niedziela, 16 sierpnia 2026

Powtórki z nienawiści


Opowiadania Stanisława Srokowskiego wpisałem na listę prywatnych lektur dziesięć lat temu, gdy do kin wchodził Wołyń Smarzowskiego. O ile pamiętam z ciekawości, na ile reżyser rzeczywiście wykorzystał nieznaną mi wcześniej książkę. Temat historii rzezi na ówczesnych polskich kresach uznawałem za wystarczająco omówiony i jakoś skutecznie omijałem Nienawiść. Może uznałem, że zbyt głośno o tym było i jest, a może zawsze coś pilniejszego do przeczytania lądowało na biurku? Aż do teraz, gdy okazało się, że mam dostęp do audiobooka tych opowiadań. Wsłuchiwałem się uważnie w historie epatujące drapieżnym mordem, scenami niewyobrażalnej przemocy. Z trudem, ale i konsekwencją brnąłem przez upiorne doniesienia ze świata niewymownie irracjonalnego gniewu, bezradności, cierpienia i przerażenia, którego nie sposób sobie dziś uzmysłowić. 

Lektura nie tylko nie pozostawia obojętnym, ale też mnoży pytania o granice bestialstwa cywilizacji budowanej przez tyle stuleci. Przecinanie ludzi zardzewiałą piłą na pół, rozwlekanie wnętrzności, przybijanie ofiar do drzew na wzór krzyżowania, ucinanie języków, uszu, rozłupywanie głów siekierami, wywlekanie płodów z brzuchów matek widłami, roztrzaskiwanie główek dzieci o polne i przydrożne kamienie lub zwyczajnie o ścianę, to nie dzieje się wśród mitycznych dzikich ludów, a w kulturze judeochrześcijańskiej, która nie ma nic do powiedzenia po stuleciach jej zakorzeniania. A przy tym radość oszalałych z nienawiści oprawców, często uchlanych, brudnych i śmierdzących. Nie ma mowy nawet o zezwierzęceniu, bo w naturze nie ma zwierząt upajających się własnym okrucieństwem, dających upust uczuciu, którego inne ssaki zwyczajnie nie znają. Kierują się jedynie instynktem, a zabijają z głodu albo w obliczu zagrożenia, zaskoczone, i wówczas w obronie koniecznej.

Im więcej okrucieństwa, relacjonowanego na chłodno w prozie Srokowskiego, tym więcej poczucia bezradności w czytelniku, ale też pytań: dlaczego tak? Jeśli tamci Ukraińcy, bez wątpienia zaczadzeni prostacką ideologią, nakręcali się do walki rzekomo powstańczej, jeśli występowali przeciwko własnym sąsiadom, polskim, żydowskim, ormiańskim, a także ukraińskim, którzy nie podzielili szaleństwa nacjonalizmu, czemu zwyczajnie do nich nie strzelali? Czemu nie powiesili, nie otruli, tylko prześcigali się w pomysłach najokrutniejszych? Jak będąc dziś pomocnym i uczciwym sąsiadem, widząc Ukrainkę, rodaczkę, ale żonę Polaka, którego wczoraj się wspierało, można jutro ją zabić bez wahania, otoczywszy stekiem wyzwisk? Uprzednio poniżając i znęcając się nad ukochanym mężem na jej oczach i to w sposób, którego nie przynoszą najczarniejsze sny? Próbuję to racjonalizować. Może z nienawiści do poniżenia serwowanego metodycznie przez kresową polskość? Tamtejsi Polacy być może nie pozostali bez winy dyskryminując ówczesnych Ukraińców, nierówno ich traktując, ograniczając możliwości zdobycia wykształcenia i lepszej pracy? Może to strach zbudował okrucieństwo? Jeśli w tej bandzie nie będę godnym katem, za chwilę stanę się ofiarą własnych pobratymców. Wyłamałeś się to giń jak oni albo zarzynaj jak swój.

