatnych wyłania się obraz nowej publiczności – nienauczonej obcowania ze sztuką, lecz nieodczuwającej z tego powodu dyskomfortu. Śpiącej, wędrującej po sali, jedzącej bułki podczas przedstawienia, dogadującej aktorom, awanturującej się z obsługą. Bywa, że po pijanemu. Największym nieszczęściem nie jest jednak to, że ta nowa publiczność brzydko się zachowuje w teatrze. Gorzej, że obraża się, gdy nie rozumie kierowanego do niej kodu kulturowego. Zrywa przedstawienia, pikietuje pod teatrami czy galeriami sztuki, wzywa na pomoc prokuraturę”.

    Dyktatura cebulaka dopada nieuchronnie ostatnich obywateli reprezentujących względny poziom. Robi im się coraz ciaśniej w świecie, w którym Edek z Tanga stał się przedstawicielem elity finansowej i kulturalnej. Ekspansja chama, o jakim ani Gombrowiczowi ani Mrożkowi się nie śniło, obejmuje wszystkie sfery życia i co ciekawsze, nawet te, które kiedyś wiały nudą w oczy prostaka. Nie ma to związku z poziomem wykształcenia, przynajmniej odkąd na uczelniach publicznych i prywatnych ukończenie studiów nie wymaga ani elementarnej erudycji, ani odrobiny znajomości zasad savoir vivre’u, a wystarczy opłata czesnego. Zmiana paradygmatu to taka, że prostak nie czuje zagrożenia, bo to ostatni inteligent, pogardliwie zwany wykształciuchem, staje się zakładnikiem własnego poziomu. To on jest frajerem, który obawia się żenady i śmieszności. Do analfabety kulturowego w żaden sposób nie przykleja się słowo kompromitacja wobec ogółu, bo sam jest ogółem. Czuje się wszędzie u siebie i dobrze, bo niby skąd popłynie przygana społeczna? Niezdolny do wstydu pleni się bez lęku i trwogi, więc i bez idei prościej mu się żyje, bo egzystuje bez balastu refleksji.

    Zatem gdzie mieszka wspomniana przez Tokarczuk potrzeba idei, która byłaby w stanie uprawomocnić i wytłumaczyć świat? Czy prostak potrzebuje tłumaczenia świata? Czy tylko jego konsumowania w każdym wymiarze wygody, lenistwa i braku poszanowania dla czegokolwiek poza tłustym kałdunem, iphonem i telewizorem? Ale widać lęk jest społecznie odczuwalny, skoro porusza pisarkę. Z tym, że jest to przedśmiertny lęk mamutów, ostatnich Mohikanów, rozrzuconych po blokowiskach, starych kamienicach naszych miast, zamkniętych w ostatnich kółkach wzajemnej adoracji, w przestrzeniach oswojonych. To gromadki zamieszkujące światy mniej lub bardziej wirtualne i niechętne do naruszania własnej bańki, do wystawiania się na strzał prostaka, choćby ten chodził na cienkich nóżkach i w hipsterskich porciętach.

    W tej sytuacji cieszą takie artykuły jak ten w „Newsweeku”, które próbują wołać o zmianę paradygmatu właśnie. Niby jaskółka, co wiosnę chce oznajmiać, tygodnik nagłaśnia dyktat chama. Wzywa mniej lub bardziej wprost do opamiętania, do czytania książek, jako czynności ocalającej człowieczeństwo, budującej intelekt, wolność, jasność umysłu i ducha, ale zaraz potem sygnalizuje, że to tylko działanie pro forma, w którego skuteczność sama redakcja raczej nie wierzy i podcina gałąź, na której przysiadła. Od czasu do czasu wypada popsioczyć na upadek kultury, na zniżone intelektualne loty społeczeństwa, na zanik czytelnictwa, na prymitywizm telewizji bezwzględnie usuwającej z ramówki programy kulturalne, pozostającej na usługach bezrozumnej masy. Ale dla równowagi kilka stron dalej w tym samym numerze „Newsweeka”, czytelnik znajdzie reklamę tytułów książek z super oferty, sygnowanej rozpoznawalnym znakiem: Sylvia Day. Tytułów głośnych bestsellerów wymieniać nie muszę, każda pani domu, księgowa i kasjerka podaje je z rąk do rąk. Niekonsekwencja prasy powiecie? Hipokryzja? E tam, gdy misja wypełniona, pora na biznes i wybacz Winnetou.

czwartek, 20 listopada 2014

Łowcy miłosierdzia


Dziewczynka nie miała siły albo ochoty. Przysiadała na piętach, przeciągnęła pod nosem pręgowanym, przydługim rękawem sweterka nie pierwszej czystości i po chwili przyglądała się małym ciemnym dłoniom. Nic nie budziło niepokoju, więc patrzyła w korony nagich drzew, byle dalej odwieść myśl od konieczności zawodzenia. Rozejrzała się bystro dookoła i jakiś delikatny szelmowski błysk rozjaśnił jej śniadą twarz. Wyraźnie ucieszyła się, że nikt nie nadchodzi, więc nie ma potrzeby odstawiania dramatu dziecka na skraju wyczerpania. Zmęczona brzmieniem frazy ze zdartej płyty: „daj pani złoty, daj dobra pani, daj na jedzenie, Bóg zapłać” albo zwyczajnie dziecięco znudzona, przez dłuższą chwilę nie wyłudzała grosza na lepsze samopoczucie tych, co na chodniku posadzili ją za karę, że nie urodziła się biała. Bardziej rozczochrana niż uczesana, niespokojnie poruszała resztką warkoczyka, odwracając głowę w lewo i w prawo. Co chwila odgarniała czerń nieposłusznych włosów, opadających wzdłuż policzków, aż w końcu znieruchomiała.

    Zebrała siły, żeby i tej kobiecie nie odpuścić, nawet wciągnęła głęboko powietrze, ale oddech został wewnątrz. Babina szła zbyt wolno, poprawiała okulary z grubymi szkłami, lekko chwiała się na boki i ciągnęła za sobą kraciastą torbę na kółkach, jeszcze pustą, którą na rynku wypełni do granic wytrzymałości zieleniną, mięsem drobiowym, ziemniakami i jajami prosto od chłopa. Najdalej za czterdzieści minut, popiskując kółkami, przeciągnie ją na powrót obok romskiej dziewczynki. Mała już wie, że z lepszym skutkiem wyciągnie dłoń dopiero później. Ludzie są bardziej hojni, gdy zrealizują tygodniowe zapotrzebowanie na świeże i wiejskie. Wówczas widok dzieci boleśniej wchodzi drzazgą w dobre samopoczucie. Ale kobieta z pustą torbą sama zatrzymała się nad małą, spojrzała z bliska i odezwała się, mimo że dziewczynka o nic nie prosiła:

– A ty umiesz przeżegnać się, dziecko? Umiesz ojczenasz zmówić? Widzisz? Ty nic nie umiesz, to jak ty chcesz miłosierdzia ludzkiego prosić? My tu naród katolicki jesteśmy, wiesz? Ty nawet nie wiesz, co ja do ciebie mówię! Ale ja tobie dam złotówkę, nawet dwa złote tobie dam jak zobaczę, że ty tam do Biedronki pójdziesz i naprawdę bułkę sobie kupisz albo pączka, jak ty taka głodna jesteś. Zaraz będę wracać, to zobaczę czy ty jesz.

