Coraz głośniej i intensywniej słychać nawoływanie: świat zwariował! Krzyczą opiniotwórcze portale, tygodniki i gazety, pobudzając werble klikalności. Jakby wielkie halo miało zrobić wrażenie i mogło coś powstrzymać. Gdyby przynajmniej świat wariował z konkretnego powodu, może wiadomo byłoby, co w nim zmienić, co odwrócić albo zatrzymać? Fakt. Nie bardzo już wiemy, w którą stronę ruszyć. Naprzeciw szaleństwu czy raczej z jego nurtem? Teorie spiskowe w natarciu. W sieci coraz trudniej odróżnić, co płynie z ust człowieka, a co sprytnie sfałszowane przez AI, rzecz jasna nie bez udziału homo cwaniaka lub tylko przygłupa. Korporacje mają w głębokim poważaniu ludzkość, zielony ład, planetę, a ostatnio nawet własnych pracowników. Intensywnie kombinują, jak obniżyć koszty pracy i zastąpić wyścig szczurów chłodnym blaskiem algorytmów. Możemy być pewni, że w całkiem bliskiej przyszłości tłumy menedżerów, finansistów, administratorów i innych biurw (nakręcanych dotąd na sukces i karierę) zasilą rzesze bezrobotnych klikaczy w klawisze. Przestrzenie influencerów od dawna zajęte, a do układania kafelków, hydrauliki czy smarowania gładzi tynkowej paluszki nienawykłe.
Putler zniszczył gospodarkę własnego kraju i udaje, że chce mówić o zakończeniu wojny, noc w noc naparza przy tym Ukrainę. Zabija rzesze dzieci, kobiet i mężczyzn (także własnego narodu), bo u niego “mnogo lyudey” i już nie ma odwrotu. Zwłaszcza, że zainfekował rzesze własnej nacji zaraźliwą chorobą na imperium, więc jego zniknięcie z kart historii niewiele zmieni. Im dłużej to trwa, tym silniej narasta u nas niechęć do Ukraińców, nadmiernie roszczeniowych i nieszanujących daru Polaka.
Pomarańczowy oszołom zza oceanu wiesza na ścianie zdjęcie z Putinem, najpierw mówi, że zakończy wojnę w Ukrainie w dwa dni, a potem, dla odmiany, porywa potwora z Wenezueli. Niczego tym nie zmienia, ale za chwilę przekieruje uwagę mediów i napiernicza w Iran i na koniec pochwali swoje nowe i drogie firanki w gabinecie. Wystrzeliwuje arsenał we wszystkie strony świata w ramach powołanej rady pokoju i donosi, że rodacy go uwielbiają. Przy czym pluje na Europę, która nie chce brnąć w szaleństwo. Czy to już szczyt zidiocenia?
Tymczasem czas ciągle goni nas. Nawet jeśli jesteśmy wolni od niusów i snusów, ratunku nie ma. Praca, dom, zakupy, wizyta u stomatologa, kolejka do maszyny do zwrotu pet butelek i puszek. “A ziemia toczy, toczy swój garb uroczy”, chciałoby się powiedzieć za guru Stachuru. Ogródek zbrojony na wiosnę w donice, keramzyt i begonie. Rower w serwisie, kask do hulajnogi, żwirek do kuwety, przegląd samochodu i wahanie: wymienić już opony na letnie? Dziś narzekamy na trudy powrotu do roboty w poniedziałek, za chwilę puszczamy w sieć rzeczkę memów z cyklu: “piątek, piąteczek, piątunio”, by po chwili znów nie lubić poniedziałku. Im starsi, tym bardziej zmęczeni powtarzalnością kieratu i zdumieniem, że doba coraz krótsza i szybciej ucieka. W latach szkolnych do wakacji przeżywaliśmy całą epokę lenistwa, upokorzeń i sprawdzianów. Dziś panicznie przewijamy booking.com w poczuciu, że od zeszłorocznego urlopu do obecnego minął ledwie miesiąc. Dokąd i po co to wszystko tak pędzi? Rzekłbym, że do końca. Świata albo naszego.
Próbuję wyhamować ten potok myśli, bo życie podarowało mi chwilę zawieszenia. Co prawda to samochód zawisł na podnośniku ASO i wypuszcza olej, ale i ja mam do zyskania przynajmniej dwie godziny dla siebie. Przy niewielkim stoliku trójka podobnie zawieszonych, raczej rówieśników, w sile wieku prawie średniego. Ona, bujająca masywnym kamaszem jak na safari, kończącym łydkę schowaną w szerokie hajdawery ecru, silnie skupiona na przewijaniu Instagrama. Pierwszy On napiernicza w balonikową strzelankę z sieci. Chyba z widokiem na sukces, bo z lekko wysuniętym jęzorem, którego i waran by się powstydził. Drugi On zaburza ciszę jazgotem policyjnych syren z amerykańskiej produkcji streamingowej, wgapiony w ajfon niczym nastolatek w krocze milf z zakazanego porno.
