Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Społeczeństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Społeczeństwo. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 kwietnia 2026

Zawiecha

Coraz głośniej i intensywniej słychać nawoływanie: świat zwariował! Krzyczą opiniotwórcze portale, tygodniki i gazety, pobudzając werble klikalności. Jakby wielkie halo miało zrobić wrażenie i mogło coś powstrzymać. Gdyby przynajmniej świat wariował z konkretnego powodu, może wiadomo byłoby, co w nim zmienić, co odwrócić albo zatrzymać? 

Fakt. Nie bardzo już wiemy, w którą stronę ruszyć. Naprzeciw szaleństwu czy raczej z jego nurtem? Teorie spiskowe w natarciu. W sieci coraz trudniej odróżnić, co płynie z ust człowieka, a co sprytnie sfałszowane przez AI, rzecz jasna nie bez udziału homo cwaniaka lub tylko przygłupa. Korporacje mają w głębokim poważaniu ludzkość, zielony ład, planetę, a ostatnio nawet własnych pracowników. Intensywnie kombinują, jak obniżyć koszty pracy i zastąpić wyścig szczurów chłodnym blaskiem algorytmów. Możemy być pewni, że w całkiem bliskiej przyszłości tłumy menedżerów, finansistów, administratorów i innych biurw (nakręcanych dotąd na sukces i karierę) zasilą rzesze bezrobotnych klikaczy w klawisze. Przestrzenie influencerów od dawna zajęte, a do układania kafelków, hydrauliki czy smarowania gładzi tynkowej paluszki nienawykłe.

Putler zniszczył gospodarkę własnego kraju i udaje, że chce mówić o zakończeniu wojny, noc w noc naparza przy tym Ukrainę. Zabija rzesze dzieci, kobiet i mężczyzn (także własnego narodu), bo u niego “mnogo ludeyi już nie ma odwrotu. Zwłaszcza, że zainfekował rzesze własnej nacji zaraźliwą chorobą na imperium, więc jego zniknięcie z kart historii niewiele zmieni. Im dłużej to trwa, tym silniej narasta u nas niechęć do Ukraińców, nadmiernie roszczeniowych i nieszanujących daru Polaka. 

Pomarańczowy oszołom zza oceanu wiesza na ścianie zdjęcie z Putinem, najpierw mówi, że zakończy wojnę w Ukrainie w dwa dni, a potem, dla odmiany, porywa potwora z Wenezueli. Niczego tym nie zmienia, ale za chwilę przekieruje uwagę mediów i napiernicza w Iran i na koniec pochwali swoje nowe i drogie firanki w gabinecie. Wystrzeliwuje arsenał we wszystkie strony świata w ramach powołanej rady pokoju i donosi, że rodacy go uwielbiają. Przy czym pluje na Europę, która nie chce brnąć w szaleństwo. Czy to już szczyt zidiocenia?

Tymczasem czas ciągle goni nas. Nawet jeśli jesteśmy wolni od niusów i snusów, ratunku nie ma. Praca, dom, zakupy, wizyta u stomatologa, kolejka do maszyny do zwrotu pet butelek i puszek. “A ziemia toczy, toczy swój garb uroczy”, chciałoby się powiedzieć za guru Stachuru. Ogródek zbrojony na wiosnę w donice, keramzyt i begonie. Rower w serwisie, kask do hulajnogi, żwirek do kuwety, przegląd samochodu i wahanie: wymienić już opony na letnie? Dziś narzekamy na trudy powrotu do roboty w poniedziałek, za chwilę puszczamy w sieć rzeczkę memów z cyklu: “piątek, piąteczek, piątunio”, by po chwili znów nie lubić poniedziałku. Im starsi, tym bardziej zmęczeni powtarzalnością kieratu i zdumieniem, że doba coraz krótsza i szybciej ucieka. W latach szkolnych do wakacji przeżywaliśmy całą epokę lenistwa, upokorzeń i sprawdzianów. Dziś panicznie przewijamy booking.com w poczuciu, że od zeszłorocznego urlopu do obecnego minął ledwie miesiąc. Dokąd i po co to wszystko tak pędzi? Rzekłbym, że do końca. Świata albo naszego.

Próbuję wyhamować ten potok myśli, bo życie podarowało mi chwilę zawieszenia. Co prawda to samochód zawisł na podnośniku ASO i wypuszcza olej, ale i ja mam do zyskania przynajmniej dwie godziny dla siebie. Przy niewielkim stoliku trójka podobnie zawieszonych, raczej rówieśników, w sile wieku prawie średniego. Ona, bujająca masywnym kamaszem jak na safari, kończącym łydkę schowaną w szerokie hajdawery ecru, silnie skupiona na przewijaniu Instagrama. Pierwszy on napiernicza w balonikową strzelankę z sieci. Chyba z widokiem na sukces, bo z lekko wysuniętym jęzorem, którego i waran by się powstydził. Drugi on zaburza ciszę jazgotem policyjnych syren z amerykańskiej produkcji streamingowej, wgapiony w ajfon niczym nastolatek w krocze milf z zakazanego porno. 

Zerkam na towarzystwo stojąc i wciągam aromat kawy nad ciurkiem z ekspresu. Powoli szukam strategicznego miejsca, do którego nie dotrą rażące promienie słońca. Szklane ściany salonu zewsząd, nie znają litości, całkiem jak gangsterskie strzały z głośników Janusza od auta w leasingu. Właśnie oparł sprzęt na zadaszeniu lęgowym własnego ptaka i osiąga komfort widza. Na hałas serialu mam słuchawki, ale wobec promieni słońca pozostanę bezradny. 

Mieszam kawę cienkim patykiem i za chwilę narażę się na śmieszność. Na tym tle facet wyciągający książkę? W epoce vlogów, podcastów i rolkożerców? To już nie dziaders  -  to niemal relikt. Nawet w kręgu równolatków, to mamut cięższego kalibru. Może nie zrobią mi zdjęcia z ukrycia? Najwyżej zostanę gwiazdą jednego mema. Wziąłem ze sobą zbiór Planeta Lema. Felietony ponadczasowe. Gatunek, który pozwala zakończyć lekturę w dowolnym momencie i wrócić w dowolnym czasie. Wyjmuję zakładkę i czytam:  

Nikt jeszcze nie powiedział wprost, że Rosja zamierza dążyć do powrotnego zawłaszczenia na przykład Ukrainy, byłoby to jednak wielkim krokiem ku wzmożeniu niebezpieczeństwa grożącemu naszemu krajowi. Słyszę, że ku czci Putina jeden z postsowieckich okrętów podwodnych wystrzelił transkontynentalną rakietę, oczywiście bez głowicy atomowej. Taki gest symboliczny powinien mieć dla nas znaczenie. Słowa moje są bezsilne i bez skutku realnego, choćby się ukazały na Bóg wie jakich łamach […]. Należałoby się trochę zainteresować tym, co się dzieje za naszą wschodnią granicą, która nie bezzasadnie nazywa się “wschodnią ścianą”; zawsze to oznaczało miejsce, za którym dalej nie ma już nic, głową w mur. 

Nie wierzę! Lema nie ma wśród nas od dwudziestu lat. Agresja Rosji na Ukrainę trwa od lat czterech. Skąd taka aktualność tekstu? Zerkam na koniec felietonu Niepokoje i widzę datę - kwiecień 2000r. Ćwierć wieku wstecz, jeden z najwybitniejszych pisarzy minionego stulecia, futurolog, genialny autor tłumaczony na ponad 40 języków, z łącznym nakładem dzieł przekraczającym 30 milionów egzemplarzy. Z precyzją wizjonera ostrzegał i co? I nic! Pozostał zapis “bezsilnych słów”. Kto miałby wówczas przejąć się tekstem na tyle, żeby uważać na wschodnią granicę i uwierzyć w próbę zawłaszczenia Ukrainy za dwadzieścia lat? Wiadomo, proroków poważnie się nie traktuje, po czym szybko o nich zapomina. 

