Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fachowcy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fachowcy. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 stycznia 2025

Poniedziałek rekrutera

 - Dzień dobry, ja miałem zgłosić się na ósmą. - W uchylonych drzwiach roześmiana twarz wiejskiego głupka z wąsem. Witajcie w czasach pokolenia Z. Na oko rocznik dwa tysiące wydłubany z progu pierwszej dekady. Ale zapraszam, siada naprzeciwko. Pytanie zasadnicze: czy posiada oryginały i kopie dokumentów niezbędnych do zatrudnienia, zgodnie z wykazem, jaki otrzymał dwa tygodnie temu? Zapewnia, że oczywiście. Zerkam na CV, proszę o przepisanie klauzuli RODO dotyczącej przetwarzania danych osobowych, której oczywiście nie ma. Przegląda wzrokiem tęskniącym do oświecenia, czyta niby Księgę Wyjścia, ale klucza nie znajduje. I znowu ten uśmiech ofiarny. Powtarzam, że przepisać pod CV i podpisać się. Uśmiech pod wąsem szybko gaśnie, bo jednak trzeba prawdziwie wprawić w ruch długopis, który sprawi więcej kłopotu niż palnik tlenowy. Proszę o kopie dwóch świadectw pracy, skoro daje oryginały. W odpowiedzi słyszę: „nie mam”. Dlaczego? „Bo nie wiedziałem, że trzeba”. Przecież dostał pan wiadomość, wyraźnie stało, miał pan dwa tygodnie na przygotowanie oryginałów i kopii. W odpowiedzi: „ale ja tego nie czytałem do końca”. To było na początku, mówię, z trudem powstrzymując palce zaciskające się w pięść. No dobrze, przeganiam furię przyczajoną pod biurkiem, to poproszę świadectwo ukończenia ostatniej szkoły. „Nie mam, nie odebrałem ze szkoły. Chyba z połowa klasy nie odebrała, bo po co?”. Odpowiem: „po jajco” i też nie pojmie. Furię ściskam kolanami i grzecznie pytam, jak zamierza udowodnić, że ma jakieś wykształcenie? W odpowiedzi słyszę: „to teraz będzie się pan wyżywał, że tego nie mam?!” Nie wytrzymuję: „To chyba pan się na mnie wyżywa, bo przychodzi pan nieprzygotowany nie bardzo wiadomo po co. Wiadomość, którą pan dostał, trzeba było zredagować i przesłać, żeby przychodząc tu zabrał pan jak najmniej czasu innym oczekującym na przyjęcie, prawda? Płatek śniegu robi się czerwony i w ramach skruchy przyznaje, że matka też mu mówiła, że to świadectwo trzeba odebrać, ale on nie słucha matki. To teraz pojedzie do szkoły i przywiezie, będzie dobrze? Mam z głowy odklejonego. Żadna pociecha. Oni zawsze wracają.

Wiedziałem, że zjeść mi nie dadzą. Poniedziałek. Ledwie otworzyłem wiejski serek, telefon drżał w kieszeni. Nie uszanują nawet przerwy. Na wyświetlaczu migała Zuzia, coś musiało się dziać. Kierowniczka magazynu części zamiennych jest aż nadto poukładana, żeby w porze śniadaniowej narażać żołądki na wrzody. 

- I co? Sowieci podpalili ci magazyn, Zuza? Co jest? Cześć.

- Cześć. Ten Patryk, pamiętasz? Magazynier, co go rekrutowałeś trzy miesiące temu. 

- No tak, co z nim? Przecież byłaś zadowolona. Ukradł coś? 

- Skąd! Zajefajny chłopak! Niby młody, trzydziestki dobiega, a poukładany jak z poprzedniej epoki. Rzeczowy taki, w lot złapał system magazynowy i jeszcze poprawił mi to i owo. Podwyżkę chciałam mu dać z nową umową. Nigdy się nie spóźniał, nawet o minutę, a teraz trzeci dzień go nie ma. Dzwonię, piszę, jak kamień w wodę. Może mam walnięty numer telefonu? Mam nadzieję, że nic się nie stało. Sprawdź, czy tam u was nie ma jakiegoś zwolnienia, może wypadek jakiś miał i mi nie przekazał. Zadzwoń do niego, jeśli możesz. 

