sobota, 27 czerwca 2026

Ich troje, ojciec i coś jeszcze

Prawdę mówiąc nigdy nie przepadałem za prozą pisaną przez kobiety. Unikam takich lektur z dosyć prostego powodu: nadmiernie ciągnie z nich perspektywą właśnie kobiecą. Nie dla mnie babranie się w emocjach, urazach, relacjach rodzinnych, chorobach, rozdrapywanie tęsknot do miłości spełnionej i idealnej. Ale też ściek niespełnień, marzeń, porzuceń, pragnień samorealizacji, niech rozpływają się w tym psiapsi czytelniczki oczekujące na odlot, choćby z lotniska. Męskiemu czytelnikowi (a nie wszyscy wyginęli zaraz po mamutach) taka proza kojarzy się jedynie z tanią jatką wzruszeń wszelkich, często ubliżających zdrowemu rozsądkowi i doświadczeniu.


    Zanim pojawi się wśród Was siostrzany oskarżyciel posiłkowy w sprawie mojej mizoginii, nadmienię, że często wyzywam na uklepaną glebę własne stereotypy czytelnicze i próbuję nimi potrząsnąć. Podobnie było tym razem. Ledwie zamknąłem (z pewną ulgą, bo rzecz przereklamowana) Życie zewnętrzne Annie Ernaux, przypomniałem sobie, że dawno nie rzucałem okiem między okładki książek Zyty Rudzkiej, której produkcje dotąd budująco odstawały od literackich przedsięwzięć większości pań. Już na starcie, nie miałem wątpliwości. Z okładki krzyknął tytuł: Tylko durnie żyją do końca. Mocne? A jakże! Żal przejść obok i nie zajrzeć do środka. Przypadek sprawił, że otworzyłem rzecz na stronie 46. i przeczytałem: Człowiek to bydle, nasz bimber tego nie zmieni, ale potrafi ładnie zamaskować. Po naszej pigwie żadna tam pijacka czkawka. Bardziej się tylko w samotność wpada. No co zrobić, z samotnością trudno się i na trzeźwo mocować. To i po bimbrze człowiek robi się sam dla siebie przyciężki.
        
    Bydląt ludzkich wkoło coraz więcej, fakt, o człowieka coraz trudniej, że przywołam klasyka, a klimaty wiejskie i małomiasteczkowe chodzą za mną od czytelniczego przedszkola. Zabrałem powieść ze sobą. Przed dłuższy czas nie mogłem się od niej oderwać. Co za język! Twardo, krótko i na temat. Jaki słuch! Konstrukcja sprytna, bo przecież to powieść, a czyta się jak zbiór opowiadań połączony kilkoma postaciami. Fabuła minimalistyczna, rwana, stosowna do czasu, miejsca i kreacji bohaterów.

  Idealny świat zadupia, z psami, które szwędają się gdzie i jak chcą, choć zawsze w pobliżu ludzi. Z Elvisem - knurem znajdą, najsympatyczniejszym i tragicznym bez wątpienia bohaterem, bezpardonowo uwalającym się tu i tam. Są też kury, które znoszą jaja jak pięść, ale w różnych miejscach, a nie spełniłyby swojej roli, gdyby nie kogut, którego gniecie starość, choć kokoszkom nadal nie odpuszcza. Na widok siekiery w ludzkiej dłoni umyka jak młodzieniec, choć wzrok już nie ten i nie odróżnia pochwyconego kołka od styliska śmiercionośnego narzędzia. 

  Mało uroczy i niezachęcający do wizyt to bałagan, w którym nic nie ma swojego miejsca. Istnieje jakby na złość światu stawiającemu nieustannie jakieś cele, choć pędzącemu donikąd i po nic. Dopełnia go trójka bohaterów oryginalnych i bardzo ludzkich: Lida, uciekinierka z wielkiego miasta, a obecnie nauczycielka wuefu w wiejskiej szkole. Ziut, zmęczony życiem hydraulik, małomówny i po udarze oraz Roch, geodeta posiadający idealną recepturę na bimber z pigwy. Ta ostatnia zaś chętnie owocuje w zasięgu rąk, jakby odkryła proste powołanie: ulżyć doli i niedoli samotników pokiereszowanych przez los. Swoisty mikroświat, przesycony zgodą na to co jest, nienachalnym, ale mocnym biologizmem i brakiem dążeń, rządzi się własnym bezprawiem, pozbawiony sztywnych regulacji, z wyraźnym cieniem przeszłości i niełatwych doświadczeń.  

