Pokazywanie postów oznaczonych etykietą małżeństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą małżeństwo. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 4 września 2025

Wypijmy za błędy

Darowaliśmy sobie niedzielny rosół z makaronem. Zjemy na mieście. Raz na kwartał stać, byle nie za daleko. W oczach koleżanki żony dojrzałem mascarpone ciepnięte na cienki placek z truflą szczątkową, markowaną w sosie i już wiedziałem, którą restaurację anioł Spontan zwiastował dziś mej niewieście. Nie upierałem się, zważywszy na fakt, że należę do tej części wysegregowanych przez Prezesa śmieci, które raczej jedzą, żeby żyć niż żyją, żeby jeść. A tu przynajmniej parking dostępny i wiadomo co do miski włożą, skoro wpadamy tak od kilku lat. Pizzy nie jadam pod tutejszą strzechą, wiadomo. Serwują na mokrym neapolitańskim cieście, tak cienkim, że cudownie zlewa się z papierową wyściółką deski podtrzymującej placek. Skutkiem tego nigdy nie mam pewności, czy jem jeszcze pizzę czy może już doprawiłem ją wilgocią celulozy. Wiem zaś, że dają tu najlepszą dla moich kubków sałatkę Cezar z cudownie zgrillowanym boczkiem Pancetta. 

Wciągałem już firmową lemoniadę przez przytkaną miętą słomkę, ostrząc głód zamówioną focaccią, gdy wzrok przyciągnęła parka po lewej. Kobieta siedząca vice versa (jak mawia znajoma Magda), natarczywie mi się przyglądała. Wbijała we mnie żmijowe oczęta, jakby połączyła nas noc, szczęśliwie zapomniana ćwierć wieku temu albo właśnie liczyła przewagę okruchów nad rozmarynem na mojej koszulce. Widziałem ją pierwszy raz w życiu, bez wątpienia, podobnie jak profil jej męża. Partnera? Raczej nie narzeczonego, nie utrzymywali żadnego kontaktu wzrokowego. Należeli do mojego pokolenia, może trochę wcześniej zaszczycili świat swoją obecnością. Dało się to wyczuć nie tylko po obfitości ciał i zmarszczek, oni zwyczajnie nie chorowali na skrolowanie. Ba! Nie mieli żadnych telefonów na blacie. On wbił wzrok w deskę stołu, po którym przesuwał menu, ona świdrowała mnie na bezczela. Uznałem to nawet za wzrok niewidzący, ale ostatecznie poległem w zmaganiu, kto dłużej wytrzyma natarczywość. Na szczęście kelner przyniósł dania, żona wróciła z mycia rąk i zabraliśmy się za konsumpcję. Spojrzałem na salaterkę i westchnąłem. Gdzie ten czas, gdy sałatkę Cezar podawano w misce tej wielkości, że mógłbym przeprać skarpety zbierane przez tydzień? Dziś podstawiono mi talerz oszczędnej teściowej i to pod rosół z kostki bulionu. Długo i z mizernym skutkiem szukałem koktajlowego pomidorka i plasterków Pancetty w nadmiarze rzymskiej sałaty.  Nie utrudniał tego całkowity brak dawniej szczodrze sypanych grzanek. „Zobacz jak mało mascarpone teraz dają”, odezwała się koleżanka żona, kierując widelec na swoją pizzę. Staż małżeński powoduje, że nasze myśli suną od dawna telepatycznie po tym samym torze. Restauratorzy widać opracowali przaśny model obsługi na czas galopującej inflacji. Tego ujmiemy, tam zmniejszymy, tu odpuścimy, a danie zostanie w menu w lekko zmienionym anturażu i gość zobaczy ciągle korzystną cenę. 

Spojrzałem na milczącą parkę. Kobieta najwyraźniej mi odpuściła. Rwała tłustymi paluchami pizzę i chłonęła kolejne jej trójkąty. Osobnik, z którym przybyła, nie zmienił ponurej miny wciągając teraz tagiatellę, gdy z końcówek makaronu sos raźnie pryskał na jasne polo. 

Rozmawialiśmy z żoną niespiesznie, wspominając pierwszy tu pobyt, przechodząc na pomysły spaceru po obiedzie, rozważaliśmy kawę i lody, może gdzieś w Oliwie? Kątem oka wciąż widziałem intrygującą parę. Nawet na siebie nie zerkali. Bo niby co można mówić po kilku dekadach razem? To tylko młode kobiety myślą o radości wspólnych rozmów do końca życia w jednym związku. Nie wiem skąd im się to bierze? Z “Przyjaciółki”, z opisów profilu Tindera? Z Netflixa? Gdy wie się o sobie wszystko i zna każdy pogląd, o czym tu gadać?! Patrzyłem na nich uspokojony. Oto ikona stażu małżeńskiego bez pseudoromantycznej nadbudowy. Trwają pogodzeni i nie ma o co walczyć, przekonani, że milczenie stało się niezbędnym tombakiem rutyny, bezpiecznie zastępującym każde złoto związku. Presja rozmowy przy obiedzie, gdy już się przemieliło wszystkie sprawy, wyraźnie gdzieś odleciała. Można już tylko zadawać to na pokutę: “porozmawiaj z małżonkiem przy niedzielnym posiłku przez cztery niedziele”. Tymczasem wiadomo, że lepiej się nie odzywać, bo ona zaraz wyskoczy, że piwnicy nie sprzątnął, choć prosi drugi miesiąc. Lato się kończy, a poręczy na balkonie nie wymalował, nie pociągnął lamperii w kuchni i nie wyniósł drabiny, która sterczy odkąd przedpokój pomalowany. A w ogóle to wszyscy jadą do Chorwacji, a ona tu jakąś pizzę je, cieknącą po palcach, łaskawca zgodził się pójść na obiad. Ale i ona nie prowokuje tej ponurości w obliczu bumera. Zaraz jej wyskoczy, że za te pieniądze kupiłaby pierogów w garmażu i jeszcze zostałoby na piwo w Żabce. A tak, nie dość, że musi mineralną pić z cytryną, bo prowadzi, to obcy dzieciur lata za plecami i mordę drze. 

Koleżanka żona rozbiła refleksję pytaniem o wystawę. Pyta czy pójdziemy, bo to jednak jej ulubiona Olga Boznańska. Temat powraca. Nie chcę się wykręcać, ale mówię, że idea tej wystawy ociera się o kpinę. To miasto powinno stać sztuką, a udaje wystawę z braku pomysłów albo kasy. Przenosi część zbiorów z Muzeum Narodowego na Toruńskiej do własnego oddziału w Oliwie i kreuje wydarzenie: wystawę malarstwa polskiego przełomu XIX i XX wieku. Nie mam nic do Boznańskiej, bo lubię i Weissa, Axentowicza mogę obejrzeć, Malczewskiego oczywiście też, tylko po co robić wydarzenie z czegoś, co jest wietrzeniem zatęchłych dzieł? Bo trzeba wypełnić Pałac Opatów? Dla snobizmu i uspokojenia sumienia, że się propaguje kulturę? Na przekór barbarzyńcom z dżungli czapeczek z daszkiem? Równie dobrze mogę pouczestniczyć w wirtualnej wystawie dowolnego twórcy w sieci. Może nawet z większym pożytkiem, bo nie będą kręcić się przed nosem producenci miliona selfie. 

Słuchałem argumentów koleżanki żony, gdy kelner przenosił dwie filiżanki espresso i niewielkie kieliszki wody do stolika inspirującej mnie pary. Postawił, uśmiechnął się i podszedł do nas zabierając talerze. Ledwie mu podziękowałem, gdy zobaczyłem ich dwoje spijających gęstą kawę z mini porcelany. Odwróciłem się do okna, za którym drobny i wychudzony niemiłosiernie lis biegł chodnikiem, wzbudzając sensację wśród przechodniów. Zatrzymywali się i stawali pokazując zwierzę palcem. Rudzielec nic sobie z tego nie robił, przeszedł spokojnie jezdnię i zniknął między blokami. Wróciłem wzrokiem do sąsiadów i zobaczyłem ich serdecznie roześmianych. Wreszcie patrzyli na siebie szczerze rozbawieni, jakby usłyszeli dobry kawał. Oniemiałem i szukałem wokół pretekstu tej erupcji radości, która wylała się ognistym potokiem na zasępione dotąd twarze. Nic nie wskazywało powodu radości, zupełnie jak przedtem smutku. Po chwili przesunęli puste filiżanki na środek stolika i kobieta niespokojnie rozejrzała się wokół, jakby chciała zrobić coś nielicującego z wiekiem i godnością. W tym czasie mężczyzna zaśmiewał się pochylając mocno głowę, aż się zaczerwienił. Wreszcie uniósł w jej kierunku kieliszek z wodą. Kobieta zbliżyła do niego swój i nie przerywając śmiechu stukali się nimi, aż woda spłynęła na zewnątrz po ściankach. Wychylili toast poważniejąc na chwilę, po czym pokręcili głowami i wstali niemal jednocześnie i tylko ona pukała się w czoło, zaśmiewając się do łez.

sobota, 14 września 2024

Żywiciel w żywiole

-  Zła jesteś? Piątek, weekend, tyle sprzątania przed nami, prania, prasowania, mycia, gdzie twój entuzjazm?

- Nawet nie pytaj! Zabiję durnia, niech tylko wrócę do domu!

Mężu znowu zawinił?

- Zakupy zrobił od czapy... „żebyś nie stresowała się po pracy, Dosia”.

- Ze świecą dziś szukać empatycznego męża, a ty z siekierą w torebce? Chciał ci ulżyć i w zamian „zabiję”? Nie kumam. Źle jak nie przejawia inicjatywy, a jak się postara, jeszcze gorzej!

- Nieproszony to on akurat za bardzo się stara! Zakupił osiem udek z kurczaka, trzy golonki z indyka, cztery słoiki śledzi po wiejsku, pięć pasztetów w puszce, paczkę kiełbasy, trzy worki mrożonych pierogów i nie zapomniał o ukraińskich obwarzankach! A dumny z siebie, jakby prezesowi płatki z garniaka trzepał!

