Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wiara i religia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wiara i religia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 4 maja 2026

Pasterze rozproszenia

Seriale w streamingu męczą mnie chyba bardziej niż telewizyjne reklamy. Równie mało mam do nich cierpliwości, choć rozumiem strategię. Jak najdłużej zatrzymać uwagę odbiorcy, zanim odda się bez granic innym mediom i jednocześnie tak towarzyszyć widzowi, by nie przeszkadzać podczas innych czynności dnia. Narracja, która w starym kinowym formacie zmieściłaby się w dziewięćdziesiąt minut, tutaj musi trwać co najmniej kilka odcinków. Kolejne epizody niewiele wnoszą, nie posuwają akcji, ale wielokrotnie powtarzane wątki, tematy i dialogi wokół tych samych spraw, dają poczucie bycia w ciągu i na bieżąco. Wszystko w trosce o obecność oglądającego podczas tłuczenia kartofla i żony czy stosowania wychowawczego lania dzieciaka zakłócającego odbiór durnym pytaniem o kieszonkowe. Serial nie może odrywać od polewania rosołu staremu i drinka teściowej, lokowania fryzury (nie produktu), depilacji miejsc mniej lub bardziej intymnych oraz tradycyjnego golenia. W efekcie ekranowa papka się klei,  a odbiorca traci łącze z rzeczywistością, byle nie z ekranem. Tymczasem subskrypcja kręci kasę niczym odpustowa karuzela i wszyscy zadowoleni.
Jako istota społecznie włączona w życie rodzinne, chcąc nie chcąc, zahaczam o scenę kolejnego serialu, który aktualnie porywa małżonkę. Tym razem, gdzieś pomiędzy klejeniem klopsika a rzutem pora do zupy, dostrzegłem Jezusa przed świątynią jerozolimską. Zbliżył się właśnie do zagrody z patyków, z owcami wewnątrz. Nietrudno było zgadnąć, że to kawałek serialu The Chosen. Po słowach Zbawiciela o dobrym pasterzu, który "wyprowadza swoje owce i idzie przed nimi, a one podążają za nim, bo znają jego głos", rodzi się napięcie. Na scenę wchodzą faryzeusze, zaniepokojeni przypowieścią nieznajomego, który oświadcza, że wszyscy, którzy przed nim przyszli, to złodzieje i bandyci i owce ich nie posłuchały. Po chwili zagrożeni kapłani, dobrze umocnieni na swoich pozycjach tradycją, łapią się argumentu kamieni i mamy początek jednej z pierwszych rozpraw z Odkupicielem. 
Póki co w domu nadeszła pora rozkładania talerzy i sztućców, toteż ruszyłem do pokoju, poza zasięg serialu. W głowie pozostała myśl o tych "złodziejach i bandytach", z których dziś większość nawet nie schyla się po kamienie. Oni nawet nie rozpraszają owiec, które i tak nie rozpoznają głosu pasterza. A kiedy owce głuche, a może i ślepawe, wygodniej dokonuje się rozboju i kradzieży w imię tegoż Jezusa, w dodatku nazywając siebie Jego arcypasterzami. 
Żyjemy w czasie, w którym owieczki totalnie się pogubiły w polifonii głosów poza wszelkim kościołem i w zasadzie całkiem zbaraniały. Baców dziś większe stado niż owiec. Na każdym wirtualnym rogu trąbią z internetowej mównicy, co ślina jadem strzyknie. Nadszedł czas pasterzy lepszego stylu życia, osiągania szczęścia drogą na skróty, doskonałego tatuażu na kolanie, cud diety, diety najzdrowszej i wyjątkowej ze skutkiem znakomitego odchudzenia, głównie rozumu. Nie brakuje juhasów od dolegliwości wątroby i plamy na czole. Przekrzykują się pasterze polityki spiskowej i rasowej oraz najzwyklejsi pastuchowie wszelkiej trzody: płaskoziemnej, antyszczepionkowej, feministycznej, mizoginistycznej, LGBT, miejskiej, wiejskiej i nijakiej. W każdej dziedzinie, jakiej tylko tknąć, samozwańczy czikosz staje w szranki ze sztuczną inteligencją. A każdy z nich – wiadomo – najmądrzejszy we wsi. 
I tylko jedno powstaje pytanie: dlaczego żaden z sieciowych pasterzy mądrości wątpliwej nie zaproponuje zbawienia wiecznego? Odpowiedź znalazłem po obiedzie. W ramach deseru wolnego od cukru oddałem się lekturze zaległego numeru “Tygodnika Powszechnego”. Znalazłem tu rozmowę z Ianem McGilchristem, psychiatrą, neuropsychologiem i filozofem, a w niej ciekawy fragment: bardzo silne jest dziś przekonanie, że rzeczywistość składa się wyłącznie z materii. A materią się manipuluje, rzeczy się używa. W świecie rzeczy najwyższą wartością stają się władza i kontrola. To niezwykle dekadenckie i w gruncie rzeczy – smutne. W innych kulturach i czasach ludzie rozumieli wagę wartości dobra, piękna i prawdy. Dziś coraz bardziej się od tego oddalamy
Tak, w świecie materii, rzeczy, zbawienie duszy staje się nierzeczywiste, podobnie jak postać Dobrego Pasterza zdaje się nie wykraczać poza kreację aktorską z serialu. Gdyby nie było Boga należałoby go wymyślić, mawiał Wolter. Minęły wieki i dziś można by powiedzieć: "Nawet jeśli Bóg jest, należy go strącić w wymyślone". Być może dlatego z taką łatwością Jezus, w świadomości masowej, staje się mityczną postacią herosa, lewaka, rewolucjonisty, bohatera memów, wypychanego poza namacalną rzeczywistość, bez większego żalu. Obraz rodem z naiwnej opowieści o nieśmiertelności dusz i szczęściu wiecznym nie pasuje do świata rzeczy, więc dziś i kamienie faryzeuszy na nic. Bajka wzięta z marzeń o zbawieniu, wiekuistej radości, wolnej od niespełnienia oraz bólu odchodzi w cień naszego czasu i naszej mentalności. Tylko nienasycenie i nieustające poczucie braku, tak charakterystyczne dla ludzkiego pędu od celu do celu, trwają w najlepsze i zdają się być jedynym drogowskazem, zanim przyjdzie kres. Dziś odkupienie nie ma zakorzenienia w prawdzie, bo podlega negacji w życiowych postawach rzeszy wierzących i kościelnych hierarchów. W rozdźwięku między głoszonym słowem a bytem ociekającym dostatkiem, otoczonym złotem, purpurą, pałacem i blichtrem, jakby po drugiej stronie ikonografii i obrzędu nie było już nic.

sobota, 1 czerwca 2024

Pozostawiony pasterz

Bywam tu średnio raz w roku. Nie umiem jednoznacznie powiedzieć, co lubię najbardziej podczas tych wizyt. Miesza się tu wszystko: wiara i podejrzliwość, pokora i nieufność, pycha i zapach kadzidła unoszącego się ze zbiorową modlitwą. I to poczucie fasady, za którą ma się dobrze pobożność ludyczna, oparta na recytacji, śpiewach, litaniach i nabożeństwach, za którymi codzienne życie zwykle nie nadąża. Nigdy nie nadążało. Dwadzieścia, pięćdziesiąt i sto lat temu paliło Panu świece i diabłu ogarek, taki to porządek - ludzki, ze znacznym dodatkiem miłosierdzia Bożego. Może nawet chciałoby lepiej, pobożniej odnaleźć się w swoim jestestwie, ale tuż po rozgrzeszeniu wydobywa przyjemne słabości, przyzwyczajenia i nie lubi myśleć o potrzebie pracy nad sobą. A może nie potrafi? Jest tu jakaś przaśność połączona z metafizyką, równowaga między znojną pracą i pragnieniem raju. Podłość i świętość w rytmie egzystencji przetaczanej przez większość gminnych wspólnot i wiejskich kościółków tego kraju. A w przestrzeni nawy unosi się magiczne połączenie dymu z trybularza, tanich wód toaletowych i mopa, szorującego regularnie drewno leciwych podłóg. 
    I tym razem refleksja niespiesznie podążała za wzrokiem, sunącym po świeżych bukietach okalających ołtarz, a ciszę oczekiwania rozrywało głośne pukanie w ściankę konfesjonału, umieszczonego gdzieś pod chórem. W końcu ustało i zwalista postać proboszcza w białej albie przesuwała się pod ścianą w stronę ołtarza. Po drodze zaczepił poczciwego chłopa, siedzącego na brzegu ławki. Ten zerwał się niemal na baczność i chwilę wsłuchiwał w głos kapłana. Kiedy ksiądz wkroczył do prezbiterium, zobaczyłem słuchawkę przytwierdzoną do jego ucha i mikrofon na delikatnym pałąku. Za sznurem podtrzymującym albę tkwił ciemny mikroport. Diabeł ironii szepnął mi do ucha: “wieś, ale XXI wiek i stary spowiada wirtualnie. Czasem pierdyknie kułakiem w ściankę konfesjonału, dla podtrzymania tradycji i nadania mocy pokucie”. Uśmiechnąłem się do szatańskiego podszeptu nic sobie z niego nie robiąc. Tymczasem kapłan wyszedł już w ornacie za ołtarz i a cappella zaintonował pieśń. Brak organisty, milczący instrument ponad nami i zawodzenie wiernych nie tłumaczyło jeszcze w pełni elektroniki, którą obwiesił się celebrant. 

Rozjaśnienie przyszło dopiero po mszy. Gdy proboszcz wystawił monstrancję z Najświętszym Sakramentem, zszedł do wiernych, ukląkł w pierwszej ławce między nimi i do gadżetów dołączył skrzynkę, umożliwiającą zmianę tekstu na rozświetlonym ekranie obok prezbiterium. Stało się jasne. Musiał mieć wolne ręce, żeby w pełni oddać się nabożeństwu i dyscyplinować parafian do pełnego uczestnictwa. Zrobił wszystko samodzielnie, skutecznie, żeby jednym głosem wznieść modlitwę ponad niedogodnością i wszelkimi podziałami. 

