Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiara. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiara. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 stycznia 2026

Niezrzeszony wśród pieniaczy

W zimowe popołudnia, a szczególnie wieczory, przy świecy i kojącym plumkaniu jazzu snują się niespieszne myśli. Jedna z nich męczy mnie odkąd ukojenie zburzyła kłótnia partyjnych głów z telewizora, nieopatrznie zostawionego w sąsiednim pokoju. 

Dlaczego nigdy nie kręciła mnie polityka? Znakomitej części społeczeństwa rozpala zmysły, rodzi miliony memów w sieci, chyba więcej niż poświęconych pracy zarobkowej, relacjom małżonków, zmaganiom płci, edukacji czy zdrowiu i kulturze razem wziętych. Pod postami politycznymi zawsze najwięcej ustawek, chamstwa, agresji i przemocy w komentarzach. Jakby sens doniesień sprowadzał się do roli paliwa napędzającego irracjonalną potrzebę awantury. W domach skłócone rodziny, zerwane znajomości i przyjaźnie w imię wojenki polsko-polskiej, każdego z każdym, z powodów w gruncie rzeczy abstrakcyjnych i nazajutrz nieważnych. Aż strach pomyśleć, ile pary naród puszcza w gwizdek po nic. A rzeczywistość coraz bardziej przaśna. 

Odśnieżenie chodnika, wypchanie komuś auta z lodu na parkingu, wniesienie zakupów przysłowiowej staruszki na piętro bez windy czy zrzutka na Siepomaga.pl  czynią więcej realnego i namacalnego dobra niż jałowe naparzanki polityczne eskalujące złe emocje. Dlaczego ludzie tak kochają czuć się najmądrzejsi politycznie i zawsze wiedzą lepiej niż ci, którzy wiedzą inaczej? A wszyscy uprawnieni, by pluć jadem w bliźniego, który bliźnim za nic być nie może. Nie wiem, czy dominują w tym faceci, ale ostatnio ujęły mnie słowa nieodżałowanego Tadeusza Konwickiego, który w Pamflecie na siebie pisał:

Rozwój cywilizacji odebrał panom wiele możliwości hazardowych. […] Podbijanie niepodległych pań także straciło na znaczeniu, bo panowie poddali się uniseksowi albo uprawiają miłość między sobą. Została więc tylko polityka, zadowalająca ową odwieczną żyłkę hazardu i ryzyka. Dlatego do tej nieszczęsnej polityki z obłędem w oczach pchają się wszyscy. I analfabeci i uczeni, kopnięci w móżdżek i dewianci, zboczeńcy seksualni i impotenci. Polityka, to ziemia obiecana dla wszystkiego, co niewydarzone na naszym biednym globie. Losowanie posłów z całego społeczeństwa uchroniłoby nas, choćby częściowo, od łagrów, kacetów, Hitlerów, Stalinów i tych nieznanych jeszcze dręczycieli, co na razie bawią się w piaskownicach. 

Choć od wydania książki Konwickiego minęło trzydzieści lat, bardzo niewielu wyszło z piaskownicy. Do wymienionych wyżej cech “niewydarzonego” dodałbym dziś lawinowo narastającą pazerność oraz opanowaną do perfekcji sztukę kumoterstwa i robienia większego idioty z wyborcy niż z siebie samego. A swoją drogą, odkąd dzień w dzień media walą w nasze głowy kolejnym doniesieniem o erupcji fajerwerków z pomarańczowej głowy narcyza prerii, zyskuję przekonanie co do logicznej dosyć prawidłowości: im większa liczba prostackich umysłów elektoratu, tym bardziej żenujący przywódca z  jego wyboru i mocniej zahukana garstka "wykształciuchów". Zatem losowanie kandydata w miejsce kampanii wyborczej mogłoby rzeczywiście uchronić niejedną demokrację przed ruiną. Ale kto usłucha pisarza?

Gdy analizuję własną niechęć do polityki, odkrywam, że jej korzenie sięgają dosyć głęboko. Początki swe bierze w podejrzliwości wobec tego, co zbiorowe. Chrzest prawdy o działaniu grupowym przeszedłem dosyć szybko. O ile pamiętam na etapie wczesnej szkoły podstawowej, gdy postanowiłem zostać zuchem. Poszedłem na pierwszą zbiórkę, do której zachęcały całkiem sympatyczne druhny wbijające na lekcję plastyki. Wieczorem, w dosyć posępnej i obskurnej szkolnej harcówce, umieszczonej w suterenie tysiąclatki, rzeczone druhny zebrały składkę na naszą działalność i wyznaczyły termin kolejnej zbiórki “na za tydzień”. Po upływie siedmiu dni czekałem wraz z grupą, równie naiwnych jak ja, najpierw na ganku zamkniętej szkoły, później obok, pod latarnią, na kamiennym murku ulicy Lipowej. Bezskutecznie. Ani zbiórki, ani druhny, ani kasy, bo był to zwyczajny prototyp metody na wnuczka… a raczej na zucha. 

Rzeczone panny, po kilku latach, okazały się znanymi w mieście gwiazdami taniej miłości pod wezwaniem pobliskich koszar. A ja wówczas – trudno powiedzieć jak inne niedoszłe zuchy - zebrałem lanie w domu za okłamywanie rodziców. Jako dziecko przed pierwszą komunią nie dysponowałem zegarkiem na rękę i okazało się, że czekanie na zbiórkę trwało tak długo, aż ojciec został wysłany przez matkę z misją odnalezienia dziecięcia zagubionego w akcji. Szkoła, jako rzekłem, była zamknięta. A że “nie wiadomo, gdzie się szlajałem”, cięgi przypadły na mój niewinny zadek. Kilka lat późnej ochoczo przyznałem rację koledze z bloku, który pasjami pucował w piwnicy poniemiecki motocykl NSU i mawiał, że harcerstwo to pierwszy krok do komunizmu. Organizacje zbiorowe, skupione wokół gadania, pokrzykiwania i zdobywania sprawności, prędzej czy później ocierają się o wypaczenie idei, ściemę, hierarchię, konflikt władzy, chciwości, chorych ambicji, zniewolenia i podporządkowania grupy członkom nie zawsze mądrzejszym, ale bezwzględnie korzystającym ze sztandaru z patetycznym hasłem. Taka jest człowiecza natura i choćby żabami padało nic tego nie zmieni.

Zastanawiać może fakt, czy jest to przypadłość rdzennie polska, wynikająca z narodowego temperamentu? Czy może ciągnący się skutek wyniesionej w genach komuny, zaradnego krętactwa, cwaniactwa i poczucia, że wszystkich wokół można i trzeba robić w wała, żeby wspiąć się po łbach głupszych od własnego na najwyższy konar, z którego i perspektywa szeroka i wszystkim można nasrać na kaszkiet?

I nie ma znaczenia, czy jest to partia polityczna, która nie umie wybrać wodza, Oaza przykościelna czy inne apostolstwa w duchu oraz stowarzyszenia pocieszenia wszelkiego i ratowania uczuć. To, co grupowe skupia jednostki niepewne siebie i własnej wartości, przez co grozi zamknięciem w sekciarstwie. I w imię oblężonej twierdzy bronić będzie choćby zabawkowego krzyżyka nad klatką chomika, niepytanego o wyznanie. Z każdej takiej grupy, która wrzeszczy pod wezwaniem, wyłoni się w końcu mniej lub bardziej skuteczny Bąkiewicz i przepuści przez durszlak wodę po mózgach pieniaczy. Mediom wetknie w dziób sensacje, ośmieszy społeczeństwo, podkręci polaryzację ku radości skarlałych duchem i intelektem. 

Najzabawniejsze, a może jednak bardzo tragiczne jest to, że im więcej na sztandarach wiary, krzyża, zbawienia i Najświętszej Panienki, tym mocniejsza nienawiść na ustach, wściekłość w sercach, agresja w przekaziorach. Ślepa żądza odwetu wiedzie lud na barykadę, nawet jeśli po drugiej stronie nie widać wroga. Nie wychodzi na świat z głowy obrońców stojących coraz dalej od ducha Ewangelii, miłości, pokoju i dobra, o której jakby nigdy nie słyszeli w amoku obrony wartości, z których sami szydzą.  Beleczka we własnym oku najmniej uwiera, więc sięgają po drzazgi w oczach nieobecnych, niezainteresowanych, co najwyżej kpiących memem, nie tyle z wiary, co z jej wyznawców. Jakby sama nie mogła się obronić, skoro czyni to skutecznie przez dwa tysiące lat. Na memy każdy temat jest równie dobry co chwilowy i nie ostatni z całą pewnością. 

Na pewno żyjemy w czasach jakiegoś końca, bo zdewaluowano już wszystko z checklisty wartości. Pozbyliśmy się radośnie tego, co wyznaczało azymut sensownego współistnienia i współdziałania. Co prawda została jeszcze Orkiestra Świątecznej Pomocy i niech trzyma ten naród w poczuciu wspólnego celu. Niech gra do marnego końca świata, a nawet kilka dni dłużej, Choć i tu strach pomyśleć, co z niej zostanie, gdy zabraknie Jurka.


wtorek, 31 marca 2020

Idąc pustymi ulicami

❖Kliknij, żeby posłuchać tekstu w interpretacji autora❖

Trudna albo dziwna sytuacja. Patrzę w migający kursor, chciałbym napisać coś mądrego, ale w obecnym czasie nic nie gwarantuje sensu. Media, bez względu na ich charakter, szpikują odbiorców tym samym, podkręcają histerię: koronawirus, epidemia, lęk, brak środków ochrony, lekarze uginający się pod ciężarem walki, a nad tym cynizm rządzących, byle zostać przy korycie. Dramat zamkniętych we własnych mieszkaniach, domach, a może jeszcze większy ten małych przedsiębiorców, pozostawionych przez państwo - jak zwykle - samym sobie. Groźba recesji, a może kryzys światowy i wszędzie czarna flaga, bo nie wiadomo, jak długo to potrwa i w jakim stopniu zmieni świat. Gdyby spędzić jeden dzień tylko przy wiadomościach i komentarzach, w portalach społecznościowych, można wylądować w wariatkowie, oczywiście pozbawionym lekarzy, ewentualnie popełnić seppuku. 