– Gówno ona tam pójdzie, pani! – Odezwał się gość w kraciastej bluzie z polaru i w szarej czapce z daszkiem, którą zdobił napis „Love power”. Zwycięsko rozkraczony na ławce zaciągał się akurat papierosem. – Na drugie strone ona pójdzie, pani, a tam siedzi taka stara, czarna jak salceson, grubościo też taka będzie, matka może, nie wiem. Kudły ściągnięte na gumkie od weka, a morda rozlana jak zatoka, bo wypasiona na tych dzieciakach. Zagarnie małej cołaskie jak pani dała i jeszcze w morde trzaśnie, żeby ryczała. Jak się mała usmarka, to większy zarobek będzie, nie wiesz pani? Tfu z tym tałatajstwem, że to wpuszczajo nam do kraju? Toć une pani ani pesela nie majo, ani paszportu, a jak te szczury mnożo sie po kanałach! Dzieci narobio, żeby na ulicy zarabiać, zasiłki wyciągać, a jaki pożytek z tego? Sraki i na raki, tfu z takim porządkiem!

           Ale kobieta z wózkiem nie miała potrzeby dyskutować, grzecznie wysłuchała z rozchylonymi wargami i z okularami zsuniętymi na koniec nosa. Ledwie mężczyzna wstał z ławki już oddalała się w stronę targowiska, machała przy tym lekceważąco ręką, jakby odganiała niewidzialną choć upierdliwą muchę. Niewykluczone, że chciała odrzucić tym gestem akt miłosierdzia, który okazał się piętnem naiwności i coraz szybciej przeobrażał się w powód do wstydu.

    Mężczyzna z ławki najwyraźniej wiedział o czym mówi, bo dziewczynka wstała z klęczek i oglądając monetę na przemian z obu stron, przeszła przez ulicę i ruszyła pod najbliższy sklep, gdzie podała ją rzeczywiście wielkiej babie i tak czarnej jak salceson.

    Po tamtej stronie ulicy obserwację Romów przejął inwalida. Mężczyzna około pięćdziesięcioletni, często siedział na stopniu tamtejszego warzywniaka. Teraz także czujnie pilnował kartonika u nogi, z wpiętym weń obrazkiem Jezusa Miłosiernego z promieniami płynącymi wprost z serca. Na odgiętym fragmencie kartonu widniał napis świeżo odnowiony czarnym flamastrem: „Nie jestem oszustem, uczciwie przepracowałem 32 lata. Dziś nie mam środków do życia. Jestem rencistą. Proszę na czynsz i leki. Bóg zapłać”.

    W sobotni poranek nikt nie miał czasu na czytanie próśb, a tym bardziej na czekanie, aż Bóg za coś zapłaci, więc kartonik świecił pustkami. Mężczyzna szeptał pod nosem coś, co wyglądało na pogróżki, bo nie spuszczał z oczu romskiej konkurencji, która jakiś czas temu wyszła z drugiej strony sklepu. Była to młoda matka z dwójką małych dzieci, z których jedno było blondynkiem z loczkami, tylko brudna odzież i wykrzywione buciki, niestosowne do pory roku, sugerowały jego przynależność etniczną. Około pięcioletnia dziewczynka natychmiast zaczęła biegać wzdłuż chodnika, już zaczepiała ludzi z wyciągniętą rączką, ale blondynek został przy kobiecie. Trzymał się jej spódnicy z miną bliską płaczu i wyraźnie kaprysił. To wystarczyło renciście, widocznie nie miał cierpliwości do dzieci. Gdy już opędziła się od malca i wygodnie rozsiadła się na chodniku, mężczyzna podszedł. Wyrwał ze złością obrazek Jezusa z kartonu, podsunął jej pod nos i zaczął krzyczeć:

- To jest nasz kraj, nasza bieda i nasze miłosierdzie, rozumiesz brudna wywłoko?! My tu ciężko pracujemy, żeby na koniec zdychać z głodu! Żeby nas choroba zjadła, a nie hołota cygańska zalała! Do siebie wypierdalaj żebrać! Niech tam ci dupę skopią lepsi od ciebie! Pracą się zajmij, dzieci wychowaj na ludzi, zobacz ile kosztuje krzyż pański bez twojego złodziejstwa i smrodu!

    Kobieta nie odezwała się, patrzyła tylko zaciekawiona, bez większego zdumienia. Prawdopodobnie nie miała pojęcia o co napastnikowi chodzi albo zbyt często takich spotykała. Na blondynka tyrada zadziałała, rozpłakał się na dobre. To pozwoliło renciście na przejście do mowy ciała, zrozumiałej niezależnie od różnic kulturowych. Z wielkim wymachem wykopał na aut jej brudny styropianowy kubek, z którego posypały się dwudziestogroszówki. Wzmocnił gest słownym suplementem zachęty do opuszczenia ojczyzny i to dopiero uruchomiło głośny romski jazgot na tyle, że ludzie spieszący na targ zostali na moment wytrąceni z układania listy zakupów, naprędce sporządzanej w setkach egzemplarzy.

    Ale rencista był już coraz dalej. Wściekłość niosła go energicznie w przeciwnym do rynku kierunku, ku nowym archipelagom miłosierdzia, z nadzieją, że znajdzie zdrowy stopień, zdrowych schodów, gdzie Polska jest Polską, a Polak Polakiem.

czwartek, 16 października 2014

Buntownik

❖Kliknij, żeby posłuchać tekstu w interpretacji autora❖

    Obrazy za oknem przepływały wolniej niż myśli. Może nawet dużo wolniej niż pytania, które nie zagościłyby w głowie, gdyby autobus nie ślimaczył się w ulicznym korku. Wolałby już wracać. Tchórzył? Dziadek Franciszek mawiał: lepiej żałować tego, co się zrobiło niż tego, że zmarnowało się okazję. Zwłaszcza, że następna może się już nie zdarzyć. Nie ten wiek, nie ten wdzięk, a brzuch jak bęben Rolling Stonesów.
   
Co było pierwsze? Fascynacja spotkaniami z Natalią czy narastająca frustracja żony? Przedszkolanka istniała od miesięcy, ilekroć odbierał bliźniaczki, nie odpuszczała. Zawsze miała dla niego czas, uśmiech, coś do opowiedzenia o postępach dziewczynek, o ich wspaniałym zachowaniu w grupie. Potem była kawa, przy której nie zamykała się jej buzia, a gdy Tomasz mówił, odnosił wrażenie, że szklą jej się oczy. Była pod wrażeniem jego nauczycielskiego powołania i męskiej dojrzałości, dzięki której nie podrywał bezczelnie. Potem poszli do kina, gdy teściowa bardzo chciała mieć wnuczki u siebie, a Julia dyżurowała w szpitalu. Po kinie była restauracja i pierwsze nieśmiałe, delikatne pocałunki, jakby mieli po siedemnaście lat. Nie zaznał w życiu kobiecych warg, innych niż żony, więc bardziej to doceniał. Po dwóch piwach zwariował. Obudził samca, który w przeciągu chwili był gotów gnać za Natalią, choćby do toalety i pewnie by to zrobił, gdyby nie kelnerka. Skorzystała z jej nieobecności i beztrosko podeszła do stolika, by zapytać, czy dla żony też jeszcze raz to samo? To go otrzeźwiło i przywróciło dyscyplinę. Ale na krótko, skoro dziś jechał do jej mieszkania.

