Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czytanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czytanie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 marca 2026

Czytając Camusa

Z doskoku czytam Notatniki Alberta Camusa, wydane niedawno przez PIW. Z uwagi na format książki kupiłem ebooka, co rzadko, ale jednak mi się przydarza. Po dniu pracowitym łatwiej utrzymać w dłoniach czytnik i nie oberwać w łeb solidną cegłą, gdy już opadną powieki (800 stron w papierze). 

W jednej z notatek trafiłem na znamienne zdanie autora Dżumy, przeczytane we wczesnej młodości, które niosło mnie w latach dziewięćdziesiątych i na początku obecnego stulecia przez wszystkie próby tworzenia literatury po godzinach pracy zarobkowej: 

Jest czymś normalnym oddać kawałek życia, by nie stracić całego. Sześć czy osiem godzin dziennie, żeby nie zdechnąć z głodu. A potem wszystko jest korzyścią dla tego, kto chce korzystać. 

Ten fragment znam od kilku dekad, choć nie pamiętam, skąd pierwotnie do mnie trafił. Przez lata pozwalał wierzyć, że pisanie literatury resztkami sił ma sens, choć idzie przed nim utrata najcenniejszych godzin dnia dla chleba i przetrwania w dziczy gospodarki rynkowej. Wielu z nas kapitalizm zabiera godziny najbardziej wydajne i wypełnione energią zostawianą na etacie albo oddaną działalności gospodarczej. Przez lata wierzyłem, że stukanie w klawisze wieczorem będzie miało też plusy. Nie muszę ulegać modom i trendom literackim, w żaden sposób umizgiwać się do czytelnika i zabiegać o to, co akurat się sprzeda. Przecież nigdy nie będę żył z pisania, a to pozwoli kroczyć własną drogą kreowania zdarzeń i oswajania potworków naszej rzeczywistości. Przy okazji może pozwoli nawiązać relacje z myślącymi podobnie. Uwolni od owczego pędu konkurencji, choć z pewnością utrudni kontakty z wydawcami, festiwalami, targami książki i z tak zwanym środowiskiem, czyli najczęściej hurmą zawistników, narcyzów, różnej maści kapłanów samozajebistości, pozornie tylko wzajem klepiących się po plecach.

Bardzo wierzyłem, że nie tylko nie tracę całego życia, ale korzystam, rozwijam się i niejako wchodzę w dialog z czytającymi. Oni przecież też brną między okładki po godzinach. W momentach pychy wierzyłem nawet, że wnoszę coś w życie innych, otrzymując niezłe recenzje wydanych z takim trudem książek. Prawdopodobnie i dziś słowa Camusa uskrzydlałyby mnie dalej, może miałyby nieustannie moc unoszenia ponad coraz wyższe progi stawiane literaturze i własnemu zmęczeniu, gdy trwanie niesie więcej obowiązków i konieczności oddawania kawałków życia różnym powinnościom. Dałbym radę, gdyby nie… no właśnie, gdzie powstała przeszkoda główna? Ta nie do przejścia? A może po drodze wyrosło ich znacznie więcej niż jedna i konkretna? 

Tamę powoli i skutecznie wznosiły odłamki cywilizacji, niesione bystrym nurtem zmian mentalnych, technicznych, technologicznych. Choćby coraz większy wysyp książek na rynku, odkąd druk jest tani i powszechnie dostępny. Setki oficyn produkujące coraz bardziej gówniane, schematyczne i gatunkowe popłuczyny, nierzadko pasożytujące na egocentryzmie "autorów", usiłujących za wszelką przerobić swoje całkiem przeciętne życie w literaturę, byle zobaczyć własne nazwisko na okładce. Nawet za cenę wtórności, schematyzmu, braku szacunku dla języka, redakcji i korekty tekstu. Co w czasach vlogów i influencerów od majtek z koronką i bez, trzeba przyznać, nikomu specjalnie nie przeszkadza. 

Unicestwienie medialne profesjonalnej krytyki literackiej, wypartej w dobie nadmiaru festiwali i blogerek Zuzanek siejących zachwyt przeczytaną powieścią, też zrobiło swoje. Bo to krytyka umożliwiała dawniej oddzielanie literackiego ziarna od plew i kreowała gusty. Podnosiła czytelniczą i pisarską poprzeczkę, niejako utrudniała sprzedaż wymaganiem czy zwykłym oczekiwaniem, więc zepchnięto ją w niszę spraw nadto komplikujących, zastępując krótką notką promocyjną. Sieciowe przekierowanie czytelnika na tor poszukiwania taniej sensacji nie pomogło literaturze, mieszając ją z usługowym przemysłem rozrywki. W ostatnich latach, jak widzę, nawet poszukiwacz lekkostrawnych fabuł coraz chętniej wpisuje się do czerwonej księgi gatunków ginących i bez żalu odpala w aucie kanał streamingowy z audiobookiem czy podcastem, a wieczorem filmową papkę serialu. Na pytanie, ile książek przeczytał w roku, statystyczny Polak odpowiada przede wszystkim, że książka jest za droga i go nie stać. Choć stać na strumienie płynące z sieci, piwo, knajpę i chipsy. Wytarty frazes usprawiedliwia wielu, bo jeszcze nie wyparowało głęboko zakodowane przeświadczenie, że jednak trochę obciach nic nie czytać. 

Czasem patrzę na to z oddali i pocieszam się myślą, że szlachetniej jest milczeć, gdy wszystko już napisano i coraz mniej pozostaje do odnotowania o naszym czasie. A już na pewno nic, co warto pchać między okładki. Coraz chętniej i bez pretensji zamykam się w czterech kątach, żeby choć trochę pomilczeć w wolności od nadmiaru informacji zbytecznych. Dziś łatwiej odrzucam odwieczny dylemat z początku wieku, gdy po godzinach dzieliłem resztki doby na pytanie: raczej pisać czy czytać? Szarpałem się tym każdego tygodnia, w przekonaniu, że za mało przeczytałem, żeby lepiej pisać albo za mało napisałem, żeby stanąć w szranki z autorami, którzy dryfują po szerokich wodach. 

A dziś? Niby czym nowym można oczarować wydawcę, a potem czytelnika? Już chyba tylko biciem rekordów: ile książek napiszesz w ciągu roku, żeby utrzymać się na fali "mrozoidalnej". W kraju, w którym jedną książkę na rok czyta mniej niż połowa obywateli jeszcze czytać rzekomo potrafiących. Tu, gdzie wydaje się średnio od 90 do 100 pozycji książkowych każdego dnia, wliczając weekendy. Co popycha ludzi do dokładania kolejnej książki, nawet najlepszej powieści, którą spotka los jętki jednodniówki? W dodatku przykrytej stertą trupów następnych efemeryd, zbywanych - co najwyżej – komentarzem „ciekawe”? 

Wiem, żyjemy w czasach nadmiaru, więc nie ma czemu się dziwić. Ale pędu tego świata żadna książka nie zatrzyma. Rozumu raczej nikomu wpływowemu nie doda, w anioły tłumu nie przerobi, bo głodny najwyżej igrzysk. Anioły rodzą się w ciszy i przestrzeni ponad galopem na czas. Tymczasem widać, że wielka historia niczego nie uczy i ludzie wciąż zabijają się chętnie nawzajem, tylko dlatego, że wybrani przez nich idioci i psychopaci każą im do siebie strzelać. Co może zrobić tu literatura? W kraju zbiorowej ignorancji, nieświadomości, przewijania rolek TikToka i nieustannego kiermaszu wyprzedaży. W kraju, w którym wysiłek intelektualny dołuje i boli? 

Jest już bardzo późno. Z trudem otwieram oczy, jeszcze raz zerkam na zdanie wyrwane z Notatnika Camusa. Co dziś może oznaczać owo: A potem wszystko jest korzyścią dla tego, kto chce korzystać? Czy jest jeszcze jakieś "potem"? Gdy poświęcanie czasu nie biegnie już w stronę nie zdechnąć z głodu, ono dawno temu pobiegło w stronę ciągle mało. Minęło dobre dziewięćdziesiąt lat, odkąd noblista zapisał ten prawie aforyzm pomiędzy notatkami, ale tu od lat obowiązuje już stadna zasada: jeszcze wyższe stanowisko, jeszcze więcej władzy, jeszcze jeden samochód więcej i większy od sąsiada, jeszcze cztery pary butów, kolejna modna torebka, bo poprzednie trendy passe i jeszcze więcej botoksu. Czwarte mieszkanie pod wynajem, wczasy na Mauritiusie, Zanzibar w zasięgu, zarżnąć się o drożej, wyżej, dostatniej, upchać worki krótkotrwałych wrażeń po kres wytrzymałości szwów. I tylko czekam i czekam, a jednak ciągle nie wymyślono trumny z kieszeniami, żeby to wszystko spakować i zabrać tam, gdzie mól i rdza z pewnością dosięgnie.

niedziela, 26 maja 2024

Czytanie w czas niepewny

W trakcie ostatniej wizyty w bibliotece odbierałem tytuły zamówione w trosce o  dobrostan czytelniczy zabieganej żony. Przy okazji pofolgowałem pokusie, by połazić pośród regałów z nieukrywaną nadzieją, że rzuci się w oczy pozycja, której nie planowałem, ale z pewnością nie zdołam oprzeć się jej urokowi. To taka odwieczna gra maniaka druku. Choć ostatnimi czasy coraz trudniej idzie mi doczytanie do końca zdobytych w ten sposób książek. Jakoś za szybko mnie nudzą, męczą, rozczarowują, sam nie wiem, czego spodziewać się po kolejnych. Czasem po trzydziestu, a czasem po stu stronach, zyskuję pewność, że to nie dla mnie. Może za dużo już przeczytałem? Może siedzi we mnie ignorant, który i tak treści nie zapamiętuje, bynajmniej na dłużej niż trwa lektura. A może zwyczajnie sam nie wiem, czego chcę i daję się porywać własnemu malkontenctwu lub słomianemu zapałowi? Przecież nie jest tak, że chodząc pomiędzy półkami szukam pilnie, bo nie mam aktualnie nic do przeczytania. Chwilami mam wrażenie, że cofnąłem się w czasie do upodobań ze  szkoły podstawowej. Wówczas też uwielbiałem chodzić do biblioteki, otwierać książki, czytać po kilka akapitów z początku, środka, wąchać papier, odkładać, a wypożyczone leżały w domu po przeczytaniu 30 stron, aż przyszedł termin zwrotu. Tak potraktowałem pierwsze wypożyczenie, czyli Psa, który jeździł koleją, a potem metoda przeniosła się na niemal wszystkie tomy Pana Samochodzika. 

