Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polacy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polacy. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 stycznia 2026

Niezrzeszony wśród pieniaczy

W zimowe popołudnia, a szczególnie wieczory, przy świecy i kojącym plumkaniu jazzu snują się niespieszne myśli. Jedna z nich męczy mnie odkąd ukojenie zburzyła kłótnia partyjnych głów z telewizora, nieopatrznie zostawionego w sąsiednim pokoju. 

Dlaczego nigdy nie kręciła mnie polityka? Znakomitej części społeczeństwa rozpala zmysły, rodzi miliony memów w sieci, chyba więcej niż poświęconych pracy zarobkowej, relacjom małżonków, zmaganiom płci, edukacji czy zdrowiu i kulturze razem wziętych. Pod postami politycznymi zawsze najwięcej ustawek, chamstwa, agresji i przemocy w komentarzach. Jakby sens doniesień sprowadzał się do roli paliwa napędzającego irracjonalną potrzebę awantury. W domach skłócone rodziny, zerwane znajomości i przyjaźnie w imię wojenki polsko-polskiej, każdego z każdym, z powodów w gruncie rzeczy abstrakcyjnych i nazajutrz nieważnych. Aż strach pomyśleć, ile pary naród puszcza w gwizdek po nic. A rzeczywistość coraz bardziej przaśna. 

Odśnieżenie chodnika, wypchanie komuś auta z lodu na parkingu, wniesienie zakupów przysłowiowej staruszki na piętro bez windy czy zrzutka na Siepomaga.pl  czynią więcej realnego i namacalnego dobra niż jałowe naparzanki polityczne eskalujące złe emocje. Dlaczego ludzie tak kochają czuć się najmądrzejsi politycznie i zawsze wiedzą lepiej niż ci, którzy wiedzą inaczej? A wszyscy uprawnieni, by pluć jadem w bliźniego, który bliźnim za nic być nie może. Nie wiem, czy dominują w tym faceci, ale ostatnio ujęły mnie słowa nieodżałowanego Tadeusza Konwickiego, który w Pamflecie na siebie pisał:

Rozwój cywilizacji odebrał panom wiele możliwości hazardowych. […] Podbijanie niepodległych pań także straciło na znaczeniu, bo panowie poddali się uniseksowi albo uprawiają miłość między sobą. Została więc tylko polityka, zadowalająca ową odwieczną żyłkę hazardu i ryzyka. Dlatego do tej nieszczęsnej polityki z obłędem w oczach pchają się wszyscy. I analfabeci i uczeni, kopnięci w móżdżek i dewianci, zboczeńcy seksualni i impotenci. Polityka, to ziemia obiecana dla wszystkiego, co niewydarzone na naszym biednym globie. Losowanie posłów z całego społeczeństwa uchroniłoby nas, choćby częściowo, od łagrów, kacetów, Hitlerów, Stalinów i tych nieznanych jeszcze dręczycieli, co na razie bawią się w piaskownicach. 

Choć od wydania książki Konwickiego minęło trzydzieści lat, bardzo niewielu wyszło z piaskownicy. Do wymienionych wyżej cech “niewydarzonego” dodałbym dziś lawinowo narastającą pazerność oraz opanowaną do perfekcji sztukę kumoterstwa i robienia większego idioty z wyborcy niż z siebie samego. A swoją drogą, odkąd dzień w dzień media walą w nasze głowy kolejnym doniesieniem o erupcji fajerwerków z pomarańczowej głowy narcyza prerii, zyskuję przekonanie co do logicznej dosyć prawidłowości: im większa liczba prostackich umysłów elektoratu, tym bardziej żenujący przywódca z  jego wyboru i mocniej zahukana garstka "wykształciuchów". Zatem losowanie kandydata w miejsce kampanii wyborczej mogłoby rzeczywiście uchronić niejedną demokrację przed ruiną. Ale kto usłucha pisarza?

Gdy analizuję własną niechęć do polityki, odkrywam, że jej korzenie sięgają dosyć głęboko. Początki swe bierze w podejrzliwości wobec tego, co zbiorowe. Chrzest prawdy o działaniu grupowym przeszedłem dosyć szybko. O ile pamiętam na etapie wczesnej szkoły podstawowej, gdy postanowiłem zostać zuchem. Poszedłem na pierwszą zbiórkę, do której zachęcały całkiem sympatyczne druhny wbijające na lekcję plastyki. Wieczorem, w dosyć posępnej i obskurnej szkolnej harcówce, umieszczonej w suterenie tysiąclatki, rzeczone druhny zebrały składkę na naszą działalność i wyznaczyły termin kolejnej zbiórki “na za tydzień”. Po upływie siedmiu dni czekałem wraz z grupą, równie naiwnych jak ja, najpierw na ganku zamkniętej szkoły, później obok, pod latarnią, na kamiennym murku ulicy Lipowej. Bezskutecznie. Ani zbiórki, ani druhny, ani kasy, bo był to zwyczajny prototyp metody na wnuczka… a raczej na zucha. 

Rzeczone panny, po kilku latach, okazały się znanymi w mieście gwiazdami taniej miłości pod wezwaniem pobliskich koszar. A ja wówczas – trudno powiedzieć jak inne niedoszłe zuchy - zebrałem lanie w domu za okłamywanie rodziców. Jako dziecko przed pierwszą komunią nie dysponowałem zegarkiem na rękę i okazało się, że czekanie na zbiórkę trwało tak długo, aż ojciec został wysłany przez matkę z misją odnalezienia dziecięcia zagubionego w akcji. Szkoła, jako rzekłem, była zamknięta. A że “nie wiadomo, gdzie się szlajałem”, cięgi przypadły na mój niewinny zadek. Kilka lat późnej ochoczo przyznałem rację koledze z bloku, który pasjami pucował w piwnicy poniemiecki motocykl NSU i mawiał, że harcerstwo to pierwszy krok do komunizmu. Organizacje zbiorowe, skupione wokół gadania, pokrzykiwania i zdobywania sprawności, prędzej czy później ocierają się o wypaczenie idei, ściemę, hierarchię, konflikt władzy, chciwości, chorych ambicji, zniewolenia i podporządkowania grupy członkom nie zawsze mądrzejszym, ale bezwzględnie korzystającym ze sztandaru z patetycznym hasłem. Taka jest człowiecza natura i choćby żabami padało nic tego nie zmieni.

Zastanawiać może fakt, czy jest to przypadłość rdzennie polska, wynikająca z narodowego temperamentu? Czy może ciągnący się skutek wyniesionej w genach komuny, zaradnego krętactwa, cwaniactwa i poczucia, że wszystkich wokół można i trzeba robić w wała, żeby wspiąć się po łbach głupszych od własnego na najwyższy konar, z którego i perspektywa szeroka i wszystkim można nasrać na kaszkiet?

I nie ma znaczenia, czy jest to partia polityczna, która nie umie wybrać wodza, Oaza przykościelna czy inne apostolstwa w duchu oraz stowarzyszenia pocieszenia wszelkiego i ratowania uczuć. To, co grupowe skupia jednostki niepewne siebie i własnej wartości, przez co grozi zamknięciem w sekciarstwie. I w imię oblężonej twierdzy bronić będzie choćby zabawkowego krzyżyka nad klatką chomika, niepytanego o wyznanie. Z każdej takiej grupy, która wrzeszczy pod wezwaniem, wyłoni się w końcu mniej lub bardziej skuteczny Bąkiewicz i przepuści przez durszlak wodę po mózgach pieniaczy. Mediom wetknie w dziób sensacje, ośmieszy społeczeństwo, podkręci polaryzację ku radości skarlałych duchem i intelektem. 

Najzabawniejsze, a może jednak bardzo tragiczne jest to, że im więcej na sztandarach wiary, krzyża, zbawienia i Najświętszej Panienki, tym mocniejsza nienawiść na ustach, wściekłość w sercach, agresja w przekaziorach. Ślepa żądza odwetu wiedzie lud na barykadę, nawet jeśli po drugiej stronie nie widać wroga. Nie wychodzi na świat z głowy obrońców stojących coraz dalej od ducha Ewangelii, miłości, pokoju i dobra, o której jakby nigdy nie słyszeli w amoku obrony wartości, z których sami szydzą.  Beleczka we własnym oku najmniej uwiera, więc sięgają po drzazgi w oczach nieobecnych, niezainteresowanych, co najwyżej kpiących memem, nie tyle z wiary, co z jej wyznawców. Jakby sama nie mogła się obronić, skoro czyni to skutecznie przez dwa tysiące lat. Na memy każdy temat jest równie dobry co chwilowy i nie ostatni z całą pewnością. 

Na pewno żyjemy w czasach jakiegoś końca, bo zdewaluowano już wszystko z checklisty wartości. Pozbyliśmy się radośnie tego, co wyznaczało azymut sensownego współistnienia i współdziałania. Co prawda została jeszcze Orkiestra Świątecznej Pomocy i niech trzyma ten naród w poczuciu wspólnego celu. Niech gra do marnego końca świata, a nawet kilka dni dłużej, Choć i tu strach pomyśleć, co z niej zostanie, gdy zabraknie Jurka.


piątek, 20 czerwca 2025

Jak stróż w czerwcówkę

Memy z przebierańcami różnej maści, przyłączającymi się do procesji Bożego Ciała. Fotografie ołtarzy, zbudowanych pod sugestywnymi reklamami. To już coroczna czerwcowa codzienność w internecie. Warto zadać sobie pytanie, na ile świętowanie Bożego Ciała jest (wciąż jeszcze) wyrazem wiary ludu Bożego, a na ile (już jedynie) folklorem. Bo gdyby miało stać się pustym obrzędem, lepiej gdyby w ogóle zniknęło. 