Unoszę wzrok znad Lema jakbym chciał podzielić się poczuciem bezsilności. Zerkam na jeszcze większą grupkę oczekujących ze mną w ASO. Wszyscy z nosami w telefonach, mechanicznie odcięci od potrzeby jakiejkolwiek komunikacji i refleksji. Jak na komendę suną automatycznie kciukami, a przecież stanowią statystyczną grupę wyborczą. Otumanienie miganiem obrazków idące tak daleko, że nawet na niecierpliwe zerkanie na zegarek ich nie stać. 

Ciekawe, jak wyglądałyby rządy merytokracji w takim społeczeństwie? Czy mogłaby być przekonująca dla obywateli, którzy nie są w stanie skupić się ze  zrozumieniem przez kwadrans wypowiedzi, ustnej czy pisemnej? Może to jednak lepiej, że rzeczywiste elity nie są zainteresowane władzą, rządem dusz zatraconych w sieci? Umysły twórcze, wybitne, przewidujące porywa ciekawość świata, analiza faktów, opis zjawisk, porządkowanie chaosu myśli przez pisanie, poznanie emocji i szukanie sensu. Czy można mieć żal do rzeczywistej siły umysłowej narodu, że nie ma narzędzia do uzdrowienia państwa i relacji społecznych? Czy pozostaje spuścić zasłonę milczenia na znakomitą większość, która czyni życie coraz mniej znośnym? Na masę tyle krzykliwą, siejącą zamęt, co ciemną i niezdolną do samodzielnego myślenia, gotową o każdej porze i w każdym czasie łykać pomyje populizmu, byle wchodziły lekko, łatwo i przyjemnie…

- Zapraszam pana. Samochód gotowy do odbioru. Karta czy gotówka?

poniedziałek, 16 lutego 2026

Samotność i odosobnienie

Jako nastolatek zauważałem pewną prawidłowość natury społecznej. Dziwnym trafem działo się tak, że rówieśnicy, z którymi chciałbym spędzać czas, nie byli wystarczająco zainteresowani moim towarzystwem. Ci zaś, którzy nawet jakoś próbowali zbliżyć się do mnie, nie porywali ofertą. Czasem po prostu byli zbyt hałaśliwi, nadmiernie rywalizujący, a bywało, że zwyczajnie nudni. Taka to przewrotność młodości, pewnie znana sporej liczbie nastolatków. Tym chętniej uciekałem z wędką nad rzekę lub nad jezioro, gdzie izolacja była niemal wskazana, żeby pobyć z naturą. 

Mijały lata, a w czasie niezliczonych poszukiwań pasji i sensów, zmieniałem wielokrotnie zainteresowania, choć po drodze wyraźnie gubiłem rozeznanie, gdzie przebiega granica samotności z wyboru i z konieczności. Jesienne i zimowe wieczory sprzyjały jej pielęgnowaniu, bo nie było dokąd pójść. Znikał żal do świata i utyskiwanie na brak towarzystwa. Coraz chętniej zostawałem w domu z prasą i książkami. Te ostatnie szczególnie umożliwiały wędrówki z bohaterami opowieści tam, gdzie na żywo być nie mogłem. Było to znacznie ciekawsze niż otoczenie społeczne powiatowego miasteczka. 

Gdy los rzucił mnie na pomorską ziemię, a studia humanistyczne wystarczająco umordowały drukiem książek ze spisów lektur obowiązkowych i uzupełniających, na powrót odkryłem piękno lasów, tutejszych wzniesień, dolin i rzek z bystrzem gwarantującym przygodę z pstrągiem. Szczególnie trudno dostępne odcinki, zabagnione, krzaczaste, pełne zwalonych drzew i z gęstą pokrzywą, przewyższającą o głowę niemałego faceta, oferowały porywające wędrowanie z wędką i aparatem. A ryby? Z czasem stały się jedynie dodatkiem do możliwości ucieczki od cywilizacji. Znaleźli się też nieliczni koledzy po kiju. Połączył nas spinning i piękno świata, w którym nadal bóbr gospodarzem. Dziś, w porywach uniesień, mogę chyba mówić o spełnieniu, skoro nigdy nie potrzebowałem wielkiego grona ludzi wokół, a choroby społeczne oglądam z boku. 

Po co o tym piszę? Poniekąd mogę poczuć się zwycięzcą, ilekroć czytam teksty o narastającej fali samotności, która silnie niszczy współczesnego człowieka. Choć nie jest przecież nowym wynalazkiem. W nieodległym PRL-u wszystkie gazety miały swoje kąciki samotnych serc, dzięki którym ludzie szukali drugiej połówki, wystawiając na strzał wszystkie dane o sobie, zupełnie bez obaw, a RODO im się nawet nie śniło. Istniały zawodowe biura matrymonialne, kręcono o tym filmy, jak choćby Żeniac Janusza Kidawy z 1983r., w którym bohater, góral Stach, gospodaruje z matką na dziesięciu hektarach i nie może znaleźć żony. Wszelkie wysiłki, także prasowe, idą na marne. 

I dziś rolnik szuka żony, dlaczego zatem samotność ma być bardziej spektakularna i silniejsza niż dawniej? Czyżby lud uległ medialnym mitom globalnej wioski? Zawierzył sieci, obecnej pod strzechą, która przyniesie tysiące znajomych, milion lajków i nikt nie będzie już sam? Najbardziej zapyziały wyrzutek otrzymał dostęp do nieograniczonej liczby wspaniałych braci i sióstr oraz tych mniej cudownych, niosącym hejt wirtualu. Skąd zatem samotność bolesna? Wszak można dzielić pasje i zainteresowania, łączyć się w fanpejdże, reprezentujące każdy rodzaj najbardziej niszowego hobby, realnego czy wirtualnego? O jakiej samotności zatem mowa? Dawno powinna zniknąć z przestrzeni życia społecznego, a tymczasem? Zdaje się dosyć żwawo podąża za pan brat z klęską demografii. 

Jeśli komuś dokuczy wykluczenie wypada wyruszyć w miasto. Tymczasem coraz częściej zbyt przytulnie robi się w domu, a nawet w wynajętym lokum. Pandemia pokazała, że cudnie chodzi się w piżamie z wypchanymi kolanami i coraz dalej nam do klamki drzwi wyjściowo-wejściowych. Jeszcze dalej od tramwaju, płacenia parkometrom, stania w ogonku do stolika popularnej knajpy i po co? Żeby popitolić o czymś bez znaczenia z tak zwanymi przyjaciółmi? Żeby spotkać się z zachwyconą sobą fanką diety śródziemnomorskiej czy z fanem konfederacji? No i przestałem dziwić się, że kawiarnie i restauracje coraz częściej służą interesom, jak większość  miejsc budowania relacji. Pan lub pani z laptopem i pieczątką, a naprzeciw zestrachany młodzieniec czy kandydatka na kelnerkę. Tymczasem rolki w telefonie tak miło przewija się pod kocykiem, żarcie przywiezie rowerzysta i dobędzie prawie ciepłe z zielonego plecaka, a na ekranie kilka streamingów do wyboru. 

Wysiłek spotkania z drugim jest nie tylko fizyczny. Trzeba by uszczknąć kawałek siebie i dać, ale czy to się opłaci? Czy się zwróci w dobie relacji pragmatycznych? A potem trzeba znowu się ubierać, jeszcze raz wychodzić, coś proponować, czegoś oczekiwać, nawet słuchać, nie tylko nadawać. Zatem jest w tej postawie pewien paradoks. Narzekamy na samotność czy wybieramy z ulgą  odosobnienie? W nim nie musimy napinać się, rywalizować, przechwalać, skupiać uwagę i wysilać do bycia na serio. A że gdzieś z tyłu głowy brzmi zarzut lenistwa wobec przekonania, że człowiek istotą społeczną? Wolimy ponarzekać na samotność w tłumie. Dlatego nie przekonuje mnie medialne ujadanie na dramaty samotności, lawinowo spadające na ludzkość trzeciej dekady XXI wieku. 

