poniedziałek, 16 lutego 2026

Samotność i odosobnienie

Jako nastolatek zauważałem pewną prawidłowość natury społecznej. Dziwnym trafem działo się tak, że rówieśnicy, z którymi chciałbym spędzać czas, nie byli wystarczająco zainteresowani moim towarzystwem. Ci zaś, którzy nawet jakoś próbowali zbliżyć się do mnie, nie porywali ofertą. Czasem po prostu byli zbyt hałaśliwi, nadmiernie rywalizujący, a bywało, że zwyczajnie nudni. Taka to przewrotność młodości, pewnie znana sporej liczbie nastolatków. Tym chętniej uciekałem z wędką nad rzekę lub nad jezioro, gdzie izolacja była niemal wskazana, żeby pobyć z naturą. 

Mijały lata, a w czasie niezliczonych poszukiwań pasji i sensów, zmieniałem wielokrotnie zainteresowania, choć po drodze wyraźnie gubiłem rozeznanie, gdzie przebiega granica samotności z wyboru i z konieczności. Jesienne i zimowe wieczory sprzyjały jej pielęgnowaniu, bo nie było dokąd pójść. Znikał żal do świata i utyskiwanie na brak towarzystwa. Coraz chętniej zostawałem w domu z prasą i książkami. Te ostatnie szczególnie umożliwiały wędrówki z bohaterami opowieści tam, gdzie na żywo być nie mogłem. Było to znacznie ciekawsze niż otoczenie społeczne powiatowego miasteczka. 

Gdy los rzucił mnie na pomorską ziemię, a studia humanistyczne wystarczająco umordowały drukiem książek ze spisów lektur obowiązkowych i uzupełniających, na powrót odkryłem piękno lasów, tutejszych wzniesień, dolin i rzek z bystrzem gwarantującym przygodę z pstrągiem. Szczególnie trudno dostępne odcinki, zabagnione, krzaczaste, pełne zwalonych drzew i z gęstą pokrzywą, przewyższającą o głowę niemałego faceta, oferowały porywające wędrowanie z wędką i aparatem. A ryby? Z czasem stały się jedynie dodatkiem do możliwości ucieczki od cywilizacji. Znaleźli się też nieliczni koledzy po kiju. Połączył nas spinning i piękno świata, w którym nadal bóbr gospodarzem. Dziś, w porywach uniesień, mogę chyba mówić o spełnieniu, skoro nigdy nie potrzebowałem wielkiego grona ludzi wokół, a choroby społeczne oglądam z boku. 

Po co o tym piszę? Poniekąd mogę poczuć się zwycięzcą, ilekroć czytam teksty o narastającej fali samotności, która silnie niszczy współczesnego człowieka. Choć nie jest przecież nowym wynalazkiem. W nieodległym PRL-u wszystkie gazety miały swoje kąciki samotnych serc, dzięki którym ludzie szukali drugiej połówki, wystawiając na strzał wszystkie dane o sobie, zupełnie bez obaw, a RODO im się nawet nie śniło. Istniały zawodowe biura matrymonialne, kręcono o tym filmy, jak choćby Żeniac Janusza Kidawy z 1983r., w którym bohater, góral Stach, gospodaruje z matką na dziesięciu hektarach i nie może znaleźć żony. Wszelkie wysiłki, także prasowe, idą na marne. 

I dziś rolnik szuka żony, dlaczego zatem samotność ma być bardziej spektakularna i silniejsza niż dawniej? Czyżby lud uległ medialnym mitom globalnej wioski? Zawierzył sieci, obecnej pod strzechą, która przyniesie tysiące znajomych, milion lajków i nikt nie będzie już sam? Najbardziej zapyziały wyrzutek otrzymał dostęp do nieograniczonej liczby wspaniałych braci i sióstr oraz tych mniej cudownych, niosącym hejt wirtualu. Skąd zatem samotność bolesna? Wszak można dzielić pasje i zainteresowania, łączyć się w fanpejdże, reprezentujące każdy rodzaj najbardziej niszowego hobby, realnego czy wirtualnego? O jakiej samotności zatem mowa? Dawno powinna zniknąć z przestrzeni życia społecznego, a tymczasem? Zdaje się dosyć żwawo podąża za pan brat z klęską demografii. 

