poniedziałek, 4 maja 2026

Pasterze rozproszenia

Seriale w streamingu męczą mnie chyba bardziej niż telewizyjne reklamy. Równie mało mam do nich cierpliwości, choć rozumiem strategię. Jak najdłużej zatrzymać uwagę odbiorcy, zanim odda się bez granic innym mediom i jednocześnie tak towarzyszyć widzowi, by nie przeszkadzać podczas innych czynności dnia. Narracja, która w starym kinowym formacie zmieściłaby się w dziewięćdziesiąt minut, tutaj musi trwać co najmniej kilka odcinków. Kolejne epizody niewiele wnoszą, nie posuwają akcji, ale wielokrotnie powtarzane wątki, tematy i dialogi wokół tych samych spraw, dają poczucie bycia w ciągu i na bieżąco. Wszystko w trosce o obecność oglądającego podczas tłuczenia kartofla i żony czy stosowania wychowawczego lania dzieciaka zakłócającego odbiór durnym pytaniem o kieszonkowe. Serial nie może odrywać od polewania rosołu staremu i drinka teściowej, lokowania fryzury (nie produktu), depilacji miejsc mniej lub bardziej intymnych oraz tradycyjnego golenia. W efekcie ekranowa papka się klei,  a odbiorca traci łącze z rzeczywistością, byle nie z ekranem. Tymczasem subskrypcja kręci kasę niczym odpustowa karuzela i wszyscy zadowoleni.
Jako istota społecznie włączona w życie rodzinne, chcąc nie chcąc, zahaczam o scenę kolejnego serialu, który aktualnie porywa małżonkę. Tym razem, gdzieś pomiędzy klejeniem klopsika a rzutem pora do zupy, dostrzegłem Jezusa przed świątynią jerozolimską. Zbliżył się właśnie do zagrody z patyków, z owcami wewnątrz. Nietrudno było zgadnąć, że to kawałek serialu The Chosen. Po słowach Zbawiciela o dobrym pasterzu, który "wyprowadza swoje owce i idzie przed nimi, a one podążają za nim, bo znają jego głos", rodzi się napięcie. Na scenę wchodzą faryzeusze, zaniepokojeni przypowieścią nieznajomego, który oświadcza, że wszyscy, którzy przed nim przyszli, to złodzieje i bandyci i owce ich nie posłuchały. Po chwili zagrożeni kapłani, dobrze umocnieni na swoich pozycjach tradycją, łapią się argumentu kamieni i mamy początek jednej z pierwszych rozpraw z Odkupicielem. 
Póki co w domu nadeszła pora rozkładania talerzy i sztućców, toteż ruszyłem do pokoju, poza zasięg serialu. W głowie pozostała myśl o tych "złodziejach i bandytach", z których dziś większość nawet nie schyla się po kamienie. Oni nawet nie rozpraszają owiec, które i tak nie rozpoznają głosu pasterza. A kiedy owce głuche, a może i ślepawe, wygodniej dokonuje się rozboju i kradzieży w imię tegoż Jezusa, w dodatku nazywając siebie Jego arcypasterzami. 
Żyjemy w czasie, w którym owieczki totalnie się pogubiły w polifonii głosów poza wszelkim kościołem i w zasadzie całkiem zbaraniały. Baców dziś większe stado niż owiec. Na każdym wirtualnym rogu trąbią z internetowej mównicy, co ślina jadem strzyknie. Nadszedł czas pasterzy lepszego stylu życia, osiągania szczęścia drogą na skróty, doskonałego tatuażu na kolanie, cud diety, diety najzdrowszej i wyjątkowej ze skutkiem znakomitego odchudzenia, głównie rozumu. Nie brakuje juhasów od dolegliwości wątroby i plamy na czole. Przekrzykują się pasterze polityki spiskowej i rasowej oraz najzwyklejsi pastuchowie wszelkiej trzody: płaskoziemnej, antyszczepionkowej, feministycznej, mizoginistycznej, LGBT, miejskiej, wiejskiej i nijakiej. W każdej dziedzinie, jaką tylko tknąć, samozwańczy czikosz staje w szranki ze sztuczną inteligencją. A każdy z nich – wiadomo – najmądrzejszy we wsi. 
I tylko jedno powstaje pytanie: dlaczego żaden z sieciowych pasterzy mądrości wątpliwej nie zaproponuje zbawienia wiecznego? Odpowiedź znalazłem po obiedzie. W ramach deseru wolnego od cukru oddałem się lekturze zaległego numeru “Tygodnika Powszechnego”. Znalazłem tu rozmowę z Ianem McGilchristem, psychiatrą, neuropsychologiem i filozofem, a w niej ciekawy fragment: bardzo silne jest dziś przekonanie, że rzeczywistość składa się wyłącznie z materii. A materią się manipuluje, rzeczy się używa. W świecie rzeczy najwyższą wartością stają się władza i kontrola. To niezwykle dekadenckie i w gruncie rzeczy – smutne. W innych kulturach i czasach ludzie rozumieli wagę wartości dobra, piękna i prawdy. Dziś coraz bardziej się od tego oddalamy
Tak, w świecie materii, rzeczy, zbawienie duszy staje się nierzeczywiste, podobnie jak postać Dobrego Pasterza zdaje się nie wykraczać poza kreację aktorską z serialu. Gdyby nie było Boga należałoby go wymyślić, mawiał Wolter. Minęły wieki i dziś można by powiedzieć: "Nawet jeśli Bóg jest, należy go strącić w wymyślone". Być może dlatego z taką łatwością Jezus, w świadomości masowej, staje się mityczną postacią herosa, lewaka, rewolucjonisty, bohatera memów, wypychanego poza namacalną rzeczywistość, bez większego żalu. Obraz rodem z naiwnej opowieści o nieśmiertelności dusz i szczęściu wiecznym nie pasuje do świata rzeczy, więc dziś i kamienie faryzeuszy na nic. Bajka wzięta z marzeń o zbawieniu, wiekuistej radości, wolnej od niespełnienia oraz bólu odchodzi w cień naszego czasu i naszej mentalności. Tylko nienasycenie i nieustające poczucie braku, tak charakterystyczne dla ludzkiego pędu od celu do celu, trwają w najlepsze i zdają się być jedynym drogowskazem, zanim przyjdzie kres. Dziś odkupienie nie ma zakorzenienia w prawdzie, bo podlega negacji w życiowych postawach rzeszy wierzących i kościelnych hierarchów. W rozdźwięku między głoszonym słowem a bytem ociekającym dostatkiem, otoczonym złotem, purpurą, pałacem i blichtrem, jakby po drugiej stronie ikonografii i obrzędu nie było już nic.