    To ten podły ton żony przeważył. Przez ostatnie dwanaście lat za dużo miał anielskiej cierpliwości. Zupełnie już przestał bywać na szachach u Daniela. A piwne piątki z Jackiem zerwał, gdy otrzymał żółtą kartkę, bo niby powtarzają się co tydzień, a miały być raptem raz w miesiącu. Żeby nie mijać się w drzwiach z żoną zmęczoną pracą w trzech przychodniach, nie wpadał nawet na siłownię. Julia jednak nie widziała żadnego poświęcenia. Na bezwarunkową miłość reagowała cynizmem, rzucając uwagi do lustra, gdy Tomasz wychodził z wanny: „no cóż… każdy ptaszek ma swój daszek, ale ten twój koliberek ginie już całkiem bez światła”.

    Miał ochotę nienawidzić, nawet nie z powodu reakcji na goliznę, ale za ślepotę. Zrobił wszystko, żeby Julia nie zadręczała się obowiązkami wobec domu i dzieci. Należało wygarnąć, może nawet strzelić w papę, żeby się ocknęła, ale ilekroć próbował rozmawiać, okazywało się, że jest zbyt delikatny. Julia wykorzystywała to bezlitośnie: „Chciałeś mieć lekarza za żonę? To morda w kubeł! Feministki robią dla ciebie więcej niż Pan Jezus, one już cię wybawiły od męskości. Bez kobiety zdechłbyś z głodu, ostatni wypierdku patriarchatu! Gender to dla ciebie jedyne ocalenie, bo w wakacje jeździłbyś gołą dupą po nieheblowanej desce, za te swoje trzy brutto. Bajkę dziewczynkom lepiej poczytaj, do tego się nadasz! Kolorowanki z nimi trzaskaj, pozamiataj kuchnię, a potem możesz z psem wyjść i tam się wyhasać do woli. Jeśli w pogoni za piłeczką zdążysz przed Cziką. Nawet kosmata baba na czterech jest lepsza od ciebie, troku zagubiony w poszukiwaniu kalesonów. Dżizas! Gdybym w liceum wiedziała, co się wylęgnie z jaja dziobaka, gdy z pyska zejdzie już ta drożdżówa z kruszonką, w życiu bym za to nie wyszła!”.

    Nic nie stało na przeszkodzie, żeby zadzwonić do drzwi Natalii. Wczorajszy cynizm żony wybrzmiał jak wezwanie do buntu. Powoli kroczył nieznanymi chodnikami. Szukał bloku, ale wszystkie były jednakowe, łatwo nie było. W końcu dotarł przed domofon i już wiedział, że to ostatnia chwila. Jeszcze mógł ocalić przysięgę, której poświęcił wszystko. Gdy wybierze numer, nic już nie będzie takie samo. Zapach nowej kobiety, delikatność wąskich ust, miękki głos i ciepło smukłych palców, jej samotność i jego wyposzczona męskość, to mieszanka wybuchowa… zawrócić? W oczach jeszcze jednej kobiety zostać zerem? Wolał mieć problem z ciężarem winy niż dalej pozostawać miękką fają.

    Natalia wpiła się w jego wargi, zanim zdjął plecak. Cofała się, nie odrywała ust i holowała Tomasza do jedynego pokoju z aneksem kuchennym. Czuł pod palcami jej biodra, gumkę majtek pod śliską miętową sukienką w delikatną łączkę. Twarde piersi odciskały wyczuwalne piętno na jego klatce, bo nawet brzuch wciągnął pod wpływem namiętności. Poczuł jak rozjeżdża się suwak rozporka i ciepło delikatnej dłoni ujmowało jego męskość zbolałą z pragnienia. Teraz Natalia zjeżdżała w dół całym ciałem i już miętolił palcami gęstość jej kasztanowych włosów. Tego było za wiele, nie wytrzymał napięcia. Po chwili z ust kobiety padły słowa, które za nic nie chciały wybrzmieć komplementem: „żonaty facet ze stażem i tak namiętny? Nie przejmuj się”. Uśmiechnięta wstała i bez wyrzutu dodała delikatnie: „Przepraszam, może nie powinnam tak szybko, poczekaj, przebiorę się i usunę to z sukienki”. 

    Klapnął ciężko w fotelu, ale zamiast poczucia winy, wypełniło go coś jak ulga w połączeniu z wiotczeniem mięśni niosącym poczucie senności, które zaraz potem przeszło we wstyd wobec Natalii. Wytrysnął jak uczniak, a z pewnością nie tego spodziewała się namiętna kobieta. Już był gotów pokazać na co go stać, gdy na rogu kuchennej zabudowy, u góry, zobaczył niebieską papużkę, która przyglądała mu się kręcąc z ciekawości łebkiem. Ptaszek siedział wolny, bez klatki i rejestrował obecność intruza. Gdy Natalia pojawiła się w błękitnej sukience, nie pozwolił jej usiąść. Z uśmiechem, bez słowa, odwrócił ją plecami do siebie i podnosząc włosy obsypywał szyję i kark delikatnymi pocałunkami.  Oparła dłonie o ścianę, gdy po chwili z głową pod sukienką całował jej uda. Końcem języka muskał pośladki, częściowo ukryte w pastelowo różowych majteczkach. Prężyła się i wypinała zachęcająco, pomrukiwała cichutko i poruszała biodrami, więc po chwili wśliznął się w nią. Tymczasem papuga głośno zaskrzeczała. Lekko stropił się, zwolnił, ale wówczas zadzwoniła komórka w plecaku. Odwrócił się niespokojny, bo o tej porze nikt do niego nie dzwoni. Na wyświetlaczu zobaczył kiepsko brzmiący napis „kobra” i już po chwili rozbrzmiało pytanie teściowej: „Tomeczku, dziewczynki chcą na obiad kopytka, zrobić też dla was? Zjecie cieplutkie z sosikiem?”. Przytaknął. Wydukał coś, że będzie koło siedemnastej i spojrzał na Natalię. Uśmiechnęła się dosyć boleśnie i po chwili dodała, że przygotuje coś do zjedzenia.

    Odwrócona wrzucała masło na patelnię, wyjmowała jajka z lodówki, jakby nie chciała patrzeć w jego stronę. Zapytał o papugę, czemu tak się darła, gdy zabierał się do jej pani? Natalia roześmiała się dosyć szczerze: 
- Wyposzczona samiczka, co się dziwisz? Widzi jak obracasz panią, to żałuje, że też nie może. Zazdrosna franca i tyle. 
Tomasz nie miał pomysłu na dalsze pytania, było mu głupio, a przecież nie jadł śniadania i głód robił swoje. Parujące talerze znalazły się na blacie, więc zasiedli na skórzanych hokerach. Tomasz przełknął i poczuł, że jaja są jakby zepsute. Spojrzał na Natalię i czekał na jej reakcję. Uśmiechnęła się trochę przepraszająco: 
- No co? Zepsuty seks, zepsute jaja. Chłop z odzysku, jaja z Biedronki…. Takie moje szczęście! Zbukiem ciągnie, nie?
Uśmiechnął się gorzko i dojadł do końca, żeby nie pogrążać już więcej pięknej gospodyni, która nic nie straciła ze swojego uroku.

