Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Snem malowane. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Snem malowane. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 maja 2024

Figura ładu


Wchodzenie w smugę cienia niesie ze sobą przywoływanie miejsc i sytuacji z przeszłości. Mechanizm działa niezawodnie, choć w sposób bardzo nieoczywisty. Powracają obrazy, postaci, miejsca, sytuacje, wyrzucone z pamięci losowo, w najmniej oczekiwanych momentach. Zwykle minione uaktywnia się nocą, gdy po „snów kipieli ciemnej” błąkam się między krajobrazami przeszłości i teraźniejszości. Spotykam tam żyjących i tych, którzy od lat leżą na zielonych łąkach wieczności. Mózg krąży po ulicach dzieciństwa i placach dorosłości, mieszając realne z wyobrażonym, co niesie urok wędrowania poza czasem linearnym. W tym sennym przekraczaniu wymiarów najbardziej cenię sobie spotkania ludzi mijanych przed kilkudziesięciu laty, ludzi, których nigdy nie poznałem osobiście. Nie wiem nic o ich życiu, pasjach, potrzebach, dane mi było zapamiętać ich wygląd zewnętrzny. Zdarza się i tak, że nie słyszałem nawet barwy ich głosu, a jednak powracają. 
Tej nocy pojawił się stary bibliotekarz, którego tak często widziałem w okolicy lidzbarskiego zamku. W tym właśnie miejscu minąłem go we śnie. Most nad Łyną, przejście w stronę baru “Warmianka”, w którym pracowała moja mama. To tam w latach 80. minionego stulecia spotykałem go najczęściej. Czasami nawet obserwowałem przy barowym stoliku, pochylonego nad posiłkiem. Piszę dziś stary bibliotekarz i sam się uśmiecham. Pewnie był w moim obecnym wieku, ale dla mnie, sprzed blisko czterdziestu lat, musiał być równie wiekowy, co tajemniczy. Zawsze jednakowo ubrany w długi płaszcz, jasny prochowiec lub ciemny wełniany, w zależności od pory roku. Spodnie jakby garniturowe, ale dosyć szerokie z dawno wypchanym kantem, spod których 
w oczy rzucały się kamasze, niezależnie czy była wiosna, lato czy zima. Na głowie czarny beret zsunięty na bok i grube rogowe okulary w zużytych oprawkach nieodgadnionego koloru. W rytm kroków kołysał nieodzowną skórzaną teczką. Trzymał jej uchwyt mocno w dłoni, jakby niósł w niej wszystko, co najcenniejsze, a ona była miękka, niczym w połowie pozbawiona zawartości, przez co stawała się bezkształtna pod własnym ciężarem. Miał urodę francuskiego członka ruchu oporu, jakby przez pomyłkę przeniesionego z Paryża lat 40. do powiatowego miasta PRL-u, gdzieś na Warmię i to cztery dekady później. Po latach, jako bardziej oczytany młody człowiek, pewnie podciągnąłbym skojarzenie wizerunku pod dwudziestowieczny francuski egzystencjalizm, ale i tak – jak widać – zapadł w pamięć swoją oryginalnością, nieprzystającą do przaśnych realiów gnijącego socjalizmu. 

Obudziłem się zdumiony. Dlaczego akurat ten człowiek? Na pierwszy rzut jawy nie było najmniejszego ku temu powodu, a przynajmniej racjonalnej przyczyny. Na dobrą sprawę pamiętałem tylko, że przechodził przez most w podobnej porze, codziennie. Pracował w bibliotece umiejscowionej wówczas w baszcie przyzamkowego muru. Poczułem irracjonalny nakaz, potrzebę, żeby coś ustalić, jakby na nowo upewnić się, że ten człowiek naprawdę był, zaistniał nie tylko w mojej głowie. Rozbłysła spontaniczna myśl: “telefon do przyjaciela”. Paweł, mój lidzbarski kolega, któremu zawdzięczam pasję czytania, a także pośrednio pisania, człowiek uzależniony od druku, bywał przecież wówczas w Baszcie, w poszukiwaniu książek na najbardziej oryginalne tematy! Dzwonię. Paweł rozjaśnia, że rzeczywiście tam wpadał, doskonale pamięta pana Ejnika, który podawał książki, ale był nieśmiały i jakby wycofany, nie zagadywał bywalców czytelni. Niewyraźnie mówił, może dlatego nie był specjalnie kontaktowy. 

Coś już jednak wiem. Teraz telefon do mamy. Przecież mój bohater bywał klientem baru, a ona bufetową, więc miała jakiś kontakt. Mama bez trudu i niemal natychmiast przywołuje z załomów pamięci obraz tego człowieka. Powraca postać na swój sposób oryginalna, mimo tysięcy konsumentów baru, jedzących przez kilkanaście lat jej pracy w tym miejscu świata. Wspomina, że był to bardzo kulturalny pan, chyba z inteligenckiej rodziny. Jego matka była zdaje się lekarką i niewykluczone, że rodzina wywodziła się znad Sekwany, skoro jego brat uczył francuskiego w liceum i do tego brzmienie ich nazwiska. Wszystko jest możliwe, przecież to Lidzbark Warmiński, w którym pozostało po I wojnie światowej wielu jeńców różnych nacji, a po II wojnie “wymieniono” niemal sto procent mieszkańców. Tygiel kulturowy w miejsce autochtonów robi swoje po dziś dzień. 