poniedziałek, 13 kwietnia 2026

Zawiecha

Coraz głośniej i intensywniej słychać nawoływanie: świat zwariował! Krzyczą opiniotwórcze portale, tygodniki i gazety, pobudzając werble klikalności. Jakby wielkie halo miało zrobić wrażenie i mogło coś powstrzymać. Gdyby przynajmniej świat wariował z konkretnego powodu, może wiadomo byłoby, co w nim zmienić, co odwrócić albo zatrzymać? 

Fakt. Nie bardzo już wiemy, w którą stronę ruszyć. Naprzeciw szaleństwu czy raczej z jego nurtem? Teorie spiskowe w natarciu. W sieci coraz trudniej odróżnić, co płynie z ust człowieka, a co sprytnie sfałszowane przez AI, rzecz jasna nie bez udziału homo cwaniaka lub tylko przygłupa. Korporacje mają w głębokim poważaniu ludzkość, zielony ład, planetę, a ostatnio nawet własnych pracowników. Intensywnie kombinują, jak obniżyć koszty pracy i zastąpić wyścig szczurów chłodnym blaskiem algorytmów. Możemy być pewni, że w całkiem bliskiej przyszłości tłumy menedżerów, finansistów, administratorów i innych biurw (nakręcanych dotąd na sukces i karierę) zasilą rzesze bezrobotnych klikaczy w klawisze. Przestrzenie influencerów od dawna zajęte, a do układania kafelków, hydrauliki czy smarowania gładzi tynkowej paluszki nienawykłe.