    Nie dopił herbaty, gdy nagle postanowił podjąć ostatnią próbę. Wydobył z głębokiej przeszłości wspomnienie jakiegoś filmowego macho i oderwał Natalię od zlewozmywaka. Patrzył jej głęboko w oczy i bez gier wstępnych zadarł sukienkę . Pieścił dłonią przez bieliznę i czekał na błysk jej oczu. Przymknęła powieki, więc zaczął całować szyję, usta, podgryzał uszko i nie przestawał pieścić. Odsunął palcem gumkę majtek i była prawie gotowa, już pojękiwała do ucha, gdy ponownie zadzwoniła komórka. Oderwał się i chwycił telefon. Tego tylko brakowało! Na wyświetlaczu pulsował napis: Julia. Gdyby ktoś kazał mu wyznać, kiedy to żona ostatnio do niego dzwoniła, byłoby to trudniejsze niż wskazanie ostatniej daty małżeńskiego seksu. Zamarł. Rzucił się do okna i otworzył je na oścież. Odebrał jednak dopiero, gdy gwar ulicy wdarł się do środka. Pretensja odrzuciła go od słuchawki: „Ogłuchłeś capie! Ile mam czekać? Myślisz, że mam tyle czasu? Gdzie ty się szlajasz? Co to za hałas? Na jakim placu? Co ty pieprzysz, dzieciaki za palenie ganiasz? Przecież ciebie nikt się nie boi! Czekam. Za godzinę na osiedlu, pod sklepem. Krzesła trzeba spakować do auta. Rusz się, w końcu na coś się przydasz!”.

    Natalii jednak już nie było w pokoju. Otwierała drzwi wejściowe i teatralnym gestem wystawiała plecak Tomasza. Powiedziała tylko: „A ja głupia załatwiłam na dziś zwolnienie, na badanie serca… chyba powinnam na badanie głowy”.

niedziela, 17 listopada 2013

Miłość pomimo

    W Święto Niepodległości zabierałem się do rozważań w duchu: dlaczego nie umiem patriotycznie świętować? W zasadzie jedyne skojarzenie z obchodami, jakie od lat powraca na myśl o tym dniu, wiąże się z błogosławieństwem bezkarnego wysypiania. Poranny ból głowy jest pierwszym i najważniejszym skojarzeniem z 11 listopada, chociaż nigdy nie zawdzięczałem go nieumiarkowaniu w jedzeniu i piciu dnia poprzedniego. A jednak z jakiegoś powodu nie szukam gęsi do pieczenia, flagi nie wywieszam, wzorem dwóch sąsiadów wyłamujących się z obojętności mieszkańców wielkiej płyty. Nawet defilady w telewizji nie chce mi się oglądać, więc i tym razem tak się zbierałem do opisania patriotyzmu neutralnego, że ostatecznie wymiękłem pozostając w milczeniu.
            Temat wydał się tak oczywisty, a jego ujęcie dla większości rodaków jak mniemam na tyle zwyczajne, potoczne i mało odkrywcze, że skasowałem co napisane i wyrzuciłem z głowy pomysł tekstu, przynajmniej na kilka dni. Ale spokoju nie dawał i może darowałbym sobie dalej, gdyby nie stary odcinek serialu Ranczo, który włączyłem do przedwieczornej drzemki regeneracyjnej. Gdy tak balansowałem na granicy jawy i snu, dotarły szczątki dialogu kobiet trzymających władzę: … ja nie wiem za co kocham ten kraj… rzekła jedna z nich. Druga zaś szybko skwitowała: z miłością tak już jest. Czasem nie kocha się za coś, ale pomimo czegoś. Oczywiście przy takim stanie świadomości, poszukującej raczej Morfeusza niż miłości ojczyzny, mogłem przekręcić słowa, ale sens wpił się kleszczem olśnienia i nakazał zrezygnować z drzemki.
Zdaje się, że rzeczywiście o wiele łatwiej dziś uzasadnić, pomimo czego da się kochać nasze państwo niż wyśpiewać pean miłości bezwzględnej, która mniej boli w dowolnym wymiarze niż miłość krecika do jeża, albowiem ślepa nie zawsze znaczy bezbolesna. Zacznijmy od rzeczy najprostszych: kocham pomimo podziałów narodowych i politycznych, które wybrzmiewają w stwierdzeniu, że gdzie Polaków dwóch, tam trzy opinie, koniecznie krzykliwie konfrontowane, coraz częściej z użyciem narzędzi ostrych, benzyny i podpałki, niekoniecznie do grilla. Coraz trudniej odróżnić, szczególnie podczas zabaw narodowych, gdzie kończy się wymiana zdań a eksploduje frustracja lub lęk i poczucie niższości, które dwa lata temu – też z okazji tego święta – trafnie ujął ks. Adam Boniecki słowami: Człowiek pewny swojej ojczyzny nie będzie szalał na jej punkcie. Człowiek pewny swojej wiary nie będzie wszędzie węszył jej prześladowań. I odwrotnie. To niepewność własnych przekonań budzi agresję obronną u wszystkich stworzeń, które atakują, nie widząc innego ratunku. Tymczasem z upływem kolejnych lat jeszcze mniej w narodzie ochoty na wspólną zabawę, o wiele zaś więcej potrzeby konfrontacji, konfliktu i niszczenia wspólnotowych fundamentów. Chciałoby się powiedzieć rymem częstochowskim: coraz mniej radości z tej niepodległości.
            Coraz trudniej kochać państwo, w którym agresorzy nawołują do nienawiści, a bezkarni wandale ze sprejem w garści nie odpuszczą najładniejszej elewacji albo figurce sympatycznego Plastusia, ewentualnie urąbią łapkę Misia Uszatka z taką samą lekkością jak odetną powyżej łokcia lewicę Reganowi, by zademonstrować… no właśnie co? Powrót do jaskini? Wstręt do wszystkiego, co sympatyczne, estetyczne, mądre i miłe? To moc barbaryzacji, czy tylko akt niewymuszonego rozstania z własnym mózgiem, radośnie i głośno wypróżnianym za stodołą? Ale może trzeba odmalować na nowo Plastusia, poddać renowacji Uszatka i ignorować resztę za wszelką cenę, by ocalić nieco miłości do państwa? Nawet na przekór trwałemu przypisaniu do klubu frajera chodzącego na wybory, płacącego uczciwie z ciężko ciułanego grosza na trójkąt bermudzki o wierzchołkach: NFZ, ZUS i PKB.       
            Niełatwa jest miłość, gdy trzeba bezradnie przyglądać się młodym, bezpowrotnie przekraczającym granice zachodniego świata. Gdy w milczeniu pozostaje godzić się na rozstanie z generacją zdolną, wykształconą i odrzuconą przez krótkowzrocznych rządzących. Trudno silić się na miłość do państwa, które zamyka oczy na pokolenie pozostawione sobie i skompromitowanym politykom. Zwłaszcza, gdy bezsilni rodzice i dziadkowie tkwią skazani na pułapkę niedołężnienia w otoczeniu wszechpotężnych i wpływowych korporacji, które będą wciągać ostatnie ich złotówki. Ale też będą urabiać pozostałe tu dzieci na tanią siłę roboczą, szarą masę posłuszną nakazom konsumpcji, spełnioną w trawieniu chipsów i telenowel albo telewizyjnych show.
Czy zatem, pomimo trudów miłości, są jakieś jej blaski? Może da się kochać to państwo także za coś? Niewykluczone, że to jedynie sprawa obiektu, na jaki kierujemy wzrok, decyduje o sile miłości. Wszak wciąż jest tyle miejsc pięknych: rzek, lasów, jezior, morskich plaż i gór, łąk i pól nieskalanych przez cywilizację i pęd gospodarki rabunkowej, a to przecież ciągle to samo państwo. W ludzkiej społeczności tyle jeszcze ocalało wysp nieodkrytych, niemedialnych krain bezinteresownej pomocy i życzliwości, o których nie doniesie prasa, telewizja i radio, bo co dobre jest ciche i nie chce przylegać do sensacji. Sporo jest jeszcze wież, wysokich i niskich, w których pomieszkują Polacy wrażliwi, uśmiechnięci, wyciszeni, przerzucający wirtualne butelki z listami pisanymi orograficznie, po polsku. Trwają tam skłonni do rozmowy nie tylko z sąsiadem, do spotkania, szanujący rzeczywiste autorytety. W ciszy swoich mieszkań pracują nad poprawą czytelnictwa, rozwijają intelekt wbrew modzie na bezmyślność i lęk przed własnym zdaniem. Wymieniają opinie, chodzą na pouczające wykłady, organizują festyny i festiwale polskiego filmu, teatru i ojczystej prozy. Spotykają się by fotografować, zaśpiewać, zatańczyć, pomni na tradycję, której nie chcą negować. Potrzebują zapomnieć na moment o tym, co bolesne, co odstrasza od miłości nadwiślańskiego skrawka ziemi. Czy to jeszcze jest państwo do kochania, czy już tylko ponadnarodowe społeczeństwo, wspólnota wrażliwych ludzi dobrej woli, którzy odnajdują się z coraz większą trudnością w świecie wyższych wartości? Narodowo czy nie, jednak nie potrzebują flagi, zamieszek, darcia koszul w imię świętowania niepodległości, bo tę budują w mrówczym trudzie tworzenia relacji ponad podziałem, w ciekawości innego, w otwartości na propozycję niebanalnych form ekspresji. Chwała im za to, dopóki obywają się bez odcieni czarnych, brunatnych, czerwonych i nie pielęgnują lęków przed innym. Żeby istnieć w pełni nie potrzebują się różnić i tylko dlatego nie mają szans na słyszalność. I ze względu na nich nie wywieszę flagi, ale podniosę kufel zimnego piwa. Obym zawsze pamiętał, że to ich dzień, który zaczyna się ilekroć mija mój ból głowy, związany z przesypianiem obchodów Święta Niepodległości w tle.

