Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mentalność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mentalność. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 stycznia 2026

Niezrzeszony wśród pieniaczy

W zimowe popołudnia, a szczególnie wieczory, przy świecy i kojącym plumkaniu jazzu snują się niespieszne myśli. Jedna z nich męczy mnie odkąd ukojenie zburzyła kłótnia partyjnych głów z telewizora, nieopatrznie zostawionego w sąsiednim pokoju. 

Dlaczego nigdy nie kręciła mnie polityka? Znakomitej części społeczeństwa rozpala zmysły, rodzi miliony memów w sieci, chyba więcej niż poświęconych pracy zarobkowej, relacjom małżonków, zmaganiom płci, edukacji czy zdrowiu i kulturze razem wziętych. Pod postami politycznymi zawsze najwięcej ustawek, chamstwa, agresji i przemocy w komentarzach. Jakby sens doniesień sprowadzał się do roli paliwa napędzającego irracjonalną potrzebę awantury. W domach skłócone rodziny, zerwane znajomości i przyjaźnie w imię wojenki polsko-polskiej, każdego z każdym, z powodów w gruncie rzeczy abstrakcyjnych i nazajutrz nieważnych. Aż strach pomyśleć, ile pary naród puszcza w gwizdek po nic. A rzeczywistość coraz bardziej przaśna. 

Odśnieżenie chodnika, wypchanie komuś auta z lodu na parkingu, wniesienie zakupów przysłowiowej staruszki na piętro bez windy czy zrzutka na Siepomaga.pl  czynią więcej realnego i namacalnego dobra niż jałowe naparzanki polityczne eskalujące złe emocje. Dlaczego ludzie tak kochają czuć się najmądrzejsi politycznie i zawsze wiedzą lepiej niż ci, którzy wiedzą inaczej? A wszyscy uprawnieni, by pluć jadem w bliźniego, który bliźnim za nic być nie może. Nie wiem, czy dominują w tym faceci, ale ostatnio ujęły mnie słowa nieodżałowanego Tadeusza Konwickiego, który w Pamflecie na siebie pisał:

Rozwój cywilizacji odebrał panom wiele możliwości hazardowych. […] Podbijanie niepodległych pań także straciło na znaczeniu, bo panowie poddali się uniseksowi albo uprawiają miłość między sobą. Została więc tylko polityka, zadowalająca ową odwieczną żyłkę hazardu i ryzyka. Dlatego do tej nieszczęsnej polityki z obłędem w oczach pchają się wszyscy. I analfabeci i uczeni, kopnięci w móżdżek i dewianci, zboczeńcy seksualni i impotenci. Polityka, to ziemia obiecana dla wszystkiego, co niewydarzone na naszym biednym globie. Losowanie posłów z całego społeczeństwa uchroniłoby nas, choćby częściowo, od łagrów, kacetów, Hitlerów, Stalinów i tych nieznanych jeszcze dręczycieli, co na razie bawią się w piaskownicach. 

Choć od wydania książki Konwickiego minęło trzydzieści lat, bardzo niewielu wyszło z piaskownicy. Do wymienionych wyżej cech “niewydarzonego” dodałbym dziś lawinowo narastającą pazerność oraz opanowaną do perfekcji sztukę kumoterstwa i robienia większego idioty z wyborcy niż z siebie samego. A swoją drogą, odkąd dzień w dzień media walą w nasze głowy kolejnym doniesieniem o erupcji fajerwerków z pomarańczowej głowy narcyza prerii, zyskuję przekonanie co do logicznej dosyć prawidłowości: im większa liczba prostackich umysłów elektoratu, tym bardziej żenujący przywódca z  jego wyboru i mocniej zahukana garstka "wykształciuchów". Zatem losowanie kandydata w miejsce kampanii wyborczej mogłoby rzeczywiście uchronić niejedną demokrację przed ruiną. Ale kto usłucha pisarza?

Gdy analizuję własną niechęć do polityki, odkrywam, że jej korzenie sięgają dosyć głęboko. Początki swe bierze w podejrzliwości wobec tego, co zbiorowe. Chrzest prawdy o działaniu grupowym przeszedłem dosyć szybko. O ile pamiętam na etapie wczesnej szkoły podstawowej, gdy postanowiłem zostać zuchem. Poszedłem na pierwszą zbiórkę, do której zachęcały całkiem sympatyczne druhny wbijające na lekcję plastyki. Wieczorem, w dosyć posępnej i obskurnej szkolnej harcówce, umieszczonej w suterenie tysiąclatki, rzeczone druhny zebrały składkę na naszą działalność i wyznaczyły termin kolejnej zbiórki “na za tydzień”. Po upływie siedmiu dni czekałem wraz z grupą, równie naiwnych jak ja, najpierw na ganku zamkniętej szkoły, później obok, pod latarnią, na kamiennym murku ulicy Lipowej. Bezskutecznie. Ani zbiórki, ani druhny, ani kasy, bo był to zwyczajny prototyp metody na wnuczka… a raczej na zucha. 

Rzeczone panny, po kilku latach, okazały się znanymi w mieście gwiazdami taniej miłości pod wezwaniem pobliskich koszar. A ja wówczas – trudno powiedzieć jak inne niedoszłe zuchy - zebrałem lanie w domu za okłamywanie rodziców. Jako dziecko przed pierwszą komunią nie dysponowałem zegarkiem na rękę i okazało się, że czekanie na zbiórkę trwało tak długo, aż ojciec został wysłany przez matkę z misją odnalezienia dziecięcia zagubionego w akcji. Szkoła, jako rzekłem, była zamknięta. A że “nie wiadomo, gdzie się szlajałem”, cięgi przypadły na mój niewinny zadek. Kilka lat późnej ochoczo przyznałem rację koledze z bloku, który pasjami pucował w piwnicy poniemiecki motocykl NSU i mawiał, że harcerstwo to pierwszy krok do komunizmu. Organizacje zbiorowe, skupione wokół gadania, pokrzykiwania i zdobywania sprawności, prędzej czy później ocierają się o wypaczenie idei, ściemę, hierarchię, konflikt władzy, chciwości, chorych ambicji, zniewolenia i podporządkowania grupy członkom nie zawsze mądrzejszym, ale bezwzględnie korzystającym ze sztandaru z patetycznym hasłem. Taka jest człowiecza natura i choćby żabami padało nic tego nie zmieni.

Zastanawiać może fakt, czy jest to przypadłość rdzennie polska, wynikająca z narodowego temperamentu? Czy może ciągnący się skutek wyniesionej w genach komuny, zaradnego krętactwa, cwaniactwa i poczucia, że wszystkich wokół można i trzeba robić w wała, żeby wspiąć się po łbach głupszych od własnego na najwyższy konar, z którego i perspektywa szeroka i wszystkim można nasrać na kaszkiet?

I nie ma znaczenia, czy jest to partia polityczna, która nie umie wybrać wodza, Oaza przykościelna czy inne apostolstwa w duchu oraz stowarzyszenia pocieszenia wszelkiego i ratowania uczuć. To, co grupowe skupia jednostki niepewne siebie i własnej wartości, przez co grozi zamknięciem w sekciarstwie. I w imię oblężonej twierdzy bronić będzie choćby zabawkowego krzyżyka nad klatką chomika, niepytanego o wyznanie. Z każdej takiej grupy, która wrzeszczy pod wezwaniem, wyłoni się w końcu mniej lub bardziej skuteczny Bąkiewicz i przepuści przez durszlak wodę po mózgach pieniaczy. Mediom wetknie w dziób sensacje, ośmieszy społeczeństwo, podkręci polaryzację ku radości skarlałych duchem i intelektem. 

Najzabawniejsze, a może jednak bardzo tragiczne jest to, że im więcej na sztandarach wiary, krzyża, zbawienia i Najświętszej Panienki, tym mocniejsza nienawiść na ustach, wściekłość w sercach, agresja w przekaziorach. Ślepa żądza odwetu wiedzie lud na barykadę, nawet jeśli po drugiej stronie nie widać wroga. Nie wychodzi na świat z głowy obrońców stojących coraz dalej od ducha Ewangelii, miłości, pokoju i dobra, o której jakby nigdy nie słyszeli w amoku obrony wartości, z których sami szydzą.  Beleczka we własnym oku najmniej uwiera, więc sięgają po drzazgi w oczach nieobecnych, niezainteresowanych, co najwyżej kpiących memem, nie tyle z wiary, co z jej wyznawców. Jakby sama nie mogła się obronić, skoro czyni to skutecznie przez dwa tysiące lat. Na memy każdy temat jest równie dobry co chwilowy i nie ostatni z całą pewnością. 

Na pewno żyjemy w czasach jakiegoś końca, bo zdewaluowano już wszystko z checklisty wartości. Pozbyliśmy się radośnie tego, co wyznaczało azymut sensownego współistnienia i współdziałania. Co prawda została jeszcze Orkiestra Świątecznej Pomocy i niech trzyma ten naród w poczuciu wspólnego celu. Niech gra do marnego końca świata, a nawet kilka dni dłużej, Choć i tu strach pomyśleć, co z niej zostanie, gdy zabraknie Jurka.


niedziela, 26 listopada 2023

Krzyk sracza

 - Jesteś dziś w pracy? 

- Jestem.

- A przed chwilą byłem u ciebie, odbiłem się od drzwi!

- Przecież przykleiłam kartkę: „jestem na spotkaniu, będę o godz. 10.00”.

- Ale ja nie czytam takich rzeczy.

- Innych do czytania tam nie było!

    Autentyczny dialog biurowy przypomniał mi się akurat w służbowej toalecie, o czym zaraz. Najpierw refleksja w sprawie pewnego paradoksu, jaki obserwuję od dłuższego czasu, choć niekoniecznie w kibelku. Coraz częściej do głosu dochodzi swoista paranoja. Im silniej oplata nas sieć artkułów, komentarzy, książek, dialogów, wywiadów, reportaży, mejli, hejtów, nagłówków, apeli wszelkiej maści, tym mocniej działa moda na nieczytanie, pomijanie, olewanie nadawcy wraz z jego intencją, z wymuszaniem ignorancją powtórzenia komunikatu w formie ustnej, choćby przez telefon. Mamy zatem do czynienia z…? Wzrastającym egocentryzmem nadawców, tłukących w klawisze sobie a muzom? Wzbierającą falą drukowstrętu, jeśli słowa są cudze? Nieuchronnie odnoszę wrażenie, że poziom nieporozumienia między ludźmi wzrasta proporcjonalnie do rozwoju technologii cyfrowych. Przekroczyliśmy próg komunikacyjnej niemocy, wówczas, gdy wszelkie narzędzia usiłują porozumienie uprościć i uczynić skutecznym. Może potrzeba odbioru ustąpiła pod naporem nadawania? Nawet kosztem odbijania się od zamkniętych drzwi, a więc z nieuchronną stratą czasu, gdy bliźni („bliźnia” jako feminatyw?) próbował/ła ostrzegać wieszając kartkę? 

