piątek, 10 lipca 2026

Trudy wyboru

Wsunąłem szybko prawy but, jakby nadal mi się spieszyło, choć z pracy wyszedłem dobre dwie godziny temu. Nienawidzę zakupów, natarczywości obsługi, mierzenia, decyzji, wyprzedaży i aplikacji. Zawahałem się przez moment, czy mierzyć lewy. W zasadzie nie było potrzeby, skoro prawy dobry, nic nie zawiedzie. Sprzedawczyni ciągle nie wracała za ladę. Bez skutku zmagała się z niezdecydowaną klientką. Ta zaś w lewej dłoni trzymała szary sandał, prawą z czarnym wskazywała inny na półce, a na stopie miała coś w kolorze bordo. Zawahałem się. Poczułem, że but wąski, więc może jednak trzeba sięgnąć po lewy? Tak na wszelki wypadek przymierzyć, skoro nawet proboszcz żeński chór prowadzi na wszelki wypadek. 

W dwóch skokach i w dwóch różnych butach targnąłem się na ladę z otwartym pudełkiem na blacie. Po chwili usłyszałem za plecami głos ekspedientki: „dziękuję, że sam się pan obsłużył”. Odwróciłem się i zobaczyłem uśmiech pod dużymi okularami i dłonie rozłożone w geście bezradności, ze wskazaniem głowy na pochyloną kobietę. 

Nie było mowy o pomyłce, lewy mokasyn co prawda ciaśniej ujął stopę, ale pewnie nikt go dotąd nie mierzył. Ważne, że długością nie zawiódł. W oczekiwaniu na sympatyczną okularnicę ustawiłem buty przy kasie. Ciągle słuchała dylematów z cyklu: „no i nie wiem, które bardziej pasują do sukienki”. Teraz dostrzegła moje oczekiwanie: 

- Mogą być? Pakować? - Podbiegła radośnie, uwolniona od niezdecydowanej.

- Oczywiście. Biorę brązowe. Do mojej sukienki będą pasowały. – Spojrzałem wymownie na jedyną tu klientkę.

- Super. Dwa lata gwarancji. Dodać impregnat?

- Dziękuję, znoszę szybciej. Strasznie zdeptuję, choć brązową sukienkę mam tylko jedną. - Uśmiechnąłem się, bo pani za kontuarem tak naturalnie budziła sympatię.

- Bez obaw, będą pasowały też do beżowej, a od biedy do żółtej i nawet écru. 

Sprzedawczyni podjęła żart, ale po chwili rozejrzała się po sklepie, jakby chciała powierzyć jakąś tajemnicę. Uznała, że pańcia tańcząca swoją salsę na melodię „no i nie wiem które”, chwilowo znalazła się zbyt blisko, więc ściszyła głos: 

- Pan sobie żartuje, a ja naprawdę mam klienta, który szpilki kupuje. Serio. Regularnie.

- Może dla żony? – Sprowokowałem dalszą opowieść.

- A widział pan żonę, która pośle chłopa samego po szpilki? Takich butów nie kupuje się co sezon. Przeciętny facet, nie oszukujmy się, laczków pod prysznic sobie nie kupi, a co dopiero wyjściowe buty żonie. Po waciki strach posłać… dla normalnego wszystkie szpilki przecież takie same, przynajmniej na półce.



- To macie w ofercie szpilki męskie? Może to influencer modowy?  

- Taki konus? I dla kogo niby ta moda? Mówię panu, z metra cięty, wzrost siedzącego doga, a rozmiar czterdzieści jeden. Ostatni damski rozmiar, jaki można tu dostać.

- Ciekawe, czemu w internecie sobie nie kupi? Może szuka zachwytu w pani oczach?


- A wie pan jaki gabaryt musiałaby mieć jego żona przy takim rozmiarze buta? 

 Zignorowała podpuchę, jakby koniecznie musiała podzielić się wrażeniem do końca, zanim zapakuje każdy z mokasynów w osobny woreczek i zapłacę.

- Domyślam się. Przynajmniej stringów jej nie skroi.

