wangin blog
proza i felietony... sposób na świat przekręcony
poniedziałek, 16 lutego 2026
Samotność i odosobnienie
wtorek, 20 stycznia 2026
Niezrzeszony wśród pieniaczy
W zimowe popołudnia, a szczególnie wieczory, przy świecy i kojącym plumkaniu jazzu snują się niespieszne myśli. Jedna z nich męczy mnie odkąd ukojenie zburzyła kłótnia partyjnych głów z telewizora, nieopatrznie zostawionego w sąsiednim pokoju.
Dlaczego nigdy nie kręciła mnie polityka? Znakomitej części społeczeństwa rozpala zmysły, rodzi miliony memów w sieci, chyba więcej niż poświęconych pracy zarobkowej, relacjom małżonków, zmaganiom płci, edukacji czy zdrowiu i kulturze razem wziętych. Pod postami politycznymi zawsze najwięcej ustawek, chamstwa, agresji i przemocy w komentarzach. Jakby sens doniesień sprowadzał się do roli paliwa napędzającego irracjonalną potrzebę awantury. W domach skłócone rodziny, zerwane znajomości i przyjaźnie w imię wojenki polsko-polskiej, każdego z każdym, z powodów w gruncie rzeczy abstrakcyjnych i nazajutrz nieważnych. Aż strach pomyśleć, ile pary naród puszcza w gwizdek po nic. A rzeczywistość coraz bardziej przaśna.
Odśnieżenie chodnika, wypchanie komuś auta z lodu na parkingu, wniesienie zakupów przysłowiowej staruszki na piętro bez windy czy zrzutka na Siepomaga.pl czynią więcej realnego i namacalnego dobra niż jałowe naparzanki polityczne eskalujące złe emocje. Dlaczego ludzie tak kochają czuć się najmądrzejsi politycznie i zawsze wiedzą lepiej niż ci, którzy wiedzą inaczej? A wszyscy uprawnieni, by pluć jadem w bliźniego, który bliźnim za nic być nie może. Nie wiem, czy dominują w tym faceci, ale ostatnio ujęły mnie słowa nieodżałowanego Tadeusza Konwickiego, który w Pamflecie na siebie pisał:
Rozwój cywilizacji odebrał panom wiele możliwości hazardowych. […] Podbijanie niepodległych pań także straciło na znaczeniu, bo panowie poddali się uniseksowi albo uprawiają miłość między sobą. Została więc tylko polityka, zadowalająca ową odwieczną żyłkę hazardu i ryzyka. Dlatego do tej nieszczęsnej polityki z obłędem w oczach pchają się wszyscy. I analfabeci i uczeni, kopnięci w móżdżek i dewianci, zboczeńcy seksualni i impotenci. Polityka, to ziemia obiecana dla wszystkiego, co niewydarzone na naszym biednym globie. Losowanie posłów z całego społeczeństwa uchroniłoby nas, choćby częściowo, od łagrów, kacetów, Hitlerów, Stalinów i tych nieznanych jeszcze dręczycieli, co na razie bawią się w piaskownicach.
Choć od wydania książki Konwickiego minęło trzydzieści lat, bardzo niewielu wyszło z piaskownicy. Do wymienionych wyżej cech “niewydarzonego” dodałbym dziś lawinowo narastającą pazerność oraz opanowaną do perfekcji sztukę kumoterstwa i robienia większego idioty z wyborcy niż z siebie samego. A swoją drogą, odkąd dzień w dzień media walą w nasze głowy kolejnym doniesieniem o erupcji fajerwerków z pomarańczowej głowy narcyza prerii, zyskuję przekonanie co do logicznej dosyć prawidłowości: im większa liczba prostackich umysłów elektoratu, tym bardziej żenujący przywódca z jego wyboru i mocniej zahukana garstka "wykształciuchów". Zatem losowanie kandydata w miejsce kampanii wyborczej mogłoby rzeczywiście uchronić niejedną demokrację przed ruiną. Ale kto usłucha pisarza?