Ale po co mi to śledztwo? Co wnosi? Czemu służy? Próbie ocalenia pamięci obcego człowieka, którego nawet imienia nie znam, a nagrobka nie odnajdę? A przecież z jakiegoś powodu zjawił się w moim śnie. Symbol? Tęsknota? Pamięć? Jeśli postawię na tęsknotę, to do czego? Do krainy niewinności i pierwszych wrażeń, budujących świadomość społeczną? Wybieram jednak tęsknotę do ładu, harmonii zwykłości i codzienności. Pan z czytelni, figura jednej pracy. Zwykłej i powtarzalnej służby innym, monotonnego oddania czynnościom może nie najważniejszym, ale koniecznym w życiu lokalnej społeczności. Z jedną drogą tam i z powrotem, dzień po dniu, z poświęceniem najlepszych godzin życia, najbardziej efektywnych, na sprawy nic nie znaczące w zderzeniu z mijaniem pokoleń. Wpisany w krajobraz minionej epoki, której obce dzisiejsze formy lansu, ciśnienie na zaistnienie i parcie na ekran. Istnienie bez wzbudzania zainteresowania sobą, szukania na siłę punktów wyróżnienia. Postać w tak naturalny sposób żyjąca w czasie linearnym i jednocześnie kolistym, wypełnionym zmianą pór roku postępujących ze zmianą płaszcza. Z powtarzalnością pozbawioną potrzeby buntu. Nie gloryfikuję osoby, tęsknię do ładu, przewidywalności i zdaje się o to upomina się mój mózg nocą, 
stawiając podobne osoby na ścieżkach sennych marzeń . 

Mózg funkcjonujący w dobie unieważnienia wszystkiego i wszystkich w przeciągu chwili, w galopie kultury zapierdolu, uganiający się za niczym istotnym w czasie nadmiaru zbędnych informacji, szuka ratunku. Wojna tuż obok, powszechna korupcja i prawa stanowione pod interesy polityków, oligarchów, biznesmenów i ten bożek zysku, tumaniący wszelkie nacje. Upadek autorytetów i wymiana ideałów na kasę w kantorach próżności i chciejstwa, to wszystko popycha podświadomość w wołanie o zatrzymanie, opanowanie, uspokojenie galopu naszego powszedniego. 

Okulary, niczym niezmącone oblicze, równy krok figury z przeszłości i snu jednocześnie. Stała pora powrotu z pracy z poczuciem dobrze wykonanych obowiązków. Bez oglądania się na mody, trendy i poklask, to jak krzyk o ucieczkę z opresji dzisiejszego świata. W jakim niby celu czytam cztery książki naraz i  żadnej nie pamiętam? Czemu oglądając film skroluję najnowszy numer tygodnika? Po co muszę wybierać między zakupami, koncertem a nordic walking w lesie? Bo mam  dwadzieścia cztery godziny doby i za dużo propozycji. Za dużo możliwości i otoczenie, które wywiera taką czy inną presję rozmieniania się na drobne, bo przecież powinienem zadbać o zdrowe żywienie, o ruch, o licznik kroków, o obecność na premierze, nadążać za nowościami i trendami w muzyce, zadbać o jasny uśmiech i być na czasie z serialem Netflixa. I tłumię to wołanie całego jestestwa o hamulec bezpieczeństwa, o wolność od wyborów czegokolwiek i pójście tam wysoko, gdzie tylko cztery ściany, gdzie nie dochodzą służbowe mejle, milczy telefon, a wszelkie karnety nakazu straciły ważność. Sen zaś ostrzega i przypomina, że jeszcze jest czas, że jeszcze można nie biec, żeby nie obudzić się z poczuciem zmarnowanego bycia.

niedziela, 27 października 2019

Znikający RUCH

❖Kliknij, żeby posłuchać tekstu w interpretacji autora❖

Kilka dni temu zobaczyłem puste miejsce po kiosku Ruch i nawet zagościło to małą traumą w najbliższym śnie, ale o tym za chwilę. Tak niepostrzeżenie znikają mali urbanistyczni świadkowie minionej epoki. Punkty orientacyjne na mapie miast, w których można było dostać gazetę, zapałki i papierosy, ale nie tylko. One prowadziły także loterie fantowe i pieniężne. Z dzieciństwa zapamiętałem najbardziej książkową. Ciągnęło się los, zwykle z pudełka po gumach, a wygraną kioskarka "wypłacała" w postaci publikacji dostępnych na miejscu. Przedziwny to był dobór, bo za równowartość peerelowskich trzystu złotych, dostałem coś o podwodnym filmowaniu rekinów, magazyn komiksowy „Relax”, zbiór fraszek "Orły i herosy", mapę warmińskich jezior i opowieść wojenną z serii z żółtym tygrysem. Do kiosku szło się też po tabletki od bólu głowy, sznurowadła, pastę do zębów i figurki żołnierzyków do kolekcji. Bywało, że to Ruch ratował z opresji zapominalskiego ucznia, oferując kolorowy papier na wycinanki, klej i kredki z misiem. A każdy nabyty produkt niósł niejednoznaczny bukiet zapachów, zmieszanych w wielobranżowej, choć mikrej przestrzeni.

    Kiedyś znałem rozkład wszystkich kiosków w rodzimym mieście. Czasem, gdy o tym myślę, powracają wydobyte z pamięci soboty lat 80. Jako nastolatek posyłany byłem w długie ogonki po chleb. Nie dlatego, rzecz jasna, że mogło go zabraknąć. Chodziło raczej o to, by kupić najsmaczniejszy i najdłużej zachowujący świeżość. Jeden ze sklepów znajdował się w dosyć odległym punkcie, więc przechodząc przez centrum mijałem klientów Ruchu. To amatorzy tygodników cierpliwie czekali na sobotnie tytuły, pachnące drukarską farbą, która na długo znaczyła dłonie fanów wywalczonej prasy. Dołączenie do nich, to była pierwsza nagroda za stanie po pieczywo, a najnowszy numer pisma stanowił trofeum ważniejsze niż pajda pysznego chleba z cukrem, uprzednio polana wodą, żeby słodyczy więcej trafiało do ust niż na podłogę.