- Jasne, jak tylko czegoś się dowiem, dam znać. 

W ewidencji nieobecności czysto, żadnych zgłoszeń, a telefonu rzeczywiście nie odbiera. Można skończyć śniadanie. Ale napić się kawy nie zdążyłem. Oddzwania. 

- Dzień dobry panie Patryku. Co się z panem dzieje, szefowa się martwi. 

- Nic się nie dzieje, wszystko w porządku. 

- Ale w pracy pana nie ma. 

- Zgadza się, w domu jestem. 

- Ale jak w domu? Nie zamierza pan przyjść do pracy? 

- No nie. Wie pan, rodzice nie chcieli mi dać na nową konsolę. Mówili, że jestem dorosły i powinienem sam sobie zarobić. No to poszedłem do pracy, zarobiłem, no i teraz właśnie gram na nowej konsoli. 

- A, jasne, ale jakieś podanie o rozwiązanie umowy, coś pan złożył? 

- No nie, a to trzeba? Po co? To nie wystarczy, że panu powiedziałem? 

- Ale to jest porzucenie pracy, panie Patryku. Wie pan, na świadectwie będzie  paragraf, zwolnienie dyscyplinarne, nie rzutuje? 

- To w czymś przeszkadza? 

- Zupełnie w niczym, przynajmniej nam. Przyjedzie pan po świadectwo czy wysłać poleconym? 

- Proszę wysłać, nie bardzo mam czas, żeby tam do was jeździć.

Poniedziałek, to jednak podła kanalia, nie odpuści. Ten wszedł bez ostrzeżenia. Nie znam człowieka. Ale jest w kombinezonie, firmowym, znaczy nasz. Czarniawy, po trzydziestce, ani dzień dobry, ani dmuchnij w fujarkę i widzę cwany wzrok. Łapy w kieszeniach, nos nieco w górę, jak nic roszczeniowy. Zagaduje o regulamin pracy, chciałby w nim coś sprawdzić. Sięgam do biurka, podaję, siada naprzeciwko, czyta, kartkuje, wraca, znowu kartkuje. Zerkam na kombinezon, jest nazwisko, niełatwe, fonetycznie niemal zapisane z angielska, ukraińskie. Widzę, że z czytaniem chyba nie teges, a ja skupić się nie mogę na robocie. Pytam w czym mogę pomóc? 

- A gdzie tu jest coś napisane o czasie pracy? 

Mówi wyraźnie po polsku i unosi tekst z nonszalancką bezradnością. Podchodzę, znajduję stosowny paragraf, pokazuję. 

- Ale tu jest tylko, o której zaczynamy i kończymy pracę, no i ile trwa przerwa, kiedy się kończy. 

- Czyli? Czego jeszcze panu brakuje? - Pytam zdziwiony - To jest pana czas pracy, za który płaci pracodawca. 

- A co z pozostałym czasem? Pracodawca chce, żebym zaczął pracę o godz. 7.00, ale ja przecież jeszcze muszę tu z domu dojechać, przebrać się, dojść na stanowisko. 

- Dokładnie, jak każdy z nas i co w związku z tym? 

- No ja chciałby wiedzieć, jak za to jest płacone? Jak za to, że ja kończę o 15.00, ale wychodzę prawie o 16.00, bo jeszcze dojść do szatni muszę, wykąpać się, przebrać. To za to nie ma mieć płacone? To pan mnie nie mówił o tym na rozmowie, jak zatrudniał. 

- Nie mówił, bo wyobraźni mnie nie starczyło. - Czuję jak ciśnienie mi rośnie, ale próbuję się opanować. - Przecież nikt nie każe się panu myć i kąpać po pracy. Przebierać się też pan nie musi, skoro tak wysoko ceni pan sobie każdą minutę. 

- No jak? Ludzi mam straszyć w autobusie? To za to powinno być płacone, to należy do czasu mojej pracy.

Czuję, że ten akurat uchodźca jest w stanie zakończyć moje współczucie dla kraju 

w stanie wojny, ale jeszcze próbuję zachować idealizm. 

