Lektura nie tylko nie pozostawia obojętnym, ale też mnoży pytania o granice bestialstwa cywilizacji budowanej przez tyle stuleci. Przecinanie ludzi zardzewiałą piłą na pół, rozwlekanie wnętrzności, przybijanie ofiar do drzew na wzór krzyżowania, ucinanie języków, uszu, rozłupywanie głów siekierami, wywlekanie płodów z brzuchów matek widłami, roztrzaskiwanie główek dzieci o polne i przydrożne kamienie lub zwyczajnie o ścianę, to nie dzieje się wśród mitycznych dzikich ludów, a w kulturze judeochrześcijańskiej, która nie ma nic do powiedzenia po stuleciach jej zakorzeniania. A przy tym radość oszalałych z nienawiści oprawców, często uchlanych, brudnych i śmierdzących. Nie ma mowy nawet o zezwierzęceniu, bo w naturze nie ma zwierząt upajających się własnym okrucieństwem, dających upust uczuciu, którego inne ssaki zwyczajnie nie znają. Kierują się jedynie instynktem, a zabijają z głodu albo w obliczu zagrożenia, zaskoczone, i wówczas w obronie koniecznej.
Nienawiść bywa równie irracjonalna, co okrutna. Umiejętnie podżegana nie dopuszcza do siebie refleksji, gdy jej miejsce wypełnia mieszanina gniewu i lęku. Jednak nienawiść chętnie licytuje, kto da więcej bólu, ściga się w pomysłach na wymyślne upokorzenia, tortury, formy zadawania cierpienia. Dowodzi czy i jak bardzo jesteś oddany sprawie. Ale strach przed zemstą swoich, to przecież tylko jeden motyw okrucieństwa. Może równie silnie towarzyszy mu frustracja, nieprzepracowane zaszłości, wyolbrzymione przez gniew na lacha, polskiego pana, który często garbował ukraińską skórę. Katowanie, jako odpłata za doznane lub wyobrażone krzywdy, chyba jednak nie uzasadnia stopnia zadawanego bólu, a przynajmniej nie przekonuje do niego.
Gdy już uznałem, że nie znajduję argumentów wobec aktów bestialstwa, w trakcie słuchania tej prozy dotarło do mnie, jak bardzo nienawiść nie bierze jeńców. Póki co jednak nie rządzi apodyktycznie, nie tylko do nienawiści należy ten świat. Jest w nim miejsce na przyzwoitość, jeśli nie na śladową miłość bliźniego. Jedni Ukraińcy mordują, gdy inni usiłują ratować polskich sąsiadów. Ostrzegają przed nadchodzącą rzezią, ukrywają w swoich gospodarstwach, często w zamian ginąc wraz z ukrywanymi pod ciężarem siekiery rodaków. Ale na tych, którzy usiłują żyć jak dotąd, spada również polski odwet, metodycznie odzwierciedlający te same techniki tortury i bezwzględności. Spirala szaleństwa ociekającego krwią nakręca się i nabiera absurdalnej mocy.
Tymczasem mamy trzecią dekadę XXI wieku. W trakcie lektury książki Srokowskiego włączam telewizor i lecą w serwisach informacje o zwolnieniu kierowcy autobusu, który wyzywał ukraińskie dziewczynki. Nie minęło kilka dni i kolejne newsy, tym razem o trzech osiłkach bijących ukraińską parę młodych ludzi. Media jak to media, chwilowo oburzone kręcą aferę polityczną, nie bez racji pewnie. Ludzie, bardzo słusznie, zwołują wiece w większych miastach. Uświadamiają reszcie zagrożenie przemocą i skutki dyskryminacji, a taka inicjatywa zawsze zasługuje na uznanie, nawet jeśli pozostaje bez większego wpływu na rzeczywistość. Lepsze to niż nic. Nie chcę jednak stawać tu po żadnej ze stron. Ciekawi mnie kilka mechanizmów społecznych.
