Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spoleczenstwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spoleczenstwo. Pokaż wszystkie posty

środa, 12 lipca 2017

Zdechłe motyle

- Cześć. Zmieniłeś zdjęcie profilowe. Wysyp psychofanek?

- Zdjęcie? Chyba mnie z kimś mylisz. To zdjęcie jest od początku. Dobry wieczór.

- Bez obaw, nie mylę… jesteś Marcin, pracujesz w znanym portalu, lubisz konie, a przed zaśnięciem czytasz do poduszki biografie sławnych ludzi. Nie pomyliłam, co? 

- Zgadza się, ale Twój nick nic mi nie mówi?  Kto Cię nasłał?

- Za dużo bab tu mielisz. Ale spokojnie, nie jestem karzącą dłonią krzywdzonej. Jakiś czas temu chciałam zapytać co u Ciebie, ale jak już znalazłam, nie miałam odwagi zagadać.

- Kiedy mieliśmy ze sobą przyjemność? Widzę pierwszy raz taki awatar. Amnezji nie mam... raczej. Choć różnie może być po czterdziestce.

- Ze dwa lata temu, może trzy. Pewnie nie chciałeś pamiętać! Z tą przyjemnością, to pojechałeś trochę, hi hi. Wyrzuciłam Cię ze znajomych, ale zaimponowałeś mi. Gość z klasą, nie hejtowałeś.

- To czym się naraziłem? Nie wysyłam zdjęć twardego stefana. Zrobiłem wyjątek?

- Nie. Zgasiłeś mnie o kilka razy za dużo. Widocznie za bardzo chciałam się przyjaźnić.

- Pokażesz buzię zamiast tej animacji? Mam pamięć do twarzy, więc byłoby łatwiej wysunąć szufladkę.

- Mówisz i masz.

- Ty ładniutka jesteś! I do tego wygadana! To mamy pewność, że mnie z kimś mylisz. Albo szybko musiałaś mnie usunąć. Na taką kobietę chuchałbym i dmuchał, ale nie gasił.

- Czaruś ten sam, nie mogłam się mylić. Mógłbyś już wydorośleć.

- Daj spokój, doroślałem do siódmego roku życia, potem już tylko rosłem... wszerz. Nie gaszę ludzi. Za dużo mam kompleksów. Pewnie coś przekręciłaś. Stała przypadłość kobiet na czatach. Oceniają facetów przez złe doświadczenia i emocje. Co by im nie mówić, czytają przeciw sobie.

- Może być, w końcu moja zaniżona samoocena też woła o ratunek po puszczy.

- A! Czyli z wczasów nadajesz? Czy chronisz Puszczę przed wycinką?

- Pudło. Siedzę na tarasie jak na myśliwskiej ambonie i widzę mojego jelenia. Ślini się do jakiejś klempy i nie widzi, że gatunki mu się rozjechały.

- Ale widzi, że jest na celowniku?

- Raczej nie. Nawalony jak ruski samolot drożdżami. Jeszcze chwila i przeniesie łapę z łokcia na te bukłaki nad jej pępkiem. Jeleń na rykowisku jest ślepy jak kret w pomidorach, wiedziałeś?

- Niewiele, ale zazdrość dodała odwagi i w końcu przemówiłaś. Niech i ja coś mam.

- Zazdrość? Kotek, na to miałam czas dwadzieścia dwa lata temu, teraz to już tylko żenada. Musiałam przekierować uwagę, żeby nie puścić wiąchy z tej ambony. Publisia weselna przekieruje wzrok z oczepin na klempę i będzie siara dla panny młodej. To jej ciocia.

- To z wesela do mnie przemawiasz? Wyszłaś pooddychać, a tu miłość życia w malinowym chruśniaku?

- A Tobie popierniczyły się pokoje na tym czacie? Miłość życia? Hallo, jest tam kto?! To jest czat dla czterdzieści plus… kolega pedofil źle trafił i szuka naiwnej?

- Koleżanka w miłość nie wierzy?

- A wierzy, wierzy, łzy dla niej wylewa. Zaraz potem bierze pilota i przez barwy szczęścia w miłości przechodzi do jednego z dziesięciu.

- Czekaj, czekaj, ale jak to jest ciocia panny młodej, to raczej nie jest kryzys wieku średniego? Jeleń kleiłby się do siostry panny młodej, nie?

- Jasne, zwłaszcza, że ona ma brata. Chcesz powiedzieć, że mam jarzyć michę, bo gej z męża nie wyszedł? Po blisko ćwierci wieku? Może racja, takie czasy… a Ty? Masz teraz kogoś prócz żony?

- Czemu teraz? To kiedyś miałem?

- Czaruś nic się nie zmienia. A nie opowiadałeś dwa lata temu o jakiejś Asi sąsiadce? Tej, co to żarówki rzadziej jej padały niż cycki na blat? A mimo spięć nie chciała zmienić żyrandola? Pamiętam, lubiła jak jej wkręcasz tu i tam, hi hi.

- No sama widzisz jak mnie mylisz. Mieszkam w domu po rodzicach, taki klocek
z PRL-u, nie mam sąsiadki. A cycki zbieram z blatu tylko jak pokroję, drobiowe.

- Ej, nie czaj się tak. Żona za plecami?

- I tu się mylisz. To ja ją kontroluję z okna, w ogródku jest. Dobre czterdzieści minut pytluje i miny sugerują, że nie jest to psiapsiuła z liceum. Upierdliwy klient hurtowni?

- Uuu, mamy tu zazdrość? Po tylu latach małżeństwa? Czy lęk, że ktoś wlazł na obsikane pole?

- Co za różnica, co mamy? Niepokój zawsze jest. Wiesz jak jest, kobieta podobno do zdrady potrzebuje powodu, a facet miejsca.

- A co może być powodem dla kobiety?

- Koniec uczucia do swojego mężczyzny zwykle. Ale czasem zwyczajnie może chce się poczuć raz jeszcze pożądaną kobietą?

- A facet? Czemu potrzebuje tylko miejsca?

- Żeby go żona z ambony nie trafiła, kiedy biologia krzyknie: siej gena!

- I dlatego nie pożądasz żony i musi ślinić się do telefonu! To może do mnie z biologii wystrzelisz?

- A ty przyjmiesz strzał z zemsty na jeleniu? Żadna frajda dla genów. A żonę pożądam tak samo jak dawniej, ale wiesz jak jest. Jeśli ten sam facet ma wpisane pożądanie w kontrakt, pomiędzy mycie okien i podlewanie paprotki a przegląd samochodu, przestaje być samcem. Działa na granicy lokaja i opiekuna klienta. Nawet do zazdrości nie ma prawa, przynajmniej do jej okazywania.

- Bo?

- Za dużo ma za uszami. Gdy szło się za głosem genów, teraz trzeba dać przyzwolenie na ostatni szał kobiecości.

- Cholera, coś w tym jest. Może dlatego nie drę mordy z tego tarasu? Święta nie byłam, fakt. Każdy chce się podobać, budzić zachwyt, pożądanie... szarpnąć zdechłe motyle. Tylko po cholerę ludzie wymyślili związki stałe? Trzeba było wprowadzić kontrakty dziesięcioletnie i niech mają drogę otwartą: zostają ze sobą albo szukają dalej.

- Coś w tym jest. Ale łatwiej trzymać ludzi za mordę z nakazu tradycji, religii, państwa, mentalności. Przymusić do odchowania dzieci może, nie wiem.

- Chyba raczej ekonomicznie zniewolić, kredytami, pożyczkami, obciążeniami, żeby koszty rozstania były większe niż życia razem i żeby nie było gdzie odejść?

- Dlatego trwasz w małżeństwie?

- Może być. Z wyrachowania. Nie stać mnie na oddzielne mieszkanie. Może z potrzeby bezpieczeństwa? Inaczej nie umiem? Matka trwała w milczeniu, gdy stary spieprzał samoloty kleić jako instruktor w modelarni. To jaki mam wzorzec? Zresztą, lepiej żyć z kimś, z kogo nie wylezie psychopata. A dobro dzieci najważniejsze. W tych czasach łatwiej nie zwariować, zawsze można pogadać na czacie z kimś, kto nie ma lepiej. Łatwiej znieść jelenia, bez żalu. A Ty kochasz żonę?

- Pewnie tak, nawet jakbym nie kochał, zostałbym z nią z lenistwa. Nie chciałoby mi się poznawać natręctw żadnej kobiety w tym wieku. Po trzech latach z każdą będzie tak samo. Zmęczony jestem. Po co zaczynać od nowa, skoro na czacie idzie podciągnąć zaniżoną samoocenę małym kosztem?

- No i poudawać Casanovę bez wyskakiwania z piżamy. Taka wygoda!

- Jaki czas, taki Casanova.

- Wybacz, ale idę mu pierdolnąć jednak… zaczął ją całować.

- Co za różnica, przecież go nie kochasz.

- No niby tak. Ale jakaś przyzwoitość obowiązuje. Widziałam jej męża, knur tuczony na wytłokach, nie odwdzięczę się tym samym. Może jednak jej pierdolnę? Wiesz, akcent feministyczny w oczach panny młodej. I jeszcze wyjdę na lochę kochającą po dwudziestu latach! To pa!

czwartek, 27 kwietnia 2017

Sranie w banie na nieczytanie

Jako jednostka plastycznie upośledzona wywołuję czasem z pamięci katusze, na które skazywali mnie nauczyciele rysunków. Im mocniej przeraża dzisiejsza codzienność ojczyzny i narodu, z tym większą przekorą powraca wizja klasy, w której zagryzając języki w twórczym uniesieniu, oddawaliśmy się malowaniu, rysowaniu i wydzieraniu wyobraźni odpowiedzi na pytanie: jak będzie wyglądać codzienne życie w XXI stuleciu. Ulice naszych miast, wnętrza mieszkań, dawały wówczas ogromne pole do popisu. Chłopcy szukali głównie odpowiedzi na pytanie, jakimi wehikułami będziemy poruszać się w powietrzu, bo kto by tam w takim stuleciu techno myślał o kołach?