Nie wiem, jakim człowiekiem jest ten ksiądz. Może świętym, a może podłym? Ocenę zostawię Bogu. Może swoją postawą zasłużył na nieobecność choćby małego ministranta, lektora, seniora wspierającego zbiórką tacy, a ostatni organista zwiał z niesmakiem do większej parafii, bo znowu nie dostał pensji? A może zbiera owoce niegodziwości innych duchownych. Albo zwyczajnie owieczki opuściły pasterza pod presją laicyzacji, która wielką falą zalała kraj, w czym pomogły zmiecione pod dywan pedofilskie afery, pazerność purpuratów i buta arcypasterzy, którzy równie dobrze mają się w samouwielbieniu i pysze, jak w odklejeniu od rzeczywistości. Ale skoro od tylu lat jest tu proboszczem i parafianie go nie zlinczowali, nie sądzę, żeby miał zbyt wiele na sumieniu. Robi co do niego należy, radzi sobie jak umie, nie ustaje w służbie i gorliwości wobec tego, który rzekł mu kiedyś swoje “pójdź za mną”. 

Patrzyłem na jego spraną i pożółkłą albę wiejskiego proboszcza i przypomniał mi się reportaż o uposażeniu biskupów seniorów odsuniętych od stołeczka. Czytałem go kilka tygodni temu, a dziś powrócił echem: Emeryci mają normalną pensję z kurii, co najmniej 10-15 tys. zł na rękę. Dostają takie pieniądze, jak ich ostatnia pensja biskupa czynnego plus waloryzacja. Do tego dochodzi emerytura z ZUS, około 10 tys. na rękę. Łącznie co najmniej 20 tys. Plus to, co kuria daje im na służącą, jedzenie, utrzymanie ogrodu, ogrzewanie, leki, rehabilitację. Powiedzmy to sobie wprost: Nawet były prezydent nie ma takich warunków na emeryturze jak biskupi emeryci!”.

Jak to się ma do księdza z mikroportem u sznura? On też ma w obowiązku utrzymać kurię, gdy ta wyciąga rękę po ofiarę i nie pyta skąd. Także tu, gdzie dziś zebrał ją pan klepnięty w ramię przez swojego proboszcza. Pokornie poszedł po koszyczek do zakrystii i nawet nie wdziewając spranej komży przeszedł wśród nielicznie wyciągniętych dłoni. Na ilu wiejskich rubieżach katolicyzmu żerują dziś polskie kurie? Nadziewają swoich wikarych i ich szefów na rożen łaski zgorszonych wiernych, którzy z dnia na dzień coraz mniej będą kwapić się do wypełnienia tacy, gdy coraz silniej narasta społeczne ciśnienie na zasznurowanie duchownych w jednym worku z napisem “pedofil”. Nie ma tak silnych mediów, które odsłonią światu powołanie, dobro, oddanie 
Ewangelii do końca, realizowane wbrew spadającej liczbie wyświęcanych księży, wbrew modzie na osądzanie, poniżanie i potępianie, którą podsycają swoim postępkiem także czarni, ale z charakteru. A powołani nie stają na świeczniku, oni rzeźbią codzienność w ciszy, posłuszni nakazom Jezusa i często ich ręka lewa nie wie, co czyni prawa. Nie bywają na konferencjach episkopatu, nie ośmieszają odklejeniem albo przepychem rezydencji tego, który ich posyła w jednym płaszczu każdego dnia, wbrew odstręczającej rzeczywistości. I tym naprawdę nie zazdroszczę. 

    Snuje mi się ta myśl na klęczkach, i nikogo nie gloryfikuje, nikogo nie potępia. Niesie zadziwienie przyprawione niesmakiem, podziw ze wstrętem, lęk z przeczuciem końca ładu. To tylko kilka myśli z wiejskiego kościółka, może nawet jakoś zapomnianego przez Boga i kraj, bo nie ma po co o nim pamiętać. Trwa w swoim niezmiennie i daje namiastkę pewności, także niespokojnej głowie i pogubionemu sercu.

poniedziałek, 11 stycznia 2021

Sakralne strefy komfortu

❖Kliknij, żeby posłuchać tekstu w interpretacji autora❖

Piszę ten tekst ryzykując machnięcie ręki czytelnika. Niby to musztarda po obiedzie, ale jej smak trochę ponadczasowy, dlatego cierpliwym obiecuję, że będzie aktualnie i na czasie. Zresztą, trudno byłoby wcześniej nawiązywać do Objawienia Pańskiego, potocznie funkcjonującego w świadomości jako Święto Trzech Króli, bo to raptem jeden dzień wolnego, w środku tygodnia, niedostrzegalny w galopie codzienności. Sprowadzony do migawek w telewizorze ukazującym orszaki przebierańców, snujące się po rynkach miast i wokół szopek. Niewiele tu pola do intelektualnej szermierki, jak i do komercjalizacji na miarę Bożego Narodzenia.

Nie jestem teologiem i nie mam ambicji kaznodziejskich, ale jako człowiek wierzący lubię stawiać sobie pytania, które trwają dłużej niż samo święto i to szczególnie tam, gdzie treść podgryza rutyna. Tym razem ukłuł mnie w ucho niewielki fragment Ewangelii św. Łukasza: … król Herod, przeraził się, a z nim cała Jerozolima. Zebrał więc wszystkich arcykapłanów i uczonych ludu i wypytywał ich, gdzie ma się narodzić Mesjasz. Ci mu odpowiedzieli: «W Betlejem judzkim, bo tak zostało napisane przez Proroka: A ty, Betlejem, ziemio Judy, nie jesteś zgoła najlichsze spośród głównych miast Judy, albowiem z ciebie wyjdzie władca, który będzie pasterzem ludu mego, Izraela».

Zastanowił mnie fakt, że Żydzi nie uznali narodzin Jezusa, jako czasu przyjścia Mesjasza, choć nie mieli wątpliwości co do miejsca. Zawezwani przez Heroda, za przyczyną mędrców ze Wschodu, odpowiedzieli bez najmniejszego wahania, jasno i zgodnie, że ma to być w Betlejem Judzkim, bo tak mówi prorok. A jednak nie rwali się do wyjścia na Jego powitanie. Kacper, Melchior i Baltazar przemierzyli kawał świata, przekonani, że trzeba i warto, że dzieje się coś zapowiadającego dziejowe zmiany, tymczasem miejscowi mieli może dziesięć kilometrów, ale pozostali, tyleż świadomi, co głusi i uśpieni. Dlaczego? Stawiam, że łatwiej było nie ryzykować pozycji społecznej, przewrotu, rewolucji, zagrożenia własnej kasty, majętności, władzy, status quo. Po co ponosić konsekwencje tego, co dziś trener personalny nazwie „opuszczaniem strefy komfortu”? Dobrze się mieli, więc do dziś czekają na Mesjasza, w całkiem zresztą niezłym samopoczuciu. 

Ciśnie się tu współczesna analogia. Czy nie podobnie rzecz się ma z naszym rodzimym episkopatem? Zapewne nie należy uogólniać, ale większość jego przedstawicieli, to zramolałe, choć ciągle pazerne dziadziuszki, które wolą nie wychylać się nadto. Lepiej trzymać wróbla w garści, bo to i uznane, zaklepane i zaplute niż ryzykować kanarka z dachu i otwarcie na nowe. Łatwiej sterować resztką wiernych, niezdolnych do wyzwolenia z rytuału, korzystać z braku wykształcenia owieczek, czy ich niezdolności do samodzielnej refleksji, wyrastającej ponad codzienny paciorek i figurki żłóbka. Przyjemniej razić oczy złoceniami Lichenia, odgrywać teatrzyk w kościółku, przyklasnąć orszakom króli na ulicy. Dopóki jarmarczna wiara zapewnia stałość, choćby sprowadzoną do spektaklu podniosłych nabożeństw, gestów, obrazków uniesienia, trwa możliwość manipulacji. Sprawdzone zapewnia pozycję, władzę i luksus do końca dni. Groteskowa wyniosłość zakwestionowała Ewangelię dawno temu, więc i ze swojej posługi wywabili prawdę o miłości z nauczania Jezusa, bo niewygodna i wymagająca ubóstwa ducha, rozdania majętności, pochylenia nad słabym, a władzę nazywa służbą, gdzie ostatni są pierwszymi. 

Trudno byłoby pójść za Nim po wiekach gromadzenia dóbr, to wymaga zmiany nie tylko myślenia. Moc Tego, którego wyznają gębą i literą, zdjęłaby ich z piedestału. Wygodniej bruździć ludziom w zacietrzewionych, bo ubogich główkach i szczuć przeciw bliźniemu w oparach szału wobec LGBT, zamiatać pod dywany pedofilię, zarządzać macicami Polek, mnożyć koszmarki pomników Jana Pawła II, byle nie tracić pozycji, byle choć raz naprawdę nie ruszyć z mędrcami do Betlejem. Przecież nie potrzebują być mądrzejsi, bogatsi duchem i kroczyć z darami w hołdzie Bogu samemu ku jego stajence. Wolą dwór toruńskiego Heroda, bo przy nim jest trzos chciwości. Czynem i przykładem przewyższają cynizm starotestamentowych żydowskich uczonych w piśmie, saduceuszów i faryzeuszów, bo choć uznali Jezusa za Mesjasza, to na swój wygodny sposób, jako metodę na dostatnie życie i użycie. Wolą pławić się w dymie ludzkiego uwielbienia i posłuchu niż nieść kadzidło w darze. Tymczasem świat im się wymknął i teraz gotowi krzyżować inaczej myślących, byle stołka spod tyłka nikt nie wyrwał, jakby tu czekała ich wieczna nagroda. Ale wyrwie go czas i kostucha, więc pojadą ku niej na złotym cielcu pychy, jakby sami nie wierzyli w sąd i zmartwychwstanie.

To spóźnione rozważanie podsuwa także myśl o apostazji. Łatwo być antyklerykałem, gdy statek Kościoła tonie jak rozszczelniona łódź. Tak łatwo, że już trudno zauważyć księży, zakonników, zakonnice, wiernych nauce Chrystusa, oddanych bliźniemu i powołaniu. Coś nam przekreśla dzieła pomocy, hospicja, domy dziecka, ośrodki niewidomych, domy samotnej matki, inne inicjatywy prowadzone przez ludzi Kościoła codziennego, dalekiego od hierarchów i szumu mediów, ale on jest i nadal nie przeczy Ewangelii. Kto z nas jest na tyle bez winy, żeby cisnąć weń kamień?

Fakt, mamy doskonały pretekst, żeby całe zło zwalić na biskupów, proboszczów, wikarych wygadujących sakramenckie głupoty w mediach społecznościowych, jakby sobie na złość. Ale jest w tym także łatwe rozgrzeszenie nas samych, bo nie chcemy od siebie wymagać więcej niż od nich i raczej nie wymagaliśmy. Nam także trudniej pójść do szopy z pasterzami opuszczającymi stada, bo trudno zostawić własną strefę komfortu. Łatwiej oczekiwać pełnej świętości od kleru, jakby jej gwarancją był a priori stan duchowny i miał uwalniać od ludzkiej skłonności do upadku i grzechu. Jakby powołanie dotyczyć miało li tylko doskonałych.
 