    Rodzice nigdy nie żałowali pieniędzy na prasę i książki, ale też niespecjalnie zachęcali do ich nabywania. Patrzyli raczej z politowaniem. Czasem padał komentarz z pretensją w tle: „wszystko cię obchodzi, tylko nie nauka”, a tytułów nabywałem sporo. Czasem ze zwykłej ciekawości, bo za cholerę nie kumałem, po co ludzie to kupują? W niektórych kusiła treść, w innych plakaty zespołów muzycznych na rozkładówkach, z których wędrowały na ścianę, a pozostałość prasowa lądowała w skrzyni na pościel. Było to ze wszech miar działanie świadome, rozliczeniowe, w oczekiwaniu na kolejny nakaz dostarczenia makulatury do szkoły. I bynajmniej nie o modną dziś ekologię tu szło, raczej o ratowanie kraju przed ostatecznym krachem. Raz w miesiącu musieliśmy się wykazać pozyskaniem wtórnego surowca, przerabianego na „Trybunę Ludu” lub na równie wymarzony produkt do dupy, którego przez osiem lat nie widziałem w żadnej kabinie szkolnej toalety.

    Wśród tytułów do czytania znajdowało się dawno zapomniane „Na Przełaj”, „Razem”, ale też tygodnik „Ekran” albo „Film”. Lekcje karate drukował „Żołnierz Polski”, z którego dodatkowo wycinałem zdjęcia i uzupełniałem „teczkę zawodoznawczą”. Co to takiego? Wypełniacz godzin wychowawczych albo skutek odgórnego nakazu władzy, bo przecież zdychająca ludowa ojczyzna pragnęła deklaracji uczniów ostatnich klas, co do wyboru jedynie słusznej drogi żywota, równie szarego jak utęskniony papier toaletowy. Wolałem nie narażać się na małomiasteczkowe i konformistyczne szykany belferskie, więc pragmatyzm nakazywał wycinać artykuły, sugerujące jak silnie pragnę zostać zawodowym żołnierzem, przynajmniej w oczach naszej pani. Zwłaszcza, że popyt na strażaka i milicjanta zdecydowanie przekraczał możliwości pozyskania prasowych materiałów. Wszyscy zaś kandydaci na zawodowego kierowcę mieli do dyspozycji wyłącznie tygodnik „Motor”, na który zrzucali się grupowo, a ich teczki pozostawały równie cienkie jak ambicje.

Wracam jednak do traumy ze snu, już pora. Tym razem szukałem weekendowej „Gazety Wyborczej”, a w niej dwóch wywiadów i recenzji filmu. Krążyłem najpierw po lidzbarskich obrzeżach: kiosk koło kina Capitol, dworzec PKS, potem ten przy ulicy Spółdzielców, ale nigdzie już gazety nie było. W końcu trafiłem do centrum, obok cerkwi, i gdy tylko zapytałem o tytuł, sprzedawczyni przyłożyła palec do ust i konspiracyjnym szeptem poinformowała:
- Mam ostatnie dwie sztuki, ale żadnej nie mogę dać w całości!
- Ale ja mam pieniądze - na dowód wydobyłem pięć złotych w jednej monecie.
- Nie o to idzie! Jak ktoś doniesie, że cały egzemplarz sprzedałam, będzie po „Wyborczej” w całym mieście, nie rozumie?
- Za cholerę - przyznałem szczerze - to jak pani chce? Kawałek wyrwać?
- Dokładnie! Za dwadzieścia osiem groszy, akurat będzie jeden tekst! No dwa dam, cichaczem. Góra trzy, jak dojdziemy do złotówki, bo inaczej trafię pod sąd. A panu i tak się opyla, wyjdzie taniej niż całość, a przecież lewacką propagandą 
nie będzie głowy nabijał albo sportem. To co dać z numeru?
- Wywiad z Pilchem chciałem, w zasadzie, można? Jest tam jeszcze?
- Niestety, poszedł. Wydarłam poloniście z ogólniaka, taka elita więcej bierze. Ale jest jeszcze z Agnieszką Holland. Dać?
- Niech będzie - powiedziałem bez entuzjazmu. 
- No dobra, jak taki kulturalny, niech stracę, dorzucę felieton Vargi. O tym nowym filmie Boże ciało, chce? Nikt nie miał odwagi brać. 
- No dobrze - rozejrzałem się wokół na wszelki wypadek. - A może jeszcze coś z reportaży o pedofilii wśród księży? 
- Chyba niedzisiejszy! Przespał co pod lodem?! Tego, to nawet za piątaka nie ma. Nawet w jednym numerze na województwo! Tu jest matecznik rządzących - popukała w stos prawicowej gadzinówki - Polska C. Obudzi się! Autor sam powydzierał, zanim go psy za ziobro… 
- Psy Ziobry, chyba…. 
- Cicho! Nawet tak nie żartuje! To daje te dwadzieścia osiem groszy, a ja zawinę w „Nasz dziennik”, co? Niech pakuje do siatki i … .
… i budzik przekonał mnie, że choć łóżko było bezpieczne, świt groził już podobnym koszmarkiem w realu.