Początek tekstu opublikowanego w “Tygodniku Powszechnym” wyświetlił mi się w powiadomieniu godzinę przed wejściem do Biedronki. I już wiedziałem, dlaczego ilość aut na parkingu, tarasujących wąski przejazd, uniemożliwia znalezienie wolnej dziurki na czas zakupu mleka i pomidorów. Dlaczego każe zmierzyć się w sklepie z burzą konsumpcji. “I co się dziwisz?! Środa! Chwila przed eksplozją czerwcówki”, zdawały się krzyczeć puste rzędy barierek, znaczące tor po wózkach zakupowych. I rzeczywiście wewnątrz przejść ciężko, co chwila zderzenia mini pojazdów, niby na autodromie wesołego miasteczka. Apokalipsa napełniania dobrem wszelakim trwała w najlepsze, głównie dobrem grillowym: podpałką, kiełbasą i węglem, a wszystko przykryte aluminium wyrżniętym w kształt tacki do pieczenia. No i nieodłączne napoje na czas świętowania, rozciągniętego na dni całe cztery, wolne od wzrostu PKB. 

Dziś znaczna część wiernych spod znaku narodu zakorzenionego w patriarchacie, Bogu i Honorze, która daje wyraz przekonaniu, że vox populi to zawsze vox dei i nie będzie Niemiec pluł nam w twarz, daje upust zmianie trendu obrzędowości. Rzadko myśli puszczać córki do sypania kwiatków, żony do targania tasiemki feretronu i nie stawia jednodniowych ołtarzyków na trawniku pod balkonem, ani nie chwyci drążka baldachimu nad proboszczem z monstrancją. Bo jakoś tak nie pasuje, żeby po osiedlu, z pobożnym śpiewem, deptać psie kupy i wirować między milionem samochodów, pucując wyjściowym garniakiem cudze błotniki. Za to pasuje cieszyć brzuch wolnością od etatu i pakuje chętniej browar z promocji “dziesięć plus dziesięć gratis”, a z obawy, że malizną trąci, dzwoni do szwagra, żeby też wziął u siebie coś na apkę i bez żalu, bo się nie zmarnuje. 

Druga połowa narodu smaganego polaryzacją, w znakomitej swej części oburzona na pazerność klechy, zniesmaczona purpuratami kryjącymi pedofila w Kościele, a na wszelkich marszach świecąca pięcioma gwiazdkami tablic informujących o zamiarze wobec głównego adresata protestu, dziś mocuje rowery na dachu wypasionej furki z leasingu. I tu żona, wyswobodzona spod buta ciemnoty ludu i władzy kleru, nie pójdzie z pięknie haftowanym sercem Jezusa na poduszce. Nie ususzy kwiatków córci do koszyczka, raczej pomyka z walizkami i koszem wiktuałów do bagażnika i zaraz odjadą w znanym sobie kierunku, umilającym wolne aż cztery dni. Dresik, pagaje, rajbany i byle dalej od zgiełku młotków stukających w ramy osiedlowej konstrukcji ołtarza. Czekają agroturystyki, hotele SPA, baseny z masażem i zielone ścieżki rowerowe. Świat stoi pełnym otworem, z alternatywą tanich linii w tle. Książka, wino, sałatka i znów po majówce miła sercu czerwcówka, z dala od boleśnie powtarzanej codzienności i pszenno-buraczanej polskości.

Tak się jakoś plecie, że zmiany mentalne wycinają z języka zasoby tkwiące w nienaruszalnych zdałoby się powiedzeniach. Oto jedyny dzień w roku, gdy stróż mógłby odwalić się jak w Boże Ciało odchodzi do lamusa bez pożegnania. Stróża zastąpił administrator, ochroniarz, gospodarz domu, a jego świąteczne odzienie zjadły mole, bo i naftalina straciła magiczną moc rażenia, wyparta przez lawendę i jej pokrewne środki. Krawatka wyblakła w wiecznym węzełku na wieszaku, a kaszkiet całkiem oklapł i dziś wygląda gorzej niż kapelutek legendarnego Kargula. Dziś kandydat na odwalonego stróża wskakuje w laczki, sprany t-shirt i bermudy, kroi karkówkę i niesie kaszankę na gorący ruszt, mając w pobliżu jeziorko, rzeczkę, strumyczek, a niechby i zadymiony kawałek miejskiego parku, gdzie da się rozstawić palenisko, kilka leżaków i dwa głośniki wielkości klatek na spore króliki, żeby ostatecznie wyrugować śpiew kosa i zięby. 

W sumie nic w tym złego, każdy żyje jak umie i odpoczywa jak potrafi, w końcu jest czas wolności, choćby w tym najbardziej podstawowym wymiarze. Nawet, jeśli coraz częściej wolność jednych realizowana jest kosztem drugich, z którymi bliźni nie myśli się liczyć. Nikt jednak nie odmawia sensu i słuszności procesjom Bożego Ciała, które stanowią swoiście rozumiane wyznanie wiary i kroczą ulicami całego kraju mimo wszystko. Święto ciągle ma się nieźle, a media mają czym wypełnić serwisy dnia. I pewnie szybko tradycja, choćby szczątkowa, nie zaniknie, aczkolwiek samo Boże Ciało zdaje się być jedynie pretekstem do zupełnie czegoś innego. 

I może właśnie słowo PRETEKST jest tu kluczowe, bo w naszym czasie zdaje się być najważniejsze, co widać chyba najwyraźniej w podejściu do dni ustawowo wolnych. Wszyscy wiemy, że mają one związek z konkretnym świętem, choć nie bardzo już potrafimy zdefiniować czym ono jest, co obchodzimy i po co? Z roku na rok powód świętowania coraz bardziej blaknie. Liczy się możliwość urwania kilku dni wolnych, tym ważniejsza, że daje jednakowe prawo wszystkim, niezależnie od wielkości pracodawcy, formy prawnej jego działalności, rodzaju, szefa prostaka czy właściciela traktującego pracownika jak pańszczyźnianego chłopa. Wolne święto przysługuje każdemu, niezależnie od posiadanego wymiaru urlopu, który dodatkowo rozszerza. Bardzo chętnie kombinujemy styczniówki, majówki, czerwcówki, sierpniówki, listopadówki nawet dwie, choćby kosztem konfliktu albo niesmaku starć z tymi, co pozostaną w pracy w dni robocze pomiędzy. Co tam niesnaski, gdy jest szansa nie zrywać się o świcie, pogrillować, wykupić alkohol razem ze zniczami, porozbijać się autem po pijaku albo pod wpływem, w ramach czilery narodowego świętowania. 

    Ilekroć uczestniczę w małej apokalipsie kolejek przed długim weekendem nachodzi mnie taka myśl: czy kiedyś uwolnimy się od swoistej hipokryzji poszczególnych świąt-pretekstów? Czy przyjdzie taki moment, gdy przestaniemy mówić o święcie pracy, flagi, konstytucji, Bożego Ciała, Wielkanocy, a zwyczajnie pójdziemy we wszystkie “miesiącówki”, wspaniałomyślnie, tolerancyjnie i pluralistycznie darowane narodowi pod pretekstem ulżenia przepracowaniu i niemiłosiernemu utyraniu Polaka. I tak każdy będzie miał oznaczony w kalendarzu powód nadmiaru wolnych dni, a spędzi ten czas jak chce, ale językowo i medialnie będzie z pewnością uczciwiej.

środa, 4 maja 2022

Zakładnik cudzych wolności

Nagły głód, zegarek, doświadczenie… w tej kolejności uznaliśmy że się wstrzelimy! Jest szansa, zanim kolejka stanie przed drzwiami. Tak. Mam z tym problem. Upokarzają mnie ogonki do talerza, z którego zjem, nie za darmo przecież. Swoisty syndrom czasów. Nawet, jeśli restauracje przesłonią przestrzeń miasta, niektóre zawsze będą potrzebowały naganiacza, (z serca mu współczuję), gdy inne zablokują przejścia rządkiem oczekujących na kawałek blatu i menu. Należę do przebrzmiałej epoki i to żenuje, z pozycji konsumenta dużo bardziej niż obserwatora. Choć to kolejki zwykle sprawiają, że poddaję się magii smaku albo cennika. Ulegam popularności lokalu i udaję, że nic się nie stało. Próbuję zachować klasę niczym goniec ekipy „Ostatniej paróweczki hrabiego Barry Kenta” wkraczający przez hol Victorii do baru mlecznego. Tym boleśniej, im mniej restauracyjnej alternatywy w tej części miasta. Mógłbym pójść chyba tylko na plastikową bułę z dopiskiem Mac albo na pobliskiego „kebsa”, że zacytuję potomstwo.

Niemal alarmowo podwożę żonę pod schody. Niech trzyma blat do dezynfekowania. Sam ruszam w poszukiwaniu dziurki pod cztery koła. Nie zaparkuję tu, gdzie miejsca na podjeździe wystarczy na trzy produkcje segmentu A i dwa rowery, choć stoi ich już pięć. Za plecami wielki parking z wolnymi miejscami, ale i z ostrzeżeniem: „parking prywatny”, z presją lawetowania, wpisaną w znak zakazu. Jeszcze ułuda ma się świetnie, jest nadzieja, że wbiję gdzieś niepostrzeżenie, choćby kilka machnięć beretem stąd. Tam, gdzie kusi gigantyczny plac parkingowy hipermarketu budowlanego, pusty w południe. Od niedawna najwyraźniej i tu straszą odpowiedzialnością finansową w wielkich napisach poniżej litery „P” jak „p…l się”. Ale mogę poudawać klienta sklepu przez trzy kwadranse?

