Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Społeczeństwo i Kultura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Społeczeństwo i Kultura. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 marca 2026

Czytając Camusa

Z doskoku czytam Notatniki Alberta Camusa, wydane niedawno przez PIW. Z uwagi na format książki kupiłem ebooka, co rzadko, ale jednak mi się przydarza. Po dniu pracowitym łatwiej utrzymać w dłoniach czytnik i nie oberwać w łeb solidną cegłą, gdy już opadną powieki (800 stron w papierze). 

W jednej z notatek trafiłem na znamienne zdanie autora Dżumy, przeczytane we wczesnej młodości, które niosło mnie w latach dziewięćdziesiątych i na początku obecnego stulecia przez wszystkie próby tworzenia literatury po godzinach pracy zarobkowej: 

Jest czymś normalnym oddać kawałek życia, by nie stracić całego. Sześć czy osiem godzin dziennie, żeby nie zdechnąć z głodu. A potem wszystko jest korzyścią dla tego, kto chce korzystać. 

Ten fragment znam od kilku dekad, choć nie pamiętam, skąd pierwotnie do mnie trafił. Przez lata pozwalał wierzyć, że pisanie literatury resztkami sił ma sens, choć idzie przed nim utrata najcenniejszych godzin dnia dla chleba i przetrwania w dziczy gospodarki rynkowej. Wielu z nas kapitalizm zabiera godziny najbardziej wydajne i wypełnione energią zostawianą na etacie albo oddaną działalności gospodarczej. Przez lata wierzyłem, że stukanie w klawisze wieczorem będzie miało też plusy. Nie muszę ulegać modom i trendom literackim, w żaden sposób umizgiwać się do czytelnika i zabiegać o to, co akurat się sprzeda. Przecież nigdy nie będę żył z pisania, a to pozwoli kroczyć własną drogą kreowania zdarzeń i oswajania potworków naszej rzeczywistości. Przy okazji może pozwoli nawiązać relacje z myślącymi podobnie. Uwolni od owczego pędu konkurencji, choć z pewnością utrudni kontakty z wydawcami, festiwalami, targami książki i z tak zwanym środowiskiem, czyli najczęściej hurmą zawistników, narcyzów, różnej maści kapłanów samozajebistości, pozornie tylko wzajem klepiących się po plecach.

Bardzo wierzyłem, że nie tylko nie tracę całego życia, ale korzystam, rozwijam się i niejako wchodzę w dialog z czytającymi. Oni przecież też brną między okładki po godzinach. W momentach pychy wierzyłem nawet, że wnoszę coś w życie innych, otrzymując niezłe recenzje wydanych z takim trudem książek. Prawdopodobnie i dziś słowa Camusa uskrzydlałyby mnie dalej, może miałyby nieustannie moc unoszenia ponad coraz wyższe progi stawiane literaturze i własnemu zmęczeniu, gdy trwanie niesie więcej obowiązków i konieczności oddawania kawałków życia różnym powinnościom. Dałbym radę, gdyby nie… no właśnie, gdzie powstała przeszkoda główna? Ta nie do przejścia? A może po drodze wyrosło ich znacznie więcej niż jedna i konkretna? 

Tamę powoli i skutecznie wznosiły odłamki cywilizacji, niesione bystrym nurtem zmian mentalnych, technicznych, technologicznych. Choćby coraz większy wysyp książek na rynku, odkąd druk jest tani i powszechnie dostępny. Setki oficyn produkujące coraz bardziej gówniane, schematyczne i gatunkowe popłuczyny, nierzadko pasożytujące na egocentryzmie "autorów", usiłujących za wszelką przerobić swoje całkiem przeciętne życie w literaturę, byle zobaczyć własne nazwisko na okładce. Nawet za cenę wtórności, schematyzmu, braku szacunku dla języka, redakcji i korekty tekstu. Co w czasach vlogów i influencerów od majtek z koronką i bez, trzeba przyznać, nikomu specjalnie nie przeszkadza. 

Unicestwienie medialne profesjonalnej krytyki literackiej, wypartej w dobie nadmiaru festiwali i blogerek Zuzanek siejących zachwyt przeczytaną powieścią, też zrobiło swoje. Bo to krytyka umożliwiała dawniej oddzielanie literackiego ziarna od plew i kreowała gusty. Podnosiła czytelniczą i pisarską poprzeczkę, niejako utrudniała sprzedaż wymaganiem czy zwykłym oczekiwaniem, więc zepchnięto ją w niszę spraw nadto komplikujących, zastępując krótką notką promocyjną. Sieciowe przekierowanie czytelnika na tor poszukiwania taniej sensacji nie pomogło literaturze, mieszając ją z usługowym przemysłem rozrywki. W ostatnich latach, jak widzę, nawet poszukiwacz lekkostrawnych fabuł coraz chętniej wpisuje się do czerwonej księgi gatunków ginących i bez żalu odpala w aucie kanał streamingowy z audiobookiem czy podcastem, a wieczorem filmową papkę serialu. Na pytanie, ile książek przeczytał w roku, statystyczny Polak odpowiada przede wszystkim, że książka jest za droga i go nie stać. Choć stać na strumienie płynące z sieci, piwo, knajpę i chipsy. Wytarty frazes usprawiedliwia wielu, bo jeszcze nie wyparowało głęboko zakodowane przeświadczenie, że jednak trochę obciach nic nie czytać. 

Czasem patrzę na to z oddali i pocieszam się myślą, że szlachetniej jest milczeć, gdy wszystko już napisano i coraz mniej pozostaje do odnotowania o naszym czasie. A już na pewno nic, co warto pchać między okładki. Coraz chętniej i bez pretensji zamykam się w czterech kątach, żeby choć trochę pomilczeć w wolności od nadmiaru informacji zbytecznych. Dziś łatwiej odrzucam odwieczny dylemat z początku wieku, gdy po godzinach dzieliłem resztki doby na pytanie: raczej pisać czy czytać? Szarpałem się tym każdego tygodnia, w przekonaniu, że za mało przeczytałem, żeby lepiej pisać albo za mało napisałem, żeby stanąć w szranki z autorami, którzy dryfują po szerokich wodach. 

A dziś? Niby czym nowym można oczarować wydawcę, a potem czytelnika? Już chyba tylko biciem rekordów: ile książek napiszesz w ciągu roku, żeby utrzymać się na fali "mrozoidalnej". W kraju, w którym jedną książkę na rok czyta mniej niż połowa obywateli jeszcze czytać rzekomo potrafiących. Tu, gdzie wydaje się średnio od 90 do 100 pozycji książkowych każdego dnia, wliczając weekendy. Co popycha ludzi do dokładania kolejnej książki, nawet najlepszej powieści, którą spotka los jętki jednodniówki? W dodatku przykrytej stertą trupów następnych efemeryd, zbywanych - co najwyżej – komentarzem „ciekawe”? 

Wiem, żyjemy w czasach nadmiaru, więc nie ma czemu się dziwić. Ale pędu tego świata żadna książka nie zatrzyma. Rozumu raczej nikomu wpływowemu nie doda, w anioły tłumu nie przerobi, bo głodny najwyżej igrzysk. Anioły rodzą się w ciszy i przestrzeni ponad galopem na czas. Tymczasem widać, że wielka historia niczego nie uczy i ludzie wciąż zabijają się chętnie nawzajem, tylko dlatego, że wybrani przez nich idioci i psychopaci każą im do siebie strzelać. Co może zrobić tu literatura? W kraju zbiorowej ignorancji, nieświadomości, przewijania rolek TikToka i nieustannego kiermaszu wyprzedaży. W kraju, w którym wysiłek intelektualny dołuje i boli? 

Jest już bardzo późno. Z trudem otwieram oczy, jeszcze raz zerkam na zdanie wyrwane z Notatnika Camusa. Co dziś może oznaczać owo: A potem wszystko jest korzyścią dla tego, kto chce korzystać? Czy jest jeszcze jakieś "potem"? Gdy poświęcanie czasu nie biegnie już w stronę nie zdechnąć z głodu, ono dawno temu pobiegło w stronę ciągle mało. Minęło dobre dziewięćdziesiąt lat, odkąd noblista zapisał ten prawie aforyzm pomiędzy notatkami, ale tu od lat obowiązuje już stadna zasada: jeszcze wyższe stanowisko, jeszcze więcej władzy, jeszcze jeden samochód więcej i większy od sąsiada, jeszcze cztery pary butów, kolejna modna torebka, bo poprzednie trendy passe i jeszcze więcej botoksu. Czwarte mieszkanie pod wynajem, wczasy na Mauritiusie, Zanzibar w zasięgu, zarżnąć się o drożej, wyżej, dostatniej, upchać worki krótkotrwałych wrażeń po kres wytrzymałości szwów. I tylko czekam i czekam, a jednak ciągle nie wymyślono trumny z kieszeniami, żeby to wszystko spakować i zabrać tam, gdzie mól i rdza z pewnością dosięgnie.

środa, 22 października 2025

Knoty z plakatu

Jakiś czas temu zajmowałem się kotem kolegi. Trzeciego dnia opieki, na skutek tradycyjnego braku miejsc parkingowych w zagęszczonych uliczkach Przymorza, zauważyłem, że zostawiłem samochód przy wystawie plastycznej. Pasowała tu jak pięść do oka albo “świni kamizela”, jak mawiał legendarny Gustlik w równie legendarnym serialu. Czepiam się, bo z założenia nie ufam ekspresji artystycznej, zdobiącej płot developera, osłaniający kolejny etap betonozy Gdańska. Coś mi mówi, że w takich przypadkach główną intencją ekspresji artystycznej jest kamuflaż albo próba obniżania ciśnienia, podnoszonego regularnie okolicznym mieszkańcom. Całkiem niedawno czyniono to przy okazji budowy tutejszych “rondeczek” wielkości kopczyka, powstałego na skutek nadpobudliwości ruchowej lokalnego krecika. Ruchu nie ułatwiają bynajmniej, ale poprawiają krążenie. Co się kierownicą nakręcisz, to twoje. Teraz przyszła pora na wystawę plakatu pt. Tęsknoty utkane z połączeń, który to tytuł mój komputer potraktował piękną ironią, wyświetlając w miniaturze zdjęcia stosowny skrót pełnej nazwy, co chętnie zamieszczam powyżej.

