piątek, 18 września 2026

Dlaczego nie kupuję nowej "Lalki"?

Najprościej byłoby stwierdzić: nie znoszę odgrzewanych kotletów. A co dopiero kotletów odsmażanych w nadmiarze. Od wielu miesięcy, zanim produkcje „Lalki” zbliżyły się do ekranu, sieć siała fotosami nie dając zapomnieć twarzy dwóch nowych Wokulskich. Na przemian żenują najbardziej wzięci aktorzy. Przebrany w kostium z epoki Dorociński Marcin (a temu żadna charakteryzacja nie pomoże w zamaskowaniu wizerunku zblazowanego wychowawcy z poprawczaka) oraz wbity w szerszy fraczek Tomasz Schuchardt (o powierzchowności ojca kierowcy, z przylepionym do wargi petem i w podkoszulku do bicia żony). Nawet kaprawemu oku trudno zobaczyć w Tomaszu kupca i to szlacheckiego pochodzenia. Przesyt medialny tych wizerunków prowadzi do mdłości, ale ciągle jakby mało, więc raczy się potencjalnego klienta twarzą Sandry Drzymalskiej, której subtelność kojarzy się raczej z sutereną niż z domem arystokracji. Buźka Kamili Urzędowskiej przywodzi na myśl raczej kicz lalki porcelanowej z kredensu niż twarz kobiety z obiegiem krwi błękitnej. Ale jakie to ma znaczenie, gdy trwa nakręcanie potencjalnego widza i zapowiada  się dym mniej lub bardziej sensownych dyskusji. Chyba za długo już żyję, żeby nie wiedzieć, że wszystko to ma nakręcić znaczącą kasę, a że na chucpie? Cóż lepiej sprzeda się w kartoflanym raju?
 
    Pozostając w obrębie metaforyki kuchennej, można powiedzieć, że serwuje się widzowi naraz film i serial, jak dwa podobne dania drugie, bez szansy na zupy i przystawki. To tak, jakby wrzucić na jedną patelnię te same stare kotlety babci Malwinki, z tym, że ciocia Helenka część za chwilę poleje sosem curry, a ciocia Lusia kokosowo-imbirowym. I obie zachwalać będą nowe dania, choć wyczujemy w nich smaczek przydługiej inkubacji i fakt, że zwyczajnie ciągną lodówą. Tymczasem ciocie pochylone nad blatem wypatrywać będą zachwytu i aplauzu.

    Moda jednak nastała na przeróżne próby opowiedzenia od nowa, z ducha „znacie? to posłuchajcie i zapłaćcie raz jeszcze” i nikt nie pyta o sens. Dało się pokazać animowanych „Chłopów” z sukcesem i zajefajną muzą? Niektórzy uznali to nawet za nowość (choć tu oddajmy przynajmniej szacunek nowatorskiej formie) Czemu nie pójść dalej? Tym bardziej, że powieść Prusa najważniejszą polską jest i basta. I nikt nie napisał „Lalki” na miarę XX wieku, choć cała krytyka literacka jęczała w ostatnich dekadach poprzedniego stulecia i rozlewała łzy nad brakiem tak wiekopomnego dzieła na miarę naszego czasu. Tyle że filmowe wersje były wystarczająco nośne i pełne. Najpierw Wojciech Jerzy Has wcielił Mariusza Dmochowskiego w rolę Stanisława Wokulskiego w 1968 roku, później Ryszard Ber zrealizował serial w 1977r. z genialnym Jerzym Kamasem w roli warszawskiego kupca. Możemy zatem tylko przypuszczać, że twórcy dwudziestopierwszowiecznych wersji filmu i serialu, obstawiają wysoko niewiedzę i zaślepienie pokoleń od późnych X-ów przez Zetki i Igreki aż do Alf. Wcisną z odpowiednią siłą „produkt lalkopodobny”, przerobiony na miarę aktualnych prędkości, zmian obyczajowych, mód politycznych i społecznych, puszczając zaropiałe ignorancją oko tak do widza, jak do oryginału powieści.