Zajmuję jedno z dziesiątek wolnych miejsc i szoruję do sklepu zarejestrować samochód w zdalnym pulpicie, przyczajony pośród nabywców wanny i deski klozetu, a wszystko po to, żeby dostać naleśnika przy stoliku knajpy dwieście metrów dalej. Nie dziwi nic, to kraj paradoksów! Sam bym na to nie wpadł, gdyby nie fakt, że za zawłaszczanie przez jednych trzeba płacić wolnością drugich. Jadę na skraj hektarów parkingowych, bliżej restauracji, żeby czmychnąć jak złodziej, któremu odebrano możliwości legalnego zostawienia własnego samochodu. Dostrzegam niewielki pojazd ochrony we wstecznym lusterku, stoi tam z przyciemnionymi szybami, przyczajony za wielką ciężarówką. Obserwują przymuszonych, upodlonych, sprowadzonych do kantu mimo woli. I co mi zrobią? Założą blokadę, bo nie kupiłem sracza? Wezwą straż miejską? Przetną opony? Jak podejdą, wytłumaczę, że żona nie może zdecydować się na kolor terakoty, żaden nie pasuje jej do błękitu balkonowego badyla, więc czekam, krążąc po parkingu. Nakręcam się jak winny i widzę, że to działa, wciskam się w presję, która paraliżuje decyzję opuszczenia kabiny. 

Z pomocą przychodzi natura, spuszcza rzęsisty deszcz. Otrzymuję w gratisie czas rozważań i teraz dociera, że z każdą życiową decyzją staję się coraz boleśniej zakładnikiem cudzego nieliczenia się z nikim i niczym. Pazerności, chciejstwa, lenistwa, chamstwa, srania na wolność i godność pobratymców. Kupuję mieszkanie w starym bloku z wielkiej płyty, bo mam widok na zieleń wokół i co? Przychodzi jakiś skurwysyn pazerny, szumnie zwany developerem i wywali mi zieleń, jebnie sobie kilka pięter betonu, tuż pod balkonami setek mieszkających tu piątą dekadę, po czym zapakuje trzysta sztuk ludzkiej trzody, podłączając pod jedną starą rurę rynsztoka i uniemożliwi wyjazd osiedlową dróżką, aż za czas jakiś wszystkich nas gówno zaleje. Kto mu zabroni? On już będzie pod palmami, poza zasięgiem.

Jadę sześćdziesiąt kilometrów na ryby, żeby uciec od ludzi w bagienne rzeki Pomorza, w ostatnie dzikie ostępy, gdzie ludzka stopa nie ma czego deptać, cieszę się na myśl pobycia z pstrągiem i bobrami i co? Mijam kolejne hodowle pstrąga, i wielkie betonowe baseny, zabierające rzece wodę, by zwrócić jej szlam odchodów, resztek żarcia i ściek wszelkich chorób. Do tego okoliczne filce wyjebią ze swoich chałup i obór stare opony, wózki dziecięce, czajniki i kilometry folii opasującej wory nawozu, właśnie tu, nad wodę z napisem „Natura 2000. Obszar chroniony”, ale na wiochera to nie działa, bo „une tu nie chodzo”. Albo ogrodzą działeczkę, wbijając kołki z zasiekiem w dno rzeki, choć prawo wodne tego zabrania, jaki tłumok będzie się prawem przejmował? W drodze powrotnej znad rzeki mijam tutejszego „Kargula”, który tuż nad brzegiem hajcuje ogromne ognisko, wrzuca doń stare dywany, wykładziny, ramy i ogrodowe krzesła z plastiku. Wokół chodzą ludzie, ktoś kopie grządkę pod pietruszkę i czarną rzodkiew, inni jadą drogą przelotową przez wieś, nikt nie zwróci mu uwagi, na swoim jest. Wszyscy tu palą… i ja nic nie powiem, bo wrzuci mi głaz przez przednią szybę, tyle wygram. 

Ucieknę ze świata realnego w wirtualny? Co zyskam zmuszony do obwarowania dziesiątkami loginów i haseł, których nie spamiętam? Mam nieustannie popierdalać przed tabunem ciasteczek i innych drobnoustrojów inwigilacji i stałego zagrożenia danych wrażliwych? Nawet wiadomości nie znajdę. Nie osadzę się w żadnej stabilnej wizji prawd, bo jest ich tyle, ilu lobbystów, interesownych manipulatorów, lanserów i spiskowców, a wszyscy chcą mnie wydymać z kasy albo rozumu. I tu jestem zakładnikiem wskaźników ekonomicznych albo politycznych przepychanek gnojarzy, toczących coraz większą kulę gówna do następnych wyborów. Teraz jeszcze ten kacap wykrwawiający Ukrainę! Pluje całemu światu w oczy, pokazuje, że historia niczego nie uczy, a Macron wydzwania do niego, przykładając demokratyczną miarę do psychola zsyłającego własny naród na zatracenie. Szuka w nim partnera do rozmów, bo nikt mu nie powiedział, że ma do czynienia z socjopatą. Dobro w człowieku wciąż przegrywa kręcąc bekę zła, jak sto, dwieście i tysiąc lat temu. Na nic rozwój kultury, cywilizacji, zawsze wyjdzie gdzieś bydlak z człowieka, spuści ze smyczy demony i bestie urojeń żądnych krwi i można protestować, żeby udowodnić sobie, że raczej robi się coś niż nic.

Deszcz ustał, zmył trochę bezradności, więc pora opuścić skorupę, zderzyć z ochroną parkingu i dotrzeć do czekającej żony. Cieć też wyszedł, ale ma inną potrzebę. Wyjmuje fujarkę i szczy na oponę ciężarówki, zupełnie jakby był u siebie za stodołą. Jest szansa, że nie zwróci uwagi, gdy ruszę w kierunku przeciwnym od marketu. Zamykam pilotem prawie wszystkie myśli w puszce karoserii. I tylko ta jedna podąża za mną i nie życzy smacznego: jeśli chcę przestrzegać prawa, szanować wolność innych, dbać o środowisko, zawsze będę ten w dupę biorący. Smycz skraca się prawomyślnym, a dzicz wyciska piętno interesów do zrobienia, zaciska obrożę wokół szyi ostatnim prawym. Był kojec, będzie krótki łańcuch przy budzie. Tymczasem żona dokonała wyboru menu, danie przyciąga zapachem, a jej uśmiechowi towarzyszy wyznanie: „kelnerka pytała, czy mamy paszport covidowy, ale nie chciała go oglądać”.


wtorek, 22 czerwca 2021

Czupurek i zaburzona

❖Posłuchaj w interpretacji autora❖

Kawałek cienia znalazłem pod tablicą z kartką: „zachowaj odległość półtora metra między kupującymi”. Od wybuchu pandemii nawet nie pożółkła, choć nie obeszła nikogo. Wisiała tu ironią dupochronu zarządcy, a skuteczność z pewnością nie była jej mocną stroną. Trwała na posterunku umowności, w tłumie hasającym między górami rzodkiewki, lumpenciuchów, chemii z Niemiec i drobnego badziewia ze Wschodu. Megafon dawno schrypł i zardzewiał od powtarzania komunikatu o konieczności utrzymania dystansu, tam, gdzie każdą odległość anektują siaty, torby dwukółki, rowery i skrzynki. Bo też jaką siłę rażenia ma covid w zderzeniu z botwinką, „łoscypkiem" i „łogórkiem” w sąsiedztwie zestawu do małosolnych? 

Stałem z czterema pelargoniami w garściach, nawet nie psiocząc słonku, którego latem z serca nienawidzę. Obserwowałem stojących do „naszego Seby”, jak mówi rodzinka o potężnym gościu, wymachującym na przemian kobiałkami i torebkami pod czereśnie. Kolejka, zawsze tu gigantyczna jak jego brzuch, i tym razem nie chciała drgnąć, mimo trójki uwijających się sprzedawców. Klientom, raz na tydzień spuszczanym z łańcucha Biedronki, ciągle było mało, a wszystko tu świeże, pachnące i tańsze. Seba pazerny nie jest, wiadomo, i raczej przeważy niż poskąpi. A i z groszem się nie liczy, bo to jednak bardziej demon ruchu niż kasy. 

Córka stała już dobre dziesięć minut, kreśląc w głowie czeklistę. Jako misjonarka pierwszej linii wojny z foliówkami musi rozważać, co idzie na dno toreb, a co delikatniejsze i będzie z góry. Zajęta strategią nie oglądała się za siebie, choć tam czaiło się samo zło. 

Babinka, wzrostu siedzącego psa, z całą pewnością nie wyglądała na przedstawicielkę pogodnego senioratu. Miała w sobie jakiś rodzaj czupurności i  gniewu, zaciśniętych paskiem razem ze sztruksami. Zdaje się, że dostrzegłem nawet błysk głęboko zakodowanej nienawiści do świata i bliźniego. Mimo wszystko mogłaby statystować na planie Disneya. Całkiem bez charakteryzacji i skutecznie wymacać paluszek Jasia albo Małgosi, po czym ruszyć po chrust do pieca. Wydatnie podkreślał to koniec nosa nad sponiewieraną maseczką, zsuniętą na brodę, sięgający w zniecierpliwieniu brodawki nad górną wargą. 