Nie jestem potworem. Każdy dzień przynosi obrazki przeczące alarmom. Oto samochód wlecze się lewym pasem, bo kierowca klika w telefonie oburącz. Sam do siebie? W lusterku wstecznym rozbuchana emocjami kobieta gestykuluje, choć nikogo nie ma w kabinie. Niemal toczy pianę dialogu na głośnomówiącym, czyżby na siebie wylewała pomyje pretensji? Ktoś wjeżdża w nogi wózkiem w dyskoncie, bo tłucze rozmowę na messnedżerze. Inny blokuje przejście w tramwaju, wstawił plecak między buty i czatuje zawzięcie. W wagonie podmiejskiego pociągu dziesiątki kciuków walą w literki nieustannie. Wszystko to z otchłani samotności jak mniemam? Naprawdę? Czy raczej z pozycji bezpiecznego odosobnienia, które pozwala być stale w kontakcie i nie naruszać komfortu wygodnictwa? Mamy do czynienia z natręctwem komunikacji raczej niż z samotnością. Aspołeczne typy, wygodnictwem podparte, sobą zachwycone, zaskorupiałe w nieustannym dialogu cierpią z powodu izolacji? 

Przez moment zwątpiłem. Czy powyższe intuicje mają rzeczywiste uzasadnienie? Może jednak jawią się w głowie dziadersa, który nieustannie zmaga się z redefiniowaniem oswojonych zasad życia społecznego i pojęć wpojonych na różnych etapach edukacji? Tymczasem na ekranie telewizora pojawiły się twarze ludzi młodych, w wieku średnim i starszych, płci obojga, wypowiadające proste słowa: kocham cię. Może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że mówiły to do luster. Znana drogeria sieciowa przypomniała, że nikt nie zatroszczy się o nasz dobrostan tak świetnie jak my sami. A dzień zakochanych należy poprzedzić dniem zapatrzonych w siebie. W końcu jest ich znacznie więcej i czemu nie brać na celownik okazjonalnej sprzedaży, poprzedzającej walentynkowy szał? Pod bardzo humanitarnym hasłem, na miarę czasu: “zadbaj o siebie”. Czyli nikt nie wyzwoli z samotności równie skutecznie jak my sami. 

I tu przypomniał mi się finał wspomnianego wyżej filmu Żeniac. Stach wiedzie kolejną kandydatkę na żonę przez wieś, kroczy przodem, szeroko gestykulując. Chwali się posiadaną ziemią, własną i odziedziczoną po krewnych. Tu ma żyto, tam ziemniaki, a tymczasem kandydatka na żonę, idąca z tyłu, właśnie się zagapiła i wdepnęła w krowi placek. Staszek nie zatrzymując się, głosi monolog samochwały. Dziewczyna widząc to rezygnuje z jego towarzystwa i zawraca. Stach, zachwycony sobą, przeoczył właśnie ostatnią szansę na życie wolne od samotności. Jedna z sąsiadek, widząc to, zamyka sprawę monologującego samotnie chłopa prostą sentencją: to stary kawaler, pewnie mu bije na dekiel.

wtorek, 20 stycznia 2026

Niezrzeszony wśród pieniaczy

W zimowe popołudnia, a szczególnie wieczory, przy świecy i kojącym plumkaniu jazzu snują się niespieszne myśli. Jedna z nich męczy mnie odkąd ukojenie zburzyła kłótnia partyjnych głów z telewizora, nieopatrznie zostawionego w sąsiednim pokoju. 

Dlaczego nigdy nie kręciła mnie polityka? Znakomitej części społeczeństwa rozpala zmysły, rodzi miliony memów w sieci, chyba więcej niż poświęconych pracy zarobkowej, relacjom małżonków, zmaganiom płci, edukacji czy zdrowiu i kulturze razem wziętych. Pod postami politycznymi zawsze najwięcej ustawek, chamstwa, agresji i przemocy w komentarzach. Jakby sens doniesień sprowadzał się do roli paliwa napędzającego irracjonalną potrzebę awantury. W domach skłócone rodziny, zerwane znajomości i przyjaźnie w imię wojenki polsko-polskiej, każdego z każdym, z powodów w gruncie rzeczy abstrakcyjnych i nazajutrz nieważnych. Aż strach pomyśleć, ile pary naród puszcza w gwizdek po nic. A rzeczywistość coraz bardziej przaśna. 

Odśnieżenie chodnika, wypchanie komuś auta z lodu na parkingu, wniesienie zakupów przysłowiowej staruszki na piętro bez windy czy zrzutka na Siepomaga.pl  czynią więcej realnego i namacalnego dobra niż jałowe naparzanki polityczne eskalujące złe emocje. Dlaczego ludzie tak kochają czuć się najmądrzejsi politycznie i zawsze wiedzą lepiej niż ci, którzy wiedzą inaczej? A wszyscy uprawnieni, by pluć jadem w bliźniego, który bliźnim za nic być nie może. Nie wiem, czy dominują w tym faceci, ale ostatnio ujęły mnie słowa nieodżałowanego Tadeusza Konwickiego, który w Pamflecie na siebie pisał:

Rozwój cywilizacji odebrał panom wiele możliwości hazardowych. […] Podbijanie niepodległych pań także straciło na znaczeniu, bo panowie poddali się uniseksowi albo uprawiają miłość między sobą. Została więc tylko polityka, zadowalająca ową odwieczną żyłkę hazardu i ryzyka. Dlatego do tej nieszczęsnej polityki z obłędem w oczach pchają się wszyscy. I analfabeci i uczeni, kopnięci w móżdżek i dewianci, zboczeńcy seksualni i impotenci. Polityka, to ziemia obiecana dla wszystkiego, co niewydarzone na naszym biednym globie. Losowanie posłów z całego społeczeństwa uchroniłoby nas, choćby częściowo, od łagrów, kacetów, Hitlerów, Stalinów i tych nieznanych jeszcze dręczycieli, co na razie bawią się w piaskownicach. 

Choć od wydania książki Konwickiego minęło trzydzieści lat, bardzo niewielu wyszło z piaskownicy. Do wymienionych wyżej cech “niewydarzonego” dodałbym dziś lawinowo narastającą pazerność oraz opanowaną do perfekcji sztukę kumoterstwa i robienia większego idioty z wyborcy niż z siebie samego. A swoją drogą, odkąd dzień w dzień media walą w nasze głowy kolejnym doniesieniem o erupcji fajerwerków z pomarańczowej głowy narcyza prerii, zyskuję przekonanie co do logicznej dosyć prawidłowości: im większa liczba prostackich umysłów elektoratu, tym bardziej żenujący przywódca z  jego wyboru i mocniej zahukana garstka "wykształciuchów". Zatem losowanie kandydata w miejsce kampanii wyborczej mogłoby rzeczywiście uchronić niejedną demokrację przed ruiną. Ale kto usłucha pisarza?