środa, 25 kwietnia 2018

Syrena i schody

❖Kliknij, żeby posłuchać tekstu w interpretacji autora❖

    Zewnętrzne schody prowadziły na wysokość pierwszego piętra, zupełnie jak dawniej. Tu kupowałem pierwsze miniaturki zwierząt do kolekcji. Teraz szukałem aniołów, jak najbardziej pospolitych, doświadczonych, podstarzałych, noszących kurz w zmarszczkach twarzy i trud codzienności w chropowatych dłoniach. Aniołów gipsowych, ubranych w przenoszone sweterki, rozciągnięte dresy, w domowe fartuszki i kapcie. Ciągnęło mnie do tych siedzących, z nogami skrzyżowanymi w kostkach, zwieszonymi z półek. Gdzieś już takie widziałem.

    Gdy znalazłem się w głównej sali sklepu, coś jak kościelny pulpit do czytań niespodziewanie wyrosło na środku. Stała za nim znudzona dziewczyna, wspierająca dłonią podbródek. Drugie jej ramię spoczywało na blacie, po którym bębniła palcami. Obserwowała mnie, gotowa w każdym momencie wyskoczyć z makabrycznym: „w czym mogę pomóc?”. Chciałem ją ominąć, ale odezwała się zupełnie inaczej:
- I tak nic nie kupisz.  – Teraz spojrzała ironicznie albo z politowaniem. Wydęła usta jak obrażona nastolatka, którą ktoś przymusił do bycia ekspedientką, choć wolałaby rolki albo snapchata. Wywróciła oczy z westchnieniem. – Ale nie krępuj się, udawaj. Wyjdziesz z niczym, wrócisz po to samo. Tak już z wami jest.
- Z wami?

    Próbowałem podchwycić, ale już układała przed sobą pudełka zapałek, zupełnie na mnie nie patrząc. Kto używa jeszcze zapałek? To musiał być jakiś gadżet powiązany ze sprzedażą aniołków. Zamiast nich na półce ujrzałem jednak Calineczkę pośród gipsowych płatków kwiatu, obok ołowianego żołnierzyka i wygięte kaczątko, było naprawdę brzydkie. Dalej mini stos poduszek z księżniczką, prawdopodobnie na ziarnku grochu, a na najwyższej półce gościła kryształowa królowa śniegu. To nie był ten sklep. 
      
pijana syrena
Stąpając na palcach minąłem dziewczynę, teraz wypuszczającą balona z gumy do żucia, rosnącego ponad stosem zapałek. Skierowałem się do wyjścia, ale i schody były już inne. Drewniane, stare i kręte, skrzypiące jak w wiekowym domu moich dziadków. Na środkowych stopniach, tuż przy poręczy, siedziała kobieta. Zobaczyłem coś jak rybi ogon ze zmatowiałą łuską, zakończony płetwą. Postać o rudych, skołtunionych i dosyć rzadkich włosach bez blasku nie ruszyła się. Twarz miała miękką i podkrążone oczy z wyraźnymi zmarszczkami i ze śladami przebrzmiałej piękności.

- I co się tak dziwisz, misiu? Ani aniołków, ani komputerka do strzelanek tam nie było? Nie dało się też pobzykać z tą – wskazała głową w górę – siarczaną dziewczynką? Sam widzisz, tylko stara kargulena na schodach za całe towarzystwo.
- Anioły chciałem kupić, dwa.  – Nie wiem czemu, ale tłumaczyłem się. 
- Jasne! Księciunio, wyrwał się od żonusi? Kolekcjoner, esteta czy fantasta? A żyćko obok przepływa! Potem żonusia zajmie się wnusiami i zasilisz klub zamkniętej wieży. Skończysz żywotek śmierdzący starą pizzą i niepranym dresem, z tłustymi łapami nad zasyfioną klawiaturą i ani żyli długo, ani szczęśliwie… misiu… 
- Jak ci na imię? – Skorzystałem z jej zacięcia czkawką, nie chciałem iść za tym monologiem.
- Helena, a co?
- Helena?
- A jak powiem, że Arielka, uwierzysz?

    Parsknąłem na wspomnienie małej syrenki, zwinnej i pięknej, przybywającej z głębin wyczarowanych w fabryce Disneya:
- A jak uwierzę, powiesz, co tu robisz?
- A na cholerę ci wiedzieć? Zresztą, skocz do młodej po pięćset plus, to się zobaczy.
- Przykro mi – rozłożyłem bezradnie dłonie  nie mam dzieci, nie wypłaci.
- Za to pięćset ty płacisz, misiu, więc rusz łaskawie zapasione dupsko, nie zaszkodzi.

    Rozkazujący ton wołał raczej o litość niż groził, więc wkrótce Młoda uśmiechnęła się zjadliwie na mój widok:
 – Mówiłam? Helena nie odpuszcza. Jeszcze nie było takiego, który nie zawrócił… i tak już czwarty tydzień.
    Pokręciła głową i zniknęła pod pulpitem. Po chwili jej dłoń wystawiała na blat małe figlarne buteleczki Gorzkiej Żołądkowej. Pięć.
- Co jest? Nie prosiłem o wódkę?
- A ty myślałeś, że ja tu żyję z zapałek czy z Calineczki? Nie kazała ci przyjść po pięćset plus?
- Prosiła… a ten plus?
- Najpierw stówa za wódę. Płacisz? 
Sięgnąłem do tylnej kieszeni, rzuciłem na blat banknot złożony na pół. 
- No, a teraz ten plus. Browar dla ciebie i pamiątkowe zapałeczki od dziewczynki. 