- A czy teraz jest pan w pracy? 

- No tak, przecież widać – wskazuje na kombinezon. 

- No właśnie nie widać. Przerwa skończyła się godzinę temu, z hali produkcyjnej szedł pan do mnie czas jakiś, z czystymi rączkami, w czystym kombinezonie, jakiś czas studiował pan ten regulamin, trochę już dyskutujemy, co nie należy do pana obowiązków, a pracodawca za ten czas panu płaci? 

- Panu też płaci, a o której pan przychodzi do pracy? 

- Kwadrans przed rozpoczęciem pracy, bo tak przyjeżdża mój autobus. Ale uspokoję pana, nie patrzę na zegarek wychodząc po czasie, bo nie lubię zostawiać spraw na kolejny dzień. Nigdy nie wiem, jakie paradoksy przyniesie mi wyobraźnia pracowników dnia następnego. Z panem też się nie umawiałem, a jak silnie rozwija pan moje horyzonty. Tymczasem moja praca leży i właśnie od czterdziestu minut funduje mi pan zostanie po godzinach, choć to dla pracodawcy podwójnie nieefektywne godziny nas obu, prawda? 

- To co?! Może ja już i wysikać się nie mam prawa w godzinach pracy?! 

Wstał i zostawił za sobą łomot futryny, zanim zdążyłem zaproponować, żeby wrócił pod Chersoń i wspomógł rodaków w walce, skoro tu taka krzywda mu się dzieje. 


niedziela, 12 marca 2023

Expertka od rynku HR

Z kolejnym łykiem kawy uwaga podąża za wędrującym okiem. Tu zdjęcie przykuje wzrok, tam nagłówek i dopiero w zderzeniu z tekstem okazuje się, że ktoś robi ze mnie latawca, wyrwanego wysoko wprost z gumofilca, utytłanego w błotku zatęchłej ojczyzny. I tu objawienie! W trakcie lektury odkrywam, że znowu padłem ofiarą magazynu „Wysokie Obcasy”. 

Z biegiem lat upewniam się, że powinien on zmienić nazwę na „Różowe Okulary”. Ale skoro płacę za cały browar w prenumeracie, to i karmi spiję do końca. Szczególnie, że mała czarna jest bez szans w zderzeniu z zapędem autorek magazynu. Te zdecydowanie podnoszą ciśnienie na dłużej. To nawet nie kwestia poruszanych tematów budzi przymglony intelekt. Starania pań nie wykluwają nawet brzydkiego mizogina z mojej skorupki, to raczej sposób ujęcia tematu działa przemożnie. Zachodzę w głowę i nazwać tego nie umiem! Coś jak połączenie infantylizmu z perspektywą Warszawki, wzmocnione konsekwentnym odklejaniem rzeczywistochy od niej samej. 

Tym razem światłość przyszła ze słowem „ekspertki od rynku HR”, objawiającej światu i Patrycji Pustkowiak (nomen omen) meandry poszukiwania pracownika. Najwięcej do powiedzenia o mentalności, ambicjach i dążeniach kolejnego pokolenia, a także o komunikacji w zespole i jej roli, mają pańcie wypasione na standardach warszawskiego Mordoru i innych inkubatorów światowej przedsiębiorczości. Tudzież kołczerki, zanurzone w ściekach globalnego standardu zarządzania, odprowadzanych - nie bez oporu - na nadwiślańskie nieużytki. 

W ramach wstępu pani wszechwiedząca rozbawiła mnie oświadczeniem, że za brak zaangażowania pracowników w wykonywane zadania odpowiada niedostatek liderów z prawdziwego zdarzenia. Kierowników zespołów, którzy potrafiliby komunikować podległym pracownikom kurioza w stylu: „Co mogę zrobić, by twoja praca była prostsza?". Moja wyobraźnia nie podźwignie obrazu tak zatroskanego szefa, jednak próbuje. Pieczołowicie struga anioła Teofila, zstępującego do Marcina Kabata, by nabić mu fajeczkę niebiańskim tytoniem, jeśli pamiętacie kultowe „Igraszki z diabłem”. 