- Zapakować w siatkę, czy pudełko wystarczy? – Pochyliła nisko głowę kryjąc rozbawienie i lekko się zaczerwieniła.

- Pudełko poproszę. Ale on, ten dziwny klient, wygląda na takiego, co jeszcze nie  zdecydował się na ostateczną płeć? Czy tuning mu nie przypasował i próbuje wrócić do ustawień fabrycznych?

- Sama nie wiem. Normalnie raczej wygląda. Może w Królową i  aktora Seweryna się zapatrzył? Pozazdrościł znaczy, choć to nikczemna kopia.  

- E, jako drag queen raczej w sukni by do pani przypłynął. 

- A on tylko z brodą wymuskaną, czarną, elegancki inaczej, wie pan - puściła oko -  świat dawno stanął na głowie i tyłka szuka. O! tylko paznokcie ma zawsze pomalowane, wszystkie.

- U nóg też? 

- Nie wiem, na skarpety mierzy, białe. Tak czy owak smacznie to nie wygląda. A ja muszę zachować powagę, uśmiechać się i jeszcze czyścidełko proponować. Karta czy gotówka?

- Ryzyko zawodowe. Karta niech będzie.

- A ja wezmę te bordowe sandałki, wie pani? Akurat mam sporo spodni, do których będą pasowały. 

Niezdecydowana inaczej obwieściła wybór za moimi plecami.

sobota, 27 czerwca 2026

Ich troje, ojciec i coś jeszcze

Prawdę mówiąc nigdy nie przepadałem za prozą pisaną przez kobiety. Unikam takich lektur z dosyć prostego powodu: nadmiernie ciągnie z nich perspektywą właśnie kobiecą. Nie dla mnie babranie się w emocjach, urazach, relacjach rodzinnych, chorobach, rozdrapywanie tęsknot do miłości spełnionej i idealnej. Ale też ściek niespełnień, marzeń, porzuceń, pragnień samorealizacji, niech rozpływają się w tym psiapsi czytelniczki oczekujące na odlot, choćby z lotniska. Męskiemu czytelnikowi (a nie wszyscy wyginęli zaraz po mamutach) taka proza kojarzy się jedynie z tanią jatką wzruszeń wszelkich, często ubliżających zdrowemu rozsądkowi i doświadczeniu.


    Zanim pojawi się wśród Was siostrzany oskarżyciel posiłkowy w sprawie mojej mizoginii, nadmienię, że często wyzywam na uklepaną glebę własne stereotypy czytelnicze i próbuję nimi potrząsnąć. Podobnie było tym razem. Ledwie zamknąłem (z pewną ulgą, bo rzecz przereklamowana) Życie zewnętrzne Annie Ernaux, przypomniałem sobie, że dawno nie rzucałem okiem między okładki książek Zyty Rudzkiej, której produkcje dotąd budująco odstawały od literackich przedsięwzięć większości pań. Już na starcie, nie miałem wątpliwości. Z okładki krzyknął tytuł: Tylko durnie żyją do końca. Mocne? A jakże! Żal przejść obok i nie zajrzeć do środka. Przypadek sprawił, że otworzyłem rzecz na stronie 46. i przeczytałem: Człowiek to bydle, nasz bimber tego nie zmieni, ale potrafi ładnie zamaskować. Po naszej pigwie żadna tam pijacka czkawka. Bardziej się tylko w samotność wpada. No co zrobić, z samotnością trudno się i na trzeźwo mocować. To i po bimbrze człowiek robi się sam dla siebie przyciężki.
        
    Bydląt ludzkich wkoło coraz więcej, fakt, o człowieka coraz trudniej, że przywołam klasyka, a klimaty wiejskie i małomiasteczkowe chodzą za mną od czytelniczego przedszkola. Zabrałem powieść ze sobą. Przed dłuższy czas nie mogłem się od niej oderwać. Co za język! Twardo, krótko i na temat. Jaki słuch! Konstrukcja sprytna, bo przecież to powieść, a czyta się jak zbiór opowiadań połączony kilkoma postaciami. Fabuła minimalistyczna, rwana, stosowna do czasu, miejsca i kreacji bohaterów.