- Co się dziwisz? Usłyszał, że powódź wzbiera w alertach od kilku dni, to pomyślał. Komunikatów nie znasz? Zastępy straży ściągają z połowy kraju, wojsko sprzęt pływający tankuje, chłop wie co robi. Zasiądziesz na dachu domostwa, pociągniesz ukraińskim obwarzaniem polski pasztet, prosto z puchy i głód ci niestraszny, będziesz lśnić bezpieczna na więźbie w różowej pelerynce i w kaloszkach odblaskowych, aż przypłynie ocalenie.

- Takiś mądry? No to pytam, po kiego mi jeszcze te udka do tego? I po jakiego wała ochronnego aż osiem sztuk? Kto to będzie jadł? A ten baran na to: „no ty, bo wiesz… ja tego nie będę piekł, nie chcę ich jeść, to sama pomyślisz i coś z nich zrobisz".

- A widzisz, jaki kochający mąż. Od ust sobie odejmie, a ty warczysz!

- Nie wkurzaj mnie i ty! Skończy się tak, że trzeba będzie drugi raz pojechać, wbijać w nakręconą medialnie apokalipsę paniki powodziowej, na normalne zakupy, o ile jeszcze coś na półkach zostanie! 

- Czegoś jeszcze ci zabrakło w zestawie? Makaronu? 

-  Choćby warzyw! Nie pomyślałeś?! Następny mądry chłop! A jajka? Owoce jakieś?

- Mówisz, że owoce kupił. Tyle że morza, zdaje się cztery słoiki śledzia po wiejsku? Zresztą, co ty, królik jakiś jesteś? Kto by zieleninę na dachu jadł? Nie po to brałaś za męża drwala we flaneli, z brodą, białkiem pasionego, żeby teraz kalarepą łeb sobie zaprzątał! No ale z drugiej strony bywa i tak, gdy starego na żywioł puszczasz, bez kartki.

- Sam się wyrwał! I to drugi raz. Tydzień temu do osiedlowego, a teraz powtórka z rozrywki, tyle że na hali. 

- No widzisz, spodobało się robić niespodzianki. Doceń Dosia miast potępiać. 

- W docenianiu nie dam się prześcignąć. Z osiedlowego przytargał tyle cytryn z promocji, że musiałam nalewkę pędzić, żeby niebieskim futrem nie zarosły. Buraków wystarczy mi jeszcze do wigilijnego barszczu. A z jogurtu jagodowego mogę usmażyć trzy taczki racuchów dla pułku terytorialsów, jak już zjadą nosić worki z piaskiem nad Odrę. Tak się spisał, że właściciel dał mu w gratisie dwa zielone banany. Rzecz jasna w uznaniu dla zasług i dzielności dokonania zakupu bez żoninej listy. Szkoda, że do durnego łba nie przyfastrygował mu sprawności żywiciela!

- Widzisz jak trzyma takie uniesienie? Dalej sam się puszcza. Spodobało się.

- W piątek pracuje akurat do 10.30, "po drodze" zajechał do hipermarketu.

- I udka tam kupował?

- A jak! Geniusz przecież!

- Trochę nieuświadomiony, musisz nad nim popracować. Ale może nie trafił na „siódmy żywot kurczaka”? Był kiedyś taki reportaż w „Wyborczej” na temat drobiu w marketach. Niech policzę. Zgodnie z harmonogramem sprzedaży, przedstawionym w tekście, kurczak w pierwszym życiu utraconym sprzedawany był w całości na dziale mięsnym. Później ten, który nie schodził, trafiał do kąpieli w nadmanganianie potasu i trafiał na powrót do lady chłodniczej w całości. Jeśli nie udało się go sprzedać, szedł do ponownej kąpieli i  wbijano go na rożen, by następnie do klienta trafił jako świeżo pieczony. Ale to tylko część dostawy. Druga szła do porcjowania, po czym lądowała za ladą w formie skrzydełek, udek, korpusików na rosół. Dopiero pieczony niesprzedany nadawał się do krojenia i trafiał do sałatek, sprzedawanych na dziale garmażeryjnym. Jakoś tak to szło, ale coś pewnie pokręciłem, skoro nie mogę doliczyć się siedmiu bytów konsumpcyjnych. Zresztą, kurak nie kot, nie zawsze ma siedem żyć. W najgorszym razie masz do upieczenia udka przysposobione do spożycia jako żywot trzeci.

- Ale ostatni tego mojego głąba! Jak mi nerw nie przejdzie do 17.00. utłukę gada, zakopię i knieć błotną zasadzę! Już siedzę i dumam, że chyba przyjdzie galaretę robić z kuraków i sam będzie ją żarł w pracy zamiast kanapek, aż się posra, jeśli weekend przeżyje. Nie pomogłeś mi i ty. Jeszcze się pochoruje totalnie niemyślący gamoń. Po szpitalach nie myślę latać !

- Myślący to on nawet jest, przewidujący nawet, tyle że nie do końca. Start ma dobry, a potem bateria siada. Musisz mu Duracella zmienić pod deklem albo przewody skróć. Po co zaraz mordować, jesień idzie, przyda się jeszcze, żeby opony w autku zmienić.

poniedziałek, 18 marca 2024

Cień małżeństwa


- Stary ma niedzielną szychtę, że tak bezkarnie zalegasz przed ekranem? A kto kluski gotuje do rosołu? 

- Trochę nie wiem, co ze sobą zrobić. Nosi mnie od książki do okna, stamtąd do komputera, przez jakiś film, który niby oglądam i znowu telefon. Choć obecność tutaj… to jest nawet dość irytujące. Same małolaty oblegają portal. Dyszą mi tu w poszukiwaniu lwicy.

- Nie przeceniaj, bo jeszcze faceta w nich zobaczysz! Im nie samica potrzebna, tylko przystępna dziura w tle, z inspiracją do klepania niemca w hełm.

- Skąd ty te teksty bierzesz?! Oplułam się kawą! 

- Literacka dusza we mnie jęczy, skowyt bólu i agonia niespełnienia.

- No chyba czytam jakieś upośledzone książki. Tam nie ma takich tekstów. A stary? Pojechał do mamusi, jeśli o to chodzi. Wylewa potok łez w ramię rodzicielki. Żona go zraniła.

- Uuu, wystąpił akt przemocy domowej? Kobieta go bije? 

- No… prawie mężobójstwo przy pomocy imitacji członka. 

- Ale, ale! Nie zaczynaj od scyzoryka w garści, powieś go na ścianę i dwaj akt pierwszy, od początku! 

- Na początku był sracz. I w sraczu była przyjemność. Właściwie miała być, bo przecież wbił przede mną, jak zobaczył, że książkę biorę ze stołu. Zajął i wystrzelił po dziesięciu minutach. Ciężko oburzony! Pluł coś, że ja zepsułam i milczę. Nie wiedziałam o co kaman, pogubiona w kontraście różowych bokserek w avocado tuż pod kasztankiem brzucha i czarnych skarpetek na łydkach. Pytam, co znowu zepsułam? A ten, że spłuczka, że zawór, że ledwie kapie. Mogłaś z rana powiedzieć! Jakby nie wiedział, że z rana biegamy z prędkością pershinga tuż pod lamperią. I do mnie, gdzie skrzynka, żabka, klucz jakiś, zawór zapchany? Wydziera się jak na praktykanta hydraulika, przed fajrantem. 

- Zepsułaś mu hydraulikę? 

- Ja?! Zgłupiałeś?! Co to ja matka natura jestem?! Raczej chciałabym z tej hydrauliki skorzystać, nawet wlazłam pod prysznic, kiedy marudził i chrzanił się z zaworami. Głupia nadzieja do kabiny mnie popchała. Taki męski był z tą żabką w garści i te legendy o hydraulikach w pornolkach, wiesz, to działa na wyobraźnię! Męczył ten zawór i nic. Wyszłam pachnąca, powabna, a on do mnie, że nic z tego! Z jego roboty znaczy. Warknął tylko, że do Castoramy jedziemy. 

- A ty po co? Sam nie mógł pojechać? Przecież nie wiesz nawet jaki to typ, ten zawór odcinający znaczy.

- Pewnie, że nie wiem, to mnie akurat najmniej interesuje! Ale jaśnie pan, całkiem jak prezes Polski, nie ma swojego konta, ani dostępu, więc potrzebuje asystentki do obsługi karty płatniczej. Ledwie zdążyłam bluzę dresową wciągnąć bez stanika, leginsy jakieś w pośpiechu na siebie, bo i majtek nie było czasu szukać. Po kwadransie hulałam w alejce między kranami, rurami i kolankami, w tańcu z wężem w oplocie i bez. Aż nie wytrzymałam, bo latał z obłędem w oczach i pociągnęłam go do najbliższego doradcy z tym nieszczęsnym zaworem w garści, żeby wskazał, gdzie takie leżą. 

- Do tego też asystentki potrzebował? 

- Ba! Do tego najbardziej, przecież męskości by ubyło, gdyby innego rohatyńca miał o pomoc prosić! Ale dostał co chciał, wracamy do domu i zaczęło się: potrzymaj tu, poświeć, żabka, klucz, podaj, wynieś, a ja musiałam być już chyba purpurowa ze złości. Nie mogłam patrzeć na gada. Odwróciłam się i przeglądam jakieś głupoty w telefonie. Czekam, aż wylezie z tego sracza z tarczą, a może i z dzidą! Stoję jak framuga, nie wiem, czy majtki wkładać, stanik, czy w końcu dotrze do baraniego flaka, że jeden syn na treningu, drugi ma szkolenie wyjazdowe. A tu nic! W końcu wylazł hydraulik zwycięzca, z bananem na gębie. Zachodzi mnie z tyłu, przytula, że już dobrze, że on taki nerwowy, szyję całuje, wie jak lubię. Wreszcie dotarło! Szepcze mi w ucho przeprosiny, podziękowania. No to nie czekam, odwracam się, rozpinam bluzę, uwalniam, co jeszcze nie zwiędło, a ten gały otwiera, jakby nie wiedział do czego to jest. I naraz się tłumaczy, że nie o to mu szło, że on nie pomyślał, że … i odskakuje jak oparzony… 

- I wtedy postanowiłaś przywalić mu z klucza? 