Pani ekspert od zarządzania ludem zdaje się zapominać, że życie to nie podręcznik spełnionej biurwy, a poza korpo jest jeszcze świat samorządów, urzędów, fundacji, rodzinnych firm, warsztatów, hurtowni, placówek publicznych, służb mundurowych, szpitali i interesów dziedziczonych po lokalnym kacyku, czyli dzisiejsza karykatura klasy średniej. Pod tą szerokością geograficzną liderem zostaje się zwykle pod wpływem wazeliny, donoszenia, polityki albo pokrewieństwa i innych zobowiązań wobec znajomego szwagra brata konia, w poważaniu głębokim mając profesjonalizm, a z nim standardy komunikacji. Na potrzeby naszych realiów postawę bossa charakteryzuje zasób w stylu: „ se nie radzisz, to sie kurwa zwolnij”.  Poziom samozajebistości lidera podpowiada mu bowiem, że u drzwi stoi milion chętnych do bechtania jego próżności. Toteż nie sądzę, żeby lud pracujący miast i wsi stawiał na piedestale motywacji uskrzydloną wizję lidera. Zniesie każdą obelgę (najczęściej osobnika ustawionego, nierzadko zwyczajnie głupszego), gdy znajdzie więcej monet na koncie.

Poza tym rekrutujący szukają pracowników w przestarzały sposób. Wciąż polegają na portalach z ogłoszeniami o pracę, a badania pokazują, że nawet 80 proc. młodych pracowników to kandydaci pasywni, którzy chcą, żeby to praca znalazła ich. To kolejny bon mocik tejże guru rekrutacji, który wykwitł mi z linijek i wyobraźnia zaraz pognała ku pomocy. Przytargała pluszową kanapę, na niej rozwalony dwudziestolatek, u jego stopy ślini się pańcia od pracodawcy. Gdy ogłoszenia nie działają ona rozchyla kolanka w spódniczce skrojonej podług firmowego dreskodu, wypina pierś cienką jak rosół z kostki, choć nie ma pewności, czy ono na leżance podjęło decyzję co do własnej płci. Ale nic to! Teraz sięgnie po mocny argument! Zaczaruje koszem świeżych owoców, skusi termo beczką z caffe latte na mleku sojowym, machnie zestawem diety pudełkowej w gratisie, a w zanadrzu przytrzyma służbową hulajnogę i najnowszy model ajfona. I tylko dreszczem niepokoju maca ją myśl: jak wyegzekwuje od leniwego kota realizację wyznaczonych zadań? Jak przekona do pracy, gdy już uda się zaciągnąć kandydata do firmy? Z jaką mocą objawi, że pracować jednak trzeba, wypada, powinno się, a w dodatku musi być efekt wypracowany dla firmy, nawet za nędzne siedem i pół na rękę! Zwłaszcza, że kandydat dotąd nie robił nic, jeno żerował na rodzicielce, tyrającej zwykle za cztery brutto. 

Żyjemy w świecie, w którym trwa rewolucja technologiczna. Już nie jest tak, że trzeba przyjść do biura na osiem godzin, podbić kartę, odsiedzieć swoje. Młode pokolenie zdaje sobie sprawę, że pracę można wykonywać wszędzie. Choćby siedząc przy stoliku na rajskiej wyspie. Tak oto dotarło do mnie, że na rynku pracy liczą się wyłącznie zajęcia biurowe oraz ranking influencerek i tylko tam istnieje zapotrzebowanie na pracowników niezbędnych. Innych zawodów i usług nie uświadczysz, nie na tę miarę czasów i rewolucji technologicznej. Wprost z rajskiej wyspy hydraulik zdalnie przepchnie rurę w apartamencie zamieszkiwanym przez gwiazdę „Wysokich Obcasów”. Mechanik wymieni jej olej w wypasionej furce przez aplikację, a ulubione sushi przesyła się mejlem z najbliższego oceanu. Owocuje nim rafa koralowa i tylko po wasabi trzeba kliknąć sąsiedni link. 