Tak oto, na naszych oczach, doświadczamy kolejny, z pewnością nie ostatni raz, jak bardzo wiedza z przeszłości niczego nie uczy na przyszłość. Albo uczy zdolnych do refleksji, a głupim zostaje rola manipulowanego nawozu historii, bez żalu ze strony historii zapewne. Sęk w tym, że jak długo ludzkość trwa, durniów, tępaków i troglodytów (w każdym pokoleniu, nacji i kraju) liczebnie jest zawsze znacznie więcej niż ludzi światłych, wrażliwych, empatycznych i tolerancyjnych i żadne formy edukacji tego nie zmienią. Elity, rzeczywiste a nie kreowane, pozostaną w rozproszeniu własnych prywatności, przezroczyste i niezdolne do narzucania zdania, nawet najmądrzejszego. Były i trwają pozbawione siły przebicia w możliwości zbliżenia ziemi do raju.
Zdrowy rozum podpowiada, że ludzie nie dzielą się na Ukraińców, Polaków, Żydów, Niemców i Szwedów, a jedynie na mądrych i głupich, na skrzywdzonych, poranionych i żyjących względnie zdrowo, na kulturalnych i chamów, na pracowitych i leni, na rzetelnych, uczciwych i cwaniaków, kombinatorów. I to nie nacja czyni ludzi szlachetnymi lub podłymi, a zwyczajnie poziom umysłowy, doświadczenia, traumy, wychowanie, wykształcenie i nabyta kultura oraz predyspozycje oraz przystosowanie do życia w społeczeństwie lub ich brak. I tak jakoś się dzieje, że prawi najczęściej płacą jakością życia za postępki szubrawców i siłę prymitywnej hurmy, sterowanej przez grupy jeszcze większych łotrów dzierżących tubę i taką czy inną władzę.
Wszyscy widzimy dziś wokół siebie Ukraińców, którym w 2022 r. otwieraliśmy domy, miejsca pracy, sklepy, place zabaw i odpoczynku, ze współczuciem ratując przed bolszewickim najeźdźcą. Byliśmy z siebie dumni i słusznie, bo stać nas na miłosierdzie i dobro w każdym wymiarze. Dziś często jesteśmy zmęczeni obecnością wielu z nich. I tu, jak w każdej nacji, jedni są usłużni i pomocni, inni roszczeniowi, nachalni i głośni, jakby byli u siebie. Choć to może też znak, że zadomowili się i nie czują żadnej presji. Wielu z nich pracuje bardzo ciężko, jakby znowu byli wykorzystywani przez polskiego pana, u którego Polak nie będzie „tyrał za grosze”. Ukraińcy tymczasem pracują po dwanaście i więcej godzin, często znacznie poniżej swoich kwalifikacji i wykształcenia, nie buntując się, skoro nie ma jak. Ale przecież troglodyta, tłukący ukraińską parę, ma tylko mięśnie i pięści, nie zdoła pomyśleć, że znaleźliśmy się w grupie najbogatszych gospodarek świata także dzięki pracy ludzi ratujących się ucieczką z Ukrainy. Uznaje za normę Żabkę z browarem i parówą, gdzie w świątek, piątek i niedzielę obsłużą go dziewczyny i chłopcy z Ukrainy. Nie zobaczy, że ma towar w Biedronce wyłożony nocą przez ukraińskich dwudziestolatków, bo polskim się nie chce. Mają bogatych rodziców albo lepsze propozycje. Nie zwróci uwagi, że jesienią opadłe liście ze skwerów i parków znikną za sprawą grabi w ukraińskich dłoniach. Nasze aktualne nieszczęście polega głównie na tym, że znowu, gdzie dwóch się bije tam trzeci korzysta. Ruska bolszewia umiejętnie steruje ludźmi niezdolnymi do perspektywicznego myślenia, nieodróżniającymi ślepej furii i szaleństwa od kalkulacji wrogich czynników, a zapłacimy za to wszyscy. Boleśnie i oby nie za szybko. Zarówno arcypolscy umięśnieni patrioci z główką malutką i ci kochający bliźniego, uczący się historii, całkiem bezradni wobec przyszłości nagonki i hejtu.





