czwartek, 23 lipca 2026

Pocztówka z wakacji z filmoteką w tle

Nieco zmarznięta, ale bardzo miła pani powitała nas w progu Baszty Kłodzkiej. Mimo gorąca na zewnątrz, skarżyła się na chłód w poszukiwaniu polaru za sobą. Sprzedała bilety łączone na dwie baszty i przejście podziemne. Tym samym po chwili wspinaczki mogliśmy cieszyć oczy perspektywą miasteczka i pstrykać turystyczne fotki, które z czasem, jak większość z nas, coraz rzadziej będę oglądał. Gdy na powrót osiągnęliśmy wysokość chodnika, pani sprzedająca bilety, wskazała najlepsze kierunki zwiedzania, obierając za azymut zabytkowy pręgierz, odwieczne narzędzie troski o moralność, bardzo modny rekwizyt w obrębie Kotliny Kłodzkiej, który i tu mógł wyznaczyć środek starego miasta, podobnie jak pobliski ratusz. 


„A tu w Bystrzycy kręcili Czterech pancernych i film Kutza Nikt nie woła”. Głos dumnego z siebie dziadusia wybrzmiał zza pleców w kierunku pani sprzedającej bilety. Żona prosi o przypomnienie filmu. Testuję pamięć bez użycia smartfona. W głowie otwiera się kilka szufladek: ziemie odzyskane, czarno-biały, rok chyba 1960, twarze aktorów? Henryk Boukołowski jako chłopak o dziwnym imieniu, Gabryś? Rożek? Bożek, tak! Aleksander Fogiel, jako burmistrz włóczęga z wędką na moście? Tragicznie zmarła Zofia Marcinkowska i Barbara Kraftówna, jako kobieta prowadząca fabryczkę wódek czy likierów? Bohater ucieka przed sądem podziemnej armii. Szuka tu zapomnienia i samotności, blokuje go strach i nowa miłość. Zakochuje się w bohaterce z melancholijną twarzą Marcinkowskiej, która krótko potem sama popełni samobójstwo, podobno właśnie z miłości. 

Tyle pamiętam z filmu, tyle opowiadam. A Czterej pancerni? Nie mam pojęcia, jaki odcinek kręcono akurat tutaj. Przecież nie ostatni, w którym ginie kapitan Pawłow. Tamte sceny, to Twierdza Kłodzko, ale ten turystyczny torcik zostawimy sobie na później. Zaraz zaraz, a Hłasko? Knajpiana scena z filmu Petelskich Baza ludzi umarłych? Gdy Orsaczek (Roman Kłosowski) i Apostoł (Aleksander Fogiel)  wchodzą z wielkim kołem i dają zapas na numerek. Hłasko czerpał przecież inspirację z pracy kierowcy w Bystrzycy Kłodzkiej. Wszystko to pasuje do scenerii miasta. Koniecznie trzeba to sprawdzić, ale przed nami Brama Wodna i zakręt, przejście na ulicę Podmiejską. Trudno powstrzymać, znowu barwnie, malowniczo, jakby wspomnienie filmu przeniosło w połowę poprzedniego wieku. 

W dalszej perspektywie dawny kościół ewangelicki, odróżniający się klasycystyczną bryłą i o dziwo nie wypalony i nie przerobiony na knajpę, co nie jest rzadkością na tych ziemiach. Mam nadzieję na wejście do środka, ale tu zmyłka. Wewnątrz już tylko muzeum filumenistyczne. Zapomniane słowo dźwięczy gdzieś w głowie, nawet blisko filatelistyki i nie daje spokoju. Nie wytrzymuję, zaglądam do telefonu. No tak! Pudełka od zapałek, chowam sprzęt do kieszeni. Na majonezy i etykietki zapałczane pieniędzy wydawać nie będzie, pociągnęło mi przez głowę wariacją cytatu filmowego z Siekierezady, ale tu można poklepać kamień pręgierza i opuścić Mały Rynek. 