poniedziałek, 30 września 2013

Zawartość kupy w kupie

    Nie wiem, na ile świadomie zrobiłem sobie przerwę w pisaniu felietonów, na ile to skutek braku sensownych tematów, a na ile wyłączenie uwagi i przerost prostaty bezsilności wobec naszego tu i teraz. Na moje szczęście pojawiają się czytelnicy gotowi oskarżyć autora o rozmemłanie, lenistwo, chorobę na literacką pychę lub impotencję, więc na początek należą się słowa wdzięczności. Dziękuję za kopa motywującego , udało się Wam przywrócić wiarę w sens pisania. Zadowoleni? No to odpłacę pięknym za nadobne, nie?

    Skoro nawet automat redakcji Onetu przysyła mi przypomnienie, że od ponad miesiąca nie dałem nowego tekstu, spróbuję na początek obrazowo określić przyczyny milczenia. Jak co dzień włączyłem radiową „Trójkę” i usłyszałem, że GUS oznajmił jakoby Polak średnio wydawał na kulturę (teatr, film i książki) łącznie sto złotych ROCZNIE. Ale już na telewizję blisko dwieście złotych MIESIĘCZNIE. Jak w tej sytuacji budować wolę pisania czegokolwiek, mając w otoczeniu troglodytów dwudziestego pierwszego wieku? Jeden ze słuchaczy skomentował na gorąco, że skoro w ostatnim miesiącu wydał na książki blisko trzysta złotych, długo nie powinien kupować żadnej. Ilu takich słuchaczy pracuje na statystykę masy, której bliżej do kiełbasy? Choć ostatnie włosy jeżą mi się w uszach, nic to dla tak stwardniałego radła na ugorze (co to radło i ugór, niech sobie młodsi wyguglują, choć o literackim  z pewnością nic nie znajdą).
  
Coraz częściej, gdy wsiadam do autobusu, by od nowa ujrzeć ukochane moje miasto, wrażeń zebrać nie mogę, bo słyszę ludzi w przedziale wiekowym 23-45, z tym, że coraz mniej w nich człowieka, który wybrzmiałby dumnie. Twarze pozbawione choćby cienia tęsknoty do rozumu, otwory gębowe chlustające obficie wulgaryzmem, niby tsunami pochłaniające nieśmiałe próby złożenia pojedynczego zdania. Przekleństwa grube i wyraźne górują wystrzelone ponad monosylaby, beknięcia oraz wybuchy rechotu odsłaniającego przeżarte próchnicą kikuty po zębach. Odbieram w pracy telefony z ofertami, w których głupawe panienki recytują wymuszone przez pracodawców formułki, ale wystarczy wytrącić je z wystukanej na pamięć mantry i totalnie się gubią. Zdania nie złożą, mimo że wszystkie zapewne legitymują się dyplomami wyższych uczelni, może nawet kilkoma? Już nie umiem wyłączyć myśli, że coraz trudniej będzie o człowieka na drodze, bo dalsze życie przebiegnie w hurmie bezrefleksyjnej, uformowanej z bezkrytycznych klientów i pracowników wąskiej specjalizacji, w kupie przeznaczonej do prostych wyborów i czynności wyuczonych na pięciodniowym szkoleniu podług potrzeb firmy. Jeśli tak, to Huxley i Orwell byli jednak prorokami.

    Gdy dopada chochlik demokracji i szepcze, że tak wyglądać ma świat przyszłości, świat wolności, to chyba wolę jednak ten totalitarny politycznie, który wymusza na ludziach bunt, domaga się swobody ducha i skłania do troski o indywidualny rozwój, o wolność myślenia. Gdy tylko mówię o naszym świecie, nie myślę już o wolności od… raczej trapi mnie fundowana odgórnie wolność do… choćby do durnoty życia, do wyboru skretynienia w obliczu zaniku potrzeby stawiania wymagań sobie samemu. Niby czego owocem jest głośny ostatnio przypadek, gdy student Politechniki prosi o interwencję Gazetę, gdyż komisja w trakcie obrony pracy dyplomowej zażądała od niego wiedzy z zakresu tejże pracy i programu jego studiów? Czy to skutek powszechnego ogłupienia młodzieży, zaniku wymagań czy rozplenienia postaw roszczeniowych w zamian za nic? Czym to jest, jeśli nie zgodą pojedynczego człowieka na usankcjonowanie nicnierobienia, wygodnictwa i przyjemności jako jedynie uzasadnionej racji bytu?

    Wszak nie mamy systemu odgórnego, który ludziom wtłacza jałowienie rozumu, emocji i ducha. Nie ma ustawowego obowiązku oglądania gotowania na ekranie i tańców z udziałem gwiazd. To nie komuna i każdy ma możliwość aktywności na dowolnym polu, może wybrać co chce, ale z jakiegoś powodu wybiera ogłupienie. Nikt nie powie, że reklamę wciskają mu do łba, bo każdy może wyłączyć telewizor i pójść na spacer, a na ulicy liczyć samochody i zachwycić się barwą liści zamiast gapić na bilbordy. Ale ludzie kierowani lenistwem lub tłumaczący się zmęczeniem, przestali sobie samym stawiać wymagania, a w ramach wolności wybierają gnuśność i prostactwo, co musi skutkować drastycznym obniżeniem jakości życia społecznego.