Jeśli komuś dokuczy wykluczenie wypada wyruszyć w miasto. Tymczasem coraz częściej zbyt przytulnie robi się w domu, a nawet w wynajętym lokum. Pandemia pokazała, że cudnie chodzi się w piżamie z wypchanymi kolanami i coraz dalej nam do klamki drzwi wyjściowo-wejściowych. Jeszcze dalej od tramwaju, płacenia parkometrom, stania w ogonku do stolika popularnej knajpy i po co? Żeby popitolić o czymś bez znaczenia z tak zwanymi przyjaciółmi? Żeby spotkać się z zachwyconą sobą fanką diety śródziemnomorskiej czy z fanem konfederacji? No i przestałem dziwić się, że kawiarnie i restauracje coraz częściej służą interesom, jak większość  miejsc budowania relacji. Pan lub pani z laptopem i pieczątką, a naprzeciw zestrachany młodzieniec czy kandydatka na kelnerkę. Tymczasem rolki w telefonie tak miło przewija się pod kocykiem, żarcie przywiezie rowerzysta i dobędzie prawie ciepłe z zielonego plecaka, a na ekranie kilka streamingów do wyboru. 

Wysiłek spotkania z drugim jest nie tylko fizyczny. Trzeba by uszczknąć kawałek siebie i dać, ale czy to się opłaci? Czy się zwróci w dobie relacji pragmatycznych? A potem trzeba znowu się ubierać, jeszcze raz wychodzić, coś proponować, czegoś oczekiwać, nawet słuchać, nie tylko nadawać. Zatem jest w tej postawie pewien paradoks. Narzekamy na samotność czy wybieramy z ulgą  odosobnienie? W nim nie musimy napinać się, rywalizować, przechwalać, skupiać uwagę i wysilać do bycia na serio. A że gdzieś z tyłu głowy brzmi zarzut lenistwa wobec przekonania, że człowiek istotą społeczną? Wolimy ponarzekać na samotność w tłumie. Dlatego nie przekonuje mnie medialne ujadanie na dramaty samotności, lawinowo spadające na ludzkość trzeciej dekady XXI wieku. 

Nie jestem potworem. Każdy dzień przynosi obrazki przeczące alarmom. Oto samochód wlecze się lewym pasem, bo kierowca klika w telefonie oburącz. Sam do siebie? W lusterku wstecznym rozbuchana emocjami kobieta gestykuluje, choć nikogo nie ma w kabinie. Niemal toczy pianę dialogu na głośnomówiącym, czyżby na siebie wylewała pomyje pretensji? Ktoś wjeżdża w nogi wózkiem w dyskoncie, bo tłucze rozmowę na messnedżerze. Inny blokuje przejście w tramwaju, wstawił plecak między buty i czatuje zawzięcie. W wagonie podmiejskiego pociągu dziesiątki kciuków walą w literki nieustannie. Wszystko to z otchłani samotności jak mniemam? Naprawdę? Czy raczej z pozycji bezpiecznego odosobnienia, które pozwala być stale w kontakcie i nie naruszać komfortu wygodnictwa? Mamy do czynienia z natręctwem komunikacji raczej niż z samotnością. Aspołeczne typy, wygodnictwem podparte, sobą zachwycone, zaskorupiałe w nieustannym dialogu cierpią z powodu izolacji? 

Przez moment zwątpiłem. Czy powyższe intuicje mają rzeczywiste uzasadnienie? Może jednak jawią się w głowie dziadersa, który nieustannie zmaga się z redefiniowaniem oswojonych zasad życia społecznego i pojęć wpojonych na różnych etapach edukacji? Tymczasem na ekranie telewizora pojawiły się twarze ludzi młodych, w wieku średnim i starszych, płci obojga, wypowiadające proste słowa: kocham cię. Może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że mówiły to do luster. Znana drogeria sieciowa przypomniała, że nikt nie zatroszczy się o nasz dobrostan tak świetnie jak my sami. A dzień zakochanych należy poprzedzić dniem zapatrzonych w siebie. W końcu jest ich znacznie więcej i czemu nie brać na celownik okazjonalnej sprzedaży, poprzedzającej walentynkowy szał? Pod bardzo humanitarnym hasłem, na miarę czasu: “zadbaj o siebie”. Czyli nikt nie wyzwoli z samotności równie skutecznie jak my sami. 