Wbijała rozwodnione niebieskie oczy w plecy potomstwa, które usiłowało zachować dystans wobec pary stojącej przed nią. Było to coraz trudniejsze, gdy starowinka napierała na jej plecy i już kilka razy trąciła pięścią z wysuniętą portmonetką. Dziecię zniosło cierpliwie jeszcze dwa stuknięcia, ale gdy poczuła smyranie kosmków włosów na odsłoniętym ramieniu, już wiedziałem, że będzie się działo. Odwróciła się z grzeczną prośbą, która z pewnością sporo ją kosztowała, żeby pani jej nie dotykała, bo tu należy zachować dystans. Babusi Jagusi bardzo było tego trzeba i poleciała tyrada: 

- Pani jakaś zaburzona psychicznie! Cofa tu na mnie! Kto normalny cofa się do tyłu w kolejce? Tylko nienormalni! Jeszcze mnie torbe depcze! Na zakupy staje! Po co to takie na rynek idą, jak im dotyk przeszkadza?! Do sklepu sobie idzie, tam dotykać nie będą. 

- Słyszy pani? Cały czas mówią z głośnika o dystansie. Gdyby zachowała pani minimalny, nie dotknęłabym siatek, a pani nie musiałaby mnie popychać co chwila. Od tego kolejka naprawdę nie przyspieszy. 

- Jeszcze mnie pouczać będzie, chamska taka! I zaburzona, bo się kręci, z babom jakomś jeszcze gada! - To o żonie, która podeszła raczej z pytaniem o zakupy niż z ratunkiem. Wszak nie miała pojęcia w czym uczestniczy. 

- Jest pani pewna, że to ja jestem chamska? Poinformowałam tylko, że nie chcę, żeby mnie pani dotykała, tak trudno to zrozumieć? Chodzi o odstęp, niczego więcej od pani nie oczekuję. 

- Jak pani będzie w moim wieku… 

Patrzyłem już na gościa stojącego za nimi. Przez moment miał chyba ochotę na interwencję, ale po chwili mina mu osiadła. Pojawiło się zmęczenie z domieszką zażenowania i ten rodzaj ciekawości widza, przyglądającego się osie i musze, zamkniętym pod szklanką, odwróconą do góry dnem, gdy finał jest przewidywalny i to już kwestia sekund. Z wybawieniem wkroczył Seba licząc podane szparagi, po chwili sypał truskawki i czereśnie, z okrzykiem: „co jeszcze dla pani?”. 

Czekałem na to niezbędne pytanie. Czemu nie reagowałem? Nie przybyłem z odsieczą? Pojawiło się dopiero w aucie: 

- Widziałeś dyskusję? Czemu nic nie powiedziałeś? 

- Co miałem powiedzieć? Zdobywasz doświadczenie, nie wolno ci przeszkadzać, to byłoby niepedagogiczne. Doskonale sobie poradziłaś i równie dobrze przekonałaś się, że to nie ma sensu. 

- Jak nie ma, właśnie ma! Nie mogłam pozwolić kobiecie włazić na plecy i trzeba  było zwrócić uwagę, skoro ludzie nie przestrzegają zasad, o których się trąbi. 

- Przecież i tak wlazła ci na plecy i jeszcze kosmykiem posmyrała. Tylko inwektyw się nasłuchałaś, warto było? 

- Warto, niech nie myśli, że jej wszystko wolno. 

- Jeśli w ogóle o czymś myśli. Nie masz wrażenia, że gdyby tak było, nie potrzebowałaby zwracania uwagi? To jest odwieczny dylemat: wyjaśniać ludziom zasady współżycia społecznego? Próbować? Czy widząc zachowania tęskniące do miłości i rozumu, już na starcie uznać własną przegraną i iść swoją drogą?

- Przecież nie wszyscy robią to świadomie. Nie zawsze postępują z premedytacją. Czasem są zakręceni tak, że nie widzą, co robią. Albo sfrustrowani, bo mają gorszy dzień. Wtedy trzeba pokazać, że można inaczej.

- Tak, wówczas z rozkoszą wyładują na tobie każdy powód swojej złości albo bezsilności i po misji. - Naciągałem strunę prowokacji. 

- To lepiej pozwalać na wszystko i paradować w różowych okularach? 

- Może raczej rozważyć, z czym lepiej się poczujesz? 

- Sama nie wiem, coraz mniej ludzi zwraca uwagę na tych obok, a jeśli już, to żeby się wyżyć. Myślę, że to różnica pokoleń, to się kiedyś zmieni, młodsi są bardziej otwarci. 

- Jasne. I robią zakupy przez internet, spożywcze też. Nie opuszczają wieży, nie targają siat po schodach i nie kąsają się ze staruszkami, Januszami i Karyną. Zaprawdę do nich należy królestwo przyziemne. Póki co postępujesz w zgodzie ze sobą, nie zapiekasz złości i tego się trzymajmy. „Jak pani będzie w moim wieku”, może będzie pani mniej zgorzkniała? Jest szansa.

niedziela, 8 marca 2020

Korona na muniu

❖Kliknij, żeby posłuchać tekstu w interpretacji autora❖

Byłem przekonany, że zaatakował właśnie tu, przy kościelnym murze, a narastający tłumek dawał mu odpór czym mógł. Świecą, kadzidłem, młynkiem różańca i groźbą użycia święconej wody wprost z plastikowej Maryjki. Niektóre panie, ku mojemu zdumieniu, dobywały dowody osobiste, gdy inne w nagłym pobudzeniu wyjmowały jeszcze polopirynę S i witaminę C, skitrane po kieszeniach. Paniczny ruch wskazywał, że on tu jest, że przylgnął do bawełnianej korony emerytowanego nauczyciela Stanisława i nie odpuści. Ale czym ostatecznie zwabił rzeszę wiernych, że stłoczyli się wokół stolika z przetartą szachownicą turystyczną?

Rozłożone kartki przyciągały lepiej niż sprzedaż płynów dezynfekujących, toteż skołowany pospieszyłem w nadziei, że to zapisy na tajemną miksturę ochronną, wzmocnioną obrazkiem ze skuteczną modlitwą w intencji. Niestety, były to zapisy na Dudę, w dodatku do następnej kadencji rozpuku. Przekonywała o tym Pani Ziuta, wrzeszcząc z siłą pielgrzymiego megafonu, że trzeba na prezydenta głosować, bo inaczej koronowany nie odpuści. Karą jest za wszystkie pedały, fobie i homo zagrażające rodzinie! Za tęcze, inwitry i brak szacunku dla prezesa Polski. Ta Sodoma, przez komunistów nasłana, nie daruje lokalnej Gomorze, więc kto nas wybawi jak nie prezydent nasz kochany? … albo za sznurki szarpany, bo nie dosłyszałem. Wiatr przemian za szybko rozwiewał nuty spod Ziuty. Dobiegł mnie jeszcze strzęp o lewactwie, że próbowało grypy ptasiej i świńskiej, zalania kraju aborcją, ale Andrzej nasz kochany wygrywał i wygra, bo chodzi do kościoła, a jak chodzi, to wybroni od głodu i pomoru. A teraz nawet inflacja jest od niego, żeby mniej kupowały i zgorszenia nie siały zboczeńcy, dziwki i alfonsy od tych feministek ze żrąco macico! Głosować trzeba, podpisać trzeba, bo chodzenie do kościoła coś tam... dokładnie nie słyszałem. Ziuta zrobiła protezkę na enefzet, więc ma luzy w wymowie.

W poniedziałek chciałem kupić coś na tę sraczkę, bo medialna zapowiedź zbliżającej się zarazy, pomnożona przez paski z instrukcją mycia rąk, nieuchronnie wróżyła trudności z wyrobieniem na zakrętach nawet mojego M2. Jelita mogły nie przetrzymać dawki światowego terroru zmutowanego białka. I wcale nie pocieszał fakt, że rocznie na drogach kraju ginie więcej ludzi, niż zwinie się stąd przy udziale koronowanego cwaniaka. Nikt jakoś nie rwał się z takim zapałem do zwalczania lawinowo rosnącej liczby bezmózgów za kierownicą. Wszak to plaga swojska, na własnej krwi hodowana, a wirus z Chin, obcy, wiadomo, ma moc.

Nie przerażenie odrzuciło mnie jednak od drzwi apteki, nawet kichanie plotkary Ryczkowskiej nie zmogło. Oto magister Zosia wymiatała półkę z ostatnich opakowań rutinoscorbinu, a do kieszeni pchała rutinaceę w kilku pudełkach, pod naporem głosów szamoczących się kobiet. Magister Kasia uspokajała kogoś z kolejki, desperacko dopominającego się reglamentacji Fervexu i Nasivinu. Od progu tłum żądał wydawania po jednej maseczce i listku scorbolamidu. Apokalipsa oddalona o lata świetlne od wydumanej sraczki, przekonała, że lepiej będzie jak znajdę sobie inny cel, byle dalej od zbiorowej paranoi.

Odizolowany kabiną samochodu porządkowałem galopujące myśli, by ułożyć listę zakupów. Soki warzywne, kawa, pomarańcze, woda do prasowania, a i dżem do tostów wyszedł po cichu. Dobrze będzie wziąć ogórki kiszone do walki z cukrem albo nadciśnieniem, nigdy nie pamiętam. Wiele wskazywało, że i tu wierzeje otworzy Mordor hipermarketu, któremu trzeba będzie stawić czoła. Co tam musiało się dziać w zestawieniu z apteką? O dziwo nic. Najpierw ciszą zaatakował podziemny parking. Samochody można było policzyć bez wyciągania dłoni z kieszeni. Pośród regałów kręciły się jednostki, choć był tani emerycki czwartek. Czyżby panika zatrzymała ludzi w domu? Śledzili wiadomości zapomniawszy o powszednim chlebie konsumpcji? 