Teraz kościół św. Michała Archanioła, który wieżą i żółcią przyciągał uwagę jeszcze przed wjazdem do Bystrzycy. Bryła piękna, gotycko-romańska i tej oberwało się od Husytów w swoim czasie. Już czuję w wyobraźni zapach wielowiekowego „namodlenia”, jak mawiała Michałowa, gospodyni proboszcza z serialu Ranczo. A tu cyk i kolejna zmyłka, kościół zamknięty na głucho. I to jest fenomen czasu i miejsca. W jakimkolwiek niewielkim mieście kotliny bym nie był, do kościołów wstęp wzbroniony. Co łaskawszy proboszcz zostawi otwarty przedsionek, z solidnie kutą kratą i wsadź sobie obiektyw między pręty, a w domu powiększ, żeby zobaczyć coś widział. Od biedy wciągnij chrapami, jak kobyła starego Więcka, zapach wieków namodlenia przez stal i tyle wrażeń. Tu przychodzi kolejny cytat, tym razem z Pułkownika Kwiatkowskiego, też filmu Kutza: „Obywatelska Milicja barykaduje się przed obywatelami, tak?!”, który natychmiast przerabiam na potrzeby chwili: „Kościół katolicki zamyka się przed katolikami, co?”. 

Niepocieszony uznaję, że pora odnaleźć miejsce ulżenia fizjologii. W tym wymiarze turysta nie ma łatwo, szczególnie ten kochający małe miasteczka. Samorządy traktują go z buta na trzy sposoby. Pierwszy to kierunkowskazy do najbliższej toalety, gdzie docierasz bez trudu z nadzieją ulgi, ale możesz tylko poszarpać klamkę drzwi zamkniętych na głucho, bez najmniejszej informacji. W niektórych skupiskach zabytków przeczytasz rzeczową tablicę "szalet miejski czynny jest do 10.00 do 16.00, a w soboty i niedziele nieczynny". Drugi sposób na turystę, to „klamka może zadziała jak wrzucisz piątaka”. Znacie współczesnego turystę, który poza kartą płatniczą i zegarkiem z opcją, nosi brzęczący trzos piątaków? Radbym go poznać. Trzecim sposobem zapewne byłoby załatwienie sprawy na wzór lokalsów z miękką twarzą, mijanych tu i tam, którzy bynajmniej nie poszukują restauracji, ale bez krępacji leją we wrota najbliższej piwniczki i tak przecież zasypanej bytnością pokoleń.

Ale oto ratunek: duży punkt informacji turystycznej. Z zapałem Maksia z Seksmisji ruszyłem w nadziei znalezienia jakiejś cywilizacji. I zonk! Przemiła pani dysponowała głównie najnowszą mapą miasta. Omówiła precyzyjnie co widzieliśmy, co wypada jeszcze zobaczyć i jak trafić na Górę Parkową z piękną panoramą miasta z jednej strony, z drugiej zaś z widokiem na Góry Bystrzyckie i masyw Śnieżnika. Na pytanie o toaletę uznała, że po drodze jedna będzie. Najpierw schodkami w dół tam na wprost świetna piekarnia i cukiernia z lodami i bardzo dobrą kawą, stolikami i upragnioną wygódką. 

W pędzie szybkie fotki ratusza, odbudowanego w XIX wieku na wzór renesansu florenckiego, więc bryła nadto kusząca dla obiektywu. Piekarnia okazała się oazą współczesności, czystości, wypełnioną zapachami ciast, kawy i chleba. Tym razem reklama była nie tylko przykrywką nepotyzmu. Znalazł się  taras, a za nim piękny most kolejowy na Nysie Kłodzkiej. Natychmiast uwiódł mnie kamienną konstrukcją, jakby mówił: luz, siku za tobą, odetchnij chwilę radością dla oczu sprzed dwóch wieków, a póki co uruchom refleksję. 

To jest piękne w małych miasteczkach Dolnego Śląska, że wszystko, co malownicze znaleźć można w ciasnych uliczkach, pomyślałem zerkając w górę. Są kręte, strome, często zapomniane przez administrację, ale nie przez żywioły. Kamienice, domki tkwią jak podoklejane niewprawną ręką. W każdy zaułek, z górki lub pod górkę, powtykane bramy, przejścia, tarasy, strome schodki, prowadzące na drugą stronę, by odsłonić malowniczą perspektywę lub zamknąć wrażenia ślepą ścianą. Drewniane poręcze w klatkach, wypuszczających w upał tchnienie stęchlizny, wilgoci i ponurej egzystencji albo zapach smażenia mielonych i gotowania krupniku. Piękno zużytych schodów, nieznających remontu, odgłosy pijaństwa, kłótni i poleceń przeplatanych białym wierszem wiązanek, odległych lata świetlne od czułości. Głosy nikczemnego, wulgarnego egzystowania w połączeniu ze strojami dobieranymi z drugiej albo trzeciej ręki, pozwalają bez trudu odróżnić lokalsów od turystów. Do tego henna kobiet, ciągana ciężką kreską, szampony koloryzujące i leginsy w panterkę. Może i przewrotnie, ale współgra to jakoś z powagą wieków wpisaną w architekturę. 