    Ale nie ma co wyważać otwartych drzwi. Zbyt często pisałem, z jak cudowną nonszalancją ludzkość rezygnuje dziś z użycia intelektu, języka, kultury i szacunku do drugiego, wyrzucając co się da na śmietnik z napisem „wolność”, a tam pompatyczne odniesienia do wartości nie podlegają nawet recyklingowi. 

    Dlaczego zatem dziś o tym? Bo dotarłem wreszcie do toalety. I już byłem gotów rozsiąść się – jak na świątynię dumania przystało (jaka epoka, taka świątynia) – nawet odpalić w telefonie niedoczytany felieton z nowego numeru „Tygodnika Powszechnego”, gdy zderzyłem się z dokonaniem anonimowego akrobaty. Przeżyłem pół wieku i za każdym razem zachodzę w głowę, jak można nasrać na deskę nie zostawiając śladów bieżnika na tejże? Przecież atawistyczna i prozdrowotna pozycja „na Małysza” nie unieważnia praw grawitacji! Zatem wodowany uboot powinien opuścić dupsko, bez otarcia siedziska. Widać cyrkowiec potrafił nie tylko pokonać grawitację, ale równie skutecznie przegonić mnie do sąsiedniej kabiny. I tu nie obeszło się bez zderzenia, choć tym razem z widokiem prawidłowo zwodowanego okrętu Kriegsmarine, który z sobie wiadomych powodów nie odpłynął kursem wyznaczonym przez kanalizację, mimo solidnego strumienia ze spłuczki.

    Gówniany temat poruszam nie tylko dlatego, że to trzecia dekada XXI wieku, a toaleta jednak nie dworcowa, raczej powiedzielibyśmy korytarzowa. Używana przez zamknięty krąg ludzi pracujących rzekomo głową. Życie wprowadza korektę i pokazuje, że od głowy do dupy niektórzy mają za daleko. Ale innym na sercu leży misja edukacyjna, niezmącona praca u podstaw i to z uporem godnym lepszej sprawy. Tym razem grube cygaro dryfowało w toalecie, na której drzwiach wybrzmiewał wielkim Arialem proszący napis: „Nie zostawiaj po sobie niespodzianek! Obejrzyj się i sprawdź, czy zadbałeś o czystość i komfort innych użytkowników sedesu”. Czyli egoizm tym razem maltretował zapęd nauczycielski nadawcy. Gównomiot pozbył się ciężaru trawienia i w oswobodzony zad wprowadził misjonarza czystości wraz z jego odźwiernym apelem. Byłem tak wzruszony przekonaniem nadawcy o mocy słowa pisanego i niegasnącą wiarą w przemianę bydlaka w człowieka, że uczciłem to minutami bez lektury, a wychodząc z kabiny dwa razy obejrzałem się za siebie i odruchowo docisnąłem taśmę klejącą z wezwaniem do czystości. 

    Gdy jakiś czas później, podczas czatowania ze znajomą, zastanawiałem się, dlaczego apele pojawiające się w męskich toaletach biurowych, urzędowych, przychodnianych i akademickich są tak bezskuteczne i nie wpływają na mentalność buraka, ta szybko wyprowadziła mnie z błędu. Prostą fotografią ze znanej sobie toalety przekonała, że damskie epatują znacznie dłuższym orędziem, równie bezowocnym, jakby na przekór powszechnemu przekonaniu, że dziewczynkom bez trudu przychodzi utrzymanie porządku, o wiele naturalniej niż wstrętnym chłopaczyskom. Na fotografii, tonem litanii błagalnej albo regulaminu więziennego, stało: 1) sprzątaj fusy po kawie i herbacie z podłogi, 2) nie zostawiaj brudnych naczyń w umywalce na dzień cały, 3) ręczniki wrzucaj bezpośrednio do kosza, inaczej nie dowiesz się po co tam stoi, 4) tam też niech lądują Twoje tampony i podpaski, koniecznie zawinięte w jeszcze jeden ręcznik. 5) Celuj trafnie do toalety, jeśli przez podobne Tobie brzydzisz się usiąść. 6) Nie wyznaczaj drogi ewakuacji rozwiniętym papierem toaletowym, wszystkie znamy jedynie słuszny kierunek, 7) nie złamiesz paznokcia spuszczając wodę, uwierz praktykującym!, 8) Na wszelki wypadek obejrzyj się za siebie i zaufaj szczotce, jest oswojona i nie gryzie!”. 

    Zdałoby się, że dorośli ludzie, w zderzeniu z oczywistością w podstawowym wymiarze życia społecznego, nie potrzebują takich wystąpień, mniej lub bardziej ironicznych, twórczych, złośliwych, sięgających po każdy oręż w desperackich próbach dostosowania człowieczeństwa do epoki lotów w kosmos. A tymczasem i tezy przybite gwoździem nie mają siły wyciągania mentalności ze sławojki za stodołą i nie ochronią nas przed zasraną deską. Gdzież jest przyczyna, a gdzie skutek? Jako dyżurny dzielący włos na czworo, zostawię to pytanie bez odpowiedzi, bo zwyczajnie jej nie znam. Domniemywać mogę, że to jeszcze jeden z podziałów naszego społeczeństwa. Tu już nie tylko obowiązuje ten żelazny na suwerena i resztę, co stoi tam, gdzie ZOMO, na lemingów i patriotów, lewaków, prawaków i liberałów, proeuropejskich i faszystów, analfabetów i piśmiennych, moherowych, zielonych i obrońców kobiet. Tu jest sedno podziału na tych, którym zależy na jakości życia w społeczeństwie cywilizowanym i przyjaznym otoczeniu oraz tych, dla których liczy się koniec własnego nosa, a jemu nie przeszkadza swojski smrodek i zaistnienie skuteczniejsze niż tik-tok gwarantuje.


wtorek, 7 listopada 2023

Pan da

Coraz rzadziej spotykam pod sklepem przechodzonych i steranych życiem zwolenników strategii pozyskiwania środków na pandę. „Pan da na bułkę”, ewentualnie: „pan da piątaka, parówki bym sobie kupił”. Nie ukrywam, nie brakuje mi podwórkowego folkloru wyciągniętej dłoni. Przyznam, że mało finezyjni dżentelmeni odstręczali  mnie wciskaniem rzeczonej parówy w oczy dawcy. Zdecydowanie wolałem nielicznych, których stać na honorowego niedźwiedzia z gatunku „pan da na piwo”.

Przyroda nie znosi jednak próżni, więc i obyczaj nie znika całkowicie. Tu i ówdzie pojawiają się zastępcze formy żenowania klienta. Zwykle dopadają z zaskoczenia, gdy ten w bólach odtwarza zapis zapomnianej z domu kartki. I nagle staje zderzony z nędzą człowieczą, znacznie bardziej bolesną niż karniak od żony za pominięcie trzech kostek masła z promocji.

Jakiś czas temu w okolicy pojawiła się babcia z patentem na bukiecik. Mała, zasuszona, ruchliwa, trzyma za rogiem starą reklamówkę, wypchaną wiązankami złachanych kwiatków, ozdobnych trawek i listków, wyprowadzonych z okolicznych działek i skwerów. Czujnie obserwuje zbliżających się do drzwi, szczególnie w parach, najlepiej między dwudziestym a czterdziestym rokiem życia. Gdy parka zbliża się do dyskontowych wózków, babina atakuje wiązanką roślin w celu wyłudzenia. Nie do końca łapię strategię, ale związana jest raczej z zawstydzeniem faceta. Przecież sam z siebie nigdy kwiatów partnerce nie przyniósł, a w dodatku ma okazję błysnąć empatią i miłosierdziem wobec bliźniej, ofiary przemian systemowych. Wzmocnienie metody „na wiechcia” prawdopodobnie kryje się też w przeświadczeniu, że młode pokolenie ma kłopot z komunikacją werbalną i wprost. Prędzej zapyta, czy można płacić telefonem, niż odmówi uwikłania w datek. Tym sposobem babcia zyska podwójnie. Nie dość, że zażenowani natychmiast klepią się po kieszeniach, by wykupić wolność od nieprzewidzianego zawstydzenia publicznego, dodatkowo, po dokonaniu wpłaty, za nic nie przyjmie badyli na wejściu do sklepu. Te zaś za chwilę zaszczują inną ofiarę prostej manipulacji. 

Początkowo było mi nawet wstyd, że żyję w kraju, który zmusza starszą kobietę do tak smutnych zabiegów w walce o przetrwanie, choć z pewnością lekkiego życia nie miała. Po kilku tygodniach jej operatywności, w różnych punkach dzielni, pojąłem, że jest w niej jakaś radość rynkowej gry przedsiębiorcy, a ten rodzaj działań bardzo ją uspołecznia i aktywizuje. Na wszelki wypadek, na jej widok, puszczam jednak żonę przodem i bardzo ociągam się z odpięciem wózka, monitorując ruchy kwiaciarki do momentu, gdy zdybie niczego niepodejrzewającą parę. 