Kogo mielibyśmy obwiniać o to, że człowiek funkcjonuje zaprogramowany na konsumpcję? Media? Wskaźniki sprzedaży? Kapitalizm? Polityków? Korporacje… wymieniać można długo, ale to wciąż przyczyny zewnętrzne. Po drugiej stronie stoi jednostka, która pielęgnuje własną uległość i oddaje się bezrefleksyjnemu korzystaniu z zabawek współczesności. Wiem, że to prowokacyjne nadużycie i uogólnienie. Coraz częściej dostrzegam wokół ludzi, którzy oddają się pasji. Codzienne tłumy w fitnessie, oblężone szkółki jazdy konnej, kluby dyskusyjne, kółka fotograficzne, warsztaty haftu artystycznego, klubowe pracownie ceramiki i rzeźby, tłumy samozwańczych fejsbukowych pisarzy, malarzy, protestacyjne wyrzucanie telewizorów, to jednak znaki czasu albo sposoby na zaistnienie. Oczywiście jeszcze dla ogółu nie bardzo widoczne to jaskółki, ale może jakąś wiosnę uczynią? Trzeba tylko pamiętać, że wśród jaskółek znajdą się sroki snobizmu. Biegam, bo lubię? Owszem, ale koniecznie w leginsach z najnowszej kolekcji i w obuwiu z najwyższej półki, bo na każdej uczciwej pasji da się wyhodować markowy produkt, szczególnie pod buraka podążającego za modą, który zawsze znajdzie powód, by błysnąć portfelem wypasionym kartami, na których więcej kredytu niż lat do przeżycia.

    Sama myśl, że wybór własnej pasji może być skutkiem snobizmu, mody, chęci nieodstawania od kupy (jeszcze nie tak dawno szał nordic walking, teraz szał biegania, za chwilę może szał skakanki), podsuwa myśl, że statystyczny człowiek woli o sobie nie decydować. W kupie raźniej, zawsze może dołączyć do tego, wokół którego jest szum i wówczas jednakowo czuje się usprawiedliwiony w zysku i w stracie. W wygranej i w porażce będzie zwolniony z odpowiedzialności, zawsze powie, że oszukali. Jest w tym pewna wygoda życia. Każą krzyczeć, to się krzyczy, powiedzą bić, to się bije, dadzą dresik, to się pobiegnie, podsuną kulbakę, wskoczy się na grzbiet, bo mądrzejsi lub głośniejsi wskazują słuszny kierunek. Kłopot, gdy zbyt wielu wskazuje kierunki i to w zupełnie inne krańce biegnące. Frustracja? Nie tylko, jest jeszcze dążenie do świętego spokoju za wszelką cenę.
   
Lenistwo intelektualne i wygodnictwo mieszczańskie, to najlepszy zdaje się dyktator na dzisiejsze czasy. Dla przeciętnego faceta kilkanaście kanałów sportowych, siłka, piwko, grill i kumple do flaszki. Dla kobiety: kilka paradokumentalnych programów o ludzkich tragediach, by poczuły, że w zasadzie nie mają na co narzekać. Albo kilka seriali o babkach lepszych i ciekawszych od widza, żeby miały do czego odnieść swoje marzenia spełniane bez podnoszenia dupy z kanapy. Ewentualnie kilka programów kulinarnych pani Gessler czy innych Okrasów, żeby poczuły się światowe, a na deser wizyta w galerii handlowej i polowanie na promocje. W tle praca, dom, kredyt, pożyczka i przedszkole dziecka albo kurs flamenco i romansik między okładkami tuż przed snem. Statystycznym facetom bliżej od marzenia o merolu do mentalnej jaskini i gałęzi, bo tam przynajmniej rywalizacja ma uzasadnienie biologiczne. Ale w imię lepszego jutra nie oszukujmy, nie da się wszystkiego usprawiedliwić wyłącznie zmęczeniem i pracą.

    Gdy współczesny człowiek głupieje w stadzie, coraz mniej jestem w stanie obwiniać o to jego złą wolę, wyrachowanie, cynizm i bezmyślność. Coraz intensywniej dostrzegam w tym tanie recepty na szczęście, które rodzą rozczarowanie i takie chodzenie na skróty ostatecznie wyłazi bokiem. Wygodnictwo uzasadnione  hasłem: „bo życie jest wystarczająco trudne” egzystencji nie ułatwia. Ale by gnuśnieć nie trzeba najmniejszego wysiłku, wystarczy zaniechanie ryzyka chodzenia własną drogą, chociaż nie dano nam większych pożytków ponad płynące z przekraczania siebie samych.

niedziela, 5 maja 2013

Apostoł wycofania

    W niedojedzonej musztardzie rysował kreski plastikowym widelcem. Drugi szaszłyk leżał nietknięty pomiędzy dwiema kromkami chleba i świeżą plamą ketchupu. Usiadłem naprzeciwko i prawie byłem pewny, że to kolega z roku, tyle że nie widziałem go dobre dwadzieścia lat. Wolałbym, żeby mnie rozpoznał, ale tylko raz podniósł wzrok, z tym samym grymasem na pograniczu uśmiechu i wyrazu cierpiącej ironii. Nic nie mówił, nie wyraził zdziwienia, zaskoczenia, radości, niczego co zdałoby się naturalną reakcją przy spotkaniu po latach. Jasne, mógł nie poznać, ludzi było tu stanowczo za dużo, a mnie przybyło zmarszczek, siwizna pokryła to, co dawniej było mocno ciemne. W zasadzie alternatywa była prosta: pić kawę w zapatrzeniu na rozsłonecznioną plażę i czekać aż skojarzy albo zapytać wprost, czy poznaje. Ryzykowałem najwyżej pomyłkę, może to ktoś inny? W końcu i on mocno wyłysiał, nie miał już wąsów i brody. O przeszłości przypominały zaledwie niespokojne dłonie i zimne niebieskie oczy. Wybrałem kawę, ale na krótko, bo przemówił:

- Nie zmieniłeś się prawie, dobrze wyglądasz. A wiersze ciągle piszesz?

- Nie, dałem sobie spokój. Od osiemnastu lat, odkąd padło nasze pismo. Czasy mocno niepoetyckie. Zdarza się, że prozę piszę, nawet wydaję. Trochę felietonów, w zasadzie już tylko siłą głupawej wierności sobie, bo złotówki z tego nie ma i zdaje się nikomu niepotrzebne. Z nawyku porządkuję myśli pisząc i tyle. Co porabiasz?

- Cudze dzieci uczę. Jakie uczę?! Co ja gadam? Przygotowuję do rozwiązywania coraz mocniej reformowanych testów. Ale ciągle wiersze piszę, na slamy jeżdżę i ciągle tak samo szukam sponsorów na kolejny tomik. Wydane rozdaję najpiękniejszym uczennicom. To bezpieczne, nie polecą na literaturę. Pielęgnuję swoją histerię, a one miewają ideały.

- Da się żyć z nauczycielstwa?

- I tak i nie. Mieszkanie mam po dziadkach, więc kredytów nie mam, a wiele nie potrzebuję. Do tego jakieś redakcje i korki, ale przecież nie o pracę przyszedłeś pytać? Dlaczego nie gadałeś na czacie, skoro już cię dołączyłem to swojego miliona znajomych?

- Starzeję się i grzebię w sentymentach, próbuję spotykać starych znajomych, spojrzeć  w oczy najdłużej niewidzianych.

- Rozliczenia okresu burzy i naporu czy błędów i wypaczeń? A może kryzys wieku średniego?

- Jeszcze nie latam za dziewczynami z liceum, więc chyba nie to. Raczej ciekawość. Chciałbym wiedzieć, czy tylko mnie dopada ta myśl, że w połowie drogi przestało pociągać życie i już nie jestem ciekaw co jutro, bo niesie co najwyżej nowe gadżety, one nie karmią starych głodów.