  Czy dziś pisanie felietonu może dotyczyć czegoś poza? O epidemii mówi się w kółko, ale każdy inny temat brzmi wtórnie i jałowo. W takich chwilach próbuję iść o krok dalej. Szczególnie, że mam to szczęście w nieszczęściu – w przeciwieństwie do wielu – wychodzę codziennie do pracy. A kroków stawiam sporo, bo wracam pieszo przez opuszczone ulice i skwery. Mijam pojedyncze osoby, często zakapturzone i z maseczkami na twarzach. Patrzę na kamienice, bloki, mieszkania dwupoziomowe z poddaszem i z reguły na początku drogi rodzi to myśli optymistyczne: więc jednak można żyć w zwolnionym tempie, jest nadzieja na przyszłość. Pracownik, który zostaje w domu jest spokojniejszy, bardziej wydajny, bo niezrywany o świcie. Nie stoi w korkach i nie nabrzmiewa frustracją. I ta oszczędność energii dla przedsiębiorstwa i mniej dwutlenku węgla w powietrzu, gdy samochody zostaną na parkingu. Szkoda, że z koszmarnego, a nie racjonalnego powodu dochodzimy do sedna sprawy. I tylko kontrolować trudniej najmitę, choć może nie potrzebuje aż tak nadzoru, jakby się prezesowi wydawało? Jeśli realizuje zadania w wybranej przez siebie godzinie, a robi to skutecznie i terminowo, po cóż mu bat nad głową?

    Zaraz potem nadciąga ciemniejsza chmura refleksji, groźba izolacji. Za ścianami najbardziej wypasionych lokali narasta frustracja, która z dnia na dzień gęstnieje i szuka ujścia. Jeszcze rozładowuje lęk niepewnej przyszłości memami, prześciga się w mniej lub bardziej zabawnych filmikach na fejsbunia, ale tu i ówdzie puszcza parę w gwizdek hejtu sieciowego, wymierzonego w imigrantów, szczególnie Azjatów, ale nierzadko w lekarzy i pracowników służby zdrowia, nauczycieli, urzędników, rejestratorki z przychodni. Niewykluczone, że przeniesie się na powracających masowo z zagranicy, a z czasem na myślących inaczej, bo kto wie jak długo potrwa zamknięcie. Czym zakwitnie, gdy wszyscy będą mogli wyjść na ulicę? W optymistycznym wariancie zwycięża myśl o rodakach spragnionych konsumpcji, spotkań w restauracji, nadrabiających straty kinowe i koncertowe. Ale jeśli wyruszy w świat mściciel szukający odwetu? Może jednak nie, skoro wokół tylu inicjatorów szycia maseczek ochronnych, drukowania w 3D osłon dla pracowników służby zdrowia, wolontariuszy roznoszących obiady dla starszych, robiących im zakupy, wyprowadzających psy na spacer. Duch solidarności zwycięża frustrata plującego jadem? Razem z Wami bardzo chcę w to wierzyć i nie dopuszczam wrony gorszych myśli.
   
A gdy o duchu mowa, w czasie zarazy nieuchronnie przywodzi myśl o wierze. W tej kwestii - jak to u nas - podział. Nie, nie o tym politycznym myślę, że Kościół dla postępowych jest bardzo be, a dla wstecznych jedyna arka ocalenia... i pozamiatane. Gdy wędruję pustymi ulicami, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że coraz ciężej wisi w powietrzu pytanie o sens wiary. Czy już tylko rutynowa ma się dobrze? Ta w wersji ludycznej, zanurzona w bezrefleksyjnej obrzędowości i rytuale, gotowa w każdej sytuacji szukać kary za coś tam? Wyhodowana na strategii potępienia, obrazie srogiego Ojca, który tylko czeka, by strącić grzesznika w ogień lub przypiec rozpalonym pogrzebaczem za brak paciorka wieczorem, taka wiara broni się sama, bo ruguje pytania o sens. 
    
     Tymczasem idę i myślą ocieram się raczej o wiarę stawiającą trudne pytania, najtrudniejsze, bo bez ostatecznej odpowiedzi. O wątpiącą, poszukującą tak samo obecności Boga jak drogi do Jego rozumienia, czy przełożenia na nasze ułomne pojmowanie. Wiarę, która nie podnosi krzyku z obawy o zamykanie kościoła w trudnym czasie, bo przekłada to na wymóg miłości bliźniego i troski o jego stan zdrowia jak o własne. Odnoszę wrażenie, że dziś szczególne wątpliwości ma ta nieafiszująca się, zamknięta w ciszy własnego pokoju, przy świecy. Może już nie wie, o co się modlić? Uznać pandemię - w pełni ufności - za Boży drogowskaz? Prosić o rychły koniec świata stojącego na roszczeniach i żądzy? Usłyszeć w tym wołanie zrozpaczonego Ojca, wychodzącego na drogę, wypatrującego powrotu marnotrawnego? Czy jednak prosić o ocalenie i nową szansę dla ludzkości? Nawet, jeśli tak ciężko w tę odmianę uwierzyć, skoro ludzka materia pozostaje oporna wobec każdej nauki.

     Gdy ucichnie albo skończy się stan zagrożenia, ile razy padnie sztandarowe w podobnej okoliczności pytanie: gdzie był Bóg? Czemu milczał, jak w czasie bratobójczych wojen i holokaustu? Ile razy usłyszymy odpowiedź, że wcale go nie ma? Oto kolejny dowód. Może nawet kiedyś tam stworzył świat, ale o nim zapomniał. Albo ukrył oblicze i wcale nie jest miłosierny, choć tak bardzo byśmy chcieli. Jest tylko siła natury, która przy pomocy epidemii daje człowiekowi prztyczka w nos, obnaża pozorną wielkość jego panowania.

    A jeśli przewrotnie zmienić kierunek pytań? Gdzie jest człowiek, skoro nie słuchał Boga miłości, którego obraz przyniósł światu Jezus? Odrzucił Go, by ubóstwić odbicie w lusterku. Poszedł za swoim chciejstwem, pychą i pazernością. Czy nieopatrzne rozumienie czynienia sobie Ziemi poddaną, zamienione w jej totalną destrukcję i wyjałowienie - bo po nas choćby potop - nie jest zamurowaniem głosu kochającego Ojca w świątyniach, proroczych księgach, w Piśmie Świętym, w muzeum kultu? 

Takie myśli też mam idąc pustą ulicą. Że człowiek dziś, to wciąż tak samo stworzenie obdarzone rozumem i wolną wolą, ale za wszelką cenę nie daje Panu Bogu i sobie samemu szansy na miłość. Nie chce o niej słyszeć, a co ma zrobić Ojciec, żeby nim potrząsnąć i dotrzeć do człowieczeństwa, żeby spróbować obudzić miłość w miejsce hejtu? Czy ma jeszcze jakieś inne narzędzie niż sianie niepewności, lęku i trwogi, które nagle intensywnie i skutecznie nakręcają ludzką solidarność? Czy człowiek pozostawił Mu inną możliwość zawołania o opamiętanie, przypomnienie znikomości naszego tu i teraz, gdy zło przez wieki zwycięża, a historia niczego nie uczy?

wtorek, 27 sierpnia 2019

Kościół normalsów

❖Kliknij, żeby posłuchać tekstu w interpretacji autora❖

Ten stan pojawia się co tydzień, każdej niedzieli. Przeczucie typowe, a za każdym razem zadziwia. Wdycham mistyczne zapachy zwietrzałego kadzidła, drewna i gipsu, gdy cisza prawie namacalnie sączy Jego obecność z blasku czerwonej lampki przed tabernakulum. Jest wyczuwalna w przestrzeni przesiąkniętej modlitwą i wypełnia od środka spokojem. Ma moc przemiany upływającego czasu w ciągłe teraz, w którym nie ma społecznego napięcia, jest oczekiwanie. 

     W milczeniu znika wrzawa podziałów, nienawiści, złości i bezsilności i uśmiecham się do innej myśli. Dziś nie ma komu i gdzie mówić o Kościele mistycznym, jakby w nim Boga nie było, pozostał jedynie front zmagań o instytucję przez ludzi i dla ludzi stworzoną.  

  Podobnie nie sposób mówić wyłącznie za siebie. Jeśli tylko wypowiadasz słowo Kościół, natychmiast rozszarpią cię kruki i wrony. Musisz stanąć po jednej ze stron. A jeśli nie masz takiej potrzeby lub ochoty? Jedni wbiją cię w szufladę zdrajcy polskości, leminga w najlepszym razie, a drudzy wyzwą od nacjonalistów, ciemnogrodu albo tępaków. Dziwić się będą, że człowiek myślący i wykształcony może do takiego Kościoła należeć. Bo jak wiadomo Jezus Chrystus wszem i wobec ogłaszał listę osób, dla których nie przyniósł zbawienia i podkreślał czerwoną kredką fałszywych proroków, kaznodziejów ubogich rozumkiem, pedofili i osoby homoseksualne, na równi zresztą z celnikami i kobietami lżejszego prowadzenia, a zawsze ku radości faryzeuszów maści wszelkiej. Wybij więc sobie z głowy, że Zbawiciel pojawi się tam, gdzie dwóch lub trzech gromadzi się w imię Jego. Dziś musisz dać się zawłaszczyć jakiemuś stadu i wzmocnić je swoją osobą albo człowieczeństwo odbiorą i wykluczą spośród żywych. Dokładnie tak, jak pisał niedawno Dariusz Rosiak: wojna kulturowa to świat podobny do starcia Pepsi z Colą – marketingowcy przekonują cię, że wybierając jedną z nich, kreujesz swoją tożsamość. Podobnie, przyłączając się do jednego z obozów wojny kulturowej, dostajesz gwarancję, że stajesz po właściwej stronie. Warunkiem jest wyłączenie myślenia i zaprzedanie politykom jeśli nie duszy, to na pewno rozumu. Nie będzie ci potrzebny. („Tygodnik Powszechny”33/2019).