Przez ułamek chwili prawie w to uwierzyłem. Wszedłem między „kaszę, ryż i makaron” a „dodatki piekarnicze”. Tu już nie tylko alejka świeciła pustkami, ale i półki. To było jak błyskawicznie cofany film w tunelu do światła. Już stałem w najczulszych latach PRL-u. Oto dowód, że pamięć historii przenoszona jest z pokolenia na kolejne. Czeka na stosowny moment, by instynkt dał znak oczyszczaniu regałów ze wszystkiego. Ruszyłem dalej, przygotowany, że w następnym rzędzie znajdę ocet i ostatnie byczki w sosie pomidorowym, zestaw, którego nigdy próbowałem, ale widać nadszedł czas. Nagle myśl przeszył blask jasności, niby ze złotego zęba ukraińskiej kasjerki: więc tu się skrył nikczemnik! Wirus wlazł między sklepowe wózki i zacisnął czachy koroną swojego pobratymca, pierdolca szarego. Otumanił, omamił, przygniótł paniką do palety, i wymusił powszechny wykup. A mnie, zamiast truskawek w dżemie, zostawił równie podejrzane, co enigmatyczne owoce leśne. Wszystko inne wyczyścili, wyżarli, wywieźli zainfekowani potężnym kuku na muniu. I co teraz? 

Uruchomiłem oczy duszy, ale łzami podeszły. O co ten żal? Że kakałka nie ma? Że dziecko westchnieniem osłodzi wspomnienie czekoladowego budyniu? Nie, zdecydowanie głębiej tkwiła rozpacz z powodu utraty wiary w suwerena. Na nic mu XXI wiek, cywilizacja i dwa tysiące lat kultury judeochrześcijańskiej, na nic wiara! Psu na buty rozum i mądrość ludowa, gdy tańcuje na śmietniku historii.

Tylko, na miłość Jarosława Odnowiciela, co oni zrobią z wykupionym?! Będą miesiącami żreć makaron z buraczkiem tartym? Zagryzać fasolą z puszki? Może pójdą do krainy refleksji? Przejedzeni i w oparze bąków absurdu, odpuszczą konsumpcji? A gdy usiądą na dupie i przekręcą w zamku klucz? Odkryją rozmowę, miłość nieznaną, rodzinną legendę, kino mistrzów i książkę? Skończą się uliczne korki, przerzedzą tramwaje, przybędzie miejsca w autobusach? Zwolnią biegu? Znormalnieją?

Rozmarzyłem się. Poryw optymizmu uniósł mnie zbyt wysoko. A jak mówi poeta: im wyżej wzlecisz, z tym większym hukiem zarysujesz czerep o krawężnik. Lądujemy. Wszak internetów paskuda nie ruszy, a tam mądrości nie przybędzie. Szybciej niż rzeczywisty wirus zrzuci korony, pognają na powrót do sklepów, knajp i pubów, do galerii handlowych i … po drodze wyrzucą na śmietnik zgromadzoną panikę razem z puszkami, kaszami i niedojedzoną chińską zupką. Gdy z telewizora puszczą nową medialną paszę pod wypas trzody, tłum znowu ruszy, jakby nie było wczoraj. 

Na katechezie mojego dzieciństwa pewien ksiądz z przekąsem przypominał najgłówniejszą z prawd wiary: łaska Boska i głupota ludzka nie zna granic. Z pewnością Stwórca szybciej odwoła pierwszą, niż druga przeminie. Tego akurat jestem pewien. A co zostanie z optymizmu zamknięcia w M2? Rodacy nauczą się myć ręce? 

niedziela, 17 czerwca 2018

Gra w inteligenta

  Sprowokowany przypadkowym cytatem z sieci, popłynąłem za myślą: czym jest inteligencja w naszych realiach? W tym przypadku definiowana jako warstwa społeczna, a nie zdolność rozumienia otaczającego świata. Czy w ogóle taka grupa jeszcze istnieje, czy to jedynie zbiór mniej lub bardziej rozbitych atomów, krążących po orbitach własnych pasji i zainteresowań? Kogo obchodzi inteligencja i czy posiada jakąś misję społeczną? Może pełni już tylko funkcję trefnisia dla rządzących albo usługową dla mas i zamiast inteligencją zwie się np. nauczycielami, biznesmenami, naukowcami, artystami, prawnikami, lekarzami lub po prostu klasą średnią? Czy inteligencja jest jeszcze widoczna po wyjściu z domu, czy całkiem stopiła się z nieinteligencją i przestaje być rozróżnialna?

spojrzenie
Przyznam, że poległem już przy próbie definiowania, ale z półki uśmiechnął się Słownik Języka Polskiego. Wydanie klasyczne niemal, z roku 1988, a w nim definicja: warstwa społeczna ludzi wykształconych zajmujących się zawodowo pracą umysłową, zwłaszcza twórczością kulturalną, naukową, artystyczną itp. Definicja to pojemna, ale dziś, gdy rządzi ekonomia, na niewiele się zda. Wykształcony chłopak może być operatorem koparki i dźwigu na budowie, a dziewczyna po ukończeniu dwóch fakultetów bywa kelnerką albo galerniczką w sklepie Zara czy Stradivarius, zaocznie robiąc doktorat, bo akurat nie ma bogatych rodziców ni męża, a do wielkiego miasta przyjechała ze słoikami. Tymczasem księgowa i doradca klienta w banku, agent ubezpieczeniowy albo dyrektor marketingu lub finansów w niejednej firmie, choć wykształceni i pracują umysłowo, nie przeczytają jednej książki w roku, ale chętnie pójdą na koncert Sławomira i innego Martyniuka Zenka, by świetnie bawić się pośród tzw. ludu. I w drugą stronę: niemal każdego dnia widzę pod wiatą pobliskiego przystanku bezdomnego. Okutany w pięć warstw przeróżnej odzieży nigdy nie czeka na autobus, ale zawzięcie czyta kolejne opasłe tomy. Kontestator wykształciuch?

  Dzisiejszej inteligencji coraz dalej do misji niesienia czegokolwiek pod strzechy, bo trzeba przeżyć i opłacić, ale też strzecha pozwala jej porzucić wszelki etos. Może bratać się z ludem bez konieczności rezygnowania z przywilejów własnej pozycji społecznej, a właściwie jej braku, bo od ludu niczym nie odstaje. Ci zaś, którzy jako inteligencja z definicji, zajmują się twórczością artystyczną, żeby przeżyć coraz rzadziej tworzą z siebie i na miarę własnych możliwości i talentu. Piszą scenariusze, grają role, tworzą powieści pod zapotrzebowanie masowych gustów i zleceń producentów podpiętych pod reklamodawców, a więc też słabo wpisują się w definicję inteligencji. Za to nierzadko przynależą do bezbarwnej mentalnie klasy średniej, skrojonej na miarę wulgarności naszych czasów. Ba, jeśli weźmiemy na tapetę np. nauczyciela, lekarza stażystę, plastyka czy muzyka klasycznego, ze względu na dochody, nie będzie to nawet start do klasy średniej. I jak tu odnaleźć się w definicjach? 

    Żyjemy w tygielku wymieszanych pojęć i nic tu już nie będzie jednoznaczne, ale to nie powód, żeby mieszać ludziom w głowie ideologicznie. Dlatego irytują mądrości niektórych inteligentów, w duchu tegoż właśnie cytatu, który w niedzielny poranek otrząsnął ze mnie resztki snu, a padł z ust reżysera Przemysława Wojcieszka:
Inteligencja w Polsce uwierzyła, że samodzielnie może kierować tym, co się dzieje w kraju, a lud powinien za nią i na nią zasuwać. Ale ludzie nie są głupi – oni czytają o sobie na Facebooku, że są ciemni. To jest kolonialny mechanizm: jeżeli masz władzę – polityczną, gospodarczą, kulturową, symboliczną – nad ludźmi, których uważasz za bydło i mówisz im, że są niewyedukowanymi i pozbawionymi tych możliwości, co ty, twoi znajomi i twoje dzieci półzwierzętami, to ci ludzie patrząc na swoich małżonków i swoje dzieci nie będą mówili: „ach, tak, to prawda, jesteśmy półzwierzętami.”. Oni wiedzą, że to kłamstwo, frustruje ich, że pozbawiono ich możliwości udzielania publicznej odpowiedzi, wiedzą też, że pierwszej okazji przyjdą ci przypierdolić, żeby zemścić się za to upokorzenie.

    Wystarczy inteligencją nazwać tych, co rządzą naszym krajem w ostatniej dekadzie, żeby nie podejmować dalszej dyskusji z autorem powyższych słów, gdy na starcie mamy mocne nadużycie. Zakładam jednak, w dobrej wierze, że reżyser ma na myśli wszystkie kierownictwa po 1989r., choć i tam nie brakowało nieinteligentów. 

    Nie wiem, gdzie żyje obywatel Wojcieszek, w jak ogrodzonym osiedlu, ani jak często wychodzi po zakupy, jeździ tramwajem albo innym publicznym środkiem transportu. Z jego słów wynika, że zamieszkuje nieco inny świat od mojego. W moim inteligencja zbyt często nie rwie się do kierowania innego niż wynikające z organizacji instytucji, fundacji, firmy, przedsiębiorstwa. Tu, szerzej niż w definicję słownikową ujęta, uprawia swoje poletko, właśnie intelektualne, angażuje się społecznie w różne formy działania na rzecz, troszczy się o rodzinę podług potrzeby i odpowiedzialności, ale też rzetelnie robi swoje i nie oczekuje, że „lud będzie na nią zasuwał”. Za to coraz częściej ma kłopoty z przekonaniem ludu, że ten powinien zasuwać na siebie, bo może jednak nie wystarczy być suwerenem, żeby być Polakiem i pożytecznym człowiekiem. Tymczasem lud, coraz częściej z inteligencji szydzi, wymagając od siebie coraz mniej, a w zamian roszcząc coraz więcej i rzucając przy piwie hasła: „co będziesz do pracy chodził, dzieci se narób jak ja i państwo ci da, he he he”.
 