Nie sądziłem, że będę miał ochotę o tym pisać, pierwotnie uznając, że szkoda psuć klawisze na chwyty pseudoartystyczne tego typu. Nie zamierzałem z kilku powodów. Uznałem przede wszystkim, że nie będę się wypowiadał, żeby nie dołączyć do hurmy poruszonych pozornym wydarzeniem, zarówno tych „na tak”, jak i rzeszy ustawionych „na nie”. Takie wzloty naciąganego przedsięwzięcia nie budują kultury tego narodu, wywołują jedynie gównoburzę na chwilę, gdyż są wynikiem manipulacji marketingowych, podszytych pozorem przybliżania klasyki ludowi. A jak mawia prawa strona sceny politycznej i jej czołowy bulterier: „ciemny lud wszystko kupi”. Ale nie chciałem zabierać głosu także ze względu na brak obiektywizmu, no i skoro nie chcę oglądać, to czemu mam się wypowiadać? Ostatecznie uznałem, że należy napisać coś nie tyle o tym, jak to jest zrobione, co raczej po co się robi. Zwłaszcza, że są mądrzejsi ode mnie, którzy wypunktują bezpośrednie słabości realizacji po rzetelnym obejrzeniu. I tu już bardzo szybko z pomocą przyszedł post pisarza Jerzego Sosnowskiego. Na temat serialu Pawła Maślony przeczytałem niemal na gorąco (FB w dniu 17 września 2026):

scenariusz robi wrażenie, że napisał go jakiś zarozumiały licealista, który trochę wie o przeszłości (film jest w końcu kostiumowy, a dekoracje starają się realistycznie oddać epokę), a czego nie wie, to sobie dośpiewał, niczego już w źródłach czy ikonografii nie sprawdzając. Na przykład: czy Orzeszkowa mogła rezydować wtedy w Warszawie (Konopnicka owszem, a pomylenie ich to licealna klasyka), albo jakie jest prawdopodobieństwo znalezienia się wówczas na balu kobiety w ciąży (żadne). 
Ale o to nawet mniejsza (choć tego rodzaju wpadki drażnią mnie w filmach, których akcja toczy się w jasno określonym momencie dziejów – a na ekranie mamy w pewnej chwili datę „13 maja 1878”). Gorsze jest co innego. Otóż ja naprawdę jestem w stanie zrozumieć chęć nakręcenia serialu o feministce z drugiej połowy XIX wieku, którą stara się usidlić aferzysta-łajdak, marzący o awansie społecznym. Tylko po co używać nazwisk bohaterów wielkiej polskiej powieści (wiadomo po co: ze względów marketingowych)? I po co aferzyście ten awans, skoro (znów pojawia się problem researchu) wszyscy zachowują się jak lumpy, rzucają k..ami i chu…jami, co zaciera jakąkolwiek różnicę w sposobie zachowania ludu i arystokracji? 
Gdybyż to jeszcze miało wdzięk (nie ma), wewnętrzną logikę (brak), albo zachwycało grą aktorską[…]. Niestety w sumie przypomina to jednak amatorskie przedstawienie w kostiumach z wypożyczalni, do którego wykorzystano ponurą muzykę, żeby „zrobić nastrój”. I nie chodzi mi o brutalną niewierność powieści, tylko o to, że zamiast niej daje mi się jakiś ordynarny komiks.
 
Wygląda na to, że intuicja, wsparta niechęcią do udawania nowych adaptacji klasyki, powstrzymuje mnie słusznie jako odbiorcę. Choć zapewne zaraz pojawi się milion pięćset opinii widzów zachwyconych stawianiem świata Prusa na głowie. Bo przecież nie chodziło o kolejne przenoszenie oryginału, tylko dyskusję z tymże, choćby na potrzeby troglodyty, biegnącego przez intelektualny step z ajfonem w dłoni, któremu wiecznie za mało rozrywki. Zwłaszcza, że nienawidzi szkolnych lektur nie tylko dlatego, że ich nie czytał, ale że z ich powodu bywał nieraz porządnie kopnięty w wybujałe ego.
  
Nie wiemy jeszcze, co wyjdzie z kinowej wersji w reżyserii Macieja Kowalskiego. Jego „dzieło” zmierzy się z widzem z końcem września. Jednak efekt zestawienia Pawła Maślony z Netflixem nie mógł dać dobrych rezultatów z założenia. Z jednej strony płaskie zabiegi szokowania nauczycielek polskiego, nawykłych do nauczania świętej klasyki i w duchu zmagania romantyzmu z pozytywizmem, z drugiej zasilanie mody na feminizm, do tego walka o kasę i poprawność polityczną (aż żal, że producent nie wymusił czarnoskórego Rzeckiego). Koniec końców produkt najwyraźniej nie przyniesie chwały polskiemu kinu. Nie ubrązowi zdolnego skądinąd reżysera (że przywołam świetny film „Kos”, z równie świetnymi Braciakiem i Więckiewiczem), chyba, że plamami kału, którego spore dawki chlusną po sieci i nie tylko w reżysera Pawełka. Po co zatem przyprawiać gombrowiczowską gębę akurat „Lalce”? I po co czyni się z niej coś, co raczej powinno nosić tytuł (też znajdujący odniesienie w powieści) „Lalki rozpruwanie tępym scyzorykiem”? Wówczas można byłoby mówić o daleko posuniętej adaptacji na miarę czasów, a może nawet o satyrze historycznej a’la serial „1670”.