I w tym momencie wyobraźnia średnich lotów ustępuje pod naporem refleksji. Skąd biorą się takie obserwatorki rynku pracy? Jakie bicie piany je wyłania, a tuman utrzymuje? Kto im płaci i za co? Takie ekspertki są produktem mody i potrzeby sztucznie wykreowanej przez media. Jaka jest społeczna przydatność zawodów reprezentowanych przez kobietę, której poświęciłem za dużo linijek? Nieodparcie odnoszę wrażenie, że to jedna z prac malowniczo określanych jako bullshit jobs, czyli po naszemu: gównianych, wspomnianych zresztą w wywiadzie. Dlatego bohaterka mówi: Przeszłość nie wróci. Nie będzie powtórki z tego, co było przed 2020 rokiem, choć znam pracodawców, którzy nie przyjmują tego do wiadomości. Ale czy te zmiany są takie złe? Sama w czasie pracy wstawiam pranie, czasem odbieram dzieci ze szkoły, wychodzę z kimś na kawę. Czy to znaczy, że sobie bimbam?

Z pewnością nie nazwałbym tego bimbaniem, bliżej tu do żerowania. Dlatego można być jednocześnie w pracy, wstawiać pranie i odbierać dzieci ze szkoły. Nikt nie zauważy, że się nie pracuje, bo nikt nie upomina się o obecność, a jej brak nie przysporzy zaległości, nie spowoduje obsuwy odczuwalnej dla innych uczestników procesu. Nikt nie czeka na umówiony efekt działania w konkretnym czasie, bo to jedynie pitolenie farmazonów równoległych do życia, bez których toczy się ono równie sprawnie, co z nimi. Gdy jedni w rzekomej pracy wieszają pranie, inni wykonują zadania dopijając zimną kawę, bo nie mieli możliwości napić się cieplejszej, śniadanie jedzą o 13.00, a i tak nie dogonią wczorajszego dnia i na szczęście nie trafią nawet na mądrości ekspertki nawet w weekend, co mnie się przydarzyło.