  Idealny świat zadupia, z psami, które szwędają się gdzie i jak chcą, choć zawsze w pobliżu ludzi. Z Elvisem - knurem znajdą, najsympatyczniejszym i tragicznym bez wątpienia bohaterem, bezpardonowo uwalającym się tu i tam. Są też kury, które znoszą jaja jak pięść, ale w różnych miejscach, a nie spełniłyby swojej roli, gdyby nie kogut, którego gniecie starość, choć kokoszkom nadal nie odpuszcza. Na widok siekiery w ludzkiej dłoni umyka jak młodzieniec, choć wzrok już nie ten i nie odróżnia pochwyconego kołka od styliska śmiercionośnego narzędzia. 

  Mało uroczy i niezachęcający do wizyt to bałagan, w którym nic nie ma swojego miejsca. Istnieje jakby na złość światu stawiającemu nieustannie jakieś cele, choć pędzącemu donikąd i po nic. Dopełnia go trójka bohaterów oryginalnych i bardzo ludzkich: Lida, uciekinierka z wielkiego miasta, a obecnie nauczycielka wuefu w wiejskiej szkole. Ziut, zmęczony życiem hydraulik, małomówny i po udarze oraz Roch, geodeta posiadający idealną recepturę na bimber z pigwy. Ta ostatnia zaś chętnie owocuje w zasięgu rąk, jakby odkryła proste powołanie: ulżyć doli i niedoli samotników pokiereszowanych przez los. Swoisty mikroświat, przesycony zgodą na to co jest, nienachalnym, ale mocnym biologizmem i brakiem dążeń, rządzi się własnym bezprawiem, pozbawiony sztywnych regulacji, z wyraźnym cieniem przeszłości i niełatwych doświadczeń.  

    Trójcę niekoniecznie świętą (szczegóły zostawiam ciekawym) nawiedzają przeróżni życiowi rozbitkowie. To dzięki nim przekonujemy się do Lidy i nieco łatwiej możemy próbować zrozumieć jej chropawość. Kobieta z pewnością nie należy do wiotkich i aksamitnych postaci, ale Zyta Rudzka zdaje się z niekłamaną pasją rzeźbi grubo ciosane baby. Od razu ciśnie się na myśl choćby fryzjerka Wera z powieści Ten się śmieje, kto ma zęby. Lida także nie budzi czułości ani chęci przytulenia. Jest zdystansowana, oschła, nawet prostacka. Z nikim się nie brata, nie próbuje wkupić się w łaski lokalsów, a w szkole najchętniej przesiaduje w kantorku przy sali gimnastycznej, wśród śmierdzących stęchlizną materaców. Ale ma pasje: pływanie w rzece i szaloną jazdę motocyklem, jakby próbowała nim uciec przed sobą, choć zawsze wraca do punktu wyjścia. 
    Szczególnie częstym i dosyć uciążliwym gościem bywa dla całej trójki ojciec Lidy. Emerytowany adwokat od rozwodów i alimentów, któremu nie wszystko się udało. Wpada kiedy chce, wypada, kiedy przyjdzie na to ochota. Samotny, rozczarowany postawą życiową córki, do której przecież lgnie. Zawiesiłem się na tej postaci i nie wiem, co myśleć o zderzeniu tak różnych osobowości? Miłość połamana, połączenie obcości i bliskości w relacji najbliższych sobie osób. Ojciec i córka są jak bieguny magnesu, przyciągają się albo odpychają, zależnie od układu, jaki na chwilę wypadnie. Relacje z rodzicem zaciemniają czytelności uczuć. Za dużo tu niedomówień, a swoista przepychanka słowna zdaje się być jedyną dopuszczalną formą komunikacji. Motyw przywodzi na myśl inną powieść autorki, Tkanki miękkie, z tym, że tutaj, postać ojca od początku jest zapowiedzią czegoś nieuchronnego, trochę jak przysłowiowa strzelba zawieszona na ścianie w pierwszym akcie dramatu. Tym razem jednak, nawet jeśli wypali, to bez patosu i z hukiem godnym kapiszona w odpustowym pistolecie ministranta.