    Odpowiedź na powyżej postawione kwestie niemal trąca o banał. Kto dziś łączy nazwisko reżysera z tytułem? Gdyby Maślona próbował realizować kino autorskie pod własną nazwą, prawdopodobnie latami czekałby na znalezienie producenta, zatwierdzenie scenariusza, kołowanie funduszy, a efekt? Uznanie na kilku festiwalach, trochę projekcji w kinach studyjnych i miękkie lądowanie w niszowych kanałach telewizyjnych po latach. Za dużo zachodu jak na epokę, w której wszystko musi gnać, być teraz, natychmiast i nieważne co mówią, byle tytułu nie przekręcali. Ten zaś, dzięki przypadkom starego Prusa, każdy pamięta, chce czy nie. I ma szansę odrobić lekcje z polskiego, choćby po dekadach, a przy tym solidnie wyżyć się na nieprzepracowanych szkolnych porażkach. Recepta na kasę w połączeniu z manipulacją gawiedzi jest równie obrzydliwa, co bardzo skuteczna jak widać. To jeszcze jeden dowód na to, że wszystko da się przeliczyć na pieniądze. I tylko niesmak zostaje. Nawet nie z powodu wycierania pyska po kebsie narodową klasyką, ale z powodu przyzwolenia tzw. elit kultury i radości ignoranta, który łyknie każde badziewie dla chwili rechotu.

niedziela, 16 sierpnia 2026

Powtórki z nienawiści


Opowiadania Stanisława Srokowskiego wpisałem na listę prywatnych lektur dziesięć lat temu, gdy do kin wchodził Wołyń Smarzowskiego. O ile pamiętam z ciekawości, na ile reżyser rzeczywiście wykorzystał nieznaną mi wcześniej książkę. Temat historii rzezi na ówczesnych polskich kresach uznawałem za wystarczająco omówiony i jakoś skutecznie omijałem Nienawiść. Może uznałem, że zbyt głośno o tym było i jest, a może zawsze coś pilniejszego do przeczytania lądowało na biurku? Aż do teraz, gdy okazało się, że mam dostęp do audiobooka tych opowiadań. Wsłuchiwałem się uważnie w historie epatujące drapieżnym mordem, scenami niewyobrażalnej przemocy. Z trudem, ale i konsekwencją brnąłem przez upiorne doniesienia ze świata niewymownie irracjonalnego gniewu, bezradności, cierpienia i przerażenia, którego nie sposób sobie dziś uzmysłowić. 

Lektura nie tylko nie pozostawia obojętnym, ale też mnoży pytania o granice bestialstwa cywilizacji budowanej przez tyle stuleci. Przecinanie ludzi zardzewiałą piłą na pół, rozwlekanie wnętrzności, przybijanie ofiar do drzew na wzór krzyżowania, ucinanie języków, uszu, rozłupywanie głów siekierami, wywlekanie płodów z brzuchów matek widłami, roztrzaskiwanie główek dzieci o polne i przydrożne kamienie lub zwyczajnie o ścianę, to nie dzieje się wśród mitycznych dzikich ludów, a w kulturze judeochrześcijańskiej, która nie ma nic do powiedzenia po stuleciach jej zakorzeniania. A przy tym radość oszalałych z nienawiści oprawców, często uchlanych, brudnych i śmierdzących. Nie ma mowy nawet o zezwierzęceniu, bo w naturze nie ma zwierząt upajających się własnym okrucieństwem, dających upust uczuciu, którego inne ssaki zwyczajnie nie znają. Kierują się jedynie instynktem, a zabijają z głodu albo w obliczu zagrożenia, zaskoczone, i wówczas w obronie koniecznej.