Bez zaskoczenia i niejako na własne życzenie wziął mnie jednak inny pomysłowy Dobromir po przejściach. Połakomiłem się na miejsce parkingowe vis a vis drzwi do sklepu i miałem za swoje. Ledwie opuściłem samochód, już się do mnie uśmiechał, prawie oko puszczał kumpelsko. Ten uśmiech wróżył coś niedobrego, jak rysa na drzwiach w ramach odmowy współpracy, jeśli nie wybawię go co najmniej piątakiem. Sięgnąłem do kieszeni szybciej niż Gary Cooper po kolta, bo i rzecz działa się w samo południe. Wydobyłem biały żeton, który pokazałem uśmiechniętemu. A on na to: „nie chcę kasy, ale widzę, że mnie zrozumiesz, kolego, wiem, że swój jesteś. Pochlałem w nocy, kac mie zajebie, jak się nie napiję. Widze, że wiesz o co kaman, znasz ból, kup mi jakieś dwa browce, bo wykorkuje”. Zaraz jednak zacząłem się bronić, nie z powodu braku empatii, rzecz jasna, raczej z czystego współczucia, że zakupy weekendowe i będzie musiał sporo poczekać. Gość na to, że nie rzutuje i tak nie ma dokąd pójść. Dopiero w sklepie dotarło do mnie, że wychodząc z domu nie zadbałem wystarczająco o wizerunek, skoro wziął mnie za swego. I drogą sprawiedliwości idąc, postanowiłem uraczyć go piwem z wyższej półki, które sam bym wypił. Długo wybierałem, rozważałem, kombinowałem, a gdy złożyłem uroczyście butelki w koszyku, żona natarła z pretensją, że miałem już nie pić piwa, szczególnie tak drogiego. Objaśniłem potrzebę wsparcia, ale nie spotkała się z uznaniem. Potulnie popychałem za nią koszyk tak długo jak było trzeba. Gdy już opuściłem sklep, z miłością bliźniego mocno windującą samoocenę, nie było komu okazać miłosierdzia. Obiekt, najwyraźniej uratowany przez innego Samarytanina (nie brak ich w ojczyźnie skutecznie z kolan dźwiganej) zupełnie zniknął z pola widzenia. Na chwilę, bądź na wieki wieków, nie wiem, nie miałem czasu szukać. Wieczór zaś umiliła mi konsumpcja napoju empatii i to niezłej marki.

Kilka dni później mocno zaskoczyła mnie inna kobieta, choć pod tym samym sklepem. Szybko namierzyłem jej wzrok, gdy taksowała auto. Niewykluczone, że właśnie wyceniała na ile może skubnąć moje współczucie. Siedziała wciśnięta między szybą a poręczą z wózkami. Na wszelki wypadek uśmiechnąłem się do niej serdecznie, błyszcząc bielą żetonu w palcach. Pokiwała głową ze zrozumieniem, ale nie odpuściła:

- Czy może mi pan kupić coś do jedzenia?

- Oczywiście. Na co ma pani ochotę? – Nie mam z tym problemu, nieraz wyobrażam sobie, że przy zusowskich gwarancjach emerytury, sam mogę tak skończyć za jakiś czas. Patrzyła długo, milcząc, z małym półuśmiechem. Mogła mieć koło siedemdziesiątki, a może przekroczyła dopiero sześćdziesiątkę, sądząc po oczach. Ocenę utrudniała konserwacja oblicza mało wyszukanymi trunkami. 

- Wstydzę się powiedzieć. – Rzekła w końcu skromnie, choć wzroku nie spuściła.

- Bez obaw, śmiało – zachęciłem z uśmiechem – najwyżej nie kupię, jeśli to będzie za drogie.

- Może mi pan kupić rybę wędzoną i dwie bułki?

- Jasne, tylko wie pani, trochę trzeba będzie poczekać, robię zakupy na dwa domy, sąsiad zaniemógł i to potrwa.

- Ale mnie się nigdzie nie spieszy. Poczekam.

Gdy tylko przekroczyłem próg sklepu, przypomniał mi się skacowany jegomość, w którego intencji rozpracowałem wówczas browar. Z automatu przyszła myśl, czy aby na pewno mam ochotę na konsumpcję makreli z bułkami. Na wszelki wypadek wrzuciłem do kosza zamkniętą w plastik i z długim terminem do spożycia. Tym razem jednak prosząca nie zawiodła, siedziała na swoim miejscu, choć dyskont opuściłem później niż szacowałem. Podałem jej zakup, uśmiechnęła się i podziękowała. Ale nie czekała aż odstawię wózek. Wstała i wydobyła zza siebie wielką torbę podróżną i rozpięła suwak. Przypinając wózek zobaczyłem w niej zapas różnorodnych zakupów, który wystarczyłby z pewnością mojej rodzinie i sąsiadowi. I to raczej na pół tygodnia, nie licząc wspólnej, weekendowej, imprezy z wyżerką.

wtorek, 16 sierpnia 2022

Boża wola z postronkiem

Mglisty zmierzch przysiadł na łące, zanim dotarliśmy do samochodu. Czas zrzucania woderów, kamizelek, składania wędek i przynęt, wdziewania lekkich butów, no i koniecznie sikanie przed drogą. To wszystko przysunęło wieczór znacznie bliżej. Wjeżdżaliśmy w las po ciemku i ledwie rzuciłem ostrzeżenie, żeby uważał na borsuki, które uwielbiają skoczyć zza drzewa wprost pod koła. Kolega zdecydował jednak, że pojedziemy w prawo, żeby skrócić trasę. Nie protestowałem. Jego samochód, jego decyzja.

W połowie szutrowej drogi, dzielącej od wyjazdu na asfalt, pojawiło się ryzyko spotkania grubszej zwierzyny. Przeczesywałem wzrokiem obrzeża krzaków w zasięgu świateł, jakbym sam prowadził, ale zamiast tego zobaczyliśmy auto osobowe, nieoświetlone. Z ciemności wyłoniła się sylwetka chudego chłopaka wyciągającego rękę. Zanim zatrzymaliśmy się na dobre, okno miałem już otwarte i  dłonią namacałem wędkarski scyzoryk w kieszeni. Młodzian z jasną czupryną i pogodnymi niebieskimi oczami miał góra dwadzieścia lat. 

- Mają państwo może linkę holowniczą? Samochód mi padł, pewnie panewki. - Nawet nie pytał, czy mamy ochotę tę linkę gdziekolwiek przypiąć, uznał to za oczywiste, skoro los bawił się jego kosztem. Odruchowo spojrzałem na kolegę, z wielką nadzieją, że tę linkę wydobędzie. 

- Nie mam. W tym samochodzie akurat nie wożę. – Wzruszył ramionami. Nie tego się spodziewałem.

- A mogliby państwo mnie zawieźć do domu po linkę i przyjechać tu ze mną po samochód?

Młody Kaszub był zdeterminowany w poszukiwaniu pomocy równie mocno, jak w nazywaniu nas państwem, choć z tego, co wiem, kobiet z nami nie było. Spojrzałem na kolegę, ale wyraźnie nie rwał się do opóźniania powrotu. Ruszyłem z odsieczą: 

- Może po prostu zamknij samochód, podwieziemy cię do domu, a za dnia tu wrócisz z pomocą? 

- Nie mogę, mam sentyment do tego auta, a już raz mi go okradli.

Spojrzałem na pojazd. Stał w świetle reflektorów odrapany, z wgniecionym błotnikiem, a pordzewiałe nadkola i progi wołały o zasłużony szrot, podobnie jak drzwi najwyraźniej innego koloru niż reszta karoserii. Fakt. Jedynie sentyment mógł stanowić o wartości trupa. Kolega dostrzegł, że z alternatywą pomocy brnę w pokrzywy wyższe niż nadrzeczne, w których znikaliśmy z rozłożonymi wędkami. Zapytał, czy desperat nie ma kogoś z traktorem, po kogo może zadzwonić, może rodzice mają znajomych? Sąsiadów? 

- No nie mam gdzie zadzwonić, rodziców nie ma. Sobótki są. Też jadę z dziewczyną. Wszyscy imprezują, kto ruszy po kielichu? 

- No dobra - rzekł miłosiernie kolega - wsiadaj, pojedziemy po tę linkę. 

Młody wrócił do swojego, krótko negocjował z dziewczyną, ale ta za nic nie chciała zostać w środku lasu. Szybko opuściła skorupę i już przecinała drogę w naszym kierunku. Taka Mała Mi z garbatym nosem, zaciskająca elektronicznego papierosa w garści tulonej do suwaka bluzy. Może siedemnastoletnia, z głową ukrytą w ramionach, zapakowała się na tylną kanapę, dorzucając niedorobione „bry”. Ruszyliśmy w noc. Przez głowę przelatywał kalejdoskop przeróżnych scen z wysłuchanych audiobooków. Zastanawiałem się, w którym momencie Kaszub za plecami dobędzie nóż i przetnie mi gardło, jednym pewnym pociągnięciem, z uśmiechem zwycięzcy gier FPS. A może zarzuci garotę domowej roboty? Pomysł został w mojej głowie, a światła cywilizacji pojawiły się na horyzoncie.

Wyszło na to, że droga do zagrody nieszczęśnika, to pięć kilometrów w jedną stronę,  a przed nami tyleż z powrotem i znowu pięć do obejścia kolegi, gdzie rzekomo miał czekać lepszy wjazd na posesję. 

Młody zniknął w domu na kilka dobrych minut i teraz z miną zwycięscy wyniósł z domu linkę holowniczą, za którą miał robić sfatygowany postronek do wiązania krów u żłobu. Gdy już wjechaliśmy na powrót w las, uderzył w konwersację i wyrwał się z pytaniem: 

- A pan, to chyba od niedawna ma prawo jazdy? - Parsknąłem śmiechem spoglądając na niedowierzające kręcenie głową kolegi i zapytałem po czym wnosi? 

- No, bo pan tak ostrożnie jedzie. Cały czas zgodnie z przepisami, ja tak nie jeżdżę, chociaż mam prawo jazdy od ośmiu miesięcy. 

No i mamy clou programu, pomyślałem. Masz rejestrację zaczynającą się od GWE… to jak plemienne znamię od urodzenia jednak. Zero wyobraźni i powiatowy apel: „kretyn na drodze”. Geniusz jak wszyscy twoi ziomale, prawie warknąłem, wyprzedzający rzęchami na trzeciego. Macie zapisane w genach to popierdolenie, bo ruchacie się w trzy chałupy na krzyż… zacisnąłem pięść, ale darowałem sobie wzburzenie i rzuciłem tonem starego pierdziela: 

- Widzisz? Kolega jeździ zgodnie z przepisami, to nie stoi w lesie, w środku nocy, jęcząc o linkę. A tacy jak ty mogą liczyć na jego pomoc. Nawet jeśli nie zasługują! 

Minęło dobre kilka minut, zanim poradził sobie z przywiązaniem sentymentu do sznurka od Mućki. Ciągnęliśmy wraka przez jakąś wieś, na włączonym nasłuchu telefonicznym. Z obawy o zderzak kolegi zapytałem młokosa, czy hamulce ma sprawne. Z sylab przerywanych brakiem zasięgu dowiedziałem się, że świeżo wymienione klocki i tarcze, bo miłość do przeżartej blachy nakazywała robić cokolwiek, na co starczało zasobów. 