Czasem mam wrażenie, że wierni świeccy tylko czekają na takie „jawne zło duchownych”, żeby usprawiedliwić swoje odejście, ucieczkę szczura z tonącego okrętu. Odrzucić z łatwością swoją bylejakość, choćby w byciu ojcem, głową rodziny, mężem, matką, żoną, ofiarnym i uczciwym pracownikiem, sprawiedliwym pracodawcą, zaangażowanym nauczycielem, powołanym lekarzem, rzetelnym policjantem, kierowcą myślącym o innych na drodze, politykiem pozbawionym jadu nienawiści i wolnym od interesowności, samorządowcem służącym uczciwie społeczności. I może warto zadać sobie pytanie: co mogę zrobić w swojej zwykłej codzienności, by przywrócić ten Kościół Chrystusowej Ewangelii? Zamiast spieprzać, może jednak powalczyć o więcej spokoju i dobra w miejscach naszego codziennego działania, pośród zwykłych obowiązków i wśród tych samych ludzi, którym na naszych oczach przyrasta lęku, nieufności, często nienawiści i frustracji? Czego sobie i wszystkim czytelnikom życzę na ten rozpoczęty rok. Byśmy raczej kochali niż szukali miłości, dawali dobro, niż go wypatrywali, widzieli innych, zanim upomnimy się o swoje.

wtorek, 27 sierpnia 2019

Kościół normalsów

❖Kliknij, żeby posłuchać tekstu w interpretacji autora❖

Ten stan pojawia się co tydzień, każdej niedzieli. Przeczucie typowe, a za każdym razem zadziwia. Wdycham mistyczne zapachy zwietrzałego kadzidła, drewna i gipsu, gdy cisza prawie namacalnie sączy Jego obecność z blasku czerwonej lampki przed tabernakulum. Jest wyczuwalna w przestrzeni przesiąkniętej modlitwą i wypełnia od środka spokojem. Ma moc przemiany upływającego czasu w ciągłe teraz, w którym nie ma społecznego napięcia, jest oczekiwanie. 

     W milczeniu znika wrzawa podziałów, nienawiści, złości i bezsilności i uśmiecham się do innej myśli. Dziś nie ma komu i gdzie mówić o Kościele mistycznym, jakby w nim Boga nie było, pozostał jedynie front zmagań o instytucję przez ludzi i dla ludzi stworzoną.  

  Podobnie nie sposób mówić wyłącznie za siebie. Jeśli tylko wypowiadasz słowo Kościół, natychmiast rozszarpią cię kruki i wrony. Musisz stanąć po jednej ze stron. A jeśli nie masz takiej potrzeby lub ochoty? Jedni wbiją cię w szufladę zdrajcy polskości, leminga w najlepszym razie, a drudzy wyzwą od nacjonalistów, ciemnogrodu albo tępaków. Dziwić się będą, że człowiek myślący i wykształcony może do takiego Kościoła należeć. Bo jak wiadomo Jezus Chrystus wszem i wobec ogłaszał listę osób, dla których nie przyniósł zbawienia i podkreślał czerwoną kredką fałszywych proroków, kaznodziejów ubogich rozumkiem, pedofili i osoby homoseksualne, na równi zresztą z celnikami i kobietami lżejszego prowadzenia, a zawsze ku radości faryzeuszów maści wszelkiej. Wybij więc sobie z głowy, że Zbawiciel pojawi się tam, gdzie dwóch lub trzech gromadzi się w imię Jego. Dziś musisz dać się zawłaszczyć jakiemuś stadu i wzmocnić je swoją osobą albo człowieczeństwo odbiorą i wykluczą spośród żywych. Dokładnie tak, jak pisał niedawno Dariusz Rosiak: wojna kulturowa to świat podobny do starcia Pepsi z Colą – marketingowcy przekonują cię, że wybierając jedną z nich, kreujesz swoją tożsamość. Podobnie, przyłączając się do jednego z obozów wojny kulturowej, dostajesz gwarancję, że stajesz po właściwej stronie. Warunkiem jest wyłączenie myślenia i zaprzedanie politykom jeśli nie duszy, to na pewno rozumu. Nie będzie ci potrzebny. („Tygodnik Powszechny”33/2019).

  A ja, nieuleczalny wiejski głupek, idę do swojej świątyni i medialny Kościół łagiewnicki jak i toruński za cholerę nie mogą we mnie zaistnieć. Klękam i znika fundamentalizm „Naszego dziennika” na równi z otwartością miesięcznika „Więź” czy „Tygodnika Powszechnego”. Jestem mały, grzeszny ja i wielki On, w figurze rozpostartych ramion, ponad ołtarzem i pod dachem, w geście ogarniającego miłosierdzia, które nikogo nie pomija. Cierpliwie uczy kochać każdego, większego i mniejszego ode mnie i jakoś od pół wieku wszystkie ideologie, od czarnej przez czerwoną po tęczową, budzą jednaką niechęć i każą trzymać się z daleka. Nie mam złudzeń: dzięki nim mniejszość próbuje tumanić większość, a historia uczy, że nikomu na dobre to nie wyjdzie. 

O ile piękniejszy i bliższy niebu staje się Kościół w milczeniu, gdy pojedynczy ludzie bez łatek, politycznych nalepek, bez zacietrzewienia i lęku przed obcym, klęczą tu i tam, ukazując jedynie bezideowe plecy zanurzonych w modlitwie. A przecież znaczna część wiernych, zapełniających setki kościołów kraju, słucha różnych pasterzy i antypasterzy, całkiem jakby słuchali Bułgarów i Greków. Bez przesadnego zrozumienia, często uciekając myślą do lodówki i kuchni, bo obiad trzeba ugotować po powrocie. Jedni mają szczęście do świętych kapłanów, oddanych Chrystusowi, inni nieszczęście słuchania ograniczonych umysłowo, nadętych i różniących, budzących niechęć do innego. Ale też cwaniaków w sutannach, troszczących się jedynie o siebie i swój status materialny albo arcypasterski, w żywe oczy kpiących z przesłania Ewangelii. I nie każdy wierny może odejść do innej parafii. Nie oszukujmy się, nie wszyscy żyją w wielkich miastach i uciekną do dominikanów. Wielu wierzących nie jest też w stanie odróżnić zbawczego dzieła od domykania oblężonej twierdzy, od podkręcania obłędu, którym wyrachowana część kleru steruje, szerząc postawy coraz dalsze od nauki Zbawiciela.

     Czy należy od ręki przekreślać słuchających arcybiskupa Wojdy, Jędraszewskiego, Głódzia, albo manipulatorów i biznesmenów pokroju Rydzyka? Podejrzewać o brak rozumu i przyzwoitości? Czy raczej jedynie o ograniczenie intelektualne i wychowanie w złym klerykalizmie, o którym wspomina sam papież Franciszek? A może to tylko zwykła ignorancja? Czy nie tu pies pogrzebany? Większość to przecież katolicy ludyczni, odpustowi, rytualni, ale samotni i wyrzuceni na margines zmian. Z różańcem i książeczką w dłoni, są w pełni przekonani, że tak trzeba, tak ich wychowano i nauczono, bo tak robi dobry człowiek, choć żyje po swojemu. Dla nich nawet Matka Boska jest Polką, bo przecież Matka Boska Częstochowska, to jaka ma być? Jedni żyją przyzwoicie, inni z przyzwyczajenia. Jak w każdej grupie społecznej, w każdej sekcie, partii, stowarzyszeniu. I jak w każdej dziedzinie, tak i tu trzeba obawiać się aparatczyków, tak partii jak religii. 

  Nie podniecajmy się wizją upadku Kościoła normalsów. Jego istnienia nie zmiecie ani gender ani LGBT, ani medialni jego hierarchowie, choć dziś im akurat najbliżej do destrukcji i nikt równie skutecznie jak oni nie wyrywa młodych z objęć Jezusa. Ale też nie ma takiej opcji, że naraz wystąpią wszyscy i biskupi potwarcy zostaną sami, bez stołka i podległych duchownych, parafian, a instytucja upadnie. 

  Znakomita większość "wiernych" to ludzie, którzy przez całe życie trwali w świecie czarno-białym. Ktoś im mówił, gdzie jest zło, gdzie dobro, wyznaczał granice, a wielowiekowa tradycja stawiała biskupa na świeczniku i większość z nich na tym dziś żeruje. Stuleci tradycji nie da się zdmuchnąć w jednym dziesięcioleciu. No chyba, że przyjdzie koniec świata. A jeśli nie? Wierzę, że Kościół będzie się oczyszczać, ewoluować i szukać nowego kształtu. Jak wierzę, że musi podążać drogą niezgody i wcale niewykluczone, że dzisiejszy obraz Chrystus zapowiadał mówiąc: Czy myślicie, że przyszedłem dać ziemi pokój? Nie, powiadam wam, lecz rozłam. Odtąd bowiem pięcioro będzie rozdwojonych w jednym domu: troje stanie przeciw dwojgu, a dwoje przeciw trojgu; ojciec przeciw synowi, a syn przeciw ojcu; matka przeciw córce, a córka przeciw matce; teściowa przeciw synowej, a synowa przeciw teściowej. (Łk12, 51-53.). 

Gdy czytam te słowa jakoś nieuchronnie przystają mi do doniesień publicystów i socjologów mówiących o skłóceniu rodzin przy świątecznym stole, o wyrzucaniu z grona znajomych, tych, z którymi nam nie po drodze, o zaniku więzi i umiejętności dyskusji dla samej dyskusji. Z jednej strony podziały w rodzinach i domach, z drugiej płonące lasy Amazonii i pożary Syberii, z trzeciej tajfuny i ulewy… niewykluczone, że jednak bliżej nam Apokalipsy św. Jana niż do odnowionego Kościoła normalsów. Bo jednak tych, co po niedzielnej Eucharystii idą na spacer i kawę, a poniedziałek zaczynają od śniadania i zawiezienia dzieci do szkoły jest – mam wrażenie – ciągle znacznie więcej niż otępiałych fanów ideologii wszelkich, od świtu szukających tasaka oddzielającego polskość od tęczy.

wtorek, 25 grudnia 2018

Święta, święta

Święta… święta… święta… brzdęki kolęd, kolejki, prezenty-koszmarki,
z którymi nie wiadomo, co począć,
bo obdarować wypada, najmniej przejmując się obdarowanym. Uśmiechy cioć, babć, bratowej, szwagierek, wujków, siostrzenic, kuzynów, za które chciałoby się dać w mordę, bo nurzane w nieszczerości. Ale to nic, jutro zdejmie je obłuda, zawiść, złość, ale dziś radość ma być, wszak to czas pod presją rodzinnej atmosfery, wbudowanej w świętowanie, o czym przypomną wszystkie reklamy i seriale. 
    Z życzeń sms-owych, korporacyjnych, społecznościowych wyskakują misie
z paczuszkami, mikołajki z szaliczkami, gwiazdki uśmiechnięte, tu i tam czerwone czapeczki nad gębą tęskniącą do rozumu, reniferki z czerwonym noskiem, menażeria pogodnego kiczu i komercji, która gwałci oczy i uszy od połowy listopada, bo musi być miło, wówczas lepiej wydaje się kaskę.
 