Gdy analizuję własną niechęć do polityki, odkrywam, że jej korzenie sięgają dosyć głęboko. Początki swe bierze w podejrzliwości wobec tego, co zbiorowe. Chrzest prawdy o działaniu grupowym przeszedłem dosyć szybko. O ile pamiętam na etapie wczesnej szkoły podstawowej, gdy postanowiłem zostać zuchem. Poszedłem na pierwszą zbiórkę, do której zachęcały całkiem sympatyczne druhny wbijające na lekcję plastyki. Wieczorem, w dosyć posępnej i obskurnej szkolnej harcówce, umieszczonej w suterenie tysiąclatki, rzeczone druhny zebrały składkę na naszą działalność i wyznaczyły termin kolejnej zbiórki “na za tydzień”. Po upływie siedmiu dni czekałem wraz z grupą, równie naiwnych jak ja, najpierw na ganku zamkniętej szkoły, później obok, pod latarnią, na kamiennym murku ulicy Lipowej. Bezskutecznie. Ani zbiórki, ani druhny, ani kasy, bo był to zwyczajny prototyp metody na wnuczka… a raczej na zucha. 

Rzeczone panny, po kilku latach, okazały się znanymi w mieście gwiazdami taniej miłości pod wezwaniem pobliskich koszar. A ja wówczas – trudno powiedzieć jak inne niedoszłe zuchy - zebrałem lanie w domu za okłamywanie rodziców. Jako dziecko przed pierwszą komunią nie dysponowałem zegarkiem na rękę i okazało się, że czekanie na zbiórkę trwało tak długo, aż ojciec został wysłany przez matkę z misją odnalezienia dziecięcia zagubionego w akcji. Szkoła, jako rzekłem, była zamknięta. A że “nie wiadomo, gdzie się szlajałem”, cięgi przypadły na mój niewinny zadek. Kilka lat późnej ochoczo przyznałem rację koledze z bloku, który pasjami pucował w piwnicy poniemiecki motocykl NSU i mawiał, że harcerstwo to pierwszy krok do komunizmu. Organizacje zbiorowe, skupione wokół gadania, pokrzykiwania i zdobywania sprawności, prędzej czy później ocierają się o wypaczenie idei, ściemę, hierarchię, konflikt władzy, chciwości, chorych ambicji, zniewolenia i podporządkowania grupy członkom nie zawsze mądrzejszym, ale bezwzględnie korzystającym ze sztandaru z patetycznym hasłem. Taka jest człowiecza natura i choćby żabami padało nic tego nie zmieni.

Zastanawiać może fakt, czy jest to przypadłość rdzennie polska, wynikająca z narodowego temperamentu? Czy może ciągnący się skutek wyniesionej w genach komuny, zaradnego krętactwa, cwaniactwa i poczucia, że wszystkich wokół można i trzeba robić w wała, żeby wspiąć się po łbach głupszych od własnego na najwyższy konar, z którego i perspektywa szeroka i wszystkim można nasrać na kaszkiet?

I nie ma znaczenia, czy jest to partia polityczna, która nie umie wybrać wodza, Oaza przykościelna czy inne apostolstwa w duchu oraz stowarzyszenia pocieszenia wszelkiego i ratowania uczuć. To, co grupowe skupia jednostki niepewne siebie i własnej wartości, przez co grozi zamknięciem w sekciarstwie. I w imię oblężonej twierdzy bronić będzie choćby zabawkowego krzyżyka nad klatką chomika, niepytanego o wyznanie. Z każdej takiej grupy, która wrzeszczy pod wezwaniem, wyłoni się w końcu mniej lub bardziej skuteczny Bąkiewicz i przepuści przez durszlak wodę po mózgach pieniaczy. Mediom wetknie w dziób sensacje, ośmieszy społeczeństwo, podkręci polaryzację ku radości skarlałych duchem i intelektem. 

Najzabawniejsze, a może jednak bardzo tragiczne jest to, że im więcej na sztandarach wiary, krzyża, zbawienia i Najświętszej Panienki, tym mocniejsza nienawiść na ustach, wściekłość w sercach, agresja w przekaziorach. Ślepa żądza odwetu wiedzie lud na barykadę, nawet jeśli po drugiej stronie nie widać wroga. Nie wychodzi na świat z głowy obrońców stojących coraz dalej od ducha Ewangelii, miłości, pokoju i dobra, o której jakby nigdy nie słyszeli w amoku obrony wartości, z których sami szydzą.  Beleczka we własnym oku najmniej uwiera, więc sięgają po drzazgi w oczach nieobecnych, niezainteresowanych, co najwyżej kpiących memem, nie tyle z wiary, co z jej wyznawców. Jakby sama nie mogła się obronić, skoro czyni to skutecznie przez dwa tysiące lat. Na memy każdy temat jest równie dobry co chwilowy i nie ostatni z całą pewnością. 

Na pewno żyjemy w czasach jakiegoś końca, bo zdewaluowano już wszystko z checklisty wartości. Pozbyliśmy się radośnie tego, co wyznaczało azymut sensownego współistnienia i współdziałania. Co prawda została jeszcze Orkiestra Świątecznej Pomocy i niech trzyma ten naród w poczuciu wspólnego celu. Niech gra do marnego końca świata, a nawet kilka dni dłużej, Choć i tu strach pomyśleć, co z niej zostanie, gdy zabraknie Jurka.


piątek, 20 czerwca 2025

Jak stróż w czerwcówkę

Memy z przebierańcami różnej maści, przyłączającymi się do procesji Bożego Ciała. Fotografie ołtarzy, zbudowanych pod sugestywnymi reklamami. To już coroczna czerwcowa codzienność w internecie. Warto zadać sobie pytanie, na ile świętowanie Bożego Ciała jest (wciąż jeszcze) wyrazem wiary ludu Bożego, a na ile (już jedynie) folklorem. Bo gdyby miało stać się pustym obrzędem, lepiej gdyby w ogóle zniknęło. 

Początek tekstu opublikowanego w “Tygodniku Powszechnym” wyświetlił mi się w powiadomieniu godzinę przed wejściem do Biedronki. I już wiedziałem, dlaczego ilość aut na parkingu, tarasujących wąski przejazd, uniemożliwia znalezienie wolnej dziurki na czas zakupu mleka i pomidorów. Dlaczego każe zmierzyć się w sklepie z burzą konsumpcji. “I co się dziwisz?! Środa! Chwila przed eksplozją czerwcówki”, zdawały się krzyczeć puste rzędy barierek, znaczące tor po wózkach zakupowych. I rzeczywiście wewnątrz przejść ciężko, co chwila zderzenia mini pojazdów, niby na autodromie wesołego miasteczka. Apokalipsa napełniania dobrem wszelakim trwała w najlepsze, głównie dobrem grillowym: podpałką, kiełbasą i węglem, a wszystko przykryte aluminium wyrżniętym w kształt tacki do pieczenia. No i nieodłączne napoje na czas świętowania, rozciągniętego na dni całe cztery, wolne od wzrostu PKB. 

Dziś znaczna część wiernych spod znaku narodu zakorzenionego w patriarchacie, Bogu i Honorze, która daje wyraz przekonaniu, że vox populi to zawsze vox dei i nie będzie Niemiec pluł nam w twarz, daje upust zmianie trendu obrzędowości. Rzadko myśli puszczać córki do sypania kwiatków, żony do targania tasiemki feretronu i nie stawia jednodniowych ołtarzyków na trawniku pod balkonem, ani nie chwyci drążka baldachimu nad proboszczem z monstrancją. Bo jakoś tak nie pasuje, żeby po osiedlu, z pobożnym śpiewem, deptać psie kupy i wirować między milionem samochodów, pucując wyjściowym garniakiem cudze błotniki. Za to pasuje cieszyć brzuch wolnością od etatu i pakuje chętniej browar z promocji “dziesięć plus dziesięć gratis”, a z obawy, że malizną trąci, dzwoni do szwagra, żeby też wziął u siebie coś na apkę i bez żalu, bo się nie zmarnuje. 