Nienawiść bywa równie irracjonalna, co okrutna. Umiejętnie podżegana nie dopuszcza do siebie refleksji, gdy jej miejsce wypełnia mieszanina gniewu i lęku. Jednak nienawiść chętnie licytuje, kto da więcej bólu, ściga się w pomysłach na wymyślne upokorzenia, tortury, formy zadawania cierpienia. Dowodzi czy i jak bardzo jesteś oddany sprawie. Ale strach przed zemstą swoich, to przecież tylko jeden motyw okrucieństwa. Może równie silnie towarzyszy mu frustracja, nieprzepracowane zaszłości, wyolbrzymione przez gniew na lacha, polskiego pana, który często garbował ukraińską skórę. Katowanie, jako odpłata za doznane lub wyobrażone krzywdy, chyba jednak nie uzasadnia stopnia zadawanego bólu, a przynajmniej nie przekonuje do niego. 

Gdy już uznałem, że nie znajduję argumentów wobec aktów bestialstwa, w trakcie słuchania tej prozy dotarło do mnie, jak bardzo nienawiść nie bierze jeńców. Póki co jednak nie rządzi apodyktycznie, nie tylko do nienawiści należy ten świat. Jest w nim miejsce na przyzwoitość, jeśli nie na śladową miłość bliźniego. Jedni Ukraińcy mordują, gdy inni usiłują ratować polskich sąsiadów. Ostrzegają przed nadchodzącą rzezią, ukrywają w swoich gospodarstwach, często w zamian ginąc wraz z ukrywanymi pod ciężarem siekiery rodaków. Ale na tych, którzy usiłują żyć jak dotąd, spada również polski odwet, metodycznie odzwierciedlający te same techniki tortury i bezwzględności. Spirala szaleństwa ociekającego krwią nakręca się i nabiera absurdalnej mocy. 

Tymczasem mamy trzecią dekadę XXI wieku. W trakcie lektury książki Srokowskiego włączam telewizor i lecą w serwisach informacje o zwolnieniu kierowcy autobusu, który wyzywał ukraińskie dziewczynki. Nie minęło kilka dni i kolejne newsy, tym razem o trzech osiłkach bijących ukraińską parę młodych ludzi. Media jak to media, chwilowo oburzone kręcą aferę polityczną, nie bez racji pewnie. Ludzie, bardzo słusznie, zwołują wiece w większych miastach. Uświadamiają reszcie zagrożenie przemocą i skutki dyskryminacji, a taka inicjatywa zawsze zasługuje na uznanie, nawet jeśli pozostaje bez większego wpływu na rzeczywistość. Lepsze to niż nic. Nie chcę jednak stawać tu po żadnej ze stron. Ciekawi mnie kilka mechanizmów społecznych. 

Tak oto, na naszych oczach, doświadczamy kolejny, z pewnością nie ostatni raz, jak bardzo wiedza z przeszłości niczego nie uczy na przyszłość. Albo uczy zdolnych do refleksji, a głupim zostaje rola manipulowanego nawozu historii, bez żalu ze strony historii zapewne. Sęk w tym, że jak długo ludzkość trwa, durniów, tępaków i troglodytów (w każdym pokoleniu, nacji i kraju) liczebnie jest zawsze znacznie więcej niż ludzi światłych, wrażliwych, empatycznych i tolerancyjnych i żadne formy edukacji tego nie zmienią. Elity, rzeczywiste a nie kreowane, pozostaną w rozproszeniu własnych prywatności, przezroczyste i niezdolne do narzucania zdania, nawet najmądrzejszego. Były i trwają pozbawione siły przebicia w możliwości zbliżenia ziemi do raju. 

Zdrowy rozum podpowiada, że ludzie nie dzielą się na Ukraińców, Polaków, Żydów, Niemców i Szwedów, a jedynie na mądrych i głupich, na skrzywdzonych, poranionych i żyjących względnie zdrowo, na kulturalnych i chamów, na pracowitych i leni, na rzetelnych, uczciwych i cwaniaków, kombinatorów. I to nie nacja czyni ludzi szlachetnymi lub podłymi, a zwyczajnie poziom umysłowy, doświadczenia, traumy, wychowanie, wykształcenie i nabyta kultura oraz predyspozycje oraz przystosowanie do życia w społeczeństwie lub ich brak. I tak jakoś się dzieje, że prawi najczęściej płacą jakością życia za postępki szubrawców i siłę prymitywnej hurmy, sterowanej przez grupy jeszcze większych łotrów dzierżących tubę i taką czy inną władzę. 