    Trójcę niekoniecznie świętą (szczegóły zostawiam ciekawym) nawiedzają przeróżni życiowi rozbitkowie. To dzięki nim przekonujemy się do Lidy i nieco łatwiej możemy próbować zrozumieć jej chropawość. Kobieta z pewnością nie należy do wiotkich i aksamitnych postaci, ale Zyta Rudzka zdaje się z niekłamaną pasją rzeźbi grubo ciosane baby. Od razu ciśnie się na myśl choćby fryzjerka Wera z powieści Ten się śmieje, kto ma zęby. Lida także nie budzi czułości ani chęci przytulenia. Jest zdystansowana, oschła, nawet prostacka. Z nikim się nie brata, nie próbuje wkupić się w łaski lokalsów, a w szkole najchętniej przesiaduje w kantorku przy sali gimnastycznej, wśród śmierdzących stęchlizną materaców. Ale ma pasje: pływanie w rzece i szaloną jazdę motocyklem, jakby próbowała nim uciec przed sobą, choć zawsze wraca do punktu wyjścia. 
    Szczególnie częstym i dosyć uciążliwym gościem bywa dla całej trójki ojciec Lidy. Emerytowany adwokat od rozwodów i alimentów, któremu nie wszystko się udało. Wpada kiedy chce, wypada, kiedy przyjdzie na to ochota. Samotny, rozczarowany postawą życiową córki, do której przecież lgnie. Zawiesiłem się na tej postaci i nie wiem, co myśleć o zderzeniu tak różnych osobowości? Miłość połamana, połączenie obcości i bliskości w relacji najbliższych sobie osób. Ojciec i córka są jak bieguny magnesu, przyciągają się albo odpychają, zależnie od układu, jaki na chwilę wypadnie. Relacje z rodzicem zaciemniają czytelności uczuć. Za dużo tu niedomówień, a swoista przepychanka słowna zdaje się być jedyną dopuszczalną formą komunikacji. Motyw przywodzi na myśl inną powieść autorki, Tkanki miękkie, z tym, że tutaj, postać ojca od początku jest zapowiedzią czegoś nieuchronnego, trochę jak przysłowiowa strzelba zawieszona na ścianie w pierwszym akcie dramatu. Tym razem jednak, nawet jeśli wypali, to bez patosu i z hukiem godnym kapiszona w odpustowym pistolecie ministranta.

  Piękna to powieść, esencjonalna i ujmująco skąpa w formie. Przyprawiona błyskotliwym poczuciem humoru. Zjadliwa, ale w ironii zachowująca umiar i proporcje. Tyle treści w prostocie ujęcia, kawał mięcha egzystencji oddalonej od chwilowych mód i trendów życia społecznego. Czytałem w prawdziwą radością, a towarzyszyło poczucie płynięcia pod prąd współczesności i trwania w tym, co najważniejsze. 

  Bardzo niewiele piszę na tych łamach o lekturach, fakt, pewnie i dziś bym tego nie robił, pozostawiając kilka zdań ku pamięci w dzienniku. A tymczasem dowiedziałem się, że powieść Zyty Rudzkiej została nominowana do Literackiej Nagrody Europy Środkowej ANGELUS. Wielka radość i spora dawka pewności, że to literatura trzymająca właściwy poziom. Uniwersalna, czytelna ponad podziałami, przemawiająca do wielu i każdego z osobna. Ale też pozostaje z czytelnikiem na dłużej, co wcale nie jest częste, zważywszy na nadmiar treści i form, jaki towarzyszy nam każdego dnia. 