Druga połowa narodu smaganego polaryzacją, w znakomitej swej części oburzona na pazerność klechy, zniesmaczona purpuratami kryjącymi pedofila w Kościele, a na wszelkich marszach świecąca pięcioma gwiazdkami tablic informujących o zamiarze wobec głównego adresata protestu, dziś mocuje rowery na dachu wypasionej furki z leasingu. I tu żona, wyswobodzona spod buta ciemnoty ludu i władzy kleru, nie pójdzie z pięknie haftowanym sercem Jezusa na poduszce. Nie ususzy kwiatków córci do koszyczka, raczej pomyka z walizkami i koszem wiktuałów do bagażnika i zaraz odjadą w znanym sobie kierunku, umilającym wolne aż cztery dni. Dresik, pagaje, rajbany i byle dalej od zgiełku młotków stukających w ramy osiedlowej konstrukcji ołtarza. Czekają agroturystyki, hotele SPA, baseny z masażem i zielone ścieżki rowerowe. Świat stoi pełnym otworem, z alternatywą tanich linii w tle. Książka, wino, sałatka i znów po majówce miła sercu czerwcówka, z dala od boleśnie powtarzanej codzienności i pszenno-buraczanej polskości.

Tak się jakoś plecie, że zmiany mentalne wycinają z języka zasoby tkwiące w nienaruszalnych zdałoby się powiedzeniach. Oto jedyny dzień w roku, gdy stróż mógłby odwalić się jak w Boże Ciało odchodzi do lamusa bez pożegnania. Stróża zastąpił administrator, ochroniarz, gospodarz domu, a jego świąteczne odzienie zjadły mole, bo i naftalina straciła magiczną moc rażenia, wyparta przez lawendę i jej pokrewne środki. Krawatka wyblakła w wiecznym węzełku na wieszaku, a kaszkiet całkiem oklapł i dziś wygląda gorzej niż kapelutek legendarnego Kargula. Dziś kandydat na odwalonego stróża wskakuje w laczki, sprany t-shirt i bermudy, kroi karkówkę i niesie kaszankę na gorący ruszt, mając w pobliżu jeziorko, rzeczkę, strumyczek, a niechby i zadymiony kawałek miejskiego parku, gdzie da się rozstawić palenisko, kilka leżaków i dwa głośniki wielkości klatek na spore króliki, żeby ostatecznie wyrugować śpiew kosa i zięby. 

W sumie nic w tym złego, każdy żyje jak umie i odpoczywa jak potrafi, w końcu jest czas wolności, choćby w tym najbardziej podstawowym wymiarze. Nawet, jeśli coraz częściej wolność jednych realizowana jest kosztem drugich, z którymi bliźni nie myśli się liczyć. Nikt jednak nie odmawia sensu i słuszności procesjom Bożego Ciała, które stanowią swoiście rozumiane wyznanie wiary i kroczą ulicami całego kraju mimo wszystko. Święto ciągle ma się nieźle, a media mają czym wypełnić serwisy dnia. I pewnie szybko tradycja, choćby szczątkowa, nie zaniknie, aczkolwiek samo Boże Ciało zdaje się być jedynie pretekstem do zupełnie czegoś innego. 

I może właśnie słowo PRETEKST jest tu kluczowe, bo w naszym czasie zdaje się być najważniejsze, co widać chyba najwyraźniej w podejściu do dni ustawowo wolnych. Wszyscy wiemy, że mają one związek z konkretnym świętem, choć nie bardzo już potrafimy zdefiniować czym ono jest, co obchodzimy i po co? Z roku na rok powód świętowania coraz bardziej blaknie. Liczy się możliwość urwania kilku dni wolnych, tym ważniejsza, że daje jednakowe prawo wszystkim, niezależnie od wielkości pracodawcy, formy prawnej jego działalności, rodzaju, szefa prostaka czy właściciela traktującego pracownika jak pańszczyźnianego chłopa. Wolne święto przysługuje każdemu, niezależnie od posiadanego wymiaru urlopu, który dodatkowo rozszerza. Bardzo chętnie kombinujemy styczniówki, majówki, czerwcówki, sierpniówki, listopadówki nawet dwie, choćby kosztem konfliktu albo niesmaku starć z tymi, co pozostaną w pracy w dni robocze pomiędzy. Co tam niesnaski, gdy jest szansa nie zrywać się o świcie, pogrillować, wykupić alkohol razem ze zniczami, porozbijać się autem po pijaku albo pod wpływem, w ramach czilery narodowego świętowania. 

    Ilekroć uczestniczę w małej apokalipsie kolejek przed długim weekendem nachodzi mnie taka myśl: czy kiedyś uwolnimy się od swoistej hipokryzji poszczególnych świąt-pretekstów? Czy przyjdzie taki moment, gdy przestaniemy mówić o święcie pracy, flagi, konstytucji, Bożego Ciała, Wielkanocy, a zwyczajnie pójdziemy we wszystkie “miesiącówki”, wspaniałomyślnie, tolerancyjnie i pluralistycznie darowane narodowi pod pretekstem ulżenia przepracowaniu i niemiłosiernemu utyraniu Polaka. I tak każdy będzie miał oznaczony w kalendarzu powód nadmiaru wolnych dni, a spędzi ten czas jak chce, ale językowo i medialnie będzie z pewnością uczciwiej.

sobota, 19 kwietnia 2025

Chleba naszego świątecznego

 

Chleb, a w zasadzie jego zakup, jeden z niezmiennych rytuałów, które towarzyszą świętowaniu. Bez względu na mody, trendy, epokę, system społeczno-ekonomiczny czy zmiany polityczne, niedawno stałem po chleb na Boże Narodzenie, a już stoję w kolejnej po wielkanocny. Przyglądam się rozbieganym oczom, sylwetkom w dresie wyciągniętym z głębi szuflady, w zgniecionych dżinsach z suszarki, zerkam ku spranym leginsom, wdziewanym w pośpiechu, bo do chleba rano wstać trzeba, jak mówi mądrość dziadów. Tu koszulka skoszona z taniej bawełny, a tam sflaczały kapturek bluzy, nic to, bo zaraz chleba zabraknie, wykupią, wyniosą, zeżrą, a już dziewiąta. W dłoniach telefony, czas oczekiwania nie może zostać zmarnowany. Palce wystukują życzenia do cioci Władzi, koleżanki Żanety, kuzynki Anety, do Tolka z rodziną i córką Malwiną. A po życzeniach ostatnie korekty na liście zakupów, usuwanie tego, co już w torbie, no i dopisać koniecznie colę bez cukru i lód w kostkach. Tegoroczna Wielkanoc zbyt intensywnie przepoczwarza się w środek lata.

Zerkam na damskie snikersy wzute na pierwsze z rzędu skarpetki codzienne i w plastikowe laczki z rażącą bielą frotte na paluchach grubasa z przodu. Zrywki czerwone, plecaczki, torby lniane i ciągane na kółkach, ponad nimi głos niepokoju: a nie ma już razowego na miodzie? Orkisza pół w takim razie wezmę, skoro zszedł cały, a może jest jeszcze ten z siemieniem? Masowy wykup zmusza do nagłych i niespodziewanych decyzji, nawet za cenę kręcenia nosem żony, męża, mamusi i babci, bez poszanowania dla spontanu kupującego pod presją chaosu nazw. Wszak nie będą jeść ciastek, gdy chleba zabraknie i pretensji wystarczy do majówki. A tu jeszcze te leniwe gospodynie, młodsze i w średnim wieku, przeciągają zakupy! Ciasta nie potrafią upiec, choć tyle przepisów w internetach! Mazurki teraz wybierać będą, serniki jakieś baskijskie, durna moda, a ludziom się spieszy! Po chleb tu się idzie, a jeszcze wybrzydzać będzie jedna z drugą, czy lukier biały czy jednak w posypkę! Zniecierpliwienie przestępuje z nogi na nogę, a ksiądz tego roku święci co kwadrans i do drugiej. Dobrze, że coraz mniej narodu świętuje, wymyślili teraz, pani, te wczasy, wyjazdy bez świenconki, te hotele, góry, turnusy, łikendy długie, zabijają się na drogach po pijaku, pretekst mają i dobrze, mniejsze kolejki przynajmniej. Dociera zza pleców monolog, ale już jestem blisko lady, już widzę, że wystarczy, za chwilę kupię. 