          Dziś się okazuje, że w dziecięcej imaginacji unieśliśmy się ciut za wysoko. Kilka kwestii dowodzi, że do niektórych cudów nie dorosła najbardziej wówczas wyuzdana wyobraźnia. I nie mam na myśli bynajmniej apokalipsy związanej z ostatnią promocją w Lidlu czy exodusu kobiet, wydzierających sobie cienie do powiek w ramach akcji Klubu Rossmanna. To mały pikuś w zestawieniu z kolejnym wynikiem badań czytelnictwa.

          Jaka bowiem wyobraźnia, w głębszym lub płytszym PRL-u, mogła przewidzieć, że Polacy w stuleciu światłowodów ciemnieć będą jak tabaka w rogu? Kto zdołałby wyśnić chlubę wtórnego analfabetyzmu, który niedługo być może sięgnie poziomu lat powojennych? Są jednak rzeczy, których nie mógł przewidzieć nawet dziecięcy zapał plastyczny.

          Coraz mocniej okazuje się, że to epoka na opak i już właściwie sam powinienem dziś wstydzić się za swój podręczny księgozbiór, zawierający coś koło 700 tomów. Do niedawna przekonany, że ciągle brakuje mi książek, teraz wzmocniłem jeden procent podobnych sobie dziwadeł. Szanujące się rodziny nie trzymają już w domu ani jednej książki, nie z powodu ubóstwa materialnego bynajmniej. Powinienem wstydzić się, że jako relikt, wsteczniak i zaprzaniec współczesności w ogóle posiadam przy ścianach papier zamiast trzeciej plazmy? Czytający powiedzą może: elita, nieczytający ujmą to sentencjonalnie jak pewien dżentelmen w dresie na widok dziewczyny z książką: Taka ładna, a książki czyta. Nie powiedzieli jej, co z życiem robić, to marnuje.

          Zostawmy jednak mądrość ludową i orwellowską zgoła wizję cywilizacji. Niechby i malowaną barwą krwi elit wymordowanych przez dwa totalitaryzmy, czego skutków długo jeszcze doświadczymy pod dyktatem tępoty. Tak czy owak, jako naród, podążamy drogą wytyczoną umysłowym lenistwem, rozkoszą promowania ciemniaka i ignoranta powstającego z kolan. Jak tak dalej pójdzie, rzeczywiście nie będziemy już tanią siłą roboczą… bynajmniej nie w Mongolii, zostaniemy dumnym Bangladeszem Europy.

          Ale nie myślę z tego powodu rozdzierać tu piżamy. Bardziej irytują mnie wytaczane argumenty. To bardzo inspirujące, szczególnie, gdy sranie w banie na nieczytanie uprawiają ludzie zajmujący się zawodowo książką. Przedstawię kilka myśli objawionych ostatnio przez oczytanych analityków, które szczególnie mnie rozczuliły.

          Najpierw wina szkoły, czyli lista lektur bardzo nudnych, wstecznych, miernych i nijakich, do których byliśmy i jesteśmy przymuszani, a które to lektury zabijają w dziecku i nastolatku wszelką potrzebę czytania. Dla mnie to argument wielce koronny z przyczyn osobistych. Dziś czytam od 30 do 50 książek rocznie (uczciwie mówię, że wliczam w to także audiobooki, choć nie w przewadze) i przynajmniej dwa czasopisma tygodniowo. Rzadko pławiłem się w zachwycie nad lekturami obowiązkowymi, wiele z nich czytałem po łebkach, a solidnie właściwie dopiero na studiach polonistycznych, ale też nie wszystkie. Choć miałem świadomość, że klasykę znać trzeba, a nie sięgnie po nią wielu bez przymusu, jakoś nie zabiła ona we mnie czytelnika. Wybrałem studia obfitujące w spisy lektur wypełnione zakurzoną ramotą i potrzeby czytania to nie unicestwiło. Powiem więcej: rzadko odkrywam współczesne powieści, które mniej męczą niż te ze spisu wszelkich lektur obowiązkowych. Podejrzewam, że ostatnie 37% rodaków, obecnie czytających, przeczołgano przez ten sam system edukacji, co dzisiejszych analfabetów. Jednak ostatni Mohikanie z jakiegoś powodu wybierają książki zamiast gotowania na ekranie.

          Drugi argument na nieczytanie, równie mocny co głupi i medialny, to brak czasu. Wszyscy jesteśmy tak zapędzeni, zmęczeni, utytłani zarabianiem na wakacje all inclusive i trzeci samochód, po którym Niemiec zapłacze jak sprzeda, a przy tym tak jesteśmy zapędzeni w kozi róg korporacji i norę kapitalisty z wąsem, że na książkę już nie ma siły. Ciekawe, że siła i czas znajdzie się zawsze na trzydziesty sezon czterdziestego serialu. Czasu nie brakuje też na śledzenie telewizyjnej papy talentu bez talentu i kolejnego programu o tym, komu chamska baba loki w gary ładuje. Chodzi o czas, czy jednak o usprawiedliwienie lenistwa analfabety z wyboru? Nie przypuszczam, żeby bracia Czesi, Słowacy, byli mniej zapracowani, a czytelnictwo mają na światowym poziomie. A może mniej pracują i biegają ceniący książkę Francuzi? Całymi dniami lenią się oczytani Szwedzi? Żyją w matrixie wolnym od presji XXI wieku? W takich okolicznościach powoływanie się na brak czasu nie przystoi dziennikarzowi działu kulturalnego ani specowi od rynku książki, gdy uzasadniają ignorancję . Tym bardziej, że żyjemy w czasach zaawansowanej technologii, która służy także książce. Audiobook nie jest gorszą jej wersją, wręcz taką samą, tyle że czytaną wprost do ucha, czasem o wiele ciekawiej i dokładniej niż sami byśmy to zrobili. W dodatku pozwala wykorzystać każdą chwilę, szczególnie przeznaczoną na czynności powtarzalne. Każdego dnia, na własnych uszach, przekonuję się jak audiobook umila odkurzanie, zmywanie czy drogę do pracy i marsz między przystankami komunikacji miejskiej. A przy tym skutecznie chroni przed fałszywym refrenem: nic nie czytam, zarobiony jestem.

          Tych zaś, którzy wypalą argumentem o wysokiej cenie książki odsyłam do bibliotek miejskich, które mają już środki na zakup nowości. A jeśli dalej uważają, że z powodu ceny znajduje się ona na szarym końcu listy potrzeb, odwołam do ich własnego sumienia. Niech staną w prawdzie i powiedzą sobie w twarz, ile kasy wywalają każdego tygodnia na modne chwilowo pierdoły, piwo, lody, kebab, papierochy, nadmiar żarcia, które ostatecznie wyrzucą, pięćdziesiątą pomadkę i lakier do paznokci, którego nigdy nie zużyją oraz na wiele innych gadżetów, bez których doskonale się obchodzą. Wówczas może się okazać, że zabrakłoby miejsca w domu na książki kupione z takich oszczędności, a obdarowani sąsiedzi mogliby na tym skorzystać i zacieśnić więzi.  

               Nie, nie zamierzam zachęcać nikogo do czytania, namawiam tylko niektórych do uczciwego powiedzenia sobie: dobrze mi z nieczytaniem. Ale o czym ja tu? Wiem, pojechałem za daleko, bo na tych łamach przekonuję przekonanych. Wedle badania poziomu czytelnictwa o wiele za dużo tu napisałem jak na możliwości nieczytającego Polaka, więc i tak do końca tekstu dobrnie tylko ktoś z tych ostatnich 37% kochających drukowane, zatem wybaczcie, że nie do Was piję, choć bardzo Was sobie cenię.

piątek, 4 listopada 2016

Wychodzę z siebie, zaraz wracam

❖Kliknij, żeby posłuchać tekstu w interpretacji autora❖

- O! Wangin w Ikei! Muszę dać na fejsa! No walnij dziubek, nie bądź taki! Raz, dwa…

- Nie ściemniaj, masz tam siedemdziesiąt osób w znajomych, z czego osobiście znasz może dziesięć. Za tę smutną gębę nikt ci lajka nie da.

- Łoś wśród reniferów? Wpadłeś na klopsiki z żurawiną?

- Na kawę dla niewymagających, z dolewką bez granic. Tu nie pytają, co jeszcze podać.

- Ale to z laptopem? Żoncia z domu wygoniła, czy kanapę wybiera?

- Chyba dla kota, bo zagroził, że wróci na budowę do Iławy. Pieprzy taką adopcję! Trzeba leżeć na dwuletnich kanapach i ciągle tylko Purina w misce na zmianę z Shebą. Żonę to akurat awansowali. Nawet w domu z pracy nie wychodzi. Nie zauważyła, że wyszedłem.

- Chyba, że magiel trzeba będzie odwieźć, zaraz się połapie. Czemu tu piszesz? Wiem: każde jej spojrzenie to wyrzut? Pora wyrosnąć z napieprzania w klawisze i te sprawy? Ludzi i tak nie zmienisz, boś dawno glebę zaliczył, Ikarze. Ale mogłeś towarzyszyć kobiecie. Pewnie układa zastępstwa, komputer pożytecznie wykorzystuje. A ty? Nie wierzę przecież, że wrzawa bachorów cię stymuluje! A może widok Janusza z brokułem na wąsie budzi twórcze głody, co? Czy inspirację czerpiesz z fryty u wargi tego tam Iwana?

- Ty weź już idź po waniliowe podgrzewacze. Córka prosiła. Daj popisać.

- Po cholerę?

- Podgrzewacze?

- Nie, pisanie.

- O  świeczki zapytaj, odpowiedź znam.

- A co piszesz?

- Próbuję sklecić coś do bloga, żeby nie skasowali za brak postów.

- Tutaj piszesz?

- Tutaj jestem bezpieczny. W domu nie usiądę. Sam wiesz, ile tam natręctw.

- Wziąłem na siebie, spokojna twoja o suszarkę rysowana! Natręctwa znaczy wziąłem. Wracaj bezpieczny, Syzyfie z odzysku. Chałupę odkurzyłem, kuchenkę umyłem, ogarnięta kuweta, a koszule na tydzień masz wyprasowane. Możesz już rżnąć głupa przy biurku, na stacjonarnym.