Im więcej okrucieństwa, relacjonowanego na chłodno w prozie Srokowskiego, tym więcej poczucia bezradności w czytelniku, ale też pytań: dlaczego tak? Jeśli tamci Ukraińcy, bez wątpienia zaczadzeni prostacką ideologią, nakręcali się do walki rzekomo powstańczej, jeśli występowali przeciwko własnym sąsiadom, polskim, żydowskim, ormiańskim, a także ukraińskim, którzy nie podzielili szaleństwa nacjonalizmu, czemu zwyczajnie do nich nie strzelali? Czemu nie powiesili, nie otruli, tylko prześcigali się w pomysłach najokrutniejszych? Jak będąc dziś pomocnym i uczciwym sąsiadem, widząc Ukrainkę, rodaczkę, ale żonę Polaka, którego wczoraj się wspierało, można jutro ją zabić bez wahania, otoczywszy stekiem wyzwisk? Uprzednio poniżając i znęcając się nad ukochanym mężem na jej oczach i to w sposób, którego nie przynoszą najczarniejsze sny? Próbuję to racjonalizować. Może z nienawiści do poniżenia serwowanego metodycznie przez kresową polskość? Tamtejsi Polacy być może nie pozostali bez winy dyskryminując ówczesnych Ukraińców, nierówno ich traktując, ograniczając możliwości zdobycia wykształcenia i lepszej pracy? Może to strach zbudował okrucieństwo? Jeśli w tej bandzie nie będę godnym katem, za chwilę stanę się ofiarą własnych pobratymców. Wyłamałeś się to giń jak oni albo zarzynaj jak swój.

Nienawiść bywa równie irracjonalna, co okrutna. Umiejętnie podżegana nie dopuszcza do siebie refleksji, gdy jej miejsce wypełnia mieszanina gniewu i lęku. Jednak nienawiść chętnie licytuje, kto da więcej bólu, ściga się w pomysłach na wymyślne upokorzenia, tortury, formy zadawania cierpienia. Dowodzi czy i jak bardzo jesteś oddany sprawie. Ale strach przed zemstą swoich, to przecież tylko jeden motyw okrucieństwa. Może równie silnie towarzyszy mu frustracja, nieprzepracowane zaszłości, wyolbrzymione przez gniew na lacha, polskiego pana, który często garbował ukraińską skórę. Katowanie, jako odpłata za doznane lub wyobrażone krzywdy, chyba jednak nie uzasadnia stopnia zadawanego bólu, a przynajmniej nie przekonuje do niego. 

Gdy już uznałem, że nie znajduję argumentów wobec aktów bestialstwa, w trakcie słuchania tej prozy dotarło do mnie, jak bardzo nienawiść nie bierze jeńców. Póki co jednak nie rządzi apodyktycznie, nie tylko do nienawiści należy ten świat. Jest w nim miejsce na przyzwoitość, jeśli nie na śladową miłość bliźniego. Jedni Ukraińcy mordują, gdy inni usiłują ratować polskich sąsiadów. Ostrzegają przed nadchodzącą rzezią, ukrywają w swoich gospodarstwach, często w zamian ginąc wraz z ukrywanymi pod ciężarem siekiery rodaków. Ale na tych, którzy usiłują żyć jak dotąd, spada również polski odwet, metodycznie odzwierciedlający te same techniki tortury i bezwzględności. Spirala szaleństwa ociekającego krwią nakręca się i nabiera absurdalnej mocy. 

Tymczasem mamy trzecią dekadę XXI wieku. W trakcie lektury książki Srokowskiego włączam telewizor i lecą w serwisach informacje o zwolnieniu kierowcy autobusu, który wyzywał ukraińskie dziewczynki. Nie minęło kilka dni i kolejne newsy, tym razem o trzech osiłkach bijących ukraińską parę młodych ludzi. Media jak to media, chwilowo oburzone kręcą aferę polityczną, nie bez racji pewnie. Ludzie, bardzo słusznie, zwołują wiece w większych miastach. Uświadamiają reszcie zagrożenie przemocą i skutki dyskryminacji, a taka inicjatywa zawsze zasługuje na uznanie, nawet jeśli pozostaje bez większego wpływu na rzeczywistość. Lepsze to niż nic. Nie chcę jednak stawać tu po żadnej ze stron. Ciekawi mnie kilka mechanizmów społecznych. 