Zerkam na towarzystwo stojąc i wciągam aromat kawy nad ciurkiem z ekspresu. Powoli szukam strategicznego miejsca, do którego nie dotrą rażące promienie słońca. Szklane ściany salonu zewsząd, nie znają litości, całkiem jak gangsterskie strzały z głośników Janusza od auta w leasingu. Właśnie oparł sprzęt na zadaszeniu lęgowym własnego ptaka i osiąga komfort widza. Na hałas serialu mam słuchawki, ale wobec promieni słońca pozostanę bezradny.
Mieszam kawę cienkim patykiem i za chwilę narażę się na śmieszność. Na tym tle facet wyciągający książkę? W epoce vlogów, podcastów i rolkożerców? To już nie dziaders - to niemal relikt. Nawet w kręgu równolatków, to mamut cięższego kalibru. Może nie zrobią mi zdjęcia z ukrycia? Najwyżej zostanę gwiazdą jednego mema. Wziąłem ze sobą zbiór Planeta Lema. Felietony ponadczasowe. Gatunek, który pozwala zakończyć lekturę w dowolnym momencie i wrócić w dowolnym czasie. Wyjmuję zakładkę i czytam: Nikt jeszcze nie powiedział wprost, że Rosja zamierza dążyć do powrotnego zawłaszczenia na przykład Ukrainy, byłoby to jednak wielkim krokiem ku wzmożeniu niebezpieczeństwa grożącemu naszemu krajowi. Słyszę, że ku czci Putina jeden z postsowieckich okrętów podwodnych wystrzelił transkontynentalną rakietę, oczywiście bez głowicy atomowej. Taki gest symboliczny powinien mieć dla nas znaczenie. Słowa moje są bezsilne i bez skutku realnego, choćby się ukazały na Bóg wie na jakich łamach […]. Należałoby się trochę zainteresować tym, co się dzieje za naszą wschodnią granicą, która nie bezzasadnie nazywa się “wschodnią ścianą”; zawsze to oznaczało miejsce, za którym dalej nie ma już nic, głową w mur.
Nie wierzę! Lema nie ma wśród nas od dwudziestu lat. Agresja Rosji na Ukrainę trwa od lat czterech. Skąd taka aktualność tekstu? Zerkam na koniec felietonu Niepokoje i widzę datę - kwiecień 2000r. Ćwierć wieku wstecz, jeden z najwybitniejszych pisarzy minionego stulecia, futurolog, genialny autor tłumaczony na ponad 40 języków, z łącznym nakładem dzieł przekraczającym 30 milionów egzemplarzy. Z precyzją wizjonera ostrzegał i co? I nic! Pozostał zapis “bezsilnych słów”. Kto miałby wówczas przejąć się tekstem na tyle, żeby uważać na wschodnią granicę i uwierzyć w próbę zawłaszczenia Ukrainy za dwadzieścia lat? Wiadomo, proroków poważnie się nie traktuje, po czym szybko o nich zapomina.
Unoszę wzrok znad Lema jakbym chciał podzielić się poczuciem bezsilności. Zerkam na jeszcze większą grupkę oczekujących ze mną w ASO. Wszyscy z nosami w telefonach, mechaniczne odcięci od potrzeby jakiejkolwiek komunikacji i refleksji. Suną automatycznie kciukami jak na komendę. A przecież stanowią statystyczną grupę wyborczą. Otumanienie miganiem obrazków idące tak daleko, że nawet nie stać ich na niecierpliwe zerkanie na zegarek. Ciekawe, jak wyglądałyby rządy merytokracji w takim społeczeństwie? Czy mogłaby być przekonująca dla obywateli, którzy nie są w stanie skupić się przez kwadrans wypowiedzi, ustnej czy pisemnej, w dodatku ze zrozumieniem? Może to jednak lepiej, że rzeczywiste elity nie są zainteresowane władzą, rządem dusz zatraconych w sieci? Umysły twórcze, wybitne, przewidujące porywa ciekawość świata, analiza faktów, opis zjawisk, porządkowanie chaosu myśli przez pisanie, poznanie emocji i szukanie sensu. Czy można mieć żal do rzeczywistej siły umysłowej narodu, że nie ma narzędzia do uzdrowienia państwa i relacji społecznych? Czy pozostaje spuścić zasłonę milczenia na znakomitą większość, która czyni życie coraz mniej znośnym? Na masę tyle krzykliwą, siejącą zamęt, co ciemną i niezdolną do samodzielnego myślenia, gotową o każdej porze i w każdym czasie łykać pomyje populizmu, byle wchodziły lekko, łatwo i przyjemnie…
- Zapraszam pana. Samochód gotowy do odbioru. Karta czy gotówka?