Rozmyślając o niechlubnej przeszłości bibliofila, niespodziewanie zagarnąłem z półki różową książkę z działu „szkice, listy, eseje”. Autor znany, filozof, eseista, redaktor radiowy, Tomasz Stawiszyński, którego felietony stale poddaję próbie lektury w „Tygodniku Powszechnym”. Przyznam, że są w różnym stopniu zajmujące. Czasem chwytają wzrok i przytrzymują do końca, innym razem tenże ledwie prześlizguje się po wersach, w zmaganiu o uwagę, niewiele pozostawiając pamięci. Teraz uwagę przyciągnął tytuł Reguły na czas chaosu. Prawda, jak porywająco brzmi? Otworzyłem spis rzeczy i mniej więcej mogłem spodziewać się, co w treści niosą te z rodzaju: „ogranicz używanie mediów społecznościowych”, „nie ulegaj polaryzacji”, „żyj w niezgodzie ze sobą” (reguła samym tytułem zachwycająca przekorą wobec tyleż modnych, co idiotycznych poradników jak osiągnąć szczęście), czy reguła „przedkładaj myślenia nad działanie”. Wszystkie one zachęcały do płynięcia pod prąd tytułowego chaosu, w jakim świat równie ochoczo, co bezrefleksyjnie nurza się ignorując katastrofę wiszącą nad przyszłością planety. Ale jedna z reguł szczególnie zachęciła mnie do spontanicznego wypożyczenia książki. Jakoś nie pasowała do pozostałych, a brzmiała: „czytaj książki”. Niby trochę taka „oczywista oczywistość”, trącająca przykurzonym truizmem, ale… weź i przemów do serca współczesnego analfabety, zadowolonego  z siebie i kubła popcornu przed Netlixem. Uzasadnij, że warto czytać, szczególnie w dobie kultury obrazkowej i na wskroś pragmatycznej, gdzie każde działanie podporządkowuje się określonemu celowi, osiągalnemu z prędkością pendolino, inaczej się nie liczy. Gdzie robi się tylko to, co ma mierzalny i wymierny rezultat, widoczny tu i teraz, bo inne pokusy czekają w kolejce. Po co tracić czas na rzeczy abstrakcyjne? Jakich argumentów użyć, że warto czytać? I tu Stawiszyński podsuwa pod nos niekwestionowane i tak precyzyjnie ujęte tezy, że pozostałą część tekstu wypełnię wyłącznie cytatami z książki.

S. 184-185. Czytanie zaś, czyli obcowanie ze słowami, znaczeniami oraz strukturami myślowymi i narracyjnymi, jest najprostszą metodą rozbudowania naszych językowych zasobów. W akcie lektury rozwijają się możliwości percepcji oraz umiejętności abstrahowania i uogólniania. Kontakt z literaturą uruchamia i ćwiczy zdolność do współczucia, a nade wszystko wyrabia nawyk syntezy, która jest sprawnością wyjątkowo pożądaną zwłaszcza dzisiaj, gdy zewsząd zalewają nas (często niepełne lub mylące) informacje. […] Dodajmy do tego jeszcze – wciąż pozostając po pragmatycznej stronie – lepsze funkcjonowanie pamięci (a zatem mniejsze prawdopodobieństwo wystąpienia demencji), obniżony poziom stresu, lepszą zdolność koncentracji, a nawet zwiększenie liczby połączeń neuronalnych w mózgu. Kto zatem czyta – takie wnioski płyną z rozpoznań dzisiejszej psychologii i neuronauk – ten dla swoich zdolności poznawczych robi to, co człowiek regularnie uprawiający sport robi dla układu krążenia czy systemu nerwowego. 

S. 191-192. Czytając książki, wkraczając w skomplikowane, polifoniczne, wielowymiarowe wszechświaty ludzkich spraw, tragedii, splątań i dramatów, obcujemy bowiem w istocie z realiami życia, nie zaś z jego hologramami, skrojonymi przez politycznych ideologów albo speców od marketingu skwapliwie realizujących zapotrzebowania większych czy mniejszych korporacji. Zagłębiając się w lekturze, uzyskujemy dostęp do rzeczywistości takiej, jaką – wedle rozmaitych mniej lub bardziej arbitralnych założeń – być powinna. Uzyskujemy wgląd w najintymniejsze rejony cudzych myśli, towarzyszymy innym w najwstydliwszych momentach, śledzimy ich porażki, zdrady, oszustwa, melancholię, hipokryzję, dziwaczne fantazje, irracjonalne lęki, przesądy, okrucieństwa i decyzje prowadzące do sytuacji bez wyjścia. […] Wymyślone światy mogą bowiem ukazywać o wiele uczciwszy obraz ludzkich losów niż ten, z którym niejednokrotnie spotykamy się w mediach – czy to tradycyjnych, czy też społecznościowych. Zbyt często dajemy się nabrać na opowieści (i zbyt często sami je powtarzamy), że u innych wszystko wygląda niczym na obrazku, u nas zaś niepodzielnie panuje chaos. Literatura pozwala dostrzec, że chaos nikogo nie omija, niektórzy tylko znajdują nieco bardziej wyrafinowane metody, żeby go przed całą resztą ukryć. 

I tak to jest, gdy trafi się na lekturę do pochłonięcia w trzy, może cztery kawy, gdy ktoś skutecznie wyważa drzwi niby dawno otwarte. Może więc warto pić te kawy do lektury niespiesznie, ale ze smakiem, w różnych odstępach czasowych, żeby serce to zniosło. Nie warto jednak nadmiernie przerw wydłużać, bo ta pozycja, pisana potoczyście i zrozumiale, nie odpuszcza. Zatem należy brnąć i brać radość z lektury pełnymi garściami, choćby za cenę zaniedbań wielu czynności powtarzalnych, wynikających z krzątactwa naszego powszedniego. Tomasz Stawiszyński potrafi zatrzymać uwagę, zachęcić do przemyślenia spraw niby oczywistych, ale jakby rozświetlanych na nowo. Skutecznie upewnia przy tym, że warto być mniej zadaniowym, czasem mniej pragmatycznym, a bardziej otwartym na sprawy życia rozumnego, z nadzieją, że chaos da się jakoś ogarnąć. Z pożytkiem nie tylko dla własnego komfortu psychicznego, ale też dla poprawy relacji z żyjącymi obok.

poniedziałek, 11 grudnia 2023

Schody

Przyjechałem odebrać książki z biblioteki. Tym razem dwie, odległe gatunkowo. Czasem tak mam. Gdy nie ma ciśnienia na nic konkretnego, stawiam na mniej lub bardziej szczęśliwy traf. Dziś chcica pochłaniacza druku długo wędrowała po wykazie tytułów uzupełnianych od lat. Wybrałem na chybił-trafił. Coś z antropologii kultury, czyli Świat jako więzienie kultury. Pomyślenia. Wojciecha Burszty, a dla przeciwwagi powieść Wycinka Thomasa Bernharda, którego akurat dotąd nie czytałem, a z jakiegoś zapomnianego powodu znalazł się w moim spisie lektur do przeczytania. Co prawda wpisałem tam Zaburzenie, ale ten dostępny jest w filii, do której zupełnie mi nie po drodze. Wziąłem więc, co było, żeby poznać styl austriackiego dramaturga raczej niż prozaika. 

Tradycyjnie zostawiłem samochód na parkingu, godzina do zamknięcia galerii handlowej, więc wybrałem schody ruchome. Biblioteka na ostatnim piętrze, obok sklep Media Expert. Gdy dochodziłem do taśmy ze stopniami, ściskając w garści przeczytaną powieść Zośki Papużanki, zauważyłem biegnącą od drzwi kobietę, której najwyraźniej bardzo się spieszyło. Puściłem ją przodem, mocno wyhamowując, żeby ustąpić miejsca. Stanąłem za nią, stopień niżej. Kobieta urocza, uśmiechnięta blondynka około 170cm, wiekowo chyba nawet w moich okolicach: 

- Bardzo panu dziękuję, spieszę się trochę!

- Nie ma sprawy. Właśnie zobaczyłem, że tak pani gna, wolałem zejść z drogi - mówię z uśmiechem.

- Ale to komplement czy pretensja?

- Komplement, w końcu to nieczęsto się zdarza. Ma pani tyle energii w ponury wieczór, ciemno, mokro, tylko spać, a tu proszę, kobieta wulkan.

- No tak, bardzo pan miły – znowu pogodny uśmiech i serdeczność jakaś w głosie - ale jeszcze zablokuję pana trochę, bo jadę na samą górę.

- Ja też, do biblioteki - pokazuję książkę w garści.

- A ja do Media Expert, po przesyłkę... ale to się chwali, że ktoś w tych czasach jeszcze książki czyta. Naprawdę!

- No wie pani, każdy ma jakieś nałogi. - Poczułem się trochę jak filatelista z klaserem na zawodach MMA i odruchowo schowałem egzemplarz za plecy.

- Teraz to nikt na to czasu raczej nie ma, życie goni i w ogóle.


- Zawsze można poczytać w toalecie, tam nikt nie goni, zamiast skrolować obrazki w sieci. Da się także nie siedzieć przed Netflixem z orzeszkami i chipsem. Jeśli ktoś czytania pragnie, czas się znajdzie, miejsce i dostęp do książki darmowy jak widać, bez abonamentu.

- Tak tak. To jesteśmy na miejscu. Miłego wieczoru, wszystkiego dobrego, to ja już lecę, dziękuję panu. 