Tak oto, na naszych oczach, doświadczamy kolejny, z pewnością nie ostatni raz, jak bardzo wiedza z przeszłości niczego nie uczy na przyszłość. Albo uczy zdolnych do refleksji, a głupim zostaje rola manipulowanego nawozu historii, bez żalu ze strony historii zapewne. Sęk w tym, że jak długo ludzkość trwa, durniów, tępaków i troglodytów (w każdym pokoleniu, nacji i kraju) liczebnie jest zawsze znacznie więcej niż ludzi światłych, wrażliwych, empatycznych i tolerancyjnych i żadne formy edukacji tego nie zmienią. Elity, rzeczywiste a nie kreowane, pozostaną w rozproszeniu własnych prywatności, przezroczyste i niezdolne do narzucania zdania, nawet najmądrzejszego. Były i trwają pozbawione siły przebicia w możliwości zbliżenia ziemi do raju. 

Zdrowy rozum podpowiada, że ludzie nie dzielą się na Ukraińców, Polaków, Żydów, Niemców i Szwedów, a jedynie na mądrych i głupich, na skrzywdzonych, poranionych i żyjących względnie zdrowo, na kulturalnych i chamów, na pracowitych i leni, na rzetelnych, uczciwych i cwaniaków, kombinatorów. I to nie nacja czyni ludzi szlachetnymi lub podłymi, a zwyczajnie poziom umysłowy, doświadczenia, traumy, wychowanie, wykształcenie i nabyta kultura oraz predyspozycje oraz przystosowanie do życia w społeczeństwie lub ich brak. I tak jakoś się dzieje, że prawi najczęściej płacą jakością życia za postępki szubrawców i siłę prymitywnej hurmy, sterowanej przez grupy jeszcze większych łotrów dzierżących tubę i taką czy inną władzę. 

Wszyscy widzimy dziś wokół siebie Ukraińców, którym w 2022 r. otwieraliśmy domy, miejsca pracy, sklepy, place zabaw i odpoczynku, ze współczuciem ratując przed bolszewickim najeźdźcą. Byliśmy z siebie dumni i słusznie, bo stać nas na miłosierdzie i dobro w każdym wymiarze. Dziś często jesteśmy zmęczeni obecnością wielu z nich. I tu, jak w każdej nacji, jedni są usłużni i pomocni, inni roszczeniowi, nachalni i głośni, jakby byli u siebie. Choć to może też znak, że zadomowili się i nie czują żadnej presji. Wielu z nich pracuje bardzo ciężko, jakby znowu byli wykorzystywani przez polskiego pana, u którego Polak nie będzie „tyrał za grosze”. Ukraińcy tymczasem pracują po dwanaście i więcej godzin, często znacznie poniżej swoich kwalifikacji i wykształcenia, nie buntując się, skoro nie ma jak. Ale przecież troglodyta, tłukący ukraińską parę, ma tylko mięśnie i pięści, nie zdoła pomyśleć, że znaleźliśmy się w grupie najbogatszych gospodarek świata także dzięki pracy ludzi ratujących się ucieczką z Ukrainy. Uznaje za normę Żabkę z browarem i parówą, gdzie w świątek, piątek i niedzielę obsłużą go dziewczyny i chłopcy z Ukrainy. Nie zobaczy, że ma towar w Biedronce wyłożony nocą przez ukraińskich dwudziestolatków, bo polskim się nie chce. Mają bogatych rodziców albo lepsze propozycje. Nie zwróci uwagi, że jesienią opadłe liście ze skwerów i parków znikną za sprawą grabi w ukraińskich dłoniach. Nasze aktualne nieszczęście polega  głównie na tym, że znowu, gdzie dwóch się bije tam trzeci korzysta. Ruska bolszewia umiejętnie steruje ludźmi niezdolnymi do perspektywicznego myślenia, nieodróżniającymi ślepej furii i szaleństwa od kalkulacji wrogich czynników, a zapłacimy za to wszyscy. Boleśnie i oby nie za szybko. Zarówno arcypolscy umięśnieni patrioci z główką malutką i ci kochający bliźniego, uczący się historii, całkiem bezradni wobec przyszłości nagonki i hejtu.

czwartek, 23 lipca 2026

Pocztówka z wakacji z filmoteką w tle

Nieco zmarznięta, ale bardzo miła pani powitała nas w progu Baszty Kłodzkiej. Mimo gorąca na zewnątrz, skarżyła się na chłód w poszukiwaniu polaru za sobą. Sprzedała bilety łączone na dwie baszty i przejście podziemne. Tym samym, po chwili wspinaczki, mogliśmy cieszyć oczy perspektywą miasteczka i pstrykać turystyczne fotki, które z czasem, jak większość z nas, coraz rzadziej będę oglądał. Gdy na powrót osiągnęliśmy wysokość chodnika, pani sprzedająca bilety, wskazała najlepsze kierunki zwiedzania, obierając za azymut zabytkowy pręgierz, odwieczne narzędzie troski o moralność, bardzo modny rekwizyt w obrębie Kotliny Kłodzkiej, który i tu mógł wyznaczyć środek starego miasta, podobnie jak pobliski ratusz. 