  Piękna to powieść, esencjonalna i ujmująco skąpa w formie. Przyprawiona błyskotliwym poczuciem humoru. Zjadliwa, ale w ironii zachowująca umiar i proporcje. Tyle treści w prostocie ujęcia, kawał mięcha egzystencji oddalonej od chwilowych mód i trendów życia społecznego. Czytałem w prawdziwą radością, a towarzyszyło poczucie płynięcia pod prąd współczesności i trwania w tym, co najważniejsze. 

  Bardzo niewiele piszę na tych łamach o lekturach, fakt, pewnie i dziś bym tego nie robił, pozostawiając kilka zdań ku pamięci w dzienniku. A tymczasem dowiedziałem się, że powieść Zyty Rudzkiej została nominowana do Literackiej Nagrody Europy Środkowej ANGELUS. Wielka radość i spora dawka pewności, że to literatura trzymająca właściwy poziom. Uniwersalna, czytelna ponad podziałami, przemawiająca do wielu i każdego z osobna. Ale też pozostaje z czytelnikiem na dłużej, co wcale nie jest częste, zważywszy na nadmiar treści i form, jaki towarzyszy nam każdego dnia. 


poniedziałek, 4 maja 2026

Pasterze rozproszenia

Seriale w streamingu męczą mnie chyba bardziej niż telewizyjne reklamy. Równie mało mam do nich cierpliwości, choć rozumiem strategię. Jak najdłużej zatrzymać uwagę odbiorcy, zanim odda się bez granic innym mediom i jednocześnie tak towarzyszyć widzowi, by nie przeszkadzać podczas innych czynności dnia. Narracja, która w starym kinowym formacie zmieściłaby się w dziewięćdziesiąt minut, tutaj musi trwać co najmniej kilka odcinków. Kolejne epizody niewiele wnoszą, nie posuwają akcji, ale wielokrotnie powtarzane wątki, tematy i dialogi wokół tych samych spraw, dają poczucie bycia w ciągu i na bieżąco. Wszystko w trosce o obecność oglądającego podczas tłuczenia kartofla i żony czy stosowania wychowawczego lania dzieciaka zakłócającego odbiór durnym pytaniem o kieszonkowe. Serial nie może odrywać od polewania rosołu staremu i drinka teściowej, lokowania fryzury (nie produktu), depilacji miejsc mniej lub bardziej intymnych oraz tradycyjnego golenia. W efekcie ekranowa papka się klei,  a odbiorca traci łącze z rzeczywistością, byle nie z ekranem. Tymczasem subskrypcja kręci kasę niczym odpustowa karuzela i wszyscy zadowoleni.
Jako istota społecznie włączona w życie rodzinne, chcąc nie chcąc, zahaczam o scenę kolejnego serialu, który aktualnie porywa małżonkę. Tym razem, gdzieś pomiędzy klejeniem klopsika a rzutem pora do zupy, dostrzegłem Jezusa przed świątynią jerozolimską. Zbliżył się właśnie do zagrody z patyków, z owcami wewnątrz. Nietrudno było zgadnąć, że to kawałek serialu The Chosen. Po słowach Zbawiciela o dobrym pasterzu, który "wyprowadza swoje owce i idzie przed nimi, a one podążają za nim, bo znają jego głos", rodzi się napięcie. Na scenę wchodzą faryzeusze, zaniepokojeni przypowieścią nieznajomego, który oświadcza, że wszyscy, którzy przed nim przyszli, to złodzieje i bandyci i owce ich nie posłuchały. Po chwili zagrożeni kapłani, dobrze umocnieni na swoich pozycjach tradycją, łapią się argumentu kamieni i mamy początek jednej z pierwszych rozpraw z Odkupicielem. 