- Przy stacjonarnym, jasne! Będę oglądał CK Dezerterów albo Zaklęte rewiry i Siekierezadę, przecież wiesz. Albo zamienię się w powiernika kobiecych dramatów na czacie! Wszystko zrobię, żeby nie pisać, jakbyś nie wiedział!

- Bo nie potrzebujesz! Kolejne natręctwo do odhaczenia! To tylko pierdolec na potrzeby pozornego rozwoju. A w tle? Podniesienie rangi banalnego życia! Ale dalej tak nie pojedziesz, stary! Zupa pomidorowa dobra, masełko trzeba skrobać, a światło zrób sobie górne i te sprawy.

- Gówno wiesz o sprawach, Jacuś, to konsekwencja i wierność młodzieńczym ideałom. Jest niepodważalna! Jak stracę ostatni bastion, to po mnie.

- Jaaasne… i sosik patosu na kopytka samoudręczenia. Wyluzuj! Zaczynałeś w końcu lat 80. Pamiętasz, jaką wartość miało wtedy słowo pisane?! Nawet cenzura jeszcze była.

- Zaraz znowu będzie, cierpliwości, jeszcze jedne wybory i pozamiatają. Tylko nie wiem, czy doda to motywacji do pisania.

- A pamiętasz jak uszami klaskałeś ze szczęścia, gdy udało się kupić pięć tomów Hłaski, w antykwariacie, na spółę z kumplem? Wydawało się, że literatura zmieni ludzi w zbuntowane anioły. A dziś kto czyta? Słowo nie ma znaczenia. Słyszałeś, żeby ktoś dawał słowo honoru i dotrzymał? Jest hejt, ściema, sensacja jest i rozrywka, bo pokochali leżenie wzgórzem do góry albo wzgórkiem do ekranu, gdzie rolnik szuka żony. Nike to oni na butach noszą i tylko inaczej wymawiają. A sama nagroda ma tyle wspólnego z czytelnictwem, ile ty z ojcem Tadeuszem, prezesa Prometeuszem! Blog? Zwariowałeś? Kto to czyta? To czas słitfoci pod menu restauracji! A nie masz zadatków na gastro celebrytę od pieczenia buraka, ani tym bardziej tego... kosmetycznego, od szukania wągra między sławnymi cyckami. Wyżej dupy nie podskoczysz, jak mówi mądrość ludowa.

- I tu byś się zdziwił, miałem wystarczająco dużo pytań od czytelników, czemu nie daję nowego tekstu, więc idź już po te knoty i nie truj dupy.

- Pytania od czytelników?! Weź nie rozśmieszaj! Masz na myśli dwie babki z czatów! Podkręcają cię z wdzięczności za wysłuchanie małżeńskich traum. Nie miały nic do zaoferowania, to podpompowały to zbutwiałe ego. Nie daj się nabrać. I co ty masz jeszcze do powiedzenia? Kiedyś miałeś ambicje na dwa teksty w miesiącu, nawet na główną stronę Onetu trafiały! A dziś? Jeden na miesiąc za trzy udostępnienia?

- Bo było o czym pisać, dziś wszystko ważne jest godzinę i rzeczywiście słowo strasznie spsiało.

- Chyba sPiSiało?

- No o tym mówię. A do polityki mnie nie mieszaj! Skocz po ciasto, ale marchewkowe, cukier masz przewalony. I daj popisać, właśnie o czytaniu próbuję.

- Aaaa... znowu cierń statystyk nieczytania? Czytających w każdym pokoleniu jest tyle samo, pamiętaj. I tylko wstyd w ludziach coraz szybciej zanika. Gloryfikacja prymitywu, faszyści, matoły i analfabeci u władzy, to co się dziwisz? Promocja żenady i ludzie nie wstydzą się przyznać, że z półki wyrzucili książeczki. Nawet lekarskie i opłat RTV! Silny człowiek jest z chamów i nie czyta. Idzie do przodu jak ten Edek u Mrożka. Twój ulubiony profesor Stefan jakoś tak mówił, zdaje się w jednym z ostatnich wywiadów? A propos, pamiętasz, co ten sam Chwin Stefan pisał w Dzienniku dla dorosłych?

- Daj spokój, przecież wiesz, że pamiętam książki tylko w trakcie czytania.

- Wiem, wiem, ale twoje wypociny, najlepiej, żeby czytający pamiętali jeszcze w tunelu, u progu wiekuistej jasności?! Znam cię, kreaturo! Znam dziury w łysej pale jak we własnej piżamie, więc notuję, co lepsze kawałki. Tak to szło u profesora: Tymczasem jeśli czytanie jest niebezpieczne, to wcale nie dlatego, że zagraża władzy. Czytanie jest niebezpieczne, bo osłabia. Uczy wrażliwości – więc osłabia. Uczy skłonności do rozmyślań – więc osłabia. Uczy długiego skupienia – więc osłabia. Uczy dzielenia włosa na czworo – więc osłabia. Uczy przyjemności nieruchomego siedzenia w fotelu – więc osłabia. Uczy radości z samotnego dumania w ciszy – więc osłabia. Czytanie oducza twardości, bez której ludzki gatunek nie poradziłby sobie na Ziemi. I większość przedstawicieli ludzkiego gatunku dobrze o tym wie, dlatego nie czyta nic albo prawie nic.

- Czyli jednak jest niebezpieczne dla władzy, bo kształtuje jednostki samodzielnie myślące i krytyczne, nie dające się urobić żadnych ideologom i populistom, a indywidualność nie da się spieniężyć za pińcet! Z plusem czy bez. Nie rozumieją tego?

- Ha! Nawet jak rozumieją, to się lenią. Urodzili się zmęczeni, żyją, żeby wypocząć, po co wysiłku dorzucać? Za dnia urobią się kombinowaniem i szukaniem leszcza i wieczorem już tylko rewolucje w garnku ich kręcą. A z czytania korzyść niewymierna, nie da kaski na nowy srajfonik.

- Może masz rację, wykorzystam to. Podyktujesz cytat, jak wrócisz z ciastem, marchewkowym, już czas.

- Tylko po jaki grzmot to pisać? Nawracać nawróconych? Nie podniecaj się, nawet jeśli ktoś cię czyta, to akurat ostatni sprawiedliwi, doskonale to wiedzą!

- Umiesz zbudować człowieka. Wszystko musisz spieprzyć posraną trzeźwością osądu?! A ja chciałem raz optymistycznie, polecieć z innego cytatu. Dziennikarz i pisarz, Sosnowski Jerzy, znasz? Niedawno na swoim blogu wspomniał krakowskie targi książki. Uważaj: W efekcie zrobiłem w tył zwrot – budząc zrozumiały gniew ludzi za mną – rozbiłem swą piersią mur napierających czytelników, tracąc część guzików dobrnąłem do stoiska Wielkiej Litery, gdzie zostawiłem palto, zabrałem je pospiesznie i wyczołgałem się na zewnątrz, myśląc: u licha, bywam przecież w księgarniach, na co mi te targi?! W najgorszych czasach warszawskich targów, urządzanych w ciasnych wnętrzach Pałacu Kultury, nie byłem świadkiem podobnej apokalipsy… To nie fikcja, miesiąc nie minął od zielonego światełka w ciemni.

- Uprzedzam tylko, pewnie myślisz napisać, że statystyki kłamią? A w Krakowie ludzie gnaty sobie łamali, żeby książki kupować, szarpać, wdychać zapach farby drukarskiej, bo kochają?! Chcieli nieść herkulesowym ramieniem tomiszcza wyszarpane, targać do swoich jaskiń, kątów, wysp czytelniczych i wybielić indywidualność ponad czernią reżimowej telewizji?

- No może nie aż tak optymistyczne wiatry w klawisze puszczałem, ale przyznasz, że coś jest na rzeczy.

- Ty masz na rzeczy, inni mają „Do rzeczy”, a jest jak jest. Tłum w Krakowie był wyposzczony, zgoda, ale widoku celebrytów! Chcieli podejrzeć, kto lewą podpisuje książki kucharskie. Ale część, pamiętaj, przyszła żeby zwiedzić stoiska budzące głody intelektualne spod znaku miesięcznika „Egzorcysta” albo ogrzać ducha w kręgu Wydawnictwa Duszpasterstwa Rolników, a przy tym, stary, to nawet większości zatwardziałych pisarzy głos więdnie, przyznasz, z mikrofonem czy bez… . I w tej sytuacji pierdolić cukier! Żadnego ciasta marchewkowego, rozumiesz? Taki serniczek zakupię, że zazgrzyta kryształem w przełyku. Dla równowagi, a co?!

niedziela, 14 lutego 2016

Przychodzi Y do lekarza

   
Tomasz kręcił głową i zerkał z niedowierzaniem w rejestr:

 – Za długo wypoczywałem, teraz mam za swoje, a było tak pięknie! Słońce, narty, góry! A teraz u drzwi dzieci matki korporacji i planu sprzedaży. Dżizas, ależ tego jest: pani Andżelika rocznik 1987, Dawid 1988… pan Aleks 1987, niech będzie i Noemi 1990. Administrator, sprzedawca, opiekun klienta bezradnego, doradca zagubionego i wciskacz kitu bez ramy okiennej… znowu generation Y i zero litości dla starego doktora. Lidka, błagam, jeszcze jeden dzień wolnego!

- Dasz radę, doktor, zaprawiony w boju od wigilii. Pamiętasz doroczny ewenement? Takiego nawet w recepcji nie widziałam – Lidka uśmiechnęła się szelmowsko dotykając klamki – Przyczajony zwierz komputerowy, co on tam miał?

-  Tu go bolało – doktor Tomasz wbił palec wskazujący w swój brzuch, którego wielkość nie zrobiła sobie wiele z tygodniowego szusowania w Alpach.

- A przyczyna? – Recepcjonistka nie dała za wygraną.

- Wigilia, moja droga, poważna choroba zawodowa naszych czasów. Tu go boli raz w roku, to przyszedł, bo już za cholerę nie chce tu boleć w rezurekcję. Na Wielkanoc jajka maluje i szczęśliwy, a w wigilię ból bolesny dopada i mus doktora odwiedzić. Tak to działa, gdy trzeba przełamać się z dyrektorem regionalnym, opłatek bardziej niestrawny niż śledź po kaszubsku na Mazurach. Przez okrągły rok chłopak zdrowy jak byk na wyjeździe integracyjnym i tylko wigilia mu corridą. A ja miałem być ten cudotwórca, co dotknięciem pięty wszystkie wigilie świata zamieni mu w klub go go, żeby bólu we flaku nie zaznał po kres dni, jego lub moich. Niestety, trafił na konowała. Za rok powróci niczym gwiazda wskazująca Betlejem!