piątek, 10 lipca 2026

Trudy wyboru

Wsunąłem szybko prawy but, jakby nadal mi się spieszyło, choć z pracy wyszedłem dobre dwie godziny temu. Nienawidzę zakupów, natarczywości obsługi, mierzenia, decyzji, wyprzedaży i aplikacji. Zawahałem się przez moment, czy mierzyć lewy. W zasadzie nie było potrzeby, skoro prawy dobry, nic nie zawiedzie. Sprzedawczyni ciągle nie wracała za ladę. Bez skutku zmagała się z niezdecydowaną klientką. Ta zaś w lewej dłoni trzymała szary sandał, prawą z czarnym wskazywała inny na półce, a na stopie miała coś w kolorze bordo. Zawahałem się. Poczułem, że but wąski, więc może jednak trzeba sięgnąć po lewy? Tak na wszelki wypadek przymierzyć, skoro nawet proboszcz żeński chór prowadzi na wszelki wypadek. 

W dwóch skokach i w dwóch różnych butach targnąłem się na ladę z otwartym pudełkiem na blacie. Po chwili usłyszałem za plecami głos ekspedientki: „dziękuję, że sam się pan obsłużył”. Odwróciłem się i zobaczyłem uśmiech pod dużymi okularami i dłonie rozłożone w geście bezradności, ze wskazaniem głowy na pochyloną kobietę. 

Nie było mowy o pomyłce, lewy mokasyn co prawda ciaśniej ujął stopę, ale pewnie nikt go dotąd nie mierzył. Ważne, że długością nie zawiódł. W oczekiwaniu na sympatyczną okularnicę ustawiłem buty przy kasie. Ciągle słuchała dylematów z cyklu: „no i nie wiem, które bardziej pasują do sukienki”. Teraz dostrzegła moje oczekiwanie: 

- Mogą być? Pakować? - Podbiegła radośnie, uwolniona od niezdecydowanej.

- Oczywiście. Biorę brązowe. Do mojej sukienki będą pasowały. – Spojrzałem wymownie na jedyną tu klientkę.

- Super. Dwa lata gwarancji. Dodać impregnat?

- Dziękuję, znoszę szybciej. Strasznie zdeptuję, choć brązową sukienkę mam tylko jedną. - Uśmiechnąłem się, bo pani za kontuarem tak naturalnie budziła sympatię.

- Bez obaw, będą pasowały też do beżowej, a od biedy do żółtej i nawet écru. 

Sprzedawczyni podjęła żart, ale po chwili rozejrzała się po sklepie, jakby chciała powierzyć jakąś tajemnicę. Uznała, że pańcia tańcząca swoją salsę na melodię „no i nie wiem które”, chwilowo znalazła się zbyt blisko, więc ściszyła głos: 

- Pan sobie żartuje, a ja naprawdę mam klienta, który szpilki kupuje. Serio. Regularnie.

- Może dla żony? – Sprowokowałem dalszą opowieść.

- A widział pan żonę, która pośle chłopa samego po szpilki? Takich butów nie kupuje się co sezon. Przeciętny facet, nie oszukujmy się, laczków pod prysznic sobie nie kupi, a co dopiero wyjściowe buty żonie. Po waciki strach posłać… dla normalnego wszystkie szpilki przecież takie same, przynajmniej na półce.



- To macie w ofercie szpilki męskie? Może to influencer modowy?  

- Taki konus? I dla kogo niby ta moda? Mówię panu, z metra cięty, wzrost siedzącego doga, a rozmiar czterdzieści jeden. Ostatni damski rozmiar, jaki można tu dostać.

- Ciekawe, czemu w internecie sobie nie kupi? Może szuka zachwytu w pani oczach?


- A wie pan jaki gabaryt musiałaby mieć jego żona przy takim rozmiarze buta? 

 Zignorowała podpuchę, jakby koniecznie musiała podzielić się wrażeniem do końca, zanim zapakuje każdy z mokasynów w osobny woreczek i zapłacę.

- Domyślam się. Przynajmniej stringów jej nie skroi.

- Zapakować w siatkę, czy pudełko wystarczy? – Pochyliła nisko głowę kryjąc rozbawienie i lekko się zaczerwieniła.

- Pudełko poproszę. Ale on, ten dziwny klient, wygląda na takiego, co jeszcze nie  zdecydował się na ostateczną płeć? Czy tuning mu nie przypasował i próbuje wrócić do ustawień fabrycznych?