- No raczej, bo wszystko, co warte fascynacji, pisania, kłótni, dyskusji i przechlania już za nami. Nie ma dnia, żebym się z tym nie mierzył. Ale wiesz co? Paradoksalnie ma to swoje plusy. Łagodnieję z dnia na dzień. Przez obojętność pozbywam jednakowo gniewu i parcia na sukces. Idę bez zaangażowania w pracę u podstaw i wolny od agresji. Daję ludziom prawo do gównianego życia i niczego od nich nie oczekuję. Kłaniam się na ulicy i bywam wdzięczny, że w mordę za to nie leją. Nie wiem, czy to jeszcze tolerancja, ale uśmiecham się na każde kolejne kilo kitu, które zawiesza mi światek. Nie pluję jadem na widok dziewczyny, gdy zostawia łajno po psie na trawniku. Jednej powiedziałem, żeby sprzątnęła, to kazała wziąć to gówno do kieszeni, na pamiątkę, jeśli mi przeszkadza. I co? Miałem ją bić? Oznaczyć minę chorągiewką i czekać na patrol, czy łazić za laską aż zobaczę gdzie mieszka, żeby położyć batona na wycieraczkę? Od tego czasu skaczę przez kupy, byle butów nie paskudzić, bo tylko one są naprawdę moje i za nie odpowiadam. Albo siedzę ostatnio w teatrze, raz na rok bywam. Pierwszy raz nie było mi wstyd za innych. Roma Gąsiorowska mówi ze sceny do jakiejś baby z widowni, żeby odebrała ten dzwoniący telefon. Pojęcia nie mam co za baba, ale dzwoniło to pięć razy. Kiedyś na samo brzmienie komunikatu przypominającego o wyłączeniu telefonów i nierobieniu zdjęć w czasie spektaklu, płonąłem ze wstydu, że trzeba puszczać oczywistości kulturalnym ludziom. Teraz burak albo jego kalarepa udaje, że to nie im dzwoni, a ja się śmieję. Oswoiłem kraj mój prostacki i już wiem, że nie mam o co walczyć, dla kogo mam mieć ambicje? Nikt ich nie kupi. Niedługo na widowni będą chrupać kukurydzę i siorbać colę, tylko aktorzy dostaną silniejsze nagłośnienie, żeby dramat przebił się przez bekanie i pierdzenie klasy średniej, która ciągnie masy do pęta kiełbasy.

    Chciałem przerwać monolog kumpla, o coś zapytać, ale zakwitł nad nami drab zaczesany na żel, o twarzy dosyć nabrzmiałej, mocno przechodzonej i wyraźnie przesiąkniętej zawartością podksiężycowych butelek upartej zimy. Wycharczał, że chciałby dostać coś do jedzenia. I wówczas kolega podsunął tackę z wystudzonym szaszłykiem, który dotąd czekał obok. Musiał zobaczyć moje zdziwienie, bo roześmiał się i dodał:
- Co jest? Prawdziwa poezja, mięcho życia, nie żadne tam dyrdymały humanisty po czterdziestce. Miałeś ochotę? Kiepski ze mnie kumpel, ale nie wiedziałem czy jadasz mięcho z kotów i psów tłuczonych w pobliżu, nawet bez dodatku koniny. A ten beret ze złotym sygnetem, to chyba wodzu, bo ma tu jeszcze kilku kolesi. Jak tylko coś konsumuję, zlatują jak osy. Podsuwam gotowca i mam spokój, o kasę nie poproszą. O czym mówiliśmy? O kulturze? Wczoraj przeczytałem, że coraz więcej wydawców produkuje trajlery, takie obrazkowe klipy promujące książki. Produkują to w desperacji nawet autorzy. Kumasz absurd? Niecałe dwie dekady temu wyrywaliśmy sobie niewyraźne odbitki artykułów, polemiki, recenzje, omówienia, żeby coś ważnego przeczytać, pogadać o kierunkach, a teraz trzeba przebić się do czytelnika z obrazkiem, żeby łaskawie kupił literki. Musisz brnąć przez śmietnik linków, ikonek, brzdęków, jęków, ćwierkań we wszelkich ipodach, tabletach i pierdoletach z kagankiem swojego tekstu, w który włożyłeś setki zmarnowanych wieczorów jedynego życia jakie ci dano. A jak zrobisz chujowy obrazek, stracisz target. Stary, kiedyś bym od razu pisał jakiś protest song, a teraz mam wywalone, kupuję szaszłyka bezdomnemu cwaniakowi i jest uczynek wobec bliźniego. Dawniej napisałbym wiersz o tych, co pod linkiem wiadomości o śmierci kolegi klikają „lubię to”, a dziś patrzę w morze, w dal, która mnie nie ciągnie. Przypomina, że bez żalu umrę. Z uśmiechem, bo nie mam nic do stracenia pośród dziobiących placem w ekranik, klikających maniakalnie własną pustkę.

- Ale sam aktywnie działasz na FB, coś komentujesz, o czymś piszesz, udzielasz się, dyskutujesz, chodzisz na spotkania autorskie, widziałem.

- Jasne, kręcę ten sam schemat co wszyscy, bo czasem próbuję być wśród podobnych sobie, łudzić się, że spośród setek znajomych nieliczni zostali sobą. Zagłuszam nudę razem z nimi i czasem złośliwie przypominam, że sypiają z FB, bo to da się wyłączyć szybciej niż kochanka i łatwiej z niego wyjść niż od przyjaciół. Zbyt uciążliwe żony i kochanki, gdy naprawdę są obok, miewają pretensje, a w ich oczach można zobaczyć swoje wydrążenie. Ja ci mówię, ty lepiej zjedz szaszłyka, naprawdę dobre i mniej szkodzą niż twoje pytania.

sobota, 30 marca 2013

Cisza Apokalipsy

A którzy czekali błyskawic i gromów,
Są zawiedzeni.
A którzy czekali znaków i archanielskich trąb,
Nie wierzą, że staje się już.
(Cz. Miłosz, Piosenka o końcu świata)



Świt sięgał po budzik nad głową, gdy siadałem do porannej lektury. Spała jeszcze cała dzielnica i w ciszy dało się niemal słyszeć szelest płatków śniegu, które bezczelnie nic sobie nie robiły z astronomicznej wiosny, czym z pewnością uzasadniały niechęć ludzkości do przebudzenia. Odwróciłem wzrok od tekstu, gdy nie było już widać sąsiedniego bloku. Musiałem wierzyć, że nadal tam jest, w odległości nie większej niż dwa rzuty moherem. Nagle zahuczało apokaliptycznie, zadęło jak z gardzieli nieuchronnie wciągającej świat i równie szybko wiatr ucichł. Przez wirującą biel dobiegł uszu niespodziewanie rozpaczliwy i zwielokrotniony głos lecących gęsi. Gdzieś ponad blokami usiłowały nie stracić zmysłów z powodu aury albo nie zatracić ufności wobec instynktu. Może jednak pokrzykiwały tylko tak, dla otuchy, by nie zawrócić z niemocy do cieplejszych krajów i przyjaznych stron? Odruchowo pomyślałem o bocianach, które z przerażenia, zimna i głodu podobno już zawróciły niczym prąd w drutach na wschodniej rubieży. Przerażone, nie patrząc na kalendarz, odleciały z powrotem, tak przynajmniej donosił jeden z wiarygodnych serwisów radiowych. Nadszedł dziwny czas, pomyślałem, czas przewrotu albo końca. Wszystko staje na głowie i może rzeczywiście zapowiada jakiś Armagedon. I nagle, gdy kolejne ciężkie chmury zagroziły jeszcze większym śniegiem, z zupełnych otchłani pamięci wyszedł wędrowny dziad, rodem z Konopielki Redlińskiego. Miał oczywiście twarz i kapelusz Franciszka Pieczki z filmowej adaptacji. Rozłożył ramiona i jeszcze raz proroczo przemówił:

A to, moi ludkowie, słyszym, że już nigdzie spokoju nima, nawet u was, widze diabeł penietruje. Od porządku, ludkowie, jest Pambóg, on pilnuje, żeby wszystko szło, było jak było. A diabeł chce zmieniać, powiada: ulepszać. Słyszycie? Ulepszać! Już jemu mało, że krowa cieli się, dzie tam: on chce, żeby się źrebiła! O, do czego idzie! Krowy bedo się źrebili, kobyły cielili, owieczki prosili! Chłop z chłopem spać będzie, baba z babo, wilki latać, bociany pływać, słońce wzejdzie na zachodzie, a zajdzie na wschodzie. W tym bieda, że stary Pambóg coraz starejszy, coraz częściej odpoczywa. A diabeł nachalnieje z roku na rok. Wojny teraz jedna za drugo, jak nie tu, to tam, strasznie dziś ludzi zaczepne, bijo sie i bijo. Krew się w ludziach burzy, jeżdżo, wyjeżdżajo, przyjeżdżajo, nieznajomych dużo, oszukaństwo, złodziejstwo, nienawiść, Pambóg z tym nie daje rady.

    Dziad wyraźnie zniesmaczony, a jeszcze bardziej bezradny, machnął ręką i odszedł w niepamięć tak szybko jak z niej wyszedł. Śnieg za oknem nadal kręcił młynki, ale teraz ciszę poranka rozrywał przeraźliwy klangor żurawi. Ptaki wołały przerażone i zagubione w tym pomieszaniu pór roku. Widać i te rozważały dezercję.

Na powrót zastygłem nad książką, ale nijak nie mogłem się skupić. Kąśliwy niepokój pozostał po wizycie dziada z kraju fikcji. Bez względu na to, jakiej potęgi sięgała mądrość bohatera ludycznego, nie miałem pewności, czy wystarczy skwitować rzecz mocą nadciągającego truizmu: największym sukcesem, jaki diabeł dziś odniósł jest jednak przekonanie ludzkości o jego nieistnieniu? Ale jaką moc ma banał? Przed czym przestrzega? Co naprawia i gdzie kieruje? Czy zło teraz, w drugiej dekadzie epoki światłowodów, internetu i multitaskingu, potrzebuje jeszcze diabelskiego awatara? Więc jak działa esencjonalna czarna moc w swojej perfidii? Jak obraca światem współczesnej Europy, uśpionej od dziesięcioleci możliwością kupowania, najdłuższą epoką braku wojen globalnych? Co jest dziś szatańskim narzędziem odwracania uwagi od końca świata? Czym tak skutecznie usypia ludzką czujność i jak mu się udało przekonać znakomitą większość homo, że jest tylko postacią z bajek, kiepskich horrorów o egzorcyzmach? Ewentualnie może być bohaterem teologii strachu, zamieszkującym homilie ostatnich inkwizytorów, których nie przystoi słuchać cywilizowanemu człowiekowi. Może ulepszył po swojemu nie tylko świat, ale i człowieka? Wodzi go za nos w przekonaniu, że sam jest sobie sterem, żeglarzem, okrętem i innych nie potrzebuje, więc może spokojnie przeżuwać egzystencję po nic?

    Pozwoliłem snuć się myślom, ciekaw jakiego jeszcze mędrca na dziś dostanę. Ten filmowy, sprzed trzydziestu lat, zamknięty w postaci wędrownego żebraka, na dobre odszedł do skansenu powojennej wsi, schowanej między dawno osuszonymi bagnami. Spojrzałem na półkę z nadzieją aktualnego przewodnika. Pośród świeżo zakupionych leżała także skromna książeczka z nadrukowanym na grzebiecie tytułem Uwierzcie w koniec świata. Ten wywiad z nieżyjącym już dominikaninem, o. Joachimem Badenim, pojawił się u mnie całkiem spontanicznie tylko dlatego, że zaintrygował tytułem. Kupując byłem przekonany, że poważny duchowny nie bawi się w konkretną zapowiedź końca, ani według zegarka, ani podług kalendarza majów albo czerwców. Teraz tytuł wyjątkowo współgrał ze śnieżną apokalipsą za oknem i zaskakującym stanem ducha, więc zacząłem kartkować książkę. Zatrzymał mnie pewien fragment:


Kuszenie dobrem jest bardzo częste. Może częstsze niż pojawianie się diabła, który grozi. Częściej dzisiaj mamy do czynienia z pokusami typu: romans z ładną kobietą, kradzież w wyższym celu, czyli zło, z którego niby wynika dobro. Myślę, że współczesny Antychryst będzie bardzo sympatyczny. Będzie jednał ludzi swoją dobrocią i urokiem ludzkim, spotęgowanym siłami diabelskimi. Będzie nad-uroczy, ale nie nadprzyrodzenie uroczy siłami boskimi, tylko uroczy siłami diabelskimi.

Kamuflaż zła może przybierać różne formy. Przypuśćmy, że jakiś ateista będzie przekonywał do swoich racji: to nie jest złe, to jest bardzo ładne, sympatyczne, doskonale funkcjonuje… Wy mówicie, że to jest zło, a ta cała wasza głupia wiara, to omamienie i opium dla ludu – jak mawiali komuniści. – To, co ja wam proponuję, to dobrobyt: każdy może zostawić swoją żonę, zlikwidować dzieci, jeżeli ma ich za dużo. Wszystko, co wam służy, jest dobre. Propozycja i przyjęcie takiego dobrobytu spowodują, że zapanuje na świecie chaos, bo dobro będzie zwalczać „dobro”. Myślę, że takie będzie właśnie działanie Antychrysta, który będzie przekonywał nas, że zło nie musi brzydko wyglądać i nie musi być odrażające. 


    Ojciec Badeni sugeruje dalej, że Antychryst nie musi być wcale konkretną osobą, fałszywym prorokiem, ukrytym w pojedynczym człowieku. Równie dobrze może działać jako organizacja społeczna, stowarzyszenie, fundacja, cokolwiek, co ma na celu rodzaj troski o powszechne dobro, równość, więc im bardziej zakamuflowane w pozytywnych działaniach, tym skuteczniej przenika zło do ludzkiej świadomości, bo nie budzi żadnych podejrzeń. Zyskuje sympatię i ufność, wyłącza czujność i tym śmieszniejszy wydaje się koniec świata jako powtórne przyjście Chrystusa.

    Mimo, że charyzmatyczny zakonnik odszedł, została pamięć, że w maju 2009 roku usłyszał głos od Boga, który nakazał przypomnieć współczesnym o końcu świata, o zbliżającej się Apokalipsie. W wydanej rozmowie o. Badeni nie bawi się w wyznaczanie dat, co często czynią fałszywi prorocy. Nie bawi się w straszenie, w horror obrazowania, nie podnosi głosu do tonu proroka, przekonuje pewnością i spokojem. Odczytuje pojedyncze sygnały między wersami zmian w postawach ludzi i informuje przekonany o nieuchronności paruzji, która unieważni chaos i zamknie na dobre księgę świata. Zatem kto ma uszy do słuchania…
Print Friendly and PDF