- To by było słabe! Zniknęłam w sypialni, żeby po chwili wrócić z moim przyjacielem koloru późna lawenda. Jednym ruchem pozbyłam się leginsów i na jego oczach rozłożyłam uda w fotelu przystępując do zabawy!

- Uciekł?

- Wręcz przeciwnie! Przyspawało do podłogi ten mój cień małżeństwa. Dyszał tylko z oburzenia, chrapy mu chodziły jak ogieru Kmicica w balecie, ale słowa nie powiedział. Oniemiał. Byłam dość napalona, więc długo to nie trwało, a jęk wzmocniłam z premedytacją. Wstałam, bluzę dopięłam i z gołym tyłkiem ruszyłam na powrót do łazienki, pod prysznic. Kręcił się w kółko jak to kolorowe ruchadełko dla dzieci! W tym samym miejscu był, kiedy wyszłam. Zatrzymał się i mówi: ... ale ja naprawdę nie chciałem, przepraszam, jeśli na ciebie krzyczałem! No i chyba już nie mogę - spojrzał wymownie w dół przy tym. - Przepraszam, serio! Ale ja tak lubię ten kibelek i nienawidzę tego na dole.

poniedziałek, 22 października 2018

Jak nie wytrzymać i zostać w związku

❖Kliknij, żeby posłuchać tekstu w interpretacji autora❖

W trakcie przeglądu prasy, nieaktualnej przynajmniej od trzech tygodni, trafiłem na cytat, który wydał się efektowny: bo kobiety żyją dla kogoś, a mężczyźni po coś i kobiecie do szczęścia potrzebna jest druga istota, dla której będzie się poświęcać, mężczyzna musi mieć coś konkretnego, by do tego dążyć.

O tak, już słyszę feministyczne oburzenie, że przytaczam kazania spod toruńskiej wieży, gdzie w rytm disco polo wywija demon patriarchatu, z dnia na dzień skraca łańcuch łączący zlewozmywak i panią domu, by zepchnąć ją w żar ognia pod saganem bigosu, ku uciesze czarnego luda rzecz jasna.

  Zanim jednak oberwę za konserwę i porządek Boży, przyznam, że nieco rozbawił mnie ten cytat. Niesie chamskie uproszczenie, prawda? Sugeruje ponure uogólnienie, tak? Płaski jest jak intelekt aktualnego wodza, a jednak podkreśla niemożność porozumienia między kobietą a mężczyzną… i za to mu chwała. Choć ci dwoje akurat – z uporem godnym starego capa w rui – zmagają się ze sobą, ładując kapitał nadziei w układ z góry skazany na porażkę. I tak od czasu Adama i Ewy, mniej lub bardziej dokuczliwie, krzywdzą się i od nowa wierzą w sens, nawet wielokrotnie w związek popadając.

  Na początek zastanówmy się, co może oznaczać, że kobiecie do szczęścia potrzebna jest druga istota? Czy potrzebna oznacza jeszcze niezbędna? Dziś kobieta jest w polityce, zarządzie firmy, prowadzi biznes, szkołę tańca, reżyseruje film i niekoniecznie musi poświęcać się konkretnej osobie, by zaznać szczęścia, które i tak definiuje zwykle na chwilę. Ważność drugiej istoty w odniesieniu do jej egzystencji, to coraz częściej coś jak orbita, po której kręci się kobita, że z częstochowska pociągnę. Im dłużej żyję, tym mocniej przekonuję się, że nie musi wcale chodzić o tak zwany Boży ład, czyli posiadanie męża, dzieci, wnuków itp., bo jej spełnienie bywa już gdzie indziej. Rodzinna forma szczęścia staje się dla kobiet męcząca i niektóre mamusie tylko czekają, żeby spakować dzieciom walizki, zaś mężowi odpłacić brakiem uwagi za nieuwagę lat dwudziestu. Świat stoi otworem fitnessu, podróży, biznesu, pasji wielokierunkowych, salonu piękności, biegów ulicznych, rozrywek przelicznych, pokus, przed którymi mąż i dzieci raczej muszą się kryć, by nie towarzyszyć opiekunce ogniska domowego.

  Obecność bliższych i dalszych osób zakorzenia je w istocie kobiecości i motywuje wielokierunkowo do działania oraz tak zwanego dbania o siebie. Raz z przekory, to znów z powodu konkurencji albo czystej zawiści, muszą istnieć w odniesieniu do innych kobiet i to daje się odczuć. Zapewne boleśniej niż mężczyźni  przechodzą syndrom opuszczonego gniazda, przynajmniej niektóre. Gdy dorosłe dzieci zaczynają żyć po swojemu i wybywają z domu, wiele z matek dopada poczucie pustki, jakby ktoś zabrał kawałek sensu. Może dlatego większość z nich zabezpiecza się przed dramatem nadmierną czułością i troską o dzieci. Zwyczajnie nie pozwalają im dorosnąć i zwalniają z odpowiedzialności za siebie. Takie matki przesuwają czas rozstania, czyniąc z własnego potomstwa gniazdowniki, niechętne do opuszczenia opiekunki. Mamusia co prawda odkleiła się w mniemaniu dziecka od rzeczywistości, ale nadal skutecznie sprząta i gotuje, gwarantując wolność od ciężaru życia. I tu nie zawodzi cytat, o który kruszę tępą dzidę. 

Przejdźmy do męża, partnera. Jeśli jeszcze wytrzymał i nadal jest w domu, tak dalece wrósł w grafik troskliwej żony, że stracił sporo męskości. Bywa, że trwa w czymś porównywalnym do statusu domowego kota, którego trzeba oporządzić, by uniknąć miauków żalu. A jednak, choć bywa uroczy, pożytku niewiele wnosi. Dlaczego? Bo jak mówi mądrość cytatu: mężczyzna musi mieć coś konkretnego, by do tego dążyć. Dążył do założenia rodziny? Założył. Dążył do zdobycia i uwiedzenia żony. Posiadł. O co jeszcze kaman? Teraz ma inne cele, bo jego karma to gonienie króliczka. Dogoniony, nawet jeśli nie odrzuca wonią rozkładu, przestaje zajmować odkąd utknął w bezruchu. Dla jasności czytelników: mówię o mężczyznach odpowiedzialnych, z pominięciem podgatunku, który dojrzewał do siódmego roku życia, a potem już tylko rósł, aż przyrósł do kanapy, pilota i podkoszulka do bicia żony.

  Odpowiedzialny facet zapewnia kobiecie wsparcie nawet kosztem własnej woli, łamanej co weekend do przyjaźni z wózkiem w markecie, z odkurzaczem, mopem i do romansu z pralką. Inny daje małżonce poczucie komfortu w byciu zaradną i samodzielną. Niechby i niechcący, manipulacją, sprytem albo lenistwem, ale buduje jej przekonanie, że zginąłby bez swojej żabusi. Żona musi wiedzieć, że on nie pamięta o rocznicy ślubu, że skarpet sparować nie umie, slipy nosiłby brązowym do tyłu, gdyby nie jej miłość, a kwiaty kupiłby dopiero na pogrzeb. Nawet wypad na Teneryfę oleje i biedaczka zorganizuje sama, choć dla dwojga. I to ona restaurację zarezerwuje mu na urodziny, bo sam nie wpadnie, że w ogóle obchodzi. Całe szczęście, że w bloku centralnie grzeją, bo i drew musiałaby urąbać dla dopełnienia wizerunku kobiety spełnionej.

  A dlaczego on taki truteń? Dążenia nieustająco wyrzucają go jak bumerang poza związek. Od czasu synów Noego musiał opuszczać znane i bezpieczne arki, by podjąć trud na zewnątrz. Zmagać się z wrogiem, dopaść jelenia, utłuc niedźwiedzia, gdy dzieciom zagrażał, potem sprostać wodzowi, pułkownikowi, prezesowi, wykiwać konkurencję, wykosić politycznego oponenta, odtańczyć taniec deszczu, wynaleźć to i owo, według niektórych dla ułatwienia życia, a podług innych z lenistwa. Przecież nawet kochanki zmieniać musiał, żeby genem siać obficie jak natura każe. Zbudować dom i posadzić drzewo też miał nakaz i budulec zdobyć na zewnątrz, a dopiero tak utrudzony majstrował syna wewnątrz, jakkolwiek to brzmi.

  To są wszystko dążenia, które pamięć genów dźwiga dając wytyczne męskiemu życiu po coś. I każdy zdobyty szczyt w egzystencji faceta jest tylko po to, by z jego wysokości mógł rozejrzeć się za kolejnym. A trudno żeby szczytował nieustannie we własnych czterech ścianach, które ograniczają horyzont myślowy do zaspokajania nowych pragnień kobiety z założenia zadowolonej przez chwilę.

  Ona chciałaby, żeby był troskliwy, a na zewnątrz skuteczny. W domu kobiecy jak niania Frania, w przymierzalni przydatny jak gej - najlepszy przyjaciel, a w samochodzie waleczny jak gladiator. Tu perfekcyjny pan domu i Okrasa, tam Bob budowniczy i strażak Sam. W sypialni George Clooney, na mieście Clint Eastwood. To gdzie on ma być sobą i dla siebie? W domu snuje plany, przestaje się napinać, szuka wytchnienia, zbiera siły do zmagań ze światem, a przynajmniej próbuje, tylko czy ona pozwoli?

  Ponieważ jednak roszczenia kobiety rosną, pretensje też bynajmniej nie gasną,  mężczyzna ucieka mniej lub bardziej realnie, a dokąd? Pisarz Orbitowski w powieści Exodus przekonuje, że w takiej sytuacji dojrzały facet ma tylko dwie drogi ucieczki: w butelkę albo w pizdę. Myślę, że niejedna więcej otworem stoi, droga rzecz jasna, i on ją znajdzie.