- Szkoda, że zabrakło sentymentu na sprawdzenie panewek - wysyczał kolega, a było coraz bliżej docelowej osady. Wyłączył telefon i wypowiedział niepokój, trapiący i mnie od początku misji miłosierdzia:

- Tylko jak my się włączymy do ruchu? Z podporządkowanej, z wrakiem i w dodatku pod górkę? Ciemno jak w dupie szamana, a z dwóch stron straceńcy w drodze na Lębork albo Wejherowo! Nie umiem sobie tego wyobrazić. 

Też nie umiałem. Oczyma duszy dostrzegłem oślepiający blask świateł, zanim w drzwi wbije się maska zdezolowanego passata, a mój banalny żywot zamknie inny właściciel tablicy rejestracyjnej GWE… nie chciałem umierać jako ofiara dobrego uczynku. W tym momencie poczułem mocne szarpnięcie. W prawym lusterku awaryjne światła wyraźnie się oddalały. I jeszcze raz młody wiązał sentymenty sznurkiem. 

Ruszyliśmy, gdy na horyzoncie zamigały czerwone światła. Wiedziałem, że w pobliżu wyjazdu z podporządkowanej jest przejazd kolejowy i właśnie zamknięto szlabany. Ze względu na dosyć ostry zakręt zamykają się wcześnie i w znacznej odległości od samego przejazdu. A to oznacza, że z naszej drogi wjedziemy pomiędzy przejazdem a zamkniętą zaporą i żaden ruch z obu stron nam nie grozi.

- Ale fart! - Ożywił się kolega. 

- Jaki tam fart?! Boża moc ma słabość do Samarytan, sam widzisz! Choć z drugiej strony, mogłeś jechać normalnie. Bez skrótów dawno bylibyśmy w domu. 

- Widocznie Boża moc pchnęła mnie przez Bożepole, w dodatku Wielkie. A taką miałem ochotę na lody w domu, ale za późno na cukier. Przypadek? Nie sądzę... i szarpany Kaszub w gałki strzelił! - Pokręcił głową z uśmiechem.


wtorek, 9 listopada 2021

Wory miłosierdzia

❖Posłuchaj w interpretacji autora❖

Ojciec przepijał wszystko. Brakowało. Miłości, czułości, zainteresowania, ale i kości, normalnie, na zupę. Matka kombinowała od zawsze, jak się dało, żeby dzieci były nakarmione i czyste, byle ugotować na czas. Brak obiadu, to następne sińce pod oczyma i na udach, po których lał pozostałością bambusowej wędki. Dorabiała szyciem, sprzątała obce mieszkania, pomagała przy weselach, skąd zawsze można było coś wynieść, a wtedy nawet na tydzień starczało. Nie istnieli jako mąż i żona, był kat i ofiara, zwyczajnie pogodzona. Wypłoszona i wiecznie gotowa do ucieczki po drewnianych schodach starego domu. Uderzenia nie bolały aż tak. Bardziej żal i pretensje, że trzeba było dzieci utopić, jak koty, ale pewnie naniosłaby nowych, bo dupodajka, a potem znowu prał i wyzywał na przemian. Jako mała dziewczynka słyszała to zbyt często i zatykała uszy, aż do bólu palców. Brat utopił się sam, w wódzie, jak stary. Hanka wyjechała najszybciej jak się dało. Przestała odzywać się do matki, nie chciała o niej pamiętać, bo i o kim? Nie potrafiła też na dłużej być z żadnym facetem. Bała się powtórki z życiorysu rodzicielki.

   Czy dlatego próbuje być pożyteczna? Za wszelką cenę? Za późno budować człowieczeństwo? Znam jej historię, bo wszyscy ją znają i ciągle wraca tak samo, ilekroć podglądam ją w pracy. Lubię zaszyć się tu w słoneczne dni. Chowam się na chwilę na poddaszu, między myciem starczych dup a przygotowaniem porcji leków. Stąd dobrze się milczy, jakby ponad, z widokiem na skwer, ławeczki i fontannę, której kształt zmiękcza dym z papierosa. Niby nie palę, ale tu gest stał się konieczny jak antidotum na bezsilność.

    Nie umiem jej współczuć, nigdy nie umiałam. Hanka irytuje. Jest w niej teatralna czułość. Fałsz aktorki ze sztuki, której nie rozumie, ale gra za wszelką cenę, choć nikt nie klaszcze. Naoglądała się filmików z życia wolontariuszy. Tam trzymają staruszki za rączkę i czytają im książeczki. I ta też trzyma. Trzecią z rzędu w ciągu kwartału. Głaszcze tak czule, że wnusia nie wniosłaby więcej, aż może kiedyś zagłaszcze swoje nienapasione ego. Reszta babć się nie liczy. Nie dostrzega ich, nie ma tyle uwagi do stracenia, choć ma obowiązek wpisany w zakres. Jest wspaniałą opiekunką dla wybranek. Kolejna podopieczna ufa jej, otwiera przed nią serce, aż zachęcona powie o najskrytszych potrzebach, niestety, zbyt prozaicznych. Stanie się nadmiernie absorbująca, a stąd idzie się na skróty do nieporozumień. Hanka ją zostawi, przesunie do kategorii „natarczywa starucha” i znajdzie nową zabawkę, by za czas jakiś wydzielić kopa pragnieniom kolejnej mieszkanki domu. Czy one jeszcze liczą te kopniaki losu? Demencja bywa wybawieniem, więc zamykają się na zawsze przed światem, gdy pańcia opiekunka rozkwita.
   
Przyjechali. Już są. Koniec palenia. Otwierają się drzwi furgonu. Zosia rozgląda się nerwowo. Mamy obie to segregować, kolejne skarby sklerotyka Alibaby! Ostanie ślady po życiu zbytecznej kobieciny. Już liczę worki zestawiane na polbruk. Czarne jak ten, w którym ruszyła w ostatnią drogę właścicielka ich zawartości. Nabite do granic wytrzymałości naciągniętej folii, nie ma lekko. Za bramą stoją darczyńcy, jestem już tak blisko, że słyszę jak tłumaczą Zosi… właśnie zmarła babcia, a ponieważ porządkują mieszkanie... ładne rzeczy, prawie nieużywane, szkoda wyrzucić. Znam tę śpiewkę do mdłości. Tylko czekać aż padnie odwieczne: „biednym ludziom na pewno się przydadzą”. 
Za każdym razem, tak samo, jest ze mną błysk wiary w człowieka. Nie rozumiem skąd i dlaczego, zawsze od nowa myślę: fajnie, od przybytku głowa nie boli. Szczególnie tu, w czarnej dupie starości, w czyśćcu zapomnianym przez Boga i kolejne rządy Najjaśniejszej Pazerkracji. Rzeczy tak szybko się niszczą. Ucieszą się z każdej nowej bluzki, sweterka czy innego ciuszka. Dochodzę do nich i dziękuję najwylewniej jak umiem, serio, bez śladu kpiny. Darczyńcy są dumni, że robią coś szalenie dobrego. Trzeba im poklepania, szczególnie teraz, zanim rzucą się do dzielenia nieruchomości po zmarłej. Potrzebują wyrównać poziom między człowiekiem a hieną. Podła myśl, wiem, ale sama kładzie się cieniem między nami a busem, odjeżdżającym pospiesznie. 

   Szukam chętnych mieszkańców do pomocy. Sprawniejsi targają wory do jasnego pomieszczenia, gdzie da się posegregować prezenty. Na wszelki wypadek odprawiamy ich zaraz potem i zamykamy się same. Nigdy nie wiadomo, jaką reakcję wywoła dany przedmiot. Poza tym worki mogą kryć więcej upokorzenia niż radości. Wysypujemy zawartość pierwszego, bez obaw, na podłogę. To buty. Widać pani była elegantką, jakieś pół wieku temu. Niestety, nawet vintage tu nie pomoże. Trzewiki na wysokich obcasach raczej nie wejdą we współpracę z paniami, które co prawda poruszają się posuwisto, ale o lasce i zawsze w towarzystwie ściany. A te na wózkach? Mają takie deformacje, że nawet przymierzanie wiąże się z wysokim ryzykiem stałego związku z obuwiem. Jest też kilka pantofelków, ale te lata świetności mają dawno za sobą. Są nadto przydeptane i przetarte w tańcu. Pozostałe, nawet stosowne do wieku mieszkanek, niemal straciły podeszwy. Zosia pokazuje mi bambosza z pomponikiem. Ładny, szukamy drugiego. Czyżby książę zagubił, wkładając na stopy okolicznych kopciuszków? Jest! Bez pomponika i z rozdartym czubkiem. Niestrzyżone pazurki księżniczek albo pani miała pieska, który lubił szarpnąć nosek. Pakujemy z powrotem i odstawiany wór na bok. Pojedzie do kontenera na zbędną odzież.

    Wysypujemy zawartość następnego. Bluzeczki, sukienki, spódnice. Większość bez guziczków, suwaków lub ze śladami przebrzmiałych bankietów na roztrzęsione dłonie i paski TVP Info. Decydujemy się odłożyć wybrane, z którymi będzie najmniej roboty. Tu wiecznie brakuje rąk do pracy, a skoro nie ma czasu i możliwości na naprawę, spróbujemy doprać chociaż te po nieustającej libacji rencistki.

    Kolejne dwa zawierają kurtki, płaszcze, żakiety, marynarki. Od smrodu naftaliny kręci nam się w głowie i ciągnie na wymioty. Pocieszeniem staje się fakt, że mole na pewno zdechły i nie przytargamy ich larw do domu. Kurtek nam nie brakuje, rzadko ich używamy. Część pensjonariuszy nie schodzi z łóżek, a inni? Każdy ma swoje, a i ogólne szafy są nimi zapchane. Wybieramy kilka sztuk, reszta dla PCK, normalnie, na szmaty do czyszczenia tokarek, korytarzy i innych przęseł przemysłu ciężkiego. Jakby darczyńcom brakowało osiedlowych kontenerów.