Łatwe usprawiedliwienia, całkiem jakbym tłumaczył komuś, czemu nie chodzę do siłowni. Zwłaszcza, że ta też jest tu obok, a właściwie jeszcze trochę wyżej. Ta sama droga, ten sam parking i schody, względnie podobna łatwość dostępu. Przecież nawet przed sobą kłamię, że nie mam czasu, jestem zmęczony, są przyjemniejsze rzeczy do zrobienia. I choć wiem, że powinienem zapewnić starzejącemu się ciału więcej ruchu, zwyczajnie wolę się mądrzyć. A przecież szanuję odwiedzających fitness regularnie, ich zapał, konsekwencje i wysiłek. i zdrowiu by to posłużyło. Dlaczego wolę ujadać na brak czasu? Bo musiałbym robić coś zamiast czegoś. Pożyteczne przyjemne wymienić na pożyteczne męczące i niezbyt miłe, w dodatku niezgodne z charakterem, temperamentem i jakby wbrew osobowości. Dręczy nas nieustannie sztuka wyboru, to rozmienianie się na drobne i ciągłe niezdecydowania. Coraz silniej niewybrane kładzie się cieniem na dokonanych wyborach i jakoś kąsa przyjemność, nie pozwala jej wybrzmieć do końca, bez żalu albo przynajmniej doda nieco dziegciu do beczki spełnienia.

niedziela, 10 listopada 2019

Leżeć, czytać albo myśleć

Z wywiadu z Magdą Umer, znalezionego w zaległym numerze „Tygodnika Powszechnego”(40/2019):

Jeżeli mam możliwość nie robić nic a robić coś, to zawsze powiem: nie robić nic. Jestem osobą, która może ciągle leżeć, czytać książki albo myśleć. O życiu, przyrodzie, ludziach bliskich albo dalekich, których nie mogę zrozumieć. I to także ważne zajęcie. Próbować pojąć ten zwariowany świat. Gdybym miała odpowiedzieć, co najbardziej lubię, to powiem: myśleć. I dziękować Bogu, że jeszcze mam tę zdolność.

    W zasadzie dorzuciłbym do tego jeszcze: spacerować    i myśleć. Skąd znam ten stan ducha? To marzenie: nie robić nic, tylko czytać, oglądać, rozmyślać i czasem coś niespiesznie napisać. Już nie dla wydania, przesłania, naprawiania człowieka, świata, ludzkości popsutej tak dalece, że żadnym sposobem naprawić się nie da.
    
    Myśleć, czytać, spacerować, lenić się intelektualnie, po nic i dla siebie. Niby ucieczkowo, ale wciąż z pragnieniem rozwoju w tle, ze świadomością uprawiania bezinteresownej sztuki dla sztuki, byle już nie kontaktować się z pustosłowiem dziennikarskim, pustogłowiem powszechnym, obecnym na parkingu, chodniku, na molo, w sklepie, knajpie i na plaży,        z pustostanem współczesnego człowieka z sąsiedztwa, pracy, szkoły i partii. Nikogo już nie zarażać swoim odbiorem rzeczywistości, czarnym zapewne i ponurym, ale też nie być zarażanym. Nikomu nie zawdzięczać prób wszczepiania kolejnych dawek jadu poróżnienia, nienawiści, ideologii czy konsumpcji.

    Móc odciąć się od spraw bieżących i zafundować im zwłokę, której nie cierpią. A potem już tylko wybierać i dopuszczać do głosu dzieła mądrzejszych od siebie i nieliczne towarzystwo ludzi podobnych sobie, by toczyć ożywcze rozmowy, od których przybywa czegoś całkiem serio, twórczo i radośnie, radością samego obcowania z intelektem                  i doświadczeniem idących w tym samym kierunku. Choć nie wpływa to na nic, poza niewielkim poczuciem wzrastania w tzw. mądrości życiowej, która wszak przed niczym nie uchroni i w niczym ulgi nie przyniesie.

niedziela, 13 maja 2018

Czyta się 3 minuty albo 21

    Było obojętne, poważnie, jeszcze do wczoraj, choć proceder trwa jakiś czas. Nie zamierzałem tego ruszać. Jest i niech sobie będzie, myślałem. Najwyżej wołało o uśmiech. Dziś zaczęło jakoś męczyć, drapać, nawet w oczy kłuje. Wietrzę w tym spisek, który zaciska pętlę, choć jeszcze nie wiem: będzie dusić czy raczej poprowadzi gdzieś na sieciowej smyczy? Próbowałem nie przywiązywać większej wagi, ale tu nie o świadomość manipulacji nawet idzie, raczej o poczucie nowego absurdu, który kagańcem się zamyka. Ilekroć otwieram w sieci ulubiony tygodnik albo dwutygodnik, zanim w pełni ogarnę tytuł i nagłówek, już jestem ugotowany nową jakąś patolą, modą na informację zbyteczną. Chcąc nie chcąc dowiaduję się, że ten akurat artykuł czyta się 21 minut, tam mówią, że mam 13 minut czytania, a tu że przeczytasz w niecałą minutę.
  
limit czytania
Co mam zrobić z tą wiedzą? Po jaką mi ona cholerę? Mam się spinać? Zrezygnować z lektury, bo za długo potrwa i na przystanku nie doczytam? Czy ktoś broni dokończyć w autobusie? W galerii nie podołam, gdy ukochana mierzy szesnastą sukienkę i ma przed sobą cztery bluzeczki? A może dostajemy tak info, że artykuł, to ledwie zaśmiecacz głowy i daruj sobie, lepiej budyń zamieszać, bo tu rzecz pewna: do ugotowania w pięć minut? Skoro tekst krótki, może wypada przerzucić jego poznanie na czas wypróżniania, w sam raz wpasuje się w treść i jakość czynności?

    Skąd jednak pewność, że akurat tyle minut zajmie lektura, choćby bez zatwardzenia? Skąd redakcja wie, czy dla zgłębienia sensów ukrytych, których dokopać się myślę, nie potrzebuję przerywników? Może mam ochotę na sok pomidorowy między wersami, a pozostawiony od wczoraj w lodówce akurat obrósł futrem błękitu i trzeba skoczyć do Lidla po nowy? Idąc wszak często we łbie mielę już przeczytane! A może między akapitami muszę zachłannie zaciągnąć się wonią laczka swojego albo równie łapczywie pociągnąć z kapcia wybranki serca? Może dla zgłębienia idei przewodniej muszę przemierzyć odległość pokój-łazienka-kuchnia-pokój, z przerwą na aromat bulgoczącego krupniku? Może trzeba ugryźć marchewkę, choćby przy drugim przecinku i siorbnąć łyk zimnej kawy po każdej kropce dla urozmaicenia pożywek wszelkich? I co? Zawiodę redakcyjny licznik i lektura do bani czy czytelnik do gazu, bo sprawności nie zaliczył?

    Czemu ten komunikat jest przypadłością internetową? Te same czasopisma w wersji papierowej, przy tych samych tekstach, nie umieszczają czasu trwania lektury. Czyżby to był czas inaczej mierzony? Bezwartościowy marketingowo, bo powiązany z fizycznym wysiłkiem przewracania kartek, zaginania grzbietów i niepodążania za wyskakującą reklamą? Czy też chodzi o to, że obcując z papierową lekturą czytelnik nie musi wybierać pomiędzy drukowanym a brzdękiem trajlerów środków na odchudzanie, między wzdłużnym przypiardem pani z lokami a linkiem wywiadu na podobny temat? Kto ma czas na periodyk papierowy, ma moc zawieszenia temporalnego. Zyskał komfort nieznany internautom, którzy lekturę artykułu muszą wpasować między odciągacze wzrokowe. Papierowy druk zasługuje na większy szacunek dla autora, bo choć to ten sam periodyk, to jednak inny.

    Właśnie! A jak czuje się autor widząc swój tekst w sieci z nagłówkiem: „czyta się 7 minut”, jeśli praca związana z napisaniem felietonu, eseju, szkicu, reportażu pochłonęła tydzień albo miesiąc jego życia? Pogratulować redakcji empatii i głębi wyobraźni edytorom od modnej zabawki na czas lektury, trwającej ciut dłużej niż prognoza pogody na wieczór. Mamy zatem nowy rodzaj ignorancji, jeśli nie pogardy dla nadawcy i odbiorcy, ale też swoistego poganiacza: „no dawaj, stary, dawaj, jeśli nie zmieścisz się w normie, coś z tobą nie halo i właśnie umyka ci niezawodny sposób na wągry poniżej”. A tymczasem w papierze wolność, choćby i z pryszczami! Czytelnik, dla którego lektura ulubionego pisma jest relaksem i nagrodą po ciężkim tygodniu pracy, zasiada o poranku w sobotę i czyta. W niedzielę po obiedzie rozsiada się w fotelu na werandzie i w poważaniu ma jedenaście minut albo dwadzieścia jeden. Czerpie satysfakcję z możliwości obcowania z myślą wybranego autora, podyskutuje z publicystą, który zawsze wie lepiej i to jest priorytet. Zwłaszcza, gdy dla lektury kilku tekstów zrezygnował ze spaceru z teściową albo z kolacji ze znajomymi, co od miesiąca próbują pochwalić się kamiennym piecem do pizzy.

    Tak sobie myślę, że nawet nie tyle szacowane minuty zmagania tak bolą, jak dokucza intuicja, że znajdują się w pismach programowo przeznaczonych dla ludzi kochających czytanie i to miłością coraz mniej odwzajemnianą, podobnie jak poznanie i refleksję. Tygodniki branżowe, społeczne, literackie, pisma kulturalne, to właśnie ich redakcje uprawiają proceder, który wydaje się być irytująco niestosowny. Tu najważniejszy jest temat, nazwisko publicysty, zagadnienie, wymiana myśli, polemika, a nawet konfrontacja, a nie czas lektury!

    Gdyby rzecz dotyczyła prasy bulwarowej, regionalnej, sensacyjnej czy portali plotkarskich, kulinarno-modowych, ostrzeżenie o długości trwania czynności zdałoby się bardziej na miejscu. Wiadomo, że odbiorca obyty ze skaczącymi obrazkami, z pilotem i myszką bardziej niż z drukiem, funkcjonujący w warunkach nieustającego multitaskingu, może doznać nieodwracalnych zmian w mózgu podczas siedmiu minut czystej lektury. To może grozić samopoczuciu, a nie daj Panie, z rozpędu sięgnie po jedną książkę w roku! Ale te redakcje doskonale wiedzą, że ich target nie przebrnie przez trzynastominutowy reportaż, więc nie ma co straszyć. Tak długich tekstów zresztą tam nie ma, bo mogłyby doprowadzić do wstrząsu anafilaktycznego i jest wysoce prawdopodobne, że dwunastominutowa lektura jakiegokolwiek artykułu zagroziłaby bezpowrotnie utraconą zdolnością do przeglądu „Pudelka”, „Faktu”, „Pani domu” czy „Newsweeka” i dziennika naszego albo obcego. Nawet lektura rozłożona na cztery raty po minut pięć nie zabezpieczy tożsamości adresata i nie da gwarancji jego zdrowia psychicznego. Nieszczęśnik osunąłby się w fotelu z czytnikiem, tracąc kontakt z Barwami szczęścia, Koroną królów i być może już nigdy nie zobaczy jak oni śpiewają. 