    Jakoś dookoła nie widzę inteligencji rzucającej się do sterowania tym ludem. Coraz częściej widzę jednak chama, nawet z dyplomem i w firmowych ciuszkach, ale szczającego na trawnik w biały dzień. Widzę wyżelowanego bydlaka w garniaku, zostawiającego wielkie gówno po swoim psie na chodniku albo paczkę po chipsach w sklepowym wózku, bo zeżarł je zanim dojechał do kasy. Widzę też prostaka charkającego pod nogi własnej żony, przy całkowitym braku jej reakcji. A na festynie rodzinnym wyelegantowana pańcia podpowiada częstowanemu synkowi, żeby plecak naładował cukierkami, choć dzieci ludu obok pytają, czy można wziąć jednego lizaka. 
    
upadek
I jeszcze jedno pytanie: kto tu kogo do czego sprowadził? Pozostając przy nazewnictwie Wojcieszka: czy inteligent nie dał ludowi dostępu do kultury i edukacji? Czy może jednak lud z dostępu z rozkoszą zrezygnował i dziś z ulgą ogląda mecz albo programy kulinarne z tłustą blondyną i tasiemcowe bzdury. Demokracja poszła mu bardziej w piwo i kiełbasę niż w czytanie ze zrozumieniem, a winna inteligencja? Dzielenie społeczeństwa na lud, klasę średnią i inteligencję, brzmi śmiesznie w ustach kogoś, kto z racji zawodu, pomijając siłę poglądów mocno oderwanych od życia, powinien jednak widzieć też, co niesie ulica. A i w teatrze raczej nie sprawdza widzom dyplomów ukończenia wyższych studiów.
W tym samym wywiadzie dla lewicowego „Nowego Obywatela” reżyser Wojcieszek mówi też: Teatr w Polsce, podobnie jak inne gałęzie sztuki, stracił zupełnie funkcję służenia komukolwiek poza klasą średnią. Dzisiejszy polski teatr w 99% ma być eskapistyczną rozrywką dla wielkomiejskiej klasy średniej. Funkcje edukacyjne, społeczno-polityczne, krytyczne spojrzenie na rzeczywistość i system, w których żyjemy, któremu podlegamy – to wszystko zostało zupełnie wyeliminowane. W tym środowisku modne jest mówienie o lewicowości, ale jest to rodzaj mody. To są lajfstajlowe akcje, które poprawiają samopoczucie i pozwalają poczuć się lepiej w hierarchii ustalonej w wielkomiejskim środowisku. 

    Brzmi kuriozalnie, bo niby dla kogo jeszcze, poza wątpliwą mentalnie klasą średnią, ma być teatr w dobie społeczeństwa zatopionego w smartfonie jak mucha w bursztynie? Bądź co bądź spektakl wymaga od odbiorcy elementarnego poziomu erudycji, ciekawości, chęci wystawienia własnych poglądów i postaw na konfrontację z wizją artystyczną. A tu, gdzie z jednej strony kasa wyznacza status, a z drugiej ekranik z jednozdaniowymi, kaleczonymi komunikatami i obrazkami z wakacji lub grilla, mieszka obywatel zwolniony z samooceny i pozbawiony lajfstajlowej mody na rozwój intelektualny i samodzielność myślenia. O jakim zatem kształceniu chce mówić reżyser? Kogo to obchodzi, skoro wymaga uruchomienia siły woli, dyscypliny, zainteresowania i pragnienia rozwoju? Tymczasem biedny i odsunięty lud Wojcieszka nie zamierza wymagać od siebie edukacji, bo nie wymaga nawet elementarnej kultury na ulicy. Wiecznie tyranizowany przez inteligencję ma jedynie siłę na jarmarczny rechot z prymitywnie rżniętej rozrywki, do której produkowania zmusił nawet inteligenckie dawniej kabarety. I to wystarczy ludowi. On nawet swojego obrońcy Wojcieszka nie przeczyta, bo drukuje go niszowy kwartalnik. Zresztą, tam reżysera miejsce, nawet jeśli o tym nie wie, Wojcieszek albo lud.

środa, 15 listopada 2017

Melancholijnie, listopadowo, patriotycznie?


Tym razem święto niepodległości wypadło w sobotę i wywołało zamieszanie głównie w sklepach. Dało się odczuć coś jak zapowiedź hekatomby polsko-polskiej, która w ciągu doby wymknie się racom głównego miasta. W osiedlowej Biedronce trudno było choćby o dziesięć jaj, nawet jeśli nikt nie groził jej zamknięciem w niedzielę. Ale i to nie spowodowałoby konieczności zabierania głosu w takich okolicznościach patriotyzmu.

    Przypadek sprawił, że wieczorem grzebałem w starych plikach i trafiłem na wiersz, własny. Bo kiedyś byłem poetą, wiersze sobie pisałem, a zaraz potem poszedłem po rozum do głowy. Nie mówiłbym o tym, gdyby ten odnaleziony nie zbiegł się datą z dniem święta narodowego. Pamiętam, że jego powstaniu towarzyszyła irracjonalna - jak się wówczas wydawało - gorycz. Nie za przyczyną odzyskanej niepodległości bynajmniej. Wówczas nie miałem pojęcia, co mnie trapi, ale dół pogłębiał się z godziny na godzinę. Siedziałem w pustym pokoju akademika, koledzy wyjechali na długi weekend, ukochana też, a ja poczułem bolesny imperatyw, by wykrzyczeć coś z wiarą, że ulży i tak powstał ten dziwny wiersz:

- nadzieja –

 jestem słońcem i łąką

twoim snem

w pokoju bez światła

i wody

nad ranem

zdzieram zasłony

rozchylam uda i czekam

byś z wiarą w miłość

smakował sumienie

94-11-11

    A gdy już wypisałem cały smutek nadziei, wieczorem, bardzo okrężną drogą (na telefony komórkowe długo trzeba było czekać), dotarła do mnie wiadomość, że umarł ojciec, nagle. Od tej daty ojciec i ojczyzna idą pod rękę przez wieczność jak przez moje listopady, których świętowanie specjalnie mnie nie porywa i obchody łączę raczej z odchodzeniem osoby i zamykaniem pewnego etapu życia.


Pomyślałem o tym w uroczyste południe narodowego święta, stojąc w korku pośród ulic starego Gdańska. Wokół uśmiechnięci ludzie przygotowywali się do parady i wbrew listopadowi robiło się kolorowo, pogodnie, bo zbierali siły, by demonstrować. Ale co w zasadzie? Przywiązanie do wolności? Patriotyczne uniesienie? Chcieli masowo oddzielić się od masowo myślących inaczej? Poczuć wspólnotę pośród wspólnot podzielonych? Pójść bardziej przeciw niż za, gdy ojczyzna jedna, krwawiąca rozdzieranym sztandarem jak w Dniu Świra. Tu narodowcy, tam zieloni, tu sportowcy tam aktorzy, tu lewacy, tam prawica, tu obrońcy życia, tam feministki, tu zwolennicy komuny, tam pokazujący palcem, gdzie stało ZOMO, a Polska? Aby jedna jeszcze? Ciągle mówimy o tej ziemi, którą Duch jakby omija? Mówimy o tej od morza do Tatr, czy pozostały raczej czterdzieści i cztery wyspy mentalnego archipelagu Janusza, którego mieszkańcy czyszczą Biedronkę z jaj kur chowu klatkowego? I ten właśnie naród, to pokolenie synów Grażyny, to może główna siła patriotyzmu na miarę wielkiej dupy, która pomieści sztandar, odpowiedzialność za kraj, postawy obywatelskie i miłość bliźniego. Bo tyle dla nich znaczą, co okazja do skutecznego zrobienia w chuja każdego, kto nawinie się na placu zawiści, na parkingu złości, w bloku obcości, na chodniku rywalizacji albo pod Lidlem pazerności.

    Uśmiechnąłem się do kolorowych demonstrantów, zaczadzonych ideą parady i nie pomnych na fakty, bo bardzo zajętych swoją rolą. Ale i do własnych myśli uśmiechnąłem się smutno, wdzięczny jakoś losowi, Opatrzności, Bogu samemu, że dla mnie kolejna rocznica wolności mija się z nastrojem świętowania. Dobrze, że cień osobistej tragedii kładzie się na kalendarzu imprezy, bo inaczej może musiałbym rozważyć potrzebę stawania w szeregi uniesionych. Choć za cholerę nie wiem, po jakiej stronie. Od dziecka mam awersję do zbiorowych imprez, pochodów, akademii ku czci, przemarszów na cześć i apeli przeciw. W podstawówce zmuszano mnie do deklamowania rewolucyjnej poezji, śpiewania powstańczych nut i wyzwoleńczych zwrotek, aż od protestów przeciw imperialistom i wojnie nuklearnej gardło chrypło wbrew woli i zadumie. Potem zmuszano mnie do noszenia szturmówki na pochodach pierwszomajowych i wycierania smarków bezsilności w barwy narodowe, zaanektowane chwilowo przez PRL. Takie awersje okresu pryszczy nie pozostają bez wpływu na dorosłe wybory społeczne. W dorosłości pora iść własną drogą, slalomem omijając idee, z których tylko błoto. Zwłaszcza, gdy rządy się zmieniają, a rozbieżność między głoszonym a realizowanym wciąż taka sama. Bez względu na barwy partyjnego zakłamania, manifestacje nienawiści i miesięcznice podziału, programy polityczne wciąż mają się do ich realizacji jak nie przymierzając prawica do prawości.