Zaciekawiony ideą przysiadłem w samochodzie i postanowiłem sprawdzić, jaki to geniusz przyświecił pomysłodawcy. Wrzuciłem hasło w wyszukiwarkę i odnalazłem słowa lokalnego developera. W Dzielnicy Przymorze Małe w Gdańsku, w otoczeniu, które skrywa dokładnie 100-letnią historię Zakładu Przemysłu Cukierniczego Bałtyk, pragniemy stworzyć przestrzeń otwartą i przyjazną – zarówno dla jej nowych odbiorców jak i aktualnych mieszkańców – Mozaikę. Stawiając na różnorodność funkcji, w tym kulturę i sztukę, współtworzymy wraz z Mieszkańcami Przymorza Małego miejsce, w oparciu o słuchanie, rozmowę i działanie. Liczymy, iż stanie się naturalnym wyborem wspólnego spędzania czasu i budowania relacji. Jako inwestor, nie chcemy czekać aż to miejsce powstanie, a wykorzystać je dzisiaj. Stawiamy więc pierwszy krok i zapraszamy Was do wzięcia udziału w konkursie. Kolejnym krokiem i marzeniem będzie „utkanie” plenerowej galerii plakatów na ogrodzeniu inwestycji. Charakter ekspozycji, którego celem jest ożywienie tej części dzielnicy, możliwość integracji i ożywienie kontaktu międzyludzkiego, będzie nawiązywał do tego za czym tęsknimy, a co być może niedługo będziemy mogli w tym miejscu odnaleźć. 


Konia z rzędem temu, kto wyczyta, o co chodzi w tym bełkocie górnolotnych fraz. Kto znajdzie konkret w przydługiej wypowiedzi? „Przestrzeń otwarta”? W gęstej zabudowie bloków? „Różnorodność funkcji”, czyli sklep Żabka z kawą i parówą w bule i huśtawka obok stojaka na rowery przy betonowym wjeździe do hali garażowej? Mini pizzeria, fryzjer i punkt odbioru przesyłek z logo firm kurierskich? Budowanie relacji? Oczekujących na stolik pod pizzę w kolejce przed drzwiami? Ożywienie dzielnicy boksami w biurowcach, migających setkami ekranów okrągłą dobę, z przeszklonych ścian i z fotelami pełnymi korposzczurów? Tylko pogratulować innowacji nastawionej na kulturę wyodrębnioną plakatem na płocie. Miejsce idealne do kontemplacji tęsknot i marzeń, szczególnie dla polujących na parkingową wolną dziurkę, przemykających w pośpiechu na kolejkę SKM, pętlę autobusu, przeciskających się między autokarem pod hotelem a płotem, czy z niepokojem wysadzających psa, żeby zebrać odchody, zanim spadnie grad pretensji sąsiadów z pięter kosztujących miliony monet, bez szansy na skupienie uwagi na sztuce plakatu, smutniejącego między przechodniami i autami wyjącymi na kawałku prostej. 

Właściwie nie robiłbym tematu, gdyby nie dodatkowy chichot losu, wymownie brzmiący jak komentarz do naszej epoki i charakteru tej wystawy. Rzeczony “projekt” konkursowy zakłada nie tylko pokaz wyróżnionych dzieł plastyków, ale dodatkowo umieszczono przy każdym artefakcie opis, co ów obraz zawiera, co autor miał na myśli i to osobiście skreślony przez artystę. Po cóż trudzić odbiorcę wysiłkiem patrzenia i myślenia jednocześnie? Zwłaszcza, gdy skupienie klei wata cukrowa, w gratisie na otwarcie wernisażu, o czym nie omieszkały przypomnieć lokalne media. W rzeczywistości zerojedynkowej nie wolno dopuścić do swobodnego spotkania twórcy i odbiorcy, rysunku, symbolu, kodu kulturowego z wyobraźnią patrzącego. Zwyczajnie miną się w intencji, nie porozumieją albo spolaryzują gorzej niż polityczne plemiona. Mogą drastycznie się nie spotkać i jasny szlag w ramki strzeli. 

Dziś niezbędne jest wylanie kawy na ławę. Wszak widz z gawiedzi powstał i w pył historii się zmieni. Jaki tam z niego odbiorca? Tępy pachoł z bruku wydarty, ignorant w czapce z daszkiem i z petem elektronicznym w gębie. Tymczasem plakat ma swój przekaz wizualny. Bywa, że i treść głębiej ukrytą niż XD na fejsbuniu. Z definicji swej powinien być prosty, z ograniczoną ilością tekstu, wykorzystywać przyciągającą grafikę i harmonijną kolorystykę, aby szybko i skutecznie dotrzeć do odbiorcy. I dlatego zapewne treść wzmacnia go z boku, wkrętem, przekonująco, trwale, żeby żaden kmiot nie uraził artysty baranim łbem. I tylko o jednym biedny twórca zapomniał. Że przechodzień dziś średnio czytający jest, a co dopiero ze zrozumieniem. Nie podoła orędziu w epistole. I nie mówcie mi, że jedną stronę, to każdy przeczyta. Rzeczywistość temu przeczy i głośno skrzeczy. Słyszałem o polonistkach z liceum, które rozpoczynają lekcje w klasach pierwszych od testu czytania. Nie ze zrozumieniem nawet, tylko z płynności czytania po etapie edukacji w szkole podstawowej, wzmocnionej tysiącami orzeczeń od dysleksji, dysortografii i innych “dysach” fundowanych przez przezornych rodziców w celu ułatwienia szkolnej wędrówki potomstwu zdyskwalifikowanemu na starcie. Jeszcze kilkanaście lat temu młodzi ludzie dostawali polecenie przeczytania głośno jednej strony, później akapitu, zwrotki wiersza, a dziś nauczycielki polskiego wymiękają przy próbie wysłuchania kilku zdań, wydukanych przez absolwenta podstawówki, który wszak zdał test końcowy.

W związku z powyższym, drodzy plastycy, na nic wasze zabiegi opisowe, dopełniające siłę przekazu. Daremne żale - próżny trud, bezsilne złorzeczenia! Przeżytych kształtów żaden cud nie wróci do istnienia… intelektu, że wspomogę klasyka.


poniedziałek, 1 lipca 2024

Cola dla artysty

Pamiętasz? W rozmowach o spełnieniu cytowałem plastyka, nazwisko bez znaczenia. Było takie pismo, „Magazyn sztuki”. Chyba lata dziewięćdziesiąte. Kupowałem sporadycznie, czasem przekonywało mnie coś z okładki. Przypadkiem trafiłem na wywiad po jakimś grand prix. Laureata, zapytano, czy czuje się artystą docenionym, spełnionym. Odpowiedział krótko: gdybym był spełniony, siedziałbym na plaży i pił Coca-Colę, nie miałbym już nic do zrobienia. Z jakiegoś powodu zapamiętałem, to było ważne. Tylko poczucie niespełnienia daje kopa. Naprawdę tak myślałem, wyjął mi to z serca. Ciągły brak zadowolenia z tego, co się zrobiło, popycha sztukę. Niedosyt dokonań otwiera drogę nowemu, gwarantuje dalszy rozwój! Tak jest chyba w każdej dziedzinie twórczej, tak ma każdy, kto poważnie myśli o stwarzaniu z niczego i po coś, dla kogoś! Wyraża swoje niepokoje, wyrzuca demony trawiące od środka, zderzające ze swoim kawałkiem czasu, epoki, którą mu dano. Przetwarza zachwyty, lęki, żeby zatrzymać cudzą uwagę, dać do myślenia albo odczucia. Zapamiętałem jedno zdanie, bo mówiło za mnie i do mnie, rozumiesz? Nie byłem sam, a dziś? 

    Gapię się na jakieś durne filmiki z tik-toka. Ta pokaże majtki, ten gładzi kotka, pajac klapnie żonę w dupkę, kumasz? A demony milczą! Zwiędły? Uleciały? Padły w nawóz współczesności. Dziesięć lat temu nie do pomyślenia, żebym siedział w koszulce nieumazanej farbami, przed monitorem albo telewizorem ze streamingiem i nie znajdował w sobie woli nawet na drobną grafikę czy plakat od siebie, z serca, choć kolejne zamówienia leżą w mejlach co tydzień. Nawet dają wolną rękę. 

    Coś tam robię, pewnie, z czegoś muszę mieć na bułkę z masłem. Ale ja nie tworzę, kumasz, ja manipuluję. Mam nazwisko, tak zwaną markę, więc daję czego chcą. Marketingowo nabijam butelkę tym bełtem oczekiwania mas i dodaję gazu z pierdnięć artysty, który mógłby więcej, ale nie ma dla kogo. Prawda, jakie to proste? Obie strony zadowolone: oni mają grafikę, plakacik, dowcip, to swoje disco polo dla oka, a ja mam na fajki. Tylko czy o to szło?    

Pytasz w czym problem? To trochę jak z publikowaniem książek. Po co dziś publikować, skoro więcej ludzi pisze niż czyta? Czy zatem jest jeszcze jakiś sens wieloletniej pracy nad czymś, co choćby w złotych okładkach wydane i w płótnie, będzie miało żywot jętki jednodniówki? Przysypanej przez tysiące jętek popkultury następnego dnia? Zwłaszcza, że niedługo nawet celebryci stracą fanów, znikną na śmietniku historii pod ciężarem badziewia produkowanego przez AI. Czy nie to samo czeka mnie w sztuce? Co mogę przy tej ilości memów, zdjęć w sieci, wystaw, komiksów, murali, nocy muzeów, galerii? Na jak długo da się zaistnieć? Przebić się do świadomości widza, w czasach, gdy muzealnicy w piwnicach trzymają dawno zapomnianych klasyków? Mam szansę? Dotrzeć do odbiorcy ostrzelanego dziesiątkami bodźców sensacji na minutę? Nakarmię się poczuciem spełnienia, działania, nadzieją sprawczości?