    Istnieje wszak pewna pokusa, żeby ustawowo nakazać prasie popularnej, papierowej, drukowanie czasu trwania lektury i to przy każdym tekście. Miałoby to walor pedagogiczny. Czytelnicy ze stoperem w garści mogliby rywalizować, poprawiać czas dochodzenia w lekturze do poziomu oczekiwanego przez redakcję. Rzeczona redakcja zaś mogłaby nagradzać dyplomem i roczną prenumeratą tych, którzy dowiodą, że potrafią głośno czytać w wyznaczonym limicie czasowym, zdobywając laury na podstawie dostarczonych filmików z lektury. A mistrzowie mogliby otrzymać breloczek i otwieracz do piwa, jeśli zgodzą się na udział w ankiecie potwierdzającej zrozumienie tekstu w „Super Expressie”. I jest cel! Jest idea! Odstąpię w gratisie.

czwartek, 27 kwietnia 2017

Sranie w banie na nieczytanie

Jako jednostka plastycznie upośledzona wywołuję czasem z pamięci katusze, na które skazywali mnie nauczyciele rysunków. Im mocniej przeraża dzisiejsza codzienność ojczyzny i narodu, z tym większą przekorą powraca wizja klasy, w której zagryzając języki w twórczym uniesieniu, oddawaliśmy się malowaniu, rysowaniu i wydzieraniu wyobraźni odpowiedzi na pytanie: jak będzie wyglądać codzienne życie w XXI stuleciu. Ulice naszych miast, wnętrza mieszkań, dawały wówczas ogromne pole do popisu. Chłopcy szukali głównie odpowiedzi na pytanie, jakimi wehikułami będziemy poruszać się w powietrzu, bo kto by tam w takim stuleciu techno myślał o kołach?

          Dziś się okazuje, że w dziecięcej imaginacji unieśliśmy się ciut za wysoko. Kilka kwestii dowodzi, że do niektórych cudów nie dorosła najbardziej wówczas wyuzdana wyobraźnia. I nie mam na myśli bynajmniej apokalipsy związanej z ostatnią promocją w Lidlu czy exodusu kobiet, wydzierających sobie cienie do powiek w ramach akcji Klubu Rossmanna. To mały pikuś w zestawieniu z kolejnym wynikiem badań czytelnictwa.

          Jaka bowiem wyobraźnia, w głębszym lub płytszym PRL-u, mogła przewidzieć, że Polacy w stuleciu światłowodów ciemnieć będą jak tabaka w rogu? Kto zdołałby wyśnić chlubę wtórnego analfabetyzmu, który niedługo być może sięgnie poziomu lat powojennych? Są jednak rzeczy, których nie mógł przewidzieć nawet dziecięcy zapał plastyczny.

          Coraz mocniej okazuje się, że to epoka na opak i już właściwie sam powinienem dziś wstydzić się za swój podręczny księgozbiór, zawierający coś koło 700 tomów. Do niedawna przekonany, że ciągle brakuje mi książek, teraz wzmocniłem jeden procent podobnych sobie dziwadeł. Szanujące się rodziny nie trzymają już w domu ani jednej książki, nie z powodu ubóstwa materialnego bynajmniej. Powinienem wstydzić się, że jako relikt, wsteczniak i zaprzaniec współczesności w ogóle posiadam przy ścianach papier zamiast trzeciej plazmy? Czytający powiedzą może: elita, nieczytający ujmą to sentencjonalnie jak pewien dżentelmen w dresie na widok dziewczyny z książką: Taka ładna, a książki czyta. Nie powiedzieli jej, co z życiem robić, to marnuje.

          Zostawmy jednak mądrość ludową i orwellowską zgoła wizję cywilizacji. Niechby i malowaną barwą krwi elit wymordowanych przez dwa totalitaryzmy, czego skutków długo jeszcze doświadczymy pod dyktatem tępoty. Tak czy owak, jako naród, podążamy drogą wytyczoną umysłowym lenistwem, rozkoszą promowania ciemniaka i ignoranta powstającego z kolan. Jak tak dalej pójdzie, rzeczywiście nie będziemy już tanią siłą roboczą… bynajmniej nie w Mongolii, zostaniemy dumnym Bangladeszem Europy.

          Ale nie myślę z tego powodu rozdzierać tu piżamy. Bardziej irytują mnie wytaczane argumenty. To bardzo inspirujące, szczególnie, gdy sranie w banie na nieczytanie uprawiają ludzie zajmujący się zawodowo książką. Przedstawię kilka myśli objawionych ostatnio przez oczytanych analityków, które szczególnie mnie rozczuliły.

          Najpierw wina szkoły, czyli lista lektur bardzo nudnych, wstecznych, miernych i nijakich, do których byliśmy i jesteśmy przymuszani, a które to lektury zabijają w dziecku i nastolatku wszelką potrzebę czytania. Dla mnie to argument wielce koronny z przyczyn osobistych. Dziś czytam od 30 do 50 książek rocznie (uczciwie mówię, że wliczam w to także audiobooki, choć nie w przewadze) i przynajmniej dwa czasopisma tygodniowo. Rzadko pławiłem się w zachwycie nad lekturami obowiązkowymi, wiele z nich czytałem po łebkach, a solidnie właściwie dopiero na studiach polonistycznych, ale też nie wszystkie. Choć miałem świadomość, że klasykę znać trzeba, a nie sięgnie po nią wielu bez przymusu, jakoś nie zabiła ona we mnie czytelnika. Wybrałem studia obfitujące w spisy lektur wypełnione zakurzoną ramotą i potrzeby czytania to nie unicestwiło. Powiem więcej: rzadko odkrywam współczesne powieści, które mniej męczą niż te ze spisu wszelkich lektur obowiązkowych. Podejrzewam, że ostatnie 37% rodaków, obecnie czytających, przeczołgano przez ten sam system edukacji, co dzisiejszych analfabetów. Jednak ostatni Mohikanie z jakiegoś powodu wybierają książki zamiast gotowania na ekranie.

          Drugi argument na nieczytanie, równie mocny co głupi i medialny, to brak czasu. Wszyscy jesteśmy tak zapędzeni, zmęczeni, utytłani zarabianiem na wakacje all inclusive i trzeci samochód, po którym Niemiec zapłacze jak sprzeda, a przy tym tak jesteśmy zapędzeni w kozi róg korporacji i norę kapitalisty z wąsem, że na książkę już nie ma siły. Ciekawe, że siła i czas znajdzie się zawsze na trzydziesty sezon czterdziestego serialu. Czasu nie brakuje też na śledzenie telewizyjnej papy talentu bez talentu i kolejnego programu o tym, komu chamska baba loki w gary ładuje. Chodzi o czas, czy jednak o usprawiedliwienie lenistwa analfabety z wyboru? Nie przypuszczam, żeby bracia Czesi, Słowacy, byli mniej zapracowani, a czytelnictwo mają na światowym poziomie. A może mniej pracują i biegają ceniący książkę Francuzi? Całymi dniami lenią się oczytani Szwedzi? Żyją w matrixie wolnym od presji XXI wieku? W takich okolicznościach powoływanie się na brak czasu nie przystoi dziennikarzowi działu kulturalnego ani specowi od rynku książki, gdy uzasadniają ignorancję . Tym bardziej, że żyjemy w czasach zaawansowanej technologii, która służy także książce. Audiobook nie jest gorszą jej wersją, wręcz taką samą, tyle że czytaną wprost do ucha, czasem o wiele ciekawiej i dokładniej niż sami byśmy to zrobili. W dodatku pozwala wykorzystać każdą chwilę, szczególnie przeznaczoną na czynności powtarzalne. Każdego dnia, na własnych uszach, przekonuję się jak audiobook umila odkurzanie, zmywanie czy drogę do pracy i marsz między przystankami komunikacji miejskiej. A przy tym skutecznie chroni przed fałszywym refrenem: nic nie czytam, zarobiony jestem.

          Tych zaś, którzy wypalą argumentem o wysokiej cenie książki odsyłam do bibliotek miejskich, które mają już środki na zakup nowości. A jeśli dalej uważają, że z powodu ceny znajduje się ona na szarym końcu listy potrzeb, odwołam do ich własnego sumienia. Niech staną w prawdzie i powiedzą sobie w twarz, ile kasy wywalają każdego tygodnia na modne chwilowo pierdoły, piwo, lody, kebab, papierochy, nadmiar żarcia, które ostatecznie wyrzucą, pięćdziesiątą pomadkę i lakier do paznokci, którego nigdy nie zużyją oraz na wiele innych gadżetów, bez których doskonale się obchodzą. Wówczas może się okazać, że zabrakłoby miejsca w domu na książki kupione z takich oszczędności, a obdarowani sąsiedzi mogliby na tym skorzystać i zacieśnić więzi.  

               Nie, nie zamierzam zachęcać nikogo do czytania, namawiam tylko niektórych do uczciwego powiedzenia sobie: dobrze mi z nieczytaniem. Ale o czym ja tu? Wiem, pojechałem za daleko, bo na tych łamach przekonuję przekonanych. Wedle badania poziomu czytelnictwa o wiele za dużo tu napisałem jak na możliwości nieczytającego Polaka, więc i tak do końca tekstu dobrnie tylko ktoś z tych ostatnich 37% kochających drukowane, zatem wybaczcie, że nie do Was piję, choć bardzo Was sobie cenię.

piątek, 4 listopada 2016

Wychodzę z siebie, zaraz wracam

❖Kliknij, żeby posłuchać tekstu w interpretacji autora❖

- O! Wangin w Ikei! Muszę dać na fejsa! No walnij dziubek, nie bądź taki! Raz, dwa…

- Nie ściemniaj, masz tam siedemdziesiąt osób w znajomych, z czego osobiście znasz może dziesięć. Za tę smutną gębę nikt ci lajka nie da.

- Łoś wśród reniferów? Wpadłeś na klopsiki z żurawiną?

- Na kawę dla niewymagających, z dolewką bez granic. Tu nie pytają, co jeszcze podać.

- Ale to z laptopem? Żoncia z domu wygoniła, czy kanapę wybiera?

- Chyba dla kota, bo zagroził, że wróci na budowę do Iławy. Pieprzy taką adopcję! Trzeba leżeć na dwuletnich kanapach i ciągle tylko Purina w misce na zmianę z Shebą. Żonę to akurat awansowali. Nawet w domu z pracy nie wychodzi. Nie zauważyła, że wyszedłem.