Póki co w domu nadeszła pora rozkładania talerzy i sztućców, toteż ruszyłem do pokoju, poza zasięg serialu. W głowie pozostała myśl o tych "złodziejach i bandytach", z których dziś większość nawet nie schyla się po kamienie. Oni nawet nie rozpraszają owiec, które i tak nie rozpoznają głosu pasterza. A kiedy owce głuche, a może i ślepawe, wygodniej dokonuje się rozboju i kradzieży w imię tegoż Jezusa, w dodatku nazywając siebie Jego arcypasterzami. 
Żyjemy w czasie, w którym owieczki totalnie się pogubiły w polifonii głosów poza wszelkim kościołem i w zasadzie całkiem zbaraniały. Baców dziś większe stado niż owiec. Na każdym wirtualnym rogu trąbią z internetowej mównicy, co ślina jadem strzyknie. Nadszedł czas pasterzy lepszego stylu życia, osiągania szczęścia drogą na skróty, doskonałego tatuażu na kolanie, cud diety, diety najzdrowszej i wyjątkowej ze skutkiem znakomitego odchudzenia, głównie rozumu. Nie brakuje juhasów od dolegliwości wątroby i plamy na czole. Przekrzykują się pasterze polityki spiskowej i rasowej oraz najzwyklejsi pastuchowie wszelkiej trzody: płaskoziemnej, antyszczepionkowej, feministycznej, mizoginistycznej, LGBT, miejskiej, wiejskiej i nijakiej. W każdej dziedzinie, jakiej tylko tknąć, samozwańczy czikosz staje w szranki ze sztuczną inteligencją. A każdy z nich – wiadomo – najmądrzejszy we wsi. 
I tylko jedno powstaje pytanie: dlaczego żaden z sieciowych pasterzy mądrości wątpliwej nie zaproponuje zbawienia wiecznego? Odpowiedź znalazłem po obiedzie. W ramach deseru wolnego od cukru oddałem się lekturze zaległego numeru “Tygodnika Powszechnego”. Znalazłem tu rozmowę z Ianem McGilchristem, psychiatrą, neuropsychologiem i filozofem, a w niej ciekawy fragment: bardzo silne jest dziś przekonanie, że rzeczywistość składa się wyłącznie z materii. A materią się manipuluje, rzeczy się używa. W świecie rzeczy najwyższą wartością stają się władza i kontrola. To niezwykle dekadenckie i w gruncie rzeczy – smutne. W innych kulturach i czasach ludzie rozumieli wagę wartości dobra, piękna i prawdy. Dziś coraz bardziej się od tego oddalamy
Tak, w świecie materii, rzeczy, zbawienie duszy staje się nierzeczywiste, podobnie jak postać Dobrego Pasterza zdaje się nie wykraczać poza kreację aktorską z serialu. Gdyby nie było Boga należałoby go wymyślić, mawiał Wolter. Minęły wieki i dziś można by powiedzieć: "Nawet jeśli Bóg jest, należy go strącić w wymyślone". Być może dlatego z taką łatwością Jezus, w świadomości masowej, staje się mityczną postacią herosa, lewaka, rewolucjonisty, bohatera memów, wypychanego poza namacalną rzeczywistość, bez większego żalu. Obraz rodem z naiwnej opowieści o nieśmiertelności dusz i szczęściu wiecznym nie pasuje do świata rzeczy, więc dziś i kamienie faryzeuszy na nic. Bajka wzięta z marzeń o zbawieniu, wiekuistej radości, wolnej od niespełnienia oraz bólu odchodzi w cień naszego czasu i naszej mentalności. Tylko nienasycenie i nieustające poczucie braku, tak charakterystyczne dla ludzkiego pędu od celu do celu, trwają w najlepsze i zdają się być jedynym drogowskazem, zanim przyjdzie kres. Dziś odkupienie nie ma zakorzenienia w prawdzie, bo podlega negacji w życiowych postawach rzeszy wierzących i kościelnych hierarchów. W rozdźwięku między głoszonym słowem a bytem ociekającym dostatkiem, otoczonym złotem, purpurą, pałacem i blichtrem, jakby po drugiej stronie ikonografii i obrzędu nie było już nic.
Print Friendly and PDF