    Ilekroć media pokazują demonstracje i kolejne migawki podziału w ramach listopadowych rozchodów obywatelskich, przychodzi mi wspomnienie przeciwwagi: ciche, jednostkowe, odejście ojca jak protest wobec święta narodu. Może tak zostawił mi sedno prostego patriotyzmu. Jego robotniczy etos nigdy nie szukał pola demonstracji, nie malował afiszy i transparentów na potrzeby świadectwa. Powtarzał często: rób jak chcesz, ale tak, żeby nikt przez ciebie nie płakał i zawsze najlepiej jak umiesz albo w ogóle nie zawracaj dupy sobie i innym. Prosta filozofia szła z nim przez dziesięciolecia pracy zawodowej, towarzyszyła trosce o równe chodniki w mieście, dobre oznakowanie ulic, asfalt bez dziur, żeby innym żyło się lepiej. Nie widziałem, żeby komuś prywatnie odmówił pomocy, ale nie szukał pola do zaistnienia. Nigdy nie poszedł na skróty tylko dlatego, że nikt nie patrzy. Nie wystąpił przeciw prawu, choćby niosło najgłupsze wyroki i nie lubił użalać się nad sobą, bo w ogóle nie emanował czułością. Często mawiał: Zanim zrobisz, pomyśl, czym to się skończy dla innych. Doświadczył wystarczająco dużo nędzy, niedostatku i poniżenia w ustroju nie najlepszym z możliwych, dlatego trzymał się z daleka o propagandy tak samo partyjnej jak kościelnej, zawsze gotowy dostrzec każdego, kto wyciąga rękę, potrzebuje, a nie żąda przez wzgląd na barwy i układy. Czasem myślę jak bardzo by się nie odnalazł w świecie ustawionym na zagarnianie pod siebie i miewam żal, że wychował mnie do życia pod górę. Ale po chwili mija pretensja i wraca spokój porannego golenia bez wstrętu bijącego z lustra.

poniedziałek, 30 października 2017

Galerniczka retro

Niedziela, a w galerii tumult. Może jedna z ostatnich niedziel handlowych, a może nie, ale ludzi pełno, jakby mieli wykorzystać na zapas, do następnej kadencji. Wpadłem na siku, po drodze było, ale zasada wzajemności zobowiązuje. Oni mnie sikalnię, ja im przegląd okazji. Jesień w końcu, zima zaraz, a mnie buty ciekną i w tej samej kurtce szósty rok. Zobaczyłem logo sieciówki, której dawniej tu nie było. Mam od nich dżinsy i koszulę, może i kurtka nie zawiedzie? Prostej potrzebuję, dwa warunki: czarna i ze stójką. Żadnych pikowanek i kapturków dla żelowanych transików w rurkach.

          Zerknąłem na rozmiar pierwszego wdzianka i kątem oka dostrzegłem ruch kotary przy kasie. Wyłoniła się stamtąd głowa uzbrojona w wielkie okulary i odwieczne loki niezniszczalne. Kobieta zza kotary była w wieku mocno poprodukcyjnym, z pewnością jakiś czas po średnim. Sprytnie wychynęła cała jej postać, której zmęczona szczęka coś jeszcze przeżuwała. W przeciwieństwie do firmowych trendów sprzedawczyń odziana była w sweterek dawno temu ściągany z drutów domowych, w porteczki a la „pepita dresik pani domu” i papućki koloru brudny róż niewymuszony. Lekko cofnąłem się przed sklep, zerknąłem na logo, ale dalej tkwiło nad głową to samo, całkiem współczesne, znanej dosyć marki. Pomyślałem, że królowa lady PRL-u sprząta tu, a tylko chwilowo zastępuje właściwą galerniczkę, która korzysta akurat z toalety, żeby podreperować służbowy uśmiech z nadrukiem: w czym pomóc? Ale w tym momencie potencjalna sprzątająca przemówiła:

- Ta kurteczka jak dla pana, taki Norweg był, ale nie wziął, bo gotówką chciałam, a on do bankomatu przecież nie pójdzie. Takie to cywilizowane, a jak co do czego, nie wie, gdzie kartę wsadzić proszę pana, takie czasy.

- Nie jestem pewien, czy to mój styl. Taka trochę przykrótka ta kurtka i szeleści, dosyć chamski ten ortalion. Może jeszcze poszukam. – Odruchowo spojrzałem za siebie ku wyjściu. Przeczucie podpowiadało, że ewakuacja z wnęki nachalnej Tekli nie będzie łatwa. Ta pajęczyca szczękoczułki na handlu tępiła.

- Tu mam dłuższą trochę, nie? Gdzie pan będzie chodził i szukał? Tam mają powyżej tysiaka, szmaty takie chińskie! A tu: prawdziwy dederon! Kiedyś się tak mówiło, pan chyba pamięta?

- Dederon? – Zaraz stanęły mi przed oczyma fartuchy obsługi wszystkich barów mlecznych zgniłego ustroju - A przypadkiem nie zwykły ortalion z wierzchu? – Prowokowałem sam nie wiem po co.

- Jak ortalion? Ta obok to ortalion, tu dederon, co pan będzie chodził po innych sklepach jak zaczadzony? Jak tylko ten tu wyjdzie upust jakiś dam. Teraz to muszę mieć oko… panie, jak oni kradną! Sumienia naród nie ma! Czego pan szuka, podać coś?

          Mrugnęła do mnie czarnym okiem, powiększonym przez szkło grube jak upust, którego spodziewałem się sprawdzając już ochoczo pracę suwaków wszytych w zachwalony dederon. Teraz zza pleców dotarł niemal życzliwy głos carycy handlu, ale mocno przepojony podejrzliwością wobec nowego klienta:

- Ooo pan chyba z Ukrainy, pasek chce? Niech będzie pasek… grzeczny chłopiec, taki to nie ukradnie, to niech mierzy pasek w pasie. – Caryca zrobiła zwrot na pięcie i znowu zwróciła się do mnie:

- Pan nie ukradnie, ten pan, co dżinsy ogląda nie ukradnie – dodała tak głośno, żeby nacisnąć sumienie gościa, który przerzucał pary spodni na półce. – Różni przychodzą, niejedna łachudra tu zajrzy… pan sobie zmierzy kurtkę, przed lustrem stanie, upust dam. Nie ma mowy, żeby pan z niczym wyszedł, bo ona na pana szyta. Ja się znam, spojrzę i widzę… a tobie jak chłopiec, też pewno pasek dobry! To drugi też bierz, za pięćdziesiąt dam dwa, dobry uczynek zrobię. A co! Wy macie tam biedę, wojna na tej Ukrainie, bieda, a chłopak uśmiechnięty! Wszyscy oni tacy weseli, dam za pięćdziesiąt pasek, jak drugi weźmiesz. Na co dwa? To jedne spodnie masz, biedniutki? Pewno masz więcej spodni, a nie masz, dorobisz się tu u nas. Naród nieciekawy nasz, bywa podły, ponury bywa i zawistny, ale tobie na drugie spodnie da zarobić, nie bój. I na trzecie da, to paski dwa się przydadzą. Dwa paski na zmianę dobra rzecz, z inną klamerką weźmiesz. Przymierzaj paski, chłopiec z Ukrainy, nie bój się, ciebie ja nie skrzywdzę.

- To jaki dostanę upust za tę uczciwość? – Przerwałem tyradę zażenowany.

- Pięć złotych dam, dobrze będzie?

- Żart taki?

- No dobra, dziesięć dam… ale teraz cicho – pokazała na mężczyznę obok – pan tam te dżinsy weźmie do przymierzalni, nawet cztery pary… pan sobie pomierzy, ja tu pana skasuję…

Leciwa sprzedawczyni puszcza do mnie oko i mówi szeptem teatralnym:

- … jak zniknie w przymierzalni, to spokój, nic mnie nie wyniesie zanim z panem zahandluję. Dziesięć złotych opuszczę na kurteczce, co? Płaci kartą, gotówką? Kartą? Nie ma pan gotówki? Na pewno? Ten z Danii, to kurtki nie kupił, nie chciał do bankomatu.

- Norweg, mówiła pani.

- Jeden grom panie, ale połasił się i ma pan dowód jakości tej kurteczki, bo te renifery stadami tu się kręcą, byle czego nie kupią, panie, od dobrobytu w dupie im się przewraca, a kurtkę chciał! To może znajdzie pan te cztery stówki, bo jak w niedziele pan zakupy robi, jak nic pan ma własny biznesik.

- Co też pani, ja etatowy jestem, z budżetówki, to może więcej tego upustu?

- Co znaczy etatowy? Etatowy, to był ten bidulek z Ukrainy i jeszcze pewnie na czarno robi, a pan dwa razy taki jak on, a paseczka panu nie trzeba? Będzie upust, dla pana za osiemdziesiąt pasek dam?

- To nie za pięćdziesiąt, skoro już kurtkę kupuję?

- Nie, no panu to ja bym takiego dziadostwa nie sprzedała, pan ma klasę, to taki jeden za stówkę trzeba, chce pan przymierzyć?