  A ja, nieuleczalny wiejski głupek, idę do swojej świątyni i medialny Kościół łagiewnicki jak i toruński za cholerę nie mogą we mnie zaistnieć. Klękam i znika fundamentalizm „Naszego dziennika” na równi z otwartością miesięcznika „Więź” czy „Tygodnika Powszechnego”. Jestem mały, grzeszny ja i wielki On, w figurze rozpostartych ramion, ponad ołtarzem i pod dachem, w geście ogarniającego miłosierdzia, które nikogo nie pomija. Cierpliwie uczy kochać każdego, większego i mniejszego ode mnie i jakoś od pół wieku wszystkie ideologie, od czarnej przez czerwoną po tęczową, budzą jednaką niechęć i każą trzymać się z daleka. Nie mam złudzeń: dzięki nim mniejszość próbuje tumanić większość, a historia uczy, że nikomu na dobre to nie wyjdzie. 

O ile piękniejszy i bliższy niebu staje się Kościół w milczeniu, gdy pojedynczy ludzie bez łatek, politycznych nalepek, bez zacietrzewienia i lęku przed obcym, klęczą tu i tam, ukazując jedynie bezideowe plecy zanurzonych w modlitwie. A przecież znaczna część wiernych, zapełniających setki kościołów kraju, słucha różnych pasterzy i antypasterzy, całkiem jakby słuchali Bułgarów i Greków. Bez przesadnego zrozumienia, często uciekając myślą do lodówki i kuchni, bo obiad trzeba ugotować po powrocie. Jedni mają szczęście do świętych kapłanów, oddanych Chrystusowi, inni nieszczęście słuchania ograniczonych umysłowo, nadętych i różniących, budzących niechęć do innego. Ale też cwaniaków w sutannach, troszczących się jedynie o siebie i swój status materialny albo arcypasterski, w żywe oczy kpiących z przesłania Ewangelii. I nie każdy wierny może odejść do innej parafii. Nie oszukujmy się, nie wszyscy żyją w wielkich miastach i uciekną do dominikanów. Wielu wierzących nie jest też w stanie odróżnić zbawczego dzieła od domykania oblężonej twierdzy, od podkręcania obłędu, którym wyrachowana część kleru steruje, szerząc postawy coraz dalsze od nauki Zbawiciela.

     Czy należy od ręki przekreślać słuchających arcybiskupa Wojdy, Jędraszewskiego, Głódzia, albo manipulatorów i biznesmenów pokroju Rydzyka? Podejrzewać o brak rozumu i przyzwoitości? Czy raczej jedynie o ograniczenie intelektualne i wychowanie w złym klerykalizmie, o którym wspomina sam papież Franciszek? A może to tylko zwykła ignorancja? Czy nie tu pies pogrzebany? Większość to przecież katolicy ludyczni, odpustowi, rytualni, ale samotni i wyrzuceni na margines zmian. Z różańcem i książeczką w dłoni, są w pełni przekonani, że tak trzeba, tak ich wychowano i nauczono, bo tak robi dobry człowiek, choć żyje po swojemu. Dla nich nawet Matka Boska jest Polką, bo przecież Matka Boska Częstochowska, to jaka ma być? Jedni żyją przyzwoicie, inni z przyzwyczajenia. Jak w każdej grupie społecznej, w każdej sekcie, partii, stowarzyszeniu. I jak w każdej dziedzinie, tak i tu trzeba obawiać się aparatczyków, tak partii jak religii. 

  Nie podniecajmy się wizją upadku Kościoła normalsów. Jego istnienia nie zmiecie ani gender ani LGBT, ani medialni jego hierarchowie, choć dziś im akurat najbliżej do destrukcji i nikt równie skutecznie jak oni nie wyrywa młodych z objęć Jezusa. Ale też nie ma takiej opcji, że naraz wystąpią wszyscy i biskupi potwarcy zostaną sami, bez stołka i podległych duchownych, parafian, a instytucja upadnie. 

  Znakomita większość "wiernych" to ludzie, którzy przez całe życie trwali w świecie czarno-białym. Ktoś im mówił, gdzie jest zło, gdzie dobro, wyznaczał granice, a wielowiekowa tradycja stawiała biskupa na świeczniku i większość z nich na tym dziś żeruje. Stuleci tradycji nie da się zdmuchnąć w jednym dziesięcioleciu. No chyba, że przyjdzie koniec świata. A jeśli nie? Wierzę, że Kościół będzie się oczyszczać, ewoluować i szukać nowego kształtu. Jak wierzę, że musi podążać drogą niezgody i wcale niewykluczone, że dzisiejszy obraz Chrystus zapowiadał mówiąc: Czy myślicie, że przyszedłem dać ziemi pokój? Nie, powiadam wam, lecz rozłam. Odtąd bowiem pięcioro będzie rozdwojonych w jednym domu: troje stanie przeciw dwojgu, a dwoje przeciw trojgu; ojciec przeciw synowi, a syn przeciw ojcu; matka przeciw córce, a córka przeciw matce; teściowa przeciw synowej, a synowa przeciw teściowej. (Łk12, 51-53.). 

Gdy czytam te słowa jakoś nieuchronnie przystają mi do doniesień publicystów i socjologów mówiących o skłóceniu rodzin przy świątecznym stole, o wyrzucaniu z grona znajomych, tych, z którymi nam nie po drodze, o zaniku więzi i umiejętności dyskusji dla samej dyskusji. Z jednej strony podziały w rodzinach i domach, z drugiej płonące lasy Amazonii i pożary Syberii, z trzeciej tajfuny i ulewy… niewykluczone, że jednak bliżej nam Apokalipsy św. Jana niż do odnowionego Kościoła normalsów. Bo jednak tych, co po niedzielnej Eucharystii idą na spacer i kawę, a poniedziałek zaczynają od śniadania i zawiezienia dzieci do szkoły jest – mam wrażenie – ciągle znacznie więcej niż otępiałych fanów ideologii wszelkich, od świtu szukających tasaka oddzielającego polskość od tęczy.

środa, 17 maja 2017

Bezradność jak kij

Są tacy, którzy uważają mnie za pyskacza. Są tacy, którzy mówią, że moim jęzorem można by nogi golić. I wówczas nie mam nic przeciwko, szczególnie gdy nogi kobiece i to w każdym tego słowa znaczeniu. Są jednak takie dni, gdy całe moje wygadanie, wyszczekanie, riposty, ironia i złośliwość wkopują się w piasek na wyścigi ze strusiem stereotypów, któremu wstydliwie ulegam szybciej niż myślę. Są takie dni, gdy wypracowana, a może i wrodzona, skłonność do polemiki oddaje pole. Zdaje się psu na buty i dopiero po czasie przychodzi owo słynne: mogłem mu powiedzieć… gdyby nie bezradność właśnie. Ale może najpierw scenka rodzajowa.

    Niedziela, gdańskie Przymorze, kościół w środku osiedla. Koniec Mszy, ludzie wylegają na plac i gromadnie przechodzą przez pobliską uliczkę, traktując jezdnię jak drogę z Kościoła po prostu. Każdy przechodzi gdzie mu bliżej, bez szukania przejścia, bo droga biegnie przez całe osiedle. Przejścia są, nawet dwa, o kilkanaście metrów od siebie, ułożone na wysokich progach zwalniających. Przed progiem z prawej strony zatrzymuje się samochód, przepuszcza nieznaczny tłumek. W tym samym momencie na próg z lewej strony wjeżdża samochód, którego kierowca za nic ma fakt, że na środku jezdni znajduje się starsza kobieta i kilka innych osób, jedzie. Byłem o trzy metry od maski tego samochodu, więc wyszedłem na jezdnię, żeby zmusić prowadzącego do zatrzymania, z wyrzutem patrząc mu w oczy. Zatrzymał samochód, otworzył okno i skierował do mnie typowe w takich sytuacjach słowa: „Ma pan jakiś problem?” Zerknąłem w twarz, na której znalazłem kiludniowy zarost i w wyrazie coś jak połączenie osiedlowego Seby z mieszkańcem strzeżonego osiedla. Zerknąłem na tablicę samochodu, a tam początek na W… i już zagrały stereotypy. Gdzieś pod czaszką jaskrawo pulsował neon: „gadaj z dupą, to cię osra”. Posłuszny ostrzeżeniu rzuciłem krótko: to jest droga wewnętrzna. Ruszyłem dalej nie szukając polemiki, ale dolałem tym oliwy do ognia. Krzyczał coś do mnie on i niewiasta jego, że żadna droga wewnętrzna, że się nie znam i słońce mi za mocno przygrzało i coś tam jeszcze obraźliwego. Nie dosłyszałem, bo w jego stronę odwróciła się kobieta idąca przede mną i z determinacją w głosie krzyczała: „no jaki cham! Nie dość, że na ludzi wjeżdża to jeszcze pyskuje, gdy mu grzecznie uwagę zwrócić! Wczoraj taki sam mało mnie tu nie przejechał! Bydlak!”.