Zakupione bochenki lądują w torbach, niosą ulgę twarzom, weselą oczy. Czas się domyka i już można w spokoju udać się po gałązki brzozy, tulipany, żonkile, poszukać szczypiorku i cukrowego baranka do koszyczka albo czekolady Milki w stosownym kształcie, do nowoczesnej święconki, tej na bogato. 

Wsiadam do auta z ulgą. Zerkam spod pancerza pozornego bezpieczeństwa na przeplatanie stylu goniących w pośpiechu, pomieszanie wyjściowych sukienek, strojnych koszyczków i powszednich ciuszków, towarzyszących ostatnim zakupom przed nieuchronnym zamknięciem sklepów, zawsze za szybko. 

Myśl niespodzianie ucieka do dzieciństwa, do kolejek z lat 80, ale też dekadę późniejszych. Zwolniony z obowiązku dygania z koszyczkiem do parafialnego kościoła, otrzymywałem polecenie zakupu chleba. Zwykle po drugiej stronie miasta, bo tam sprzedawany zachowywał na długo świeżość. Stałem z siatką robioną na szydełku, sznurkową i zerkając na oczyszczane w mig półki, powtarzałem w myślach prostą alternatywę. Wyboru nie było, chleb był jeden, co najwyżej w dwóch rozmiarach. Duży bochenek albo mały. Razowego się nie jadało, był gliniasty i bardzo się kruszył, zatem podchodził pod wariant “z braku laku”. Pozostawało zapamiętać rzecz prostą: dwa duże albo cztery małe i lęki egzystencjalne oswojone. W nagrodę mogłem kupić kilka tygodników na świąteczne wieczory, bo akurat do kiosków rzucali je w sobotę. Lata 90. przyniosły różnorodność dostawców na tyle, że już nie musiałem biegać na drugi kraniec miasta. Lokalny zielony rynek skracał kolejki i dawał szansę zróżnicowania w postaci chleba sprzedawanego z budy żuka, nysy i innych busików, upłynniających wypieki gminnych wiosek i pobliskich miasteczek.

Niespodzianie atakuje luka w pamięci, brak zapamiętanych nazw z tamtych czasów. I w tej materii życie było proste: kup chleb duży albo dwa małe i po zawodach. Dziś wejście do piekarni niesie niepokój. Co będzie, gdy zabraknie tego, po który zostałem posłany? Odstrzelą posłańca złej nowiny? Do święconki nie dopuszczą? Gubię się w nazwach: trzy rodzaje razowego, żytni z dynią lub bez, orkiszowy, graham, bezglutenowy, polski, firmowy, foremkowy, rustykalny, słowiański, trójmiejski, Vermont, chlebek fit, z rzepakiem, koszykowy. I pomyśleć, że idąc po chleb w dzieciństwie, niechby i na skróty, do osiedlowego samu, mogłem co najwyżej zobaczyć papierową metkę “Piekarnia Gigant, waga 1kg”, wpieczoną w skórkę bochenka albo pójść do blaszaka GS-u pod wieżę ciśnień, nabyć bochen tamtejszego, spod zielonej tabliczki “GS Samopomoc Chłopska”. Znacznie lepsze skojarzenia niosła jednak Piekarnia Gigant. Gdy nocą szło się z buta na ryby, nad nieodległe jezioro, po łąkach i nad drogą unosił się najcudowniejszy zapach pieczywa wypiekanego podług jednej miary dla wszystkich mieszkańców, nie było podziału na biednych i bogatych. Tu głód budził się przed świtem, świadomy, że nie dla psa kiełbasa, bo w torbie były kanapki z przedwczorajszej linii produkcyjnej społemowskiej fabryki, wypełnionej zakwasem, piecami i mąką. Dziękować Bogu nie znali tam ulepszaczy. 

Klakson szukającego miejsca przywołuje mnie do tu i teraz. Odpalam silnik, pojadę i ja po gałązki brzozy, sałatę, zieloną pietruszkę i koperek. Niech zamknie się czas przygotowań, niech już przyjdzie wyciszenie w tonacji pieśni Wielkiej Soboty, w której posłusznie się zatopię, rżnąc marchewkę i jajo do tradycyjnego wiadra sałatki. Ostatni raz zerkam na rzednącą kolejkę piekarni i przez głowę mknie wątpliwość. Czy nadejdzie taki czas? Czy przyjdzie na polskość moment bez chleba naszego świątecznego? Czy mody na sushi, falafel, tofu i ramen, na bezglutenowe żywienie i unikanie węglowodanów doprowadzą do braku fanów przedświątecznych ogonków w piekarni? A jeśli zniknie barwa cebuli z jajek i ucichnie stukot pękających skorupek? Czegoś jednak będzie brak i kogoś żal. 


środa, 2 kwietnia 2025

Miłość życia wyliże kozaczki

Olga Drenda, felietonistka „Tygodnika Powszechnego”, jakiś czas temu poruszyła ciekawą kwestię: […]że młyny internetu mielą nieustannie tyle zdań, wynika z faktu, że ludzie muszą robić coś z dłońmi. […] Puste ręce to udręka i nieznośne napięcie, które roznosi od środka i domaga się rozładowania przez poprawianie rękawów czy kręcenie pierścionkiem (gdy mamy pecha znajdować się np. w środku ważnej rozmowy), drapanie, zabawę jakimś drobiazgiem czy właśnie stukanie w ekran. Przyznam, że nie jestem wolny od tego typu schorzenia… natręctwa? Formy multitaskingu? Sam nie wiem, jak rzecz nazwać, ale jedno jest pewne: nie umiem spokojnie ułożyć dłoni przed sobą, dłubać w nosie czy wciskać okruchów w palec wskazujący wprost z biurka, choćby po razowym z tostera. Gdy czytam mniej lub bardziej porywający tekst na ekranie, odpalam podcast czy zwyczajnie zagłębiam się w lekturze książki z blatu, muszę coś robić z dłonią, a że zapalniczek nie używam, znalazłem inną zabawkę. 

Podczas czytelniczych kroplówek, zasilających konwulsyjnie konający intelekt, poskramiam nadmiar energii płynącej przez palce w sposób dość banalny. Jako klasyczny dziaders od ponad dwóch dekad nie umiem rozstać się z oldskulowym komunikatorem Gadu Gadu, utrzymując bardzo już sporadyczne i zastygłe w czasie znajomości na odległość, wymieniając kilka zdań na miesiąc. Czat ten, jakiś czas temu, dorobił się diabelskiej ruletki losującej rozmówcę. Wzrok leci po tekście artykułu czytanego na ekranie, a palce swędzą i klikają obroty magicznego koła. I tak pojawia się następny profil i jeszcze jeden, co pozwala zapobiegać ogryzaniu pazurków rozpaczy, ale o dziwo nowych znajomych w żaden sposób to nie przysparza. Dlaczego? Z przyczyn - że tak powiem - płciowych.

W zamyśle twórców narzędzie miało szlachetny cel: wesprzeć chętnych, aczkolwiek nieśmiałych osobników płci konserwatywnie obojga lub z grubsza podobnej do poznania osoby siedzącej po drugiej stronie w tym samym czasie i wybranym wieku. I rzeczywiście pomaga to w jak najszybszym wyłapywaniu i kojarzeniu pragnących rozmowy niczym kania dżdżu. Lecz sama komunikacja coraz rzadziej dochodzi do skutku. Nic nie jest tak proste, by nie dało się skomplikować. Jak powszechnie wiadomo dobrymi chęciami czartu kwadrat brukują, a Polak potrafi spieprzyć każdą ideę, co pasjami rejestruję, choć z coraz mniejszą przyjemnością. Bogatszy jestem jedynie o pewną obserwację natury socjologicznej, która łechta rosnące zdziwienie.  