- Sama nie wiem. Normalnie raczej wygląda. Może w Królową i  aktora Seweryna się zapatrzył? Pozazdrościł znaczy, choć to nikczemna kopia.  

- E, jako drag queen raczej w sukni by do pani przypłynął. 

- A on tylko z brodą wymuskaną, czarną, elegancki inaczej, wie pan - puściła oko -  świat dawno stanął na głowie i tyłka szuka. O! tylko paznokcie ma zawsze pomalowane, wszystkie.

- U nóg też? 

- Nie wiem, na skarpety mierzy, białe. Tak czy owak smacznie to nie wygląda. A ja muszę zachować powagę, uśmiechać się i jeszcze czyścidełko proponować. Karta czy gotówka?

- Ryzyko zawodowe. Karta niech będzie.

- A ja wezmę te bordowe sandałki, wie pani? Akurat mam sporo spodni, do których będą pasowały. 

Niezdecydowana inaczej obwieściła wybór za moimi plecami.

sobota, 27 czerwca 2026

Ich troje, ojciec i coś jeszcze

Prawdę mówiąc nigdy nie przepadałem za prozą pisaną przez kobiety. Unikam takich lektur z dosyć prostego powodu: nadmiernie ciągnie z nich perspektywą właśnie kobiecą. Nie dla mnie babranie się w emocjach, urazach, relacjach rodzinnych, chorobach, rozdrapywanie tęsknot do miłości spełnionej i idealnej. Ale też ściek niespełnień, marzeń, porzuceń, pragnień samorealizacji, niech rozpływają się w tym psiapsi czytelniczki oczekujące na odlot, choćby z lotniska. Męskiemu czytelnikowi (a nie wszyscy wyginęli zaraz po mamutach) taka proza kojarzy się jedynie z tanią jatką wzruszeń wszelkich, często ubliżających zdrowemu rozsądkowi i doświadczeniu.


    Zanim pojawi się wśród Was siostrzany oskarżyciel posiłkowy w sprawie mojej mizoginii, nadmienię, że często wyzywam na uklepaną glebę własne stereotypy czytelnicze i próbuję nimi potrząsnąć. Podobnie było tym razem. Ledwie zamknąłem (z pewną ulgą, bo rzecz przereklamowana) Życie zewnętrzne Annie Ernaux, przypomniałem sobie, że dawno nie rzucałem okiem między okładki książek Zyty Rudzkiej, której produkcje dotąd budująco odstawały od literackich przedsięwzięć większości pań. Już na starcie, nie miałem wątpliwości. Z okładki krzyknął tytuł: Tylko durnie żyją do końca. Mocne? A jakże! Żal przejść obok i nie zajrzeć do środka. Przypadek sprawił, że otworzyłem rzecz na stronie 46. i przeczytałem: Człowiek to bydle, nasz bimber tego nie zmieni, ale potrafi ładnie zamaskować. Po naszej pigwie żadna tam pijacka czkawka. Bardziej się tylko w samotność wpada. No co zrobić, z samotnością trudno się i na trzeźwo mocować. To i po bimbrze człowiek robi się sam dla siebie przyciężki.
        
    Bydląt ludzkich wkoło coraz więcej, fakt, o człowieka coraz trudniej, że przywołam klasyka, a klimaty wiejskie i małomiasteczkowe chodzą za mną od czytelniczego przedszkola. Zabrałem powieść ze sobą. Przed dłuższy czas nie mogłem się od niej oderwać. Co za język! Twardo, krótko i na temat. Jaki słuch! Konstrukcja sprytna, bo przecież to powieść, a czyta się jak zbiór opowiadań połączony kilkoma postaciami. Fabuła minimalistyczna, rwana, stosowna do czasu, miejsca i kreacji bohaterów.

  Idealny świat zadupia, z psami, które szwędają się gdzie i jak chcą, choć zawsze w pobliżu ludzi. Z Elvisem - knurem znajdą, najsympatyczniejszym i tragicznym bez wątpienia bohaterem, bezpardonowo uwalającym się tu i tam. Są też kury, które znoszą jaja jak pięść, ale w różnych miejscach, a nie spełniłyby swojej roli, gdyby nie kogut, którego gniecie starość, choć kokoszkom nadal nie odpuszcza. Na widok siekiery w ludzkiej dłoni umyka jak młodzieniec, choć wzrok już nie ten i nie odróżnia pochwyconego kołka od styliska śmiercionośnego narzędzia. 