Wszyscy widzimy dziś wokół siebie Ukraińców, którym w 2022 r. otwieraliśmy domy, miejsca pracy, sklepy, place zabaw i odpoczynku, ze współczuciem ratując przed bolszewickim najeźdźcą. Byliśmy z siebie dumni i słusznie, bo stać nas na miłosierdzie i dobro w każdym wymiarze. Dziś często jesteśmy zmęczeni obecnością wielu z nich. I tu, jak w każdej nacji, jedni są usłużni i pomocni, inni roszczeniowi, nachalni i głośni, jakby byli u siebie. Choć to może też znak, że zadomowili się i nie czują żadnej presji. Wielu z nich pracuje bardzo ciężko, jakby znowu byli wykorzystywani przez polskiego pana, u którego Polak nie będzie „tyrał za grosze”. Ukraińcy tymczasem pracują po dwanaście i więcej godzin, często znacznie poniżej swoich kwalifikacji i wykształcenia, nie buntując się, skoro nie ma jak. Ale przecież troglodyta, tłukący ukraińską parę, ma tylko mięśnie i pięści, nie zdoła pomyśleć, że znaleźliśmy się w grupie najbogatszych gospodarek świata także dzięki pracy ludzi ratujących się ucieczką z Ukrainy. Uznaje za normę Żabkę z browarem i parówą, gdzie w świątek, piątek i niedzielę obsłużą go dziewczyny i chłopcy z Ukrainy. Nie zobaczy, że ma towar w Biedronce wyłożony nocą przez ukraińskich dwudziestolatków, bo polskim się nie chce. Mają bogatych rodziców albo lepsze propozycje. Nie zwróci uwagi, że jesienią opadłe liście ze skwerów i parków znikną za sprawą grabi w ukraińskich dłoniach. Nasze aktualne nieszczęście polega  głównie na tym, że znowu, gdzie dwóch się bije tam trzeci korzysta. Ruska bolszewia umiejętnie steruje ludźmi niezdolnymi do perspektywicznego myślenia, nieodróżniającymi ślepej furii i szaleństwa od kalkulacji wrogich czynników, a zapłacimy za to wszyscy. Boleśnie i oby nie za szybko. Zarówno arcypolscy umięśnieni patrioci z główką malutką i ci kochający bliźniego, uczący się historii, całkiem bezradni wobec przyszłości nagonki i hejtu.

czwartek, 23 lipca 2026

Pocztówka z wakacji z filmoteką w tle

Nieco zmarznięta, ale bardzo miła pani powitała nas w progu Baszty Kłodzkiej. Mimo gorąca na zewnątrz, skarżyła się na chłód w poszukiwaniu polaru za sobą. Sprzedała bilety łączone na dwie baszty i przejście podziemne. Tym samym, po chwili wspinaczki, mogliśmy cieszyć oczy perspektywą miasteczka i pstrykać turystyczne fotki, które z czasem, jak większość z nas, coraz rzadziej będę oglądał. Gdy na powrót osiągnęliśmy wysokość chodnika, pani sprzedająca bilety, wskazała najlepsze kierunki zwiedzania, obierając za azymut zabytkowy pręgierz, odwieczne narzędzie troski o moralność, bardzo modny rekwizyt w obrębie Kotliny Kłodzkiej, który i tu mógł wyznaczyć środek starego miasta, podobnie jak pobliski ratusz. 


„A tu w Bystrzycy kręcili Czterech pancernych i film Kutza Nikt nie woła”. Głos dumnego z siebie dziadusia wybrzmiał zza pleców w kierunku pani sprzedającej bilety. Żona prosi o przypomnienie filmu. Testuję pamięć bez użycia smartfona. W głowie otwiera się kilka szufladek: ziemie odzyskane, czarno-biały, rok chyba 1960, twarze aktorów? Henryk Boukołowski jako chłopak o dziwnym imieniu, Gabryś? Rożek? Bożek, tak! Aleksander Fogiel, jako burmistrz włóczęga z wędką na moście? Tragicznie zmarła Zofia Marcinkowska i Barbara Kraftówna, jako kobieta prowadząca fabryczkę wódek czy likierów? Bohater ucieka przed sądem podziemnej armii. Szuka tu zapomnienia i samotności, blokuje go strach i nowa miłość. Zakochuje się w bohaterce z melancholijną twarzą Marcinkowskiej, która krótko potem sama popełni samobójstwo, podobno właśnie z miłości. 