- Chyba, że magiel trzeba będzie odwieźć, zaraz się połapie. Czemu tu piszesz? Wiem: każde jej spojrzenie to wyrzut? Pora wyrosnąć z napieprzania w klawisze i te sprawy? Ludzi i tak nie zmienisz, boś dawno glebę zaliczył, Ikarze. Ale mogłeś towarzyszyć kobiecie. Pewnie układa zastępstwa, komputer pożytecznie wykorzystuje. A ty? Nie wierzę przecież, że wrzawa bachorów cię stymuluje! A może widok Janusza z brokułem na wąsie budzi twórcze głody, co? Czy inspirację czerpiesz z fryty u wargi tego tam Iwana?

- Ty weź już idź po waniliowe podgrzewacze. Córka prosiła. Daj popisać.

- Po cholerę?

- Podgrzewacze?

- Nie, pisanie.

- O  świeczki zapytaj, odpowiedź znam.

- A co piszesz?

- Próbuję sklecić coś do bloga, żeby nie skasowali za brak postów.

- Tutaj piszesz?

- Tutaj jestem bezpieczny. W domu nie usiądę. Sam wiesz, ile tam natręctw.

- Wziąłem na siebie, spokojna twoja o suszarkę rysowana! Natręctwa znaczy wziąłem. Wracaj bezpieczny, Syzyfie z odzysku. Chałupę odkurzyłem, kuchenkę umyłem, ogarnięta kuweta, a koszule na tydzień masz wyprasowane. Możesz już rżnąć głupa przy biurku, na stacjonarnym.

- Przy stacjonarnym, jasne! Będę oglądał CK Dezerterów albo Zaklęte rewiry i Siekierezadę, przecież wiesz. Albo zamienię się w powiernika kobiecych dramatów na czacie! Wszystko zrobię, żeby nie pisać, jakbyś nie wiedział!

- Bo nie potrzebujesz! Kolejne natręctwo do odhaczenia! To tylko pierdolec na potrzeby pozornego rozwoju. A w tle? Podniesienie rangi banalnego życia! Ale dalej tak nie pojedziesz, stary! Zupa pomidorowa dobra, masełko trzeba skrobać, a światło zrób sobie górne i te sprawy.

- Gówno wiesz o sprawach, Jacuś, to konsekwencja i wierność młodzieńczym ideałom. Jest niepodważalna! Jak stracę ostatni bastion, to po mnie.

- Jaaasne… i sosik patosu na kopytka samoudręczenia. Wyluzuj! Zaczynałeś w końcu lat 80. Pamiętasz, jaką wartość miało wtedy słowo pisane?! Nawet cenzura jeszcze była.

- Zaraz znowu będzie, cierpliwości, jeszcze jedne wybory i pozamiatają. Tylko nie wiem, czy doda to motywacji do pisania.

- A pamiętasz jak uszami klaskałeś ze szczęścia, gdy udało się kupić pięć tomów Hłaski, w antykwariacie, na spółę z kumplem? Wydawało się, że literatura zmieni ludzi w zbuntowane anioły. A dziś kto czyta? Słowo nie ma znaczenia. Słyszałeś, żeby ktoś dawał słowo honoru i dotrzymał? Jest hejt, ściema, sensacja jest i rozrywka, bo pokochali leżenie wzgórzem do góry albo wzgórkiem do ekranu, gdzie rolnik szuka żony. Nike to oni na butach noszą i tylko inaczej wymawiają. A sama nagroda ma tyle wspólnego z czytelnictwem, ile ty z ojcem Tadeuszem, prezesa Prometeuszem! Blog? Zwariowałeś? Kto to czyta? To czas słitfoci pod menu restauracji! A nie masz zadatków na gastro celebrytę od pieczenia buraka, ani tym bardziej tego... kosmetycznego, od szukania wągra między sławnymi cyckami. Wyżej dupy nie podskoczysz, jak mówi mądrość ludowa.

- I tu byś się zdziwił, miałem wystarczająco dużo pytań od czytelników, czemu nie daję nowego tekstu, więc idź już po te knoty i nie truj dupy.

- Pytania od czytelników?! Weź nie rozśmieszaj! Masz na myśli dwie babki z czatów! Podkręcają cię z wdzięczności za wysłuchanie małżeńskich traum. Nie miały nic do zaoferowania, to podpompowały to zbutwiałe ego. Nie daj się nabrać. I co ty masz jeszcze do powiedzenia? Kiedyś miałeś ambicje na dwa teksty w miesiącu, nawet na główną stronę Onetu trafiały! A dziś? Jeden na miesiąc za trzy udostępnienia?

- Bo było o czym pisać, dziś wszystko ważne jest godzinę i rzeczywiście słowo strasznie spsiało.

- Chyba sPiSiało?

- No o tym mówię. A do polityki mnie nie mieszaj! Skocz po ciasto, ale marchewkowe, cukier masz przewalony. I daj popisać, właśnie o czytaniu próbuję.

- Aaaa... znowu cierń statystyk nieczytania? Czytających w każdym pokoleniu jest tyle samo, pamiętaj. I tylko wstyd w ludziach coraz szybciej zanika. Gloryfikacja prymitywu, faszyści, matoły i analfabeci u władzy, to co się dziwisz? Promocja żenady i ludzie nie wstydzą się przyznać, że z półki wyrzucili książeczki. Nawet lekarskie i opłat RTV! Silny człowiek jest z chamów i nie czyta. Idzie do przodu jak ten Edek u Mrożka. Twój ulubiony profesor Stefan jakoś tak mówił, zdaje się w jednym z ostatnich wywiadów? A propos, pamiętasz, co ten sam Chwin Stefan pisał w Dzienniku dla dorosłych?

- Daj spokój, przecież wiesz, że pamiętam książki tylko w trakcie czytania.

- Wiem, wiem, ale twoje wypociny, najlepiej, żeby czytający pamiętali jeszcze w tunelu, u progu wiekuistej jasności?! Znam cię, kreaturo! Znam dziury w łysej pale jak we własnej piżamie, więc notuję, co lepsze kawałki. Tak to szło u profesora: Tymczasem jeśli czytanie jest niebezpieczne, to wcale nie dlatego, że zagraża władzy. Czytanie jest niebezpieczne, bo osłabia. Uczy wrażliwości – więc osłabia. Uczy skłonności do rozmyślań – więc osłabia. Uczy długiego skupienia – więc osłabia. Uczy dzielenia włosa na czworo – więc osłabia. Uczy przyjemności nieruchomego siedzenia w fotelu – więc osłabia. Uczy radości z samotnego dumania w ciszy – więc osłabia. Czytanie oducza twardości, bez której ludzki gatunek nie poradziłby sobie na Ziemi. I większość przedstawicieli ludzkiego gatunku dobrze o tym wie, dlatego nie czyta nic albo prawie nic.

- Czyli jednak jest niebezpieczne dla władzy, bo kształtuje jednostki samodzielnie myślące i krytyczne, nie dające się urobić żadnych ideologom i populistom, a indywidualność nie da się spieniężyć za pińcet! Z plusem czy bez. Nie rozumieją tego?

- Ha! Nawet jak rozumieją, to się lenią. Urodzili się zmęczeni, żyją, żeby wypocząć, po co wysiłku dorzucać? Za dnia urobią się kombinowaniem i szukaniem leszcza i wieczorem już tylko rewolucje w garnku ich kręcą. A z czytania korzyść niewymierna, nie da kaski na nowy srajfonik.

- Może masz rację, wykorzystam to. Podyktujesz cytat, jak wrócisz z ciastem, marchewkowym, już czas.

- Tylko po jaki grzmot to pisać? Nawracać nawróconych? Nie podniecaj się, nawet jeśli ktoś cię czyta, to akurat ostatni sprawiedliwi, doskonale to wiedzą!

- Umiesz zbudować człowieka. Wszystko musisz spieprzyć posraną trzeźwością osądu?! A ja chciałem raz optymistycznie, polecieć z innego cytatu. Dziennikarz i pisarz, Sosnowski Jerzy, znasz? Niedawno na swoim blogu wspomniał krakowskie targi książki. Uważaj: W efekcie zrobiłem w tył zwrot – budząc zrozumiały gniew ludzi za mną – rozbiłem swą piersią mur napierających czytelników, tracąc część guzików dobrnąłem do stoiska Wielkiej Litery, gdzie zostawiłem palto, zabrałem je pospiesznie i wyczołgałem się na zewnątrz, myśląc: u licha, bywam przecież w księgarniach, na co mi te targi?! W najgorszych czasach warszawskich targów, urządzanych w ciasnych wnętrzach Pałacu Kultury, nie byłem świadkiem podobnej apokalipsy… To nie fikcja, miesiąc nie minął od zielonego światełka w ciemni.

- Uprzedzam tylko, pewnie myślisz napisać, że statystyki kłamią? A w Krakowie ludzie gnaty sobie łamali, żeby książki kupować, szarpać, wdychać zapach farby drukarskiej, bo kochają?! Chcieli nieść herkulesowym ramieniem tomiszcza wyszarpane, targać do swoich jaskiń, kątów, wysp czytelniczych i wybielić indywidualność ponad czernią reżimowej telewizji?

- No może nie aż tak optymistyczne wiatry w klawisze puszczałem, ale przyznasz, że coś jest na rzeczy.

- Ty masz na rzeczy, inni mają „Do rzeczy”, a jest jak jest. Tłum w Krakowie był wyposzczony, zgoda, ale widoku celebrytów! Chcieli podejrzeć, kto lewą podpisuje książki kucharskie. Ale część, pamiętaj, przyszła żeby zwiedzić stoiska budzące głody intelektualne spod znaku miesięcznika „Egzorcysta” albo ogrzać ducha w kręgu Wydawnictwa Duszpasterstwa Rolników, a przy tym, stary, to nawet większości zatwardziałych pisarzy głos więdnie, przyznasz, z mikrofonem czy bez… . I w tej sytuacji pierdolić cukier! Żadnego ciasta marchewkowego, rozumiesz? Taki serniczek zakupię, że zazgrzyta kryształem w przełyku. Dla równowagi, a co?!

czwartek, 5 lutego 2015

Zmiany paradygmatu a dyktatura analfabety

    Dwa tygodnie temu, w weekendowej „Gazecie Wyborczej”, czytałem rozmowę z Olgą Tokarczuk. Zapytana, czy nasze czasy potrzebują mesjasza, pisarka odpowiedziała: Jeśli rozumieć przyjście mesjasza jako rodzaj zmiany paradygmatu, to jak najbardziej. Wszyscy mamy mniej lub bardziej uświadomione poczucie, że zbliżamy się do jakiegoś krytycznego punktu, stare idee się wyczerpały, a nie powstała żadna nowa, która byłaby w stanie uprawomocnić i wytłumaczyć świat. A on wydaje się coraz bardziej skomplikowany i coraz trudniej jest nam go pojąć i uznać za swój. Czasami mi się wydaje, i to mnie naprawdę przeraża, że z mieszaniną jakiegoś wielkiego lęku, ale i dziwnej satysfakcji świat czeka teraz na wojnę. W każdym razie na coś innego.”.