  … czasem zastanawiam się, kiedy zostanie usunięte z nazwy tych świąt „Boże Narodzenie”… i tak dawno wypierane jak się da. Nie tylko w handlowej ikonografii, ale także z sieciowych życzeń, bo o czym tu mówić? To takie nie na czasie. Jakaś stajenka, siano, jakieś tam narodziny dzieciątka, dawne mity, średniowiecze normalnie i to nieszczęsne krwawe odkupienie świata wpisane w słodkie dzieciątko? … a fe! Ma być wesoło i rozrywkowo, a to takie niesmaczne i zupełnie nie pasuje do choineczki, światełek, Kevina w domu, Listów do M. , nie wolno psuć radości bałwanka i kolorowych krasnalków z pierniczka.

wtorek, 2 sierpnia 2016

Na gorąco, bez entuzjazmu

Odetchnąłem z ulgą. Już po… i wszystko wróci do normy. Pora zmienić azymut, odwrócić się od chrześcijańskiego podskakiwania w radości ku katolickiemu skakaniu do gardeł, opluwaniu i dzieleniu na patriotów i obywateli gorszego sortu. Wreszcie odleciał, dzieciaki wyjechały, przestanie się rozwadniać słusznie stężałe umysły. Za dzień, dwa kurz nowej walki pokryje pamięć Światowych Dni Młodzieży i zatrze w zbiorowym wspomnieniu obrazek Papieża jadącego przez Kraków tramwajem. Nim Jego samolot zniknął w powietrzu, wracamy na swoje miejsce. Z zaciśniętą w wargach złością, bezsilnością i pewnością swojej racji zakończymy festiwal młodości, entuzjazmu i ciekawości innego. Łapię ten polski kwaśny oddech z ulgą i jakby podwójnie. Z jednej strony minął czas udawania, że stać nas na więcej i nie czuję winy, że na starcie tego wydarzenia nie umiałem wzbudzić ani grama entuzjazmu i zainteresowania. Z drugiej: wolę jednak prawdę niezawoalowaną, nawet najsmutniejszą, ponurą, prawdę widoczną gołym okiem, pozbawioną złudzeń, że jako naród możemy być lepsi, bo chrześcijańscy.

    Oczywiście, że nie mam nic przeciwko roześmianych młodym ludziom z całego świata. Chciałbym bardzo, żeby zachwyt moim krajem trwał w nich jak najdłużej, żeby zabrali w sercach dobroć, serdeczność, otwartość tych, których tu bezpośrednio spotkali, którzy otworzyli przed nimi serca i domy. Aż takim mizantropem nie jestem. Czyli o co chodzi? Skąd smutek? Może gorzknieję widząc pod przykrywką kilku dni bulgot lawy, w której czai się Mrożkowy Edek, gotowy do skoku i mnożony, mutowany w milionach przeobrażeń? A może po prostu starzeję się i nadmiernie irytuje mnie pusty jazgot mediów rywalizujących o to, kto lepiej odda gest i słowo Franciszka, by za tydzień poddać to zapomnieniu i z tym samym entuzjazmem jątrzyć nastroje i mieszać narodową kadź pod naporem kolejnych newsów nienawiści.



Widać mam silną wadę genetyczną, alergię, która uruchamia wysypkę przygnębienia na widok tłumów. I nie ma większego znaczenia, czy to tłum pogrążony w złych emocjach, w proteście albo nienawiści, czy tłum w tańcu, radosny i świętości spragniony. Taka skaza, nie wierzę emocji zbiorowej. Nie dlatego, że kłamliwa, raczej dlatego, że tłum tak samo szybko zmienia błyskotki jak kierunek marszu i powód zachwytu. Bezrefleksyjnie i łatwo znajduje źródła nowych uniesień. Masa puszcza mnóstwo energii w skandowanie i zwykle nie wystarcza jej na wiarygodne indywidualne życie wyśpiewaną przed chwilą treścią, bo życie zostaje w domu, w pracy i w szkole. Tłum potrzebuje igrzysk, a nie pracy na sobą, bo nie ma osobowości. Zwłaszcza, że za rogiem zawsze znajdzie się nowa i powabna idea, która opęta rzeszę. Nie chcę nikogo oceniać, nie sposób z osobna wyliczać, na ile i kto potrafi żyć wartościami, które przeżywa w takie dni. Jak w każdej ogromnej zbiorowości, tak i tu pojawili się ludzie głęboko żyjący wiarą, idący obok odpustowych rytualistów, pobożnie rozmodlonych, ale niezdolnych do przełożenia wiary na codzienne uczynki, zarówno wobec sąsiada, pracodawcy, żony, teściowej, męża, psa i kota.

    Gdy w minionych dniach kołatał się we mnie ten dziwny smutek, gdy nie potrafiłem dociec, skąd dystans zaprawiony goryczą, odkryłem na FB słowa zaprzyjaźnionego poety, publicysty i niezłomnego animatora kultury – Radka Wiśniewskiego. W jego poście padły słowa, które jakoś rozjaśniły ów brak entuzjazmu i sprawiły, że nie czułem się sam w tej kałuży wątpliwości pośród oceanów radości ŚDM. Radek ukierunkował mi nieco wątpliwości pisząc:

    Pewnie w kontrze do klaskania, skakania, machania rękami, śpiewania „Barki”, której organicznie nie znoszę odkrywam z okazji Światowych Dni Młodzieży, że chyba staruch się ze mnie zrobił i jestem krańcowo mentalnie odległy od tej atmosfery. Wydaje mi się to wszystko szalenie zewnętrzne, odległe. Nie to, że moje lepsze, tamto gorsze. Po prostu nie umiem się tym ekscytować, przeżywać, zastanawiać jaki gest zrobi Papież, którego lubię, któremu życzę jak najlepiej i boję się, że narusza tyle strupieszałych struktur, że któraś z tych struktur go ukatrupi przed czasem.

Ukatrupi przed czasem! Może tu jest klucz do mojego dystansu. Dziś katrupi mentalnie: postawą, słowem, gestem, a może kiedyś także fizycznie i zupełnie mnie to nie zdziwi. Nie będę z pewnością odosobniony w stwierdzeniu, że od początku pontyfikatu Franciszek w swoim ubóstwie, skromności i wierności nauce Mistrza z Nazaretu jest z innej bajki. Nadmiernie gryzie w oczy wielu współbraci w kapłaństwie, otyłych fizycznie jak i umysłowo, siedzących zawsze wygodnie i centralnie przed głównym ołtarzem wielkich placów modlitwy, gdy lud stoi w tle. Jego postawa męczy zbyt wielu księży ograniczonych intelektualnie, biskupów leniwych duchem i skostniałych w pasterskich listach, których sztampy i patosu nikt nie słucha, odległych od zadeptanej rutyną Ewangelii. A teraz, w trakcie pielgrzymki do Polski, nietrudno było usłyszeć i przeczytać, że wiernością Chrystusowi drażni również szeregi twardogłowej prawicy, bo mówi o pokorze, łagodności, tolerancji i miłości. Słowem, gestem, czynem Franciszek głosi królestwo ubogich i naraża się tak samo mieszkańcom zakurzonych komnat wysokiej czarnej wieży, ciasno oblężonej obawą utraty rządu dusz, jak tym, co na bluzach noszą pozbawione logiki hasła w rodzaju: „cały nasz chuligański trud Tobie ukochana Ojczyzno”.

    I to jest pierwszy powód, dla którego nie umiałem zdobyć się na entuzjazm jako katolik, który coraz częściej ma kłopot z odnalezieniem się we własnym Kościele. Nie podzieliłem zachwytu, bo widać jak grzeszny, tak pamiętliwy jestem. Za bardzo pamiętam skutki ŚDM, w których przez przypadek uczestniczyłem w Częstochowie w 1991r., gdy wtedy akurat kończyła się moja pielgrzymka na Jasną Górę. Zbyt dobrze pamiętam uniesienia zbiorowe, ekstazy religijne i ewangelizacyjne po śmierci JPII. Cała Polska jednała się, kochała i obiecywała wiele swojemu Papieżowi, wierząc, że coś w nas zostanie z Jego nauki, skoro nawet kibole zwaśnionych drużyn szli ramię w ramię jak kraj długi i szeroki. A dziś doskonale widać, ile z tego narodowego zasłuchania zostało w rodakach stoczonych mentalnym Alzheimerem i dzielonych apelem smoleńskim w miejsce jednoczącego apelu jasnogórskiego. O ile łatwiej oddaje się miejsce przynależne krasnalom ogrodowym, by wznosić karykaturalne i kiczowate pomniczki Ojca Świętego, gdy niepomiernie trudniej wciela w życie słowa o tolerancji, miłości i wzajemnym noszeniu brzemion, wielokrotnie przez JPII powtarzane.

    Czy nie inaczej jest z zachwytem wobec słów i gestów Franciszka? Ile razy powtarzał, że najważniejsze jest bycie świadkiem, uczniem Chrystusa we własnej małości, powtarzalnej codzienności, pośród obowiązków, jakie każdemu z nas dano. Tu jest najtrudniej, bo najmniej medialnie, mniej malowniczo, spektakularnie, ale zawsze owocnie dla otoczenia. Jednak tam kończy się seans euforii, gdzie trzeba od nowa wstać i popracować nad sobą, choćby po siedemdziesiątym siódmym upadku. To zbyt trudne w kraju, gdzie nawet czytanie i myślenie boli, a człowiek boi się zostać sam ze sobą, w ciszy. Z tego nie ma materiału na słitfocię, nie da się błysnąć w sieci gifem ze spotkania Boga w ponurej komórce sumienia. Tu nie ma miejsca dla telewizji, tweetera i tablicy fejsboga. A mimo to wierzę, chcę wierzyć, że przynajmniej część tłumu rozśpiewanego wczoraj „Barką”, dziś rozczłonkuje się i ruszy na swoją pustynię, by spotkać Pana i nie wszyscy zwariują w nowej euforii, choćby przyszło szukać pokemonów.

niedziela, 29 grudnia 2013

Smutni pasterze dusz

    Mielenie tych samych filmów, w różnych kanałach o każdej porze, ma swoje plusy. Pozwala ułożyć puzzle fabuły w całość. Za którymś z kolei razem można wyłapać sensy dotąd przepuszczone mimo oczu i uszu. Taki mechanizm dobrze sprawdza się w serialach komediowych. Pewnie niejedna rodzina z przyjemnością nurza się w kolejnych powtórkach serialu Ranczo, którego ostatnio wszędzie pełno. Nie zważamy już specjalnie, która to akurat seria leci, ani jaki odcinek, bo z każdego dialogu da się wyłapać mądrość ludową albo rubaszny humor, a jeszcze bardziej cieszy ironiczne ujęcie w nawias polskiej mentalności.