    Tak! Znam twoje zdanie! Będziesz siedział wpatrzony w dal i rąbniesz zaraz z grubszej rury, że to pytania na miarę XXI wieku! Że tego świata nie da się zatrzymać, bo dawno ruszyła kula śniegu i przyrastającą masą zagarnia coraz większe połacie. Przy okazji niesie błoto, szlam, suche liście i gówno, ale nadal jest w niej biel! Czy w związku z tym my, artyści, mamy polec? Zniknąć, poddać się, zrezygnować?

    A niby, kurwa, dlaczego nie?! Wiem, mówiłeś sto razy! Takich etapów w historii było sporo, a każdy kolejny "wynalazek" rzekomo niszczył sztukę, zapowiadał jej kres. Często mi tu wisiałeś na prowokacji Duchampa, który pokazał, że sztuki już nie ma, odkąd wpakował pisuar do muzeum. I w zasadzie Piero Manzoni zamknął furtkę ogrodów sztuki razem ze swoim gównem w puszkach za cenę złota. Niby sprawa się rypła, ale potem przyszli nowi barbarzyńcy i wypychali zwierzaki, sypali góry piachu w galeriach albo dymali pompki facetem na video. Zamknęli artyzm w rezerwacie pustego snobizmu. Zdało się, że po nas potop nie jest możliwy. Zalało nas szambo udające sztukę, aż wyskoczył Sasnal jak królik z cylindra i bazgrołkami podbił rynek, choć do dziś jego nazwisko nic nie powie Kowalskiemu i Nowakowi.  

    Wiem! Każdy z nas powinien robić swoje! To chciałeś powiedzieć? Czy to będzie gorsze, czy lepsze od AI? Ale sztuka będzie inna, będzie się rozwijać w zastraszającym tempie przez łatwość kreowania mód i budowania popytu. Ale ty, popieprzony optymisto, osobiście poniesiesz sztandar żywej wiary we wrażliwość, która w ludziach nie zaginie, a indywidualizm będzie doceniony. Tylko do tego trzeba wiedzy, erudycji, smaku! Tymczasem osacza nas ignorancja i wrażenia. Odrzucanie wysiłku w odbiorze i powielanie miernoty. Prosta dystrybucja "fajnego" i "zajebistego", które polajkuje tłumek followersów! Wszystko to przygniata indywidualność natłokiem, zagłusza sztukę krzykliwą chucpą stada rzucającego się na łatwo zbywalne, modne, rozrywkowe i powabne, co odbiera tworzeniu światło pojedynczego doświadczenia. I tak artystyczne, wyrosłe na gruncie talentu, umiejętności, wiedzy, głębi, marnieje nam w oczach albo dawno zmarniało.

Epoka Duchampa stawiała wyzwanie artystom z krwi i kości, gotowym negować jego postępowanie, ale ciągle wolnym od masowego rażenia, od totalnego skalania bezguściem prostaka. Byli wolni od łatwości roznoszenia wszelkiej szmiry wrażeń, bo nie było do tego tak gigantycznych narzędzi, jakimi człowiek dysponuje teraz. I ciągle udoskonala je, by ostatecznie pogrążyć kulturę w chaosie nadmiaru i chwilowości. Wszak otumanionym ilością, przytłoczonym nieustającą lawiną bodźców, łatwiej sprzedać każde gówno, byle błysnęło. Ludzie zbyt łatwo pozbawili się woli wznoszenia człowieczeństwa na wyższy poziom i to na własne życzenie. Sami stworzyli sobie dystopię, przez lenistwo i z wygody, a Nowy wspaniały świat spełnia się po cichutku, bez nacisków i presji. Wybierany! Nawet przez nikogo nienarzucany. Huxley by na to nie wpadł. 

Tak, wiem, zebrało mi się! Powiesz, że to marudzenie spełnionego. Ilu może żyć z własnej pasji? Z własnego tworzenia? Ja mogę, zgoda, w odpowiednim momencie zacząłem. Mam szczęście. Tylko jakoś ono do mnie nie dociera. Szczególnie tu, w pracowni. Moja roleta ma dziury i to coraz większe. Wbija tu kadr letniej plaży,  setek rozłożonych ciał, tusz smażonych w przegrodach z parawanów. Praży się ten ludzki ugór we fryturze hektolitrów kremu z filtrem lub bez, w smrodzie fryty z mrożonym dorszem, dosłodzony wonią gofra i peta. Ten widok za mocno mnie rozstraja, więc leję kolejną szklankę ciepłej i wygazowanej coli i dodaję lód. To jedno mogę w dzikim spełnieniu.

niedziela, 26 maja 2024

Czytanie w czas niepewny

W trakcie ostatniej wizyty w bibliotece odbierałem tytuły zamówione w trosce o  dobrostan czytelniczy zabieganej żony. Przy okazji pofolgowałem pokusie, by połazić pośród regałów z nieukrywaną nadzieją, że rzuci się w oczy pozycja, której nie planowałem, ale z pewnością nie zdołam oprzeć się jej urokowi. To taka odwieczna gra maniaka druku. Choć ostatnimi czasy coraz trudniej idzie mi doczytanie do końca zdobytych w ten sposób książek. Jakoś za szybko mnie nudzą, męczą, rozczarowują, sam nie wiem, czego spodziewać się po kolejnych. Czasem po trzydziestu, a czasem po stu stronach, zyskuję pewność, że to nie dla mnie. Może za dużo już przeczytałem? Może siedzi we mnie ignorant, który i tak treści nie zapamiętuje, bynajmniej na dłużej niż trwa lektura. A może zwyczajnie sam nie wiem, czego chcę i daję się porywać własnemu malkontenctwu lub słomianemu zapałowi? Przecież nie jest tak, że chodząc pomiędzy półkami szukam pilnie, bo nie mam aktualnie nic do przeczytania. Chwilami mam wrażenie, że cofnąłem się w czasie do upodobań ze  szkoły podstawowej. Wówczas też uwielbiałem chodzić do biblioteki, otwierać książki, czytać po kilka akapitów z początku, środka, wąchać papier, odkładać, a wypożyczone leżały w domu po przeczytaniu 30 stron, aż przyszedł termin zwrotu. Tak potraktowałem pierwsze wypożyczenie, czyli Psa, który jeździł koleją, a potem metoda przeniosła się na niemal wszystkie tomy Pana Samochodzika. 

Rozmyślając o niechlubnej przeszłości bibliofila, niespodziewanie zagarnąłem z półki różową książkę z działu „szkice, listy, eseje”. Autor znany, filozof, eseista, redaktor radiowy, Tomasz Stawiszyński, którego felietony stale poddaję próbie lektury w „Tygodniku Powszechnym”. Przyznam, że są w różnym stopniu zajmujące. Czasem chwytają wzrok i przytrzymują do końca, innym razem tenże ledwie prześlizguje się po wersach, w zmaganiu o uwagę, niewiele pozostawiając pamięci. Teraz uwagę przyciągnął tytuł Reguły na czas chaosu. Prawda, jak porywająco brzmi? Otworzyłem spis rzeczy i mniej więcej mogłem spodziewać się, co w treści niosą te z rodzaju: „ogranicz używanie mediów społecznościowych”, „nie ulegaj polaryzacji”, „żyj w niezgodzie ze sobą” (reguła samym tytułem zachwycająca przekorą wobec tyleż modnych, co idiotycznych poradników jak osiągnąć szczęście), czy reguła „przedkładaj myślenia nad działanie”. Wszystkie one zachęcały do płynięcia pod prąd tytułowego chaosu, w jakim świat równie ochoczo, co bezrefleksyjnie nurza się ignorując katastrofę wiszącą nad przyszłością planety. Ale jedna z reguł szczególnie zachęciła mnie do spontanicznego wypożyczenia książki. Jakoś nie pasowała do pozostałych, a brzmiała: „czytaj książki”. Niby trochę taka „oczywista oczywistość”, trącająca przykurzonym truizmem, ale… weź i przemów do serca współczesnego analfabety, zadowolonego  z siebie i kubła popcornu przed Netlixem. Uzasadnij, że warto czytać, szczególnie w dobie kultury obrazkowej i na wskroś pragmatycznej, gdzie każde działanie podporządkowuje się określonemu celowi, osiągalnemu z prędkością pendolino, inaczej się nie liczy. Gdzie robi się tylko to, co ma mierzalny i wymierny rezultat, widoczny tu i teraz, bo inne pokusy czekają w kolejce. Po co tracić czas na rzeczy abstrakcyjne? Jakich argumentów użyć, że warto czytać? I tu Stawiszyński podsuwa pod nos niekwestionowane i tak precyzyjnie ujęte tezy, że pozostałą część tekstu wypełnię wyłącznie cytatami z książki.

S. 184-185. Czytanie zaś, czyli obcowanie ze słowami, znaczeniami oraz strukturami myślowymi i narracyjnymi, jest najprostszą metodą rozbudowania naszych językowych zasobów. W akcie lektury rozwijają się możliwości percepcji oraz umiejętności abstrahowania i uogólniania. Kontakt z literaturą uruchamia i ćwiczy zdolność do współczucia, a nade wszystko wyrabia nawyk syntezy, która jest sprawnością wyjątkowo pożądaną zwłaszcza dzisiaj, gdy zewsząd zalewają nas (często niepełne lub mylące) informacje. […] Dodajmy do tego jeszcze – wciąż pozostając po pragmatycznej stronie – lepsze funkcjonowanie pamięci (a zatem mniejsze prawdopodobieństwo wystąpienia demencji), obniżony poziom stresu, lepszą zdolność koncentracji, a nawet zwiększenie liczby połączeń neuronalnych w mózgu. Kto zatem czyta – takie wnioski płyną z rozpoznań dzisiejszej psychologii i neuronauk – ten dla swoich zdolności poznawczych robi to, co człowiek regularnie uprawiający sport robi dla układu krążenia czy systemu nerwowego. 