    Zastanowiły mnie te słowa w kilku wymiarach. Po co komu mesjasz w czasach relatywizmu moralnego, wybujałego konsumpcjonizmu, egoizmu, galopującego sekularyzmu, braku tęsknot metafizycznych albo intelektualnych? I co miałby ów mesjasz ogłosić? Szczególnie w tym miejscu świata, gdzie każdy słucha głównie swojego głosu, no chyba że lepiej przebija się głos pani Gessler, pana Okrasy albo innej pani Foremniak z telewizora. Po co komu demolka i dramat wojenny, gdy o wiele bezpieczniej i bez ryzyka urwanych rączek i nóżek ogląda się dostarczanie przez Rosjan „pomocy humanitarnej” separatystom na Ukrainie albo ścinanie japońskiego dziennikarza przez islamistów, czy choćby szarpaninę rodzimych polityków w dowolnym studiu telewizyjnym. Ci ostatni przekroczyli tak dalece granice śmieszności i kompromitacji, że na wodzów rewolucji już nie urosną. Nie zachęcą do rebelii nawet osiedlowego Robina w kapturze, choćby dostrzegł dno w puszce z piwem. Nasi politycy nie podburzą nawet miejscowego orędownika onanizmu jako źródła zbawienia, równie bezsilni będą przy próbach pociągnięcia za sobą kolejnych budowniczych tęczy i fanów Korwina albo Mikkego. Bo w tak podzielonym społeczeństwie trudniej jest o rewolucję niż o mordobicie. Tutaj więcej ludzi myśli jak podpalić samochód sąsiada, bo lepszy, albo jak nie myśleć parkując, żeby mu życie utrudnić niż ruszyć w jedności na jakąkolwiek batalię, by dokonać przewrotu.

   
Czy zatem, po wyczerpaniu wszelkich idei i ideologii, zbliżamy się aż do tak krytycznego punktu, że trzeba zmiany paradygmatu? Konia z rzędem temu, kto w czasie wtórnego analfabetyzmu mas wie, co kryje się pod trudnym słowem „paradygmat”, prawie tak trudnym jak „mesjasz”. Zdaje się, że pisarka, której ostatnią książką okrzyknięto wydarzeniem roku, dużo lepiej czuje się w XVIII wieku niż w czasie danym jej do przeżycia. Odklejona od rzeczywistości zamieszkuje takie rejony abstrakcji, że dla przypomnienia obowiązującego paradygmatu z przyjemnością poleciłbym kilka wizyt w środkach komunikacji miejskiej, w pociągu, na koncertach, ale też w teatrze i kinie, gdzie mogłaby dostrzec, że może nie całemu społeczeństwu potrzeba wymiany idei, lecz znakomitej jego części wystarczy kilka zmian w zakresie elementarnego wychowania i przystosowania do życia w gromadzie. Nie mesjasza, a nauczyciela prostych zasad. Choćby tej, że wyłącza się telefon w kinie, na koncercie i w teatrze albo nie angażuje w telefoniczną relację o upojnym seksie wszystkich gości restauracji, w której się znajduje. Wówczas tolerancyjni goście darują nawet, jeśli on zje zupę widelcem, a ona nakarmi mlecznym cycem świeżo narodzonego troglodytę bez opuszczania sali.

    Jeśli ktoś chciałby mi zarzucić, że jadę po bandzie, bo przecież do teatru cham nie chadza, polecam tekst w „Newsweeku” nr 06/2015. Mowa tam o kulturowym terrorze półanalfabetów, którzy narzucają reszcie swoje gusta. W części diagnozy społecznej, dotyczącej teatru właśnie, padają takie oto słowa: … ludzie najczęściej przychodzą do teatru, by zobaczyć na żywo aktora, którego znają z telenoweli. Nie do końca wiedzą, co obejrzeli, pytani o wrażenia mówią, że chcieliby, żeby fotele były bardziej wygodne. Albo że kolejka do bufetu za długa. Z opowieści pracowników teatrów prywatnych wyłania się obraz nowej publiczności – nienauczonej obcowania ze sztuką, lecz nieodczuwającej z tego powodu dyskomfortu. Śpiącej, wędrującej po sali, jedzącej bułki podczas przedstawienia, dogadującej aktorom, awanturującej się z obsługą. Bywa, że po pijanemu. Największym nieszczęściem nie jest jednak to, że ta nowa publiczność brzydko się zachowuje w teatrze. Gorzej, że obraża się, gdy nie rozumie kierowanego do niej kodu kulturowego. Zrywa przedstawienia, pikietuje pod teatrami czy galeriami sztuki, wzywa na pomoc prokuraturę”.

    Dyktatura cebulaka dopada nieuchronnie ostatnich obywateli reprezentujących względny poziom. Robi im się coraz ciaśniej w świecie, w którym Edek z Tanga stał się przedstawicielem elity finansowej i kulturalnej. Ekspansja chama, o jakim ani Gombrowiczowi ani Mrożkowi się nie śniło, obejmuje wszystkie sfery życia i co ciekawsze, nawet te, które kiedyś wiały nudą w oczy prostaka. Nie ma to związku z poziomem wykształcenia, przynajmniej odkąd na uczelniach publicznych i prywatnych ukończenie studiów nie wymaga ani elementarnej erudycji, ani odrobiny znajomości zasad savoir vivre’u, a wystarczy opłata czesnego. Zmiana paradygmatu to taka, że prostak nie czuje zagrożenia, bo to ostatni inteligent, pogardliwie zwany wykształciuchem, staje się zakładnikiem własnego poziomu. To on jest frajerem, który obawia się żenady i śmieszności. Do analfabety kulturowego w żaden sposób nie przykleja się słowo kompromitacja wobec ogółu, bo sam jest ogółem. Czuje się wszędzie u siebie i dobrze, bo niby skąd popłynie przygana społeczna? Niezdolny do wstydu pleni się bez lęku i trwogi, więc i bez idei prościej mu się żyje, bo egzystuje bez balastu refleksji.

    Zatem gdzie mieszka wspomniana przez Tokarczuk potrzeba idei, która byłaby w stanie uprawomocnić i wytłumaczyć świat? Czy prostak potrzebuje tłumaczenia świata? Czy tylko jego konsumowania w każdym wymiarze wygody, lenistwa i braku poszanowania dla czegokolwiek poza tłustym kałdunem, iphonem i telewizorem? Ale widać lęk jest społecznie odczuwalny, skoro porusza pisarkę. Z tym, że jest to przedśmiertny lęk mamutów, ostatnich Mohikanów, rozrzuconych po blokowiskach, starych kamienicach naszych miast, zamkniętych w ostatnich kółkach wzajemnej adoracji, w przestrzeniach oswojonych. To gromadki zamieszkujące światy mniej lub bardziej wirtualne i niechętne do naruszania własnej bańki, do wystawiania się na strzał prostaka, choćby ten chodził na cienkich nóżkach i w hipsterskich porciętach.

    W tej sytuacji cieszą takie artykuły jak ten w „Newsweeku”, które próbują wołać o zmianę paradygmatu właśnie. Niby jaskółka, co wiosnę chce oznajmiać, tygodnik nagłaśnia dyktat chama. Wzywa mniej lub bardziej wprost do opamiętania, do czytania książek, jako czynności ocalającej człowieczeństwo, budującej intelekt, wolność, jasność umysłu i ducha, ale zaraz potem sygnalizuje, że to tylko działanie pro forma, w którego skuteczność sama redakcja raczej nie wierzy i podcina gałąź, na której przysiadła. Od czasu do czasu wypada popsioczyć na upadek kultury, na zniżone intelektualne loty społeczeństwa, na zanik czytelnictwa, na prymitywizm telewizji bezwzględnie usuwającej z ramówki programy kulturalne, pozostającej na usługach bezrozumnej masy. Ale dla równowagi kilka stron dalej w tym samym numerze „Newsweeka”, czytelnik znajdzie reklamę tytułów książek z super oferty, sygnowanej rozpoznawalnym znakiem: Sylvia Day. Tytułów głośnych bestsellerów wymieniać nie muszę, każda pani domu, księgowa i kasjerka podaje je z rąk do rąk. Niekonsekwencja prasy powiecie? Hipokryzja? E tam, gdy misja wypełniona, pora na biznes i wybacz Winnetou.

czwartek, 14 marca 2013

Uroki nieczytania

    Między dziesiątkami doraźnych komuników o kryzysie, pośród notek o wybrykach lokalnej klasy politycznej, mniej lub bardziej odklejonej od rzeczywistości, przemknął nowy raport o upadku czytelnictwa w narodzie. Jeśli odbił się echem publicznym, to chyba jedynie od idei Boniego Michała, jako przyśpiewka do jego boskiej inicjatywy zamknięcia bibliotek szkolnych. Nie wiem tylko, co pana ministra bardziej oślepia: perspektywa warszawska, z której nie widać choćby Podlasia, czy krótkowzroczność płynąca z wiekiem? Nie przewidział czy olał fakt, że biblioteka szkolna, to czasem jedyny zasób książek, jaki dziecko ma w odległości mniejszej niż 20km od miejsca zamieszkania. A może po prostu poziom ignorancji murem odgradza ministerstwo od zdrowego rozsądku?

    To, że politykom najmniej zależy na czytelnictwie chyba nie dziwi nikogo. Powiem nawet, że byłbym zdziwiony jak dziewica z rana, gdyby czerwony, czarny czy różowy krzykacz z Wiejskiej zaczął walczyć o wzrost czytelnictwa w narodzie lub choćby przemówił o czytaniu gdziekolwiek. Wszak polityczna troska o poziom intelektualny społeczeństwa równa jest powabom i rozkoszy strzału we własną – partyjną – stopę. Jaki oczytany i światły przedstawiciel elektoratu, skłonny do samodzielnego myślenia, myślący o skutkach swoich posunięć wyborczych, pójdzie do urny, by oddać głos na mentalnego przedszkolaka wyszarpującego wiaderko koledze z piaskownicy, szukając w nim kandydata do władzy? W trosce klasy politycznej, od momentu odzyskania wolności, leży dbałość o wtórny analfabetyzm, bo ten sprzyja wynikom wyborów przede wszystkim. Społeczeństwo zaś ułatwia klasie ów bój o naród tępaków i betonów, na co także kolejny raport czytelnictwa wskazuje.