poniedziałek, 4 maja 2026

Pasterze rozproszenia

Seriale w streamingu męczą mnie chyba bardziej niż telewizyjne reklamy. Równie mało mam do nich cierpliwości, choć rozumiem strategię. Jak najdłużej zatrzymać uwagę odbiorcy, zanim odda się bez granic innym mediom i jednocześnie tak towarzyszyć widzowi, by nie przeszkadzać podczas innych czynności dnia. Narracja, która w starym kinowym formacie zmieściłaby się w dziewięćdziesiąt minut, tutaj musi trwać co najmniej kilka odcinków. Kolejne epizody niewiele wnoszą, nie posuwają akcji, ale wielokrotnie powtarzane wątki, tematy i dialogi wokół tych samych spraw, dają poczucie bycia w ciągu i na bieżąco. Wszystko w trosce o obecność oglądającego podczas tłuczenia kartofla i żony czy stosowania wychowawczego lania dzieciaka zakłócającego odbiór durnym pytaniem o kieszonkowe. Serial nie może odrywać od polewania rosołu staremu i drinka teściowej, lokowania fryzury (nie produktu), depilacji miejsc mniej lub bardziej intymnych oraz tradycyjnego golenia. W efekcie ekranowa papka się klei,  a odbiorca traci łącze z rzeczywistością, byle nie z ekranem. Tymczasem subskrypcja kręci kasę niczym odpustowa karuzela i wszyscy zadowoleni.
Jako istota społecznie włączona w życie rodzinne, chcąc nie chcąc, zahaczam o scenę kolejnego serialu, który aktualnie porywa małżonkę. Tym razem, gdzieś pomiędzy klejeniem klopsika a rzutem pora do zupy, dostrzegłem Jezusa przed świątynią jerozolimską. Zbliżył się właśnie do zagrody z patyków, z owcami wewnątrz. Nietrudno było zgadnąć, że to kawałek serialu The Chosen. Po słowach Zbawiciela o dobrym pasterzu, który "wyprowadza swoje owce i idzie przed nimi, a one podążają za nim, bo znają jego głos", rodzi się napięcie. Na scenę wchodzą faryzeusze, zaniepokojeni przypowieścią nieznajomego, który oświadcza, że wszyscy, którzy przed nim przyszli, to złodzieje i bandyci i owce ich nie posłuchały. Po chwili zagrożeni kapłani, dobrze umocnieni na swoich pozycjach tradycją, łapią się argumentu kamieni i mamy początek jednej z pierwszych rozpraw z Odkupicielem. 
Póki co w domu nadeszła pora rozkładania talerzy i sztućców, toteż ruszyłem do pokoju, poza zasięg serialu. W głowie pozostała myśl o tych "złodziejach i bandytach", z których dziś większość nawet nie schyla się po kamienie. Oni nawet nie rozpraszają owiec, które i tak nie rozpoznają głosu pasterza. A kiedy owce głuche, a może i ślepawe, wygodniej dokonuje się rozboju i kradzieży w imię tegoż Jezusa, w dodatku nazywając siebie Jego arcypasterzami. 
Żyjemy w czasie, w którym owieczki totalnie się pogubiły w polifonii głosów poza wszelkim kościołem i w zasadzie całkiem zbaraniały. Baców dziś większe stado niż owiec. Na każdym wirtualnym rogu trąbią z internetowej mównicy, co ślina jadem strzyknie. Nadszedł czas pasterzy lepszego stylu życia, osiągania szczęścia drogą na skróty, doskonałego tatuażu na kolanie, cud diety, diety najzdrowszej i wyjątkowej ze skutkiem znakomitego odchudzenia, głównie rozumu. Nie brakuje juhasów od dolegliwości wątroby i plamy na czole. Przekrzykują się pasterze polityki spiskowej i rasowej oraz najzwyklejsi pastuchowie wszelkiej trzody: płaskoziemnej, antyszczepionkowej, feministycznej, mizoginistycznej, LGBT, miejskiej, wiejskiej i nijakiej. W każdej dziedzinie, jakiej tylko tknąć, samozwańczy czikosz staje w szranki ze sztuczną inteligencją. A każdy z nich – wiadomo – najmądrzejszy we wsi. 
I tylko jedno powstaje pytanie: dlaczego żaden z sieciowych pasterzy mądrości wątpliwej nie zaproponuje zbawienia wiecznego? Odpowiedź znalazłem po obiedzie. W ramach deseru wolnego od cukru oddałem się lekturze zaległego numeru “Tygodnika Powszechnego”. Znalazłem tu rozmowę z Ianem McGilchristem, psychiatrą, neuropsychologiem i filozofem, a w niej ciekawy fragment: bardzo silne jest dziś przekonanie, że rzeczywistość składa się wyłącznie z materii. A materią się manipuluje, rzeczy się używa. W świecie rzeczy najwyższą wartością stają się władza i kontrola. To niezwykle dekadenckie i w gruncie rzeczy – smutne. W innych kulturach i czasach ludzie rozumieli wagę wartości dobra, piękna i prawdy. Dziś coraz bardziej się od tego oddalamy
Tak, w świecie materii, rzeczy, zbawienie duszy staje się nierzeczywiste, podobnie jak postać Dobrego Pasterza zdaje się nie wykraczać poza kreację aktorską z serialu. Gdyby nie było Boga należałoby go wymyślić, mawiał Wolter. Minęły wieki i dziś można by powiedzieć: "Nawet jeśli Bóg jest, należy go strącić w wymyślone". Być może dlatego z taką łatwością Jezus, w świadomości masowej, staje się mityczną postacią herosa, lewaka, rewolucjonisty, bohatera memów, wypychanego poza namacalną rzeczywistość, bez większego żalu. Obraz rodem z naiwnej opowieści o nieśmiertelności dusz i szczęściu wiecznym nie pasuje do świata rzeczy, więc dziś i kamienie faryzeuszy na nic. Bajka wzięta z marzeń o zbawieniu, wiekuistej radości, wolnej od niespełnienia oraz bólu odchodzi w cień naszego czasu i naszej mentalności. Tylko nienasycenie i nieustające poczucie braku, tak charakterystyczne dla ludzkiego pędu od celu do celu, trwają w najlepsze i zdają się być jedynym drogowskazem, zanim przyjdzie kres. Dziś odkupienie nie ma zakorzenienia w prawdzie, bo podlega negacji w życiowych postawach rzeszy wierzących i kościelnych hierarchów. W rozdźwięku między głoszonym słowem a bytem ociekającym dostatkiem, otoczonym złotem, purpurą, pałacem i blichtrem, jakby po drugiej stronie ikonografii i obrzędu nie było już nic.