    Gdy znalazłem się przy Helenie, wykazała więcej żywotności. Wyjmowałem małe piersiówki ze wszystkich kieszeni bojówek i podawałem. Pierwszą otworzyła od razu. Po chwili słyszałem głuchy łomot szkła o drewno. Pusta butelka wylądowała na dole, gdy Helena przyglądała się kolejnej i przemówiła nieco uspokojonym, choć skrzekliwym głosem:
- Za wszystkich księciuniów świata! A wiesz? Ostatnio widziałam taki nagłówek. W gazecie: „Gdybym był młodą kobietą, to wolałbym być lesbijką. Mógłbym wtedy mieć mądrą, piękną partnerkę, zamiast bezużytecznego faceta.”. Syndrom czasów, nie?
- Coś w tym jest. Choć może nie stali się bezużyteczni, tylko mogą już być wygodni? Bezkarnie. Chrzanią sprawdzanie się w rolach: męża, ojca, szefa, głowy rodziny, mogą nie wyrastać z chłopca, żyć dla przyjemności. Kto zabroni? Demokracja… 
-  … taaa i pomyśleć, że mogłam być dawno morską pianą, bo taki los syreny, ale zachciało się księcia, nóg za cenę głosu, miłości za cenę wolności.
- Żałujesz? 

    Otworzyła flaszkę i ściągnęła jej zawartość sprawniej niż kolarz bidon po górskiej premii. Trzymałem ciągle zamkniętą puszkę ciepłego piwa, gdy oglądała pod światło trzecią setkę, jakby liczyła, że tym razem to eliksir, który ją wyzwoli. 
- Wieczna pułapka, ale teraz to już po mnie. Wiedźma wymyśliła taki myk, że zostanę tu na wieki, nie zdejmę czaru. Ludzkość spsiała, a zostać tu trzeba... kisić się w niej na wieki.

    Czekałem cierpliwie, dawna Arielka otwierała się bez mojej pomocy. Odstawiłem zamknięte piwo na stopień schodów. „Przyda się jej na kaca", pomyślałem. Zabrałem się za wolną setkę Żołądkowej, zanim syrenka po nią sięgnie i zważy pięknie rozpoczętą, choć nienajlepszą z bajek. Nie chciałem być gorszy, pociągnąłem mocno z gwinta, na jednym wdechu, gdy ponownie przemówiła:
- Wiedźma mi go wskazała i wszystko wyglądało tak prosto. Wystarczyło wskoczyć, zrobić swoje i zostawić. Upokorzenie i zdrada wystarczały, nie wiem, co ona ma do chłopów. Gdy żona poszła w macierzyństwo, koleżanki, wstążki, piaskownice było po nim. Niby mąż i ojciec, córeczki śliczne, zdrowe, prawie spełniony, ale swoje zrobił i sio. W pokoju obok jadł i spał, siedział markotny w kompie, był prawie mój, bo w odstawce. Trzepał się przy pornolach, joystickiem mieszał w gierkach, jakieś mangi oglądał i tylko wtedy się uśmiechał. Cuda na kiju dla półgłówków, a ja tuż tuż, gotowa odzyskać wolność. 
- Wiedźma obiecała zdjąć czar? Jak go przelecisz? – Wódka zmieniała mnie w macho.
- Rozkochasz, pętaku, rozkochasz przede wszystkim. Młody był, a oni lubią starsze, nie?
- Nie… znaczy nie wszyscy. – Znowu poniosło mnie, choć próbowałem sojuszu. 
    Spojrzała zmętniałym wzrokiem i odkręcała ostatnią buteleczkę. Milczała przez chwilę, spokojna, patrzyła w ścianę i oczy jej zaszkliły się łzawo, gdy przemówiła:
- A on, rozumiesz, przynosi silikonową lalkę. Kobietę. Naturalnej wielkości, Azjatkę. Jak żywa: oczy, usta, makijaż! Nie żadna tam z rozdziawioną gębą, w stylu „do pełna proszę”. Następnego dnia przyjeżdża kurier z paczkami. I on wyjmuje kolorowe sukienki, w kwiatki, spodnie białe, seksownie opinające biodra, uda i ubiera ją, przebiera i jeszcze raz, a szczęśliwy jakby skwarkę lizał. Bielizny takiej fikuśnej, eleganckiej, bajecznej, to jego stara nie widziała nawet na wystawie… a te staniczki… 
- A żona, córki? Coś z tym robiły?
- Uśmiechały się do niego, a między sobą, w kuchni, pukały się w czoło. Przez tydzień robiły sobie jaja z tatusia. Uznały, że to chwilowe. Chce zwrócić na siebie uwagę. Potem zajęły się swoim życiem, wiadomo. Kasę przynosił, złagodniał, uśmiechnięty był, opłaty robił, zakupy, o co miały walczyć? I jak mam przy nim zyskać znowu ogon? – Ze złością rzuciła kolejną pustą butelką o schody.
- Jak ogon? Masz ogon, przecież… – spojrzałem tam, gdzie były łuski i płetwa, ale zobaczyłem brudne stopy z haluksami i szare paznokcie, kończące dosyć koślawe palce.
- Ten ogon to trick wiedźmy, widzą go przechodzący, przez moment. Muszę jakoś skupiać wzrok, nie? Jaki facet zatrzyma się przy przepitej babie z krzywymi girami? Skąd wezmę pięćset plus?