I tu przypomniał mi się finał wspomnianego wyżej filmu Żeniac. Stach wiedzie kolejną kandydatkę na żonę przez wieś, kroczy przodem, szeroko gestykulując. Chwali się posiadaną ziemią, własną i odziedziczoną po krewnych. Tu ma żyto, tam ziemniaki, a tymczasem kandydatka na żonę, idąca z tyłu, właśnie się zagapiła i wdepnęła w krowi placek. Staszek nie zatrzymując się, głosi monolog samochwały. Dziewczyna widząc to rezygnuje z jego towarzystwa i zawraca. Stach, zachwycony sobą, przeoczył właśnie ostatnią szansę na życie wolne od samotności. Jedna z sąsiadek, widząc to, zamyka sprawę monologującego samotnie chłopa prostą sentencją: to stary kawaler, pewnie mu bije na dekiel.

wtorek, 20 stycznia 2026

Niezrzeszony wśród pieniaczy

W zimowe popołudnia, a szczególnie wieczory, przy świecy i kojącym plumkaniu jazzu snują się niespieszne myśli. Jedna z nich męczy mnie odkąd ukojenie zburzyła kłótnia partyjnych głów z telewizora, nieopatrznie zostawionego w sąsiednim pokoju. 

Dlaczego nigdy nie kręciła mnie polityka? Znakomitej części społeczeństwa rozpala zmysły, rodzi miliony memów w sieci, chyba więcej niż poświęconych pracy zarobkowej, relacjom małżonków, zmaganiom płci, edukacji czy zdrowiu i kulturze razem wziętych. Pod postami politycznymi zawsze najwięcej ustawek, chamstwa, agresji i przemocy w komentarzach. Jakby sens doniesień sprowadzał się do roli paliwa napędzającego irracjonalną potrzebę awantury. W domach skłócone rodziny, zerwane znajomości i przyjaźnie w imię wojenki polsko-polskiej, każdego z każdym, z powodów w gruncie rzeczy abstrakcyjnych i nazajutrz nieważnych. Aż strach pomyśleć, ile pary naród puszcza w gwizdek po nic. A rzeczywistość coraz bardziej przaśna. 

Odśnieżenie chodnika, wypchanie komuś auta z lodu na parkingu, wniesienie zakupów przysłowiowej staruszki na piętro bez windy czy zrzutka na Siepomaga.pl  czynią więcej realnego i namacalnego dobra niż jałowe naparzanki polityczne eskalujące złe emocje. Dlaczego ludzie tak kochają czuć się najmądrzejsi politycznie i zawsze wiedzą lepiej niż ci, którzy wiedzą inaczej? A wszyscy uprawnieni, by pluć jadem w bliźniego, który bliźnim za nic być nie może. Nie wiem, czy dominują w tym faceci, ale ostatnio ujęły mnie słowa nieodżałowanego Tadeusza Konwickiego, który w Pamflecie na siebie pisał:

Rozwój cywilizacji odebrał panom wiele możliwości hazardowych. […] Podbijanie niepodległych pań także straciło na znaczeniu, bo panowie poddali się uniseksowi albo uprawiają miłość między sobą. Została więc tylko polityka, zadowalająca ową odwieczną żyłkę hazardu i ryzyka. Dlatego do tej nieszczęsnej polityki z obłędem w oczach pchają się wszyscy. I analfabeci i uczeni, kopnięci w móżdżek i dewianci, zboczeńcy seksualni i impotenci. Polityka, to ziemia obiecana dla wszystkiego, co niewydarzone na naszym biednym globie. Losowanie posłów z całego społeczeństwa uchroniłoby nas, choćby częściowo, od łagrów, kacetów, Hitlerów, Stalinów i tych nieznanych jeszcze dręczycieli, co na razie bawią się w piaskownicach. 

Choć od wydania książki Konwickiego minęło trzydzieści lat, bardzo niewielu wyszło z piaskownicy. Do wymienionych wyżej cech “niewydarzonego” dodałbym dziś lawinowo narastającą pazerność oraz opanowaną do perfekcji sztukę kumoterstwa i robienia większego idioty z wyborcy niż z siebie samego. A swoją drogą, odkąd dzień w dzień media walą w nasze głowy kolejnym doniesieniem o erupcji fajerwerków z pomarańczowej głowy narcyza prerii, zyskuję przekonanie co do logicznej dosyć prawidłowości: im większa liczba prostackich umysłów elektoratu, tym bardziej żenujący przywódca z  jego wyboru i mocniej zahukana garstka "wykształciuchów". Zatem losowanie kandydata w miejsce kampanii wyborczej mogłoby rzeczywiście uchronić niejedną demokrację przed ruiną. Ale kto usłucha pisarza?