poniedziałek, 13 kwietnia 2026

Zawiecha

Coraz głośniej i intensywniej słychać nawoływanie: świat zwariował! Krzyczą opiniotwórcze portale, tygodniki i gazety, pobudzając werble klikalności. Jakby wielkie halo miało zrobić wrażenie i mogło coś powstrzymać. Gdyby przynajmniej świat wariował z konkretnego powodu, może wiadomo byłoby, co w nim zmienić, co odwrócić albo zatrzymać? 

Fakt. Nie bardzo już wiemy, w którą stronę ruszyć. Naprzeciw szaleństwu czy raczej z jego nurtem? Teorie spiskowe w natarciu. W sieci coraz trudniej odróżnić, co płynie z ust człowieka, a co sprytnie sfałszowane przez AI, rzecz jasna nie bez udziału homo cwaniaka lub tylko przygłupa. Korporacje mają w głębokim poważaniu ludzkość, zielony ład, planetę, a ostatnio nawet własnych pracowników. Intensywnie kombinują, jak obniżyć koszty pracy i zastąpić wyścig szczurów chłodnym blaskiem algorytmów. Możemy być pewni, że w całkiem bliskiej przyszłości tłumy menedżerów, finansistów, administratorów i innych biurw (nakręcanych dotąd na sukces i karierę) zasilą rzesze bezrobotnych klikaczy w klawisze. Przestrzenie influencerów od dawna zajęte, a do układania kafelków, hydrauliki czy smarowania gładzi tynkowej paluszki nienawykłe.