S. 191-192. Czytając książki, wkraczając w skomplikowane, polifoniczne, wielowymiarowe wszechświaty ludzkich spraw, tragedii, splątań i dramatów, obcujemy bowiem w istocie z realiami życia, nie zaś z jego hologramami, skrojonymi przez politycznych ideologów albo speców od marketingu skwapliwie realizujących zapotrzebowania większych czy mniejszych korporacji. Zagłębiając się w lekturze, uzyskujemy dostęp do rzeczywistości takiej, jaką – wedle rozmaitych mniej lub bardziej arbitralnych założeń – być powinna. Uzyskujemy wgląd w najintymniejsze rejony cudzych myśli, towarzyszymy innym w najwstydliwszych momentach, śledzimy ich porażki, zdrady, oszustwa, melancholię, hipokryzję, dziwaczne fantazje, irracjonalne lęki, przesądy, okrucieństwa i decyzje prowadzące do sytuacji bez wyjścia. […] Wymyślone światy mogą bowiem ukazywać o wiele uczciwszy obraz ludzkich losów niż ten, z którym niejednokrotnie spotykamy się w mediach – czy to tradycyjnych, czy też społecznościowych. Zbyt często dajemy się nabrać na opowieści (i zbyt często sami je powtarzamy), że u innych wszystko wygląda niczym na obrazku, u nas zaś niepodzielnie panuje chaos. Literatura pozwala dostrzec, że chaos nikogo nie omija, niektórzy tylko znajdują nieco bardziej wyrafinowane metody, żeby go przed całą resztą ukryć. 

I tak to jest, gdy trafi się na lekturę do pochłonięcia w trzy, może cztery kawy, gdy ktoś skutecznie wyważa drzwi niby dawno otwarte. Może więc warto pić te kawy do lektury niespiesznie, ale ze smakiem, w różnych odstępach czasowych, żeby serce to zniosło. Nie warto jednak nadmiernie przerw wydłużać, bo ta pozycja, pisana potoczyście i zrozumiale, nie odpuszcza. Zatem należy brnąć i brać radość z lektury pełnymi garściami, choćby za cenę zaniedbań wielu czynności powtarzalnych, wynikających z krzątactwa naszego powszedniego. Tomasz Stawiszyński potrafi zatrzymać uwagę, zachęcić do przemyślenia spraw niby oczywistych, ale jakby rozświetlanych na nowo. Skutecznie upewnia przy tym, że warto być mniej zadaniowym, czasem mniej pragmatycznym, a bardziej otwartym na sprawy życia rozumnego, z nadzieją, że chaos da się jakoś ogarnąć. Z pożytkiem nie tylko dla własnego komfortu psychicznego, ale też dla poprawy relacji z żyjącymi obok.

poniedziałek, 11 grudnia 2023

Schody

Przyjechałem odebrać książki z biblioteki. Tym razem dwie, odległe gatunkowo. Czasem tak mam. Gdy nie ma ciśnienia na nic konkretnego, stawiam na mniej lub bardziej szczęśliwy traf. Dziś chcica pochłaniacza druku długo wędrowała po wykazie tytułów uzupełnianych od lat. Wybrałem na chybił-trafił. Coś z antropologii kultury, czyli Świat jako więzienie kultury. Pomyślenia. Wojciecha Burszty, a dla przeciwwagi powieść Wycinka Thomasa Bernharda, którego akurat dotąd nie czytałem, a z jakiegoś zapomnianego powodu znalazł się w moim spisie lektur do przeczytania. Co prawda wpisałem tam Zaburzenie, ale ten dostępny jest w filii, do której zupełnie mi nie po drodze. Wziąłem więc, co było, żeby poznać styl austriackiego dramaturga raczej niż prozaika. 

Tradycyjnie zostawiłem samochód na parkingu, godzina do zamknięcia galerii handlowej, więc wybrałem schody ruchome. Biblioteka na ostatnim piętrze, obok sklep Media Expert. Gdy dochodziłem do taśmy ze stopniami, ściskając w garści przeczytaną powieść Zośki Papużanki, zauważyłem biegnącą od drzwi kobietę, której najwyraźniej bardzo się spieszyło. Puściłem ją przodem, mocno wyhamowując, żeby ustąpić miejsca. Stanąłem za nią, stopień niżej. Kobieta urocza, uśmiechnięta blondynka około 170cm, wiekowo chyba nawet w moich okolicach: 

- Bardzo panu dziękuję, spieszę się trochę!

- Nie ma sprawy. Właśnie zobaczyłem, że tak pani gna, wolałem zejść z drogi - mówię z uśmiechem.

- Ale to komplement czy pretensja?

- Komplement, w końcu to nieczęsto się zdarza. Ma pani tyle energii w ponury wieczór, ciemno, mokro, tylko spać, a tu proszę, kobieta wulkan.

- No tak, bardzo pan miły – znowu pogodny uśmiech i serdeczność jakaś w głosie - ale jeszcze zablokuję pana trochę, bo jadę na samą górę.

- Ja też, do biblioteki - pokazuję książkę w garści.

- A ja do Media Expert, po przesyłkę... ale to się chwali, że ktoś w tych czasach jeszcze książki czyta. Naprawdę!

- No wie pani, każdy ma jakieś nałogi. - Poczułem się trochę jak filatelista z klaserem na zawodach MMA i odruchowo schowałem egzemplarz za plecy.

- Teraz to nikt na to czasu raczej nie ma, życie goni i w ogóle.


- Zawsze można poczytać w toalecie, tam nikt nie goni, zamiast skrolować obrazki w sieci. Da się także nie siedzieć przed Netflixem z orzeszkami i chipsem. Jeśli ktoś czytania pragnie, czas się znajdzie, miejsce i dostęp do książki darmowy jak widać, bez abonamentu.

- Tak tak. To jesteśmy na miejscu. Miłego wieczoru, wszystkiego dobrego, to ja już lecę, dziękuję panu. 

Łatwe usprawiedliwienia, całkiem jakbym tłumaczył komuś, czemu nie chodzę do siłowni. Zwłaszcza, że ta też jest tu obok, a właściwie jeszcze trochę wyżej. Ta sama droga, ten sam parking i schody, względnie podobna łatwość dostępu. Przecież nawet przed sobą kłamię, że nie mam czasu, jestem zmęczony, są przyjemniejsze rzeczy do zrobienia. I choć wiem, że powinienem zapewnić starzejącemu się ciału więcej ruchu, zwyczajnie wolę się mądrzyć. A przecież szanuję odwiedzających fitness regularnie, ich zapał, konsekwencje i wysiłek. i zdrowiu by to posłużyło. Dlaczego wolę ujadać na brak czasu? Bo musiałbym robić coś zamiast czegoś. Pożyteczne przyjemne wymienić na pożyteczne męczące i niezbyt miłe, w dodatku niezgodne z charakterem, temperamentem i jakby wbrew osobowości. Dręczy nas nieustannie sztuka wyboru, to rozmienianie się na drobne i ciągłe niezdecydowania. Coraz silniej niewybrane kładzie się cieniem na dokonanych wyborach i jakoś kąsa przyjemność, nie pozwala jej wybrzmieć do końca, bez żalu albo przynajmniej doda nieco dziegciu do beczki spełnienia.

poniedziałek, 11 września 2023

Smaki lata

Wrzesień. Koniec letniej mordęgi, choć upał nie odpuszcza. Dobrze być już w domu, w bliskości książek, jazzu i miękkiej klawiatury. Uwaga! Teraz narażę się narodowi hurmą rozdeptującemu kamieniste szlaki: Nie jestem fanem gór! Na samą myśl coś mnie od nich odpycha, już na starcie, zwykle przeczuciem daremnego zmęczenia. Ale przełamałem się, choć nie lubię mieć pod górkę bez powodu.
Minęły dekady i czart mnie podkusił. Zawiesiłem w pamięci wędki i wilgotny zapach mazurskich jezior, by kopsnąć się - może nie zaraz w poniewierane stadnym laczkiem Tatry - ale  delikatnie, z nadzieją na milczące towarzystwo Liczyrzepy (gdzieś ostatnio przeczytałem, że to dosyć obraźliwy przydomek Karkonosza). Uprzedzę pytanie: to nie Karpacz, a Szklarska Poręba i tak: Szrenica zaliczona! Poprzedzona oczywiście długą kolejką po kask przed opłaconym słono wejściem pod Kamieńczyk. Cierpliwie ustałem w rozlicznym towarzystwie bratnich Pepów, których z racji kursu euro więcej tu niż rodaków. Ci ostatni zaś przyprawiali o dumę, snując za plecami orędzie ku czci wczorajszego ochlaju, po czym przerzucali się nazwami browaru, który czeka ich dziś. 
O tempora! O mores! Odpaliła mi się wyuczona dawniej maksyma, gdy już kilkaset metrów wyżej zażyczono od nas kolejnej opłaty. Tym razem za deptanie Karkonoskiego Parku Narodowego. Ale nie ma co utyskiwać, innej drogi na szczyt nie było, a płacimy swoim, za własne obywatelstwo, za piękno rodzimej krainy, no i haracz to jednak płacony ojczyźnie, z nadzieją na pohybel rządzącym jej upadkiem. Ostatecznie pies trącał piękny widok ze Szrenicy, poprzedzony marszem w ludnym peletonie, z trzydziestostopniowym upałem w tle, który z pewnością bardziej zapamiętam niż panoramę gór. W każdym razie mijane atrakcje nie dodały depresyjnej paskudzie we mnie ani pożywki piękna, ani miłości do gór. Raz jeszcze wyszło, że czułością pałam – co najwyżej – do niskopiennej Szwajcarii Kaszubskiej. 