poniedziałek, 29 kwietnia 2019

Niemcy w szkoleniu

- Dzień dobry… dzwonię w sprawie szkolenia, które organizujecie Państwo w Gdańsku, 9 maja. Czy już wiadomo, w jakim miejscu się odbędzie? I chciałem uzyskać potwierdzenie, czy otrzymaliście Państwo naszą kartę zgłoszenia?
- My organizujemy…? Ale to w Gdańsku? A… tak, to pewnie pytanie nie do mnie. Ja tu zajmuję się certyfikacją.
- Przepraszam, ale na karcie jest tylko ten numer kontaktowy i pani odebrała. Już dwa tygodnie temu do pani dzwoniłem, prosiłem o kartę zgłoszenia w Wordzie. Na stronie macie PDF, a trzeba ją wypełnić komputerowo. Wówczas też nie podawała pani innego numeru.
- No właśnie, sama się dziwię… ta nasza korporacja, wie pan… Niemcy coś wymyślą, a potem tłumacz się człowieku. To ja panu podam numer do koleżanki, bo ja tu siedzę w Katowicach, a szkolenie organizuje koleżanka z Bydgoszczy… chyba. 
- A czy moje zgłoszenie w ogóle doszło? 
- No przecież mówię, że nie ja to organizuję. Nie wiem, zajmuję się certyfikacją, ale dam panu numer do Agnieszki w Bydgoszczy… 691… . 
    Cisza zaświadczyła o poszukiwaniu, a tło wypełniły biurowe rozmowy na temat praw ojcowskich męża, który uchyla się od opieki i nawet dziecka nie odwiedza. Tymczasem szkolenie, o które pytałem dotyczyło obróbki cieplnej metali. Najwyraźniej przerwałem debatę o sprawach istotnych, a podsłuchiwanie cudzych rozmów wydało mi się nie na miejscu. Zagłuszyłem to próbą powrotu do rozmówczyni:
- Rozumiem, że pani Agnieszka będzie znała sprawę?  
- ... myślę, że powinna, niech pan zadzwoni… tak… najlepiej do niej, będzie coś wiedziała o pana zgłoszeniu. Pozdrawiam. 
    Odczekałem stosowną chwilę, aż przerywany sygnał w telefonie upewnił, że właśnie zostałem załatwiony. Wybrałem numer Agnieszki. Niestety, odezwała się Ewa, więc głos mi zadrżał z niepewności: 
- Dzień dobry… w Katowicach podano mi ten numer jako pani Agnieszki, nie wiem, czy dobrze się dodzwoniłem… 
- No właśnie, dzień dobry! Nie pierwszy to raz! Ciągle nie możemy dojść, kto to podaje i gdzie można skutecznie to zmienić. Taki niemiecki porządek w korporacji. Miesza centrala, a my zgłaszamy, prosimy i dalej podają mój numer jako Agnieszki i odwrotnie: jej jako mój. Fakt, kiedyś zamieniłyśmy się telefonami i ciągnie się to do dziś. Czwarty rok. W czym pomóc? 
- Szkolenie, w Gdańsku, 9 maja… chciałem usłyszeć, czy się odbędzie, gdzie konkretnie, w jakiej sali i czy moje zgłoszenie dotarło. 
- No widzi pan! To rzeczywiście pytanie do Agnieszki, bo ja zajmuję się tylko konferencjami, ale to nie problem, ona siedzi przy biurku obok, to może ja podam jej numer, bo akurat wyszła. Albo nie, ja mam pana, to ona oddzwoni. Pan dzwoni z Warszawy, tak? 
- Nie… z Gdańska, z pytaniem o szkolenie w Gdańsku… w maju, dziewiątego… 
- Dobrze, już pamiętam. Przekażę, zadzwoni do pana za chwilę. Pozdrawiam. 
    Już wiedziałem, że zostałem porzucony w kąt oczekiwania, niby miś pluszowy z wyłupanym oczkiem czy naderwanym uchem. I co teraz? Czekać do końca dnia na ten telefon? Dzwonić za godzinę? Za trzy? Z braku wyjścia zająłem się innymi zadaniami, których przybywało w zastraszającym tempie. Najwyżej pod koniec dnia zadzwonię jeszcze raz, z premedytacją, do pani Ewy, skoro nie podała numeru koleżanki. O dziwo Agnieszka oddzwoniła w ciągu godziny: 
- Dzień dobry, pan zdaje się telefonował z Poznania, w sprawie szkolenia w Gdańsku? Dobrze zrozumiałam? 
- Tak nie do końca, ale rzeczywiście chodzi o szkolenie w Gdańsku, konkretnie 9 maja . Chciałem się dowiedzieć, czy… 
- Oj, to przykro mi bardzo! To szkolenie na pewno się nie odbędzie, bo wie pan… jak ogłaszaliśmy ten termin, przeoczyliśmy, że w tym samym dniu prowadzący musi być na konferencji tu u nas, w Bydgoszczy… więc szkolenie, o które pan pyta, zostało przeniesione na wrzesień… chyba… ale pewności nie ma, za dużo się dzieje.
- A dlaczego nikt mi tego nie napisał? Wysłałem zgłoszenie dwa tygodnie temu z adresem zwrotnym i czekam na…
- Ale jakie zgłoszenie? Ja nie mam pana zgłoszenia, myślałam, że pan chce teraz zgłosić...
- Wysłałem 12 kwietnia, dokładnie, na jedyny adres podany na karcie, to znaczy: szkolenia, małpa…
- Oj to wysłał pan właśnie do Katowic, ale one potem nam nic nie przekazują, przepraszam… ale może pan przesłać na mój imienny. Czy może chce pan przyjechać na tę naszą konferencję w Bydgoszczy? Trochę inny temat, ale skoro już pan dzwoni…
- Nie, serdecznie dziękuję, z pewnością nie będę zainteresowany żadną organizowaną przez Państwa konferencją. Do widzenia Pani… miłego dnia życzę! 
- Szkoda, ale w trosce o naszych klientów czekamy na ich propozycję, więc może pan sam zaproponuje jakiś dzień we wrześniu na to odwołane szkolenie? Jaki panu najbardziej odpowiada? Bo w ten sam sposób będziemy ustalać ten dzień z pozostałymi uczestnikami, a na dziś mamy już sześciu na liście, nie licząc pana zgłoszenia, które koniecznie niech pan przyśle…