    Zośka puszcza oko, wyczuła coś specjalnego: „…teraz hicior. Bielizna. Idziemy w seksowne szatki?”. Widać starsza pani próbowała prać ją sama. Z mizernym skutkiem. Pantalony z kręgami żółto-brunatnymi od moczu, część gaci standardowo: brązowym do tyłu, wskazuje na niedotrzymanie umowy między wolą a zwieraczem. Do tego kłęby, wężowiska rajstop. W tym cerowane rajtuzy, aż trudno uwierzyć, że jeszcze coś takiego widzę. Czuję narastającą złość, zwijam wszystko i pakuję do wora. Gdzieś ze środka głowy wyrywa się dawno usłyszane lub przeczytane zdanie: „zdrap wierzchnią warstwę z altruisty i patrz jak krwawi hipokryta”. Wyobraźnia podsuwa na przemian obraz starszej schorowanej pani, która próbuje radzić sobie sama do końca, opuszczona i niepoddająca się starości i jej kochanej rodzinki, pakującej w amoku ślady dawnego życia w wory, na jednym wdechu. Byle szybciej opróżnić mieszkanie i wynająć Ukraińcom. Otrząsam się z tych destrukcyjnych myśli. Tak bardzo wolę myśleć, że starsza pani miała godne życie. To niełatwe, gdy widzi się, jakie rzeczy zostały podarowane. 

  „Zwijamy ten syf, bo jeszcze coś do domu zawleczemy!”, syczy Zośka. 
Niepostrzeżenie drzwi się uchyliły, udaję, że nie widzę twarzy mieszkanek. Niejedna chciałaby coś nowego. Renta mała, większość pochłania pobyt i leki. Szczęściary, to te, którym rodzinka nie trzyma łapy na końcówce i nie zamrozi ich truchła, żeby przeciągnąć przelewy ZUS-u choć o miesiąc. Tylko co im powiedzieć? Że znów zostali potraktowani jak gorszy sort? Za komuny lepszymi szmatami myły podłogi. Trudno, znów pójdzie fama, że oddajemy zdobyczne do szmateksu, żeby dorobić do tej najniższej krajowej.

poniedziałek, 6 września 2021

Schematy codzienne

❖Posłuchaj w interpretacji autora❖

Spieszą się, choć nie na pociąg. Peronem skracają drogę, później widzę je na schodach. Wspinają się sprawnie i przecinają wiadukt, by zniknąć gdzieś za zakrętem. Matka i córka, łatwiej rozpoznawalne z przodu, choć nie na pierwszy rzut oka. Z tyłu różnią się nieco wzrostem i budową nóg, szczelnie ściśniętych dżinsami skinny, zawsze w jednakowym kolorze. Córce kolanka uciekają do środka, tworząc linię iksa. Matka ma w nich inny krętlik, ale nie tak znaczny i tej los poskąpił krągłości bioder, ciosając znacznie prościej. O kobiecość córki geny bardziej się postarały. Takie same mają też sneakersy na stopach i fryzury z podskakującymi, jakby w pośpiechu spinanymi, koczkami. Z zaczesanych włosów wnioskuję, że malują je u tego samego fryzjera, niewykluczone, że w trakcie wspólnej wizyty lub robią to prościej, sobie nawzajem. Jednakowo zaczynają pracę, tak samo powinny ją kończyć, co znacznie ułatwia logistykę dnia. 

    Kilka razy słyszałem jak młodsza sztorcuje starszą, że nie dostosowała stroju do pogody, nie posłuchała, skąd prosty wniosek, że to ona odpowiada za wspólny outfit, podlegający wszakże dyskusji, co nawet trzyma się kupy, skoro mamuśka „chce być na modzie”, jak mawiało moje dziecko, dzieckiem będąc. Starszej najwyraźniej ciągle jeszcze dobrze w wizerunku Dżesiki i niespieszno do przejścia na poziom nieskrępowanej niczym Grażyny, czego z dużym zaangażowaniem pilnuje jej dziarska Karyna. 

    Przyjaźń międzypokoleniowa czy uderzające podobieństwo gustów i potrzeb? Wspólna praca, styl życia i wieczorne sesje „Top model” z nagrywarki albo powtórki „Tańca z gwiazdami”, gdy popijają wino Fresco pod pizzę Guseppe? Może nawet Carlo Rossi, ale to do ulubionego serialu. Nie nudzą się ze sobą, jednakowo dojrzałe lub niedojrzałe, co za różnica? A ojciec i mąż? Pognały go dawno temu, gdy miejsce na rodzinne powinności wypełnił po brzegi puszkami Specjala, czy zszedł na flaszki z napisem "Parkowa"? Nie wiem o nich więcej niż wsuwa mi pod dekiel tyleż natrętny, co perfidny schemat postrzegania, utkany z podglądania współczesnej mentalności. Ani grama ponad to, co podpowiada doświadczenie społeczne i cienkie papierosy z paczki, którą w biegu przekazują sobie wraz z zapalniczką. Pojawiają się, przebiegają, dymią i znikają, jak kolejny pociąg, mknący o tej porze sąsiednim torem.

    Dziś on był pierwszy. Wiercił się niespokojnie na peronowej ławce. Oburącz ściskał tekturowy kubek, jakby pielęgnował w nim ostatni łyk człowieczeństwa. Nie podejrzewam, żeby grzał dłonie kawą . Najbliższy Starbucks był dzielnicę stąd i z pewnością nikt nie otwierał go o szóstej. Zerknął w moim kierunku i już po chwili odstawił napój na ławkę, by nerwowo poprawiać nogawki dżinsów. Gdy byłem na jego wysokości, właśnie wygłaskiwał nosy znoszonych butów roboczych Caterpillar. Robił to końcem mankietu wytłuszczonej kurtki. Gdyby nie ogromne plamy ze spodni i przetarty na wskroś plecak, wziąłbym go za robotnika zza wschodniej granicy. Ale nawet oni nie są tak rozchwiani, zwłaszcza bladym świtem i w środku tygodnia.

Byliśmy sami na peronie. Na wszelki wypadek udałem się na następną ławkę. Nie chodzi o skąpstwo. Nie żałuję monet bezdomnym i nie wnikam na co pójdą. Fajki, alkohol czy parówki z MOM-u, naprawdę wszystko mi jedno, a pod Lidlem ulegam prośbom o zakup jedzenia, to zawsze podciąga samoocenę, więc jest wspólny interes do zrobienia. Złotówek skąpię tylko dobrze wyglądającym fanom życia bez pracy, zwykle młodszym ode mnie, bo w końcu mnie też nikt ich nie daje. Ale tłumaczyć bezdomnemu, na peronie, że mam tylko kartę, to mimo wszystko brzmi jak dupochron albo niesmaczny żart Scrooge’a i to w wersji z Kaczorem Donaldem. 

Usiadłem w bezpiecznej odległości od prób wymuszania jałmużny i skupiłem się na rozplątywaniu słuchawek. Po chwili dotarł do mnie oburzony dziewczęcy wysoki głos:

- Kosz masz obok, zasrańcu! Przestań tu syfić, szmato śmierdząca!

    To była ona, córka swojej matki, wykrzykiwała ledwie odwróciwszy głowę w stronę menela, któremu raczej było wszystko jedno. Siedział plecami do krzyku. A i napastniczce to nie przeszkadzało. Przecież nie słuchała jego pomrukiwań, z których doleciało tu ledwie: „dobra, dobra”. Nie zwalniając w codziennym biegu za chlebem, czerwieniała z kroku na krok.

- Zamknij mordę śmierdząca kurwo! - dorzuciła z taką agresją, że sam się zląkłem. To padło już na mojej wysokości, ale choć deptała mi niemal po sznurowadłach, byłem dla niej przezroczysty, wszak o dobre trzydzieści lat starszy. Gdy podniosłem głowę, bardziej zaskoczony niż przerażony, mamusia uznała, że pora wkroczyć z jakąś formą wychowania:

- Nie klnij tak! – Na więcej nie mogła się zdobyć pod naciskiem silnej presji potomstwa, a dla załagodzenia sprawy podała jej małą czerwoną zapalniczkę. 

    Za plecami usłyszałem wjeżdżający pociąg. To do niego sposobił się fan mało wyszukanych alkoholi, pucując garderobę czymkolwiek i jak się dało. Zarzucił plecak, siorbnął z kubka, który znowu unosił oburącz, niczym tekturowego Graala, i z pewnością nie zamierzał zostawiać go na ławce. Wspinał się do wagonu zbyt długo, ale zdążył przed sygnałem poprzedzającym zamykanie drzwi.

niedziela, 6 czerwca 2021

Między Mietkiem, wójtem i plebanem

❖Kliknij, żeby posłuchać tekstu w interpretacji autora❖

 - Koszula niby czarna, ale prążek biały. Zamaskowałeś się, pleban? Marynarka, dżinsy? A sutanna?

- Nie ten czas, Mieciu. Na cmentarzu było jej miejsce, no i anielski orszak już twą duszę przyjął. A tu, pomyślałem, zwyczajnie, ludzie głodni i kotleta im trzeba, a nie sukienki. 

- Smakowało? Schabowy był pod kapustę? 

- Serniczek poszedł i tylko żal, że kawa podła. Nie chciałem przychodzić, sam wiesz , ale byłem ci to winny. 

- Mogłeś choć koloratkę włożyć, ja nie wstydzę się naszej znajomości.

- Od niej tylko ludzie sztywnieją. Udają lepszych, przynajmniej do pierwszego kieliszka. Pilnują słów, a tak użyją dwa razy tyle, bo z przerywnikiem i to powszechnie uznanym za wulgarny. Odruch Pawłowa, Mieciu. Widzą czarnego i podskakuje wskaźnik pogardy. Wiesz, jak jest: darmozjad, zaraz potem pedofil albo pazerota w kiecce. Taki PR, dzięki medialnym przewielebnym i Smarzowskiemu, nic nie zrobisz. A takim niemedialnym, jak ja, zostaje zająć się posługą. W sutannie czy bez, katabas ma gryźć w oczy owieczki, choć im samym coraz bliżej akurat do wilczej skórki. Nie żebym cierpiał, mam nawet jakąś masochistyczną przyjemność z ich pogaństwa.  Całkiem jakbym zasmakował we włosienicy. Patrz jak odświętnie odziani w szatki tradycji i zdrowaśki.

- Oj, pleban, nie ściemniaj. Już wiem, byłem tam przez chwilę - pokazał palcem w górę - ty cieszysz się na ten rozpad świata, bo czujesz, żeś życia nie przegrał. I żeś baby nie wziął, pleban…  

- … tego do końca dni będę ci zazdrościł - Mietek powiedział to dwa tygodnie temu, teraz zamilkł, jakby nie wypadało kończyć. Usłyszałem tylko łomot ciężkiej klamki z drzwi sąsiedniej sali, mocno zabębniła o posadzkę.