    Nie bardzo wiedziałem, co powiedzieć, sączyłem resztki wódki. Ewolucja rzeczywiście szła na eliminację męskości:
- Ale to z lalką chcesz przegrać? Znudzi się, zapragnie żywej kobiety przecież.
- Popatrz na mnie, dupku! Zastanów się! Silikonowa czy nie, ale ma nienaganną figurę! Gładka cera, śliczne oczy, zadbane dłonie, głowa nie boli, zero okresu! Nie wymaga, nie zrzędzi, nie chrapie w nocy! Bąków nie puszcza w słońcu poranka i teściowej nie zaprosi na obiad, a nie wiadomo z czego większy smród. I pazury jej nie rosną! Silikon może nie jest przyjemniejszy w dotyku niż skóra, ale bez starczych plam.
- No przecież nie pójdzie z nią do kina, na spacer, nie zachwycą się nią na zewnątrz.
- Co ty tam wiesz, misiu! Już z nią chodzi. Kupił wózek i jeździ z nią po skwerach, parkach, plaży… ludzie jak ludzie: jedni oniemieli, inni zachwyceni, nawet nie pukają się w czoło, bo myślą, że to performans jakiś i nie chcą wyjść na głupka.
- Coś w tym jest, konkurować ciężko, fakt. Nawet bezpieczna jest, dzieci mu nie urodzi, nie oleje, chłopa nie znajdzie. Ideał prawie… – wódka nasączyła mnie melancholią, zazdrością nawet i chyba głośno westchnąłem, o czym wymownie przekonał mnie wzrok Heleny, syczącej jadowite: „... spierdalaj!” 

... wyłączałem budzik… posłusznie, choć kwadrans przed czasem.

sobota, 24 lutego 2018

Modrzew

❖Kliknij, żeby posłuchać tekstu w interpretacji autora❖

Podchodził coraz bliżej, chyba go znałem. Przypominał przyjaciela sprzed lat, któremu skończyła się ochota na przyjaźń i zamieszkał w skorupie depresji. Mały, przygarbiony, w kilku warstwach ubrań, jakby nie miał pewności, że wróci do domu i zawsze musi być przygotowany na zmiany pór roku. Wyraźnie kuśtykał, nie tyle nawet kulał, co ciągnął za sobą prawą nogę, jakby chciała mu się przeciwstawić, ale nie mogła obrać własnego kursu. W ramach protestu pozostawała nieposłuszna i nieczuła. Gdy już dotarł, chwycił mnie za brzegi kołnierza i przyciągnął do twarzy, jakby był krótkowidzem i chciał się upewnić, że ja to ja. W końcu wyszeptał teatralnie:
- To ostatnia szansa, musisz mi pomóc! – Poczułem kwaśny oddech na twarzy.
- W czym? – zapytałem spokojnie, ale odrywając dłonie od kołnierza. – Jestem tu na chwilę, zaraz się budzę i spadam do pracy, więc spiesz się albo jutro wpadaj.
- Musimy ratować modrzewie, te tu – wskazał ruchem głowy – na osiedlu, zanim przyjdą szyszkownicy i wypiłują do gołej gleby.
- Ale jak? - rozejrzałem się wokół, żeby upewnić się, czy rzeczywiście tu są, w środku miasta. Jednak pomiędzy lipami, brzozami, krzewami bzów, otaczających trawniki i bloki, szybko naliczyłem osiem cudnych iglaków. 
-  Musimy znaleźć ich samice i ratować, zabrać jajeczka spomiędzy igieł i wywieźć! Szyszkownicy już tu jadą, nie kumasz?
- Kumam. Co mam nie kumać? 

    Uspokajająco poklepałem po ramieniu przyjaciela, wystraszonego nie na żarty, a przez myśl przemknęło: „modrzew, samica, igły, jajeczka, budzić się, czy dalej śnić?”. Całkiem już pewny rzeczywistości alternatywnej zapytałem z ciekawości:
- Powiedz, co mam robić? No wiesz, nie jestem biologiem.
- Czytałem, że trzeba delikatnie rozgarniać igły i jak będzie emotka z uśmiechem na pniu, to znak, że samica. Na najbliższych gałązkach, pomiędzy igłami, znajdziesz kuleczki białych jaj, pozbieraj je tu. – Podał pojemnik po tabletkach Ibuprom Zatoki.

Przyjąłem opakowanie z powagą i przystąpiłem do pierwszego , ale za nic nie mogłem znaleźć rzeczonych ikonek. Jedno drzewo, drugie, gałąź po gałęzi i nic. Kątem oka zerkałem na przyjaciela, który z racji krótkowzroczności wyglądał przekomicznie. Sunął głową tak blisko gałęzi, jakby igłami kruszył zastygłe śpiochy z oczu. Ale mimo jego zaangażowania żadnego entuzjazmu nie widziałem.

    Nagle zmroziło mnie to, co zobaczyłem na konarze kolejnego drzewa, odskoczyłem. Zerkałem przerażony dookoła, nie było świadków. Odstąpiłem od pnia na trzy kroki, obejrzałem go od korzeni po szczyt korony, ale drzewo nie różniło się od pozostałych… a jednak. Nerwowo spojrzałem na przyjaciela. Zdaje się, że nie zauważył zmian w moim zachowaniu, bo i jak? Nadal niemal dłubał igłami w oczach. 

    Nie chciałem go jeszcze wołać, bardzo zapragnąłem uwierzyć, że to, co widziałem, jest tylko sennym majakiem. Jeszcze przeskoczyłem do kolejnego modrzewia i zacząłem szukanie graficznego uśmieszku na korze. I tu zobaczyłem to samo! Zamiast emotki, pomiędzy igłami, połyskiwał napis: GEJ, ostro wymalowany małą brokatową czcionką w odcieniach fioletu. Napis czytelny z małej odległości.
- Co jest? Co tak cię odrzuciło? 