Tyle pamiętam z filmu, tyle opowiadam. A Czterej pancerni? Nie mam pojęcia, jaki odcinek kręcono akurat tutaj. Przecież nie ostatni, w którym ginie kapitan Pawłow. Tamte sceny, to Twierdza Kłodzko, ale ten turystyczny torcik zostawimy sobie na później. Zaraz zaraz, a Hłasko? Knajpiana scena z filmu Petelskich Baza ludzi umarłych? Gdy Orsaczek (Roman Kłosowski) i Apostoł (Aleksander Fogiel)  wchodzą z wielkim kołem i dają zapas na numerek. Hłasko czerpał przecież inspirację z pracy kierowcy w Bystrzycy Kłodzkiej. Wszystko to pasuje do scenerii miasta. Koniecznie trzeba to sprawdzić, ale przed nami Brama Wodna i zakręt, przejście na ulicę Podmiejską. Trudno powstrzymać, aparat, znowu barwnie, malowniczo, jakby wspomnienie filmu przeniosło w połowę poprzedniego wieku. 

W dalszej perspektywie dawny kościół ewangelicki, odróżniający się klasycystyczną bryłą i o dziwo niewypalony i nieprzerobiony na knajpę, co nie jest rzadkością na tych ziemiach. Mam nadzieję na wejście do środka, ale tu zmyłka. Wewnątrz już tylko muzeum filumenistyczne. Zapomniane słowo dźwięczy gdzieś w głowie, nawet blisko filatelistyki i nie daje spokoju. Nie wytrzymuję, zaglądam do telefonu. No tak! Pudełka od zapałek, chowam sprzęt do kieszeni. Na majonezy i etykietki zapałczane pieniędzy wydawać nie będzie, pociągnęło mi przez głowę wariacją cytatu filmowego z Siekierezady, ale tu można poklepać kamień pręgierza i opuścić Mały Rynek. 

Teraz kościół św. Michała Archanioła, który wieżą i żółcią przyciągał uwagę jeszcze przed wjazdem do Bystrzycy. Bryła piękna, gotycko-romańska i tej oberwało się od Husytów w swoim czasie. Już czuję w wyobraźni zapach wielowiekowego „namodlenia”, jak mawiała Michałowa, gospodyni proboszcza z serialu Ranczo. A tu cyk i kolejna zmyłka, kościół zamknięty na głucho. I to jest fenomen czasu i miejsca. W jakimkolwiek niewielkim mieście kotliny bym nie był, do kościołów wstęp wzbroniony. Co łaskawszy proboszcz zostawi otwarty przedsionek, z solidnie kutą kratą i wsadź sobie obiektyw między pręty, a w domu powiększ, żeby zobaczyć coś widział. Od biedy wciągnij chrapami, jak kobyła starego Więcka, zapach wieków namodlenia przez stal i tyle wrażeń. I przychodzi kolejny cytat, tym razem z Pułkownika Kwiatkowskiego, też filmu Kutza: „Obywatelska Milicja barykaduje się przed obywatelami, tak?!”, który natychmiast przerabiam na potrzeby chwili: „Kościół katolicki zamyka się przed katolikami, co?”. 

Niepocieszony uznaję, że pora odnaleźć miejsce ulżenia fizjologii. W tym wymiarze turysta nie ma łatwo, szczególnie ten kochający małe miasteczka. Samorządy traktują go z buta na trzy sposoby. Pierwszy to kierunkowskazy do najbliższej toalety, gdzie docierasz bez trudu z nadzieją ulgi, ale możesz tylko poszarpać klamkę drzwi zamkniętych na głucho, bez najmniejszej informacji. W niektórych skupiskach zabytków przeczytasz rzeczową tablicę "szalet miejski czynny jest do 10.00 do 16.00, w soboty i niedziele nieczynny". Drugi sposób na turystę, to „klamka może zadziała jak wrzucisz piątaka”. Znacie współczesnego turystę, który poza kartą płatniczą i zegarkiem z opcją, nosi brzęczący trzos piątaków? Radbym go poznać. Trzecim sposobem zapewne byłoby załatwienie sprawy na wzór lokalsów z miękką twarzą, mijanych tu i tam, którzy bynajmniej nie poszukują restauracji z toaletą, ale bez krępacji leją we wrota najbliższej piwniczki i tak przecież zasypanej bytnością pokoleń.