- Muszą mieć pewność, że nie opuszczam własnej stypy. - Uśmiechnął się szelmowsko jak uczniak, który sypnął pinezki na krzesło pani od polskiego i ta zdrowo klapnęła. Był tu inaczej? A naprawdę? Szedł gdzieś tam, po zielonych pastwiskach? Bardzo chciałem to widzieć. On sam może jeszcze nie do końca uwierzył, że w takim pośpiechu uwolnił się od ujadania Heli. Wszystkich zaskoczył, za długo odmawiał pomocy, aż covid wyżarł mu płuca do cna. Nie było takiego respiratora, który zmieniłby kierunek. 

- Teraz już nie zazdrościsz, co? – Odezwałem się dla pewności, że jest obok. - Nie myśl sobie, że było łatwo. Mieciu, teraz mogę ci powiedzieć: wiłem się nocami nieraz ze sterczącą brodawą, oczy pierdziały na widok odsłoniętych kobiecych ud w sklepie, na przystanku. I co mogłem? Padałem na klęcznik, tak! W środku nocy! A Pan dawał siłę swojemu ludowi. Minąłem półwiecze i ostatecznie przestał doskwierać ten magiczny brak kobiety. Przyszło zwycięstwo ducha nad ciałem, czy warto było? Wcale nie jest mi lżej od tego.

- Nawet koloratki nie wpiąłeś? Powiedz, pleban, tyś choć raz naprawdę uwierzył, że coś zmienisz na świecie? Popatrz na tych tam, że takim dasz wiarę w zmartwychwstanie?

- Gdybym nie wierzył, nie byłoby cię tu teraz, sam widzisz.

Lubił te same pytania, a im częściej powtarzałem odpowiedzi, tym większe budziły wątpliwości. Teraz, w milczeniu, oglądaliśmy dziesiątki baloników przez ogromne przeszklone drzwi. Część z nich walała się po podłodze, kilkadziesiąt domagało się uwolnienia ponad żyrandolami, krzyczącymi blaskiem plastikowego kryształu. O przeznaczeniu sali informowała gipsowa płaskorzeźba z młodą parą. Choć kamienne miny obojga wskazywały raczej na trzysta procent normy w wydaniu żniwiarki i tyleż mocy nieugiętego kowala. Kwitnący socrealizm miał się tu dobrze, nawet w wydaniu gotowych na trud budowania ojczyzny nieustannie powstającej z kolan. Szukając adresu wyczytałem na stronie lokalu coś o wystroju z ducha Ludwika XVI. Tymczasem kolumny raziły bielą i zwieńczeniem doryckim, dopełniając fantazję projektanta. Zebrani kupiliby każdy styl za sztukę mięsa z sałatką ze śledzia, podlewane wódką, w rytmie disco polo, bez najmniejszej pretensji do eklektyzmu. Zenek Martyniuk, zapuszczony przez didżeja właśnie przecinał gwar rozmów, jakbyśmy byli w środku wesela, choć ledwie minęła piętnasta. 

- Poprawiny w sobotę? - Zmieniłem temat zerkając w stronę Mietka.

- To akurat pierwsza komunia jest, podobno święta, tylko nie z naszej parafii. Inaczej miałbyś rozeznanie, pleban. Ci są od Matki Bożej Pocieszenia. 

- Nawet wyglądają na pocieszonych. Coś jednak pomerdałeś, Mieciu, tam pierwsza komunia była dwa tygodnie temu.

- Zgadza się. Dziś balety, a że godne wesela? Wnuk wójta gwiazdą przedstawienia.

- Widzę, że nawet Jezusa już im nie trzeba. Tu szybciej wody zabraknie jak wina. A ciebie nie zapraszali? Zdaje się, to nie twoja impreza.

- Na swojej też bywam. - Znowu głośno spadła klamka w sali obok, a Mietek uśmiechnął się szczeniacko. - A tu ciekawiej, weselej, nawet, tańczą. Słyszysz? Majteczki w kropeczki przygrywają, a rodzice komunisty mieszają drinki za barem. Kolorowe, z parasolką i bez… pomyśleć, że na moim przyjęciu stary wódkę do butelek po oranżadzie lał. Pod stołem polewał, bo nie wypadało mieszać Jezuska z Wyborową. I to po osiemnastej, jak już minęło majowe z naszym udziałem. Respekt był. Teraz można lać Soplicę z Krupnikiem, whisky zagryźć tortem i popijać barszczem, bo hostia strawiona dwie niedziele temu, a w jej miejsce jest pięć dań na gorąco i „Miłość w Zakopanem”. Tu łatwiej się umiera, pleban, tu niczego nie żal! Ludzkość wraca do remizy, tyle że z ajfonem. A może z niej nie wyszła? Tylko zabawek więcej dowieźli.

Silniej rozległ się ostry brzdęk spadającej mosiężnej klamki. Stypa po Mietku miała się dobrze. Spojrzałem nerwowo, ale przypomniał, że powinien regularnie dawać znać o obecności, co bez większej fatygi wychodzi akurat tu, gdzie ciśnienie  samo jakoś tak skacze. 

Teraz na dłużej otworzyły się drzwi i oswobodziły ryk z głośników: prawa, lewa, ręka w górę, buzi buzi szybko daj, albo jakoś tak, bo nie wyłapałem. Uwagę przykuł toczący się facet z obfitym brzuchem. Cały w bieli garnituru i muchy pod podwójnym podbródkiem, kontrastującej z przaśną czerwoną gębą mazowieckich łąk. W prawej trzymał butelkę czystej, w lewej dwa kieliszki, po czym bezpardonowo klapnął na ławce obok i zerkał na mnie z ukosa. Zostało czekać na „buzi, buzi daj”, ale zamykane drzwi komunijnej potupajki uwolniły nas od sugestywnej piosenki. 

- Tak pomyślałem, pan, sam tu siedzi, z tej ochrony, ja rozumiem, a to normalna zabawa jest. Komunia wnuka – podniósł kieliszki w stronę małego, przyczajonego z kopertami w rogu sali. - Tu nie będzie żadnej rozróby, to poważne święto jest. Napijemy się po jednym, za zdrowie wnuka i na Boże błogosławieństwo. Na sucho ciężko obowiązki znieść, ja to rozumiem. Proszę, na zdrowie! 

- Tu są kamery proszę pana, na korytarzu, stracę pracę i środki do życia.  

Pozostałem w narzuconym zawodzie po blisko trzydziestu latach kapłaństwa, co było robić? 

- Pij pan śmiało! Właściciel pana nie ruszy, on dobrze wie, kto ja jestem. Opcja nie do ruszenia, jestem! Nie ma z kim przegrać, panie! 

Może zapomniał, że walnął swojego szota, a może mało było, bo przeznaczonego dla mnie też przełknął bez najmniejszej zmarszczki. 

- Zobacz pan, jaki poważny, pąsowieje tylko w przy nowej gotówce. Skubaniec! Wnuś mi się udał, moja krew, nie zginie! Teraz, panie, takie dają prezenty na te komunie, że ja sam drugi raz bym poszedł! A co?! Tylko ze spowiedzią jest kłopot, bo ze trzydzieści lat nie byłem. Niby po co? Nikogo nie zabiłem i nie pożądałem żony bliźniego swego… nadaremno! He he he! 

Klepnął mnie w kolano i wstał otworzyć drzwi gromadzie wybiegających dzieci. Doleciały słowa kolejnego przeboju: nawet gdy cię oleję, ty dalej masz nadzieję, a małe dziewczynki w biegu wykopały w moją stronę dwie krówki, w białych papierkach. Przeczytałem napis: „Pierwsza komunia święta Maksia”. Poszukałem wzrokiem chłopca w albie, właśnie oglądał konsolę, gdy kelnerka z wielkim nożem w garści próbowała nawiązać z nim kontakt. Tort już czekał, ale mały nie dał się odciągnąć. Dziewczyna rozpaczliwie próbowała ściągnąć wzrokiem jego matkę, ta nie mogła opuścić barku, skąd Mietek uśmiechał się do mnie z wyciągniętą w górę szklaneczką, ozdobną w czarną parasolkę. Kiwnąłem mu, gdy łomot spadającej klamki wybrzmiał ostatni raz tego dnia.  

czwartek, 25 lutego 2021

Monitoring frajera

❖Kliknij, żeby posłuchać tekstu w interpretacji autora❖

Przypomniałam sobie. Napisał Pan kiedyś tekst. Sprawdziłam. Osiem lat temu. To było o budowie, z której robotnicy kradną jakieś detale. Rzecz działa się w biały dzień, w sobotę, środek osiedla. Obserwator nie reagował. Wyszedł od opisu kradzieży rurek, a po chwili odczuwał narastającą bezsilność.   Zapewne deweloper oszukiwał podwykonawców, gdy ci z kolei rżnęli pracowników na kasie i ubezpieczeniu, a w końcu i robotnicy musieli sobie radzić, ciągnąc do opla cokolwiek, choćby kosztem przyszłych mieszkańców budowanego bloku. To był gęsty krzak, gorejący niemocą. Plątanina złodziejskich powiązań, zwanych polską zaradnością. Oberwało się Panu w komentarzach. Za brak reakcji na łupieżczy proceder, to znów za „pieprzenie w bambus”, od wyznawców zasady: śmierć frajerom

Piszę, bo zapragnęłam wyrazić siostrzeństwo. Może to niewiele, ale zawsze coś. Taka solidarność bezradnych banitów, wypędzonych z krainy aktywności. Chyba niezdolnych już stawić czoła, prawda? Czasem z racji przekroczenia pojemności własnej głowy albo z chęci ucieczki, a może z braku uznania dla środków przymusu bezpośredniego? Zastanawiam się, czy Pan też ma wrażenie, że zostaliśmy niewolnikami własnych zasad? Taka podwójna pułapka: tu dobre wychowanie, myślenie o innych, a tam napór hurmy bezwzględnych egoistów.

Za dnia często jadam do okna, za którym tylko drzewa niezmienne. Dopóki nie dopadną ich szyszkownicy z piłą i siekierą, rzecz jasna. Ludzie? Dostarczają widoków zabawnych albo negujących sens cywilizacji. Mam blisko pięćdziesiąt lat, a oni ciągle są w stanie wytrącić ostatnie argumenty na rzecz wiary w człowieka. Zgasić każdy poryw optymizmu, bezwiednie i pozostając sobą.