Nie ma już najmniejszej sensacji w tym, że aktualnie do nieczytania nawet jednej książki w roku przyznało się ponad 6o% badanych. Nie dziwi ów fakt, bo raport celnie sugeruje przyczynę jednego z głównych powodów wzrostu wskaźnika: jako społeczeństwo przestaliśmy się wstydzić unikania kontaktu z książką w codziennym życiu i od święta. Nie wstydzą się przede wszystkim obywatele szczycący się wyższym wykształceniem, które jak widać warte jest tyle, co papier z napisem „dyplom”, wyprodukowany na domowej drukarce, bynajmniej bez pretensji do rozwoju intelektualnego jego posiadacza.

    Można ten fakt przyjąć pesymistycznie: wyższe wykształcenie nie ma dziś żadnego związku z klasą, którą dawniej nazywało się szumnie inteligencją. W optymistycznym ujęciu inteligencja ma się dobrze, bo jej liczba jest stała. Wszak w latach komuny statystyki głosiły, że mamy średnio do 10% ludzi z wyższym wykształceniem. Wówczas studia rzeczywiście wymuszały rozwój intelektualny, choć nie wszystkie oczywiście. Mogliśmy mówić o inteligencji jako klasie społecznej, która wymaga także od siebie. Co prawda funkcjonowała przyciśnięta do gleby przez upadlający system, ale jej status był z pewnością powiązany nie tylko z wyższym wykształceniem. Charakteryzowało ją oczytanie i uczestnictwo w życiu społecznym i kulturalnym kraju. Dzisiejszy raport podaje, że ilość osób czytających więcej niż siedem książek w roku niezmiennie plasuje się na granicy 11% populacji, zatem można mieć nadzieję, że właściwa elita robi swoje, choć i dziś jak dawniej nie tylko ukończone studia o przynależności do niej świadczą.

    Pewien stały mój rozmówca, tuż po przeczytaniu raportu wyraził zdziwienie, że wynik badania ciągle się nie zmienia, mimo tylu akcji promujących czytanie. Osobiście nie widzę nic zaskakującego. Gdzie widać działania promocyjne w tym zakresie? Przede wszystkim w bibliotekach, na portalach związanych z literaturą i książką, w księgarniach, pośród wpisów na forach dyskusyjnych. Promocyjne hasła o czytaniu lajkują i udostępniają sobie znajomi z portali społecznościowych, którzy skupiają się wokół książek jako pasji życia, a więc wysoce prawdopodobne, że wszyscy i tak należą do marginesu czytających obywateli nadwiślańskiego sioła. Zatem jaką siłę oddziaływania mają takie akcje? Przekonują przekonanych.

    Podobnie podejrzewam, że kolejne badania czytelnictwa będą pokazywać tylko to, co już widać gołym okiem, bez szkiełka i naukowych metod. Brak ogłady, niski poziom świadomości, skurczona wyobraźnia i brak otwartości umysłu, jako narastające skutki nieczytania, mocno odcisną piętno na każdej skórze. W dodatku bez konieczności angażowania losowej grupy badanych. Niezdolność do skupienia uwagi na tekście dłuższym niż trzy strony maszynopisu, zapłonie jutrzenką niezdolności do przeczytania czegokolwiek ze zrozumieniem do końca. Nawet presja złożenia podpisu we własnej ważnej sprawie, jasności umysłu nie przywróci, ale na pewno podgrzeje frustracje obywatela, umocni poczucie że został oszukany przez Żydów, masonów, bolszewików, joginów albo kopaczy tunelu pod Martwą Wisłą. A średnio rozgarnięty rodak winić o wszystko woli raczej cały spiskujący przeciw niemu świat niż siebie. Stąd prawdopodobnie prosta droga do narastającej fali agresji.

    W epoce odrzucania druku, gazety, książki w każdej postaci narasta niezdolność do skutecznej komunikacji. Nadawca i odbiorca nie potrafi skutecznie  przekazać o co mu chodzi, pozostaje zatem powrót do mentalnej jaskimi z paralizatorem w garści zamiast maczugi, jako głównym argumentem w dyskusji. Wszak cywilizacja to postęp techniczny. Nawet, gdy wszystkim wokół wyda się, że ciągle mówimy po polsku, okazać się może, że nieustannie przychodzi tłumaczyć z polskiego na nasze, najmniej licząc na zrozumienie, więcej na skuteczne unikanie wibrującej pięści interlokutora. Jest zatem szansa, że im bliżej kolejnych wyborów, tym większa będzie troska władzy o poziom obywateli, o ich błogi sen, którego wkrótce nie zmąci także widmo gminnej biblioteki, ani miejskiej, bo jak wiadomo: wsio budziet kukurydza, hipermarket i galeria (dla jasności - handlowa).

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Egzamin z Kolskiego


Okładka tej książki bynajmniej nie ułatwia decyzji zakupu i lektury. Znowu on i ona, jeszcze raz miłość, trudna oczywiście, bo on dojrzały reżyser, znany i uznany, ona zafascynowana, młodsza o dziesięciolecia dziewczyna po przejściach. W dodatku to nachalne skojarzenie z autorem, które sugerowały kolejne zdania opisu głównego bohatera. Pierwszemu wrażeniu ciążyła nadmiernie objętość powieści. Ogromna, choć dosyć lekka cegła, podług zapowiedzi ciągnąca ze sobą kolejne życiowe repetytorium z miłości wymagającej, karkołomnej i utytłanej w przeciwnościach losu, zanurzonej w intymnych dramatach bohatera wrażliwca, ścierającego się przede wszystkim z własną tożsamością. Ile można? Odłożyłem na półkę.

    Jednak nie dawała spokoju, nie pozwalała o sobie zapomnieć. Każda wizyta w księgarni, salonie, kończyła się nowym wyważaniem w dłoni jej wartości i kolejnym wahaniem. W końcu to Kolski, mój ulubiony reżyser, przynajmniej ten z lat 90. Potem odszedł nadmiernie od kina autorskiego i jego wycieczki w światy literackie bynajmniej nie posłużyły filmom. Zabrakło poetyckich i tak pięknie malarskich odcieni egzystencji na pograniczu ludowej metafizyki, magii miejsc i baśniowej podszewki życia prostego, a jednocześnie głęboko zanurzonego w nieprzemijalnym.

    Coś jednak kazało mi wierzyć, że niemożliwym jest, by na 480 stronach autor tej miary mógł pisać tylko o miłości, jaka by ona nie była. Złamałem się, by w końcu sięgnąć po powieść. I ciągle nie wiem czemu, ale nie umiem się od niej oderwać. Drażni, irytuje i jeszcze mocniej fascynuje. Nie da się zamknąć w żadnej mniej lub bardziej okrągłej formule i nie chce się poddać prostej interpretacji.

    Zacznę od tego czym męczy. Z pewnością rys postaci Sandowa, nakreślony czasem nachalnie, zbyt grubą krechą autobiograficzną z krzykliwymi znakami, rażącymi nie tylko wielbicieli kina Kolskiego. Nie rozumiem po co, aż tak narcystycznie rozsypane po tekście ślady prowadzące wprost do biografii Jana Jakuba: rodzinne Popielawy, skórzane opaski na przegubach dłoni bohatera, zawód reżysera, profesora filmówki, dziadek rymarz, wspominany ojciec bohatera – montażysta w wytwórni filmów, którego uważny widz, co jakiś czas, widzi na liście płac lecącej na zakończenie kolejnego odcinka Czterech pancernych albo Stawki większej niż życie. Nieżyjąca siostra, która montowała pierwsze filmy fabularne Kolskiego.

    Drażni także sama Muszelka, jako obiekt miłości i jako bohaterka, bo męczy umownością, która bierze początek w dziecinnej obietnicy nastoletniej aktorki, gdy wyznała reżyserowi miłość i kazała na siebie czekać aż dorośnie. Dorastanie dziewczyny z blokowiska też przecież irytuje banalną przewidywalnością. Musi być patologicznie, bo jakżeby inaczej: narkotyki, ucieczki z domu, utrata dziewictwa w wieku lat piętnastu i seks z przygodnymi facetami, którzy brali wszystko, niczego nie dając w zamian, okaleczali, hartowali w ogniu życia, by dojrzała do trudnej miłości, ukierunkowanej na egocentrycznego artystę. Ten jak wiadomo doszedł do ściany, osiągnął wszystko, zrealizował wszystkie filmy, o jakie z grubsza mu szło, ale spełnienia nie znalazł, ani spokoju ducha nie osiągnął. Z korytarzy pokrętnej tożsamości też wyjścia ewakuacyjnego nie ma, bo przynajmniej dwa poprzedzające go pokolenia wciąż w nim żyją i dopraszają się nieustającego uporządkowania w pamięci, zawieszenia w czasie. W dodatku znalazł się w bardzo trudnym momencie życia: przeprowadza matkę przez próg śmierci, by powitać nowe życie w postaci rodzącej się córeczki, poczętej z dziwnego związku, w imię dosyć poszarpanej i niepewnej miłości do kobiety młodszej o lat trzydzieści, kobiety należącej do innego świata zupełnie odmiennych doświadczeń, kobiety z innej planety intelektualnej i mentalnej.