    Ledwie doktor Tomasz puścił oko do Lidki, w drzwi wbiła się ostrzyżona krótko główka o ptasiej twarzy. Dziewczyna bez słowa usiadła przed biurkiem i patrzyła w oczy bez powitania. Tomasz spoważniał i czekał. Za długo, cisza wzmocniła odgłos ściennego zegara, a sekundnik groźnie odliczał regulaminowe dziesięć minut. Doświadczenie podpowiadało, że coś złego zawisło w powietrzu, będzie mało przyjemnie i starcie nie wyłoni zwycięzcy. Mimo narastającej suchości w gardle Tomasz przemówił:

- Z czym pani przychodzi? Co pani dolega?

Ptasia twarz przechyliła się w lewą stronę, jakby z niedowierzaniem, czy ma przed sobą lekarza czy wór słonecznika do skarmienia.

- Skąd mam wiedzieć?! To pan jest lekarzem, chyba. Z naciskiem na „chyba”, co?!

- Jak pani słusznie zauważyła, lekarzem, nie jasnowidzem, nie czarnoksiężnikiem z krainy Oz, dlatego pytam, gdzie panią boli – z trudem powstrzymał się przed dodaniem: oprócz głowy.

- A! Pan o tym! Ja nie wiem, czy boli, jakoś tak mnie mdli i w głowie się kręci. Mam taką bezsiłę ogólnie. Wstaję z rana i jestem taka wiotka. Przelewam się tak sama w sobie, jakby nic od środka nie trzymało. Niby nic nie boli, a padam. Przeczytałam w internecie, że to może być objaw czegoś poważnego. Wstaję i wracam do łóżka, żadnej energii. Od roku pracuję, te tabelki, segregatory, te kolumny excela, ja nie umiem tak żyć, pod linijkę nie umiem jeść, wyjść, wrócić, zawsze tak samo. I w kółko: dziewiąta – siedemnasta, czasem dziewiętnasta! Trochę kaszlę, trochę mam wysypkę na przedramionach, trochę głowa mnie boli. Pan tego nie zrozumie, prawda?

- Mam dobrą wolę, spróbuję przynajmniej panią osłuchać i wysłuchać. Od dawna pani to ma?

- Trzeci raz, ale pierwszy w tym roku.

- Taka pora roku. Wszyscy to mamy, przednówek, brak słońca, podłe ciśnienie. Powinna pani wysypiać się, przynajmniej siedem godzin, magnez, trochę witamin i trzy dni zwolnienia, co? Podziała lepiej niż antydepresant, prawda?

- Cztery.

- Ale za trzy dni weekend przecież, odpocznie pani.

- Ale mnie od wczoraj w pracy nie ma.

- Przykro mi, ale na to nie poradzę. Nie mogę wystawić zwolnienia z wczorajszą datą, też mam segregatory, kolumny, tabelki, przełożonych i kontrole.

          Ptasia twarz zastygła z dzióbkiem gotowym do trelu, ale pokraśniała nagle i nie było już zadatku na taniec godowy. Wyrzuciła litanię żalu i dodała coś o ignorancie, który zajmuje miejsce lekarzom z powołania. W słowotoku zapowietrzyła się nagle i dodatkowo poczerwieniała. Bezdech uniemożliwił zamiar wypowiedzenia czegoś istotnego i wystrzeliła z krzesła jak z procy. Zdało się na moment, że podmuch zatrzaskiwanych drzwi oddał ją zapomnieniu. I tu nastąpił kres pobożnego życzenia doktora. Drzwi otworzyły się ponownie:

- … i niech pan sobie nie myśli, idę napisać skargę na pańską ignorancję i niekompetencję! Pan lekceważy pacjenta i od niego oczekuje diagnozy. Ale to tak się nie skończy, nie zamierzam tolerować braku profesjonalizmu!

          Tomasz nie zdążył przejąć się groźbą, bo następny pacjent był szerszy i ptasia twarz ustąpiła pod naporem wielkiej masy z iphonem w garści. Skuteczny sprzedawca nie odrywał wzroku od ekranu, na którym palce podrygiwały jak pod napięciem. Usiadł i nie zważając na lekarza, wydobył z torby kolejne urządzenie, a jego wzrok biegał już po nowym ekranie. Tomasz wpatrywał się w przyciężki kwiat tego sekretu i zastanawiał się jak długo pozwolić pacjentowi ignorować czas i miejsce akcji. Chrząknął znacząco i powitał, ale nie spotkał się z żądaną reakcją.

- Czy mogę dowiedzieć się, czemu zawdzięczam wizytę? – Nie wytrzymał dłużej, ale skutkiem tego padło słowo „chwila”, wyrzucone z przegrody zębów tegoż. Tomasz patrzył w okno, a za drzwiami kolejni pacjenci patrzyli na zegar, więc nie wytrzymał – Zabiera pan czas innym, nie rozumie pan tego?

- Chwila, powiedziałem! Jeszcze nie skończyłem. To pan jest dla mnie, a nie ja dla pana, prawda? Ta wizyta jest w moim abonamencie i pan jest w nim także, doktorze! To ja będę decydował o tym, kiedy zabiorę głos, moja firma za to płaci.

          Tomasz spojrzał na zegarek i obficie występujący pot na czole grubasa. Uznał, że wytrzyma jeszcze pięć minut i ryzykując kontrakt pozbędzie się pacjenta. Przeglądał dokumentację, ale nie było nic do wglądu, pacjent najwyraźniej z pierwszą wizytą i w końcu jednak raczył oderwać wzrok od iphona.

- Pan mi da skierowanie, doktorze.

- Tak, a do kogo?

- Nie do kogo, tylko na co. Na tomograf, muszę badanie sobie zrobić.

- To może najpierw ustalmy, co panu dolega, może najpierw podstawowy zakres badań zlecę? Ten tomograf…

- Nic mi nie dolega, ale może mam coś, co nie boli, a o czym chcę się dowiedzieć, muszę sprawdzić! Nie chcę żadnych badań. Tomograf powie wszystko, a ja nie mam czasu na latanie po laboratoriach. Plan sprzedaży mi się wali! Ale w ogóle, po co ta dyskusja?! Pan daje skierowanie i już mnie nie ma.

- Nie mogę dać skierowania bez powodu, ja też mam swoje procedury, chyba pan to rozumie?

- Panu się coś pomyliło, doktorze. Płacę, firma płaci, a ja wymagam. Mam to w abonamencie i nie interesują mnie pana instrukcje obsługi pacjenta. Ale jak tego pan nie rozumie, to przejdę się wyżej. Szkoda czasu na niekumatego gościa w kitlu. Założy się pan, że dostanę to skierowanie? Daje pan?

- Nie daję.

- No to tymczasem żegnam. 
   

„Sprawnie dziś idzie to leczenie”, Tomasz uśmiechnął się gorzko do myśli i nagle poczuł, że praca nie wymaga wielkiej kompetencji. To pokolenie będzie przychodzić wyłącznie z żądaniami, samo wie, czego chce. Abonament i doktor Google sprowadzi go do roli upierdliwego urzędnika, od którego egzekwuje się usługę albo trzeba dostarczyć skargę na nieuprzejmość i arogancję. Nie uśmiechnął się drugi raz, bo cicho wśliznęła się postać z czymś na kształt przerzedzonego pióropusza na głowie, w obcisłych rurkach na anorektycznych nóżkach i w sweterku sięgającym kolan. Chyba mężczyzna, ale Tomasz nie miał pewności. Równie dobrze mogła być to dziewczyna w drodze do krągłości bioder i w oczekiwaniu na biust. Lekarz włożył okulary i teraz dostrzegł szczątkowy zarost na gładziutkim liczku. Pacjent usiadł i spojrzał na doktora wzrokiem proszącym o odwagę.      

- Co dolega? – Doktor na wszelki wypadek powstrzymał w ostatniej chwili to „panu”, bo płeć gościa nadal stała pod znakiem zapytania.

- Boli mnie tak dziwnie, to przyszedłem.

- Ale gdzie konkretnie boli?

- Trochę gardło. Trochę drapie mnie podniebienie, ale najdziwniej to tu mnie boli, tak wie pan... – Pacjent popukał się palcem wskazującym centralnie między oczy, ale nic nie utracił z nieśmiałości i powagi. – Tak dziwnie panie doktorze.

- Tu?! – Tomasz naśladował pukanie w czoło i dało mu to ulgę, że prostym gestem naraz ujął stan umysłu wszystkich dziś zarejestrowanych.

- Tak, ale jak patrzę w ekran laptopa, dotkliwy ból między oczami się pojawia, punktowy. I nie mam tego jak gram w domu, nie mam tego na tablecie i na czacie, na forum. Nawet w smartfonie nie mam tego bólu, a jak otwieram laptopa, to mam od razu, aż oczy zamykam z ciśnienia.

- Rozumiem, to może ja pana zbadam, proszę się rozebrać.

- A to konieczne?

- Nigdy nie był pan u lekarza? Przecież nie osłucham pana przez ubranie. W czym problem?

- Wolałbym się nie rozbierać…

- Krępuje to pana?

- Nie, ale fryzurę zepsuję, pół godziny układałem.

- W takim razie proszę przynajmniej wysunąć ręce z rękawów i podnieść koszulę do szyi.

    Dokładnie zbadał, co się dało, byle już nie myśleć o fryzurze pacjenta i powstrzymać śmiech bezradności. Pacjent osłuchowo czysty i bez znaków chorobowych, ale wymagał jakiejś diagnozy i w tym momencie lekarza przeszyła jasność:

- A ten ból – Tomasz znacząco popukał się wskazującym między oczy – to panu dokucza w zetknięciu ze służbowym laptopem, tak?

- Wyłącznie, niestety…

- No właśnie, sam pan widzi, może trzeba z tym coś zrobić. Może pracy poszukać?