Do sprawności turysty postanowiliśmy dołożyć także wodospad Szklarki. Żeby uniknąć słońca i tłumu, a przy okazji pogibać ciało biurwy, postanowiliśmy zaatakować obiekt niejako od tyłu, od ul. 3 Maja. Tu rzeczywiście wisiała w upale cisza, a korzenie wysuszonego lasu nie ułatwiały wędrowania ubitym szlakiem. Obok szemrała rzeka w malowniczym korycie i bił od niech rześki chłodek, aż tu nagle, pomiędzy pniami, zamajaczyła zielonowłosa córa cerbera, wyrodna wnuczka Rzepióra z terminalem w garści: „dzień dobry, teren parku narodowego, dwa bileciki normalne, tak?”. No i  po sielance, nici z rumakowania. Myto spadło na kartę płatniczą, a kawałek ujarzmionego piękna spłowiał i razem z ochotą na selfiki spłynęły raźno z nurtem, po omszałych kamieniach. Wodospad - raczej nie na pociechę - upstrzyły okoliczne kramiki kubeczkiem malowane, magnesikiem i całym tym przekleństwem turystyki współczesnej. Nawet na porządne siku nie można było liczyć, bo klozetowa babcia lokalnego schroniska goniła niezamieszkałych, a uciśniętych pęcherzem skazywała na pobliski parking i niebieską budkę toy-toy. 

I w drodze do tegoż przybytku natknąłem się na gablotę z atrakcjami Szklarskiej Poręby, a wśród nich dom malarza Wlastimila Hofmana. Olśnienie! No tak, przecież tu żył i ostatecznie umarł uczeń Jacka Malczewskiego, Jana Stanisławskiego i Leona Wyczółkowskiego, którego malarstwo symboliczne do końca życia artysty niosło w sobie młodopolskie smaczki. Jeden z tych, dla których malowanie było „służbą Bożą”, a tak chętnie zderzał na płótnie antyk ze świątkami ludowymi. Postaci z jego obrazów łączyły pospolitość z wzniosłością, hardość ducha z prostotą, trud codzienności z odpustową nieco świętością zwykłego dnia.  

Natychmiast wrzuciłem mapę na ekran, żeby zobaczyć, jak daleko znajduję się od jego domu. Niestety, zapał zgasł bardzo szybko. Okazało się, że od dłuższego czasu trwa tam remont i można obejrzeć jedynie fragment pracowni Hofmana w letnim domu noblisty Hauptmanna, gdzie aktualnie funkcjonuje oddział miejskiego muzeum. Nawigacja przeprowadziła mnie takimi uliczkami Szklarskiej Poręby, że co kilkanaście metrów dziękowałem Bozi za brak aut jadących z naprzeciwka. W końcu znalazłem się przy bramie miejskiego cmentarza, gdzie tkwił wyraźny wskaźnik: „do grobu Wlastimila Hofmana". Ale tę wizytę odłożyliśmy sobie na później. 

Pozostawiwszy samochód, ruszyliśmy dalej pieszo, by choć przez chwilę pobyć z metalową komodą przeniesioną z warsztatu mistrza, pełną pędzli różnej wielkością, rodem z połowy poprzedniego wieku. Obok drewnianego krzesła obrotowego, na którym malarz sadzał modeli, wisiały poturbowane przez los męki Chrystusa, bezlitośnie pozbawione członków, to znów skrzypki, gęśle, barani róg, maleńkie kubraczki ludowe na wieszakach, przedmioty modelowe, służące twórcy wywołującemu do statycznego bytu baśniowe zderzenia odrealnionych postaci z różnych kultur i czasów. 

W budynku było pusto. Pracownik muzeum, może z nudów, a może widząc naszą radość spotkania z obrazami Hofmana, opowiadał o dziecięcej modelce żyjącej do dziś, którą żona malarza karmiła poziomkami, żeby ta usiedziała w jednej pozycji, ale mistrz i tak zżymał się pokrzykując: „nie ruszaj mi się teraz!”. Tymczasem zdziwiona mała modelka nie miała pojęcia jak ma jeść poziomki od miłej pani i jednocześnie się nie ruszać? 
Gdy stałem przed autoportretami malarza, dotarła do uszu inna anegdota. Na zamówienie pobliskiej parafii Bożego Ciała, artysta malował obraz do ołtarza głównego: Chrystus z hostią, a w tle widok na Szrenicę. Gdy odsłonięto dzieło, okazało się, że model pozujący do portretu Zbawiciela jest powszechnie znany w okolicy, jako niewybredny degustator trunków. Pobożne parafianki szybko podniosły larum, że do pijaka, to one modlić się nie myślą. Tym samym Hofman, z braku wyjścia, musiał użyczyć swojej twarzy i dziś modlący się nabożnie zerkają w jego oblicze. 

Tyle anegdota pracownika muzeum. Nie mogłem przekonać się, na ile przetworzone zostało oblicze autora, gdyż kościół pod wezwaniem Bożego Ciała 
tego upalnego dnia dzielił się tylko chłodem. Zamknięta krata nie pozwalała turystom zwiedzić wnętrza i ucieszyć oczu rzeczonym obrazem. Wróciłem na cmentarz, by złożyć hołd malarzowi, zapalić znicz, pochylić się z wdzięcznością za wszystkie jego obrazy, z którymi dotąd się zetknąłem.  Od wspomnianego pracownika miałem tylko informację, że ten grób jest w kształcie góralskiej drewnianej kapliczki. Gdy dotarłem na miejsce zrobiło mi się jednocześnie ciepło na sercu i smutno. W rzeczonej kapliczce tkwiła kopia mojego ulubionego obrazu „Spowiedź”, a tuż pod nią bukiety plastikowych kwiatów. Połączenie sztuki z wygodnictwem kiczu, syndrom czasów. Te płatki nigdy nie opadną, potrzebują setek lat na rozkład i pomyśleć, że dzieła mistrza nadal dobrze sprzedają się w domach aukcyjnych za pięciocyfrowe sumy, gdy on sam spoczywa uhonorowany plastikiem. Piękna alegoria sztuki ... na miarę epoki.

niedziela, 5 czerwca 2022

Być może

"Andy Warhol też nagrywał i filmował amatorską kamerą wszystko. Podobny bohater występuje także w mojej Metafizyce. Być może obsesja rejestrowania jest obsesją naszych czasów - rejestrowanie siebie na tle otoczenia, jako potwierdzenie własnego bytu. Ilość materiałów wizualnych towarzysząca dziś każdej egzystencji jest niebywała - rejestrujemy wszystko, co robimy i jemy, i niemal wszystko to wrzucamy do serwisów społecznościowych. Po co? Bo coraz bardziej znikamy w niedotykalnym, wirtualnym świecie za szybą telewizora, komputera czy samochodu, a poprzez fakt mnożenia obrazów siebie i naszego życia usiłujemy udowodnić sobie i światu, że jednak istniejemy." Lech Majewski, Pejzaż intymny,  