„A tu w Bystrzycy kręcili Czterech pancernych i film Kutza Nikt nie woła”. Głos dumnego z siebie dziadusia wybrzmiał zza pleców w kierunku pani sprzedającej bilety. Żona prosi o przypomnienie filmu. Testuję pamięć bez użycia smartfona. W głowie otwiera się kilka szufladek: ziemie odzyskane, czarno-biały, rok chyba 1960, twarze aktorów? Henryk Boukołowski jako chłopak o dziwnym imieniu, Gabryś? Rożek? Bożek, tak! Aleksander Fogiel, jako burmistrz włóczęga z wędką na moście? Tragicznie zmarła Zofia Marcinkowska i Barbara Kraftówna, jako kobieta prowadząca fabryczkę wódek czy likierów? Bohater ucieka przed sądem podziemnej armii. Szuka tu zapomnienia i samotności, blokuje go strach i nowa miłość. Zakochuje się w bohaterce z melancholijną twarzą Marcinkowskiej, która krótko potem sama popełni samobójstwo, podobno właśnie z miłości. 

Tyle pamiętam z filmu, tyle opowiadam. A Czterej pancerni? Nie mam pojęcia, jaki odcinek kręcono akurat tutaj. Przecież nie ostatni, w którym ginie kapitan Pawłow. Tamte sceny, to Twierdza Kłodzko, ale ten turystyczny torcik zostawimy sobie na później. Zaraz zaraz, a Hłasko? Knajpiana scena z filmu Petelskich Baza ludzi umarłych? Gdy Orsaczek (Roman Kłosowski) i Apostoł (Aleksander Fogiel)  wchodzą z wielkim kołem i dają zapas na numerek. Hłasko czerpał przecież inspirację z pracy kierowcy w Bystrzycy Kłodzkiej. Wszystko to pasuje do scenerii miasta. Koniecznie trzeba to sprawdzić, ale przed nami Brama Wodna i zakręt, przejście na ulicę Podmiejską. Trudno powstrzymać, aparat, znowu barwnie, malowniczo, jakby wspomnienie filmu przeniosło w połowę poprzedniego wieku. 

W dalszej perspektywie dawny kościół ewangelicki, odróżniający się klasycystyczną bryłą i o dziwo niewypalony i nieprzerobiony na knajpę, co nie jest rzadkością na tych ziemiach. Mam nadzieję na wejście do środka, ale tu zmyłka. Wewnątrz już tylko muzeum filumenistyczne. Zapomniane słowo dźwięczy gdzieś w głowie, nawet blisko filatelistyki i nie daje spokoju. Nie wytrzymuję, zaglądam do telefonu. No tak! Pudełka od zapałek, chowam sprzęt do kieszeni. Na majonezy i etykietki zapałczane pieniędzy wydawać nie będzie, pociągnęło mi przez głowę wariacją cytatu filmowego z Siekierezady, ale tu można poklepać kamień pręgierza i opuścić Mały Rynek. 

Teraz kościół św. Michała Archanioła, który wieżą i żółcią przyciągał uwagę jeszcze przed wjazdem do Bystrzycy. Bryła piękna, gotycko-romańska i tej oberwało się od Husytów w swoim czasie. Już czuję w wyobraźni zapach wielowiekowego „namodlenia”, jak mawiała Michałowa, gospodyni proboszcza z serialu Ranczo. A tu cyk i kolejna zmyłka, kościół zamknięty na głucho. I to jest fenomen czasu i miejsca. W jakimkolwiek niewielkim mieście kotliny bym nie był, do kościołów wstęp wzbroniony. Co łaskawszy proboszcz zostawi otwarty przedsionek, z solidnie kutą kratą i wsadź sobie obiektyw między pręty, a w domu powiększ, żeby zobaczyć coś widział. Od biedy wciągnij chrapami, jak kobyła starego Więcka, zapach wieków namodlenia przez stal i tyle wrażeń. I przychodzi kolejny cytat, tym razem z Pułkownika Kwiatkowskiego, też filmu Kutza: „Obywatelska Milicja barykaduje się przed obywatelami, tak?!”, który natychmiast przerabiam na potrzeby chwili: „Kościół katolicki zamyka się przed katolikami, co?”. 