    A mnie dopadła bezradność i zdzieliła w tył głowy. Bezradność jak kij twardy, co ma dwa końce i kij ten, co zawsze się znajdzie, gdy chcesz psa uderzyć. I kij samobij, którego razy najbardziej bolą. Najwyraźniej doszedłem do granicy, do momentu, gdy w zderzeniu z bliźnim bezradność jest silniejsza ode mnie. Ale czy na pewno z nim? Może dotarłem do granicy uległości wobec stereotypów kulturowych? Albo do granicy biegnącej pomiędzy postrzeganiem siebie jako lepiej wiedzącego a byciem zawalidrogą na ścieżce rodaków wyłącznie w siebie zapatrzonych? To jest ten rodzaj bezradności, która iskrzy na styku zewnętrznego polactwa z moim własnym brakiem pokory. Na linii życzliwości, empatii i dżungli polskiej, wymuszającej zasadę: maszeruj albo giń.

    W niedzielne popołudnie, przed kościołem, dałem sobie prawo być wściekłym bardziej na kierowcę czy na siebie? Poddałem się kijom samobijom, bo nie miałem racji w kwestii prawnej? To, że drogi poprzeczne od tej jednej oznaczono jako drogi wewnętrzne, nie musiało znaczyć, że ona również ma taki status. Prawo było po stronie kierowcy, który się na mnie wydarł. Zgodnie z prawem mógł winić stado pieszych i jechać im po piętach? Ale czy w związku z tym nie mogłem oczekiwać od niego zwykłej ludzkiej życzliwości wobec znajdujących się na jezdni? I co wówczas miałbym odpowiedzieć na jego pytanie: „Ma pan jakiś problem”? Z uśmiechem przemówić w duchu: „Mam problem natury empatycznej. Zastanawia mnie, dlaczego kierowcę z tamtej strony stać na zatrzymanie samochodu, a łaskawy pan jakoś się nie kwapi?”. Przecież w gruncie rzeczy o to mi chodziło, a nie o rozstrzyganie z jakiego rodzaju ulicą mamy do czynienia. Dlaczego zatem przed kulturę osobistą wychodzi kulturowa klisza i błyskawicznie łączy znaki: „wygląd Seby, tablica rejestracyjna na W… i agresja na drodze, więc nie ma z kim gadać, chama trzeba chamstwem, inaczej nie pojmie. No to buch mu pod maskę, niech stanie”.

    Jeśli tak, czemu pałuje kij samobij i okłada bezwzględnie: z kościoła wyszedłeś i już na progu zwalniającym zgubiłeś miłość bliźniego? Wystarczyło z uśmiechem poczekać aż przejedzie i dalej iść do własnego życia. Tymczasem postradałeś pokorę, stajesz się zaczepny i podążasz na sznurku stereotypu wprost do konfrontacji. Nie umiesz w tak banalnej sytuacji po prostu ustąpić, bo tu nawet nie trzeba było policzka nadstawiać. Ale czy pokora, uśmiech, miłość bliźniego w czasie marnym nie daje przyzwolenia tym wszystkim Sebom, Januszom, Grażynom? Czy nie zezwala być aspołecznym, coraz mocniej roszczeniowym? Skoro nikt im łokcia nie przetrąci, uprawomocnią na własne potrzeby przekonanie, że świat wokół to ich prywatny paśnik. I tu kij samobij odsłania drugi swój koniec, a tam wypisany jest również Ewangeliczny nakaz: gdy brat twój zgrzeszy przeciw tobie, idź i upomnij go. Podejrzewam jednak, że aktualnie upomnienie takie wywołuje, co najwyżej, zajady od śmiechu, a bezradność pokojowego działania w miłości, rodzi tylko frustracje. Dlatego coraz trudniej kochać ludzi i w większości przypadków wcale nie ma do czego się spieszyć, nawet gdy zbyt szybko odchodzą. Coraz trudniej rozpoznać kto jest moim bliźnim, a dla kogo jestem tylko przeszkodą do marchewki, więc kijem mnie usuwa. 

wtorek, 2 sierpnia 2016

Na gorąco, bez entuzjazmu

Odetchnąłem z ulgą. Już po… i wszystko wróci do normy. Pora zmienić azymut, odwrócić się od chrześcijańskiego podskakiwania w radości ku katolickiemu skakaniu do gardeł, opluwaniu i dzieleniu na patriotów i obywateli gorszego sortu. Wreszcie odleciał, dzieciaki wyjechały, przestanie się rozwadniać słusznie stężałe umysły. Za dzień, dwa kurz nowej walki pokryje pamięć Światowych Dni Młodzieży i zatrze w zbiorowym wspomnieniu obrazek Papieża jadącego przez Kraków tramwajem. Nim Jego samolot zniknął w powietrzu, wracamy na swoje miejsce. Z zaciśniętą w wargach złością, bezsilnością i pewnością swojej racji zakończymy festiwal młodości, entuzjazmu i ciekawości innego. Łapię ten polski kwaśny oddech z ulgą i jakby podwójnie. Z jednej strony minął czas udawania, że stać nas na więcej i nie czuję winy, że na starcie tego wydarzenia nie umiałem wzbudzić ani grama entuzjazmu i zainteresowania. Z drugiej: wolę jednak prawdę niezawoalowaną, nawet najsmutniejszą, ponurą, prawdę widoczną gołym okiem, pozbawioną złudzeń, że jako naród możemy być lepsi, bo chrześcijańscy.

    Oczywiście, że nie mam nic przeciwko roześmianych młodym ludziom z całego świata. Chciałbym bardzo, żeby zachwyt moim krajem trwał w nich jak najdłużej, żeby zabrali w sercach dobroć, serdeczność, otwartość tych, których tu bezpośrednio spotkali, którzy otworzyli przed nimi serca i domy. Aż takim mizantropem nie jestem. Czyli o co chodzi? Skąd smutek? Może gorzknieję widząc pod przykrywką kilku dni bulgot lawy, w której czai się Mrożkowy Edek, gotowy do skoku i mnożony, mutowany w milionach przeobrażeń? A może po prostu starzeję się i nadmiernie irytuje mnie pusty jazgot mediów rywalizujących o to, kto lepiej odda gest i słowo Franciszka, by za tydzień poddać to zapomnieniu i z tym samym entuzjazmem jątrzyć nastroje i mieszać narodową kadź pod naporem kolejnych newsów nienawiści.



Widać mam silną wadę genetyczną, alergię, która uruchamia wysypkę przygnębienia na widok tłumów. I nie ma większego znaczenia, czy to tłum pogrążony w złych emocjach, w proteście albo nienawiści, czy tłum w tańcu, radosny i świętości spragniony. Taka skaza, nie wierzę emocji zbiorowej. Nie dlatego, że kłamliwa, raczej dlatego, że tłum tak samo szybko zmienia błyskotki jak kierunek marszu i powód zachwytu. Bezrefleksyjnie i łatwo znajduje źródła nowych uniesień. Masa puszcza mnóstwo energii w skandowanie i zwykle nie wystarcza jej na wiarygodne indywidualne życie wyśpiewaną przed chwilą treścią, bo życie zostaje w domu, w pracy i w szkole. Tłum potrzebuje igrzysk, a nie pracy na sobą, bo nie ma osobowości. Zwłaszcza, że za rogiem zawsze znajdzie się nowa i powabna idea, która opęta rzeszę. Nie chcę nikogo oceniać, nie sposób z osobna wyliczać, na ile i kto potrafi żyć wartościami, które przeżywa w takie dni. Jak w każdej ogromnej zbiorowości, tak i tu pojawili się ludzie głęboko żyjący wiarą, idący obok odpustowych rytualistów, pobożnie rozmodlonych, ale niezdolnych do przełożenia wiary na codzienne uczynki, zarówno wobec sąsiada, pracodawcy, żony, teściowej, męża, psa i kota.

    Gdy w minionych dniach kołatał się we mnie ten dziwny smutek, gdy nie potrafiłem dociec, skąd dystans zaprawiony goryczą, odkryłem na FB słowa zaprzyjaźnionego poety, publicysty i niezłomnego animatora kultury – Radka Wiśniewskiego. W jego poście padły słowa, które jakoś rozjaśniły ów brak entuzjazmu i sprawiły, że nie czułem się sam w tej kałuży wątpliwości pośród oceanów radości ŚDM. Radek ukierunkował mi nieco wątpliwości pisząc:

    Pewnie w kontrze do klaskania, skakania, machania rękami, śpiewania „Barki”, której organicznie nie znoszę odkrywam z okazji Światowych Dni Młodzieży, że chyba staruch się ze mnie zrobił i jestem krańcowo mentalnie odległy od tej atmosfery. Wydaje mi się to wszystko szalenie zewnętrzne, odległe. Nie to, że moje lepsze, tamto gorsze. Po prostu nie umiem się tym ekscytować, przeżywać, zastanawiać jaki gest zrobi Papież, którego lubię, któremu życzę jak najlepiej i boję się, że narusza tyle strupieszałych struktur, że któraś z tych struktur go ukatrupi przed czasem.