Gdy analizuję własną niechęć do polityki, odkrywam, że jej korzenie sięgają dosyć głęboko. Początki swe bierze w podejrzliwości wobec tego, co zbiorowe. Chrzest prawdy o działaniu grupowym przeszedłem dosyć szybko. O ile pamiętam na etapie wczesnej szkoły podstawowej, gdy postanowiłem zostać zuchem. Poszedłem na pierwszą zbiórkę, do której zachęcały całkiem sympatyczne druhny wbijające na lekcję plastyki. Wieczorem, w dosyć posępnej i obskurnej szkolnej harcówce, umieszczonej w suterenie tysiąclatki, rzeczone druhny zebrały składkę na naszą działalność i wyznaczyły termin kolejnej zbiórki “na za tydzień”. Po upływie siedmiu dni czekałem wraz z grupą, równie naiwnych jak ja, najpierw na ganku zamkniętej szkoły, później obok, pod latarnią, na kamiennym murku ulicy Lipowej. Bezskutecznie. Ani zbiórki, ani druhny, ani kasy, bo był to zwyczajny prototyp metody na wnuczka… a raczej na zucha. 

Rzeczone panny, po kilku latach, okazały się znanymi w mieście gwiazdami taniej miłości pod wezwaniem pobliskich koszar. A ja wówczas – trudno powiedzieć jak inne niedoszłe zuchy - zebrałem lanie w domu za okłamywanie rodziców. Jako dziecko przed pierwszą komunią nie dysponowałem zegarkiem na rękę i okazało się, że czekanie na zbiórkę trwało tak długo, aż ojciec został wysłany przez matkę z misją odnalezienia dziecięcia zagubionego w akcji. Szkoła, jako rzekłem, była zamknięta. A że “nie wiadomo, gdzie się szlajałem”, cięgi przypadły na mój niewinny zadek. Kilka lat późnej ochoczo przyznałem rację koledze z bloku, który pasjami pucował w piwnicy poniemiecki motocykl NSU i mawiał, że harcerstwo to pierwszy krok do komunizmu. Organizacje zbiorowe, skupione wokół gadania, pokrzykiwania i zdobywania sprawności, prędzej czy później ocierają się o wypaczenie idei, ściemę, hierarchię, konflikt władzy, chciwości, chorych ambicji, zniewolenia i podporządkowania grupy członkom nie zawsze mądrzejszym, ale bezwzględnie korzystającym ze sztandaru z patetycznym hasłem. Taka jest człowiecza natura i choćby żabami padało nic tego nie zmieni.

Zastanawiać może fakt, czy jest to przypadłość rdzennie polska, wynikająca z narodowego temperamentu? Czy może ciągnący się skutek wyniesionej w genach komuny, zaradnego krętactwa, cwaniactwa i poczucia, że wszystkich wokół można i trzeba robić w wała, żeby wspiąć się po łbach głupszych od własnego na najwyższy konar, z którego i perspektywa szeroka i wszystkim można nasrać na kaszkiet?

I nie ma znaczenia, czy jest to partia polityczna, która nie umie wybrać wodza, Oaza przykościelna czy inne apostolstwa w duchu oraz stowarzyszenia pocieszenia wszelkiego i ratowania uczuć. To, co grupowe skupia jednostki niepewne siebie i własnej wartości, przez co grozi zamknięciem w sekciarstwie. I w imię oblężonej twierdzy bronić będzie choćby zabawkowego krzyżyka nad klatką chomika, niepytanego o wyznanie. Z każdej takiej grupy, która wrzeszczy pod wezwaniem, wyłoni się w końcu mniej lub bardziej skuteczny Bąkiewicz i przepuści przez durszlak wodę po mózgach pieniaczy. Mediom wetknie w dziób sensacje, ośmieszy społeczeństwo, podkręci polaryzację ku radości skarlałych duchem i intelektem. 

Najzabawniejsze, a może jednak bardzo tragiczne jest to, że im więcej na sztandarach wiary, krzyża, zbawienia i Najświętszej Panienki, tym mocniejsza nienawiść na ustach, wściekłość w sercach, agresja w przekaziorach. Ślepa żądza odwetu wiedzie lud na barykadę, nawet jeśli po drugiej stronie nie widać wroga. Nie wychodzi na świat z głowy obrońców stojących coraz dalej od ducha Ewangelii, miłości, pokoju i dobra, o której jakby nigdy nie słyszeli w amoku obrony wartości, z których sami szydzą.  Beleczka we własnym oku najmniej uwiera, więc sięgają po drzazgi w oczach nieobecnych, niezainteresowanych, co najwyżej kpiących memem, nie tyle z wiary, co z jej wyznawców. Jakby sama nie mogła się obronić, skoro czyni to skutecznie przez dwa tysiące lat. Na memy każdy temat jest równie dobry co chwilowy i nie ostatni z całą pewnością. 