  Ale żeby nie było, moje drogie panie! Nie o to chodzi, że zajeżdżacie mustanga. To kolejne uproszczenie. Że on taki biedny z tą uzdą, pod siodłem? Absolutnie! Nie żal mi gamonia, skoro w związek popadał, niech ma za swoje! Widziały gały, co brały, a jak wyobraźni brakło, tym bardziej nie ma co żałować. Próbuję tylko pokazać, że stawianie kobiety i mężczyzny w parze, to jednak presja społeczna, zamordyzm służący trzymaniu nas w ryzach i kosztach albo dowód na nieograniczone poczucie humoru Pana Boga. 

środa, 12 lipca 2017

Zdechłe motyle

- Cześć. Zmieniłeś zdjęcie profilowe. Wysyp psychofanek?

- Zdjęcie? Chyba mnie z kimś mylisz. To zdjęcie jest od początku. Dobry wieczór.

- Bez obaw, nie mylę… jesteś Marcin, pracujesz w znanym portalu, lubisz konie, a przed zaśnięciem czytasz do poduszki biografie sławnych ludzi. Nie pomyliłam, co? 

- Zgadza się, ale Twój nick nic mi nie mówi?  Kto Cię nasłał?

- Za dużo bab tu mielisz. Ale spokojnie, nie jestem karzącą dłonią krzywdzonej. Jakiś czas temu chciałam zapytać co u Ciebie, ale jak już znalazłam, nie miałam odwagi zagadać.

- Kiedy mieliśmy ze sobą przyjemność? Widzę pierwszy raz taki awatar. Amnezji nie mam... raczej. Choć różnie może być po czterdziestce.

- Ze dwa lata temu, może trzy. Pewnie nie chciałeś pamiętać! Z tą przyjemnością, to pojechałeś trochę, hi hi. Wyrzuciłam Cię ze znajomych, ale zaimponowałeś mi. Gość z klasą, nie hejtowałeś.

- To czym się naraziłem? Nie wysyłam zdjęć twardego stefana. Zrobiłem wyjątek?

- Nie. Zgasiłeś mnie o kilka razy za dużo. Widocznie za bardzo chciałam się przyjaźnić.

- Pokażesz buzię zamiast tej animacji? Mam pamięć do twarzy, więc byłoby łatwiej wysunąć szufladkę.

- Mówisz i masz.

- Ty ładniutka jesteś! I do tego wygadana! To mamy pewność, że mnie z kimś mylisz. Albo szybko musiałaś mnie usunąć. Na taką kobietę chuchałbym i dmuchał, ale nie gasił.

- Czaruś ten sam, nie mogłam się mylić. Mógłbyś już wydorośleć.

- Daj spokój, doroślałem do siódmego roku życia, potem już tylko rosłem... wszerz. Nie gaszę ludzi. Za dużo mam kompleksów. Pewnie coś przekręciłaś. Stała przypadłość kobiet na czatach. Oceniają facetów przez złe doświadczenia i emocje. Co by im nie mówić, czytają przeciw sobie.

- Może być, w końcu moja zaniżona samoocena też woła o ratunek po puszczy.

- A! Czyli z wczasów nadajesz? Czy chronisz Puszczę przed wycinką?

- Pudło. Siedzę na tarasie jak na myśliwskiej ambonie i widzę mojego jelenia. Ślini się do jakiejś klempy i nie widzi, że gatunki mu się rozjechały.

- Ale widzi, że jest na celowniku?

- Raczej nie. Nawalony jak ruski samolot drożdżami. Jeszcze chwila i przeniesie łapę z łokcia na te bukłaki nad jej pępkiem. Jeleń na rykowisku jest ślepy jak kret w pomidorach, wiedziałeś?

- Niewiele, ale zazdrość dodała odwagi i w końcu przemówiłaś. Niech i ja coś mam.

- Zazdrość? Kotek, na to miałam czas dwadzieścia dwa lata temu, teraz to już tylko żenada. Musiałam przekierować uwagę, żeby nie puścić wiąchy z tej ambony. Publisia weselna przekieruje wzrok z oczepin na klempę i będzie siara dla panny młodej. To jej ciocia.

- To z wesela do mnie przemawiasz? Wyszłaś pooddychać, a tu miłość życia w malinowym chruśniaku?

- A Tobie popierniczyły się pokoje na tym czacie? Miłość życia? Hallo, jest tam kto?! To jest czat dla czterdzieści plus… kolega pedofil źle trafił i szuka naiwnej?

- Koleżanka w miłość nie wierzy?

- A wierzy, wierzy, łzy dla niej wylewa. Zaraz potem bierze pilota i przez barwy szczęścia w miłości przechodzi do jednego z dziesięciu.

- Czekaj, czekaj, ale jak to jest ciocia panny młodej, to raczej nie jest kryzys wieku średniego? Jeleń kleiłby się do siostry panny młodej, nie?

- Jasne, zwłaszcza, że ona ma brata. Chcesz powiedzieć, że mam jarzyć michę, bo gej z męża nie wyszedł? Po blisko ćwierci wieku? Może racja, takie czasy… a Ty? Masz teraz kogoś prócz żony?

- Czemu teraz? To kiedyś miałem?

- Czaruś nic się nie zmienia. A nie opowiadałeś dwa lata temu o jakiejś Asi sąsiadce? Tej, co to żarówki rzadziej jej padały niż cycki na blat? A mimo spięć nie chciała zmienić żyrandola? Pamiętam, lubiła jak jej wkręcasz tu i tam, hi hi.

- No sama widzisz jak mnie mylisz. Mieszkam w domu po rodzicach, taki klocek
z PRL-u, nie mam sąsiadki. A cycki zbieram z blatu tylko jak pokroję, drobiowe.

- Ej, nie czaj się tak. Żona za plecami?

- I tu się mylisz. To ja ją kontroluję z okna, w ogródku jest. Dobre czterdzieści minut pytluje i miny sugerują, że nie jest to psiapsiuła z liceum. Upierdliwy klient hurtowni?

- Uuu, mamy tu zazdrość? Po tylu latach małżeństwa? Czy lęk, że ktoś wlazł na obsikane pole?

- Co za różnica, co mamy? Niepokój zawsze jest. Wiesz jak jest, kobieta podobno do zdrady potrzebuje powodu, a facet miejsca.

- A co może być powodem dla kobiety?

- Koniec uczucia do swojego mężczyzny zwykle. Ale czasem zwyczajnie może chce się poczuć raz jeszcze pożądaną kobietą?

- A facet? Czemu potrzebuje tylko miejsca?

- Żeby go żona z ambony nie trafiła, kiedy biologia krzyknie: siej gena!

- I dlatego nie pożądasz żony i musi ślinić się do telefonu! To może do mnie z biologii wystrzelisz?

- A ty przyjmiesz strzał z zemsty na jeleniu? Żadna frajda dla genów. A żonę pożądam tak samo jak dawniej, ale wiesz jak jest. Jeśli ten sam facet ma wpisane pożądanie w kontrakt, pomiędzy mycie okien i podlewanie paprotki a przegląd samochodu, przestaje być samcem. Działa na granicy lokaja i opiekuna klienta. Nawet do zazdrości nie ma prawa, przynajmniej do jej okazywania.

- Bo?

- Za dużo ma za uszami. Gdy szło się za głosem genów, teraz trzeba dać przyzwolenie na ostatni szał kobiecości.

- Cholera, coś w tym jest. Może dlatego nie drę mordy z tego tarasu? Święta nie byłam, fakt. Każdy chce się podobać, budzić zachwyt, pożądanie... szarpnąć zdechłe motyle. Tylko po cholerę ludzie wymyślili związki stałe? Trzeba było wprowadzić kontrakty dziesięcioletnie i niech mają drogę otwartą: zostają ze sobą albo szukają dalej.

- Coś w tym jest. Ale łatwiej trzymać ludzi za mordę z nakazu tradycji, religii, państwa, mentalności. Przymusić do odchowania dzieci może, nie wiem.

- Chyba raczej ekonomicznie zniewolić, kredytami, pożyczkami, obciążeniami, żeby koszty rozstania były większe niż życia razem i żeby nie było gdzie odejść?

- Dlatego trwasz w małżeństwie?

- Może być. Z wyrachowania. Nie stać mnie na oddzielne mieszkanie. Może z potrzeby bezpieczeństwa? Inaczej nie umiem? Matka trwała w milczeniu, gdy stary spieprzał samoloty kleić jako instruktor w modelarni. To jaki mam wzorzec? Zresztą, lepiej żyć z kimś, z kogo nie wylezie psychopata. A dobro dzieci najważniejsze. W tych czasach łatwiej nie zwariować, zawsze można pogadać na czacie z kimś, kto nie ma lepiej. Łatwiej znieść jelenia, bez żalu. A Ty kochasz żonę?

- Pewnie tak, nawet jakbym nie kochał, zostałbym z nią z lenistwa. Nie chciałoby mi się poznawać natręctw żadnej kobiety w tym wieku. Po trzech latach z każdą będzie tak samo. Zmęczony jestem. Po co zaczynać od nowa, skoro na czacie idzie podciągnąć zaniżoną samoocenę małym kosztem?

- No i poudawać Casanovę bez wyskakiwania z piżamy. Taka wygoda!

- Jaki czas, taki Casanova.

- Wybacz, ale idę mu pierdolnąć jednak… zaczął ją całować.

- Co za różnica, przecież go nie kochasz.