Gdy analizuję własną niechęć do polityki, odkrywam, że jej korzenie sięgają dosyć głęboko. Początki swe bierze w podejrzliwości wobec tego, co zbiorowe. Chrzest prawdy o działaniu grupowym przeszedłem dosyć szybko. O ile pamiętam na etapie wczesnej szkoły podstawowej, gdy postanowiłem zostać zuchem. Poszedłem na pierwszą zbiórkę, do której zachęcały całkiem sympatyczne druhny wbijające na lekcję plastyki. Wieczorem, w dosyć posępnej i obskurnej szkolnej harcówce, umieszczonej w suterenie tysiąclatki, rzeczone druhny zebrały składkę na naszą działalność i wyznaczyły termin kolejnej zbiórki “na za tydzień”. Po upływie siedmiu dni czekałem wraz z grupą, równie naiwnych jak ja, najpierw na ganku zamkniętej szkoły, później obok, pod latarnią, na kamiennym murku ulicy Lipowej. Bezskutecznie. Ani zbiórki, ani druhny, ani kasy, bo był to zwyczajny prototyp metody na wnuczka… a raczej na zucha.
Rzeczone panny, po kilku latach, okazały się znanymi w mieście gwiazdami taniej miłości pod wezwaniem pobliskich koszar. A ja wówczas – trudno powiedzieć jak inne niedoszłe zuchy - zebrałem lanie w domu za okłamywanie rodziców. Jako dziecko przed pierwszą komunią nie dysponowałem zegarkiem na rękę i okazało się, że czekanie na zbiórkę trwało tak długo, aż ojciec został wysłany przez matkę z misją odnalezienia dziecięcia zagubionego w akcji. Szkoła, jako rzekłem, była zamknięta. A że “nie wiadomo, gdzie się szlajałem”, cięgi przypadły na mój niewinny zadek. Kilka lat późnej ochoczo przyznałem rację koledze z bloku, który pasjami pucował w piwnicy poniemiecki motocykl NSU i mawiał, że harcerstwo to pierwszy krok do komunizmu. Organizacje zbiorowe, skupione wokół gadania, pokrzykiwania i zdobywania sprawności, prędzej czy później ocierają się o wypaczenie idei, ściemę, hierarchię, konflikt władzy, chciwości, chorych ambicji, zniewolenia i podporządkowania grupy członkom nie zawsze mądrzejszym, ale bezwzględnie korzystającym ze sztandaru z patetycznym hasłem. Taka jest człowiecza natura i choćby żabami padało nic tego nie zmieni.
Zastanawiać może fakt, czy jest to przypadłość rdzennie polska, wynikająca z narodowego temperamentu? Czy może ciągnący się skutek wyniesionej w genach komuny, zaradnego krętactwa, cwaniactwa i poczucia, że wszystkich wokół można i trzeba robić w wała, żeby wspiąć się po łbach głupszych od własnego na najwyższy konar, z którego i perspektywa szeroka i wszystkim można nasrać na kaszkiet?
I nie ma znaczenia, czy jest to partia polityczna, która nie umie wybrać wodza, Oaza przykościelna czy inne apostolstwa w duchu oraz stowarzyszenia pocieszenia wszelkiego i ratowania uczuć. To, co grupowe skupia jednostki niepewne siebie i własnej wartości, przez co grozi zamknięciem w sekciarstwie. I w imię oblężonej twierdzy bronić będzie choćby zabawkowego krzyżyka nad klatką chomika, niepytanego o wyznanie. Z każdej takiej grupy, która wrzeszczy pod wezwaniem, wyłoni się w końcu mniej lub bardziej skuteczny Bąkiewicz i przepuści przez durszlak wodę po mózgach pieniaczy. Mediom wetknie w dziób sensacje, ośmieszy społeczeństwo, podkręci polaryzację ku radości skarlałych duchem i intelektem.
Najzabawniejsze, a może jednak bardzo tragiczne jest to, że im więcej na sztandarach wiary, krzyża, zbawienia i Najświętszej Panienki, tym mocniejsza nienawiść na ustach, wściekłość w sercach, agresja w przekaziorach. Ślepa żądza odwetu wiedzie lud na barykadę, nawet jeśli po drugiej stronie nie widać wroga. Nie wychodzi na świat z głowy obrońców stojących coraz dalej od ducha Ewangelii, miłości, pokoju i dobra, o której jakby nigdy nie słyszeli w amoku obrony wartości, z których sami szydzą. Beleczka we własnym oku najmniej uwiera, więc sięgają po drzazgi w oczach nieobecnych, niezainteresowanych, co najwyżej kpiących memem, nie tyle z wiary, co z jej wyznawców. Jakby sama nie mogła się obronić, skoro czyni to skutecznie przez dwa tysiące lat. Na memy każdy temat jest równie dobry co chwilowy i nie ostatni z całą pewnością.