    Zorientowałem się, że nie dostrzegłem, jak i kiedy mój krótkowzroczny przyjaciel stanął obok. Zaglądał nawet w to samo miejsce na drzewie i dalej nic nie rozumiał. Napis był zbyt mały. Zdjąłem okulary z oczu, podałem je. Włożył i zachwycił się. Odkrył, że w ogóle teraz lepiej widzi, bo nie wiedział, że okularów potrzebuje i reszta jakby straciła znaczenie. Był tak uszczęśliwiony wyrazistością świata wokół, którą właśnie uzyskał, że przerażający mnie napis nie zrobił na nim żadnego wrażenia. Głaskał drzewo i uśmiechnął się:
- Widziałeś spryciarza?
- Niejednego. – Wskazałem na pień obok.
- Widziałeś spryciarzy? – poprawił się – Wiedzą doskonale, że żaden szyszkownik nie ruszy geja, to homofoby są przecież! Nawet nie warknie piłą, zakuta pała, gdy mu modrzew napisem błyśnie! A dasz mi te okulary?
- Jasne! Jeśli ci służą, niech służą na zdrowie! Mam w domu jeszcze dwie pary. A to? – Wskazałem na bezwładną nogę, na którą nie miałem pomysłu.
- Głupstwo – powiedział. – Całą noc liczyłem odnóża pająków, cała łazienka pająków i tyle odnóży! Zapomniałem się w tym liczeniu. Siedziałem na nodze i trochę zwiędła, ale wróci, jeszcze trochę. Policzysz ze mną jutro pająki?

    Usiadłem na łóżku z przerażenia, nie chciałem gasić jego entuzjazmu obrzydzeniem. Już po chwili budzik przyniósł wątpliwą radość poranka.

piątek, 6 października 2017

Wilgotny Waldek

❖Kliknij, żeby posłuchać tekstu w interpretacji autora❖

Zmierzch zapadał zbyt wcześnie i z trudem dostrzegałem ruchy spławika. Gładka tafla jeziora marszczyła się delikatnie, choć nie dało się odczuć najmniejszego powiewu. Narastający chłód przypominał, że to ostatnie dni lata. Tymczasem pod wodą życie jakby ustało. Kot nie był głodny, nie czekał na kolejną płotkę. Leżał znudzony bezruchem i rzucał spojrzenia z wyrzutem, że nie wracamy.

           Głośny plusk w pasie trzcin z lewej sprawił, że obaj nerwowo spojrzeliśmy w tamto miejsce. To mógł być szczupak, a może wydra? Ożywiony kot nerwowo kręcił ogonem, zapatrzony w kierunku rozchodzących się kręgów wody. Teraz z prawej usłyszałem wyraźne mokre pacnięcie o deski pomostu. Odwróciłem się i ze zdumieniem zobaczyłem spłaszczone palce, długie dłonie i chude nadgarstki w odcieniu zieleni. Cofnąłem się znacznie, niemal do próchniejącego zejścia z pomostu. Z ciekawością i narastającym lękiem patrzyłem, co wyłoni się z przedłużenia obrzydliwych badyli w kolorze gnijącej kapusty. Zza desek wysuwała się wielka głowa, jajowata, z zielonymi, ulizanymi galaretowato włosami, z oczami bez źrenic, w kolorze oliwek z Biedronki. Kot prychnął głośno, odskoczył i pognał do brzegu. Nie wiedziałem, który z moich towarzyszy przygotował stwora, ale byłem pewny, że gdzieś tu w trzcinach cała łódka trzęsie się od śmiechu. Ktoś czeka na moją ucieczkę, ale honor nakazywał pozostanie na miejscu, choć suchość w gardle narastała.

- Jest sprawa, Marcin – zielona głowa przemówiła skrzekliwie, rozglądając się wolno dookoła, jakby z obawy, że głos budzi większą sensację niż widok.

- Znamy się? – Nie poznałem swojego przerażonego głosu – Coś za glonojad?

- Wodnik Szuwarek, kurwa, nie widzisz?! Coś się rozdziawił jak klapa sedesu, to ja, Waldek.

- Waldek?

- Na uszy też padło?! Waldek Łomotny. Sąsiad z góry, tak mnie nazywałeś.

- Widzi mi się raczej Waldek Wilgotny. W zimnej wodzie nawet kaczorowi nie staje, co? Skąd to durne przebranie?

- Tylko nie przebranie! Głupio zabrzmi, ale to kara.

- Kara? Mówili, że utopiłeś się na wczasach, a ty tu glona kleisz?! W utopca bawisz się trzysta kilometrów od cmentarza?! A może ścigają cię mężowie zaliczonych kobiet z czata? Przyznaj, że to ściema z utopieniem na Mazurach!

- To dlaczego na tych Mazurach mnie znajdujesz? Brzmi dziwnie, ale wyszło takie wash and go bez piany. Z jednej strony żony przedmuchane, z drugiej śmiertelna przygoda w kajaku po pijaku, z trzeciej twoje szkody w mieszkaniu przez moje zalewanie. Zebrało się na wyrok i dupa: skazany na coś między kijanką a komiksem o wiedźminie, na wieki.

- Amen.

- No bez takich! Tu jest właśnie sprawa do ciebie.

- Jako utopiec kogoś tu załatwiłeś i alibi szukasz? Ech, ty demonie seksu i mułu!

- Zwariowałeś?! Napalony trochę byłem, nie przeczę, nieraz chałupę ci zalałem w seksualnym uniesieniu, zgoda, ale żeby zaraz mokra robota? Najwyżej pajacom żyłki poplątałem, trochę ich podtopiłem. Nie lubię ćwoków, co mierzą dno, ważą wędki, ciężarki, sonary przywożą, szum, przerost formy nad treścią, wpienia mnie to. No dobra, raz zamieniłem się w karpia hodowlanego. Dzierżawca hoduje w stawie przy domu takie po piętnaście kilo i co jakiś czas wpuszcza tutaj, żeby ściągnąć palantów z wędkami, którzy słono płacą za słitfocie. Jeden przyjechał tu z taką śniadą żonką. Co ona za cyc miała! Jako karp wciągnąłem go do wody. Bidulka na ten widok zemdlała na pomoście i miałem okazję pocieszyć się z bliska boskim darem, gdy ten jej moczykij wypełzał na brzeg po drugiej stronie. Wygłupy, ale bez topienia!