    Tym razem trafiłem na scenę, w której serialowy ksiądz proboszcz, świetnie grany przez Cezarego Żaka, usiłuje modlić się w pokoju, ale skutecznie przeszkadza mu w tym gospodyni. Michałowa wjeżdża z odkurzaczem, a gdy ksiądz zwraca jej uwagę, że się modli, słyszy, że taka jest rola księdza, ma się modlić! Niech sobie to robi i innym nie przeszkadza w pracy. Bo przecież ona musi sprzątać, gotować, zakupy robić, koszule poprasować, żeby ten mógł być w spokoju księdzem. Gdy proboszcz ustępuje i idzie modlić się do kościoła, tam przeszkadza mu kościelny, który akurat głośno myje podłogę, przestawia ławki, a po chwili jakieś kobiety trują głowę, że dostarczono zwiędłe kwiaty na ołtarz. Zrozpaczony ksiądz postanawia wreszcie uciec na modlitwę do lasu, gdzie oczywiście przeszkadzają mu mrówki, szyszki, komary i gałęzie. Cały świat jest przeciw jego świętemu powołaniu. 



Dlaczego ten obraz został mi w głowie? Pięknie pokazuje postawę wielu księży, którym dobrzy ludzie z ich wielkim zaangażowaniem w codzienne funkcjonowanie parafii, przesłaniają bycie księdzem. Rozliczni duszpasterze już nie pytają człowieka o jego zaangażowanie, troski i problemy, nie pochylają się nad nędzą nawet w konfesjonale, gdzie wypuszczają jak z kałasznikowa formułkę pokuty i odpuszczenia grzechów. W najbliższym otoczeniu nie widzą ludzi dobrej i nieprzymuszonej woli, którzy pracują na ich codzienną wygodę bycia duchownym, bo ludzie są tam od zawsze, więc nic w tym szczególnego. Na dobre usankcjonowali wygodnictwo roszczeniowe, w którym brak miejsca na realną jego ocenę w odniesieniu do życia toczącego wody poza duszpasterstwem, parafią, diecezją.

    Jakby na poparcie tych słów, właśnie przy wigilijnym stole, przy którym po raz kolejny zasiadła z nami samotna starsza kobieta, usłyszałem, że nawiedził ją znajomy ksiądz. Nie wiedział, co jej przynieść w wigilię, więc przyniósł siatkę ziemniaków. A trzeba dodać, że jego wizyty są rzadkością. I śmieszne to i straszne jakoś, bo ziemniaków kobiecie nigdy nie brakowało. Czyż nie jest to wymowny znak duszpasterskiego odklejenia od rzeczywistości? Pewnie niejeden wierzący wolałby raczej przełamać się w tym dniu z kapłanem opłatkiem niż rozważać, czy ma strugać z nim kartofla. Ten sam duszpasterz, młodszy od gospodyni o dobre trzydzieści lat, przy poprzedniej wizycie, poczęstowany przez nią posiłkiem, zwrócił uwagę, że powinna przysunąć mu bliżej ławę, na której stał talerz. I to ostatecznie spuentowało kapłańską postawę wobec Chrystusowego: Jeśli kto chce być pierwszym, niech będzie ostatnim ze wszystkich i sługą wszystkich (Mk 9,35). Rzeczy, które zdawałoby się są najprostsze do wcielenia w życie, stają się kpiną z naśladowania Mistrza, ironią wcieloną przez tych, którzy mienią się być przez Niego powołanymi . Oczywiście można by mnożyć przykłady tego typu, każdy z nas ma swoje obrazki z księgi duszpasterskiej niechęci do bezinteresownej służby podczas chrztu, ślubu czy pochówku. Każdy może odnieść się do wszechobecnego życzenia przewiezienia księdza samochodem na uroczystości pogrzebowe, bo przecież swojego nie użyje. Można cytować wiele historii, które zaprzeczą nauce Ewangelii. Nie chodzi tu jednak o akcenty antyklerykalne. Rzecz dotyczy raczej wiarygodności pasterskiego powołania.

    W tym duchu pozwolę sobie zacytować felieton Andrzeja Stasiuka z listopadowego „Tygodnika Powszechnego”: Czasami wyobrażam sobie różne rzeczy. Na przykład wczoraj przyszło mi do głowy, że z gazet, z telewizji, z internetu znikają starzy mężczyźni. Konkretnie chodziło mi o biskupów Kościoła katolickiego, których wyraźną nadobecność medialną da się ostatnio zauważyć. Wszyscy są starzy i zazwyczaj miny mają poważne, czyli w gruncie rzeczy ponure. Przemawiają dostojnie i nudno. Zazwyczaj mają do kogoś pretensję. Zazwyczaj do innych, nigdy do siebie. Rzadko w ich słowach można znaleźć afirmację: życia, świata, uczuć, człowieczeństwa, no w ogóle Bożego stworzenia. Są skwaszeni. Są zgorzkniali. Starzy mężczyźni, których opuszczają siły.
   

Gdy czytam powyższe słowa, próbuję wyobrazić sobie, czy i jaką stratę odniósłby Kościół katolicki, gdyby tych starych mężczyzn raz a dobrze opuściła siła i wola wystąpień medialnych. Może wówczas przestaliby przesłaniać Ewangelię? Może jednak byłby w tym wyłącznie zysk Kościoła, może wówczas dostrzeglibyśmy jeszcze kilkunastu duchownych młodszego pokolenia? Sprawnych, pogodnych, oddanych służbie Bogu i człowiekowi na wielu frontach codziennego życia, bo dotąd chyba nadmiernie przesłaniają ich bardzo ponurzy hierarchowie z krzyżami ze złota .
Pewnego dnia, tak się akurat złożyło, zobaczyłem kilku z nich na stronie jednej z gazet, gdy obok było zdjęcie afgańskich talibów. W mgnieniu oka zanikły różnice kulturowe i religijne, nie było miejsca na dogmaty, bo o wszystkim przemówiły zgorzkniałe miny jednych i drugich. Twarze zaciśnięte, zastygłe w wyrazie lęku przed innością, w zatwardziałości pychy i poczucia zagrożenia. Miny bez szansy na uśmiech pokoju, miłości i ludzkiej radości życia. W takim kontekście nie pozostaje nic innego, jak po raz drugi oddać głos Stasiukowi: Czy stary samotny mężczyzna zamknięty w pustym pałacu jest w stanie tchnąć życie w kogokolwiek, o wspólnocie wiernych nawet nie wspominając. Słuchając przemów hierarchów, słowa „miłość”, „życie”, „duch” raczej nie przychodzą nam do głowy. Po prawdzie, gdy ich słuchamy, do głowy nie przychodzi nam nic poza pragnieniem, by już skończyli i przestali się zmagać z językiem polskim.

    Czasem odnoszę wrażenie, że choć ustami głoszą Jezusa w tymże języku, zupełnie wyrzucili z pamięci obraz Zbawiciela szukającego z miłością ludzi zastygłych w rytuałach, w prawach tradycji, pogubionych i ułomnych, Jezusa przebaczającego jawnogrzesznicy. W głowach hierarchów nie zatrzyma się na moment postać Mistrza zasiadającego do stołu z celnikami, a ostatecznie z Judaszem, który za chwilę ma go zdradzić. Gdy już wystarczająco wstyd mi za zadufanie polskich biskupów, za ich wyręczanie Pana Boga w łatwym dzieleniu bliźnich na swoich i wrogów, gdy wystarczająco zaczerwienię się z zażenowania ich bogactwem materialnym i poczuciem wyższości, dociera do mnie po raz kolejny, że to nie gender zniszczy Kościół, nie rozpad rodziny i tradycyjnych wartości, nie zagrożą mu nawet parady równości, ani chora prawica z lewicą. To hierarchowie i ich postawa są największym zagrożeniem, także dla ożywczej idei materialnego ubóstwa duchownych, jaką usiłuje wprowadzić papież Franciszek. Wypasieni w wygodzie i przepychu, stoczeni żądzą uległości wiernych i ślepego ich posłuszeństwa już niedługo zniechęcą do własnej instytucji najwierniejszych z wiernych, a wówczas chętnie odstąpią kościoły pod galerie handlowe i restauracje, byle nie zejść z wygodnej i dożywotniej grzędy.

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Przewodnik odchodzi

    Kolejny kapłan opuścił szeregi Kościoła. Medialna sensacja potrząsnęła na moment nie tylko trójmiejską opinią. Tydzień, dwa i już niewiele osób o tym pamięta. Może poza tymi, którzy regularnie słuchali kazań o. Jacka Krzysztofowicza. Nie miałem okazji, więc nie wiem co o nich sądzić, o nim też wiem tyle co z prasy, bo nie osoba mnie tu zajmuje tylko pewien fakt socjologiczny.

    Wielu wiernych przyjeżdżało z różnych zakątków, by u dominikanów posłuchać mądrego kaznodziei. Szczerze mówiąc nigdy tego nie rozumiałem. Skąd w wierzących taka potrzeba konkretnego osobowego przewodnika? We wszystkich kościołach czyta się te same fragmenty Ewangelii, wydawałoby się, że człowiek dorosły, dojrzały w wierze, zdolny do minimalnej refleksji nie potrzebuje wyjątkowego tłumaczenia z polskiego na nasze. Tymczasem wielu szuka autorytetów, nawet w epoce wolności słowa, a może właśnie dlatego, że tyle sieciowych publikacji, papierowych czasopism i książek, rodzi zamęt i tęsknotę do głębszej interpretacji, głoszonej bezpośrednio przez realnego, widzialnego i słyszalnego kapłana, który w końcu zyskuje (chce czy nie) patent na przewodzenie.  