Na pewno żyjemy w czasach jakiegoś końca, bo zdewaluowano już wszystko z checklisty wartości. Pozbyliśmy się radośnie tego, co wyznaczało azymut sensownego współistnienia i współdziałania. Co prawda została jeszcze Orkiestra Świątecznej Pomocy i niech trzyma ten naród w poczuciu wspólnego celu. Niech gra do marnego końca świata, a nawet kilka dni dłużej, Choć i tu strach pomyśleć, co z niej zostanie, gdy zabraknie Jurka.
czwartek, 4 grudnia 2025
Takie buty
Przerwa. Przepraszamy. Zapraszamy ponownie za 10 minut. Wywieszka na drzwiach wpłynęła na zmianę kierunku marszruty. Rok, a może dłużej nas tu nie było. Zabrałem żonę, choć mogłem przyjechać sam. Krótki wypad po przesyłkę z drogerii, ale teraz mam za swoje. Spontaniczny gest kochającego męża, za który trzeba będzie zapłacić znacznie dłuższym tuptaniem za obiektem miłości. Odetchnąłem głęboko. Dola empatycznego faceta ma swoją cenę, zwłaszcza, gdy w ciągu tygodnia trzykrotnie usłyszy prosty komunikat i już wie, że doroczne „nie mam butów” jest wołaniem rozpaczy z ducha „nie myśl, że wyrzucę jedną z piętnastu par w szafie! Najwyżej przestawię na półkę z przydasiami”.
Za rogiem kolejny mały sklep trzech marek. Wchodzimy i obserwuję gesty żony, z których bezpiecznie dowiem się, czego szukamy. Nie myślę pytać wprost, aż tak nie ryzykuję. Wyjdę na nieczułego troglodytę, ignoranta pozbawionego uczuć i oślizłego gada, który nie zauważa, że od roku paluszek żonci sterczy z przechodzonego zamszaka. Wszak tylko nadmiar pracy chroni stan jej zaniedbania przed interwencją ulicznego patrolu pomocy społecznej. Tymczasem w jej dłoni eleganckie mokasyny, potem kozaczek, dalej gładzi welur cholewki jeszcze dłuższego kozaczka, ogląda zgrabne oficerki, pociera dłonią kowbojki, pod światło przegląda sztyblety i już wiem: wizja godzinnego pobytu w galerii mocno trąca naiwnością, z której nigdy już nie wyrosnę. Przymykam oczy i nie chcę widzieć dotykania torebek na półce, których cena budzi tęsknotę do tygodniowego pobytu w Karkonoszach dla dwojga i to w hotelu z sauną i spa.
Minuty uleciały bezpowrotnie, wracamy do salonu dedykowanego intencji tej wyprawy. Miła filigranowa dziewczynka przeprasza raz jeszcze, że odbiliśmy się dwa razy od drzwi i już jest gotowa uchylić nieba jedynej o tej porze klientce. Na szczęście dla siebie samej nie zdążyła zapytać, czego konkretnie szukamy. Po drodze od drzwi do lady małżonka zagarnia kozaczki i pani już szuka rozmiaru. W międzyczasie zamszowe kowbojki koloru brąz próbują uszczęśliwić średniej wielkości stopę naszego małżeństwa. Jeszcze pięta nie zagnieździła się w bucie, gdy wzrok kobiety życia sięga po dłuższy kozaczek ze stolika za moimi plecami. I to już wystarczy, żebym poszedł w kierunku drogerii i pobrał numerek klienta do odbioru darmowej przesyłki.