Gdyby nie magiczne koło losujące rozmówców, no i nie forma oraz treść opisów pomieszczonych w profilach, nie poczułbym nawet, w jak bardzo dalekich od ekonomii, polityki czy religii obszarach przepływa rzeka polaryzacji. Ona od dawna z cicha rwie także brzegi puci, jak mawia obywatelski kandydat. Oto stare poczciwe GG opanowała polaryzacja relacji damsko-męskich. Mówiąc najkrócej: osobniki męskie za wszelką cenę ciągną w górę życiowy ranking odbytych stosunków pozamałżeńskich, najchętniej udziwnionych, bo od cudzej żony trudniej w łeb dostać. Kobiety zaś, za wszelką cenę, usiłują nasycić rozpacz z powodu utraty poprzedniego jelenia, subtelnie tęskniąc do miłości dozgonnej, choćby i trzy poprzednie zawiodły. Żeby się o tym przekonać nie trzeba nawet zagadywać, zadawać pytań, zawierać głębszych znajomości. Wystarczy przytoczyć kilka malowniczych opisów i zaczepek wprost. 

Panowie coraz rzadziej pozwalają sobie na zbytek słów i na dzień dobry walą na odlew: „chciala bys popatrzec jak sie masturbuje dla Ciebie na skype?” albo „jestes normana dla faceta czy chora ja szukam nrmanej kobiety”, „chce wylizac twoje kozaczki”, „moze ponosisz dla mnie rajstopki i pszeslesz?”, „leżysz na łóżku całuje cie po nozkach i idę wyżej w majteczki i lize mmm ale slodka i taka gorąca ” (cytaty w oryginalnej pisowni), choć lepsze są te ujmujące poetycką frazą: „ocenisz mi ptaka?”, po czym bez zgody użytkowniczki czatu pchają przed oczy smutną brodawę, bardzo wątpliwej proweniencji. Rzecz jasna nie z autopsji wydobywam cytaty. Materiałem raczą mnie czasem zdegustowane od lat użytkowniczki, w ramach uzupełnienia inspiracji literackich, także do niniejszego tekstu, bo sam bym nie wymyślił, wyobraźni nie wystarczy.

Panie zaś mają upodobanie w skrótach jedynie ostrzegawczych, typu: „poznam do związku”, „nie obsługuję mężczyzn niezadowolonych ze swej alkowy”. Nieco bardziej bezsilne wobec molestowania już w opisach nie mogą powstrzymać rozpaczy z powodu nadmiaru napalonych samców, zatem ostrzegają: „zonaci i inni zboczency oraz małelaty won!”, „Nie oceniam przyrodzenia”, „zjeby, zonkosie i inne takie zjazd”, „wolna, lesby, zonaci, wypad”. Wśród tych łagodnych sfrustrowanych pań czterdzieści pięć plus najbardziej jednak o współczucie woła powtarzający się opis: „interesuje mnie wolny, przystojny, inteligentny pan z poczuciem humoru, najważniejsze jest serce, nie masz zdjęcia w profilu nie odpisuję” albo „szukam tu przyjaciela”. Strach pomyśleć, w jakiej rozpaczy pogrąża się samotna kobieta, gdy szuka przyjaciela na targowisku praktykujących troglodytów, traktujących płeć w kategorii niezobowiązującej narośli wokół darmowej cipki, której właścicielki nawet nie chce się bajerować. Na pocieszenie pozostaje fakt że za silnym imperatywem pań stoi zwykły lęk przed samotnością, z którą faceci radzą sobie chyba znacznie lepiej, choćby z racji biologicznie zaprogramowanego egoizmu. 

W sumie smutne jest  i to, że im człowiek starszy, tym mniej ma okazji do poznawania interesujących i wolnych osób w naturalny sposób. Wszędzie ludzie tkwią nosem w telefonie i nawet nie obrzucają się spojrzeniami. A tam nie ma szans na rozmowę o życiu, pogodzie, pasjach, bo obie strony zaczynają się siebie bać. Nawet normalny facet może na  starcie poznać, co to mowa nienawiści i dostanie na czoło karnego kutasa zboczenia, niewiernego męża albo podstępnego gada, czyhającego na cnotę lekko przechodzoną, zanim się przedstawi. Jako samiec nie próbuj też dialogować z facetem, bo zaprosi cię do trójkąta z żoną, a najlepiej czworokąta z twoją w gratisie albo będziesz obrzydliwym gejem, ciotą, cwelem i transem w ukryciu, skoro chcesz rozmawiać. Nie myśl odpowiadać zagadującej cię kobiecie w nadziei wymiany myśli, bo zaraz zarzuci, że rozmowy nie mają sensu, jeśli nie szukasz miłości i związku. Jako mężczyzna nie masz  prawa być ciekawy rozmów z kobietami innymi niż żona, której jedynie słuszne poglądy na wszystko znasz od kilku dekad, bo po co ci to? Bzykać się chcesz i tajniaczysz przyklejając drętwe gadki! Przyglądanie się światu od strony kobiecości, zwykłości, codzienności, wrażliwości i emocjonalnej inności, to abstrakt nie na czasie albo wchodzisz w związek albo pilnuj starej. Niech żyje pragmatyzm, emotki i skrolowanie.

Wątpię, że przypadłość, o której mowa w tekście, dotyczy wyłącznie oldskulowego komunikatora. Podobnie rzecz pewnie wygląda na wszelkiej maści narzędziach umożliwiających anonimowość, na forach i portalach randkowych, choć na ostatnich może metody łatwiej uzasadnić. Drastyczne mijanie się w intencjach i potrzebach wynika z niepoddawania refleksji zastanej rzeczywistości wirtualnej i wiary w cuda, które przecież się zdarzają. A może to tylko efekt nadmiaru obejrzanych filmów i seriali o miłości każe kobietom wierzyć, że dojrzali mężczyźni i zdolni do trwałych uczuć będą włóczyć się wolno po czterdziestce? Panom ułatwiony dostęp do sieciowej pornografii robi kisiel z mózgu i w każdej wylosowanej kobiecie chcą widzieć spragnioną seksu gosposię domową, wpuszczającą hydraulika do kuchni pod zlewozmywak. Cóż, najwyraźniej nadzieja umiera ostatnia, choć pucia ma się jednak nie najlepiej.