Putler zniszczył gospodarkę własnego kraju i udaje, że chce mówić o zakończeniu wojny, noc w noc naparza przy tym Ukrainę. Zabija rzesze dzieci, kobiet i mężczyzn (także własnego narodu), bo u niego “mnogo ludeyi już nie ma odwrotu. Zwłaszcza, że zainfekował rzesze własnej nacji zaraźliwą chorobą na imperium, więc jego zniknięcie z kart historii niewiele zmieni. Im dłużej to trwa, tym silniej narasta u nas niechęć do Ukraińców, nadmiernie roszczeniowych i nieszanujących daru Polaka. 

Pomarańczowy oszołom zza oceanu wiesza na ścianie zdjęcie z Putinem, najpierw mówi, że zakończy wojnę w Ukrainie w dwa dni, a potem, dla odmiany, porywa potwora z Wenezueli. Niczego tym nie zmienia, ale za chwilę przekieruje uwagę mediów i napiernicza w Iran i na koniec pochwali swoje nowe i drogie firanki w gabinecie. Wystrzeliwuje arsenał we wszystkie strony świata w ramach powołanej rady pokoju i donosi, że rodacy go uwielbiają. Przy czym pluje na Europę, która nie chce brnąć w szaleństwo. Czy to już szczyt zidiocenia?

Tymczasem czas ciągle goni nas. Nawet jeśli jesteśmy wolni od niusów i snusów, ratunku nie ma. Praca, dom, zakupy, wizyta u stomatologa, kolejka do maszyny do zwrotu pet butelek i puszek. “A ziemia toczy, toczy swój garb uroczy”, chciałoby się powiedzieć za guru Stachuru. Ogródek zbrojony na wiosnę w donice, keramzyt i begonie. Rower w serwisie, kask do hulajnogi, żwirek do kuwety, przegląd samochodu i wahanie: wymienić już opony na letnie? Dziś narzekamy na trudy powrotu do roboty w poniedziałek, za chwilę puszczamy w sieć rzeczkę memów z cyklu: “piątek, piąteczek, piątunio”, by po chwili znów nie lubić poniedziałku. Im starsi, tym bardziej zmęczeni powtarzalnością kieratu i zdumieniem, że doba coraz krótsza i szybciej ucieka. W latach szkolnych do wakacji przeżywaliśmy całą epokę lenistwa, upokorzeń i sprawdzianów. Dziś panicznie przewijamy booking.com w poczuciu, że od zeszłorocznego urlopu do obecnego minął ledwie miesiąc. Dokąd i po co to wszystko tak pędzi? Rzekłbym, że do końca. Świata albo naszego.

Próbuję wyhamować ten potok myśli, bo życie podarowało mi chwilę zawieszenia. Co prawda to samochód zawisł na podnośniku ASO i wypuszcza olej, ale i ja mam do zyskania przynajmniej dwie godziny dla siebie. Przy niewielkim stoliku trójka podobnie zawieszonych, raczej rówieśników, w sile wieku prawie średniego. Ona, bujająca masywnym kamaszem jak na safari, kończącym łydkę schowaną w szerokie hajdawery ecru, silnie skupiona na przewijaniu Instagrama. Pierwszy on napiernicza w balonikową strzelankę z sieci. Chyba z widokiem na sukces, bo z lekko wysuniętym jęzorem, którego i waran by się powstydził. Drugi on zaburza ciszę jazgotem policyjnych syren z amerykańskiej produkcji streamingowej, wgapiony w ajfon niczym nastolatek w krocze milf z zakazanego porno. 

Zerkam na towarzystwo stojąc i wciągam aromat kawy nad ciurkiem z ekspresu. Powoli szukam strategicznego miejsca, do którego nie dotrą rażące promienie słońca. Szklane ściany salonu zewsząd, nie znają litości, całkiem jak gangsterskie strzały z głośników Janusza od auta w leasingu. Właśnie oparł sprzęt na zadaszeniu lęgowym własnego ptaka i osiąga komfort widza. Na hałas serialu mam słuchawki, ale wobec promieni słońca pozostanę bezradny. 