Putler zniszczył gospodarkę własnego kraju i udaje, że chce mówić o zakończeniu wojny, noc w noc naparza przy tym Ukrainę. Zabija rzesze dzieci, kobiet i mężczyzn (także własnego narodu), bo u niego “mnogo ludeyi już nie ma odwrotu. Zwłaszcza, że zainfekował rzesze własnej nacji zaraźliwą chorobą na imperium, więc jego zniknięcie z kart historii niewiele zmieni. Im dłużej to trwa, tym silniej narasta u nas niechęć do Ukraińców, nadmiernie roszczeniowych i nieszanujących daru Polaka. 

Pomarańczowy oszołom zza oceanu wiesza na ścianie zdjęcie z Putinem, najpierw mówi, że zakończy wojnę w Ukrainie w dwa dni, a potem, dla odmiany, porywa potwora z Wenezueli. Niczego tym nie zmienia, ale za chwilę przekieruje uwagę mediów i napiernicza w Iran i na koniec pochwali swoje nowe i drogie firanki w gabinecie. Wystrzeliwuje arsenał we wszystkie strony świata w ramach powołanej rady pokoju i donosi, że rodacy go uwielbiają. Przy czym pluje na Europę, która nie chce brnąć w szaleństwo. Czy to już szczyt zidiocenia?

Tymczasem czas ciągle goni nas. Nawet jeśli jesteśmy wolni od niusów i snusów, ratunku nie ma. Praca, dom, zakupy, wizyta u stomatologa, kolejka do maszyny do zwrotu pet butelek i puszek. “A ziemia toczy, toczy swój garb uroczy”, chciałoby się powiedzieć za guru Stachuru. Ogródek zbrojony na wiosnę w donice, keramzyt i begonie. Rower w serwisie, kask do hulajnogi, żwirek do kuwety, przegląd samochodu i wahanie: wymienić już opony na letnie? Dziś narzekamy na trudy powrotu do roboty w poniedziałek, za chwilę puszczamy w sieć rzeczkę memów z cyklu: “piątek, piąteczek, piątunio”, by po chwili znów nie lubić poniedziałku. Im starsi, tym bardziej zmęczeni powtarzalnością kieratu i zdumieniem, że doba coraz krótsza i szybciej ucieka. W latach szkolnych do wakacji przeżywaliśmy całą epokę lenistwa, upokorzeń i sprawdzianów. Dziś panicznie przewijamy booking.com w poczuciu, że od zeszłorocznego urlopu do obecnego minął ledwie miesiąc. Dokąd i po co to wszystko tak pędzi? Rzekłbym, że do końca. Świata albo naszego.

Próbuję wyhamować ten potok myśli, bo życie podarowało mi chwilę zawieszenia. Co prawda to samochód zawisł na podnośniku ASO i wypuszcza olej, ale i ja mam do zyskania przynajmniej dwie godziny dla siebie. Przy niewielkim stoliku trójka podobnie zawieszonych, raczej rówieśników, w sile wieku prawie średniego. Ona, bujająca masywnym kamaszem jak na safari, kończącym łydkę schowaną w szerokie hajdawery ecru, silnie skupiona na przewijaniu Instagrama. Pierwszy on napiernicza w balonikową strzelankę z sieci. Chyba z widokiem na sukces, bo z lekko wysuniętym jęzorem, którego i waran by się powstydził. Drugi on zaburza ciszę jazgotem policyjnych syren z amerykańskiej produkcji streamingowej, wgapiony w ajfon niczym nastolatek w krocze milf z zakazanego porno. 

Zerkam na towarzystwo stojąc i wciągam aromat kawy nad ciurkiem z ekspresu. Powoli szukam strategicznego miejsca, do którego nie dotrą rażące promienie słońca. Szklane ściany salonu zewsząd, nie znają litości, całkiem jak gangsterskie strzały z głośników Janusza od auta w leasingu. Właśnie oparł sprzęt na zadaszeniu lęgowym własnego ptaka i osiąga komfort widza. Na hałas serialu mam słuchawki, ale wobec promieni słońca pozostanę bezradny. 