    Teraz należy dopuścić do głosu element fascynujący w powieści. Dlaczego miłość Sandowa i Muszelki jest możliwa? Bo mają tylko siebie. Cóż za banał, ale przecież ona przetestowała wielu facetów i żaden nie był wystarczająco dojrzały, wrażliwy, delikatny, choć czytelnik nieraz odniesie wrażenie, że specjalnie testowała uczuciowe możliwości w zderzeniu z prymitywami, prostakami, cwanymi sutenerami, z dziwkarzami. Udowadniała sobie coś, co udowodnione było na starcie. Dzięki Sandowowi odkrywa światy dotychczas niedostępne, poznaje ludzi fascynujących i drażniących jednocześnie. Odbywa podróże nie tylko w nieznane rejony Ziemi, ale także w rejony ludzkiego cierpienia i egzystencjalnego smutku. Towarzyszy kochankowi w rozliczaniu przeszłości, wynikającej nie tylko z metryki, ale także wędruje do jego prywatnego Hadesu, by napotkać niespokojne duchy przeszłości, powiązane z bliskimi, których zabrakło. Wędruje przez krainy geograficzne, ale także kulturowe, religijne, duchowe. Choć jest towarzyszką wulgarną, czasem ograniczoną intelektualnie i ułomną duchowo, choćby z racji metryki, jako dziecko czasu ubogiego nie tylko materialnie. W każdym momencie jest towarzyszką niestrudzoną, szorstko oddaną i znoszącą cierpliwie wszelkie burze i wichry, które popychają ukochanego w najmniej przewidywalne rejony zmagania z samym sobą. Sandow wierzy jej miłości bo nie ma wyjścia, podobnie daje się nieść jej młodości, po trosze z braku alternatywy, ale także dlatego, że Muszelka potrafi dodać lekkości jego egzystencji, pozbawić patosu, co czyni nieraz z pomocą ironii czy jadowitego cynizmu.  Przede wszystkim jest bardzo uparta w trwaniu przy nim. Daje mu energię i wsparcie w momentach, gdy wiele innych kobiet prawdopodobnie nie byłoby w stanie unieść jego chimer i zapatrzenia w swoje sprawy.

    Egzamin z oddychania to powieść napisana z dużym rozmachem. Formalnie przypomina scenariusz, mało w niej epickich opisów, sporo scen rwanych na krótkie epizody, ale pełna jest detali budujących obrazy na trwałe wpisujące się w wyobraźnię odbiorcy. Doskonałym zabiegiem formalnym jest tu burzenie linearnego czasu akcji. Takie ujęcie chronologii pozwala czytelnikowi układać obraz całości z rozsypanych puzzli rozdziałów i rozbudza ciekawość następnej strony, a to z pewnością dodatkowy atut całości, wzbogaconej także o wątki sensacyjne. Z powieścią Kolskiego czytelnik wędruje przez rzeczywistość poza czasem w ciągłym trwaniu, wiecznym teraz. Choć realny czas akcji krąży wokół ostatnich dwóch lat, opowieść snuje się pomiędzy historiami wojny i holokaustu, zdarzeniami współczesnymi, rodzinnymi, pomiędzy sferą uczuć, emocji, rozczarowań i namiętności. Pomiędzy humorem i goryczą, przyprawiającymi mięso życia a metafizyką kultury żydowskiej, polskiej i wschodnioeuropejskiej. Słowem Kolski w najlepszej formie, któremu naprawdę posłużyło rozczarowanie kinem i przejście na stronę powieści, skoro w niedawno udzielonym wywiadzie wyznał:

    Film się zdeprecjonował. Wrastając w popkulturę, stał się narzędziem jej ekspresji. Sam siebie odarł z tajemnicy. Do kina nie idzie się dziś po przeżycie, po poruszenie, tylko po chwilę przyjemności. Jak jej nie znajdziesz, wychodzisz. Dziś tylko słowo może uderzyć w wyobraźnię. Bo nawet jak przeczytamy, że Tom Mix podkręca wąsa, to zobaczymy go po swojemu, zupełnie inaczej niż na ekranie, na którym powiedzą nam: „to jest jedyny słuszny wąs Toma Mixa”. Wierzę, że nauczymy się wyłączać dźwięk w smartfonach po to, żeby usłyszeć co mówi do nas bliźni. Mam taką nadzieję, ale zobaczymy, czy i w tej sprawie nie jestem idiotą.

poniedziałek, 5 listopada 2012

Owczy pęd

    Owczy pęd zda się dotykać wielu dziedzin życia społecznego. Ostatnio skojarzył mi się z kulturą, a ściślej z sytuacją literatury. Od jakiegoś czasu w żelaznym kanonie współczesnych utyskiwań jedno z czołowych miejsc zajmuje upadek czytelnictwa. W zasadzie dotąd jakoś mnie to szczególnie nie szokowało, choć od dawna poważnie smuciło i nawet lękiem napawa. Wszak nie chodzi wyłącznie o świadectwo jakości wyższego wykształcenia, ale przede wszystkim o poziom codziennego życia, o wpływ nieoczytania na jakość komunikacji społecznej, na ograniczenie wyobraźni, wrażliwości, co w konsekwencji nieuchronnie prowadzi do zaniku elementarnej zdolności porozumienia w każdej dziedzinie życia. Pocieszałem się ratunkowo, że jak świat światem, co historia potwierdza, w każdej epoce czytanie było przyjemnością wymagającą światłości umysłu, wysiłku woli i zaangażowania, więc jakoś elitarną. Podejrzewam, że niezależnie od postępów cywilizacji, dobrowolnie, dla przyjemności i ze zrozumieniem, czytała statystycznie podobna część każdej populacji. I jeśli coś zmienia się tu in minus, to błyskawicznie narastająca ilość piszących, którzy niechętnie innych czytają, ale zaśmiecają świat własną frazą, prawdopodobnie całkowicie zbędną. Być może w epoce narzędzi sprzyjających zaczernianiu kartek i dysków, przy ogromnej technicznej łatwości drukowania, za dużo ludzi naiwnie wierzy, że wyjdzie z tego popłatny i wolny zawód. Kulturze bardzo szkodzi bezkrytyczne akceptowanie medialnych mitów, choćby rodem z życia pani Rowling. Tymczasem rynek, może na szczęście, kontestuje coraz intensywniej wiarę w sens twórczości literackiej.

Efekt? Póki co i tu działa pożywka dla odruchów stadnych, bo kto żyw porywa się teraz na pisanie polskich kryminałów. Piszą je debiutanci i zranieni prozaicy po przemilczanych powieściach, co to fortuny i nominacji na celebrytów dotąd nie zyskali. Wyklepują swoich detektywów, inspektorów i aspirantów dotychczasowi twórcy fantasy, powieści obyczajowych i postmodernistycznych, ale też żądni sławy i grosza dziennikarze, krytycy, a nawet poeci, wyrzuceni na bandę przez pędzący świat. Wszyscy doznali objawienia, zapatrzeni w popularność produktów skandynawskich kolegów, stukają w klawisze historie kolejnych zabójstw, przekrętów, seryjnych morderców. Lokują w swoich ukochanych miastach historie dewiacji i śledztw mniej lub bardziej współczesnych, historycznych, ale prawie zawsze porywających. Instynkt literackiego stada podpowiada im, że tu jest rynek, tu koniunktura. Wiadomo, nadzieja obiecuje zarobek i łatwość publikacji, więc zawieść nie może. A rozsądek? Może nawet popiskuje z cicha, że to gardło zareaguje wnet odruchem wymiotnym, bo już nie tylko pod importowanym, ale i pod rodzimym kryminałem półki się łamią. Nic to! Dopóki morderca w grze, jeszcze mamy karnawał festiwali, powstają nowe inicjatywy wydawnicze, a uznani wydawcy stworzyli swoje mroczne i czarne serie, pod produkt łatwy do opylenia. Tyle że czytelników chyba nadal od tego nie przybywa. Choć co inteligentniejsi autorzy sensacji próbują przemycać w kryminale analizy współczesności, treści socjologiczne, psychologiczne, obyczajowe i tym samym ryzykują podwójnie. Chcieliby zachować przychylność fanów literatury ludycznej i jednocześnie pozyskać dotychczasowych czytelników prozy wymagającej uważnej lektury i większego zaangażowania uwagi, doświadczenia, intelektu. Zaryzykuję wręcz określenie: czytelników prozy wyższych lotów. Tacy autorzy być może skazują się na utratę jednych i drugich odbiorców, dlatego godni są szacunku i uznania, można trzymać kciuki za ich powodzenie. Obawiam się jednak, że te zabiegi są próżne i niechybnie zacznie się taniec na zgliszczach oficyn zawiedzionych, że jednak kokosów z tego ogródka nie będzie. Zdrowy chłopski rozum podpowiada, że nadmiar szkodzi każdej dziedzinie życia, zatem i twórczości kryminalnej. Problem w tym, że chłopski czy babski - ważne, że zdrowy - i tak jest wrogiem zapatrzonych w siebie i pewnych sukcesu, zarówno piszących jak i sprzedających, bo choć grają w jednej drużynie, chyba też do jednej bramki, pustej w dodatku.

    Pozostaje tylko odliczać godziny, a przyjdzie dzień, w którym rynkowy kałdun z kryminalną treścią przyniesie niestrawność i zabawnie rypnie z rozpuku. Martwić jedynie może, że stadny odruch wyjałowi ostatnich ocalałych czytelników, którzy zwyczajnie odwrócą się od polskiej literatury. Oby w pewnym momencie nie powstała w nich myśl, że rodzimi autorzy nie są w stanie napisać sprawnie żadnej prozy, poza mniej lub bardziej udanym kryminałem, więc inne gatunki, to tylko import i tego trzeba się trzymać.

    Zdaje się, że od dłuższego czasu polskiej literaturze najbardziej przeszkadza nie tyle brak mądrych historii do opowiedzenia, ciekawie i sprawnie napisanych, co ciężar marzenia autorów o wygodnym i dostatnim utrzymaniu z pisania. Coraz trudniej uwolnić prozę od parcia na reklamowy billboard, a skutki tego widzimy dziś w zmasowanej erupcji książek sensacyjnych.

    Co będzie z pozostałymi gatunkami prozy obyczajowej, skrzętnie przyglądającej się realiom epoki? Coraz częściej rodzi się ona z klawiatury i wyobraźni ludzi, którzy traktują pisanie jako pasję po godzinach, dla których budowanie ciekawych historii, szukanie prawd i sensów egzystencji oraz gra z polszczyzną stanowią większą wartość niż honorarium i pięciominutowy poklask. I może tu jest szansa dla prozy oryginalnej, nośnej i głębszej? Autorzy nie zobligowani koniecznością zarabiania na życie, kredyty i dalsze uprawianie literackiej działki, z pewnością piszą wolniej, dłużej szukają sprzymierzeńców w oficynach, ale zachowują szansę oryginalności i odrębności artystycznej. Nie podlegają dyktatom koniunktury i presji działów marketingu. Oczywiście ryzykują niszowym zaistnieniem medialnym i narastającą trudnością w znalezieniu sojuszników dystrybucji, ale jest nadzieja, że znajdą swoich czytelników nim ostatnich stratuje stado sztampowych podrzynaczy gardeł rodzimej kultury, sprowadzonej do mniej lub bardziej popularnej rozrywki, śmierdzącej trupem z niedomykającej się szafy.
Print Friendly and PDF