- Też tak myślę czasami. Że to nie wystarczy wniosek o nowy laptop. To ja powiem mamie, że pan tak powiedział, że dla mojego dobra i jej spokoju, muszę się zwolnić. I to jak najszybciej! Przecież nie chce mnie w szpitalu oglądać albo w jakimś wariatkowie, prawda? Dziękuję, panie doktorze! No wreszcie jakiś normalny specjalista. Bardzo dziękuję i miłego dnia życzę.

- Ale może chociaż skierowanie panu wypiszę? … do neurologa?

    Pacjenta już nie było. Tomasz ukrył twarz w dłoniach i zobaczył siebie na pustej plaży, niemal usłyszał szum odwiecznych fal, gdy do gabinetu wbił się stukot szpilek. Rozchylił palce i lewej dłoni i między nimi dostrzegł blond platynę. Wymuskane włosy przybliżały się nieuchronnie, a potem wbiła się w oko ostra czerwień pomadki na ustach wypełnionych botoksem tak boleśnie, że gotów był zatkać uszy w obawie przed eksplozją warg. Właścicielka ładunku z opóźnionym zapłonem usiadła naprzeciwko i zarzuciła nogę na nogę tak gwałtownie, że karminowa szpileczka zagroziła nieplanowanym odlotem:

- Dzień dobry panu. Ja mam tu umówioną wizytę podobno. Ja jestem z Warszawy.

- Tak? A poza tym, co pani dolega?

- No właśnie, pan jest tu psychiatrą, tak?

- Tak? No właśnie, czemu nie jestem psychiatrą, wszystko byłoby jasne. Minąłem się z powołaniem, a pani z gabinetem. Pokój siedemnaście, serdecznie żegnam panią, bardzo serdecznie…

czwartek, 23 kwietnia 2015

Upadek Rotgiera z Saturna

Przyzwyczajam się. Z wielkim trudem, jak po grudzie przychodzi, ale jestem coraz mniej oburzony, nieco oswojony, zdziwiony nawet mniej niż wczorajsza dziewica, porzucona w brzasku pierwszego poranka. Staram się jak mogę najmniej boleśnie zamieszkiwać kraj kwitnącej cebuli i dziarsko uśmiecham się z każdym zaciągiem stęchłego kwiecia o świcie, ale łatwo nie jest. I choć wiem, że innej Polski nie będzie, a gorsza przed nami, czasem jeszcze ulegam niemocy. Nie daję rady, choć pomoc nadciąga ze wszystkich stron. Wspiera sąsiad w hali garażowej, gdy regularnie znaczy moje miejsce starym kołpakiem, baniakiem po oleju i mocą lwa z papierka po zeżartym batoniku. Urocza pani pomaga oswoić krainę ćwikły, gdy z wdzięczności za ustąpienie miejsca skacze do gardła, bo jej ubliżyłem „traktując jak staruchę”. Stara się pomóc przyjemniaczek w sobotni poranek, gdy widząc kolejkę do dystrybutora, z uśmiechem herosa bierze się za mycie szybek. I cieszy się, pławi w nieczystym orlenowskim kubełku, zachłystuje się radością bycia ponad czekającymi frajerami, którzy nic mu nie zrobią, choćby pianę bezradności z ust wytoczyli, niczym Gyubal Wahazar z dramatu Witkacego.


    Zbieram te przypadki, chcę czy nie, zamieszkują czaszkę, wciskają się w zwoje, pęcznieją niczym bezdomny na schodach, gdy smrodem utrudnia miłosierdzie. I wsparty przykładami już jestem bliżej, coraz bliżej obojętności, choć ciągle załatwiony, bo nadmiar musi eksplodować. Wtedy dopada mnie pytanie, upierdliwie powracające jak radiowa reklama z Basią, co popuszcza trochę moczu i nie chce iść na zakupy. Więc skąd im się to bierze? Skąd potrzeba dowalenia obcemu? Skąd chęć podstawienia nogi bratu w depresji, siostrze z matki frustracji, ciotce w bezradności i wujowi w życiem zmęczeniu? Skąd kompleks, co każe odreagować na obcym? Czyśmy już do reszty jacyś tacy z glacy, glana i z kopa? Szukam wtedy twarzy radosnej, wdzięcznej szukam, uśmiechniętej, przyjaznej lub choćby pogodnej i coraz trudniej, nawet jeśli z czeluści pamięci wyciągam o poranku zatarty hit: … jak dobrze wstać skoro świt. Jutrzenki blask duszkiem pić. Nim w górze tam skowronek zacznie tryl, jak dobrze wcześnie wstać dla tych chwil, gdy nie ma wad wspaniały, piękny świat. Jak dobrze wcześnie rano wstać wiosną lat.  I nie działa, za chińskiego boga zdziałać nic nie może. Skowronek kultury zdechł i społecznie puszczony wiatr zatarł jego tryl, rozwiał, rozgonił. Już chyba coraz mniej szans na resztki grzeczności w miejscach publicznych, pomijając może dyskonty, bo tam żelazne „dzień dobry” wpisali w obowiązki kasjerki. Nawet, gdy chwilę wcześniej zamieniła z klientem kilka niewyszukanych zdań, nawet jeśli niezbyt dobrych, gdy jego kolej na powitanie, otrzyma je jak pies michę, całkiem jakby minutę wcześniej wzrokiem go nie bluzgała.

    Ale dlaczego ja o tym? Dlaczego znowu ta Basia z radia, ta od puszczania moczu za mną łazi, taka jednocześnie wypuszczona z moczu reklamy i uwiędła w niej powtarzalnością jak hejnał z krakowskiej wieży? Bo jej moczem zebranym z wielu tygodni emisji chlusnąłbym z uśmiechem po oczkach tego gościa z punktu obsługi klienta w Saturnie. Znacie? To posłuchajcie.

    Rzecz była w niedzielę, w trakcie cotygodniowego nabożeństwa ludu pracującego, skupionego w nawach największej katedry handlowej. Pomiędzy podniesieniem (emocji) w Zarze, a upadkiem hostii hamburgera na świeżo zalany colą ołtarzyk pod grillowanego kurczaka w naleśniku. Tam, gdzie biegnie granica żarcia, bekania, zalewania i podłogi frytką pokrywania a dostępem do AGD. Tuż obok był punkt obsługi Saturna, gdzie stałem cierpliwie, by wymienić toner do drukarki. Przede mną pierś prężył mężczyzna. Prężył tak intensywnie mizerną klatę, że nie miałem żadnej wątpliwości: piął się do pojedynku niczym pyszny brat Rotgier przed Zbyszkiem z Bogdańca, klnący się, że nie jest winny tej krwi, która będzie przelana. Tyle że zamiast hełmu miał przetłuszczone kłaki, odstające pancernym otokiem od kołnierza, śladowo przypominające szyszak wojownika. W miejscu zbroi cherlawy korpus otuliła przetarta ortalionowa kurtka z lampasem barwy wojennej, a na wysuniętej prawej stopie zabłocony mokasyn, wbity na szarość spranej frotte skarpety, wytupywał wojenny rytm w niecierpliwym oczekiwaniu na pierwsze starcie. A i oręż jeszcze miał. To nie była tarcza i topór bynajmniej. Za uzbrojenie posłużyć miała maszyna, froterka, wyrzucona na blat w wielkiej niebieskiej torbie z Ikei. „Jaki Rotgier, taki topór”, pomyślałem z uśmiechem wspominając scenę z Krzyżaków Forda, ale na wszelki wypadek odsunąłem się, bo przeciwnik walecznego Cebulaka, w postaci szczupłego pracownika punku obsługi klienta, właśnie kończył rozmowę przez telefon. Na widok odkładanej słuchawki Rotgier Cebulak porwał torbę z froterką i bez słowa, błyskawicznym ruchem, przerzucił ją przez linię blatu, aż wylądowała na służbowym krześle obsługi klienta. Zdziwiony pracownik Saturna odskoczył i spojrzał przerażony na intruza, gdy ten szedł za ciosem:

- Oddaję! Nie chcę, nie działa, pieniądze chcę, rękojmia działa, gwarancja, zwrot, nie?!

- Ale ja nie będę z panem rozmawiał, pan jest agresywny, już to panu mówiłem. Proszę się uspokoić. Powiedziałem, że poczekamy na kierownika punktu i ochronę.

    Przerzucił froterkę na powrót przez blat i nawet nie spojrzał na Cebulaka. Widziałem, że choć ręce chłopaka mocno drżały, na twarzy zachował pokerową minę i niespodziewanie zwrócił się do mnie:

- Słucham, w czym pomóc?

- Nic nie będę czekał, ja tu przyszedłem, pan jest w pracy, mnie pan ma obsługiwać, to moja kolej jest, ja tu stoję! Pan jest w pracy! Zepsute to jest!

    Odskoczyłem znowu w porę, z zatrzymanym wdechem na zdanie, któremu nie dane było wybrzmieć, gdy froterka wyrzucona przez Rotgiera herbu Cebula przelatywała ponownie przez blat. Chłopak z tamtej strony tym razem nie wytrzymał. Nic już nie powiedział, wyrwał z rąk napastnika gwarancję z podpiętym paragonem. Spojrzał w papiery, uśmiechnął się z miną zwycięzcy i podsunął mu pod nos:

- Kupił pan to w Media Markt, więc niech pan idzie pokrzyczeć do Media Markt, tu jest Saturn, szanowny panie kliencie!

    Rotgier z Doliny Cebuli zniknął jak kropnięty magicznym zaklęciem, a ja zostałem obsłużony z uśmiechem św. Jerzego, który dopiero co przekłuł dmuchanego na różowo smoka i już po chwili znalazłem się na parkingu galerii handlowej. Jakież było moje zdumienie, gdy okazało się, że dwa samochody dalej, ten sam buraczany rycerz pakuje uszkodzoną froterkę, w tej samej wielkiej torbie z Ikei, do… lśniącego nowością Mercedesa GLK. Roześmiałem się bezradnie, bo chyba nawet śp. Bareja Stanisław nie umiałby wytłumaczyć jak człowiek, który nie umie wypowiedzieć, o co mu chodzi i nie odróżnia Media Markt od Saturna, potrafi zarobić na samochód tej klasy. Coraz mniej rozumiem mój kraj, a może on z istoty swojej już całkiem przeczy rozumowi?