- No niby tak. Ale jakaś przyzwoitość obowiązuje. Widziałam jej męża, knur tuczony na wytłokach, nie odwdzięczę się tym samym. Może jednak jej pierdolnę? Wiesz, akcent feministyczny w oczach panny młodej. I jeszcze wyjdę na lochę kochającą po dwudziestu latach! To pa!

wtorek, 23 grudnia 2014

Gody słodko-gorzkie

Papieros dziewczyny w scenicu żarzył się od kilku minut. Sylwia nienawidziła palenia w samochodzie, zwyczaj drażnił ją nawet w obcych autach. Wyobrażała sobie duszący dym wewnątrz, z pewnością przyprawiał o mdłości i nagły ból głowy. Smród nie do wywietrzenia wbijał się stęchlizną w tapicerkę foteli, w plastik kokpitu i obicie sufitu. Czy tamta lubi aż tak  śmierdzieć? Może inaczej nie umie, gdy nerwowo czeka na mokre pocałunki, wykradane w pośpiechu z ciemności? Ciekawe, czy równie gorąco pragnie muskania językami, zapomnianego przez dziesięć, może dwadzieścia lat ślepej wierności? Zdecydowanie nie! Jest dużo młodsza i niewykluczone, że denerwuje się przed pierwszym razem. Czuje suchość w gardle, tak samo przerażona jak ciekawa i doczekać się nie może tego plasterka niedozwolonej namiętności, finału ze smakiem ananasów, całkiem jak Sylwia trzy tygodnie temu. A może jednak inaczej? Może w gęstym dymie papierosa zawiesza decyzję o rozstaniu, bo nadeszła pora, kiedy trzeba powiedzieć „dość” wirtualnym amorom? Położyć szlaban rozgrzewaniu na czacie, gierkom wstępnym w komunikatorze, które zaowocują następnym szaleństwem realności. Może też zapragnęła przerwać to pasmo uniesień, zanim przyjdzie gorycz winy?

    Po co Sylwia projektowała aż tyle wątpliwości na przypadkową dziewczynę? Nie miała pojęcia, ale zdążyła przypisać wszelkie intencje obcej, zanim na parking wjechał inny renault, tym razem kangoo. Najwyraźniej należał do przedstawiciela handlowego, który zręcznie zaparkował pomiędzy kobietami. Wyskoczył z niego barczysty i nieco krępy mężczyzna i już siedział na tylnej kanapie scenica. Po chwili wysiadł i otworzył przednie drzwi po stronie pasażera. Roześmiana dziewczyna wysiadła i zostawiła otwarte drzwi od strony kierowcy. Przez chwilę obsypali się gorącymi pocałunkami za szybami tylnego siedzenia. Wiatr był zbyt silny, więc chłopak szybko wypiął tyłek i nie wychodząc z samochodu zatrzasnął przednie drzwi; lewe, potem prawe. Rzucili się na siebie przy ciągle włączonym silniku. On w pośpiechu zdejmował jej bluzkę, ona zdzierała z niego polar i koszulkę, a parkingowa latarnia oświetlała ich jak na proscenium. Najwyraźniej nie przeszkadzało mu, że wylizuje podniebienie o aromacie popielniczki. Sylwii zrobiło się jakoś nieswojo. Zbyt długo czekała na Marcina w miejscu, które miało gwarantować odrobinę intymności.

    Ledwie nadjechał i znalazł się wewnątrz jej astry, uruchomiła silnik. Mężczyzna zdziwił się nieco, bo żadnej podróży nie było w planach. Sylwia uśmiechnęła się do lusterka, gdy niepokój zaanektował całą jego twarz:

- Nie ufasz mi, kotku?

- Znamy się lekko ponad miesiąc, z czego połowę na żywo, więc chyba się nie dziwisz? Sama wiesz, ile ześwirowanych bab krąży wokół. A ty trochę mało mówisz o sobie, nieprawdaż? Niewykluczone, że jesteś namiętną psychopatką. Ciągle jakieś półsłówka, gdy tylko spytam o dom, o pracę, pasje, zaraz wyślizgujesz się i zadajesz pytania o mnie.

- Mniej wiesz, krócej będziesz przesłuchiwany, słodziutki! Poza tym faceci lubią mówić o sobie, być w centrum uwagi, nie? Twoje przeżycia, pasje, męskość, to wszystko buduje ego, więc o co ci chodzi?

- Pozwól, że jednak zapytam o nas. Dokąd jedziemy?

- W poszukiwaniu miejsc sprzyjających ucieczce od małżeńskiej rutyny. Nie po to przyjechałeś?

- Jeśli o to chodzi, poprzedni parking bardzo mi odpowiadał. Coś się stało? Znasz tamtych kochanków? Dziwnie się zachowujesz.

- Bo dziwnie się czuję. Byli tam przed nami, a ja myślałam, że czeka nas coś wyjątkowego.

            Sylwia ostro zahamowała i niespodziewanie dla siebie zjechała nagle z głównej ulicy. Marcin zobaczył długą uliczkę, prowadzącą do nowego osiedla. Wzdłuż jezdni stało kilka samochodów i dzieliła je spora odległość. Latarnie rzucały tu bardzo słabe światło. Zaparkowała i przesiadła się do tyłu. Rozpinała powoli kurtkę i rzuciła zdanie w tonie kobiety dominującej:

- Będziesz musiał trochę nade mną popracować, mój książę z odzysku. Jestem nieco zdenerwowana i chcę, żebyś mnie zrelaksował, wymyśl coś zmysłowego na początek. 

Ledwie to powiedziała, kątem oka zauważyła ruch w samochodzie stojącym dwa miejsca dalej. Rozsypane blond włosy zajaśniały w mroku i profil kobiecego ciała poruszał się jakby w rytmie kroków całkowicie opanowanego ogiera. Sylwia prawie krzyknęła:

- No ja pier…, jakbym uczestniczyła w jakimś „mam talent albo zajoba”! Co to jest?! Sobotnie zawody w dochodzeniu na czas?! Kto szybciej osiągnie zakazany orgazm, niezbędny składnik kwaszenia wigilijnego barszczu i wróci do skręcania uszek? Wszyscy muszę się parzyć akurat teraz? Złote gody słodko-gorzkie, czy rocznica małżeńskiej nudy?

- Proszę cię. Możesz tego nie zaczynać? Naprawdę musisz mieć pretensje do całego świata, że nie jesteś jedyna, że ratujesz się jak wielu? To nasze trzecie spotkanie i zawsze tak samo. W zasadzie myślałem, że sprawia ci to radość, że oboje tego pragniemy, że zatracasz się i zapominasz jak ja. Podnieca cię ujadanie w ramach gry wstępnej? To cię kręci? Zdecydowanie wolę cię w drugiej odsłonie, kiedy już miękniesz w ramionach, gdy już…

- Gdy ty dla odmiany twardniejesz, wiem. Wtedy muszę się zmagać, żebyś mi go w oko nie wetknął.

            Sylwia roześmiała się nerwowo, zanim odrzuciła jego ramiona. I już przesiadała się do przodu. Znowu uruchomiła silnik. Marcinowi wcale nie było do śmiechu. Nie minęło dziesięć minut, gdy krążyła po gigantycznym parkingu hipermarketu w poszukiwaniu najciemniejszego rogu, poza zasięgiem latarni i ludzkiego wzroku. Nie było łatwo, skoro przedświąteczne zakupy przygnały setki konsumentów, a ich auta szczelnie wypełniały plac. Gdzieś za kwadratem choinek Sylwia wypatrzyła wolne miejsca. Jedno z nich sąsiadowało z okolicznym laskiem. Jeszcze raz się przesiadła. Marcin spieszył się i nie zamierzał tracić więcej czasu. Natychmiast przylgnął wargami do jej szyi, muskał delikatnymi pocałunkami, ale reakcji nie było.

    Pod przymkniętymi powiekami przewijała filmik z opuszczania domu, gdy szepcze teściowej, pochylonej nad grzybami do bigosu, że musi wyskoczyć po ostatnie prezenty, zanim Przemek wróci ze swoimi. Dzieci ubierały z dziadkiem choinkę zaaferowane tak mocno, że nie wymagały dodatkowych kłamstw. Filmik się urwał, bo wczuła się w pocałunki na szyi, a rozpięty stanik ułatwił swobodny, głęboki oddech. Dłoń Marcina masowała miło nagą pierś i kierowała sutek między gorące i wilgotne wargi. Jakoś boleśnie błysnął GPS obrączki na palcu Marcina i Sylwia przypomniała sobie chłodno, czemu tu jest. Sms-y z telefonu Przemka znowu stanęły jej przed oczami. Gdyby sam nie kazał jej szukać faktury w telefonie, nigdy nie dowiedziałaby się o G. Było kilkanaście wiadomości w ciągu miesiąca, wszystkie tęskne, jęczące o spotkanie i zawsze podpisane tak samo: G. Grażyna? Gabi? Gosia? Byle nie Grzegorz, tego by nie zniosła! Uśmiechnęła się błogo do swoich myśli, bo jednak starania Marcina robiły swoje i czuła jak wilgotnieje pod jego dłonią, pracującą teraz intensywnie przez grube rajstopy. Był niesamowity. Jednak bez większego trudu udało jej się wyłowić z sieci czatownika zaprawionego w boju. Trafiał centralnie i podniecenie rosło niezależnie od woli. Wiedziała, że za chwilę przyjdzie ten moment, kiedy straci ostatni wyrzut sumienia. Poczuła gotowość Marcina, gdy sięgnęła do jego rozporka i wówczas poraziło ją światło reflektora z boku. Zsunęła się po oparciu i wyrwała dłoń Marcina ze swojego krocza. Zerknęła przez szybę i zobaczyła tył dobrze znanego, granatowego forda z pluszowym pieskiem przy szybie.

    Wykrzyknęła tylko straszne słowo „mąż” i natychmiast zaczęła zapinać stanik, gdy osłupiony Marcin zastygł z karpikiem na ustach, oderwany niemal boleśnie od piersi. Sylwia spanikowała. Mąż za chwilę otworzy drzwi! Widocznie czekał przyczajony, aż zaczną figlować, by dopaść ją na gorącym uczynku. Jest bez szans na usprawiedliwienie, pozostanie najwyżej odwołać się do zemsty za sms-y, zgodnie z prawdą, ale co jej teraz po takiej prawdzie? Jednak wszystkie drzwi focusa pozostawały nadal zamknięte, mąż tylko światła wyłączył, ale silnik pracował. Skonsternowana kombinowała, jak przedostać się do kierownicy bez wychodzenia z kabiny. Marcin nie potrzebował instrukcji, leżał płasko na kanapie, byle nie rzucać się w oczy.