środa, 4 sierpnia 2021

Fotografie i fotki

❖Posłuchaj w interpretacji autora❖

Z książki wypadły dwie pocztówki, czarno-białe, najwyraźniej wydane okazjonalnie. Pierwsza z kolekcji „Cztery pory Gierka. Polska 1970-1980 w zdjęciach z Agencji Forum”. To czas względnego dobrobytu, końcówka socjalizmu z ludzką twarzą i ze smaczkami lepszego świata. Oto mężczyzna w płaszczu i w spodniach na kant, w białej koszuli, degustuje piwo marki „Żywiec Beer”, na co niejednoznacznie wskazuje butelka. Jej kształt i aż dwie etykiety sugerują rarytas niedostępny na co dzień w sklepie. 
    Stojąca kobieta smakuje eksportowy trunek ze szklaneczki właśnie przytkniętej do warg. Jest kultura w narodzie, niedzielne spowolnienie, więc żadnej łapczywości widz tu nie uświadczy. Obywatelka trzyma w dłoni przekąskę, może paczkę paluszków? Ubrana w jasny płaszczyk, pod którym ma sukienkę mini, a kryte lekkie buty, z paskami nad kostką, wskazują na wiosenną porę roku, co potwierdza też tytuł na drugiej stronie kartki: „Święto Kwitnącej Jabłoni. Nowosądeckie. 1975.”. Ciekawe jest tło. Fotograf nakrył świętujących jakby z tyłu sklepu. Budynek raczej parterowy, widać kawałek dachu, a na szarej ścianie jedyne okno, zamknięte mało zdobnymi okiennicami. Pamiętajmy, że to czasy bez pubu. Zostaje buda z piwem albo małomiasteczkowy sklepik, za którym odbywa się coś jak preludium do gry wstępnej? 
    Pani popija dosyć nieśmiało, bez przekonania, patrzy obok pana. Ten zaś nie spuszcza wzroku z towarzyszki. Trochę jakby pilnował, czy nie oszukuje, ale pozycja jego ciała wydaje się wskazywać na pewną niecierpliwość i trudność, z jaką przychodzi zachować postawę dżentelmena. Być może liczy, że już niedługo przełamie dystans? Otoczenie, smutne podłoże, na którym stoją, w połączeniu z lekkością sceny i jej humorystyczną atmosferą mają w sobie coś z ducha prozy Hrabala i nieuchronnie kojarzą się z czeskimi filmami tego okresu. 
    Druga kartka to część serii „Schyłek Peerelu”, a obraz utrzymany jest w zupełnie innym gatunku, dalekim od sielanki. Według opisu nosi tytuł: „Dobre, 1987, Targ. Fot. Stanisław Ciok.”. Główny plan wypełniają trzy postaci, idące gęsiego. Kawałek przestrzeni za nimi pokrywa śnieg, mamy zimę lub przednówek, co już na starcie kierunkuje klimat obrazu. Kobieta w chustce, trzymająca na rękach żywe prosię i przewieszoną torbę, patrzy gdzieś w lewo, jakby zatroskana. Za nią podąża druga, niższa i tęższa, także z prosięciem, zapatrzona w plecy poprzedzającej, nic więcej nie chce widzieć. Za nimi chłop w uszance, w butach do kolan, również ze świnką podobnej wielkości. W wyrazach twarzy tych postaci czai się zmęczenie, niepokój i pewien dyskomfort.    
  Kim są? Rolnikami? Mieszkańcami przedmieść, wyposażonych w chlewiki w zabudowie? Trudno wnioskować, czy na targ wchodzą, niosąc tuczniki na sprzedaż, czy raczej opuszczają miejsce handlu z zadatkiem na rąbankę. Jeśli to rok 1987, kryzys na rynku mięsnym ma się dobrze. Choć oficjalnie wprowadzono już sprzedaż z uboju gospodarskiego, na twarzach idących wciąż odbija się pewien rodzaj nieufności i pośpiech, jakby łamali prawo. Przedstawione tu zwierzęta czeka z pewnością tuczenie pod nóż i to jest fakt historyczny. Choć nie dowiemy się, czy idący utrzymują się z tego, czy chcą mieć coś dla siebie, bez kolejek, ryzyka i do syta? 
    Zapytałem żonę, z czym jej się kojarzy przedstawiona scena, tak na pierwszy rzut oka? Odparła, że z początkiem „Shreka”, gdy ludzie znoszą zwierzęta i dziwne stwory żołdakom, na polecenie Lorda Farquaada. Zdumiało odległe filmowe odniesienie. Obstawiałem, że napomknie chociaż o Trzech Królach, ale może kobiety w kadrze mylą, a dary niekoniecznie nimi być muszą. 
    Czym urzekły mnie te znaleziska na tak długo? Stawiają więcej pytań niż dają odpowiedzi? Czy nie o to chodzi w dobrej fotografii? Dlaczego dziś, mając pod ręką portale społecznościowe, rzadko trafiamy na zdjęcia wstrzymujące klikanie? W zamian zasypują nas pańcie bez wyrazu, w jednej pozie, mnożące podobne kadry przez tysiące prezentowanych fatałaszków, niemodnych w kolejnym sezonie
    Współczesna technologia nie tylko umożliwia pstrykanie bez sensu, ale też zaśmieca percepcję milionami słitfoci chwilowego wrażenia. Zabija głód fotografii przesytem, zapewniając głównie przewijanie. Nie pozostają w pamięci dłużej niż czas kliknięcia w serduszko. Z uporem tłoczą pozy, nie osoby, dobrostan w miejsce przeznaczone na smaki egzystencji. I nie da się tego obronić argumentem: "to inny rodzaj fotografii". 
    Że opisana powyżej jest artystyczna, profesjonalna? Przecież i dziś są zawodowcy. Ale nagrody dla nich zmieniły kierunek. Przyznawane za ujęcia sensacyjne, budzące grozę, uśmiech albo dające kopa uczuciom. Muszą grać na emocjach, wzbudzać medialny szum. Najgłośniejsze nagrody wynoszą pod niebo fotografów żywiołów, najlepiej z klęską w tle, penetratorów ludzkich koczowisk na przedmieściach metropolii, reporterów gmerających obiektywem w żywym mięsie ofiar bezrozumnej wojny, żerujących na zapłakanych pogorzelcach albo nieszczęśnikach uratowanych z powodzi. Te zdjęcia w żaden sposób nie ulżą ofiarom, niosąc chwilową sławę i prestiż jedynie autorowi, aż zleją się w wielką rzekę niepamięci dramatu. 
    Nie jestem pewien, czy współczesna fotografia ma ten niepokój przemijania, który znalazłem w tak różnych od siebie obrazach. Jedno ze zdjęć wykonano trzydzieści cztery lata temu, drugie czterdzieści sześć, a tamci ludzie nie mieli pewnie pojęcia, że w tak codziennych okolicznościach, anonimowo i nie pozując na nikogo, pozostaną w historii. Przynajmniej na tyle, że jakiś letnik na urlopie, zaszyty w Puszczy Boreckiej, wysypie ich twarze i postaci odległe w czasie i przestrzeni. Poświęci trochę uwagi, zachwyci się prostotą relacji o obcym skrawku życia, które zostało, choć najzwyczajniej odeszło w niebyt. Świat i potomni mają po nich tylko przypadkową scenkę z trzódką lub szklanką piwa. 
    Tyle lat trudu, ciężkiego żywota, lęków, rozczarowań i uniesień, trwogi i radości, zwyczajnego bytowania, zastygło w nieoczekiwanym ujęciu. A co z resztą tych bytów przecież realnych? Przeszła w energię zasilającą kosmos?

środa, 17 lutego 2021

Media bez wyboru


Włączyłem samochodowe radio, ustawione na TokFm. Tym razem zamiast najświeższych wiadomości usłyszałem zapętlony komunikat: Szanowni Państwo, nie usłyszycie dziś żadnej naszej normalnej audycji, nie przeczytacie tekstu. Zamiast nich nadajemy i wyświetlamy komunikat specjalny: MEDIA BEZ WYBORU. Aby Państwo nadal mieli wybór. 

        Pierwsze skojarzenie w mroku hali garażowej? Jednak należę do pokolenia, które ciągle pamięta niedzielny poranek 13. grudnia 1981r., gdy nie doczekało się teleranka. Ponuro uśmiechnąłem się do pytania: czyżby? Jaka dyktatura taki stan wyjątkowy? Ale w sumie, jaki? Nikczemny. Przecież nie wojenny, bo ani kurdupel generałem, ani Moskwa protektorem, to nawet nie Budapeszt. Wyjechałem z podziemia na ulicę. Bezpiecznie włączyłem się do ruchu i na wszelki wypadek sprawdziłem, czy inne stacje poszły za przykładem. Pstryk i w RMF Classic – komunikat ten sam, tyle że przerywany muzyką filmową. Pyk w wesołe fale emeryta - Radio Pogoda, ale i tu brak krzepiącej atmosfery. Komunikat oswojony od pierwszej frazy, wysłuchany do końca, a z niego nowy koncept parodii dyktatury: zabrać kasę mediom prywatnym i wzbogacać państwowe lub usłużne tuby propagandowe. Przy okazji, rzecz jasna, głosić jedynie słuszne racje, cementujące władzę tępoty, złodziejstwa i ignorancji. Można?

Przez jakiś czas jechałem w ciszy eteru, rwanej szumem klimatyzacji. Breja pryskała spod kół, gęsty śnieg zdawał się przyciskać sylwetki do chodnika, a myśli opierały się czarnowidztwu. Ironizowały obronnie, podsuwając powody do radości! Mniej reklam robiących z nas debili konsumpcji, mniej stacji z sieczką szukającego rolnika i pieczenia kuraka. Zniknie kilka jałowych tytułów?  Ustąpią fale sensacji? Na rynku i tak zostaną najsilniejsi, wspierani przez fundacje i Zachód. Jeszcze jeden powód, żeby odciąć telewizje, zabrać się za zgromadzone książki i nie dzielić uwagi przez pięć. Koniec z multitaskingiem, a odbiornik posłuży za ekran Netflixa na czas posiłku. Nie ucierpię przecież bez jednego porannego serwisu w radiu. A redakcje gazet, tygodników? Ostanie dwie sensowne dadzą sobie radę w okrojonym składzie i z wolnym najmitą albo pozostaną w sieci. Zawód dziennikarza i tak sprowadza się do kopiowania doniesień agencji prasowych. Najlepsi wygospodarują sobie miejsce, choćby w sieciowych podcastach, vlogach czy blogach. 

Jednego nie sposób odmówić uzurpatorowi: konsekwencji w destrukcji kraju, do którego miłość głosi wszem i wobec, a który ciągle nie dorasta do chorej jego ambicji. Uparcie trwa niewystarczająco posłuszny, więc lepiej niszczyć, niż pozostawić obywatela z dostępem do różnorodności i prawem wyboru. Ale szacun za pomysł i ideę osłabienia krnąbrnych mediów. Gładko i cynicznie, pod pretekstem ściepy z reklam, na solidarną walkę z Covid-19 i jego skutkami, a jakże! Usiecze oponentów bez szabelki, a przy okazji namiesza w głowie suwerenowi, niezdolnemu do ujrzenia drugiego dna. Pomysł równie podły, co machiaweliczny i stosownie zanurzony w pogardzie. Jeśli komercyjne media nie wyskoczą z kasy, są wrogami narodu, jak się zrzucą, zeżre ich bilans zysku i strat. Jak mawiał wójt Kozioł w serialowych Wilkowyjach: „Intryga elegancka, w białych rękawiczkach. Krew wypije, dziury nie zrobi.”. I tylko biel palczatek utytłana.