Ukatrupi przed czasem! Może tu jest klucz do mojego dystansu. Dziś katrupi mentalnie: postawą, słowem, gestem, a może kiedyś także fizycznie i zupełnie mnie to nie zdziwi. Nie będę z pewnością odosobniony w stwierdzeniu, że od początku pontyfikatu Franciszek w swoim ubóstwie, skromności i wierności nauce Mistrza z Nazaretu jest z innej bajki. Nadmiernie gryzie w oczy wielu współbraci w kapłaństwie, otyłych fizycznie jak i umysłowo, siedzących zawsze wygodnie i centralnie przed głównym ołtarzem wielkich placów modlitwy, gdy lud stoi w tle. Jego postawa męczy zbyt wielu księży ograniczonych intelektualnie, biskupów leniwych duchem i skostniałych w pasterskich listach, których sztampy i patosu nikt nie słucha, odległych od zadeptanej rutyną Ewangelii. A teraz, w trakcie pielgrzymki do Polski, nietrudno było usłyszeć i przeczytać, że wiernością Chrystusowi drażni również szeregi twardogłowej prawicy, bo mówi o pokorze, łagodności, tolerancji i miłości. Słowem, gestem, czynem Franciszek głosi królestwo ubogich i naraża się tak samo mieszkańcom zakurzonych komnat wysokiej czarnej wieży, ciasno oblężonej obawą utraty rządu dusz, jak tym, co na bluzach noszą pozbawione logiki hasła w rodzaju: „cały nasz chuligański trud Tobie ukochana Ojczyzno”.

    I to jest pierwszy powód, dla którego nie umiałem zdobyć się na entuzjazm jako katolik, który coraz częściej ma kłopot z odnalezieniem się we własnym Kościele. Nie podzieliłem zachwytu, bo widać jak grzeszny, tak pamiętliwy jestem. Za bardzo pamiętam skutki ŚDM, w których przez przypadek uczestniczyłem w Częstochowie w 1991r., gdy wtedy akurat kończyła się moja pielgrzymka na Jasną Górę. Zbyt dobrze pamiętam uniesienia zbiorowe, ekstazy religijne i ewangelizacyjne po śmierci JPII. Cała Polska jednała się, kochała i obiecywała wiele swojemu Papieżowi, wierząc, że coś w nas zostanie z Jego nauki, skoro nawet kibole zwaśnionych drużyn szli ramię w ramię jak kraj długi i szeroki. A dziś doskonale widać, ile z tego narodowego zasłuchania zostało w rodakach stoczonych mentalnym Alzheimerem i dzielonych apelem smoleńskim w miejsce jednoczącego apelu jasnogórskiego. O ile łatwiej oddaje się miejsce przynależne krasnalom ogrodowym, by wznosić karykaturalne i kiczowate pomniczki Ojca Świętego, gdy niepomiernie trudniej wciela w życie słowa o tolerancji, miłości i wzajemnym noszeniu brzemion, wielokrotnie przez JPII powtarzane.

    Czy nie inaczej jest z zachwytem wobec słów i gestów Franciszka? Ile razy powtarzał, że najważniejsze jest bycie świadkiem, uczniem Chrystusa we własnej małości, powtarzalnej codzienności, pośród obowiązków, jakie każdemu z nas dano. Tu jest najtrudniej, bo najmniej medialnie, mniej malowniczo, spektakularnie, ale zawsze owocnie dla otoczenia. Jednak tam kończy się seans euforii, gdzie trzeba od nowa wstać i popracować nad sobą, choćby po siedemdziesiątym siódmym upadku. To zbyt trudne w kraju, gdzie nawet czytanie i myślenie boli, a człowiek boi się zostać sam ze sobą, w ciszy. Z tego nie ma materiału na słitfocię, nie da się błysnąć w sieci gifem ze spotkania Boga w ponurej komórce sumienia. Tu nie ma miejsca dla telewizji, tweetera i tablicy fejsboga. A mimo to wierzę, chcę wierzyć, że przynajmniej część tłumu rozśpiewanego wczoraj „Barką”, dziś rozczłonkuje się i ruszy na swoją pustynię, by spotkać Pana i nie wszyscy zwariują w nowej euforii, choćby przyszło szukać pokemonów.

środa, 18 czerwca 2014

Troll z niespodzianką

    Trzeba było odwalić pańszczyznę, jak w każdą sobotę, nie było wyjścia. „Żeby odpocząć, trzeba się napracować”, pomyślał Zygmunt schodząc po schodach, za pocieszenie mając jedynie nadzieję na kilo świeżych truskawek. A przecież dobrze byłoby się zbuntować, powiedzieć żonie: nie! Wstać, podrapać się po brzuchu i w kroku poczochrać. Wypić kawkę bez wyskakiwania z piżamy i pogapić w korony drzew za kuchennym oknem, gdy w radiowej Trójce do oczu skaczą sobie politycy tęskniący do hospitalizacji.

    Zygmunt zszedł już do pierwszego piętra w tym smutku wątłego buntu, gdy kroki żony doganiały go z góry. Z dołu zaś doleciał niepokojący odór, który zdał się być połączeniem szaletu, oszczanej dawno bielizny i tyłów monopolowego o porannej rosie. Nim zdążył dobrze zidentyfikować miejsce najsilniejszego stężenia zaniedbanej ludzkości, żona energicznie popchała go dłonią ku drzwiom, z siarczystym zdziwieniem w głosie pełnym obrzydzenia:
- Zygi! Co tak wali?! Żywe gówno!
- Gówno w sosie, i to raczej nie za sprawą twoich polityków, chyba że nagle urwali się tu prosto ze śniadania w Trójce - odpowiedział ponuro. 
Podejrzenie padło na pękniętą rurę odprowadzającą ścieki, bo w bloku sami porządni ludzie. Ale rury wymieniono zeszłego lata, więc od razu zakwestionowali możliwość i już skupili się na liście zakupów.


    Po dwóch godzinach wracali obciążeni torbami niczym wypłata składkami, ale smród był o wiele bardziej intensywny i jadowitym zębem wpijał się w spokój trzeciego piętra. Na szczęście mieli podwójne drzwi. Za nimi opadły emocje i zapomnieli o sprawie, zamknięci pośród gotowania, odkurzania, sprzątania, jak znakomita część zapracowanych rodaków przed niedzielą. W końcu wybiła godzina wolności i Zygmunt spakował plecak wędkarski, włożył bojówki, koszulę i czapkę khaki. Przypomniał sobie, że żona wspominała o doniczkach z piwnicy, a on zabierze klucz razem z woderami, więc musieli zejść razem.


Otworzył drzwi do korytarza piwnicy i z ciemności rzucił się do twarzy ciężki odór. Żona mogła uciec, ale Zygmunt musiał tam wejść. Przecież nie będzie chodził na bosaka wśród traw i chaszczy po pachy, nie podwinie nogawek, by wejść do kamienistej rzeki. Włączył światło i już ze schodów zobaczyli wycięty kawał starego dywanu, a na nim rozsypane buty, reklamówki pełne odpadków, rozwalone butelki po piwie, a w narożniku wielkie gówno, zalane szczynami. „Kurwa! Troll jebany się tu wykluł i gdzieś pęcznieje! Zajebię jak psa! Razem z budą!”. Zygmunt eksplodował otwierając kłódkę własnej piwnicy, a żona porwała najbliżej stojące doniczki i ewakuowała się w kilku skokach. Mąż nie pozostał dłużej niż to konieczne i już po chwili roztrzęsioną dłonią pakował buty do bagażnika.
I tak jeden bezdomny rozpieprzył mu radość wędkowania. W malowniczym otoczeniu przyrody posklejał rozszarpane nerwy i po dwóch godzinach całkiem oddał się pasji. Skupił się na rzutach wędką i dłużej zatrzymywał się przy głębszych dołkach w ciemnym bystrzu. Jednak zdarzenie piwniczne nie dawało spokoju, przebijało przez myśli. Tak dalece, że nawet spływające co jakiś czas kajaki nie drażniły jak dawniej. A jeśli troll zalęgł się na dobre? Jeśli bezdomni przyjdą masowo? Zasrają cały blok? Z drugiej strony, bezdomny też człowiek, więc może to jest test na Zygmunta wyznanie wiary? Na miłość bliźniego? Nie sztuka kochać pachnącego i miłego. Dobrze się chodzi w niedzielę do kościoła, dobrze składa się rączki do modlitwy, gdy to nie kosztuje, ale kiedy trzeba pochylić się nad śmierdzielem i zobaczyć ludzką twarz, to co? Wiara idzie na kołek? Bez przesady, a czy on jest Matka Teresa? Zresztą ona też tkwiła długo w nocy wiary, a Zygmunt zawsze kupował coś do jedzenia, gdy bezdomny prosił. Kupował dużo więcej niż ten chciał. A ile razy dał dwa złote, gdy taki prosił o złotówkę? Koszule i buty, spodnie oddawał zawsze bezdomnym. Że dał się ponieść nerwom?! Krzyczał z bezsilności, wiadomo. Jakiś ludzki sąsiad ulitował się nad włóczęgą, wpuścił na noc, a ten zafajdał wszystko i poszedł sobie, zostawiwszy w nagrodę smród nie do zniesienia. No tak, w końcu każdy dobry uczynek spotyka zasłużona kara! Ale czy tu w ogóle obowiązuje prawo miłości? Jeśli kmiot sam zrezygnował z własnej godności? Wiadomo, każda miłość kończy się tam, gdzie zaczyna się krzywda drugiego! Nawet kot nie wali sobie pod głowę, tylko idzie do kuwety, pies w teren, więc jaki to człowiek, który nasra i naszczy przy własnym łbie na beton i położy się spać?

    „Chyba przeginasz Dżizas”, wymsknął mu się cytat z jakiegoś filmu i zaraz potem przypomniał sobie, że przecież będzie musiał wejść do tej piwnicy, zanieść buty, a jeśli spotka trolla? Zagotował się od nowa. Prawie zobaczył jak łapie go z obrzydzeniem za kołnierz, wywleka na kopach przed blok i skoro bydlak nie umie się zachować, bluzgami grozi, że zatłucze na kotleta, jeśli ten wróci do piwnicy porządnych ludzi. I z tą wizją agresji postanowił co prędzej zmierzyć się z faktem, zamknąć temat skutecznie i na zawsze.