    Sylwia wciskała się pomiędzy oparcia przednich foteli, gdy od tyłu kabinę rozjaśniły światła nadjeżdżającego samochodu. Z prawej strony forda zaparkowała kia oklejona reklamą. Po chwili wyszła z niej brunetka z rozpuszczonymi włosami, z twarzą ukrytą pod kapturem i szybciutko wskoczyła na tył rodzinnego samochodu Sylwii. Oniemiała kobieta opadła ponownie na kanapę i odruchowo chwyciła Marcina za dłoń, kurczowo ściskając palce. Z jednej strony poczuła ogromną ulgę, ale z drugiej? Marcin zaczął histerycznie chichotać. Sylwia uciszyła go jednym strzałem z oczu szybko wypełniających się łzami. Nic nie powiedział. Spoważniał i przytulił kobietę mocno, a prawą dłonią głaskał jej włosy, policzek, całując przyjaźnie czoło i mokre powieki. Odepchnęła go po chwili i patrzyła uważnie na zawieszenie forda. Była pewna, że karoseria porusza się równomiernie, choć ledwie dostrzegalnie. Tego było za wiele! Zaczęła nerwowo wkładać kurtkę i już otwierała drzwi, gdy Marcin próbował powstrzymać jej rękę, ale wyrwała dłoń. Jednym skokiem znalazła się przy sąsiednim samochodzie i szarpnęła klamkę forda. Ciemne kobiece włosy wysypały się przez próg samochodu. Przerażona twarz Przemka zastygła niemo nad nagim brzuchem kobiety. Żona, wskazując na swoje auto i Marcina w otwartych drzwiach, zasyczała przez zaciśnięte zęby:

- Byłam pierwsza! Tam jest mój świąteczny prezent kochanie, specjalnie dla ciebie! Już skonsumowany. A ty?! Co możesz jeszcze zrobić? Jak już do końca wyliżesz swoją lukrowaną Mikołajkę, nie zapomnij gdzie mieszkasz! Miłego wieczoru, łosiu!

    Siła uderzenia drzwi zwróciła uwagę najdalej stojących małżeństw, które pakowały zakupy do zwyczajnych, pustych i wystudzonych aut, ale Sylwia już tego nie widziała, przekręcała klucz w stacyjce. Marcin w ostatniej chwili uprosił, by usiadła po stronie pasażera, wolał bezpiecznie wrócić do żony. W końcu niewiele czasu pozostało do najbardziej rodzinnych ze świąt.


czwartek, 16 października 2014

Buntownik

❖Kliknij, żeby posłuchać tekstu w interpretacji autora❖

    Obrazy za oknem przepływały wolniej niż myśli. Może nawet dużo wolniej niż pytania, które nie zagościłyby w głowie, gdyby autobus nie ślimaczył się w ulicznym korku. Wolałby już wracać. Tchórzył? Dziadek Franciszek mawiał: lepiej żałować tego, co się zrobiło niż tego, że zmarnowało się okazję. Zwłaszcza, że następna może się już nie zdarzyć. Nie ten wiek, nie ten wdzięk, a brzuch jak bęben Rolling Stonesów.
   
Co było pierwsze? Fascynacja spotkaniami z Natalią czy narastająca frustracja żony? Przedszkolanka istniała od miesięcy, ilekroć odbierał bliźniaczki, nie odpuszczała. Zawsze miała dla niego czas, uśmiech, coś do opowiedzenia o postępach dziewczynek, o ich wspaniałym zachowaniu w grupie. Potem była kawa, przy której nie zamykała się jej buzia, a gdy Tomasz mówił, odnosił wrażenie, że szklą jej się oczy. Była pod wrażeniem jego nauczycielskiego powołania i męskiej dojrzałości, dzięki której nie podrywał bezczelnie. Potem poszli do kina, gdy teściowa bardzo chciała mieć wnuczki u siebie, a Julia dyżurowała w szpitalu. Po kinie była restauracja i pierwsze nieśmiałe, delikatne pocałunki, jakby mieli po siedemnaście lat. Nie zaznał w życiu kobiecych warg, innych niż żony, więc bardziej to doceniał. Po dwóch piwach zwariował. Obudził samca, który w przeciągu chwili był gotów gnać za Natalią, choćby do toalety i pewnie by to zrobił, gdyby nie kelnerka. Skorzystała z jej nieobecności i beztrosko podeszła do stolika, by zapytać, czy dla żony też jeszcze raz to samo? To go otrzeźwiło i przywróciło dyscyplinę. Ale na krótko, skoro dziś jechał do jej mieszkania.

    To ten podły ton żony przeważył. Przez ostatnie dwanaście lat za dużo miał anielskiej cierpliwości. Zupełnie już przestał bywać na szachach u Daniela. A piwne piątki z Jackiem zerwał, gdy otrzymał żółtą kartkę, bo niby powtarzają się co tydzień, a miały być raptem raz w miesiącu. Żeby nie mijać się w drzwiach z żoną zmęczoną pracą w trzech przychodniach, nie wpadał nawet na siłownię. Julia jednak nie widziała żadnego poświęcenia. Na bezwarunkową miłość reagowała cynizmem, rzucając uwagi do lustra, gdy Tomasz wychodził z wanny: „no cóż… każdy ptaszek ma swój daszek, ale ten twój koliberek ginie już całkiem bez światła”.

    Miał ochotę nienawidzić, nawet nie z powodu reakcji na goliznę, ale za ślepotę. Zrobił wszystko, żeby Julia nie zadręczała się obowiązkami wobec domu i dzieci. Należało wygarnąć, może nawet strzelić w papę, żeby się ocknęła, ale ilekroć próbował rozmawiać, okazywało się, że jest zbyt delikatny. Julia wykorzystywała to bezlitośnie: „Chciałeś mieć lekarza za żonę? To morda w kubeł! Feministki robią dla ciebie więcej niż Pan Jezus, one już cię wybawiły od męskości. Bez kobiety zdechłbyś z głodu, ostatni wypierdku patriarchatu! Gender to dla ciebie jedyne ocalenie, bo w wakacje jeździłbyś gołą dupą po nieheblowanej desce, za te swoje trzy brutto. Bajkę dziewczynkom lepiej poczytaj, do tego się nadasz! Kolorowanki z nimi trzaskaj, pozamiataj kuchnię, a potem możesz z psem wyjść i tam się wyhasać do woli. Jeśli w pogoni za piłeczką zdążysz przed Cziką. Nawet kosmata baba na czterech jest lepsza od ciebie, troku zagubiony w poszukiwaniu kalesonów. Dżizas! Gdybym w liceum wiedziała, co się wylęgnie z jaja dziobaka, gdy z pyska zejdzie już ta drożdżówa z kruszonką, w życiu bym za to nie wyszła!”.

    Nic nie stało na przeszkodzie, żeby zadzwonić do drzwi Natalii. Wczorajszy cynizm żony wybrzmiał jak wezwanie do buntu. Powoli kroczył nieznanymi chodnikami. Szukał bloku, ale wszystkie były jednakowe, łatwo nie było. W końcu dotarł przed domofon i już wiedział, że to ostatnia chwila. Jeszcze mógł ocalić przysięgę, której poświęcił wszystko. Gdy wybierze numer, nic już nie będzie takie samo. Zapach nowej kobiety, delikatność wąskich ust, miękki głos i ciepło smukłych palców, jej samotność i jego wyposzczona męskość, to mieszanka wybuchowa… zawrócić? W oczach jeszcze jednej kobiety zostać zerem? Wolał mieć problem z ciężarem winy niż dalej pozostawać miękką fają.

    Natalia wpiła się w jego wargi, zanim zdjął plecak. Cofała się, nie odrywała ust i holowała Tomasza do jedynego pokoju z aneksem kuchennym. Czuł pod palcami jej biodra, gumkę majtek pod śliską miętową sukienką w delikatną łączkę. Twarde piersi odciskały wyczuwalne piętno na jego klatce, bo nawet brzuch wciągnął pod wpływem namiętności. Poczuł jak rozjeżdża się suwak rozporka i ciepło delikatnej dłoni ujmowało jego męskość zbolałą z pragnienia. Teraz Natalia zjeżdżała w dół całym ciałem i już miętolił palcami gęstość jej kasztanowych włosów. Tego było za wiele, nie wytrzymał napięcia. Po chwili z ust kobiety padły słowa, które za nic nie chciały wybrzmieć komplementem: „żonaty facet ze stażem i tak namiętny? Nie przejmuj się”. Uśmiechnięta wstała i bez wyrzutu dodała delikatnie: „Przepraszam, może nie powinnam tak szybko, poczekaj, przebiorę się i usunę to z sukienki”. 

    Klapnął ciężko w fotelu, ale zamiast poczucia winy, wypełniło go coś jak ulga w połączeniu z wiotczeniem mięśni niosącym poczucie senności, które zaraz potem przeszło we wstyd wobec Natalii. Wytrysnął jak uczniak, a z pewnością nie tego spodziewała się namiętna kobieta. Już był gotów pokazać na co go stać, gdy na rogu kuchennej zabudowy, u góry, zobaczył niebieską papużkę, która przyglądała mu się kręcąc z ciekawości łebkiem. Ptaszek siedział wolny, bez klatki i rejestrował obecność intruza. Gdy Natalia pojawiła się w błękitnej sukience, nie pozwolił jej usiąść. Z uśmiechem, bez słowa, odwrócił ją plecami do siebie i podnosząc włosy obsypywał szyję i kark delikatnymi pocałunkami.  Oparła dłonie o ścianę, gdy po chwili z głową pod sukienką całował jej uda. Końcem języka muskał pośladki, częściowo ukryte w pastelowo różowych majteczkach. Prężyła się i wypinała zachęcająco, pomrukiwała cichutko i poruszała biodrami, więc po chwili wśliznął się w nią. Tymczasem papuga głośno zaskrzeczała. Lekko stropił się, zwolnił, ale wówczas zadzwoniła komórka w plecaku. Odwrócił się niespokojny, bo o tej porze nikt do niego nie dzwoni. Na wyświetlaczu zobaczył kiepsko brzmiący napis „kobra” i już po chwili rozbrzmiało pytanie teściowej: „Tomeczku, dziewczynki chcą na obiad kopytka, zrobić też dla was? Zjecie cieplutkie z sosikiem?”. Przytaknął. Wydukał coś, że będzie koło siedemnastej i spojrzał na Natalię. Uśmiechnęła się dosyć boleśnie i po chwili dodała, że przygotuje coś do zjedzenia.