Ale oto ratunek: duży punkt informacji turystycznej. Z zapałem Maksia z Seksmisji ruszyłem w nadziei znalezienia jakiejś cywilizacji. I zonk! Przemiła pani dysponowała głównie najnowszą mapą miasta. Omówiła precyzyjnie co widzieliśmy, co wypada jeszcze zobaczyć i jak trafić na Górę Parkową z piękną panoramą miasta z jednej strony, z drugiej zaś z widokiem na Góry Bystrzyckie i masyw Śnieżnika. Na pytanie o toaletę uznała, że po drodze jedna będzie. Najpierw schodkami w dół tam na wprost świetna piekarnia i cukiernia z lodami i bardzo dobrą kawą, stolikami i upragnioną wygódką. 

W pędzie szybkie fotki ratusza, odbudowanego w XIX wieku na wzór renesansu florenckiego, więc bryła nadto kusząca dla obiektywu. Piekarnia okazała się oazą współczesności, czystości, wypełnioną zapachami ciast, kawy i chleba. Tym razem reklama była nie tylko przykrywką nepotyzmu. Znalazł się  taras, a za nim piękny most kolejowy na Nysie Kłodzkiej. Natychmiast uwiódł mnie kamienną konstrukcją, jakby mówił: luz, siku za tobą, odetchnij chwilę radością dla oczu sprzed dwóch wieków, a póki co uruchom refleksję. 

To jest piękne w małych miasteczkach Dolnego Śląska, że wszystko, co malownicze znaleźć można w ciasnych uliczkach, pomyślałem zerkając w górę. Są kręte, strome, często zapomniane przez administrację, ale nie przez żywioły. Kamienice, domki tkwią jak podoklejane niewprawną ręką. W każdy zaułek, z górki lub pod górkę, powtykane bramy, przejścia, tarasy, strome schodki, prowadzące na drugą stronę, by odsłonić malowniczą perspektywę lub zamknąć wrażenia ślepą ścianą. Drewniane poręcze w klatkach, wypuszczających w upał tchnienie stęchlizny, wilgoci i ponurej egzystencji albo zapach smażenia mielonych i gotowania krupniku. Piękno zużytych schodów, nieznających remontu, odgłosy pijaństwa, kłótni i poleceń przeplatanych białym wierszem wiązanek, odległych lata świetlne od czułości. Głosy nikczemnego, wulgarnego egzystowania w połączeniu ze strojami dobieranymi z drugiej albo trzeciej ręki, pozwalają bez trudu odróżnić lokalsów od turystów. Do tego henna kobiet, ciągana ciężką kreską, szampony koloryzujące i leginsy w panterkę. Może i przewrotnie, ale współgra to jakoś z powagą wieków wpisaną w architekturę. 

piątek, 10 lipca 2026

Trudy wyboru

Wsunąłem szybko prawy but, jakby nadal mi się spieszyło, choć z pracy wyszedłem dobre dwie godziny temu. Nienawidzę zakupów, natarczywości obsługi, mierzenia, decyzji, wyprzedaży i aplikacji. Zawahałem się przez moment, czy mierzyć lewy. W zasadzie nie było potrzeby, skoro prawy dobry, nic nie zawiedzie. Sprzedawczyni ciągle nie wracała za ladę. Bez skutku zmagała się z niezdecydowaną klientką. Ta zaś w lewej dłoni trzymała szary sandał, prawą z czarnym wskazywała inny na półce, a na stopie miała coś w kolorze bordo. Zawahałem się. Poczułem, że but wąski, więc może jednak trzeba sięgnąć po lewy? Tak na wszelki wypadek przymierzyć, skoro nawet proboszcz żeński chór prowadzi na wszelki wypadek. 

W dwóch skokach i w dwóch różnych butach targnąłem się na ladę z otwartym pudełkiem na blacie. Po chwili usłyszałem za plecami głos ekspedientki: „dziękuję, że sam się pan obsłużył”. Odwróciłem się i zobaczyłem uśmiech pod dużymi okularami i dłonie rozłożone w geście bezradności, ze wskazaniem głowy na pochyloną kobietę. 