          Wyszczerzył zielone zęby, nierówne i dosyć mocno nadgniłe i wtedy zacząłem obawiać się sprawy, z jaką wynurzył się kwadrans temu. Wilgotny Waldek zdaje się też sobie przypomniał z czym przypłynął, bo krzywy uśmiech nagle zgasł.

- W tobie nadzieja, Marcin. Tę oślizłość zrzucić może ze mnie, no wiesz, że darujesz mi wszystkie zalania chałupy i ….

- Już dawno zapomniałem, nie ma sprawy. Wracaj do wieczności w ludzkiej koszuli!

- Potrzebuję jeszcze małej przysługi. Tyle że od twojej żony.

- Nie przeginaj, chuju rybi! Anety w to nie mieszaj!


Zerwałem się z pomostu wściekły nie na żarty, a może bardziej przerażony. Wyobraziłem sobie szok żony na widok gluta z roztopionej plasteliny, którego będzie musiała dotknąć albo pocałować! Nie! Zacząłem składać wędkę, żeby przypominała kij, którym wybiję chore pomysły z zielonego jaja, sterczącego z szyi na patyku. W tym momencie dostrzegłem luźną deskę w pomoście, schyliłem się gwałtownie, żeby ją wyrwać i prać. Nie przejął się chyba, bo zobaczyłem ironię w krzywym uśmiechu:

- Tłukłeś kiedyś górę glonów dechą? Poza mokrym plaskaniem efektu nie będzie. Uspokój się, odczarować może mnie tylko odmowa kobiety. Musi być obojętna na każdy bajer, nawet po kielichu. Kumasz? A sam wiesz, że chłodniejszych nóżek niż twojej Anety nie ma. To święta kobieta, wierna, kochająca i odporna na seks. Nie podejmie wyzwania, bo jest niezłomna jak batalion wyklętych.

- Waldi, w co ze mną pogrywasz? Przecież przy oślizłej powierzchowności nie zaliczysz nawet nimfomanki na głodzie! Jaka to sztuka bronić cnoty wobec zleżałego skrzeku, śmierdzącego mułem?

- I tu się mylisz. Widzisz co wieczór przy ognisku szpakowate ciacho z gitarą? Słyszysz ten głęboki męski śpiew wabiący? Błysk czekoladowych oczu, gdy z imbryczka bimberek polewa?

- To ty, błotniaku?! Stąd te szanty w repertuarze!

- Z woli pana ciemności mogę zmieniać się każdej nocy, wtedy ma uciechę.

- Czekaj. Czegoś tu nie rozumiem. Po co je bajerujesz, skoro powinieneś zniechęcać?

- Słabość taka. Na tym polega diabelska sztuczka. Muszą bardzo chcieć i oprzeć się pokusie. Inaczej klątwa trwa.

- Tyle kobiet na turnusie, niejedna niezłomna pewnie?

- A co wczoraj wybudziło cię ze snu, aż usiadłeś z wytrzeszczem?

- Jęki sąsiadki! Wyła jak zarzynana! Myślałem, że pomocy potrzebuje.

- Nie potrzebowała i prosiła o więcej… najbardziej niezłomna z turnusu była… przez kwadrans.

- Co się dziwisz, letnia noc, gitara, jezioro, alkohol, to musi działać.

- To jak będzie z nami?

- Zwariowałeś?! Będziesz mi żonę głuszył, a ja niby co mam ze sobą zrobić?

- Zaprzyjaźnione rusałki, zajmą się tobą.

- Ale one mogą załaskotać na śmierć, czytałem gdzieś.

- Dorosły chłop, a w bajki wierzy? Marcin, zrobią ci takie meksykańskie sombrero, że zapomnisz jak się nazywasz, a błogość opuści cię w wigilię z teściową.

- Wiesz co, Waldi, powiem tak: spływaj gilu po badylu, a żony nie dam.

- Marcinku, grzecznie prosiłem, bo jestem ci to winny, ale miej litość, nie zmuszaj.

          Zaskrzeczał i jeszcze raz odsłonił w uśmiechu zgniliznę ostrych zębów. Oczy zalśniły mu szafirem i poczułem wibrację smartfona w kieszeni bojówek. Sięgnąłem po aparat, ale nie było widocznego połączenia. Ekran zamigotał i nagle zobaczyłem Martę, asystentkę z działu sprzedaży. Siedziała lubieżnie na blacie hotelowej łazienki i oblizując górną wargę, przywoływała kogoś ruchem palca wskazującego. Po chwili zobaczyłem siebie zbliżającego się do niej z pożądaniem w oczach. To był wyjazd integracyjny, z maja. Ekran na powrót zrobił się czarny. Waldek odezwał się znowu:

-  W pamięci mam sporo projektów, którymi zarządzałeś. Chyba nie chcesz, żebym sprezentował wygaszacze ekranu twojej świętej żonie?

          Zsunął się do wody bez hałasu, zanim złożyłem szczenę do wypowiedzenia przekleństwa. Krzyknąłem tylko: Aneta! Anetka! I poczułem jak szarpie mnie coś od wewnątrz i na zewnątrz naraz.

- Marcin! Obudź się do cholery! Czego wrzeszczysz?! Jestem tu, spokój już, obudź się, nic się nie dzieje, słyszysz?
Print Friendly and PDF