Mieszam kawę cienkim patykiem i za chwilę narażę się na śmieszność. Na tym tle facet wyciągający książkę? W epoce vlogów, podcastów i rolkożerców? To już nie dziaders  -  to niemal relikt. Nawet w kręgu równolatków, to mamut cięższego kalibru. Może nie zrobią mi zdjęcia z ukrycia? Najwyżej zostanę gwiazdą jednego mema. Wziąłem ze sobą zbiór Planeta Lema. Felietony ponadczasowe. Gatunek, który pozwala zakończyć lekturę w dowolnym momencie i wrócić w dowolnym czasie. Wyjmuję zakładkę i czytam:  

Nikt jeszcze nie powiedział wprost, że Rosja zamierza dążyć do powrotnego zawłaszczenia na przykład Ukrainy, byłoby to jednak wielkim krokiem ku wzmożeniu niebezpieczeństwa grożącemu naszemu krajowi. Słyszę, że ku czci Putina jeden z postsowieckich okrętów podwodnych wystrzelił transkontynentalną rakietę, oczywiście bez głowicy atomowej. Taki gest symboliczny powinien mieć dla nas znaczenie. Słowa moje są bezsilne i bez skutku realnego, choćby się ukazały na Bóg wie jakich łamach […]. Należałoby się trochę zainteresować tym, co się dzieje za naszą wschodnią granicą, która nie bezzasadnie nazywa się “wschodnią ścianą”; zawsze to oznaczało miejsce, za którym dalej nie ma już nic, głową w mur. 

Nie wierzę! Lema nie ma wśród nas od dwudziestu lat. Agresja Rosji na Ukrainę trwa od lat czterech. Skąd taka aktualność tekstu? Zerkam na koniec felietonu Niepokoje i widzę datę - kwiecień 2000r. Ćwierć wieku wstecz, jeden z najwybitniejszych pisarzy minionego stulecia, futurolog, genialny autor tłumaczony na ponad 40 języków, z łącznym nakładem dzieł przekraczającym 30 milionów egzemplarzy. Z precyzją wizjonera ostrzegał i co? I nic! Pozostał zapis “bezsilnych słów”. Kto miałby wówczas przejąć się tekstem na tyle, żeby uważać na wschodnią granicę i uwierzyć w próbę zawłaszczenia Ukrainy za dwadzieścia lat? Wiadomo, proroków poważnie się nie traktuje, po czym szybko o nich zapomina. 

Unoszę wzrok znad Lema jakbym chciał podzielić się poczuciem bezsilności. Zerkam na jeszcze większą grupkę oczekujących ze mną w ASO. Wszyscy z nosami w telefonach, mechanicznie odcięci od potrzeby jakiejkolwiek komunikacji i refleksji. Jak na komendę suną automatycznie kciukami, a przecież stanowią statystyczną grupę wyborczą. Otumanienie miganiem obrazków idące tak daleko, że nawet na niecierpliwe zerkanie na zegarek ich nie stać. 

Ciekawe, jak wyglądałyby rządy merytokracji w takim społeczeństwie? Czy mogłaby być przekonująca dla obywateli, którzy nie są w stanie skupić się ze  zrozumieniem przez kwadrans wypowiedzi, ustnej czy pisemnej? Może to jednak lepiej, że rzeczywiste elity nie są zainteresowane władzą, rządem dusz zatraconych w sieci? Umysły twórcze, wybitne, przewidujące porywa ciekawość świata, analiza faktów, opis zjawisk, porządkowanie chaosu myśli przez pisanie, poznanie emocji i szukanie sensu. Czy można mieć żal do rzeczywistej siły umysłowej narodu, że nie ma narzędzia do uzdrowienia państwa i relacji społecznych? Czy pozostaje spuścić zasłonę milczenia na znakomitą większość, która czyni życie coraz mniej znośnym? Na masę tyle krzykliwą, siejącą zamęt, co ciemną i niezdolną do samodzielnego myślenia, gotową o każdej porze i w każdym czasie łykać pomyje populizmu, byle wchodziły lekko, łatwo i przyjemnie…

- Zapraszam pana. Samochód gotowy do odbioru. Karta czy gotówka?

Print Friendly and PDF