Nie było mowy o pomyłce, lewy mokasyn co prawda ciaśniej ujął stopę, ale pewnie nikt go dotąd nie mierzył. Ważne, że długością nie zawiódł. W oczekiwaniu na sympatyczną okularnicę ustawiłem buty przy kasie. Ciągle słuchała dylematów z cyklu: „no i nie wiem, które bardziej pasują do sukienki”. Teraz dostrzegła moje oczekiwanie: 

- Mogą być? Pakować? - Podbiegła radośnie, uwolniona od niezdecydowanej.

- Oczywiście. Biorę brązowe. Do mojej sukienki będą pasowały. – Spojrzałem wymownie na jedyną tu klientkę.

- Super. Dwa lata gwarancji. Dodać impregnat?

- Dziękuję, znoszę szybciej. Strasznie zdeptuję, choć brązową sukienkę mam tylko jedną. - Uśmiechnąłem się, bo pani za kontuarem tak naturalnie budziła sympatię.

- Bez obaw, będą pasowały też do beżowej, a od biedy do żółtej i nawet écru. 

Sprzedawczyni podjęła żart, ale po chwili rozejrzała się po sklepie, jakby chciała powierzyć jakąś tajemnicę. Uznała, że pańcia tańcząca swoją salsę na melodię „no i nie wiem które”, chwilowo znalazła się zbyt blisko, więc ściszyła głos: 

- Pan sobie żartuje, a ja naprawdę mam klienta, który szpilki kupuje. Serio. Regularnie.

- Może dla żony? – Sprowokowałem dalszą opowieść.

- A widział pan żonę, która pośle chłopa samego po szpilki? Takich butów nie kupuje się co sezon. Przeciętny facet, nie oszukujmy się, laczków pod prysznic sobie nie kupi, a co dopiero wyjściowe buty żonie. Po waciki strach posłać… dla normalnego wszystkie szpilki przecież takie same, przynajmniej na półce.



- To macie w ofercie szpilki męskie? Może to influencer modowy?  

- Taki konus? I dla kogo niby ta moda? Mówię panu, z metra cięty, wzrost siedzącego doga, a rozmiar czterdzieści jeden. Ostatni damski rozmiar, jaki można tu dostać.

- Ciekawe, czemu w internecie sobie nie kupi? Może szuka zachwytu w pani oczach?


- A wie pan jaki gabaryt musiałaby mieć jego żona przy takim rozmiarze buta? 

 Zignorowała podpuchę, jakby koniecznie musiała podzielić się wrażeniem do końca, zanim zapakuje każdy z mokasynów w osobny woreczek i zapłacę.

- Domyślam się. Przynajmniej stringów jej nie skroi.

- Zapakować w siatkę, czy pudełko wystarczy? – Pochyliła nisko głowę kryjąc rozbawienie i lekko się zaczerwieniła.

- Pudełko poproszę. Ale on, ten dziwny klient, wygląda na takiego, co jeszcze nie  zdecydował się na ostateczną płeć? Czy tuning mu nie przypasował i próbuje wrócić do ustawień fabrycznych?

- Sama nie wiem. Normalnie raczej wygląda. Może w Królową i  aktora Seweryna się zapatrzył? Pozazdrościł znaczy, choć to nikczemna kopia.  

- E, jako drag queen raczej w sukni by do pani przypłynął. 

- A on tylko z brodą wymuskaną, czarną, elegancki inaczej, wie pan - puściła oko -  świat dawno stanął na głowie i tyłka szuka. O! tylko paznokcie ma zawsze pomalowane, wszystkie.

- U nóg też? 

- Nie wiem, na skarpety mierzy, białe. Tak czy owak smacznie to nie wygląda. A ja muszę zachować powagę, uśmiechać się i jeszcze czyścidełko proponować. Karta czy gotówka?

- Ryzyko zawodowe. Karta niech będzie.

- A ja wezmę te bordowe sandałki, wie pani? Akurat mam sporo spodni, do których będą pasowały. 

Niezdecydowana inaczej obwieściła wybór za moimi plecami.

Print Friendly and PDF