Gdy jednak wiarygodny kaznodzieja odchodzi, przynosi dosyć bolesne konsekwencje swoim fanom – jeśli można użyć pojęcia z innej dziedziny. Przyczyny odejścia zapewne są inne w każdym przypadku. Złożone. Wierzę, że duchowni odchodzący, przynajmniej ci wartościowi, przez całe lata konsekrowanego życia skrupulatnie gromadzą własne „za i przeciw”. Rzadko chodzi o jeden impuls. Kobieta? Wolność? Pragnienie samostanowienia? To ciągle za mało. Kto z wierzących i praktykujących nie słyszał o kapłanie z kobietą na boku, kto nie słyszał o nieszczęśliwych hazardzistach, alkoholikach, materialistach, których toleruje organizacja? Nie odchodzą, nawet jeśli źle im z podwójnym życiem, bo zwykle lęk przed wolnością jest silniejszy niż dyskomfort pozostania. Gdy spojrzeć na nazwiska znanych kapłanów, stanowiących elitę intelektualną, nietrudno o pokusę stwierdzenia, że wszyscy opuszczali strukturę, która zawiodła. Nie dała pewnego oparcia w drodze do Boga, bo mnożyła wątpliwości. Wykształceni, inteligentni ludzie, zdolni do samodzielnego myślenia, wystarczająco silni, by poszukiwać i odkrywać sens istnienia na własną rękę, opuszczali szeregi, gdy czuli się ograniczani, wyjaławiani, ale też niejednokrotnie przeszkadzało im, że organizacja przeczy podstawowym prawdom Ewangelii Chrystusa, zarówno przykładem życia ludzi Kościoła, jak zdaniem rzuconym z ambony. Więziła ich twierdza obwarowana setkami dogmatów, które w ich doświadczeniu niekoniecznie znajdowały bezpośrednie odniesienie do nauki ukrzyżowanego. Odeszli, ryzykując w życiu świeckim pustkę w miejscu po Bogu, ale uczciwie informując o tym przełożonych i wiernych.

    Sęk w tym, że porzuceni przez swojego pasterza często czują się zawiedzeni. Tylko kto zawiódł? Odchodzący kapłan czy oni sami? Obdarzając nadmiernym zaufaniem przewodnika, zrekompensowali własne słabości i odczłowieczyli go. Uczynili na własną odpowiedzialność świętym i niezłomnym. Unieśli ponad ziemię, postawili na piedestał i stanęli pod nim klaszcząc z zachwytu. A jeśli on już nie może ustać i chwieje się wielbiony ponad głowami? Jeśli chce wrócić do żywych jako człowiek z krwi i słabości? Nie wolno? Nie wypada? Ależ oczywiście, niech zejdzie, a rozniosą go na szablach zawodu jako świadectwo słabego, zakłamanego, bo opuszczając wyznaczone przez wielbicieli miejsce zaprzeczył temu, co głosił. W dodatku pokonany przez kobietę i banalną miłość, która wyblaknie za rok może dwa. Przecież nie wolno mu po ludzku zmieniać poglądów, bo nie wolno mu być z mięśni, kości i wątpliwości, ma być jak głaz bodzący morze, inaczej pozostaną rozczarowani. Miał trwać, prowadzić i iść bez ryzyka, pewny, bo fale losu nie wypłukują skały.


Od wielu lat byłem przekonany, że pretensje tego rodzaju roszczą ludzie deklarujący niechęć do wiary i wierzących. Jakby ich postawa brała się z przekonania, że wiara ma status magii, czarodziejskiego zaklęcia. Każdy, kto ją deklaruje ma być święty od ręki i na co dzień, bo inaczej się nie liczy, jest zakłamany. Mówisz, że jesteś wierzący, a wódę chlejesz, laski obracasz, a w karty rżniesz, szefa okłamałeś, używałeś brzydkich słów, sąsiadowi wygarnąłeś, to żaden z ciebie wierzący! Jesteś taki sam badziewiak jak ja – ateista, z tym że ja jestem lepszy, bo jestem ateista uczciwy i nie powołuję się na wielkie mity, nie usprawiedliwiam się przed nieistniejącym bogiem, daję sobie prawo do pełnej wolności. To jest takie piękne i wygodne nieporozumienie, z którym nie da się dyskutować. W konsekwencji tego podejścia zabrakłoby miejsca dla wierzących na ziemi, gdyż wszyscy żywcem, najlepiej czwórkami musieliby iść do nieba. Nie byłoby tu dla nich nic do roboty. Tymczasem deklaracja wiary nie po to zdaje się jest, by świętym być na drugi dzień, a raczej po to, by mimo skłonności do upadku, mimo pozostawania w mocy grzechu, umieć podnosić się nie siedem razy lecz siedemdziesiąt siedem. Bóg kocha człowieka nie za to, że z dziką satysfakcją przyłapuje go na kolejnym rypnięciu gębą o bruk, lecz kocha może bardziej, gdy człowiek potrafi świadomie pozbierać gnaty do kupy i chce spróbować jeszcze raz być prawdziwym w ludzkim i chrześcijańskim rozumieniu, ale ze szczerej woli, nie na pokaz czy ze strachu przed piekłem.

    Na ile karkołomne oczekiwanie świętości od ludzi deklarujących wiarę nie powinno dziwić w wydaniu niewierzących, może i powinno dziwić u wierzących. Dają sobie prawo do codziennego upadku, a wzbraniają porzucenia dotychczasowego życia swoim kapłanom. Robią im wielką krzywdę, gdy obnoszą publicznie rozczarowanie, a i swojej postawie wiary chwały też nie przysparzają. Jeśli ten czy inny duchowny zwątpił, ma do tego prawo. W końcu św. Piotr też zwątpił, gdy miał pójść po falach, a zaczął tonąć, choć sam Chrystus zapewniał bezpieczeństwo. Zwątpił też, gdy zaparł się Mistrza nim kur trzy razy zapiał, choć chwilę wcześniej deklarował, że on nigdy się nie wyrzeknie. Mimo tego został pierwszą głową Kościoła, bo upadając wzrastał w rozumieniu głębi miłości, jednakowej wobec świętego i podłego, co zdaje się jest głównym przymiotem kochającego Boga.

    Odchodzącemu kapłanowi i bez oskarżeń o niekonsekwencje nie będzie łatwo dalej żyć. Mężczyzna po czterdziestce ma ukształtowany charakter, przyzwyczajenia i wieloletnie naleciałości, płynące z doświadczania samotności w grupie. Odchodzi od życia, którego nie dotykały powszednie troski o sprawy banalne, choćby o to, czym uzupełnić lodówkę, w jakiej ilości i kiedy. A teraz nie tylko trzeba będzie mierzyć się ze wzrokiem ludzi, z zaszczuciem, ale przede wszystkim trzeba będzie zejść ze szczytów intelektu, teologii, filozofii, psychologii na ziemię, oddać się czynnościom rutynowym, nudnym i powtarzalnym. Troska o to, czy wystarczy do pierwszego może przyćmić największą miłość do kobiety, a życie sprowadzić do irytującego banału powtarzalności gestów, min, zdań, słów, które nieraz zadudnią jeszcze głębszą pustką niż ta po ukrytym Bogu.

czwartek, 5 kwietnia 2012

Świąteczny czas w dziwny czas

Im bliżej Wielkiej Nocy, tym częściej pada pytanie o współczesne sposoby świętowania. Problem to w zasadzie o tyle istotny, że przy postępującej laicyzacji coraz bardziej nie wiadomo, co począć z obchodzeniem świąt o charakterze czysto religijnym. Obywatele naszego kraju, statystycznie odpytywani, mają różne pomysły, czasem egzotyczne. Niektórzy wybiorą się nawet do ciepłych krajów, byle uciec od chłodu, który nie ustępuje miejsca wiośnie. Inni zamkną się w domu, by w spokoju przeżyć jeszcze jeden długi weekend przed telewizorem, poczytać, pojeść i pospać. Niektórzy znajdą sobie odległy hotel ze SPA, by wymoczyć ciałko, wymasować i totalnie wymiksować się z marketowych pielgrzymek po twaróg do sernika i ziarenka do makowca. Są i tacy, którzy raz w roku odwiedzą najbliższy kościół, by poświęcić jajeczka i czekoladę (co widziałem na własne oczy rok temu). Przy okazji jarmarcznym rozgardiaszem zakrzyczą czuwających przy grobie Pańskim, rozerwą kościelną ciszę i dopychaniem koszyczka do ołtarza rozbiją skupienie, bo już nie bardzo wiedzą, czemu ten „opłatek” w monstrancji stoi nie na stole tylko gdzieś dalej, wśród kwiatów, a tak w ogóle, to co to ta monstrancja? Kopną, potrącą, szarpną modlącego, bo w niedzielę trzeba się podzielić święconką z rodziną, taka to tradycja polska arcypolska, różniąca tym długi weekend od pozostałych, że malowane jajko odmienia się przez przypadki i podaje na uroczyste rodzinne śniadanie, a potem wielu dla zabawy stuka jednym o drugie.

Z każdym rokiem coraz mniej mnie dziwi w tym wachlarzu możliwości, w pomieszaniu tradycji, konsumpcji, rekreacji i pustki bezrefleksyjnego dogadzania zmysłom. Widać z wiekiem pokornieję chyba, bo nie umiem się oburzać na bylejakość tych wszystkich kurczaczków, baranków, króliczków i zajączków dołączanych do wszystkiego, co nie zeszło dotąd z półek, choć terminem przydatności do spożycia niektórych produktów bieży w okolice poprzednich świąt. Coraz częściej chce się już tylko wzruszyć ramionami i przeżyć te święta po swojemu, nie słuchając sondaży, opinii, komentarzy i badań statystycznych na temat świętującego Polaka, który - mniej lub bardziej świadomie - nie tylko przyjmuje stadną modę na apostazję, ale dodatkowo przyprawia jej gombrowiczowską gębę w duchu „wypiszę się z kościoła, bo ja niewierzący, ale jajka poświęcę, bo tradycja taka”.
  