  Mało uroczy i niezachęcający do wizyt to bałagan, w którym nic nie ma swojego miejsca. Istnieje jakby na złość światu stawiającemu nieustannie jakieś cele, choć pędzącemu donikąd i po nic. Dopełnia go trójka bohaterów oryginalnych i bardzo ludzkich: Lida, uciekinierka z wielkiego miasta, a obecnie nauczycielka wuefu w wiejskiej szkole. Ziut, zmęczony życiem hydraulik, małomówny i po udarze oraz Roch, geodeta posiadający idealną recepturę na bimber z pigwy. Ta ostatnia zaś chętnie owocuje w zasięgu rąk, jakby odkryła proste powołanie: ulżyć doli i niedoli samotników pokiereszowanych przez los. Swoisty mikroświat, przesycony zgodą na to co jest, nienachalnym, ale mocnym biologizmem i brakiem dążeń, rządzi się własnym bezprawiem, pozbawiony sztywnych regulacji, z wyraźnym cieniem przeszłości i niełatwych doświadczeń.  

    Trójcę niekoniecznie świętą (szczegóły zostawiam ciekawym) nawiedzają przeróżni życiowi rozbitkowie. To dzięki nim przekonujemy się do Lidy i nieco łatwiej możemy próbować zrozumieć jej chropawość. Kobieta z pewnością nie należy do wiotkich i aksamitnych postaci, ale Zyta Rudzka zdaje się z niekłamaną pasją rzeźbi grubo ciosane baby. Od razu ciśnie się na myśl choćby fryzjerka Wera z powieści Ten się śmieje, kto ma zęby. Lida także nie budzi czułości ani chęci przytulenia. Jest zdystansowana, oschła, nawet prostacka. Z nikim się nie brata, nie próbuje wkupić się w łaski lokalsów, a w szkole najchętniej przesiaduje w kantorku przy sali gimnastycznej, wśród śmierdzących stęchlizną materaców. Ale ma pasje: pływanie w rzece i szaloną jazdę motocyklem, jakby próbowała nim uciec przed sobą, choć zawsze wraca do punktu wyjścia. 
    Szczególnie częstym i dosyć uciążliwym gościem bywa dla całej trójki ojciec Lidy. Emerytowany adwokat od rozwodów i alimentów, któremu nie wszystko się udało. Wpada kiedy chce, wypada, kiedy przyjdzie na to ochota. Samotny, rozczarowany postawą życiową córki, do której przecież lgnie. Zawiesiłem się na tej postaci i nie wiem, co myśleć o zderzeniu tak różnych osobowości? Miłość połamana, połączenie obcości i bliskości w relacji najbliższych sobie osób. Ojciec i córka są jak bieguny magnesu, przyciągają się albo odpychają, zależnie od układu, jaki na chwilę wypadnie. Relacje z rodzicem zaciemniają czytelności uczuć. Za dużo tu niedomówień, a swoista przepychanka słowna zdaje się być jedyną dopuszczalną formą komunikacji. Motyw przywodzi na myśl inną powieść autorki, Tkanki miękkie, z tym, że tutaj, postać ojca od początku jest zapowiedzią czegoś nieuchronnego, trochę jak przysłowiowa strzelba zawieszona na ścianie w pierwszym akcie dramatu. Tym razem jednak, nawet jeśli wypali, to bez patosu i z hukiem godnym kapiszona w odpustowym pistolecie ministranta.

  Piękna to powieść, esencjonalna i ujmująco skąpa w formie. Przyprawiona błyskotliwym poczuciem humoru. Zjadliwa, ale w ironii zachowująca umiar i proporcje. Tyle treści w prostocie ujęcia, kawał mięcha egzystencji oddalonej od chwilowych mód i trendów życia społecznego. Czytałem w prawdziwą radością, a towarzyszyło poczucie płynięcia pod prąd współczesności i trwania w tym, co najważniejsze. 

  Bardzo niewiele piszę na tych łamach o lekturach, fakt, pewnie i dziś bym tego nie robił, pozostawiając kilka zdań ku pamięci w dzienniku. A tymczasem dowiedziałem się, że powieść Zyty Rudzkiej została nominowana do Literackiej Nagrody Europy Środkowej ANGELUS. Wielka radość i spora dawka pewności, że to literatura trzymająca właściwy poziom. Uniwersalna, czytelna ponad podziałami, przemawiająca do wielu i każdego z osobna. Ale też pozostaje z czytelnikiem na dłużej, co wcale nie jest częste, zważywszy na nadmiar treści i form, jaki towarzyszy nam każdego dnia. 


Print Friendly and PDF