Na pewno żyjemy w czasach jakiegoś końca, bo zdewaluowano już wszystko z checklisty wartości. Pozbyliśmy się radośnie tego, co wyznaczało azymut sensownego współistnienia i współdziałania. Co prawda została jeszcze Orkiestra Świątecznej Pomocy i niech trzyma ten naród w poczuciu wspólnego celu. Niech gra do marnego końca świata, a nawet kilka dni dłużej, Choć i tu strach pomyśleć, co z niej zostanie, gdy zabraknie Jurka.


czwartek, 4 grudnia 2025

Takie buty

 

Przerwa. Przepraszamy. Zapraszamy ponownie za 10 minut. Wywieszka na drzwiach wpłynęła na zmianę kierunku marszruty. Rok, a może dłużej nas tu nie było. Zabrałem żonę, choć mogłem przyjechać sam. Krótki wypad po przesyłkę z drogerii, ale teraz mam za swoje. Spontaniczny gest kochającego męża, za który trzeba będzie zapłacić znacznie dłuższym tuptaniem za obiektem miłości. Odetchnąłem głęboko. Dola empatycznego faceta ma swoją cenę, zwłaszcza, gdy w ciągu tygodnia trzykrotnie usłyszy prosty komunikat i już wie, że doroczne „nie mam butów” jest wołaniem rozpaczy z ducha „nie myśl, że wyrzucę jedną z piętnastu par w szafie! Najwyżej przestawię na półkę z przydasiami”. 

Za rogiem kolejny mały sklep trzech marek. Wchodzimy i obserwuję gesty żony, z których bezpiecznie dowiem się, czego szukamy. Nie myślę pytać wprost, aż tak nie ryzykuję. Wyjdę na nieczułego troglodytę, ignoranta pozbawionego uczuć i oślizłego gada, który nie zauważa, że od roku paluszek żonci sterczy z przechodzonego zamszaka. Wszak tylko nadmiar pracy chroni stan jej zaniedbania przed interwencją ulicznego patrolu pomocy społecznej. Tymczasem w jej dłoni eleganckie mokasyny, potem kozaczek, dalej gładzi welur cholewki jeszcze dłuższego kozaczka, ogląda zgrabne oficerki, pociera dłonią kowbojki, pod światło przegląda sztyblety i już wiem: wizja godzinnego pobytu w galerii mocno trąca naiwnością, z której nigdy już nie wyrosnę. Przymykam oczy i nie chcę widzieć dotykania torebek na półce, których cena budzi tęsknotę do tygodniowego pobytu w Karkonoszach dla dwojga i to w hotelu z sauną i spa. 

Minuty uleciały bezpowrotnie, wracamy do salonu dedykowanego intencji tej wyprawy. Miła filigranowa dziewczynka przeprasza raz jeszcze, że odbiliśmy się dwa razy od drzwi i już jest gotowa uchylić nieba jedynej o tej porze klientce. Na szczęście dla siebie samej nie zdążyła zapytać, czego konkretnie szukamy. Po drodze od drzwi do lady małżonka zagarnia kozaczki i pani już szuka rozmiaru. W międzyczasie zamszowe kowbojki koloru brąz próbują uszczęśliwić średniej wielkości stopę naszego małżeństwa. Jeszcze pięta nie zagnieździła się w bucie, gdy wzrok kobiety życia sięga po dłuższy kozaczek ze stolika za moimi plecami. I to już wystarczy, żebym poszedł w kierunku drogerii i pobrał numerek klienta do odbioru darmowej przesyłki. 