Pewne rzeczy urastają do banału, przyznam, bywa komiczny. Z rana pewien pan wyprowadza wielkiego psa, który robi kupę godną gospodarza, gdy ten patrzy zawsze w przeciwnym kierunku, byle stolca okiem nie musnąć. W południe zaś przychodzi inny mieszkaniec i niemal w tym samym miejscu rozkłada kocyk, by na nim godzinami polegiwać z gazetą, opalając atrybut na miarę dziewiątego miesiąca. Byt pozostawionego gówna nie burzy strategii żadnemu z nich. Można by powiedzieć, że ich łączy, prawda? Filozoficzny dylemat: czy psie gówno jest mniej gówniane od ludzkiego, pozostaje bez wpływu na postawy społeczne i bez odpowiedzi. 

Mamy tu sporo zieleni, wie Pan, mimo gierkowskiego osiedla. Zakrzaczenie pozwala załatwiać także potrzeby ludzkie. Szczególnie latem, gdy roślinność gęstnieje, a przechodniom nie przeszkadza, że wielka płyta ma okna z wszystkich stron. Jeśli ktoś uwolni ze spodni smutną brodawę za krzakiem, bokiem stoi do dziesiątek okien w otwartej przestrzeni, ale leje zdrowo i na to. Bezwstyd, to już nie jest przywilej Seby i menela. Niejednej gospodyni zdarzy się zrzucić siaty pod presją pęcherza. Cyk z chodnika i chowa się za krzaczek od ulicy Brzozowej. Tymczasem, kilka kroków za zadkiem, idealnie świeci dupą w okna wieżowców przy Dębowej. Filuternie przy tym zerka między listki żywopłotu, czy od frontu nikt nie idzie. Taki standard do kompotu, bo nie przerywam posiłku. Zwłaszcza, że spektakl niezapowiedziany i nie dłuższy niż reklama Żuravitu na kłopot z kropelką albo Prostamolu na klęskę macho. 

Dygresja taka. Przecież nie monitoring moczu mnie tu sprowadza. Polskość zaskakuje w wielu wymiarach. Weźmy takie półciężarowe auta. Pięć ich stało na ciasnym parkingu. Rozstawione, żeby nie rzucały się w oczy pośród piętnastu osobówek. Opony obrosły darnią, zielsko wyszło łbem nad zderzak. Nie, to nie było modne dziś osiedlowe złomowanie za free, co oczywiście zdarza co kilka kroków. Te auta były nowsze i z pewnością na chodzie. Skąd wiem? Poznałam ich przeznaczenie. Co wieczór, gdy zjadałam ostatnią kromkę dnia, tuż przed dziewiętnastą, podjeżdżały inne furgony, a z nich przenoszono do tych zarośniętych pralki, lodówki, kuchenki gazowe i pomniejsze sprzęty. I zapewniam, nikt z mijających nie zwracał uwagi. Za krótko tu mieszkam i nie rozumiałam, o co chodzi, skoro długo krąży się tu autem w poszukiwaniu wolnego miejsca. Trzeba Panu wiedzieć, że mam tu radiomaryjnego sąsiada, bardzo porządny człowiek, aktywny działacz. Pytam, czemu nikt się nie zajmie usunięciem tych bud? W popłochu palec do ust przyłożył: „głośno pani nie mówi, to taki skurwiel tu mieszka, co sobie z parkingu magazyn zrobił darmowy. W tych budach. Hurtownia na kółkach i za darmo. Kto tu nie próbował interweniować, pani! Ale zaraz miał spalone drzwi w domu, dziurawe opony, rysy na aucie, zbite szyby. Ten drań ma wtyki w spółdzielni, czy w straży, na policji może? Cholera go wie. Nie radzę się za to brać. Jedna gnida, a całe gniazdo zawszone”… i już aktywista pomykał, czujnie zerkając w rozświetlone okna bloku. Janusz biznesu do dziś ma się dobrze, skutecznie eliminuje nadto zaangażowanych w bój o miejsce parkingowe. 

Odbiegłam myślą w trawę na zderzakach, a tu środek zimy. Stoję przy oknie kuchni, z gorącym kubkiem kakao i oglądam nowy spektakl absurdu. Bardzo lubię to miejsce, dostarcza inspiracji nie tylko na czas covidu. Ten chłopak na trawniku rozkopał już śnieg, miał go prawie po kolana. Teraz rozrywa wiecznie zieloną trawę. Zima zaskoczyła jak zwykle i gleba nie zdążyła zmarznąć, więc szybko idzie mu powiększanie dziury. Sprawny jak żołnierz obrony terytorialnej, a szpadel chyba nowy, tak połyskuje w świetle latarni. Ona stoi obok z pudełkiem po butach. Świnka morska? Króliczek? Kot czy pies? Czyj pogrzeb urządzają w świetle setek rozświetlonych okien kuchennych i salonowych? Mało tego, uroczyście, w blasku kogutów lawety, która jako pierwsza przyciągnęła mnie do okna. Nieogarnięty kierowca zawiesił tylną oś corsy na wysokim krawężniku pod śniegiem. Naznosił pod nią desek, kamieni, nie pomogło. Pewnie zostawi to usypisko, gdy pomoc drogowa go zdejmie, bo już niepotrzebne. Tymczasem ten tam rozkopuje trawnik nie zważając na świadków. Obok przeszedł ktoś z zakupami, nawet nie spojrzał. Pańcia z psem, zapatrzona w telefon, minęła. Zatrzymały się dwie sąsiadki, ale odmówią raczej nieszpory niż spojrzą na profana. Dlaczego miałby się wstydzić? Po co wywalać pieniądze na utylizację padliny? Się zakopie na oczach mieszkańców. 

Ciekawe, czy postawią tablicę swojemu futru trawnikowemu? Tylko to trzyma mnie tu jeszcze z pustym już kubkiem w garści. A gdybym zeszła i zapytała, co sobie wyobrażają dwudziestoparoletni karawaniarze kaprysu? Co by było, gdybyśmy tak wszyscy między blokami zaczęliby uprawiać pochówek swoich przyjaciół czworonożnych? Zapytaliby, co mi do tego? Chłopak kazałby wypierdalać? Zmieniłby zastosowanie szpadla, uczyniwszy zeń orędownika swobody obywatelskiej, grawerowanej na mojej czaszce? Może jego zachowanie, to jednak pieśń przyszłości, jak Pan myśli? Pozamykani przez pandemię, odzwyczajeni od pokonywania odległości, nawykli do własnej obecności w przestrzeni, naprawdę zaczniemy grzebać pudełka i wazoniki wśród klombów, bez obciachu? Raz z ciocią Irenką, to znów z wujkiem Stasiem, babcią Zenią albo siostrą Maksymą i innymi odpadami u  kresu drogi, zamkniętej przez cwanego mikroba. W końcu jaki schyłek ludzkości, taki anioł apokalipsy, prawda?


sobota, 23 maja 2020

Gęby i twarze

❖Kliknij, żeby posłuchać tekstu w interpretacji autora❖

Przypadkiem trafiłem na fragment filmu o malarstwie niderlandzkim. Przysiadłem, gdy jego twórcy zatrzymali się na dziele Hieronima Boscha, Jezus dźwigający krzyż. Motyw w historii sztuki bardzo popularny i przedstawiany na różne sposoby, a jednak z jakiegoś powodu został ze mną na dłużej. W ujęciu tego twórcy, to nie Chrystus przykuwa uwagę, a przynajmniej nie tak bardzo, jak otaczający Go tłum, w którym niemal znika. 


    Kompozycja przypomina kolaż, stworzony przez zagęszczenie portretów na małej przestrzeni. Malarz wypełnił ją natłokiem odpychających twarzy. To zgromadzenie budzi niesmak, coś na pograniczu obrzydzenia i lęku. Nawet św. Weronika, skupiona na cudownym odbiciu wizerunku Pana, zdaje się znikać pośród tłuszczy. Tymczasem przedstawieni zajmują się swoimi sprawami, najmniej zainteresowani losem głównego bohatera wydarzenia.

    Głos komentatora z filmowego offu podpowiadał w interpretacji, że Bosch przeciwstawia tu pokorze cierpiącego Jezusa rozgardiasz, głośność nieprawości, zakłamania, egoizmu i obłudy. W karykaturalnym ujęciu artysty narrator dostrzegał nierówną walkę dobra ze złem, gdy to ostatnie przesłania mękę i cierpliwość dźwigającego krzyż. 

    Dlaczego akurat ten obraz we mnie osiadł i nie dawał spokoju? Zrozumiałem dwa dni później, gdy zza rogu budynku wyłonił się gość z obwisłą wargą, z przyklejonym do niej petem i z maseczką na św. Mikołaja, napiętą pod szczeciniastą brodą. Olśnienie przyniosły wyblakłe, puste oczy i brak trójki w górnym uzębieniu. Zatem o to chodzi! Według historyków Bosch namalował to dzieło w 1515 roku, a pięćset lat później z okładem, gdy wokół ludzie z iphonami, a w nich telewizor do seriali i po trzy aparaty do selfi, a każdy wielkości główki od szpilki, gdy samochody same parkują, a pralki odróżniają majtki z golfem od nocnej koszuli, tu i teraz, realnie, wyrastają gęby średniowiecza. Jakby nie było rewolucji kulturalnych, ewolucji nie chciało się działać, a cywilizacja równie bezradna, wali czosnkiem o altankę mentalności. Już wiedziałem, ale w tym momencie, radość odkrycia zakłócił jazgot za plecami. 

    Tym razem gnom płci żeńskiej, wzrostu siedzącego psa, w wieku bliżej nieokreślonej trzydziestki i z równie boschowsko pokraczną facjatą, kręcił nerwowe bączki na chodniku. Dorwało ją ADHD tak silne, że opadł dres z chudej dupy, niby pampers przekraczający normę producenta. Pluła w telefon i przyciągała uwagę przechodniów błędnym wzrokiem, jakby w poszukiwaniu promocyjnego banneru: Implanty wstydu i godności wszczepię. Po raz trzydziesty drugi z rzędu wykrzykiwała komuś po drugiej stronie, najwyraźniej tak samo tępemu, frazę o „bezsensu” noszenia rękawiczek z "kondona" i duszenia się przez kawał własnych gaci. 

    Zaraz potem mijałem przydrożną garmażernię, gdzie z drzwi krzyczała pomarańczowa kartka z odręcznym napisem: Świeża szparaga za 9,99. Reklama nie przyciągała oryginalnością, a znudzona kobieta za ladą dobywała z nosa urobek dnia. Widać przysparzało jej to tyle trudu, co przyjemności, o czym świadczył nieobecny wzrok i bezwiednie rozdziawione wargi. I tak, gdzie się nie rozejrzeć, chodzący bohaterowie malarstwa Niderlandów wieków średnich lub tuż po. 