Mieszam kawę cienkim patykiem i za chwilę narażę się na śmieszność. Na tym tle facet wyciągający książkę? W epoce vlogów, podcastów i rolkożerców? To już nie dziaders  -  to niemal relikt. Nawet w kręgu równolatków, to mamut cięższego kalibru. Może nie zrobią mi zdjęcia z ukrycia? Najwyżej zostanę gwiazdą jednego mema. Wziąłem ze sobą zbiór Planeta Lema. Felietony ponadczasowe. Gatunek, który pozwala zakończyć lekturę w dowolnym momencie i wrócić w dowolnym czasie. Wyjmuję zakładkę i czytam:  

Nikt jeszcze nie powiedział wprost, że Rosja zamierza dążyć do powrotnego zawłaszczenia na przykład Ukrainy, byłoby to jednak wielkim krokiem ku wzmożeniu niebezpieczeństwa grożącemu naszemu krajowi. Słyszę, że ku czci Putina jeden z postsowieckich okrętów podwodnych wystrzelił transkontynentalną rakietę, oczywiście bez głowicy atomowej. Taki gest symboliczny powinien mieć dla nas znaczenie. Słowa moje są bezsilne i bez skutku realnego, choćby się ukazały na Bóg wie na jakich łamach […]. Należałoby się trochę zainteresować tym, co się dzieje za naszą wschodnią granicą, która nie bezzasadnie nazywa się “wschodnią ścianą”; zawsze to oznaczało miejsce, za którym dalej nie ma już nic, głową w mur. 

Nie wierzę! Lema nie ma wśród nas od dwudziestu lat. Agresja Rosji na Ukrainę trwa od lat czterech. Skąd taka aktualność tekstu? Zerkam na koniec felietonu Niepokoje i widzę datę - kwiecień 2000r. Ćwierć wieku wstecz, jeden z najwybitniejszych pisarzy minionego stulecia, futurolog, genialny autor tłumaczony na ponad 40 języków, z łącznym nakładem dzieł przekraczającym 30 milionów egzemplarzy. Z precyzją wizjonera ostrzegał i co? I nic! Pozostał zapis “bezsilnych słów”. Kto miałby wówczas przejąć się tekstem na tyle, żeby uważać na wschodnią granicę i uwierzyć w próbę zawłaszczenia Ukrainy za dwadzieścia lat? Wiadomo, proroków poważnie się nie traktuje, po czym szybko o nich zapomina. 

Unoszę wzrok znad Lema jakbym chciał podzielić się poczuciem bezsilności. Zerkam na jeszcze większą grupkę oczekujących ze mną w ASO. Wszyscy z nosami w telefonach, mechanicznie odcięci od potrzeby jakiejkolwiek komunikacji i refleksji. Suną automatycznie kciukami jak na komendę. A przecież stanowią statystyczną grupę wyborczą. Otumanienie miganiem obrazków idące tak daleko, że nawet nie stać ich na niecierpliwe zerkanie na zegarek. 

Ciekawe, jak wyglądałyby rządy merytokracji w takim społeczeństwie? Czy mogłaby być przekonująca dla obywateli, którzy nie są w stanie skupić się przez kwadrans wypowiedzi, ustnej czy pisemnej, w dodatku ze zrozumieniem? Może to jednak lepiej, że rzeczywiste elity nie są zainteresowane władzą, rządem dusz zatraconych w sieci? Umysły twórcze, wybitne, przewidujące porywa ciekawość świata, analiza faktów, opis zjawisk, porządkowanie chaosu myśli przez pisanie, poznanie emocji i szukanie sensu. Czy można mieć żal do rzeczywistej siły umysłowej narodu, że nie ma narzędzia do uzdrowienia państwa i relacji społecznych? Czy pozostaje spuścić zasłonę milczenia na znakomitą większość, która czyni życie coraz mniej znośnym? Na masę tyle krzykliwą, siejącą zamęt, co ciemną i niezdolną do samodzielnego myślenia, gotową o każdej porze i w każdym czasie łykać pomyje populizmu, byle wchodziły lekko, łatwo i przyjemnie…

- Zapraszam pana. Samochód gotowy do odbioru. Karta czy gotówka?

piątek, 27 marca 2026

Czytając Camusa

Z doskoku czytam Notatniki Alberta Camusa, wydane niedawno przez PIW. Z uwagi na format książki kupiłem ebooka, co rzadko, ale jednak mi się przydarza. Po dniu pracowitym łatwiej utrzymać w dłoniach czytnik i nie oberwać w łeb solidną cegłą, gdy już opadną powieki (800 stron w papierze). 