Niepocieszony uznaję, że pora odnaleźć miejsce ulżenia fizjologii. W tym wymiarze turysta nie ma łatwo, szczególnie ten kochający małe miasteczka. Samorządy traktują go z buta na trzy sposoby. Pierwszy to kierunkowskazy do najbliższej toalety, gdzie docierasz bez trudu z nadzieją ulgi, ale możesz tylko poszarpać klamkę drzwi zamkniętych na głucho, bez najmniejszej informacji. W niektórych skupiskach zabytków przeczytasz rzeczową tablicę "szalet miejski czynny jest do 10.00 do 16.00, w soboty i niedziele nieczynny". Drugi sposób na turystę, to „klamka może zadziała jak wrzucisz piątaka”. Znacie współczesnego turystę, który poza kartą płatniczą i zegarkiem z opcją, nosi brzęczący trzos piątaków? Radbym go poznać. Trzecim sposobem zapewne byłoby załatwienie sprawy na wzór lokalsów z miękką twarzą, mijanych tu i tam, którzy bynajmniej nie poszukują restauracji z toaletą, ale bez krępacji leją we wrota najbliższej piwniczki i tak przecież zasypanej bytnością pokoleń.

Ale oto ratunek: duży punkt informacji turystycznej. Z zapałem Maksia z Seksmisji ruszyłem w nadziei znalezienia jakiejś cywilizacji. I zonk! Przemiła pani dysponowała głównie najnowszą mapą miasta. Omówiła precyzyjnie co widzieliśmy, co wypada jeszcze zobaczyć i jak trafić na Górę Parkową z piękną panoramą miasta z jednej strony, z drugiej zaś z widokiem na Góry Bystrzyckie i masyw Śnieżnika. Na pytanie o toaletę uznała, że po drodze jedna będzie. Najpierw schodkami w dół tam na wprost świetna piekarnia i cukiernia z lodami i bardzo dobrą kawą, stolikami i upragnioną wygódką. 

W pędzie szybkie fotki ratusza, odbudowanego w XIX wieku na wzór renesansu florenckiego, więc bryła nadto kusząca dla obiektywu. Piekarnia okazała się oazą współczesności, czystości, wypełnioną zapachami ciast, kawy i chleba. Tym razem reklama była nie tylko przykrywką nepotyzmu. Znalazł się  taras, a za nim piękny most kolejowy na Nysie Kłodzkiej. Natychmiast uwiódł mnie kamienną konstrukcją, jakby mówił: luz, siku za tobą, odetchnij chwilę radością dla oczu sprzed dwóch wieków, a póki co uruchom refleksję. 

To jest piękne w małych miasteczkach Dolnego Śląska, że wszystko, co malownicze znaleźć można w ciasnych uliczkach, pomyślałem zerkając w górę. Są kręte, strome, często zapomniane przez administrację, ale nie przez żywioły. Kamienice, domki tkwią jak podoklejane niewprawną ręką. W każdy zaułek, z górki lub pod górkę, powtykane bramy, przejścia, tarasy, strome schodki, prowadzące na drugą stronę, by odsłonić malowniczą perspektywę lub zamknąć wrażenia ślepą ścianą. Drewniane poręcze w klatkach, wypuszczających w upał tchnienie stęchlizny, wilgoci i ponurej egzystencji albo zapach smażenia mielonych i gotowania krupniku. Piękno zużytych schodów, nieznających remontu, odgłosy pijaństwa, kłótni i poleceń przeplatanych białym wierszem wiązanek, odległych lata świetlne od czułości. Głosy nikczemnego, wulgarnego egzystowania w połączeniu ze strojami dobieranymi z drugiej albo trzeciej ręki, pozwalają bez trudu odróżnić lokalsów od turystów. Do tego henna kobiet, ciągana ciężką kreską, szampony koloryzujące i leginsy w panterkę. Może i przewrotnie, ale współgra to jakoś z powagą wieków wpisaną w architekturę. 
Print Friendly and PDF