    Jak dobrze wstać, skoro świt. Jutrzenki blask duszkiem pić. Nim w górze tam skowronek zacznie tryl, jak dobrze wcześnie wstać dla tych chwil.

czwartek, 5 lutego 2015

Zmiany paradygmatu a dyktatura analfabety

    Dwa tygodnie temu, w weekendowej „Gazecie Wyborczej”, czytałem rozmowę z Olgą Tokarczuk. Zapytana, czy nasze czasy potrzebują mesjasza, pisarka odpowiedziała: Jeśli rozumieć przyjście mesjasza jako rodzaj zmiany paradygmatu, to jak najbardziej. Wszyscy mamy mniej lub bardziej uświadomione poczucie, że zbliżamy się do jakiegoś krytycznego punktu, stare idee się wyczerpały, a nie powstała żadna nowa, która byłaby w stanie uprawomocnić i wytłumaczyć świat. A on wydaje się coraz bardziej skomplikowany i coraz trudniej jest nam go pojąć i uznać za swój. Czasami mi się wydaje, i to mnie naprawdę przeraża, że z mieszaniną jakiegoś wielkiego lęku, ale i dziwnej satysfakcji świat czeka teraz na wojnę. W każdym razie na coś innego.”.

    Zastanowiły mnie te słowa w kilku wymiarach. Po co komu mesjasz w czasach relatywizmu moralnego, wybujałego konsumpcjonizmu, egoizmu, galopującego sekularyzmu, braku tęsknot metafizycznych albo intelektualnych? I co miałby ów mesjasz ogłosić? Szczególnie w tym miejscu świata, gdzie każdy słucha głównie swojego głosu, no chyba że lepiej przebija się głos pani Gessler, pana Okrasy albo innej pani Foremniak z telewizora. Po co komu demolka i dramat wojenny, gdy o wiele bezpieczniej i bez ryzyka urwanych rączek i nóżek ogląda się dostarczanie przez Rosjan „pomocy humanitarnej” separatystom na Ukrainie albo ścinanie japońskiego dziennikarza przez islamistów, czy choćby szarpaninę rodzimych polityków w dowolnym studiu telewizyjnym. Ci ostatni przekroczyli tak dalece granice śmieszności i kompromitacji, że na wodzów rewolucji już nie urosną. Nie zachęcą do rebelii nawet osiedlowego Robina w kapturze, choćby dostrzegł dno w puszce z piwem. Nasi politycy nie podburzą nawet miejscowego orędownika onanizmu jako źródła zbawienia, równie bezsilni będą przy próbach pociągnięcia za sobą kolejnych budowniczych tęczy i fanów Korwina albo Mikkego. Bo w tak podzielonym społeczeństwie trudniej jest o rewolucję niż o mordobicie. Tutaj więcej ludzi myśli jak podpalić samochód sąsiada, bo lepszy, albo jak nie myśleć parkując, żeby mu życie utrudnić niż ruszyć w jedności na jakąkolwiek batalię, by dokonać przewrotu.

   
Czy zatem, po wyczerpaniu wszelkich idei i ideologii, zbliżamy się aż do tak krytycznego punktu, że trzeba zmiany paradygmatu? Konia z rzędem temu, kto w czasie wtórnego analfabetyzmu mas wie, co kryje się pod trudnym słowem „paradygmat”, prawie tak trudnym jak „mesjasz”. Zdaje się, że pisarka, której ostatnią książką okrzyknięto wydarzeniem roku, dużo lepiej czuje się w XVIII wieku niż w czasie danym jej do przeżycia. Odklejona od rzeczywistości zamieszkuje takie rejony abstrakcji, że dla przypomnienia obowiązującego paradygmatu z przyjemnością poleciłbym kilka wizyt w środkach komunikacji miejskiej, w pociągu, na koncertach, ale też w teatrze i kinie, gdzie mogłaby dostrzec, że może nie całemu społeczeństwu potrzeba wymiany idei, lecz znakomitej jego części wystarczy kilka zmian w zakresie elementarnego wychowania i przystosowania do życia w gromadzie. Nie mesjasza, a nauczyciela prostych zasad. Choćby tej, że wyłącza się telefon w kinie, na koncercie i w teatrze albo nie angażuje w telefoniczną relację o upojnym seksie wszystkich gości restauracji, w której się znajduje. Wówczas tolerancyjni goście darują nawet, jeśli on zje zupę widelcem, a ona nakarmi mlecznym cycem świeżo narodzonego troglodytę bez opuszczania sali.

    Jeśli ktoś chciałby mi zarzucić, że jadę po bandzie, bo przecież do teatru cham nie chadza, polecam tekst w „Newsweeku” nr 06/2015. Mowa tam o kulturowym terrorze półanalfabetów, którzy narzucają reszcie swoje gusta. W części diagnozy społecznej, dotyczącej teatru właśnie, padają takie oto słowa: … ludzie najczęściej przychodzą do teatru, by zobaczyć na żywo aktora, którego znają z telenoweli. Nie do końca wiedzą, co obejrzeli, pytani o wrażenia mówią, że chcieliby, żeby fotele były bardziej wygodne. Albo że kolejka do bufetu za długa. Z opowieści pracowników teatrów prywatnych wyłania się obraz nowej publiczności – nienauczonej obcowania ze sztuką, lecz nieodczuwającej z tego powodu dyskomfortu. Śpiącej, wędrującej po sali, jedzącej bułki podczas przedstawienia, dogadującej aktorom, awanturującej się z obsługą. Bywa, że po pijanemu. Największym nieszczęściem nie jest jednak to, że ta nowa publiczność brzydko się zachowuje w teatrze. Gorzej, że obraża się, gdy nie rozumie kierowanego do niej kodu kulturowego. Zrywa przedstawienia, pikietuje pod teatrami czy galeriami sztuki, wzywa na pomoc prokuraturę”.

    Dyktatura cebulaka dopada nieuchronnie ostatnich obywateli reprezentujących względny poziom. Robi im się coraz ciaśniej w świecie, w którym Edek z Tanga stał się przedstawicielem elity finansowej i kulturalnej. Ekspansja chama, o jakim ani Gombrowiczowi ani Mrożkowi się nie śniło, obejmuje wszystkie sfery życia i co ciekawsze, nawet te, które kiedyś wiały nudą w oczy prostaka. Nie ma to związku z poziomem wykształcenia, przynajmniej odkąd na uczelniach publicznych i prywatnych ukończenie studiów nie wymaga ani elementarnej erudycji, ani odrobiny znajomości zasad savoir vivre’u, a wystarczy opłata czesnego. Zmiana paradygmatu to taka, że prostak nie czuje zagrożenia, bo to ostatni inteligent, pogardliwie zwany wykształciuchem, staje się zakładnikiem własnego poziomu. To on jest frajerem, który obawia się żenady i śmieszności. Do analfabety kulturowego w żaden sposób nie przykleja się słowo kompromitacja wobec ogółu, bo sam jest ogółem. Czuje się wszędzie u siebie i dobrze, bo niby skąd popłynie przygana społeczna? Niezdolny do wstydu pleni się bez lęku i trwogi, więc i bez idei prościej mu się żyje, bo egzystuje bez balastu refleksji.

    Zatem gdzie mieszka wspomniana przez Tokarczuk potrzeba idei, która byłaby w stanie uprawomocnić i wytłumaczyć świat? Czy prostak potrzebuje tłumaczenia świata? Czy tylko jego konsumowania w każdym wymiarze wygody, lenistwa i braku poszanowania dla czegokolwiek poza tłustym kałdunem, iphonem i telewizorem? Ale widać lęk jest społecznie odczuwalny, skoro porusza pisarkę. Z tym, że jest to przedśmiertny lęk mamutów, ostatnich Mohikanów, rozrzuconych po blokowiskach, starych kamienicach naszych miast, zamkniętych w ostatnich kółkach wzajemnej adoracji, w przestrzeniach oswojonych. To gromadki zamieszkujące światy mniej lub bardziej wirtualne i niechętne do naruszania własnej bańki, do wystawiania się na strzał prostaka, choćby ten chodził na cienkich nóżkach i w hipsterskich porciętach.

    W tej sytuacji cieszą takie artykuły jak ten w „Newsweeku”, które próbują wołać o zmianę paradygmatu właśnie. Niby jaskółka, co wiosnę chce oznajmiać, tygodnik nagłaśnia dyktat chama. Wzywa mniej lub bardziej wprost do opamiętania, do czytania książek, jako czynności ocalającej człowieczeństwo, budującej intelekt, wolność, jasność umysłu i ducha, ale zaraz potem sygnalizuje, że to tylko działanie pro forma, w którego skuteczność sama redakcja raczej nie wierzy i podcina gałąź, na której przysiadła. Od czasu do czasu wypada popsioczyć na upadek kultury, na zniżone intelektualne loty społeczeństwa, na zanik czytelnictwa, na prymitywizm telewizji bezwzględnie usuwającej z ramówki programy kulturalne, pozostającej na usługach bezrozumnej masy. Ale dla równowagi kilka stron dalej w tym samym numerze „Newsweeka”, czytelnik znajdzie reklamę tytułów książek z super oferty, sygnowanej rozpoznawalnym znakiem: Sylvia Day. Tytułów głośnych bestsellerów wymieniać nie muszę, każda pani domu, księgowa i kasjerka podaje je z rąk do rąk. Niekonsekwencja prasy powiecie? Hipokryzja? E tam, gdy misja wypełniona, pora na biznes i wybacz Winnetou.

wtorek, 23 grudnia 2014

Gody słodko-gorzkie

Papieros dziewczyny w scenicu żarzył się od kilku minut. Sylwia nienawidziła palenia w samochodzie, zwyczaj drażnił ją nawet w obcych autach. Wyobrażała sobie duszący dym wewnątrz, z pewnością przyprawiał o mdłości i nagły ból głowy. Smród nie do wywietrzenia wbijał się stęchlizną w tapicerkę foteli, w plastik kokpitu i obicie sufitu. Czy tamta lubi aż tak  śmierdzieć? Może inaczej nie umie, gdy nerwowo czeka na mokre pocałunki, wykradane w pośpiechu z ciemności? Ciekawe, czy równie gorąco pragnie muskania językami, zapomnianego przez dziesięć, może dwadzieścia lat ślepej wierności? Zdecydowanie nie! Jest dużo młodsza i niewykluczone, że denerwuje się przed pierwszym razem. Czuje suchość w gardle, tak samo przerażona jak ciekawa i doczekać się nie może tego plasterka niedozwolonej namiętności, finału ze smakiem ananasów, całkiem jak Sylwia trzy tygodnie temu. A może jednak inaczej? Może w gęstym dymie papierosa zawiesza decyzję o rozstaniu, bo nadeszła pora, kiedy trzeba powiedzieć „dość” wirtualnym amorom? Położyć szlaban rozgrzewaniu na czacie, gierkom wstępnym w komunikatorze, które zaowocują następnym szaleństwem realności. Może też zapragnęła przerwać to pasmo uniesień, zanim przyjdzie gorycz winy?