Wziął głęboki wdech, gdy wchodził do bloku, ale o dziwo smród mocno zwietrzał. Może bezdomnego przegnali inni i zaczyna się powrót do normalności? Włączył światło i zobaczył stary dywan. Leżał na swoim miejscu, a na betonowej wylewce pojawiły się nowe kartony i puste butelki po sokach, w rogu leżała rozciągnięta koszula w paski. Z bocznego piwnicznego korytarza wysunął się mężczyzna w białej koszuli i ciemnych bermudach, z zawiązaną reklamówką w dłoni. Bez powitania zwrócił się do Zygmunta:
- Widzę, że pan już tu przyszedł na noc, z plecakiem, to ja tu panu przyniosłem coś na śniadanko. Proszę!
Zygmunt spojrzał na przebijające przez folię pudełka z kefirem, pół chleba, słoik dżemu i krew się w nim zagotowała:
- Panie, chcesz pan rżnąć Samarytanina?! To ulokuj pan trolla w stołowym i niech nasra panu do wazy z niedzielnym rosołkiem!
- Przepraszam sąsiada, okularów nie wziąłem, a pan w takiej czapce, z workiem, myślałem, że to ten pan, co tu wczoraj...
- Ten pan, to mam nadzieję właśnie wali panu szanownemu na wycieraczkę, boś pan sobie na to zapracował. Troszcz się pan dalej o gnoja, lękaj, że mu w czerwcu dupka marznie i boi się pod krzak nawalić!
- Ale noce są jednak zimne, a tu przecież nikomu nie ubędzie jak się człowiek prześpi.
- Prześpi, wyżerkę znajdzie, gdzie mu będzie lepiej?! Wczoraj w nagrodę za miłosierdzie nasrał, a dziś może nas podpali, co? A pojutrze będziesz pan razem z nim miłosierdzia po piwnicach szukał! I może wreszcie coś panu szanownemu rozum wtłoczy pod beret, jak już zwolni się miejsce po miłości bliźniego!
Ale ostatnie słowa krzyczał Zygmunt w piwniczną ciemność. Samarytanin jakby stracił przekonanie i argumenty w dyskusji o wyższości miłosierdzia nad ludzkim upadkiem.

niedziela, 29 grudnia 2013

Smutni pasterze dusz

    Mielenie tych samych filmów, w różnych kanałach o każdej porze, ma swoje plusy. Pozwala ułożyć puzzle fabuły w całość. Za którymś z kolei razem można wyłapać sensy dotąd przepuszczone mimo oczu i uszu. Taki mechanizm dobrze sprawdza się w serialach komediowych. Pewnie niejedna rodzina z przyjemnością nurza się w kolejnych powtórkach serialu Ranczo, którego ostatnio wszędzie pełno. Nie zważamy już specjalnie, która to akurat seria leci, ani jaki odcinek, bo z każdego dialogu da się wyłapać mądrość ludową albo rubaszny humor, a jeszcze bardziej cieszy ironiczne ujęcie w nawias polskiej mentalności.

    Tym razem trafiłem na scenę, w której serialowy ksiądz proboszcz, świetnie grany przez Cezarego Żaka, usiłuje modlić się w pokoju, ale skutecznie przeszkadza mu w tym gospodyni. Michałowa wjeżdża z odkurzaczem, a gdy ksiądz zwraca jej uwagę, że się modli, słyszy, że taka jest rola księdza, ma się modlić! Niech sobie to robi i innym nie przeszkadza w pracy. Bo przecież ona musi sprzątać, gotować, zakupy robić, koszule poprasować, żeby ten mógł być w spokoju księdzem. Gdy proboszcz ustępuje i idzie modlić się do kościoła, tam przeszkadza mu kościelny, który akurat głośno myje podłogę, przestawia ławki, a po chwili jakieś kobiety trują głowę, że dostarczono zwiędłe kwiaty na ołtarz. Zrozpaczony ksiądz postanawia wreszcie uciec na modlitwę do lasu, gdzie oczywiście przeszkadzają mu mrówki, szyszki, komary i gałęzie. Cały świat jest przeciw jego świętemu powołaniu. 



Dlaczego ten obraz został mi w głowie? Pięknie pokazuje postawę wielu księży, którym dobrzy ludzie z ich wielkim zaangażowaniem w codzienne funkcjonowanie parafii, przesłaniają bycie księdzem. Rozliczni duszpasterze już nie pytają człowieka o jego zaangażowanie, troski i problemy, nie pochylają się nad nędzą nawet w konfesjonale, gdzie wypuszczają jak z kałasznikowa formułkę pokuty i odpuszczenia grzechów. W najbliższym otoczeniu nie widzą ludzi dobrej i nieprzymuszonej woli, którzy pracują na ich codzienną wygodę bycia duchownym, bo ludzie są tam od zawsze, więc nic w tym szczególnego. Na dobre usankcjonowali wygodnictwo roszczeniowe, w którym brak miejsca na realną jego ocenę w odniesieniu do życia toczącego wody poza duszpasterstwem, parafią, diecezją.

    Jakby na poparcie tych słów, właśnie przy wigilijnym stole, przy którym po raz kolejny zasiadła z nami samotna starsza kobieta, usłyszałem, że nawiedził ją znajomy ksiądz. Nie wiedział, co jej przynieść w wigilię, więc przyniósł siatkę ziemniaków. A trzeba dodać, że jego wizyty są rzadkością. I śmieszne to i straszne jakoś, bo ziemniaków kobiecie nigdy nie brakowało. Czyż nie jest to wymowny znak duszpasterskiego odklejenia od rzeczywistości? Pewnie niejeden wierzący wolałby raczej przełamać się w tym dniu z kapłanem opłatkiem niż rozważać, czy ma strugać z nim kartofla. Ten sam duszpasterz, młodszy od gospodyni o dobre trzydzieści lat, przy poprzedniej wizycie, poczęstowany przez nią posiłkiem, zwrócił uwagę, że powinna przysunąć mu bliżej ławę, na której stał talerz. I to ostatecznie spuentowało kapłańską postawę wobec Chrystusowego: Jeśli kto chce być pierwszym, niech będzie ostatnim ze wszystkich i sługą wszystkich (Mk 9,35). Rzeczy, które zdawałoby się są najprostsze do wcielenia w życie, stają się kpiną z naśladowania Mistrza, ironią wcieloną przez tych, którzy mienią się być przez Niego powołanymi . Oczywiście można by mnożyć przykłady tego typu, każdy z nas ma swoje obrazki z księgi duszpasterskiej niechęci do bezinteresownej służby podczas chrztu, ślubu czy pochówku. Każdy może odnieść się do wszechobecnego życzenia przewiezienia księdza samochodem na uroczystości pogrzebowe, bo przecież swojego nie użyje. Można cytować wiele historii, które zaprzeczą nauce Ewangelii. Nie chodzi tu jednak o akcenty antyklerykalne. Rzecz dotyczy raczej wiarygodności pasterskiego powołania.

    W tym duchu pozwolę sobie zacytować felieton Andrzeja Stasiuka z listopadowego „Tygodnika Powszechnego”: Czasami wyobrażam sobie różne rzeczy. Na przykład wczoraj przyszło mi do głowy, że z gazet, z telewizji, z internetu znikają starzy mężczyźni. Konkretnie chodziło mi o biskupów Kościoła katolickiego, których wyraźną nadobecność medialną da się ostatnio zauważyć. Wszyscy są starzy i zazwyczaj miny mają poważne, czyli w gruncie rzeczy ponure. Przemawiają dostojnie i nudno. Zazwyczaj mają do kogoś pretensję. Zazwyczaj do innych, nigdy do siebie. Rzadko w ich słowach można znaleźć afirmację: życia, świata, uczuć, człowieczeństwa, no w ogóle Bożego stworzenia. Są skwaszeni. Są zgorzkniali. Starzy mężczyźni, których opuszczają siły.
   

Gdy czytam powyższe słowa, próbuję wyobrazić sobie, czy i jaką stratę odniósłby Kościół katolicki, gdyby tych starych mężczyzn raz a dobrze opuściła siła i wola wystąpień medialnych. Może wówczas przestaliby przesłaniać Ewangelię? Może jednak byłby w tym wyłącznie zysk Kościoła, może wówczas dostrzeglibyśmy jeszcze kilkunastu duchownych młodszego pokolenia? Sprawnych, pogodnych, oddanych służbie Bogu i człowiekowi na wielu frontach codziennego życia, bo dotąd chyba nadmiernie przesłaniają ich bardzo ponurzy hierarchowie z krzyżami ze złota .
Pewnego dnia, tak się akurat złożyło, zobaczyłem kilku z nich na stronie jednej z gazet, gdy obok było zdjęcie afgańskich talibów. W mgnieniu oka zanikły różnice kulturowe i religijne, nie było miejsca na dogmaty, bo o wszystkim przemówiły zgorzkniałe miny jednych i drugich. Twarze zaciśnięte, zastygłe w wyrazie lęku przed innością, w zatwardziałości pychy i poczucia zagrożenia. Miny bez szansy na uśmiech pokoju, miłości i ludzkiej radości życia. W takim kontekście nie pozostaje nic innego, jak po raz drugi oddać głos Stasiukowi: Czy stary samotny mężczyzna zamknięty w pustym pałacu jest w stanie tchnąć życie w kogokolwiek, o wspólnocie wiernych nawet nie wspominając. Słuchając przemów hierarchów, słowa „miłość”, „życie”, „duch” raczej nie przychodzą nam do głowy. Po prawdzie, gdy ich słuchamy, do głowy nie przychodzi nam nic poza pragnieniem, by już skończyli i przestali się zmagać z językiem polskim.