W jednej z notatek trafiłem na znamienne zdanie autora Dżumy, przeczytane we wczesnej młodości, które niosło mnie w latach dziewięćdziesiątych i na początku obecnego stulecia przez wszystkie próby tworzenia literatury po godzinach pracy zarobkowej: 

Jest czymś normalnym oddać kawałek życia, by nie stracić całego. Sześć czy osiem godzin dziennie, żeby nie zdechnąć z głodu. A potem wszystko jest korzyścią dla tego, kto chce korzystać. 

Ten fragment znam od kilku dekad, choć nie pamiętam, skąd pierwotnie do mnie trafił. Przez lata pozwalał wierzyć, że pisanie literatury resztkami sił ma sens, choć idzie przed nim utrata najcenniejszych godzin dnia dla chleba i przetrwania w dziczy gospodarki rynkowej. Wielu z nas kapitalizm zabiera godziny najbardziej wydajne i wypełnione energią zostawianą na etacie albo oddaną działalności gospodarczej. Przez lata wierzyłem, że stukanie w klawisze wieczorem będzie miało też plusy. Nie muszę ulegać modom i trendom literackim, w żaden sposób umizgiwać się do czytelnika i zabiegać o to, co akurat się sprzeda. Przecież nigdy nie będę żył z pisania, a to pozwoli kroczyć własną drogą kreowania zdarzeń i oswajania potworków naszej rzeczywistości. Przy okazji może pozwoli nawiązać relacje z myślącymi podobnie. Uwolni od owczego pędu konkurencji, choć z pewnością utrudni kontakty z wydawcami, festiwalami, targami książki i z tak zwanym środowiskiem, czyli najczęściej hurmą zawistników, narcyzów, różnej maści kapłanów samozajebistości, pozornie tylko wzajem klepiących się po plecach.

Bardzo wierzyłem, że nie tylko nie tracę całego życia, ale korzystam, rozwijam się i niejako wchodzę w dialog z czytającymi. Oni przecież też brną między okładki po godzinach. W momentach pychy wierzyłem nawet, że wnoszę coś w życie innych, otrzymując niezłe recenzje wydanych z takim trudem książek. Prawdopodobnie i dziś słowa Camusa uskrzydlałyby mnie dalej, może miałyby nieustannie moc unoszenia ponad coraz wyższe progi stawiane literaturze i własnemu zmęczeniu, gdy trwanie niesie więcej obowiązków i konieczności oddawania kawałków życia różnym powinnościom. Dałbym radę, gdyby nie… no właśnie, gdzie powstała przeszkoda główna? Ta nie do przejścia? A może po drodze wyrosło ich znacznie więcej niż jedna i konkretna? 

Tamę powoli i skutecznie wznosiły odłamki cywilizacji, niesione bystrym nurtem zmian mentalnych, technicznych, technologicznych. Choćby coraz większy wysyp książek na rynku, odkąd druk jest tani i powszechnie dostępny. Setki oficyn produkujące coraz bardziej gówniane, schematyczne i gatunkowe popłuczyny, nierzadko pasożytujące na egocentryzmie "autorów", usiłujących za wszelką przerobić swoje całkiem przeciętne życie w literaturę, byle zobaczyć własne nazwisko na okładce. Nawet za cenę wtórności, schematyzmu, braku szacunku dla języka, redakcji i korekty tekstu. Co w czasach vlogów i influencerów od majtek z koronką i bez, trzeba przyznać, nikomu specjalnie nie przeszkadza. 

Unicestwienie medialne profesjonalnej krytyki literackiej, wypartej w dobie nadmiaru festiwali i blogerek Zuzanek siejących zachwyt przeczytaną powieścią, też zrobiło swoje. Bo to krytyka umożliwiała dawniej oddzielanie literackiego ziarna od plew i kreowała gusty. Podnosiła czytelniczą i pisarską poprzeczkę, niejako utrudniała sprzedaż wymaganiem czy zwykłym oczekiwaniem, więc zepchnięto ją w niszę spraw nadto komplikujących, zastępując krótką notką promocyjną. Sieciowe przekierowanie czytelnika na tor poszukiwania taniej sensacji nie pomogło literaturze, mieszając ją z usługowym przemysłem rozrywki. W ostatnich latach, jak widzę, nawet poszukiwacz lekkostrawnych fabuł coraz chętniej wpisuje się do czerwonej księgi gatunków ginących i bez żalu odpala w aucie kanał streamingowy z audiobookiem czy podcastem, a wieczorem filmową papkę serialu. Na pytanie, ile książek przeczytał w roku, statystyczny Polak odpowiada przede wszystkim, że książka jest za droga i go nie stać. Choć stać na strumienie płynące z sieci, piwo, knajpę i chipsy. Wytarty frazes usprawiedliwia wielu, bo jeszcze nie wyparowało głęboko zakodowane przeświadczenie, że jednak trochę obciach nic nie czytać. 