Mijał tydzień od spektakularnej akcji mediów, gdy w aucie włączyłem płytę i usłyszałem dobrze znane słowa Roberta Gawlińskiego: Nie wołaj o pomoc, nie nadejdzie. Nie próbuj się bronić, szkoda sił… co prawda ich kontekst pierwotnie był inny, nawet przeciwstawny w zderzeniu ze środowym widowiskiem destrukcji. Niemniej przyszła i taka myśl: ciekawe, czemu społeczeństwo nie ruszyło na ulice? Gdzie liczne tłumy broniące kochanych gazet, niepokornych wobec rządu? Gdzie wielbiciele telewizji i stacji radiowych? A kartony z twórczością zbuntowanych gdzie? Zaraz, ale kto miałby tam iść? Kobiety, zmęczone bezskutecznym waleniem głową w mur pogardy dla ich ciał i osoby? Młodzież licealna? Studenci? Sami sobie wystarczą w tłitach, postach, komentarzach, memach i zdjęciach. Pracownicy uczelni? Tkwią z czytnikiem, pozamykani w wirtualnych i realnych kampusach. Zapewne umilają sobie śniadanie wybiórczą lekturą „Wyborczej”, „Polityki”, ale żeby zaraz o nie walczyć? Zmęczona część inteligencji pracującej, ostatni bastion wolności ducha i zawodu? Też jakoś nie stanęła tyralierą. Skupiona na zmaganiu o przetrwanie, spinając koniec z końcem w labiryncie lokdałnu. Nie dla niej szaniec i strzały z tektury. Wybrała eskapizm, zamknięta się w dominium czterech ścian, kilku zainteresowań i garstki znajomych na messendżerze, oczywiście z czasem na naukę online pociech i z lekturą w toalecie, wyrywaną fragmentami z ciągle przykrótkiej doby. Ale oddam sprawiedliwość, a co! W środowych „Faktach” TVN kamera zarejestrowała kilkanaście niezadowolonych osób z bębenkiem w Krakowie. I po obronie wolnych mediów. Póki są, dobrze się z nich korzysta, jak zabraknie przyjdzie alternatywa. Natura nie znosi próżni, ta społeczna także. Tydzień temu przeszedł szum po korytarzach biurowych, między sklepowymi regałami, nad stołem z obiadem: „a widziałeś dziś gazetę? Słyszałeś w radio? Przebrzmiało i cisza jak po śmierci organisty. Pewnie szum podniesie się w lipcu, gdy rządowy haracz wejdzie w życie.

Z takiego ciągu myśli prosta już droga do pytania: kto właściwie potrzebuje wolnych mediów? Niby brzmi retorycznie, ale wkrótce znowu ogłoszą badania czytelnictwa, a wraz z nimi jasny komunikat: „60% społeczeństwa nie ma ani jednej książki w domu”. Jakoś średnio wierzę, by w tych domach były czytniki z gazetą i tygodnikiem. Bóg jeden wie jak bardzo chciałbym się mylić. A tak trudno oprzeć się pytaniu: czy tak pięknie zbuntowani redaktorzy i dziennikarze, aby nie grają larum dla podratowania ego i utrzymania rozchwianego prestiżu zawodu? Czy w znaczącej większości nie walczą o siebie i dla siebie, podsypując nas ziarnem haseł o znaczącej roli mediów? Przecież gros swoich łamów i antenowego czasu poświęcają politycznym brudom i partyjnemu darciu łacha, najmniej troszcząc się o poziom intelektualny społeczeństwa i misję, dawno wyparte przez siłę gównianego niusa. 

Ilu tytułów i telewizji potrzebuje dziś społeczeństwo, zasypane stekiem reklam? Lud, który nie znosi wysiłku zdobywania wiedzy, szukania argumentów, myślenia na własną rękę? Czy media deklarujące obronę wolności, obiektywizm głoszonych treści, rzekomo wspierające kulturę, a niezbędne, musiałyby naprawdę żywić się reklamą tak dalece, że odstąpienie od jej części zagraża ich istnieniu? Może to one nie mają wyboru, ale nam pozostaje spory obszar decydowania o tym, gdzie skierujemy uwagę?

        Długo zastanawiałem się jak zakończyć ten tekst i nie znalazłem pomysłu. Przypadkiem trafiłem na słowa reżysera serialu „Ranczo”, Wojciecha Adamczyka: ludzie nie chcą myśleć, nie chcą się zastanawiać. Chcą, żeby ktoś im powiedział, że coś załatwi. Zostawiają to jemu, bo są skupieni na własnym kręgu – swoim życiu, swojej rodzinie. A zastanawiać się nad obietnicami? To wymaga uwagi i zaangażowania. Nasza postawa obywatelska jest bardzo wątła. Oczywiście, po obydwu stronach mamy marsze i spotkania, ale, mam wrażenie, że to nieduża grupa ludzi. Większość jest pogrążona w letargu. W punkt, prawda? Czy lunatycy mogą przebudzić się i zatroszczyć o wolność mediów?

wtorek, 26 stycznia 2021

Co nie wzmacnia

❖Kliknij, żeby posłuchać tekstu w interpretacji autora❖

Komentarz pod poprzednim tekstem zaczyna się od miłej sercu pretensji: „Dlaczego tak rzadko pisze Pan posty…”. Chciałem reagować natychmiast, ale worek argumentów trzasnął i posypały się po blacie. Spróbuję jakoś ogarnąć barwne draże faktów, mitów, wyobrażeń, ale też lęków i fobii. Da się chyba to zamknąć w dłużą odpowiedź, przy okazji dziękując za inspirację. 

    Początki tego bloga wiążą się z wydaniem powieści „Lucka rzecz” w 2007r. Wówczas jedna z koleżanek namawiała mnie do zaistnienia w sieci, żeby tym samym wspomóc promocję książki. Ponieważ było to w zamierzchłej epoce sprzed fejsbunia, uznała, że blog będzie najlepszą tego formą, zwłaszcza, że i tak piszę dziennik. Wystarczy regularnie przenosić do internetu jego fragmenty. Trudno było dyskutować z takim argumentem, więc ze znanym sobie sceptycyzmem ostrożnie zabrałem się do pracy. Mojej powieści w żaden sposób nie pomogłem, zatonęła w morzu publikacji, ale blog wprowadził dyscyplinę regularnego pisania i za to jestem bezwzględnie koleżance wdzięczny. 

    Jako chory perfekcjonista nie umiałem pisać z czapy. Tu nie ma miejsca na codzienną opowieść zmarginalizowanego narcyza, donoszącego jakie sznurówki w buty wpuścił, co zjadł, jakiej objętości kupę zwodował i co ta barwą przypomina. Założenie było proste: pisać o człowieku współczesnym, dbając o zmienność form. Raz opowiadanie, to znów felieton albo szkic z przeczytanej książki, obejrzanego filmu. Jak mówią ludzie Kościoła: by dać świadectwo. Żadnych sprawozdań politycznych, doraźnych sensacji z boisk i odniesień do prognozy pogody. Nic, co straci znaczenie następnego ranka, gdy medialna rura chluśnie nowe pomyje. Prosta strategia literacka towarzyszyła mi od kilkudziesięciu lat: wypuścić krzywe zwierciadło na chodniki i ulice naszych miast, niech odbija obraz dziadostwa, siepie sarkazmem, a wkurzając, drapiąc strupy polskości, niech zaprasza do refleksji

    Bardzo szybko ujawnił się tu poziom mojego idealizmu. Nie przewidziałem, że żyję w czasach pogardy dla tego, co ponadczasowe. Liczy się bicie piany, bo tu czas płynie w rytmie disco polo do taktu ignorancji, obejmującej kolejne sfery życia. Tu nie wymaga się od siebie, ale chętnie od innych, których byt staje się pożywką cwańszego, jeśli nie silniejszego, a już na pewno aroganckiego osobnika. W necie zaś ważne, kto komu przypierdolił albo wszedł do łóżka, ewentualnie z niego wyszedł z tęczowym prąciem lub bez jaj. A mnie zwyczajnie zaczęło brakować tematów, które ważne będą pojutrze. Szczególnie, gdy większość stadka konsumerów zamieszkuje DZIŚ, ulokowane między hamburgerem a kebabem z czosnkowym sosem nijakości. I to jest pierwszy powód, który z pewnością wpłynął na częstotliwość pojawiania się postów na tych łamach: za bardzo nie mam o czym. Tymczasem poetyka tłita jest mi zupełnie obca i jakoś nie ciągnie mnie to przycinanie. Tak się złożyło, że nie dokonując wyboru zostałem autorem głębokiej niszy. Ale nie narzekam, raczej trwam, przysypany milionem blogów modowych, politycznych, kulinarnych, specjalistycznych, książkowych, grzybkowych i tych dla matek karmiących. Mam za to wolność od jęczenia o lajki, bo z mojego pisania nie ma złotówek. Muszę szanować czytelnika, któremu nie wystarcza wpis o malowaniu pazurka na siedemnaście sposobów. On zna swoją wartość i funkcjonuje w innym rejestrze. Jest ukształtowany i wymaga towarzyszenia, nie pouczania czy schlebiania. To zaś zmusza do pracy nad tekstem i starannego selekcjonowania tematu. Tak chciałem go postrzegać na podstawie dawnych reakcji, gdy ten blog bywał prezentowany na głównej stronie Onet.pl. 

    Znany portal ostatecznie wypiął się na blogerów i zapowiedział likwidację platformy, co też uczynił. Władze Onetu uznały, że w dobie fejsa nikt nie czyta blogów i posłano kilka ich milionów na śmietnik historii. Odczytałem to jako czas końca moich zmagań o resztki człowieczeństwa ery piśmiennej. Sprawa się rypła, a głęboka piwnica, w jakiej latami tkwiłem – z garstką wiernych choć nielicznych odbiorców – właśnie została zasypana przez buldożery epoki memów i komentarzy wtórnych analfabetów. Byłem gotów pożegnać się z elektronicznym drukiem bez większego żalu. Wówczas Opatrzność nie darowała i zesłała z bezkresu sieci nowego anioła ocalającego. Zjawiła się Iwonka, kobieta złotego serca, wielkiej wiedzy i inteligencji, która uparła się ocalić moją niszę. Zawalczyła o obecny kształt bloga, o jego wizerunek wraz z wszystkimi ilustracjami, dodatkami, podtrzymującymi obecność tego tworu w necie. Iwonka, od której dzielą mnie setki kilometrów, to nie tylko - jak na anioła przystało - istota dla mnie bezcielesna i niewidzialna w realu, ale także stróż kopiący… zawsze skutecznie pogania do pisania nowego tekstu, nagrania podcastu, który pracowicie oczyszcza i wzbogaca muzyką. A gdy liczba odsłon spada, staje się bardzo marudna i prześladuje jak niejedna teściowa. Podtrzymuje ten mozół, choć dobowa ilość odsłon, to kolejny powód mojego rzadkiego stukania w klawisze. 
  