    Odwrócona wrzucała masło na patelnię, wyjmowała jajka z lodówki, jakby nie chciała patrzeć w jego stronę. Zapytał o papugę, czemu tak się darła, gdy zabierał się do jej pani? Natalia roześmiała się dosyć szczerze: 
- Wyposzczona samiczka, co się dziwisz? Widzi jak obracasz panią, to żałuje, że też nie może. Zazdrosna franca i tyle. 
Tomasz nie miał pomysłu na dalsze pytania, było mu głupio, a przecież nie jadł śniadania i głód robił swoje. Parujące talerze znalazły się na blacie, więc zasiedli na skórzanych hokerach. Tomasz przełknął i poczuł, że jaja są jakby zepsute. Spojrzał na Natalię i czekał na jej reakcję. Uśmiechnęła się trochę przepraszająco: 
- No co? Zepsuty seks, zepsute jaja. Chłop z odzysku, jaja z Biedronki…. Takie moje szczęście! Zbukiem ciągnie, nie?
Uśmiechnął się gorzko i dojadł do końca, żeby nie pogrążać już więcej pięknej gospodyni, która nic nie straciła ze swojego uroku.

    Nie dopił herbaty, gdy nagle postanowił podjąć ostatnią próbę. Wydobył z głębokiej przeszłości wspomnienie jakiegoś filmowego macho i oderwał Natalię od zlewozmywaka. Patrzył jej głęboko w oczy i bez gier wstępnych zadarł sukienkę . Pieścił dłonią przez bieliznę i czekał na błysk jej oczu. Przymknęła powieki, więc zaczął całować szyję, usta, podgryzał uszko i nie przestawał pieścić. Odsunął palcem gumkę majtek i była prawie gotowa, już pojękiwała do ucha, gdy ponownie zadzwoniła komórka. Oderwał się i chwycił telefon. Tego tylko brakowało! Na wyświetlaczu pulsował napis: Julia. Gdyby ktoś kazał mu wyznać, kiedy to żona ostatnio do niego dzwoniła, byłoby to trudniejsze niż wskazanie ostatniej daty małżeńskiego seksu. Zamarł. Rzucił się do okna i otworzył je na oścież. Odebrał jednak dopiero, gdy gwar ulicy wdarł się do środka. Pretensja odrzuciła go od słuchawki: „Ogłuchłeś capie! Ile mam czekać? Myślisz, że mam tyle czasu? Gdzie ty się szlajasz? Co to za hałas? Na jakim placu? Co ty pieprzysz, dzieciaki za palenie ganiasz? Przecież ciebie nikt się nie boi! Czekam. Za godzinę na osiedlu, pod sklepem. Krzesła trzeba spakować do auta. Rusz się, w końcu na coś się przydasz!”.

    Natalii jednak już nie było w pokoju. Otwierała drzwi wejściowe i teatralnym gestem wystawiała plecak Tomasza. Powiedziała tylko: „A ja głupia załatwiłam na dziś zwolnienie, na badanie serca… chyba powinnam na badanie głowy”.

wtorek, 11 marca 2014

Gdzie te chłopy?

❖Kliknij, żeby posłuchać tekstu w interpretacji autora❖

    Pani Joasia poprosiła o interwencję tuż przed południem. Wyjechała w połowie tygodnia i miała prawo martwić się o męża, który nie odbiera telefonów, choć umawiali się, gdy przyjęła zaproszenie siostry, że da mu spokój i pozwoli od siebie odpocząć. Po dwudziestu latach, nawet najlepszego związku, trzeba czasem zrobić coś dla jego higieny, dać sobie szansę na odrobinę samotności. Już trzeciego dnia nie zniosła milczenia komórki. Wolała jednak nie pokazywać mężowi, że się o niego troszczy, nie dawać pretekstu do kolejnych wyrzutów, że funduje mu dziecinnienie, ubezwłasnowolnia w każdym wymiarze i robi z niego totalnie bezradnego dziadygę, który zginie w trzy dni, gdy tylko żona nie zrobi zakupów, kanapeczki i nie wyda polecenia zmiany piżamki. W gwałtownym porywie bezradności wybrała telefon do przyjaciela. W jej mniemaniu byłem tym, który nie rzuci cienia podejrzeń, bo nie mam w sobie zadatków na sąsiedzką troskę, a już na pewno nie wyglądam na zaprzyjaźnionego z czyjąkolwiek żoną. W tym oparze komplementów jakiś czas dobierałem piwo w osiedlowym sklepie, a może tylko przeciągałem moment ryzykownego wtargnięcia do słomiano wdowiej twierdzy pana Krzysia.

    Długo pukałem, w końcu zadzwoniłem dwa razy, ale wewnątrz nikt nie odpowiadał. Przeraziłem się nie na żarty, w głowie trzasnęło spięcie ryzykownych myśli, że milczenie Krzysia może mieć już wymiar eschatologiczny. Nacisnąłem nerwowo klamkę i wtargnąłem do mieszkania. Na szczęście gapił się przez okno kuchni, zajęty czymś tak dalece, że choć stałem za jego plecami nawet nie odwrócił głowy. Nie miałem pojęcia, co go tam zajęło w deszczowy dzień. Chrząknąłem znacząco aż odwrócił się, zatrzymał wzrok na butelkach i bez powitania zaczął jakoś tak, jakby przed chwilą sam mnie po to piwo wysłał:


    Sąsiad, ty to za młody jesteś i pewnie nie pamiętasz tej piosenki, co? Wokalistka taka była, słusznych rozmiarów, super babka. Nie to co teraz! Wszędzie te wieszaki wypchane tamponem i tiktakiem. Lezie to takie po scenie i nie wiesz, kiedy się złamie wpół. Rozchwiane witkami zamiast rąk, z kapslami w miejscu, gdzie normalne kobiety staniki noszą, a te geje z główkami mniejszymi jak dupki, klepią im kreacje, w których twoja stara nie wyszłaby po ziemniaki. I nie dlatego bynajmniej, że się nie zmieści, tylko kobiecości się trzyma! No i ta śpiewająca babka, ciągnęła jakoś tak: gdzie ci mężczyźni… na miarę czasu, no gdzie te chłopy? Sąsiad wyjutubujesz sobie tę piosenkę i posłuchasz tekstu. Ale powiem ci, że widziałem kiedyś taką fraszkę do tej piosenki. Miała tytuł „Odpowiedź Danucie Rinn” i leciało: Gdzie są te chłopy? Orły i herosy? U fryzjera, tapirują włosy. I wiesz co sąsiad, jakieś proroctwo w tym było! Co spojrzę na tych młodych, dobre trzydzieści lat po fraszce, zamiast facetów widzę zbabiałych chłopców specjalnej troski! Patrzę i coś we mnie rewolucję szykuje, na barykady woła, ale z kim pójdę?! Ze stadem sfrustrowanych singielek? No kosę bym chwycił i jaja im upitolił, przy samej szyi chyba, znaczy tym transikom, żeby zakalca w męskości nie było!

   
No zobacz skurczybyka! Daj no ten browar i zerknij na tego mazgaja za oknem, tam przy odrapanym rowerku ze strychu dziadka Pankracego. Widzisz go? Pitoli przez pierwszy model motoroli, no może drugi, pierwszego by nie udźwignął, patyczak kompresorem w nogawki wbity! Golfik z darów dla powodzian, płaszczyk sznytem do lat pięćdziesiątych wzdycha, a lakierki od pradziadka Rycha, no i to ma być facet? Kilo żelu z grzyweczki makówkę ciśnie w chodnik i gdzie jest znak rozpoznawczy płci? Czego tu się przykleisz? W bicepsie ma tyle, co moja kotka w ogonie jak sroki z balkonu widzi! Taki nawet pedałkom od mody ubliża! I to ma dać kobiecie wsparcie? Jaka babka trzeźwo na to spojrzy? On na żadną też nie, bo przecież… no sąsiad sam zobacz, jakby nie ten płaszczyk, to on ma babski krok, tą dupką zarzuca jak lampucera lekko przechodzona i pewnie idzie na pierogi z jagodami, w barze Koktajl! Bo tam się zbierają takie hiper stresy. Dałbyś mu golonkę i piwo, to by się zawiesił i o reset wołał, płaczek w ligninę kichany!

    To przez nich butów nie kupię , bo w męskich działach stoją tylko lakierki i cwelki zawijaski,  rozmiar najwyżej czterdzieści! Kurtki nie znajdę, marynarki nie dostanę, bo gdzie się nie ruszę to ciuch na pół mojej klaty oznaczają 3XL, a w ramionach wieszaka nie zmieścisz. To już nawet nie z Chińczyka miarę biorą pod te makarony w berecie. Zostanie nam chodzić do sklepów z odzieżą BHP, dla budowlańców i drwali. Wczoraj z nudów pilotem po kanałach latałem. Trafiłem na galę nowego zapachu bruna z bananami, czy innego smrodotłuka. Zatrzymałem się, bo pokazali takiego Pinokia, co do łazienki wchodzi między zawiasami, a na łbie miał żywcem Simpsa wyciętego. Podkręciłem głos z ciekawości i co słyszę: … jestem tu nie tylko jako dziennikarz, jestem jako mężczyzna, bo minęły czasy, gdy wystarczyło, że prawdziwy facet mniej śmierdzi od małpy! Dziś facet, żeby być sobą, musi zadbać o aromatyczną wstęgę uwodzącej barwy, która zatrzyma na ulicy kobietę, sprawi, że zapomni dokąd szła. A jak ona poczuje taki czar, to jeszcze na czymś wzrok musi zatrzymać. Można się ubrać w sieciówce, ale w co? W Bangladesz seryjny, a ja? Proszę spojrzeć, w moich dżinsach wykreowana na zamówienie dziura nad kolanem więcej kosztuje niż pięć par spodni w centrum handlowym!