Czasem patrzę na to z oddali i pocieszam się myślą, że szlachetniej jest milczeć, gdy wszystko już napisano i coraz mniej pozostaje do odnotowania o naszym czasie. A już na pewno nic, co warto pchać między okładki. Coraz chętniej i bez pretensji zamykam się w czterech kątach, żeby choć trochę pomilczeć w wolności od nadmiaru informacji zbytecznych. Dziś łatwiej odrzucam odwieczny dylemat z początku wieku, gdy po godzinach dzieliłem resztki doby na pytanie: raczej pisać czy czytać? Szarpałem się tym każdego tygodnia, w przekonaniu, że za mało przeczytałem, żeby lepiej pisać albo za mało napisałem, żeby stanąć w szranki z autorami, którzy dryfują po szerokich wodach. 

A dziś? Niby czym nowym można oczarować wydawcę, a potem czytelnika? Już chyba tylko biciem rekordów: ile książek napiszesz w ciągu roku, żeby utrzymać się na fali "mrozoidalnej". W kraju, w którym jedną książkę na rok czyta mniej niż połowa obywateli jeszcze czytać rzekomo potrafiących. Tu, gdzie wydaje się średnio od 90 do 100 pozycji książkowych każdego dnia, wliczając weekendy. Co popycha ludzi do dokładania kolejnej książki, nawet najlepszej powieści, którą spotka los jętki jednodniówki? W dodatku przykrytej stertą trupów następnych efemeryd, zbywanych - co najwyżej – komentarzem „ciekawe”? 

Wiem, żyjemy w czasach nadmiaru, więc nie ma czemu się dziwić. Ale pędu tego świata żadna książka nie zatrzyma. Rozumu raczej nikomu wpływowemu nie doda, w anioły tłumu nie przerobi, bo głodny najwyżej igrzysk. Anioły rodzą się w ciszy i przestrzeni ponad galopem na czas. Tymczasem widać, że wielka historia niczego nie uczy i ludzie wciąż zabijają się chętnie nawzajem, tylko dlatego, że wybrani przez nich idioci i psychopaci każą im do siebie strzelać. Co może zrobić tu literatura? W kraju zbiorowej ignorancji, nieświadomości, przewijania rolek TikToka i nieustannego kiermaszu wyprzedaży. W kraju, w którym wysiłek intelektualny dołuje i boli? 

Jest już bardzo późno. Z trudem otwieram oczy, jeszcze raz zerkam na zdanie wyrwane z Notatnika Camusa. Co dziś może oznaczać owo: A potem wszystko jest korzyścią dla tego, kto chce korzystać? Czy jest jeszcze jakieś "potem"? Gdy poświęcanie czasu nie biegnie już w stronę nie zdechnąć z głodu, ono dawno temu pobiegło w stronę ciągle mało. Minęło dobre dziewięćdziesiąt lat, odkąd noblista zapisał ten prawie aforyzm pomiędzy notatkami, ale tu od lat obowiązuje już stadna zasada: jeszcze wyższe stanowisko, jeszcze więcej władzy, jeszcze jeden samochód więcej i większy od sąsiada, jeszcze cztery pary butów, kolejna modna torebka, bo poprzednie trendy passe i jeszcze więcej botoksu. Czwarte mieszkanie pod wynajem, wczasy na Mauritiusie, Zanzibar w zasięgu, zarżnąć się o drożej, wyżej, dostatniej, upchać worki krótkotrwałych wrażeń po kres wytrzymałości szwów. I tylko czekam i czekam, a jednak ciągle nie wymyślono trumny z kieszeniami, żeby to wszystko spakować i zabrać tam, gdzie mól i rdza z pewnością dosięgnie.

Print Friendly and PDF