Na szczęście ciągle jest spora grupa ludzi, może rzeczywiście topniejąca, ale prawdziwie wierna nie tylko malowaniu jaj. Ludzi, dla których już w Wielki Czwartek zacznie się wstęp do największego święta wiary. To oni wypełnią kościoły do granic i zmuszą licznych do stania w nawach, pod chórem, pod ścianami, a przez brak wygody w przeżywaniu tajemnicy męki, śmierci i zmartwychwstania Chrystusa, zapewnią sobie jeszcze raz przypomnienie wagi zdarzeń istotnych dla sensu naszego ziemskiego pielgrzymowania. Tajemnice historii zbawienia od Księgi Rodzaju, przez zdarzenia ze Starego Testamentu, aż po śmierć Chrystusa na krzyżu od nowa wskażą drogę do wieczności. Świece drogi krzyżowej rozjaśnią jeszcze raz głębię i moc ofiary pojednania, a potem wypełni nas narastająca radość nadziei, że kres wpisany w śmierć jest pozorny, że prawdziwie została pokonana i nie ma władzy nad życiem ostatecznym, trwającym poza czasem, w pełni miłości i dobra. Dzięki temu jajko niedzielne, jedzone ponad tradycją mazurków i makowców, przypomni o świętości odradzającego się życia.
    Za każdym razem tak samo, co roku, w trakcie oczekiwania na wielkopiątkową drogę krzyżową łapię się na wyimaginowanym obrazie Chrystusa idącego tu i teraz, po placu najzwyklejszego parafialnego kościoła naszego miasta. Gdyby dane mu było przyjść dziś, raz jeszcze, tak dla przypomnienia własnej misji, jak zostałby przyjęty? Jaką postać musiałby przybrać dla wypełnienia życiem Ewangelii głoszonej w tych realiach? Przez los bezdomnego, wykrzykując Dobrą Nowinę na ulicach miast? Jako pracownik hipermarketu, który zaczyna nauczać na zapleczu i rozprzestrzenia naukę? Dyrektor, który buduje raj na ziemi, przewracając do góry nogami wypracowany ład korporacyjny? Czy raczej zmuszony byłby iść na skróty, od cudów poczynając, żeby przekonać do swojej osoby, a dopiero potem słuchaliby, co ma do powiedzenia? Tak, zdaje się, że bez cudów nie mogłoby się obejść, bo w tej polifonii wszelkich głosów, mód, ideologii, mieszania porządków chrześcijańskich, świeckich, buddyjskich, niuejdżowych, astrologicznych i wróżbiarskich, w tumulcie wojny polityczno-religijno-patriotycznej, w dzieleniu włosa na czworo, a Polaków na mniej lub bardziej polskich, nie miałby nawet szans na usłyszenie głosu własnego. W czasach, gdy każdy najchętniej słucha siebie, gdy sensacja goni sensację, ale tylko przez pięć minut, bo wszystkie podlegają samounieważnieniu, nie miałby szans na pociągnięcie za sobą dwunastu uczniów, nie przemówiłby do tłumów, dopóki nie nabyłby laptopa z internetem i nie stworzył profilu na FB i NK. Choć to też nie gwarantowałoby sukcesu. Mało to na świecie samozwańczych wcieleń gotowych do zbawiania ludzkości?

    Nawet jeśli zacząłby pisać bloga, jego Słowo zarzygałyby bluzgami stada sieciowych trolli. Opluliby jak innych, zanim doszedłby do Piłata, którym bez specjalnego wysiłku i makijażu mógłby być jeden ze współczesnych duszpasterzy, wysoko osadzonych w hierarchii. Choćby ten, który uznał, że z niewierzącymi nie warto rozmawiać, bo nie należy zbyt dosłownie brać Ewangelii, gdy mówi o poszukiwaniu zagubionych owiec.

Może jednak przychodzącego dziś Jezusa odkryłaby jakaś telewizja i zrobiłaby tokszoł z jego udziałem? Tylko po co? Nie powiedziałby tam niczego, czego nie znamy już od dwóch tysięcy lat. Skoro przez tyle stuleci nie zadziałało, dziś prawdopodobnie mogłoby zadziałać co najwyżej na prawie ciekawostki budzącej śmiech z nawiedzonego półwariata, który bredzi o kochaniu bliźniego jak siebie samego. Wszystko to jest wysoce prawdopodobne, nawet cuda mogłyby nie przemówić, bo nie wiem, czy w sytuacji relatywizmu wszelkich wartości, w czasie, gdy postrzegane czarne zdaje się być białym, w zależności z której strony się patrzy, nawet cuda mogłyby dziś nie wyjść na dobre. Wcale niewykluczone, że dzisiejszy Łazarz wywoływany przez Jezusa z grobu, powiedziałby raczej: dziękuję, zostaję. Tu jest lepiej niż w świecie z substytutem żyćka nastawionego na przyjemną prawdulkę nowinek niesionych przez szczupłą sylwetkę z plastikowym uśmiechem manekina.

    Im mocniej dociera świadomość życia w demokratycznej i wielobarwnej wieży Babel, choć stojącej pośród ludu porozumiewającego się jednym językiem, ale o różnych bezznaczeniach, tym łatwiej człowiek rozumie, dlaczego powtórne przyjście Pana zapowiedziano na kres świata, z hukiem rozpadu i końca wszystkiego. Inaczej nikt nie uwierzy, że to słyszalny On, a nie jego matrixowa podróba z efektami 5D.

piątek, 9 marca 2012

W poszukiwaniu pustyni

Duch wyprowadził Jezusa na pustynię. Czterdzieści dni przebył na pustyni, kuszony przez szatana. Żył tam wśród zwierząt, aniołowie zaś Mu usługiwali”. Ten cytat z Ewangelii św. Marka wybrzmiał w pierwszą niedzielę Wielkiego Postu, jakby wyjęty z notki prasowej i pozostał w głowie do dziś. Nie ma tu metafor, przypowieści przemawiającej obrazowo, nic o pokusach szatana, który chce, by Jezus zamienił kamienie w chleb, by rzucił się z narożnika świątyni, a wreszcie by oddał pokłon Złemu. U św. Marka jest tylko wspomnienie kuszenia. Nie zmienia to jednak wymowy wyjścia na pustynię. Najważniejsza pozostaje konieczność wsłuchania się w siebie, bez względu na moc zewnętrznych zakłóceń. To cichy czas przygotowania do misji zbawienia ludzkości.

    Obraz samotności na pustyni musi dziś wydawać się straszliwie archaiczny, szczególnie w kulturze północno-zachodniego świata, gdzie żyje się pośród ludzi niemal całą dobę, odczuwa wirtualną obecność drugiego, ale też tę realną, w nieustannym ukierunkowaniu na rzekę informacji spływających z różnych ust. Czy gości gdzieś jeszcze słowo pustynia? Chyba tylko na prawach turystycznej atrakcji, egzotyki gorących krajów. Nie zmienia to obrazu naszej wizji: wszechobecne ziarenka piasku, kawałki kamieni, ostre kształty skał, pustka, bezmiar jednolitego krajobrazu i człowiek tam nagle staje, ale z czym? Sam na sam z ogromem natury, na tle której będzie nieuchronnie chwilowym pyłem, łatwym do zwiania z powierzchni bytu. Pozostawiony z własnymi myślami, z pobrzmiewającym echem lęków, trwogi i bezradności, trwa sam w strumieniu świadomości, którego nie sposób zakotwiczyć w czasie, bo upływa jakby obok i ponad. Dziś pustynia ewangeliczna musiałaby być dotkliwą katorgą dla obywatela świata, odliczającego w bólu czterdzieści dni.

    Może właśnie dlatego, my wierzący, tak łatwo szukamy namiastki pustyni w prostych gestach? Łatwiej, znacznie łatwiej, wyrzec się piwa na ten czas, odmówić sobie słodyczy, zrezygnować z palenia albo nie używać brzydkich słów, bo to takie bezpieczne. Przyjdzie Niedziela Zmartwychwstania i z radością można rzucić się na przedmioty pożądania. Nawet na moment nie powstanie pytanie: czego świadectwo daliśmy wątpiącym i niewierzącym? Do czego ich przekonaliśmy symbolicznym gestem? Co najwyżej do totalnego nieporozumienia w rytuale pustych gestów. Bo niby czemu służyły? Podkręceniu na moment słabnącej silnej woli poprawy? Choć i w tych podrygach nawrócenia bywa szczerość i prawdziwa chęć zmagania z pokusami. Oczywiście znajdą się i tacy, co wzmocnią gest przelewem na Caritas, przekażą procent od podatku na hospicjum, zaniosą paczkę żywnościową dla potrzebujących, albo dołożą modlitwę do wieczornego pacierza. Co takie czyny udowodnią, skoro powrócimy do punktu wyjścia? Narazimy się na śmieszność, a we własnych oczach nasycimy może na chwilę sumienie, że jakoś ten czas został odfajkowany, bo było przecież umartwienie ciała i wyrzeczenie siebie. Nawet nie przeszkadza nam własna śmieszność w tej chwilowości zewnętrznych znaków.

Można zatem pozazdrościć niewierzącym, jeśli dla nich pustynia ma znaczenie tylko geograficzne i nie straszy symbolem duchowej rozterki, ćwiczenia woli, jeżeli nie budzi refleksji o drodze do wieczności, w rozdarciu między pokusą wyboru światowego blichtru i Boskiej obietnicy szczęścia. W ich wydaniu przynajmniej postępowanie jest uczciwe i jasne. I jeśli wierzący chce myśleć o niewierzącym w kontekście pustyni, to niewykluczone, że może przyjść kontekst pustki po życiu. Bo to jest dosyć istotny paradoks. Gdy wokół coraz więcej deklarujących ateizm, a wśród nich tylu inteligentów, filozofów, myślicieli, także ludzi nieskazitelnych moralnie, którym ateizm nie przeszkadza w stałym rozwoju indywidualnym. Jeśli po śmierci nic nie ma, jeśli nawet rzeczonej pustyni nie będzie, jak znaleźć motywację do rozwoju intelektualnego? Skoro nie ma życia lepszego po zmartwychwstaniu, skoro nie będzie wieczności szczęśliwej i spełnionej w dobru, po co wzrastać i rozwijać się dla nicości? Gdy śmierć zadziała jak pstryczek gaszący światło, a z mędrca i geniusza zostaje karma robali i bakterii, po co taka różnorodność osobowości, jednostkowa niepowtarzalność i czym była nagroda w wytrwałym dochodzeniu do prawdy i mądrości? Na zdrowy chłopski rozum ateista nie ma powodów do jakiegokolwiek wysiłku poza egzystencjalnym powtarzalnym trudem, służącym zapewnieniu bytu własnego i rodziny. Czy jego mądrość może przekonać idące za nim pokolenia? Czy wiarygodna pozostaje głębia jego wartości, jeśli już w założeniu tkwi nieuchronny kres przeżyć, uczuć, doświadczeń i prawd, przeznaczonych już na starcie do unicestwienia?