    Po co Sylwia projektowała aż tyle wątpliwości na przypadkową dziewczynę? Nie miała pojęcia, ale zdążyła przypisać wszelkie intencje obcej, zanim na parking wjechał inny renault, tym razem kangoo. Najwyraźniej należał do przedstawiciela handlowego, który zręcznie zaparkował pomiędzy kobietami. Wyskoczył z niego barczysty i nieco krępy mężczyzna i już siedział na tylnej kanapie scenica. Po chwili wysiadł i otworzył przednie drzwi po stronie pasażera. Roześmiana dziewczyna wysiadła i zostawiła otwarte drzwi od strony kierowcy. Przez chwilę obsypali się gorącymi pocałunkami za szybami tylnego siedzenia. Wiatr był zbyt silny, więc chłopak szybko wypiął tyłek i nie wychodząc z samochodu zatrzasnął przednie drzwi; lewe, potem prawe. Rzucili się na siebie przy ciągle włączonym silniku. On w pośpiechu zdejmował jej bluzkę, ona zdzierała z niego polar i koszulkę, a parkingowa latarnia oświetlała ich jak na proscenium. Najwyraźniej nie przeszkadzało mu, że wylizuje podniebienie o aromacie popielniczki. Sylwii zrobiło się jakoś nieswojo. Zbyt długo czekała na Marcina w miejscu, które miało gwarantować odrobinę intymności.

    Ledwie nadjechał i znalazł się wewnątrz jej astry, uruchomiła silnik. Mężczyzna zdziwił się nieco, bo żadnej podróży nie było w planach. Sylwia uśmiechnęła się do lusterka, gdy niepokój zaanektował całą jego twarz:

- Nie ufasz mi, kotku?

- Znamy się lekko ponad miesiąc, z czego połowę na żywo, więc chyba się nie dziwisz? Sama wiesz, ile ześwirowanych bab krąży wokół. A ty trochę mało mówisz o sobie, nieprawdaż? Niewykluczone, że jesteś namiętną psychopatką. Ciągle jakieś półsłówka, gdy tylko spytam o dom, o pracę, pasje, zaraz wyślizgujesz się i zadajesz pytania o mnie.

- Mniej wiesz, krócej będziesz przesłuchiwany, słodziutki! Poza tym faceci lubią mówić o sobie, być w centrum uwagi, nie? Twoje przeżycia, pasje, męskość, to wszystko buduje ego, więc o co ci chodzi?

- Pozwól, że jednak zapytam o nas. Dokąd jedziemy?

- W poszukiwaniu miejsc sprzyjających ucieczce od małżeńskiej rutyny. Nie po to przyjechałeś?

- Jeśli o to chodzi, poprzedni parking bardzo mi odpowiadał. Coś się stało? Znasz tamtych kochanków? Dziwnie się zachowujesz.

- Bo dziwnie się czuję. Byli tam przed nami, a ja myślałam, że czeka nas coś wyjątkowego.

            Sylwia ostro zahamowała i niespodziewanie dla siebie zjechała nagle z głównej ulicy. Marcin zobaczył długą uliczkę, prowadzącą do nowego osiedla. Wzdłuż jezdni stało kilka samochodów i dzieliła je spora odległość. Latarnie rzucały tu bardzo słabe światło. Zaparkowała i przesiadła się do tyłu. Rozpinała powoli kurtkę i rzuciła zdanie w tonie kobiety dominującej:

- Będziesz musiał trochę nade mną popracować, mój książę z odzysku. Jestem nieco zdenerwowana i chcę, żebyś mnie zrelaksował, wymyśl coś zmysłowego na początek. 

Ledwie to powiedziała, kątem oka zauważyła ruch w samochodzie stojącym dwa miejsca dalej. Rozsypane blond włosy zajaśniały w mroku i profil kobiecego ciała poruszał się jakby w rytmie kroków całkowicie opanowanego ogiera. Sylwia prawie krzyknęła:

- No ja pier…, jakbym uczestniczyła w jakimś „mam talent albo zajoba”! Co to jest?! Sobotnie zawody w dochodzeniu na czas?! Kto szybciej osiągnie zakazany orgazm, niezbędny składnik kwaszenia wigilijnego barszczu i wróci do skręcania uszek? Wszyscy muszę się parzyć akurat teraz? Złote gody słodko-gorzkie, czy rocznica małżeńskiej nudy?

- Proszę cię. Możesz tego nie zaczynać? Naprawdę musisz mieć pretensje do całego świata, że nie jesteś jedyna, że ratujesz się jak wielu? To nasze trzecie spotkanie i zawsze tak samo. W zasadzie myślałem, że sprawia ci to radość, że oboje tego pragniemy, że zatracasz się i zapominasz jak ja. Podnieca cię ujadanie w ramach gry wstępnej? To cię kręci? Zdecydowanie wolę cię w drugiej odsłonie, kiedy już miękniesz w ramionach, gdy już…

- Gdy ty dla odmiany twardniejesz, wiem. Wtedy muszę się zmagać, żebyś mi go w oko nie wetknął.

            Sylwia roześmiała się nerwowo, zanim odrzuciła jego ramiona. I już przesiadała się do przodu. Znowu uruchomiła silnik. Marcinowi wcale nie było do śmiechu. Nie minęło dziesięć minut, gdy krążyła po gigantycznym parkingu hipermarketu w poszukiwaniu najciemniejszego rogu, poza zasięgiem latarni i ludzkiego wzroku. Nie było łatwo, skoro przedświąteczne zakupy przygnały setki konsumentów, a ich auta szczelnie wypełniały plac. Gdzieś za kwadratem choinek Sylwia wypatrzyła wolne miejsca. Jedno z nich sąsiadowało z okolicznym laskiem. Jeszcze raz się przesiadła. Marcin spieszył się i nie zamierzał tracić więcej czasu. Natychmiast przylgnął wargami do jej szyi, muskał delikatnymi pocałunkami, ale reakcji nie było.

    Pod przymkniętymi powiekami przewijała filmik z opuszczania domu, gdy szepcze teściowej, pochylonej nad grzybami do bigosu, że musi wyskoczyć po ostatnie prezenty, zanim Przemek wróci ze swoimi. Dzieci ubierały z dziadkiem choinkę zaaferowane tak mocno, że nie wymagały dodatkowych kłamstw. Filmik się urwał, bo wczuła się w pocałunki na szyi, a rozpięty stanik ułatwił swobodny, głęboki oddech. Dłoń Marcina masowała miło nagą pierś i kierowała sutek między gorące i wilgotne wargi. Jakoś boleśnie błysnął GPS obrączki na palcu Marcina i Sylwia przypomniała sobie chłodno, czemu tu jest. Sms-y z telefonu Przemka znowu stanęły jej przed oczami. Gdyby sam nie kazał jej szukać faktury w telefonie, nigdy nie dowiedziałaby się o G. Było kilkanaście wiadomości w ciągu miesiąca, wszystkie tęskne, jęczące o spotkanie i zawsze podpisane tak samo: G. Grażyna? Gabi? Gosia? Byle nie Grzegorz, tego by nie zniosła! Uśmiechnęła się błogo do swoich myśli, bo jednak starania Marcina robiły swoje i czuła jak wilgotnieje pod jego dłonią, pracującą teraz intensywnie przez grube rajstopy. Był niesamowity. Jednak bez większego trudu udało jej się wyłowić z sieci czatownika zaprawionego w boju. Trafiał centralnie i podniecenie rosło niezależnie od woli. Wiedziała, że za chwilę przyjdzie ten moment, kiedy straci ostatni wyrzut sumienia. Poczuła gotowość Marcina, gdy sięgnęła do jego rozporka i wówczas poraziło ją światło reflektora z boku. Zsunęła się po oparciu i wyrwała dłoń Marcina ze swojego krocza. Zerknęła przez szybę i zobaczyła tył dobrze znanego, granatowego forda z pluszowym pieskiem przy szybie.

    Wykrzyknęła tylko straszne słowo „mąż” i natychmiast zaczęła zapinać stanik, gdy osłupiony Marcin zastygł z karpikiem na ustach, oderwany niemal boleśnie od piersi. Sylwia spanikowała. Mąż za chwilę otworzy drzwi! Widocznie czekał przyczajony, aż zaczną figlować, by dopaść ją na gorącym uczynku. Jest bez szans na usprawiedliwienie, pozostanie najwyżej odwołać się do zemsty za sms-y, zgodnie z prawdą, ale co jej teraz po takiej prawdzie? Jednak wszystkie drzwi focusa pozostawały nadal zamknięte, mąż tylko światła wyłączył, ale silnik pracował. Skonsternowana kombinowała, jak przedostać się do kierownicy bez wychodzenia z kabiny. Marcin nie potrzebował instrukcji, leżał płasko na kanapie, byle nie rzucać się w oczy.