Spojrzałem na labradora moczącego oponę i pamięć wydobyła posiadacza kartoflanego nosa, z przedwczoraj. Srał swoim psem tuż przed bramką jednorodzinnego domu i nie myślał sprzątać po pupilu. Gdy właścicielka posesji zwróciła uwagę, odesłał ją do agencji towarzyskiej, mieszając z gównem równie wielkim, jak to po jego owczarku. Kolejne olśnienie: dzieło Boscha wcale za mną nie idzie, ono po prostu żyje w każdym zakątku tego miasta, gminy, województwa, kraju. Ma się wybornie w serwisie informacyjnym, w programie interwencyjnym i gwarantuje niezmienność. Trwa z całym urokiem ulicznego rynsztoka, nawet w ogłoszeniu spółdzielni mieszkaniowej, w którym zaczytałem się otwierając drzwi własnego bloku: […] prosimy […] o niewyrzucanie przez okna i z balkonów śmieci oraz niedopałków papierosów. Też wolałbym żeby to był zwykły prosty fejk, dla jaj, a nie oklepany pieczęcią, ponury powrót do przeszłości tak odległej. 

    Według ludzi średniowiecza zło tkwiące w człowieku powoduje deformację jego twarzy. Odciska na niej choroby duszy i ciała, żądze i wszelką diaboliczność. Zniekształca, wręcz odczłowiecza. Znika uroda, powab, szlachetność i nie pozostaje wiele więcej niż odbicie prostactwa i nieprawości. Może właśnie dlatego nie sposób dziś spontanicznie i ufnie dotrzeć do szlachetnych rysów, przykleić oko do ludzkiego lica. Bez podejrzliwości przebrnąć przez maski ignorancji, które roją się na ulicy, w sklepie, w pracy u kapitalisty, w wiadomościach telewizyjnych, galerii handlowej i w kościele. Im dłużej nosimy maseczki ochronne, tym trudniej zobaczyć twarze, ale gęby obnażają się nieustannie w ramach nonszalancji, agresji lub zwyczajnie z powodu głupoty i w rytuale ssania puszki Specjalu. Chętnie plują jadem na chodnik i z telewizora, szczują plemiona przeciw sobie, a potem ładują się na cmentarz w czasie zakazu. Dają inspirację do piosenki rozpaczy, porywającej rzesze skrzywdzonych do aplauzu, a potem „zdradzieckie mordy” demokracji zdejmą ją z anteny, plugawiąc dziesięciolecia cudzej pracy i uczciwość redaktorów. Gęby szwagrów, sióstr i teściów, wykrzywione pazernością, nienawiścią lub kompleksami, dopuszczone z dziesiątego rzędu partyjnych powiatów do koryta, głodne władzy i pochlebstwa miałkiego klechy, zrobią wszystko, by zakrzyczeć ostatnie ludzkie twarze. Zadepczą zieleń i wytną drzewa, przypną psa do słupka przy drodze i wyrzucą kota w cudzym ogródku. Złożą dłonie przy ołtarzu, a potem wytrzebią dziki, pójdą polować na sarny i jelenia. Z własnymi dziećmi w tle będą przelewać krew. Zadbają zawczasu, by na plastycznym jeszcze obliczu potomka nie zabłysło odbicie rozumu, troski, miłości i dobra.

wtorek, 18 lutego 2020

Kinomanki z klekotem

❖Kliknij, żeby posłuchać tekstu w interpretacji autora❖

Jeszcze tylko dziewczęcy uśmiech z okienka i dwa bilety wysunęły się z kasy. Nie były numerowane, kino studyjne, malusie, prawie przyjazne. I tylko to gdakanie za plecami z ryzykiem sąsiedztwa. Odwróciłem się niespiesznie. Pod ścianą kanapa, nie szersza niż dwa złączone fotele. Jeden narożnik wypełniała ta, która na pierwszy rzut oka wzbudziła coś na kształt podziwu. Jestem pełen uznania dla osób w okolicy trzydziestki, które w każdym miejscu świata są u siebie. Młoda dama wbiła się w róg siedziska zadem, przesadnie wkomponowanym w całość postaci, a pod pośladki podciągnęła pięty skryte we włochate kamasze. Kolejna lejdi wypełniła sobą przeciwległą część i wyeksponowała udo, którym zachwyciłaby wiodącego producenta szynki parmeńskiej. Przestrzeń publiczna tak dalece nie przeszkadzała orędowniczkom swobody, że pozostało patrzeć w zachwycie, jak trzecia koleżanka wpisuje znaczące cztery litery w szklany blat stolika, pomiędzy ulotki z repertuarem kina i foldery zapowiedzi najbliższych wydarzeń kulturalnych. Były tak bardzo zajęte sobą, że pozostałem na wdechu. Chyba uwierzyłem, że szkło zaprotestuje z hukiem wobec wyzwolonej z okowów dobrych manier i przysporzy jej zbytecznych - acz uciążliwych - otworów w dolnej partii zwodniczo ponętnego ciała. Na jego szczęście bileterka stanęła w drzwiach sali projekcyjnej, zanim doszło do eksplozji, a moje czarnowidztwo odchodziło mocno niepocieszone.
„To ja już wiem, że one siedzą za mną”, aluzyjny cytat z klasyka przemknął jaskrawym banerem przez głowę, gdy przepuszczałem w drzwiach żonę. Żeby poigrać z losem pozwoliłem połowicy wybrać miejsca. I choć zrobiła to umiejętnie, już po chwili fatum było tuż za plecami i dopraszało się uwagi znajomym kłapaniem:
- Ostatnio bywam albo na oskarowych albo na totalnym dnie, tak mam. 
- A co poprzednio? 
- Boże ciało, polski, a dziś ten niemiecki, też do nagrody. 
- I jak to ciało? Boże?
- Spoko. Taka historyjka.
- A samo ciało jak? 
- Takie sobie, bez szału, nie zapadało. Kolo miał świetny tatuaż, taki luz, Maryjka z dzieciątkiem. Na plecach. Chyba. 
- To się przyjrzałaś. A o tym coś słyszałaś? Brak sygnału chyba?
- Błąd systemu.
- Wiedziałam, że coś na „s”. Trajler widziałaś? Czemu nas tu ciągniesz w sumie? 
- Taka mała lata wkurwiona na cały świat i mordę drze. Chyba nikt jej nie kocha. 
- To całkiem jak mnie. Jak się sama nie pokocham, to chętnych brak. - Rechot pierwszy. 
- Wiedziałam, że to coś dla ciebie. Trafiłam. - Drugi rechot. 
- Ale ostatnio to utrafił masażysta. 
- To co on ci masował i czym? - Rechot trzeci.
- Zamknęłam oczy, nie wiem, ale zrobił mi tak, że wyszłam jak żyrafa spod ostrokrzewu. Jeszcze wczoraj lazłam jak spod stołu, na rozstawionych nogach normalnie. Ale dziś jestem nowonarodzona, więc nieważne czym i gdzie działał, skutecznie. - Rechot zaraźliwy wspólnotowy, plemienny.
- … albo wiem, co zrobię jak wrócimy. Humus na jutro do roboty. Warzywa mam ugotowane, od wczoraj. 
- Ale w lodówce trzymasz? Bo jak nie, to luz, możesz machnąć w ramach segregacji do zielonego. 
- Myślisz? Fakt. Skisło mi jak na parapecie trzymałam dobę tydzień temu. 
- Ale wiecie, szok, mam postanowienie, decyzję na ten rok. Muszę zaznać akupunktury, zobaczyć jak to jest. Znajdę jakiegoś żółtego i przeżyję. 
- I co mu powiesz, że co ci jest? 
- Jeszcze nie wiem, spoks, znajdę coś. Że mi pies zdechł, że byłam molestowana przez wikarego zasmarkanego, szum w uszach, rozpacz z powodu humusu z przymusu, głowa boli… zawsze coś się znajdzie, ale muszę to przejść jak odrę normalnie. Takie mam postanowienie.
- Że przeżyła upadek ajfona z kanapy, powie, i nie może się z tym pozbierać, wiadomo. Żółtego to jebie w gruncie rzeczy, kasa ma być i gitara. 
- A ty miałaś już ten trening kreatywnego myślenia? - Głos przez rechot. 
- Siedziałam jak durna w korpo, myśleli, że punktuję, a ja na ten trening czekałam, bo miał być na dziewiętnastą.
- A potem wyszło, że pomyliła go z treningiem kreatywnego milczenia bez mydlenia. 
Rechot wspólny cichnący, bo jednak światła przygasły, na ekranie pojawiła się zapowiedź filmu Małe kobietki. Najpierw zastanawiałem się, dla kogo kręci się takie filmy, a potem przyszło mi do głowy, że nie dla kogo, a po co? Dla wrażeń chwilówek, dla sekund uniesień, zapomnienia minut! Bo przecież już nie tylko pożyczki są chwilowe. Dziś chwilowe są wiadomości, doznania, wrażenia, chwilowe niusy, pokusy, słowa i bodźce, po których nie zostaje nic, bo nie musi. Dziś da się przejść przez życie pitoląc, dziamgając, mieląc i wypluwając łupiny słów bez treści. Bezowocnie i bezstresowo. Że sens? Że dzieło? Że sztuka? Że kino studyjne a klub studencki? Nisza inteligencka? Po co zaraz wpędzać się w stupor pytań bez odpowiedzi? Albo rozumieć, dociekać? Czas filozofów i twórców rozmieniono na drobne i bez reszty zaprzedano kłapaniu dziobem, tak samo na poziomie studiów licencjackich, magisterskich czy doktoranckich. Byle papier, byle wpis z podpisem. 
Jeszcze trzydzieści lat temu zmuszano mnie do dociekania, co autor mówi i czy przemawia. Nakazywano wszędzie budować argumentację, która trzyma się kupy. Dwadzieścia lat temu, przez bite pięć uniwersyteckich, uczono składnej wypowiedzi, wbijano do głowy wartości ducha, intelektu, człowieczeństwa, bym dziś szukał własnych myśli w klekocie lekkim, łatwym i przyjemnie niewymagającym czegokolwiek? Tylko gdzie poszła żenada? Wstydzie, gdzie jesteś?! Albo ty, wytęsknione westchnienie: „co ludzie powiedzą”, gdzie jeszcze bywasz... jeśli bywasz.

Print Friendly and PDF