    Czasem odnoszę wrażenie, że choć ustami głoszą Jezusa w tymże języku, zupełnie wyrzucili z pamięci obraz Zbawiciela szukającego z miłością ludzi zastygłych w rytuałach, w prawach tradycji, pogubionych i ułomnych, Jezusa przebaczającego jawnogrzesznicy. W głowach hierarchów nie zatrzyma się na moment postać Mistrza zasiadającego do stołu z celnikami, a ostatecznie z Judaszem, który za chwilę ma go zdradzić. Gdy już wystarczająco wstyd mi za zadufanie polskich biskupów, za ich wyręczanie Pana Boga w łatwym dzieleniu bliźnich na swoich i wrogów, gdy wystarczająco zaczerwienię się z zażenowania ich bogactwem materialnym i poczuciem wyższości, dociera do mnie po raz kolejny, że to nie gender zniszczy Kościół, nie rozpad rodziny i tradycyjnych wartości, nie zagrożą mu nawet parady równości, ani chora prawica z lewicą. To hierarchowie i ich postawa są największym zagrożeniem, także dla ożywczej idei materialnego ubóstwa duchownych, jaką usiłuje wprowadzić papież Franciszek. Wypasieni w wygodzie i przepychu, stoczeni żądzą uległości wiernych i ślepego ich posłuszeństwa już niedługo zniechęcą do własnej instytucji najwierniejszych z wiernych, a wówczas chętnie odstąpią kościoły pod galerie handlowe i restauracje, byle nie zejść z wygodnej i dożywotniej grzędy.

sobota, 30 marca 2013

Cisza Apokalipsy

A którzy czekali błyskawic i gromów,
Są zawiedzeni.
A którzy czekali znaków i archanielskich trąb,
Nie wierzą, że staje się już.
(Cz. Miłosz, Piosenka o końcu świata)



Świt sięgał po budzik nad głową, gdy siadałem do porannej lektury. Spała jeszcze cała dzielnica i w ciszy dało się niemal słyszeć szelest płatków śniegu, które bezczelnie nic sobie nie robiły z astronomicznej wiosny, czym z pewnością uzasadniały niechęć ludzkości do przebudzenia. Odwróciłem wzrok od tekstu, gdy nie było już widać sąsiedniego bloku. Musiałem wierzyć, że nadal tam jest, w odległości nie większej niż dwa rzuty moherem. Nagle zahuczało apokaliptycznie, zadęło jak z gardzieli nieuchronnie wciągającej świat i równie szybko wiatr ucichł. Przez wirującą biel dobiegł uszu niespodziewanie rozpaczliwy i zwielokrotniony głos lecących gęsi. Gdzieś ponad blokami usiłowały nie stracić zmysłów z powodu aury albo nie zatracić ufności wobec instynktu. Może jednak pokrzykiwały tylko tak, dla otuchy, by nie zawrócić z niemocy do cieplejszych krajów i przyjaznych stron? Odruchowo pomyślałem o bocianach, które z przerażenia, zimna i głodu podobno już zawróciły niczym prąd w drutach na wschodniej rubieży. Przerażone, nie patrząc na kalendarz, odleciały z powrotem, tak przynajmniej donosił jeden z wiarygodnych serwisów radiowych. Nadszedł dziwny czas, pomyślałem, czas przewrotu albo końca. Wszystko staje na głowie i może rzeczywiście zapowiada jakiś Armagedon. I nagle, gdy kolejne ciężkie chmury zagroziły jeszcze większym śniegiem, z zupełnych otchłani pamięci wyszedł wędrowny dziad, rodem z Konopielki Redlińskiego. Miał oczywiście twarz i kapelusz Franciszka Pieczki z filmowej adaptacji. Rozłożył ramiona i jeszcze raz proroczo przemówił:

A to, moi ludkowie, słyszym, że już nigdzie spokoju nima, nawet u was, widze diabeł penietruje. Od porządku, ludkowie, jest Pambóg, on pilnuje, żeby wszystko szło, było jak było. A diabeł chce zmieniać, powiada: ulepszać. Słyszycie? Ulepszać! Już jemu mało, że krowa cieli się, dzie tam: on chce, żeby się źrebiła! O, do czego idzie! Krowy bedo się źrebili, kobyły cielili, owieczki prosili! Chłop z chłopem spać będzie, baba z babo, wilki latać, bociany pływać, słońce wzejdzie na zachodzie, a zajdzie na wschodzie. W tym bieda, że stary Pambóg coraz starejszy, coraz częściej odpoczywa. A diabeł nachalnieje z roku na rok. Wojny teraz jedna za drugo, jak nie tu, to tam, strasznie dziś ludzi zaczepne, bijo sie i bijo. Krew się w ludziach burzy, jeżdżo, wyjeżdżajo, przyjeżdżajo, nieznajomych dużo, oszukaństwo, złodziejstwo, nienawiść, Pambóg z tym nie daje rady.

    Dziad wyraźnie zniesmaczony, a jeszcze bardziej bezradny, machnął ręką i odszedł w niepamięć tak szybko jak z niej wyszedł. Śnieg za oknem nadal kręcił młynki, ale teraz ciszę poranka rozrywał przeraźliwy klangor żurawi. Ptaki wołały przerażone i zagubione w tym pomieszaniu pór roku. Widać i te rozważały dezercję.

Na powrót zastygłem nad książką, ale nijak nie mogłem się skupić. Kąśliwy niepokój pozostał po wizycie dziada z kraju fikcji. Bez względu na to, jakiej potęgi sięgała mądrość bohatera ludycznego, nie miałem pewności, czy wystarczy skwitować rzecz mocą nadciągającego truizmu: największym sukcesem, jaki diabeł dziś odniósł jest jednak przekonanie ludzkości o jego nieistnieniu? Ale jaką moc ma banał? Przed czym przestrzega? Co naprawia i gdzie kieruje? Czy zło teraz, w drugiej dekadzie epoki światłowodów, internetu i multitaskingu, potrzebuje jeszcze diabelskiego awatara? Więc jak działa esencjonalna czarna moc w swojej perfidii? Jak obraca światem współczesnej Europy, uśpionej od dziesięcioleci możliwością kupowania, najdłuższą epoką braku wojen globalnych? Co jest dziś szatańskim narzędziem odwracania uwagi od końca świata? Czym tak skutecznie usypia ludzką czujność i jak mu się udało przekonać znakomitą większość homo, że jest tylko postacią z bajek, kiepskich horrorów o egzorcyzmach? Ewentualnie może być bohaterem teologii strachu, zamieszkującym homilie ostatnich inkwizytorów, których nie przystoi słuchać cywilizowanemu człowiekowi. Może ulepszył po swojemu nie tylko świat, ale i człowieka? Wodzi go za nos w przekonaniu, że sam jest sobie sterem, żeglarzem, okrętem i innych nie potrzebuje, więc może spokojnie przeżuwać egzystencję po nic?

    Pozwoliłem snuć się myślom, ciekaw jakiego jeszcze mędrca na dziś dostanę. Ten filmowy, sprzed trzydziestu lat, zamknięty w postaci wędrownego żebraka, na dobre odszedł do skansenu powojennej wsi, schowanej między dawno osuszonymi bagnami. Spojrzałem na półkę z nadzieją aktualnego przewodnika. Pośród świeżo zakupionych leżała także skromna książeczka z nadrukowanym na grzebiecie tytułem Uwierzcie w koniec świata. Ten wywiad z nieżyjącym już dominikaninem, o. Joachimem Badenim, pojawił się u mnie całkiem spontanicznie tylko dlatego, że zaintrygował tytułem. Kupując byłem przekonany, że poważny duchowny nie bawi się w konkretną zapowiedź końca, ani według zegarka, ani podług kalendarza majów albo czerwców. Teraz tytuł wyjątkowo współgrał ze śnieżną apokalipsą za oknem i zaskakującym stanem ducha, więc zacząłem kartkować książkę. Zatrzymał mnie pewien fragment:


Kuszenie dobrem jest bardzo częste. Może częstsze niż pojawianie się diabła, który grozi. Częściej dzisiaj mamy do czynienia z pokusami typu: romans z ładną kobietą, kradzież w wyższym celu, czyli zło, z którego niby wynika dobro. Myślę, że współczesny Antychryst będzie bardzo sympatyczny. Będzie jednał ludzi swoją dobrocią i urokiem ludzkim, spotęgowanym siłami diabelskimi. Będzie nad-uroczy, ale nie nadprzyrodzenie uroczy siłami boskimi, tylko uroczy siłami diabelskimi.

Kamuflaż zła może przybierać różne formy. Przypuśćmy, że jakiś ateista będzie przekonywał do swoich racji: to nie jest złe, to jest bardzo ładne, sympatyczne, doskonale funkcjonuje… Wy mówicie, że to jest zło, a ta cała wasza głupia wiara, to omamienie i opium dla ludu – jak mawiali komuniści. – To, co ja wam proponuję, to dobrobyt: każdy może zostawić swoją żonę, zlikwidować dzieci, jeżeli ma ich za dużo. Wszystko, co wam służy, jest dobre. Propozycja i przyjęcie takiego dobrobytu spowodują, że zapanuje na świecie chaos, bo dobro będzie zwalczać „dobro”. Myślę, że takie będzie właśnie działanie Antychrysta, który będzie przekonywał nas, że zło nie musi brzydko wyglądać i nie musi być odrażające. 