    Sylwia wciskała się pomiędzy oparcia przednich foteli, gdy od tyłu kabinę rozjaśniły światła nadjeżdżającego samochodu. Z prawej strony forda zaparkowała kia oklejona reklamą. Po chwili wyszła z niej brunetka z rozpuszczonymi włosami, z twarzą ukrytą pod kapturem i szybciutko wskoczyła na tył rodzinnego samochodu Sylwii. Oniemiała kobieta opadła ponownie na kanapę i odruchowo chwyciła Marcina za dłoń, kurczowo ściskając palce. Z jednej strony poczuła ogromną ulgę, ale z drugiej? Marcin zaczął histerycznie chichotać. Sylwia uciszyła go jednym strzałem z oczu szybko wypełniających się łzami. Nic nie powiedział. Spoważniał i przytulił kobietę mocno, a prawą dłonią głaskał jej włosy, policzek, całując przyjaźnie czoło i mokre powieki. Odepchnęła go po chwili i patrzyła uważnie na zawieszenie forda. Była pewna, że karoseria porusza się równomiernie, choć ledwie dostrzegalnie. Tego było za wiele! Zaczęła nerwowo wkładać kurtkę i już otwierała drzwi, gdy Marcin próbował powstrzymać jej rękę, ale wyrwała dłoń. Jednym skokiem znalazła się przy sąsiednim samochodzie i szarpnęła klamkę forda. Ciemne kobiece włosy wysypały się przez próg samochodu. Przerażona twarz Przemka zastygła niemo nad nagim brzuchem kobiety. Żona, wskazując na swoje auto i Marcina w otwartych drzwiach, zasyczała przez zaciśnięte zęby:

- Byłam pierwsza! Tam jest mój świąteczny prezent kochanie, specjalnie dla ciebie! Już skonsumowany. A ty?! Co możesz jeszcze zrobić? Jak już do końca wyliżesz swoją lukrowaną Mikołajkę, nie zapomnij gdzie mieszkasz! Miłego wieczoru, łosiu!

    Siła uderzenia drzwi zwróciła uwagę najdalej stojących małżeństw, które pakowały zakupy do zwyczajnych, pustych i wystudzonych aut, ale Sylwia już tego nie widziała, przekręcała klucz w stacyjce. Marcin w ostatniej chwili uprosił, by usiadła po stronie pasażera, wolał bezpiecznie wrócić do żony. W końcu niewiele czasu pozostało do najbardziej rodzinnych ze świąt.


czwartek, 20 listopada 2014

Łowcy miłosierdzia


Dziewczynka nie miała siły albo ochoty. Przysiadała na piętach, przeciągnęła pod nosem pręgowanym, przydługim rękawem sweterka nie pierwszej czystości i po chwili przyglądała się małym ciemnym dłoniom. Nic nie budziło niepokoju, więc patrzyła w korony nagich drzew, byle dalej odwieść myśl od konieczności zawodzenia. Rozejrzała się bystro dookoła i jakiś delikatny szelmowski błysk rozjaśnił jej śniadą twarz. Wyraźnie ucieszyła się, że nikt nie nadchodzi, więc nie ma potrzeby odstawiania dramatu dziecka na skraju wyczerpania. Zmęczona brzmieniem frazy ze zdartej płyty: „daj pani złoty, daj dobra pani, daj na jedzenie, Bóg zapłać” albo zwyczajnie dziecięco znudzona, przez dłuższą chwilę nie wyłudzała grosza na lepsze samopoczucie tych, co na chodniku posadzili ją za karę, że nie urodziła się biała. Bardziej rozczochrana niż uczesana, niespokojnie poruszała resztką warkoczyka, odwracając głowę w lewo i w prawo. Co chwila odgarniała czerń nieposłusznych włosów, opadających wzdłuż policzków, aż w końcu znieruchomiała.

    Zebrała siły, żeby i tej kobiecie nie odpuścić, nawet wciągnęła głęboko powietrze, ale oddech został wewnątrz. Babina szła zbyt wolno, poprawiała okulary z grubymi szkłami, lekko chwiała się na boki i ciągnęła za sobą kraciastą torbę na kółkach, jeszcze pustą, którą na rynku wypełni do granic wytrzymałości zieleniną, mięsem drobiowym, ziemniakami i jajami prosto od chłopa. Najdalej za czterdzieści minut, popiskując kółkami, przeciągnie ją na powrót obok romskiej dziewczynki. Mała już wie, że z lepszym skutkiem wyciągnie dłoń dopiero później. Ludzie są bardziej hojni, gdy zrealizują tygodniowe zapotrzebowanie na świeże i wiejskie. Wówczas widok dzieci boleśniej wchodzi drzazgą w dobre samopoczucie. Ale kobieta z pustą torbą sama zatrzymała się nad małą, spojrzała z bliska i odezwała się, mimo że dziewczynka o nic nie prosiła:

– A ty umiesz przeżegnać się, dziecko? Umiesz ojczenasz zmówić? Widzisz? Ty nic nie umiesz, to jak ty chcesz miłosierdzia ludzkiego prosić? My tu naród katolicki jesteśmy, wiesz? Ty nawet nie wiesz, co ja do ciebie mówię! Ale ja tobie dam złotówkę, nawet dwa złote tobie dam jak zobaczę, że ty tam do Biedronki pójdziesz i naprawdę bułkę sobie kupisz albo pączka, jak ty taka głodna jesteś. Zaraz będę wracać, to zobaczę czy ty jesz.

– Gówno ona tam pójdzie, pani! – Odezwał się gość w kraciastej bluzie z polaru i w szarej czapce z daszkiem, którą zdobił napis „Love power”. Zwycięsko rozkraczony na ławce zaciągał się akurat papierosem. – Na drugie strone ona pójdzie, pani, a tam siedzi taka stara, czarna jak salceson, grubościo też taka będzie, matka może, nie wiem. Kudły ściągnięte na gumkie od weka, a morda rozlana jak zatoka, bo wypasiona na tych dzieciakach. Zagarnie małej cołaskie jak pani dała i jeszcze w morde trzaśnie, żeby ryczała. Jak się mała usmarka, to większy zarobek będzie, nie wiesz pani? Tfu z tym tałatajstwem, że to wpuszczajo nam do kraju? Toć une pani ani pesela nie majo, ani paszportu, a jak te szczury mnożo sie po kanałach! Dzieci narobio, żeby na ulicy zarabiać, zasiłki wyciągać, a jaki pożytek z tego? Sraki i na raki, tfu z takim porządkiem!

           Ale kobieta z wózkiem nie miała potrzeby dyskutować, grzecznie wysłuchała z rozchylonymi wargami i z okularami zsuniętymi na koniec nosa. Ledwie mężczyzna wstał z ławki już oddalała się w stronę targowiska, machała przy tym lekceważąco ręką, jakby odganiała niewidzialną choć upierdliwą muchę. Niewykluczone, że chciała odrzucić tym gestem akt miłosierdzia, który okazał się piętnem naiwności i coraz szybciej przeobrażał się w powód do wstydu.

    Mężczyzna z ławki najwyraźniej wiedział o czym mówi, bo dziewczynka wstała z klęczek i oglądając monetę na przemian z obu stron, przeszła przez ulicę i ruszyła pod najbliższy sklep, gdzie podała ją rzeczywiście wielkiej babie i tak czarnej jak salceson.

    Po tamtej stronie ulicy obserwację Romów przejął inwalida. Mężczyzna około pięćdziesięcioletni, często siedział na stopniu tamtejszego warzywniaka. Teraz także czujnie pilnował kartonika u nogi, z wpiętym weń obrazkiem Jezusa Miłosiernego z promieniami płynącymi wprost z serca. Na odgiętym fragmencie kartonu widniał napis świeżo odnowiony czarnym flamastrem: „Nie jestem oszustem, uczciwie przepracowałem 32 lata. Dziś nie mam środków do życia. Jestem rencistą. Proszę na czynsz i leki. Bóg zapłać”.

    W sobotni poranek nikt nie miał czasu na czytanie próśb, a tym bardziej na czekanie, aż Bóg za coś zapłaci, więc kartonik świecił pustkami. Mężczyzna szeptał pod nosem coś, co wyglądało na pogróżki, bo nie spuszczał z oczu romskiej konkurencji, która jakiś czas temu wyszła z drugiej strony sklepu. Była to młoda matka z dwójką małych dzieci, z których jedno było blondynkiem z loczkami, tylko brudna odzież i wykrzywione buciki, niestosowne do pory roku, sugerowały jego przynależność etniczną. Około pięcioletnia dziewczynka natychmiast zaczęła biegać wzdłuż chodnika, już zaczepiała ludzi z wyciągniętą rączką, ale blondynek został przy kobiecie. Trzymał się jej spódnicy z miną bliską płaczu i wyraźnie kaprysił. To wystarczyło renciście, widocznie nie miał cierpliwości do dzieci. Gdy już opędziła się od malca i wygodnie rozsiadła się na chodniku, mężczyzna podszedł. Wyrwał ze złością obrazek Jezusa z kartonu, podsunął jej pod nos i zaczął krzyczeć:

- To jest nasz kraj, nasza bieda i nasze miłosierdzie, rozumiesz brudna wywłoko?! My tu ciężko pracujemy, żeby na koniec zdychać z głodu! Żeby nas choroba zjadła, a nie hołota cygańska zalała! Do siebie wypierdalaj żebrać! Niech tam ci dupę skopią lepsi od ciebie! Pracą się zajmij, dzieci wychowaj na ludzi, zobacz ile kosztuje krzyż pański bez twojego złodziejstwa i smrodu!

    Kobieta nie odezwała się, patrzyła tylko zaciekawiona, bez większego zdumienia. Prawdopodobnie nie miała pojęcia o co napastnikowi chodzi albo zbyt często takich spotykała. Na blondynka tyrada zadziałała, rozpłakał się na dobre. To pozwoliło renciście na przejście do mowy ciała, zrozumiałej niezależnie od różnic kulturowych. Z wielkim wymachem wykopał na aut jej brudny styropianowy kubek, z którego posypały się dwudziestogroszówki. Wzmocnił gest słownym suplementem zachęty do opuszczenia ojczyzny i to dopiero uruchomiło głośny romski jazgot na tyle, że ludzie spieszący na targ zostali na moment wytrąceni z układania listy zakupów, naprędce sporządzanej w setkach egzemplarzy.

    Ale rencista był już coraz dalej. Wściekłość niosła go energicznie w przeciwnym do rynku kierunku, ku nowym archipelagom miłosierdzia, z nadzieją, że znajdzie zdrowy stopień, zdrowych schodów, gdzie Polska jest Polską, a Polak Polakiem.
Print Friendly and PDF