czwartek, 22 marca 2012

Nasz klient... srał go pies

❖Kliknij, żeby posłuchać tekstu w interpretacji autora❖

Panie, jak ja do pana leciałem, sam pan rozumie, późno już, a te gnoje bankowe mają do siedemnastej otwarte. Leciałem jak oparzony. Żonkę po drodze zgarnąłem, z przystanku znaczy, i grzejemy do banku, bo według nich, to my chyba za Gierka żyjemy, do trzeciej robimy i wolność. Kwota niby nieduża, co to za kwota jest na te czasy? Panie! Średnia krajowa będzie, a może i to nie. Ale za duża, żeby zwyczajnie, z bankomatu, bo kazali mi zabezpieczyć mniejszą dzienną wypłatę, na wypadek kradzieży karty niby. Podjeżdżamy, panie, pod ten oddział znaczy, ale jak to na osiedlu, między peerelem a kapitalizmem samochodu nie postawisz. Jak nie falowiec, to inny blok mieszkalny albo meblowy sklep, dyskont, fryzjer i bez szans na wciśnięcie. Mówię połowie, żeby szła do kasy, zanim zamkną, a ja tu najwyżej kogoś przyblokuję na moment, bo ile te drobne będzie wypłacać?

    Nie zdążyłem jeszcze pozycji zająć, a mnie żona za klamkę chwyta, autem szarpie, a blada przy tym, jakby zmarłą teściową zobaczyła, a ta jeszcze jej dostępu do konta pozbawiła, w ramach rekompensaty za utratę syna. Przeraziłem się nie na żarty, bo widzę łzy kobieta ma w oczach. Jak nic nygus jakiś rąbnął jej te krwawicę ciężko zarobioną, wyrwał z torebką, pomyślałem. Ale rozum mnie zaraz wraca, bo nie zdążył wyjść na dobre. Torebkę kobieta gniecie w dłoniach, więc co jest? Przecież nie mogła wypłacić takiej gotówki w trzydzieści sekund! Banku z taką kasjerką, bez kolejki, to u nas nie ma, jak Jana Pawła kocham, panie Mareczku. Nie ma takiej opcji. To się pytam: co jest, kochanie? A kobieta mi na to: „a gówno jest, Jasiu, wiesz?! Te menty, reniferskim cycem karmione, nie mają kasy w banku, rozumiesz? Takie teraz banki, że kasy w nich nie ma. Dosłownie i przenośnie”. Troszkę mnie przymuliło złe słowo w ustach żonki, zawsze ułożonej i grzecznej jak anioł proboszcza, więc się pytam, gdzie ją przenieśli, te kase znaczy? Irenka oddechu złapać nie może z bezradności, bo jej panienka bez okienka powiedziała, że najbliższa kasa w oddziale sześć kilometrów dalej. Ale to jej nic nie da, bo już zamknięta, do wpół do piątej czynna! Jeszcze inna kasa jest w oddziale o dwanaście kilometrów dalej, ale też pewnie do piątej. Panie! To ja już do łba mam za daleko, żeby to pokumać, jak Boga kocham! Gdzie my żyjemy? W dupie Eskimosa? Inteligencji nie starcza, żeby ogarnąć! Zganialiby mnie renifery bankowe jak psa, a swoich pieniędzy nie wydobędę?

    Chce pan pytać, czemu się z nimi zadaję? Bo mnie przymusili do rachunku jak kredyt brałem. Nie mam potrzeby płacić za prowadzenie rachunku kilku krwiopijcom naraz. Już się przyzwyczaiłem, że mnie szmacą na różne sposoby. O, dajmy na to korespondencja. Wiesz pan jak mnie załatwiają? Żeby mnie poinformować, ile zerżną z konta, w ramach odsetek od kredytu, mają taką agencją pocztową, co jest zawsze zdziwiona, że do pracy chodzę. Doręczyciel informuje mnie co kwartał, że nikogo nie było w domu między 10.00 a 11.30 we wtorek albo w środę i wrzuca awizo. Tyle że z tym awizo, to nie mogę iść do żadnej poczty, zapylam do kwiaciarni. Tak, panie, nie odwaliło mnie jeszcze, na awizo zawsze jest adres kwiaciarni, ale osiem kilometrów od mojego bloku stojącej. Tam uprzejma pani trzyma szafkę na kluczyk między tulipanami, różami i wiankami pogrzebowymi, a w niej pisma polecone i przesyłki. Rejestr odbioru w zeszycie, jak w spożywczaku na krechę. Z takim światowym bankiem przyzwyczaiłem się pracować, panie! Niech Bareja żałuje, że za szybko odszedł, bo „Miś” to przedszkole jak zestawić z tym, co można kręcić w Polsce z Unii Europejskiej.