    Czasem jednak dopada mnie inny paradoks, że dziś jakoś szczególnie nie potrzebujemy pustyni, nie tęsknimy do niej z zupełnie innych powodów. Wszyscy przestaliśmy zauważać, że stała się naszą codziennością. Żyjemy na pustyni cywilizacji, która skutecznie przykrywa ślady drugiego człowieka pod wydmami wyrobów powtarzalnej i zautomatyzowanej produkcji. Zasypani tonami kwarcu w komputerach, laptopach, telewizorach, atomizujemy się i coraz pewniej i szybciej schodzimy do pułapu użycia bliźniego w roli narzędzia do zaspokojenia własnych potrzeb fizycznych, towarzyskich, zawodowych, eksperymentalnych i ambicjonalnych. Nie odczuwamy nawet obecności aniołów, bo sami sobie jesteśmy aniołami egocentryzmu. Nie czujemy kuszenia szatana, bo zagłuszamy je muzyką, drwiną, dowcipem, rechotem głupawego filmiku z komórki, paplaniną, szumem informacyjnym godzinnych sensacji i narastającym nadmiarem pogardy wobec innego. A ponad tą pustynią wirujących gadżetów hula głośno wiatr doraźnych działań, dążenia ku chwilowym celom. Natłok krótkich radości i przelotnych emocji bez trudu, ale skutecznie i bezwzględnie tak samo zagłusza wierzącym i ateistom nawoływanie płynące ze słów św. Marka: Po uwięzieniu Jana przyszedł Jezus do Galilei i głosił Ewangelię Bożą. Mówił: „Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boże. Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię”.

sobota, 10 grudnia 2011

Wrażenie wiary

Są ochrzczeni, ale nie czują się częścią wspólnoty katolickiej. Biorą udział w tych rytuałach religijnych, które sami wybiorą […] Na mszy świętej pojawiają się rzadko. Mówią, że nie mają problemu z wiarą w Boga, oni mają problem z Kościołem. Tak o swoich bohaterach pisze Sylwia Szwed, autorka reportażu „Jezu, to nie fair” („Duży Format”, 01.12.2011). Autorka zastrzega, że nie tworzą oni żadnej wspólnoty i nie wiedzą nawzajem o swoim istnieniu. I to jest prawda. Każdy z nas może wskazać podobne osoby w swoim bliższym i dalszym otoczeniu; w rodzinie, wśród krewnych czy wśród sąsiadów i kolegów z pracy. Zdaje się, że pojęcie „wierzący niepraktykujący” jest dziś równie powszechne jak „Polak katolik” i może, dzięki Bogu, z czasem wywoła podobną obojętność, bo im więcej epatuje się podobnymi określeniami, tym mniej emocji one wywołują, pospolicieją i powszednieją, aż całkowicie przestaniemy przypisywać im jakąkolwiek moc.

    Zastanawiać może jednak fakt, dlaczego polski Kościół w powszechnej opinii i w medialnym ujęciu jest dziś tak skrajnie podzielony na zatwardziałych obrońców jedynie słusznej formy wiary i na tych letnich rytualistów, jakby zniknęli ludzie głębokiej religijności. Pierwsi występują jako zgorzkniali pieniacze, nieugięci obrońcy oblężonej twierdzy, wylęknieni i niezdolni do zdrowego dystansu wobec inności, agresywni wobec każdego, kto myśli inaczej. Drudzy chodzą na łatwiznę i pogubieni w gestach nie potrafią się odnaleźć. Nie stać ich na wysiłek poznania głębi tego, co krytykują lub negują nieco a priori, bez potrzeby poznania szczegółu. Ale też patrzą z jakąś tęsknotą i żalem, że nie mogą być ani prawdziwie wierzący, ani konsekwentnie niepraktykujący, więc lewitują pomiędzy jednym a drugim.

    W omawianym tekście pojawia się charakterystyczna postać Marii, 27 letniej dziennikarki, w której postawie, niczym w soczewce, skupia się podejście do wiary bardzo charakterystyczne dla znacznej części rodaków. Z premedytacją zacytuję kilka zdań tej wypowiedzi, nie po to bynajmniej, żeby czepiać się mniej lub bardziej konkretnej kobiety, ale żeby przyjrzeć się zachowaniom osób, które koniecznie chcą obwinić Kościół – rozumiany jako połączenie wspólnoty, tradycji, wiary i Boga – a siebie usiłują zwolnić z wszelkiej odpowiedzialności za jakość tejże wspólnoty i wiary lub niewiary w ich własnym wydaniu.

Maria mówi: to był dla mnie pusty rytuał. Teraz śpiewamy, potem klęczymy, następnie siadamy. Boże, żeby była wolna ławka! Kazanie przesypiamy, myślimy o własnych sprawach. Aż chce się zapytać: czy wszelkie katechezy bohaterka też przesypiała? Zdaje się, że do matury dosyć czynnie „uprawiała rytuały”, a więc gdzieś miała szansę usłyszeć, co się dzieje i po co w czasie każdej Mszy. Podejrzewam, że na wielu rekolekcjach parafialnych mogła pobrać nauki, z których wynikało, z czego składa się Eucharystia i która część co oznacza i co daje. Miała dostęp do lektur objaśniających drogę do zbawienia, sens przeżywania pamiątki ofiary Jezusa, miała dostęp do czasopism katolickich na różnym poziomie, a jednak nie korzystała. Jeśli dziś, jako dorosła osoba z wyższym wykształceniem, mówi o pustym rytuale, to prawdopodobnie zabrakło inteligencji albo wiary właśnie, albo woli poznania i wejścia w tajemnicę Eucharystii. Nie było chęci przełamania własnych ograniczeń i zbliżenia się do Chrystusa na tyle uczciwie i szczerze, żeby poczuć mistyczną rzeczywistość skrytą w gestach i wypowiadanych słowach. Jeśli utkwiła na poziomie pantomimy, spektaklu gestów, na poziomie możliwym co najwyżej dla nastolatka i nie dała sobie szansy przejścia na wyższy poziom poznania, trudno dziś mieć żal do Kościoła, że statystyczna Maria podaje się za wierzącą ignorantkę i można Bogu dziękować, że przynajmniej uczciwie nie praktykuje dalej. Po co ma tracić życie na puste gesty?

    Dlatego też Maria nigdy nie odczuwała, że liturgia to wielkie przeżycie, a raczej ciężki obowiązek (Cholera, trzeba wstać, pójść i wystać swoje). Chodziła regularnie na msze z nadzieją, że uwierzy. Że zobaczy w tym sens. Ale tak się nie stało.

    Ciekawe jaką metodą miało się to stać bez wkładu własnego? Zdaje się, że wszelkim Mariom i Marianom tego pokroju, przeszkodą na drodze wiary są oni sami. Przynajmniej dopóki chodzą na siłę do kościoła, ale nie odważą się pójść na spotkanie z żywym Bogiem, który objawia się tylko ludziom gotowym podjąć trud poznania. Bóg nikomu nie pcha się z butami w życie, oczekuje uczciwego zaproszenia ze strony człowieka. Dopóki zwolennicy ciężkiego rytuału nie idą na spotkanie z osobowym Bogiem, którego obecności pragną we własnym życiu, a zamierzają jedynie ograniczać Jego obecność do murów kościoła, nie pomoże im ani zmiana duszpasterza czy wyznania, ani tym bardziej wybieranie jak w hipermarkecie tych rytuałów, które są łatwo dostępne i wygodne w użyciu.

    Maria jednak ma głębokie wrażenie, że Bóg jest obecny w jej życiu i pomaga, kiedy na czymś jej zależy. Od czasu do czasu z nim rozmawia, nie potrzebuje pośredników. W tym wyznaniu można się pogubić, przyznaję. Kto tu jest dla kogo bogiem? Maria bogiem dla Boga, czy jednak Bóg ma szanse dotrzeć czasem do Marii jako Pan jej życia i śmierci, Stwórca i kochający Ojciec? Oczywiście pod warunkiem, że ona na to pozwoli od czasu do czasu. A może wrażenie wiary, to jednak wrażenie obecności dżina na zawołanie? Coś w stylu: jak będę potrzebowała Twojej pomocy, to potrę lampkę łapką i wtedy drzyj zelówki, żeby spełniać moje życzenia. A jak spełnisz, zmykaj do swojej lampki do następnego roszczenia i niczego nie oczekuj. Gdy zaś pewnego dnia nie spełnisz moich zachcianek, to żaden z ciebie bóg, i nie licz, że będę pamiętać o tym, co dostałam pięć i piętnaście lat temu, żadnej wdzięczności, w końcu po co cię mam?

Maria w pogubieniu swoim ma jednak pragnienie łączności z Chrystusem eucharystycznym, gdy mówi: teoretycznie wiem, co oznacza Komunia Święta. Chcę w to wierzyć, ale nie czuję, że biorąc opłatek, spożywam ciało Chrystusa. A co miałaby czuć, przepraszam? Smak krwi i mięsa? Zobaczyć oślepiający blask łaski? Usłyszeć anielskie chóry? Jeśli zaraz potem wyznaje, że ostatni raz u spowiedzi była osiem lat temu? Może zatem zapomniała, że prawdziwa wiara, to nie fast food. Tu nie ma w pięć minut smacznie i ciepło. Żeby czuć, że spożywam ciało Chrystusa, trzeba trochę popracować nad sobą, postarać się wspomóc łaskę daną od Boga, daną tym, którzy uczciwie o to proszą, trudzą się ze swoim życiem, potykają się o własne słabości, podnoszą się, znowu upadają, ale za każdym razem uczciwie i z nową wiarą jednają się z Bogiem przez sakrament pokuty, walczą o lepsze „ja” i powoli dorastają do głębi wiary. Nie dzieje się to bynajmniej bez wysiłku, przy pomocy magicznych gestów, ale przede wszystkim przy wzrastaniu w codziennej łączności z Bogiem, przez pogłębianą modlitwę, lekturę Pisma Świętego, codzienne szukanie Boga także w drugim człowieku, w przełamywaniu siebie wbrew sobie i w najbanalniejszych, bezinteresownych gestach dobrej woli, ot choćby w parkowaniu samochodu z myślą o pozostawieniu miejsca drugiemu, choć o to nie prosi. Dopóki człowiek nie uczyni pierwszego kroku w stronę poznania rzeczywistości dobra i miłości, Kościół w każdym czasie i w każdej formie będzie tylko teatrem gestów, który da się obwinić o wszystko, tylko po co? Doskonale wiemy, że w Kościele przeważają ludzie słabi i ubodzy duchem, bo nie potrzebują lekarza ci, co dobrze się mają. Mocni zaś i święci żyją w ukryciu, zwyczajnie nie są medialni.
Print Friendly and PDF