    Ojciec Badeni sugeruje dalej, że Antychryst nie musi być wcale konkretną osobą, fałszywym prorokiem, ukrytym w pojedynczym człowieku. Równie dobrze może działać jako organizacja społeczna, stowarzyszenie, fundacja, cokolwiek, co ma na celu rodzaj troski o powszechne dobro, równość, więc im bardziej zakamuflowane w pozytywnych działaniach, tym skuteczniej przenika zło do ludzkiej świadomości, bo nie budzi żadnych podejrzeń. Zyskuje sympatię i ufność, wyłącza czujność i tym śmieszniejszy wydaje się koniec świata jako powtórne przyjście Chrystusa.

    Mimo, że charyzmatyczny zakonnik odszedł, została pamięć, że w maju 2009 roku usłyszał głos od Boga, który nakazał przypomnieć współczesnym o końcu świata, o zbliżającej się Apokalipsie. W wydanej rozmowie o. Badeni nie bawi się w wyznaczanie dat, co często czynią fałszywi prorocy. Nie bawi się w straszenie, w horror obrazowania, nie podnosi głosu do tonu proroka, przekonuje pewnością i spokojem. Odczytuje pojedyncze sygnały między wersami zmian w postawach ludzi i informuje przekonany o nieuchronności paruzji, która unieważni chaos i zamknie na dobre księgę świata. Zatem kto ma uszy do słuchania…

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Przewodnik odchodzi

    Kolejny kapłan opuścił szeregi Kościoła. Medialna sensacja potrząsnęła na moment nie tylko trójmiejską opinią. Tydzień, dwa i już niewiele osób o tym pamięta. Może poza tymi, którzy regularnie słuchali kazań o. Jacka Krzysztofowicza. Nie miałem okazji, więc nie wiem co o nich sądzić, o nim też wiem tyle co z prasy, bo nie osoba mnie tu zajmuje tylko pewien fakt socjologiczny.

    Wielu wiernych przyjeżdżało z różnych zakątków, by u dominikanów posłuchać mądrego kaznodziei. Szczerze mówiąc nigdy tego nie rozumiałem. Skąd w wierzących taka potrzeba konkretnego osobowego przewodnika? We wszystkich kościołach czyta się te same fragmenty Ewangelii, wydawałoby się, że człowiek dorosły, dojrzały w wierze, zdolny do minimalnej refleksji nie potrzebuje wyjątkowego tłumaczenia z polskiego na nasze. Tymczasem wielu szuka autorytetów, nawet w epoce wolności słowa, a może właśnie dlatego, że tyle sieciowych publikacji, papierowych czasopism i książek, rodzi zamęt i tęsknotę do głębszej interpretacji, głoszonej bezpośrednio przez realnego, widzialnego i słyszalnego kapłana, który w końcu zyskuje (chce czy nie) patent na przewodzenie.  

Gdy jednak wiarygodny kaznodzieja odchodzi, przynosi dosyć bolesne konsekwencje swoim fanom – jeśli można użyć pojęcia z innej dziedziny. Przyczyny odejścia zapewne są inne w każdym przypadku. Złożone. Wierzę, że duchowni odchodzący, przynajmniej ci wartościowi, przez całe lata konsekrowanego życia skrupulatnie gromadzą własne „za i przeciw”. Rzadko chodzi o jeden impuls. Kobieta? Wolność? Pragnienie samostanowienia? To ciągle za mało. Kto z wierzących i praktykujących nie słyszał o kapłanie z kobietą na boku, kto nie słyszał o nieszczęśliwych hazardzistach, alkoholikach, materialistach, których toleruje organizacja? Nie odchodzą, nawet jeśli źle im z podwójnym życiem, bo zwykle lęk przed wolnością jest silniejszy niż dyskomfort pozostania. Gdy spojrzeć na nazwiska znanych kapłanów, stanowiących elitę intelektualną, nietrudno o pokusę stwierdzenia, że wszyscy opuszczali strukturę, która zawiodła. Nie dała pewnego oparcia w drodze do Boga, bo mnożyła wątpliwości. Wykształceni, inteligentni ludzie, zdolni do samodzielnego myślenia, wystarczająco silni, by poszukiwać i odkrywać sens istnienia na własną rękę, opuszczali szeregi, gdy czuli się ograniczani, wyjaławiani, ale też niejednokrotnie przeszkadzało im, że organizacja przeczy podstawowym prawdom Ewangelii Chrystusa, zarówno przykładem życia ludzi Kościoła, jak zdaniem rzuconym z ambony. Więziła ich twierdza obwarowana setkami dogmatów, które w ich doświadczeniu niekoniecznie znajdowały bezpośrednie odniesienie do nauki ukrzyżowanego. Odeszli, ryzykując w życiu świeckim pustkę w miejscu po Bogu, ale uczciwie informując o tym przełożonych i wiernych.

    Sęk w tym, że porzuceni przez swojego pasterza często czują się zawiedzeni. Tylko kto zawiódł? Odchodzący kapłan czy oni sami? Obdarzając nadmiernym zaufaniem przewodnika, zrekompensowali własne słabości i odczłowieczyli go. Uczynili na własną odpowiedzialność świętym i niezłomnym. Unieśli ponad ziemię, postawili na piedestał i stanęli pod nim klaszcząc z zachwytu. A jeśli on już nie może ustać i chwieje się wielbiony ponad głowami? Jeśli chce wrócić do żywych jako człowiek z krwi i słabości? Nie wolno? Nie wypada? Ależ oczywiście, niech zejdzie, a rozniosą go na szablach zawodu jako świadectwo słabego, zakłamanego, bo opuszczając wyznaczone przez wielbicieli miejsce zaprzeczył temu, co głosił. W dodatku pokonany przez kobietę i banalną miłość, która wyblaknie za rok może dwa. Przecież nie wolno mu po ludzku zmieniać poglądów, bo nie wolno mu być z mięśni, kości i wątpliwości, ma być jak głaz bodzący morze, inaczej pozostaną rozczarowani. Miał trwać, prowadzić i iść bez ryzyka, pewny, bo fale losu nie wypłukują skały.


Od wielu lat byłem przekonany, że pretensje tego rodzaju roszczą ludzie deklarujący niechęć do wiary i wierzących. Jakby ich postawa brała się z przekonania, że wiara ma status magii, czarodziejskiego zaklęcia. Każdy, kto ją deklaruje ma być święty od ręki i na co dzień, bo inaczej się nie liczy, jest zakłamany. Mówisz, że jesteś wierzący, a wódę chlejesz, laski obracasz, a w karty rżniesz, szefa okłamałeś, używałeś brzydkich słów, sąsiadowi wygarnąłeś, to żaden z ciebie wierzący! Jesteś taki sam badziewiak jak ja – ateista, z tym że ja jestem lepszy, bo jestem ateista uczciwy i nie powołuję się na wielkie mity, nie usprawiedliwiam się przed nieistniejącym bogiem, daję sobie prawo do pełnej wolności. To jest takie piękne i wygodne nieporozumienie, z którym nie da się dyskutować. W konsekwencji tego podejścia zabrakłoby miejsca dla wierzących na ziemi, gdyż wszyscy żywcem, najlepiej czwórkami musieliby iść do nieba. Nie byłoby tu dla nich nic do roboty. Tymczasem deklaracja wiary nie po to zdaje się jest, by świętym być na drugi dzień, a raczej po to, by mimo skłonności do upadku, mimo pozostawania w mocy grzechu, umieć podnosić się nie siedem razy lecz siedemdziesiąt siedem. Bóg kocha człowieka nie za to, że z dziką satysfakcją przyłapuje go na kolejnym rypnięciu gębą o bruk, lecz kocha może bardziej, gdy człowiek potrafi świadomie pozbierać gnaty do kupy i chce spróbować jeszcze raz być prawdziwym w ludzkim i chrześcijańskim rozumieniu, ale ze szczerej woli, nie na pokaz czy ze strachu przed piekłem.

    Na ile karkołomne oczekiwanie świętości od ludzi deklarujących wiarę nie powinno dziwić w wydaniu niewierzących, może i powinno dziwić u wierzących. Dają sobie prawo do codziennego upadku, a wzbraniają porzucenia dotychczasowego życia swoim kapłanom. Robią im wielką krzywdę, gdy obnoszą publicznie rozczarowanie, a i swojej postawie wiary chwały też nie przysparzają. Jeśli ten czy inny duchowny zwątpił, ma do tego prawo. W końcu św. Piotr też zwątpił, gdy miał pójść po falach, a zaczął tonąć, choć sam Chrystus zapewniał bezpieczeństwo. Zwątpił też, gdy zaparł się Mistrza nim kur trzy razy zapiał, choć chwilę wcześniej deklarował, że on nigdy się nie wyrzeknie. Mimo tego został pierwszą głową Kościoła, bo upadając wzrastał w rozumieniu głębi miłości, jednakowej wobec świętego i podłego, co zdaje się jest głównym przymiotem kochającego Boga.

    Odchodzącemu kapłanowi i bez oskarżeń o niekonsekwencje nie będzie łatwo dalej żyć. Mężczyzna po czterdziestce ma ukształtowany charakter, przyzwyczajenia i wieloletnie naleciałości, płynące z doświadczania samotności w grupie. Odchodzi od życia, którego nie dotykały powszednie troski o sprawy banalne, choćby o to, czym uzupełnić lodówkę, w jakiej ilości i kiedy. A teraz nie tylko trzeba będzie mierzyć się ze wzrokiem ludzi, z zaszczuciem, ale przede wszystkim trzeba będzie zejść ze szczytów intelektu, teologii, filozofii, psychologii na ziemię, oddać się czynnościom rutynowym, nudnym i powtarzalnym. Troska o to, czy wystarczy do pierwszego może przyćmić największą miłość do kobiety, a życie sprowadzić do irytującego banału powtarzalności gestów, min, zdań, słów, które nieraz zadudnią jeszcze głębszą pustką niż ta po ukrytym Bogu.
Print Friendly and PDF