    Nie kręć kinola, sąsiad, no tak było! Wyłączyłem, żeby nie puścić talerza w telewizor, bo jeszcze niespłacony! I co powiesz na widok takiego mężczyzny z grzebieniem skacowanego koguta na łbie? Fryz modelowany z kłaków przez durszlak szarpanych, ale mężczyzna lajfstylowy! W dwa kolory pędzlem ciągnięty, ale pewnie farba na kłaki więcej warta niż moje auto. No i jaka za takiego wyjdzie? Chyba taka sama jak on. A w pół roku pokłócą się komu wolno dłużej przy umywalce oczka malować, żelem loki lepić albo kto komu kokos z tubki zachylił na maseczkę i rozwód gotowy. Przyczyna? O jedno lusterko nad kranem było za mało, czyli niezgodność charakterów!

    A u nas co jest w odwodzie? No co?! Pytam się?! Synki siedzące u mamusi do pięćdziesiątki. Tłuką w klawisze kompa po blady świt, a kobieta bardziej ich przeraża niż wirus z sieci. Jak mamusia zejdzie z łez padołu, to synki do Mopsu pójdą i będziesz na nich dymał sąsiad i podatki płacił! Jak cię w międzyczasie inna odmiana męskości nie załatwi: osiedlowe żule, dresy i kibole po skutecznej lobotomii! Ja się już wcale nie dziwię tym feministkom. Jakie one mają wyjście? Głosić wyzwolenie od chłopa to nie moda, sąsiad, to konieczność!

    Zawiesił głos nad garnkiem, w którym głośno buzowała woda. Osolił i wrzucał makaron do wrzątku. Po chwili podszedł do czajnika elektrycznego i włączył. Wydobył z szuflady pudełeczko z rosołem, położył na dnie głębokiej miski kostkę i rozgniótł łyżką. Zalał wodą i kuchnię wypełnił miły zapach cienkiego wywaru. Poprzedni gniew opuścił Krzysia i uśmiechnął się do mnie zwycięsko: Ale mojej starej sąsiad nie zdradzaj, że gotować umiem, bo się wyzwoli na stare lata i do garów mnie zapędzi.

środa, 7 sierpnia 2013

Mąż a sprawa męska

Polak zrobi biznes na wszystkim, bo to człowiek przedsiębiorczy jest, pomyślałem z dumą na ten widok i pewnie krzyknąłbym z zachwytu, gdyby samochód z napisem „Mąż na godziny” zaparkował nieco dalej. Gdy jedni narzekają na epokę singli, na rozluźnienie obyczaju, niechęć do trwałych związków i lawinowo rosnącą liczbę rozwodów, inni widzą w tym szansę na zrobienie interesu życia albo życia interesem (niepotrzebne skreślić). W końcu doczytałem listę zadań, do których można posłużyć się mężem wynajętym na godziny i odetchnąłem z ulgą, bo szło o czynności manualne, związane z techniczną obsługą mieszkania czy biura, ale też z usuwaniem skutków obecności byłego małżonka, z naprawą po fachowcach i złotych rączkach. Skąd zatem w nazwie "mąż na godziny" miast sprawdzonego fachowca?

    A jeśli mąż to czyj? Trzeba wiedzieć, gdzie po jego wyjściu złożyć reklamację, zwłaszcza, gdy kran nadal cieknie, kanapa skrzypi, okno się nie domyka, zaś obsłużona kobieta wyraźnie nie ma żalu i wręcz obnosi się z zadowoleniem. Co wówczas? Gdzie powinien uderzyć z pretensją jej własny, zabiegany i zapracowany, ale ciągle w związku obecny mąż, gdy on sam wpadł genialnie na pomysł zamówienia usługi, żeby już nie słuchać marudzenia połowicy. Czy odpowiedzialność za skutki działań cudzego męża bierze właściciel firmy? Może skuteczniej sprawy prostuje żona wypożyczonego małżonka?

    Idea męża na godziny generalnie bardzo mi się podoba i zapewniam, że z technicznego punktu widzenia nie ma w niej nic do kwestionowania. Ale na gruncie ideologicznym można jej to i owo zarzucić. Każde dziecko wie, że na arenie zmagań z rozplenionym feminizmem jest to jawne oddanie pola, strzał do własnej bramki albo niezbyt fortunny postrzał własnej stopy. Sprowadzenie męskości do roli może nie taniej, nawet manualnie sprawnej, ale jednak siły roboczej i to przez mężczyznę? Nawet jeśli biznesmena, czy jednak się godzi? Gdyby właściciel marki „Mąż na godziny” miał jeszcze wątpliwości, przypomnę słynną scenę z kultowego Dnia świra, kiedy to bohater w pociągu, pokrzykuje prowokacyjnie do kobiety oczekującej pomocy: widzicie w nas mężczyzn w pełni, przypominacie sobie tylko jak trzeba wynieść śmieci, kontakt naprawić, zwolnić miejsce w tramwaju, autobusie. Czy trzeba zatem dodatkowo podkładać własną płeć pod podnóżek feminizmu? Sprowadzać do roli męskiej służby domowej, byle banknoty z tego były? Dobrze to nie wygląda.

    Rozumiem parcie na kasę, gdy kryzys szarpie kłem nie tylko na związki, a wokół coraz więcej zawiedzionych pań i przewaga draństwa męskiego, ale co poczuje wyzwolony gej? Ma zadzwonić po „męża na godziny”, gdy miota się bezradny i zagubiony w labiryncie gniazdek, kranów, rurek, przewodów i uszczelek gumowych? Czy nie kładzie się tu cień homofobii? Nie chcę przesadzać z zakłopotaniem męża podnajętego do gejowskiego mieszkania, w końcu to zwykłe ryzyko zawodowe. Ale  nawet, gdy obędzie się bez środków bezpośredniego przymusu łamania przysięgi małżeńskiej, może czuć się chłopina nieswojo, że posłużę się eufemizmem, i ma prawo wątpić, czy usługa mieści się w ramach określonej misji firmy. Czy godzi się skazywać i tak prześladowanego geja na dyskryminację, choćby przez niestosowność hasła reklamowego firmy, z której usług zamierza skorzystać? Bo jakie ma wyjście? Ryzykować pomoc - wątpliwej jak się okazuje - Złotej Rączki z tradycyjnego anonsu?

    Wypada rozrzedzić wątpliwości. Żeby płeć była mężna i biznesmen syty albo kryty względem poprawności politycznej należy odwrócić uwagę, bo jak uczy klasa polityczna, nie ma lepszego środka na dyskomfort. Wystarczy rozszerzyć ofertę skierowaną do porzuconych żon, rozczarowanych niewiast i pań orientacją skrzywdzonych, by rzucić światło na męskość bogatą duchem i intelektem. Da się przywrócić wiarę w męskość, która w swej pełni dalece wykracza poza zdolność utrzymania żabki w garści i wkrętaka. Ale jak rozszerzyć zakres obowiązków mężowi wynajętemu na godziny, by wciąż pozostawał w obrębie przysięgi małżeńskiej? Wszak w domu czeka kobieta życia, dla której ów biedaczyna walczy o każdy grosz, nie szczędzi trudu, ale też doprowadza do granic wytrzymałości zmysły, które każdego dnia musi trzymać na postronku po stokroć mocniejszym niż sznurek rolety montowanej w oknie tyleż apetycznej, co gorącej singielki albo rozwódki.

Zdaje się, że recepta jest jedna: mąż na godziny musi oferować również usługi intelektualne, nie ma wyjścia. Ambitnym paniom usłuży towarzysko w wypadzie do kina. W ramach opłaty wygłosi mini wykład na temat dzieła, koncepcji reżysera i obszarów jego zainteresowania, a po seansie podyskutuje przy kawie o wrażeniach albo odda się profesjonalnej analizie obrazu. Oczywiście można przenieść usługę na płaszczyznę teatru czy sztuk plastycznych. Proponuję dorzucić do usług mężowskich – rzecz dla wyjątkowo cierpliwych i kochających bliźniego - towarzyszenie w galerii handlowej, najlepiej w trakcie posezonowej wyprzedaży. Tu rzecz jest o tyle złożona, że wymaga taktu i znacznego wyrobienia, gdyż poza naturalną cierpliwością wynajęty mąż powinien oznaczać się wysokim poziomem empatii i mieć wyjątkowy talent w czytaniu mowy ciała. W przymierzalni musi błyskawicznie wyrazić aplauz na widok mierzonej garderoby lub wiarygodną dezaprobatę, w zależności od błysku w oku klientki. Pośród usług dodatkowych, także dla kobiet mniej wymagających, proponuję wspólne wieczorne oglądanie Barw szczęścia albo głośne czytanie najnowszego dzieła Katarzyny Grocholi, Małgorzaty Kalicińskiej czy Katarzyny Michalak. Czytanie do poobiedniej kawy lub przed snem oczywiście, ale zadanie wymaga zaangażowania mężów czułych, wrażliwych i skłonnych do marzeń. Rekrutację zawsze można przeprowadzić wśród świeżo zwolnionych polonistów i rodzimych pantoflarzy, tych ostatnich nie brakuje w żadnym czasie, choć wymagać mogą podwójnej stawki w celu złagodzenia totalitarnych zapędów własnej żony. Przy okazji można ich wykorzystać do innego zakresu zadań – choćby odreagowania zespołu napięcia przedmięsiączkowego albo stresu wynikającego z nadmiaru pracy w korporacji. Wyzywanie, urąganie, wymyślanie na godziny, to też przedsięwzięcie pod rozwagę albowiem pecunia non olet, jak mawiali starożytni, a ich mądrość - jak wiadomo - wieczna jest.

    Powyższe propozycje wymagają oczywiście rozwagi i korekty w biznesplanie, ale mocno ratują męskość przed sprowadzeniem jej do roli chłopa na schwał, co tylko rurę przepcha i skrzypiący zawias przesmaruje. Rozszerzony zakres inicjatywy „Męża na godziny” niesie co prawda ryzyko, ale pozytywne. Od tego może przybyć klientek, które nie zdzierżywszy nadgodzin własnego męża, ostatecznie i tak wynajmą cudzego.
Print Friendly and PDF