Zerkam na zegarek, zostałem obsłużony w siedem minut, łącznie z oczekiwaniem w kolejce. Pomyśleć tylko: gdybym nie proponował żonie sezonowych zakupów, za chwilę miałbym za sobą szlaban mijany bez opłaty. Tymczasem licznik już nie bije, on napieprza w amoku prosto w słabiznę mojej cierpliwości. O nie! Nie dam się zmaltretować terrorowi kowbojek w kolorze czekolady deserowej. Idę do innej drogerii, oczywiście nie mam tam nic do kupienia! Pogapię się na wody toaletowe, powącham, zaciągnę coś pomiędzy pachą maczo a powabem cheruba w rurkach! Może mają tu moją ulubioną? Tę, co pachnie kadzidłem z sutanny po sumie, choć od dawna nie ma jej w innych sklepach. Nie mają i tu. Ale są w promocji karmy dla kota, może jest jakiś smaczek dla naszego futra? Stoją tylko te, z których wylizuje sosik i głodny zagląda w oczy, jęcząc z pretensją Roszpunki, której warkocz obcięli przy samym welonie. Oglądam zapachy do toalety, przylepiane do muszli kwiatki, ciągle te same. I morski, co pachnie rozpuszczalnikiem nitro na pierwszy strzał nosa. Czuję podejrzliwy wzrok na sobie. Wychodzę zanim ochroniarz przeszuka mi kieszenie. Przez szybę obuwniczego widzę filigranową dziewczynkę i jej pąsowe już w biegu policzki. Ruchy Browna w przestrzeni wypełnionej niezdecydowaniem mojej żony, to ryzyko zawodowe pracy galerniczki. Żoncia, dziecię PRL-u, miało dawniej prosty wybór między srebrnymi Relaksami z Podhala, a radomskimi Sofiksami z brezentu i waty. Teraz wolny rynek ją przerósł, sztuka wyboru najtrudniejszą ze sztuk, a kupić coś trzeba.Miłosierdzie wobec biednej konsultantki nakazało powrót do salonu. Próbuję strategii znudzonego męża, wariant cztery. Siadam i patrzę na żonę z pretensją głodnego kota. Ale akt desperacji przesłania czarny zamsz cholewki sięgającej kolana. Bezradnie przenoszę wzrok na wianek butów wokół niej, w którym dawno się pogubiła. „A te mierzyłam już?”. „Tak, nie mam rozmiaru, chyba że czarne, ale nie chciała pani.”. „Te długie były za duże, ale nie miała pani mniejszych?”. „Nie, chyba, że brązowe?”. „Nie, a tamte mają za wysoki obcas. Z tych kowbojek będzie pani miała brązowe?”. „Mówiła pani, że są za jasne, to nie szukałam rozmiaru”.
Nie zdzierżę tego dłużej. Spuszczam wzrok i próbuję odciąć się od miejsca zniewolenia. Ze szczątków dialogu wnioskuję, że sympatyczna dziewczynka jest jednak Ukrainką. Bardzo dobrze mówi po polsku, nie do rozpoznania. Jednak ma delikatny wschodni zaśpiew i czasem za długo szuka słowa. Podbiega i do mnie, podaje dwa paski papieru spryskane wodą toaletową. Mówi, że to dla mnie, żebym mógł się czymś zająć, zanim pani skończy mierzyć. „Najnowsze zapachy”, uśmiecha się uroczo i z pewną bezradnością. Dziękuję i wychodzę przed salon.
Rozglądam się, ale znikąd pomocy. Jeźdźcy apokalipsy najwyraźniej zawrócili w przeczuciu przegranej. Innego końca świata nie będzie! Ale nie, jest! Nadciąga nadzieja! Z prędkością ruchomych schodów przybywa z odsieczą córcia nasza, dziecię złote! W porę dojechała kolejką z Sopotu do Śródmieścia. Teraz sprawy potoczą się szybciej. Sarkazm mojego „dżejzi” przekona mamusię, że „te butki, to wiesz, jak Dżesika w drodze do akademii paznokcia”. „A te co? Pomoc społeczna z Simsów jesteś?”. „Takie? Moherowy kapelusz jeszcze kup i gorzkie żale można odprawić”. „Weź przestań, takie to rasowa katechetka przed emeryturą”. „Podobają ci się? Naprawdę? Przecież te cienkie szmatki zaraz się przetrą, nie za takie pieniądze!”. „Te mogą być, te też, weź obie pary i jedziemy do domu, tylko przymierz spokojnie, żeby nie było w domu, że cisną”.