Co wie człowiek publikujący w sieci o ilości stałych czytelników? Ma kilka zestawień wewnętrznej statystyki, przypominającej jak dalece literat nie istnieje w świadomości społecznej. Wie, że gdy dał nowy tekst, przez dwa dni będzie w porywach od 20 do 100 odsłon na dobę. Gdy minie tydzień od publikacji nowego postu, licznik wskaże 10-25 wejść. I nigdy się nie dowie, czy to nie jest ciągle te same 15 osób, które zwyczajnie sprawdzają, czy facet dał coś nowego. Praktycznie żadnych komentarzy, poza spamem, żadnych kontaktów, żadnych mejli, żadnych śladów realnej obecności odbiorcy, który potwierdzi sens zmagań o kolejne zdanie w tekście. Nigdy nie wiem, czy ktoś w ogóle czyta i odbiera, poza garstką znajomych, bo ci poinformują o lekturze na jednym z komunikatorów. Czym w takich warunkach napędzać nowy tekst? Skąd czerpać pomysły, gdy wszyscy w jakimś stopniu wylądowaliśmy w zamknięciu, a serwisy informacyjne kręcą się wokół osi covida? Zestawcie proszę na chwilę, tę powyższą statystykę małych liczb z milionami dobowych odsłon blogów modowych, politycznych, kulinarnych i sami sobie odpowiedzcie, jak zbudować motywację do wystukania felietonu, który wymaga 2 do 5 dni warsztatowych. Liczonych rzecz jasna od kłótni ze sobą o temat, formę i styl, aż po spisanie 3 stron A4 sensownej wypowiedzi i kilka dni redakcyjnej roboty. 

    Tymczasem świat wokół nurza się w takich oparach absurdu, nienawiści, wypaczenia, że trzeba by chyba ujadać w kółko o tym samym i już nie wiem, czy problemem jest nowy pretekst, oryginalna inspiracja, czy trudniej przestać narzekać, grzęznąć w tym, co piszę, skoro nikogo nie zbawię, a literatura - choć zawsze pragnęła inaczej – obchodzi głównie tych, którzy mają się dobrze i nie potrzebują lekarza, czyli swoją tu robotą przekonuję głównie dawno przekonanych. Znane wszystkim powiedzenie: „co mnie nie zabije, to mnie wzmocni”, stosuje się zwykle dla podtrzymania hartu ducha, a ja - im dłużej obserwuję świat i własne tu o nim pisanie - coraz częściej dochodzę do wniosku, że bardziej mnie ono zabija niemocą niż wzmacnia do walki. Choć oczywiście chciałbym wierzyć autorowi (autorce?) wspomnianego na początku komentarza, że „inni też z niecierpliwością wyczekują wpisów”. Myślę o nich gorąco za każdym razem i chcę w nich wierzyć, bo dzięki nim istnieję tutaj i liczę, że gdy zmagam się z pomysłem, sięgają po wybrany z 225 tekstów tkwiących w archiwum, wszak z założenia są ponadczasowe.

wtorek, 18 lutego 2020

Kinomanki z klekotem

❖Kliknij, żeby posłuchać tekstu w interpretacji autora❖

Jeszcze tylko dziewczęcy uśmiech z okienka i dwa bilety wysunęły się z kasy. Nie były numerowane, kino studyjne, malusie, prawie przyjazne. I tylko to gdakanie za plecami z ryzykiem sąsiedztwa. Odwróciłem się niespiesznie. Pod ścianą kanapa, nie szersza niż dwa złączone fotele. Jeden narożnik wypełniała ta, która na pierwszy rzut oka wzbudziła coś na kształt podziwu. Jestem pełen uznania dla osób w okolicy trzydziestki, które w każdym miejscu świata są u siebie. Młoda dama wbiła się w róg siedziska zadem, przesadnie wkomponowanym w całość postaci, a pod pośladki podciągnęła pięty skryte we włochate kamasze. Kolejna lejdi wypełniła sobą przeciwległą część i wyeksponowała udo, którym zachwyciłaby wiodącego producenta szynki parmeńskiej. Przestrzeń publiczna tak dalece nie przeszkadzała orędowniczkom swobody, że pozostało patrzeć w zachwycie, jak trzecia koleżanka wpisuje znaczące cztery litery w szklany blat stolika, pomiędzy ulotki z repertuarem kina i foldery zapowiedzi najbliższych wydarzeń kulturalnych. Były tak bardzo zajęte sobą, że pozostałem na wdechu. Chyba uwierzyłem, że szkło zaprotestuje z hukiem wobec wyzwolonej z okowów dobrych manier i przysporzy jej zbytecznych - acz uciążliwych - otworów w dolnej partii zwodniczo ponętnego ciała. Na jego szczęście bileterka stanęła w drzwiach sali projekcyjnej, zanim doszło do eksplozji, a moje czarnowidztwo odchodziło mocno niepocieszone.
„To ja już wiem, że one siedzą za mną”, aluzyjny cytat z klasyka przemknął jaskrawym banerem przez głowę, gdy przepuszczałem w drzwiach żonę. Żeby poigrać z losem pozwoliłem połowicy wybrać miejsca. I choć zrobiła to umiejętnie, już po chwili fatum było tuż za plecami i dopraszało się uwagi znajomym kłapaniem:
- Ostatnio bywam albo na oskarowych albo na totalnym dnie, tak mam. 
- A co poprzednio? 
- Boże ciało, polski, a dziś ten niemiecki, też do nagrody. 
- I jak to ciało? Boże?
- Spoko. Taka historyjka.
- A samo ciało jak? 
- Takie sobie, bez szału, nie zapadało. Kolo miał świetny tatuaż, taki luz, Maryjka z dzieciątkiem. Na plecach. Chyba. 
- To się przyjrzałaś. A o tym coś słyszałaś? Brak sygnału chyba?
- Błąd systemu.
- Wiedziałam, że coś na „s”. Trajler widziałaś? Czemu nas tu ciągniesz w sumie? 
- Taka mała lata wkurwiona na cały świat i mordę drze. Chyba nikt jej nie kocha. 
- To całkiem jak mnie. Jak się sama nie pokocham, to chętnych brak. - Rechot pierwszy. 
- Wiedziałam, że to coś dla ciebie. Trafiłam. - Drugi rechot. 
- Ale ostatnio to utrafił masażysta. 
- To co on ci masował i czym? - Rechot trzeci.
- Zamknęłam oczy, nie wiem, ale zrobił mi tak, że wyszłam jak żyrafa spod ostrokrzewu. Jeszcze wczoraj lazłam jak spod stołu, na rozstawionych nogach normalnie. Ale dziś jestem nowonarodzona, więc nieważne czym i gdzie działał, skutecznie. - Rechot zaraźliwy wspólnotowy, plemienny.
- … albo wiem, co zrobię jak wrócimy. Humus na jutro do roboty. Warzywa mam ugotowane, od wczoraj. 
- Ale w lodówce trzymasz? Bo jak nie, to luz, możesz machnąć w ramach segregacji do zielonego. 
- Myślisz? Fakt. Skisło mi jak na parapecie trzymałam dobę tydzień temu. 
- Ale wiecie, szok, mam postanowienie, decyzję na ten rok. Muszę zaznać akupunktury, zobaczyć jak to jest. Znajdę jakiegoś żółtego i przeżyję. 
- I co mu powiesz, że co ci jest? 
- Jeszcze nie wiem, spoks, znajdę coś. Że mi pies zdechł, że byłam molestowana przez wikarego zasmarkanego, szum w uszach, rozpacz z powodu humusu z przymusu, głowa boli… zawsze coś się znajdzie, ale muszę to przejść jak odrę normalnie. Takie mam postanowienie.
- Że przeżyła upadek ajfona z kanapy, powie, i nie może się z tym pozbierać, wiadomo. Żółtego to jebie w gruncie rzeczy, kasa ma być i gitara. 
- A ty miałaś już ten trening kreatywnego myślenia? - Głos przez rechot. 
- Siedziałam jak durna w korpo, myśleli, że punktuję, a ja na ten trening czekałam, bo miał być na dziewiętnastą.
- A potem wyszło, że pomyliła go z treningiem kreatywnego milczenia bez mydlenia. 
Rechot wspólny cichnący, bo jednak światła przygasły, na ekranie pojawiła się zapowiedź filmu Małe kobietki. Najpierw zastanawiałem się, dla kogo kręci się takie filmy, a potem przyszło mi do głowy, że nie dla kogo, a po co? Dla wrażeń chwilówek, dla sekund uniesień, zapomnienia minut! Bo przecież już nie tylko pożyczki są chwilowe. Dziś chwilowe są wiadomości, doznania, wrażenia, chwilowe niusy, pokusy, słowa i bodźce, po których nie zostaje nic, bo nie musi. Dziś da się przejść przez życie pitoląc, dziamgając, mieląc i wypluwając łupiny słów bez treści. Bezowocnie i bezstresowo. Że sens? Że dzieło? Że sztuka? Że kino studyjne a klub studencki? Nisza inteligencka? Po co zaraz wpędzać się w stupor pytań bez odpowiedzi? Albo rozumieć, dociekać? Czas filozofów i twórców rozmieniono na drobne i bez reszty zaprzedano kłapaniu dziobem, tak samo na poziomie studiów licencjackich, magisterskich czy doktoranckich. Byle papier, byle wpis z podpisem. 
Jeszcze trzydzieści lat temu zmuszano mnie do dociekania, co autor mówi i czy przemawia. Nakazywano wszędzie budować argumentację, która trzyma się kupy. Dwadzieścia lat temu, przez bite pięć uniwersyteckich, uczono składnej wypowiedzi, wbijano do głowy wartości ducha, intelektu, człowieczeństwa, bym dziś szukał własnych myśli w klekocie lekkim, łatwym i przyjemnie niewymagającym czegokolwiek? Tylko gdzie poszła żenada? Wstydzie, gdzie jesteś?! Albo ty, wytęsknione westchnienie: „co ludzie powiedzą”, gdzie jeszcze bywasz... jeśli bywasz.

Print Friendly and PDF