               Byłem twardy dziękując za pasek, za kurtkę zapłaciłem kartą. Serce zapałało sentymentem do szkoły handlu, przy której bladziutko wypadają zmęczone i kamerą ugrzecznione dziewczyny, sprzedające za szybami znanych marek. Tkwią tam jak za karę, a i tak pozostają ledwie cieniem carycy handlu w przydeptanych papuciach. Kurtka może się sprawdzi, choć okazała się granatowa, a co tam! Sentymentem ociepli serce w tygodniach zimy i mrozu… wszak dederonowa, swojska, na resentymencie nabyta .

niedziela, 13 sierpnia 2017

Ostatni bastion zdziwienia

❖Kliknij, żeby posłuchać tekstu w interpretacji autora❖

Jednym z nielicznych przywilejów nadciągającego wieku średniego jest brak zdziwienia. Każdego dnia rozglądam się czujnie i stwierdzam, że coraz mniej spraw mnie zaskakuje. W sumie to miłe uczucie. W miejsce kryzysu późnego chłopięctwa pojawia się coś w rodzaju wzruszenia ramion i zaniku buntu wobec świata i jego wysiłków na rzecz kwestionowania kultury i rozumu. Coraz częściej odkrywam niedobory w kwestii zaskoczenia, choć zostało trochę miejsca na ironię losu. Ta zaś czasem wydłubuje mnie z wysokiej wieży i sporadycznie nakazuje popatrzeć, by zabrać głos. Wieża zaś, umocniona murem mniej lub bardziej rozumnych filmów i książek, chroni przed zgorzknieniem, choćby na skutek nostalgii i wspomnienia ideałów młodego humanisty. Ale ratuje też przed klasycznym syndromem wieku męskiego, czyli wdziewaniem trampek i rurek w pogoni za dwudziestolatkami.

          Wyzwolony z nakazu zdziwienia łagodnieję i mniej dyskutuję z telewizorem, gdy wmawia, że erekcja pozostawia wiele do życzenia. Przerzucam kanały w poszukiwaniu serialu "Ranczo", zanim dowiem się, że coś leży mi kłopotem równie wstydliwym jak brak magnezu w podrygiwaniu nie tego akurat, co jest na topie. Mimo wrzasku siebie wartych mediów "za" i mediów "przeciw", nie dziwi też rząd, demontujący kraj równie żałosny jak elektorat tegoż. Wzruszam ramionami, gdy traktuje pospolitą rzecz jak padlinę, którą wyczyści do białej kości.

          Coraz częściej udaje mi się nawet nie dziwić śmietnikowi w marketowym wózku, przypiętym przez Sebę i dawcę żucia jego, gdy napasieni przed otrzymaniem paragonu, poszli puszczać bąki. Z pokorą wrzucam do kosza folie po chipsach i nie przeklinam już grzybni, z której powstali. Zaraz potem nie dziwi mnie, że w pojemniku na plastik leżą szklane butelki i wysuszone kwiaty wraz z ziemią. Wszak trzy pojemniki to labirynt nie do przejścia dla suwerena zagubionego w w drodze do ekologii. Tu nie pomoże rysunek na burcie, a napis za długi. Powiem więcej: brak oczekiwania normalności wyzwala nie tylko z bezradnego zdziwienia, ale jest bardzo skutecznym antidotum na dolegliwości patriotyzmu. Coraz częściej przychodzą takie chwile, gdy poetą jestem i wiersz sobie piszę: a jechał pies Janusza i Grażynę jego, niech sczeźnie kraj ćwoka osranego.

          Gdy tak truchtem dobiegam pięćdziesiątki, widzę, że wokół mniej powodów do żalu, jeśli przyszłoby to życie zakończyć, by przejść przez opary absurdu ku wiadomemu światełku jasności. Na taką myśl przychodzi nawet błogość z odblaskiem ironii, która składa się na dosyć przyjemny dystans o smaku tequili i późnego lata. Czasem jednak to samopoczucie coś jeszcze nieoczekiwanie zburzy.

          Przyzwyczaiłem się do bycia podglądanym w sieci i od dawna akceptuję fakt, że po znalezieniu męskich butów sportowych, zaczynam dostawać propozycje zakupu leginsów dla biegaczek. Wciąż jednak napawa mnie małym zdziwieniem wysyp damskich sukienek letnich w proponowanych postach i stronach, które – jak mniemam – stają się skutkiem zamówienia kociej karmy. Choć koleżanka zza biurka ma inne zdanie. Widzi w tym skutek reklamy podprogowej. Od dawna twierdzi, że wieczory spędzam w peruce z warkoczami blond, a przed komputerem zasiadam w podomce i jasnoniebieskich figach w różowe chmurki oraz w cielistych podkolanówkach damskich. Sam sobie zatem jestem winien, wszak sieć widzi więcej i sugeruje pójście krok dalej. Zastanawia mnie, czy przypadkiem wielki brat nie zagląda w jej potrzeby postrzegania mojej osoby, a ja ponoszę tego konsekwencje w proponowanych postach. Przeglądając kosmate łydki w rzeczonych nylonach, z pewnością nie dziwiłbym się nawałowi sukienek w rozlicznych okienkach coraz większego brata Fejsbunia.

          Inny wielki brat sieci sprawił, że wreszcie zdziwiłem się poziomem własnej ignorancji. Robi wszystko, żeby uczynić moje życie znośnym, a ja pozostaje niewdzięcznikiem. Najpierw nasyłał na mój adres banki i kasy pożyczkowe, a nawet chyba dobroczynne, skoro oferowały pieniądze za nic. Nie pomogło, pozostałem nędznym synem marnotrawnym. Teraz nasyła na mnie wróżki, które w kolejnych mejlach chcą uczynić mnie szczęśliwym i spełnionym, bo nadszedł dla mnie okres czerwonej sfery. Nie wiem, co to znaczy, ale dawniej niejednokrotnie cieszyło mnie, gdy piękne dziewczyny, taki okres oznajmiały, czyniąc oddech stabilnym. Dziś, na podobną wieść od wróżki znajduję przycisk „usuń”. Jedna jest nawet uparta w temacie uszczęśliwienia. Diana przekonuje mnie po raz enty: Jacku, mam Ci do przekazania wspaniałe i miłe wieści… spełnienie w miłości, w rodzinie i w pracy; dobrobyt, szczęście, wygrane w lotto i w każdej innej grze, lecz nade wszystko prawdziwe szczęście, które nareszcie zagości w Twoim życiu. […] Dzięki temu, co mam zamiar Ci wyjawić, nareszcie dowiesz się jak odnieść sukces we wszystkich dziedzinach życia i stać się osobą powszechnie podziwianą: przez przyjaciół, znajomych i krewnych. 

           Sami rozumiecie, że to już są ciężkie działa przeciw ignorancji, nawet dla takiego gamonia minimalizmu jak ja, totalnie obojętnego na podobny wykrój szczęścia. Oto mam w zasięgu prawdziwą wróżkę z bajki – Dianę, gotową z niejednej dyni wyczarować audi Q7, a ja dalej swoje „nie”. Z uporem godnym ministra obrony, szoruję rondel w kuchni i nic, ani kroku ku prawdziwemu szczęściu. Medium Diana chce do tego audika dorzucić dużą bańkę albo trzy i to w jakiejkolwiek grze, a mi to lotto. Siedzę w tych nylonach, podomce, peruce blond i nic. Mógłbym za wygrane wynająć przynajmniej niedrogą obywatelkę Ukrainy, która uczyni mnie ciut szczęśliwszym, może nawet wybawiając od szorowania patelni, a dalej olewam kapitał Diany.

          Obawiam się, że moja ignorancja nie dorosła do miary czasów i jej niebosiężnego daru. Chyba, że przez resentymenty wolę swoje zadłużone M3 z PRL-u niż uczciwe dwieście pięćdziesiąt metrów w nowobogackich zasiekach. Czy rzeczywiście, z pasją godną lepszej sprawy, wolę dygać na czwarte z siatami niż mieszkać na tropikalnej wyspie, gdzie jawą stają się drinki z palemką, ustawione na ciemnych pośladkach miejscowej Lukrecji? A może ja jestem jednak tutejszy masochista polski i w samoudręczeniu z tytułu posiadania normalnej rodziny i godziwej pracy spełniam się bardziej niż w wizji cudowności z pakietu korpo Diany? Spokojnie, to tylko ostrożność. Dobrze wiem, że w jej zapowiedzi szczęścia osoby powszechnie podziwianej przez przyjaciół, znajomych i krewnych… kryje się palenie żywcem na stosie zazdrości, łamanie kołem zawiści i krzyżowanie na wzgórzu hejtu!

               Tylko dlaczego jasnowidząca nie widzi jasno – jeśli już używa mojego imienia – że należę do gorszego sortu i nie zasługuję. Mordę mam zdradziecką i z tej prostej przyczyny nie mogę robić za muchę na lep. Po co wymusza poziom mojej kompatybilności z czterdziestoprocentowym fanpejdżem podeściku lub drabinki, któremu da się wcisnąć każdy skecz? Jeśli Diana łapie moje IP z portali dla używających rozumu, powinna widzieć jasno, że nie znajdzie tu materiału na robienie megagłupa. Wiem, wiem, jestem adresem IP nie tyle myślącym, co nieobwarowanym milionem zapór ciasteczkowych. Przeszkodą na drodze do zdobycia danych, ale może to i lepiej, bo skąd mam wziąć inny bastion zdziwienia wobec banalnej przyczepności szczęścia w tej fortyfikacji rodzimego absurdu?
Print Friendly and PDF