    Pan myśli, że takie korporacyjne mendy, w innym banku, lepiej mnie potraktują? Klient im ważny póki nie zwerbują, a potem wiadomo: klient nasz, to srał go pies, niech lata jak durny za swoim i tak nie wyrwie szmalu jak już wpłacił. Prosty przykład jest. Jak te reniferskie żłoby tak mnie potraktowały, capy z roga pojone, ucałowałem Irenkę, uspokoiłem, i mówię: lecimy do drugiego banku, z oszczędnościowego konta uszczknąć, bo kasę mus oddać w gotówce szanownemu panu, ja tam długów mieć nie lubię, a dobroci panu nie zapomnę. Wchodzimy, a że dawno nie byliśmy w tym miejscu, bo po co, widzimy nowe blaty, światła, a przed oczyma świeci piękna tablica z kursami walut. Przy cenach flagi krajów elektronicznie falują, bajery skutery, prognoza pogody wyświetlona. Nic to panie, bo jeszcze milej: tylko jeden klient do kasy. Tak, panie! Prawdę mówię, pozytywny szok, w tym banku nie dość, że do osiemnastej pracują, to jeszcze kasę mają, jakiś starej daty bank, choć świeci nowością!
  
I tu koniec bajki. Przed kasą sympatyczny gość, na oko lat trzydzieści z haczykiem, może do czwartego krzyżyka biegnie, właśnie zwraca grzecznie uwagę panience w stroju pomarańczowo korporacyjnym: przecież na tablicy jest inny kurs, co mi pani liczy? Panienka: na tablicy jest zły. Klient: jak zły? Przecież wasza tablica, wasz bank, wasz kurs. Panienka: może pan złożyć reklamację na piśmie. Klient: ale po co mi reklamacja? Pani reprezentuje bank, więc pytam panią, po co okłamujecie złym kursem na własnej tablicy? Panienka: nie mam na to wpływu, to informacja z centrali, może pan złożyć reklamację. Klient: ale ja ją pani właśnie składam, a pani przekaże dalej. Panienka: mnie nikt nie posłucha, to klient musi się wypowiedzieć, może pan złożyć reklamację. Klient: więc dlaczego okłamujecie klienta innym kursem Euro na tablicy niż mi pani tu liczy? Panienka: na tablicy to kurs poranny, potem nie zmienili, ale może pan złożyć reklamację.

    Panie, no mówię, święty klient, ja bym jej chyba już wygarnął w ten rudy korporacyjny baniak i to w ramach tego, że mogę złożyć reklamację. Ale z drugiej strony, co ona winna, że jej na szkoleniach wtłoczyli w łeb zdartą płytę z tą reklamacją, nie? Siedzi bezradna jak klient. A gość rozwalony widać totalnie absurdem, wyjmuje portfel, płaci więcej niż miał zapłacić i grzecznie wychodzi z uśmiechem. Ja zaraz za nim i tu do pana. I tak sobie myślę, że jednak dobrze, że mamy te przelewy elektroniczne, opłaty, piny, bankomaty, bo nie trzeba chodzić do tych wysrajmózgów zastodolnych. Idzie człowiek wzdłuż takiego Wrzeszcza, panie, i co ma? Gdzie był obuwniczy – bank, gdzie był z koszulami – bank, gdzie był spożywczy – bank, gdzie był z parasolkami – bank, tu był z płaszczami – bank, tam był mięsny – bank, tam z czapkami - bank. I w każdym morze absurdu i odmóżdżone proceduralnie towarzystwo, w każdym bandycka lichwa w biały dzień. Jakby nie te internetowe przelewy, panie, ze skarpety w skarpetę bym przekładał, żeby nie zwariować.
Print Friendly and PDF