Zerkam na zegarek, zostałem obsłużony w siedem minut, łącznie z oczekiwaniem w kolejce. Pomyśleć tylko: gdybym nie proponował żonie sezonowych zakupów, za chwilę miałbym za sobą szlaban mijany bez opłaty. Tymczasem licznik już nie bije, on napieprza w amoku prosto w słabiznę mojej cierpliwości. O nie! Nie dam się zmaltretować terrorowi kowbojek w kolorze czekolady deserowej. Idę do innej drogerii, oczywiście nie mam tam nic do kupienia! Pogapię się na wody toaletowe, powącham, zaciągnę coś pomiędzy pachą maczo a powabem cheruba w rurkach! Może mają tu moją ulubioną? Tę, co pachnie kadzidłem z sutanny po sumie, choć od dawna nie ma jej w innych sklepach. Nie mają i tu. Ale są w promocji karmy dla kota, może jest jakiś smaczek dla naszego futra? Stoją tylko te, z których wylizuje sosik i głodny zagląda w oczy, jęcząc z pretensją Roszpunki, której warkocz obcięli przy samym welonie. Oglądam zapachy do toalety, przylepiane do muszli kwiatki, ciągle te same. I morski, co pachnie rozpuszczalnikiem nitro na pierwszy strzał nosa. Czuję podejrzliwy wzrok na sobie. Wychodzę zanim ochroniarz przeszuka mi kieszenie. Przez szybę obuwniczego widzę filigranową dziewczynkę i jej pąsowe już w biegu policzki. Ruchy Browna w przestrzeni wypełnionej niezdecydowaniem mojej żony, to ryzyko zawodowe pracy galerniczki. Żoncia, dziecię PRL-u, miało dawniej prosty wybór między srebrnymi Relaksami z Podhala, a radomskimi Sofiksami z brezentu i waty. Teraz wolny rynek ją przerósł, sztuka wyboru najtrudniejszą ze sztuk, a kupić coś trzeba.

Miłosierdzie wobec biednej konsultantki nakazało powrót do salonu. Próbuję strategii znudzonego męża, wariant cztery. Siadam i patrzę na żonę z pretensją głodnego kota. Ale akt desperacji przesłania czarny zamsz cholewki sięgającej kolana. Bezradnie przenoszę wzrok na wianek butów wokół niej, w którym dawno się pogubiła. „A te mierzyłam już?”. „Tak, nie mam rozmiaru, chyba że czarne, ale nie chciała pani.”. „Te długie były za duże, ale nie miała pani mniejszych?”. „Nie, chyba, że brązowe?”. „Nie, a tamte mają za wysoki obcas. Z tych kowbojek będzie pani miała brązowe?”. „Mówiła pani, że są za jasne, to nie szukałam rozmiaru”. 

Nie zdzierżę tego dłużej. Spuszczam wzrok i próbuję odciąć się od miejsca zniewolenia. Ze szczątków dialogu wnioskuję, że sympatyczna dziewczynka jest jednak Ukrainką. Bardzo dobrze mówi po polsku, nie do rozpoznania. Jednak ma delikatny wschodni zaśpiew i czasem za długo szuka słowa. Podbiega i do mnie, podaje dwa paski papieru spryskane wodą toaletową. Mówi, że to dla mnie, żebym mógł się czymś zająć, zanim pani skończy mierzyć. „Najnowsze zapachy”, uśmiecha się uroczo i z pewną bezradnością. Dziękuję i wychodzę przed salon. 

Rozglądam się, ale znikąd pomocy. Jeźdźcy apokalipsy najwyraźniej zawrócili w przeczuciu przegranej. Innego końca świata nie będzie! Ale nie, jest! Nadciąga nadzieja! Z prędkością ruchomych schodów przybywa z odsieczą córcia nasza, dziecię złote! W porę dojechała kolejką z Sopotu do Śródmieścia. Teraz sprawy potoczą się szybciej. Sarkazm mojego „dżejzi” przekona mamusię, że „te butki, to wiesz, jak Dżesika w drodze do akademii paznokcia”. „A te co? Pomoc społeczna z Simsów jesteś?”. „Takie? Moherowy kapelusz jeszcze kup i gorzkie żale można odprawić”. „Weź przestań, takie to rasowa katechetka przed emeryturą”. „Podobają ci się? Naprawdę? Przecież te cienkie szmatki zaraz się przetrą, nie za takie pieniądze!”. „Te mogą być, te też, weź obie pary i jedziemy do domu, tylko przymierz spokojnie, żeby nie było w domu, że cisną”. 

I już zakwestionowane chodaki znikają w kartonach szybciej niż z nich wyskakiwały. Po nich cichobiegi brązowe wracają na zaplecze, wprawnie pakowane przez Irinę, Nadię czy Roksanę spragnioną ciszy, a chaos sztuk branych pod uwagę zmienia się w przestrzenny ład bez obuwia. Teraz dziecię porywa mnie do pobliskiego Pepco z zamiarem zakupienia cekinów czarnych albo czerwonych, żeby dać mamusi czas na płatność. Nie myślę pytać mojego wybawcy, po co jej cekiny w środku nocy. Jutrzenka swobody wkrótce zajaśnieje takim blaskiem, że przyćmi ból opłaty parkingowej.


Print Friendly and PDF