poniedziałek, 27 stycznia 2025

Poniedziałek rekrutera

 - Dzień dobry, ja miałem zgłosić się na ósmą. - W uchylonych drzwiach roześmiana twarz wiejskiego głupka z wąsem. Witajcie w czasach pokolenia Z. Na oko rocznik dwa tysiące wydłubany z progu pierwszej dekady. Ale zapraszam, siada naprzeciwko. Pytanie zasadnicze: czy posiada oryginały i kopie dokumentów niezbędnych do zatrudnienia, zgodnie z wykazem, jaki otrzymał dwa tygodnie temu? Zapewnia, że oczywiście. Zerkam na CV, proszę o przepisanie klauzuli RODO dotyczącej przetwarzania danych osobowych, której oczywiście nie ma. Przegląda wzrokiem tęskniącym do oświecenia, czyta niby Księgę Wyjścia, ale klucza nie znajduje. I znowu ten uśmiech ofiarny. Powtarzam, że przepisać pod CV i podpisać się. Uśmiech pod wąsem szybko gaśnie, bo jednak trzeba prawdziwie wprawić w ruch długopis, który sprawi więcej kłopotu niż palnik tlenowy. Proszę o kopie dwóch świadectw pracy, skoro daje oryginały. W odpowiedzi słyszę: „nie mam”. Dlaczego? „Bo nie wiedziałem, że trzeba”. Przecież dostał pan wiadomość, wyraźnie stało, miał pan dwa tygodnie na przygotowanie oryginałów i kopii. W odpowiedzi: „ale ja tego nie czytałem do końca”. To było na początku, mówię, z trudem powstrzymując palce zaciskające się w pięść. No dobrze, przeganiam furię przyczajoną pod biurkiem, to poproszę świadectwo ukończenia ostatniej szkoły. „Nie mam, nie odebrałem ze szkoły. Chyba z połowa klasy nie odebrała, bo po co?”. Odpowiem: „po jajco” i też nie pojmie. Furię ściskam kolanami i grzecznie pytam, jak zamierza udowodnić, że ma jakieś wykształcenie? W odpowiedzi słyszę: „to teraz będzie się pan wyżywał, że tego nie mam?!” Nie wytrzymuję: „To chyba pan się na mnie wyżywa, bo przychodzi pan nieprzygotowany nie bardzo wiadomo po co. Wiadomość, którą pan dostał, trzeba było zredagować i przesłać, żeby przychodząc tu zabrał pan jak najmniej czasu innym oczekującym na przyjęcie, prawda? Płatek śniegu robi się czerwony i w ramach skruchy przyznaje, że matka też mu mówiła, że to świadectwo trzeba odebrać, ale on nie słucha matki. To teraz pojedzie do szkoły i przywiezie, będzie dobrze? Mam z głowy odklejonego. Żadna pociecha. Oni zawsze wracają.

Wiedziałem, że zjeść mi nie dadzą. Poniedziałek. Ledwie otworzyłem wiejski serek, telefon drżał w kieszeni. Nie uszanują nawet przerwy. Na wyświetlaczu migała Zuzia, coś musiało się dziać. Kierowniczka magazynu części zamiennych jest aż nadto poukładana, żeby w porze śniadaniowej narażać żołądki na wrzody. 

- I co? Sowieci podpalili ci magazyn, Zuza? Co jest? Cześć.

- Cześć. Ten Patryk, pamiętasz? Magazynier, co go rekrutowałeś trzy miesiące temu. 

- No tak, co z nim? Przecież byłaś zadowolona. Ukradł coś? 

- Skąd! Zajefajny chłopak! Niby młody, trzydziestki dobiega, a poukładany jak z poprzedniej epoki. Rzeczowy taki, w lot złapał system magazynowy i jeszcze poprawił mi to i owo. Podwyżkę chciałam mu dać z nową umową. Nigdy się nie spóźniał, nawet o minutę, a teraz trzeci dzień go nie ma. Dzwonię, piszę, jak kamień w wodę. Może mam walnięty numer telefonu? Mam nadzieję, że nic się nie stało. Sprawdź, czy tam u was nie ma jakiegoś zwolnienia, może wypadek jakiś miał i mi nie przekazał. Zadzwoń do niego, jeśli możesz. 

- Jasne, jak tylko czegoś się dowiem, dam znać. 

W ewidencji nieobecności czysto, żadnych zgłoszeń, a telefonu rzeczywiście nie odbiera. Można skończyć śniadanie. Ale napić się kawy nie zdążyłem. Oddzwania. 

- Dzień dobry panie Patryku. Co się z panem dzieje, szefowa się martwi. 

- Nic się nie dzieje, wszystko w porządku. 

- Ale w pracy pana nie ma. 

- Zgadza się, w domu jestem. 

- Ale jak w domu? Nie zamierza pan przyjść do pracy? 

- No nie. Wie pan, rodzice nie chcieli mi dać na nową konsolę. Mówili, że jestem dorosły i powinienem sam sobie zarobić. No to poszedłem do pracy, zarobiłem, no i teraz właśnie gram na nowej konsoli. 

- A, jasne, ale jakieś podanie o rozwiązanie umowy, coś pan złożył? 

- No nie, a to trzeba? Po co? To nie wystarczy, że panu powiedziałem? 

- Ale to jest porzucenie pracy, panie Patryku. Wie pan, na świadectwie będzie  paragraf, zwolnienie dyscyplinarne, nie rzutuje? 

- To w czymś przeszkadza? 

- Zupełnie w niczym, przynajmniej nam. Przyjedzie pan po świadectwo czy wysłać poleconym? 

- Proszę wysłać, nie bardzo mam czas, żeby tam do was jeździć.

Poniedziałek, to jednak podła kanalia, nie odpuści. Ten wszedł bez ostrzeżenia. Nie znam człowieka. Ale jest w kombinezonie, firmowym, znaczy nasz. Czarniawy, po trzydziestce, ani dzień dobry, ani dmuchnij w fujarkę i widzę cwany wzrok. Łapy w kieszeniach, nos nieco w górę, jak nic roszczeniowy. Zagaduje o regulamin pracy, chciałby w nim coś sprawdzić. Sięgam do biurka, podaję, siada naprzeciwko, czyta, kartkuje, wraca, znowu kartkuje. Zerkam na kombinezon, jest nazwisko, niełatwe, fonetycznie niemal zapisane z angielska, ukraińskie. Widzę, że z czytaniem chyba nie teges, a ja skupić się nie mogę na robocie. Pytam w czym mogę pomóc? 

- A gdzie tu jest coś napisane o czasie pracy? 

Mówi wyraźnie po polsku i unosi tekst z nonszalancką bezradnością. Podchodzę, znajduję stosowny paragraf, pokazuję. 

- Ale tu jest tylko, o której zaczynamy i kończymy pracę, no i ile trwa przerwa, kiedy się kończy. 

- Czyli? Czego jeszcze panu brakuje? - Pytam zdziwiony - To jest pana czas pracy, za który płaci pracodawca. 

- A co z pozostałym czasem? Pracodawca chce, żebym zaczął pracę o godz. 7.00, ale ja przecież jeszcze muszę tu z domu dojechać, przebrać się, dojść na stanowisko. 

- Dokładnie, jak każdy z nas i co w związku z tym? 

- No ja chciałby wiedzieć, jak za to jest płacone? Jak za to, że ja kończę o 15.00, ale wychodzę prawie o 16.00, bo jeszcze dojść do szatni muszę, wykąpać się, przebrać. To za to nie ma mieć płacone? To pan mnie nie mówił o tym na rozmowie, jak zatrudniał. 

- Nie mówił, bo wyobraźni mnie nie starczyło. - Czuję jak ciśnienie mi rośnie, ale próbuję się opanować. - Przecież nikt nie każe się panu myć i kąpać po pracy. Przebierać się też pan nie musi, skoro tak wysoko ceni pan sobie każdą minutę. 

- No jak? Ludzi mam straszyć w autobusie? To za to powinno być płacone, to należy do czasu mojej pracy.

Czuję, że ten akurat uchodźca jest w stanie zakończyć moje współczucie dla kraju 

w stanie wojny, ale jeszcze próbuję zachować idealizm. 

- A czy teraz jest pan w pracy? 

- No tak, przecież widać – wskazuje na kombinezon. 

- No właśnie nie widać. Przerwa skończyła się godzinę temu, z hali produkcyjnej szedł pan do mnie czas jakiś, z czystymi rączkami, w czystym kombinezonie, jakiś czas studiował pan ten regulamin, trochę już dyskutujemy, co nie należy do pana obowiązków, a pracodawca za ten czas panu płaci? 

- Panu też płaci, a o której pan przychodzi do pracy? 

- Kwadrans przed rozpoczęciem pracy, bo tak przyjeżdża mój autobus. Ale uspokoję pana, nie patrzę na zegarek wychodząc po czasie, bo nie lubię zostawiać spraw na kolejny dzień. Nigdy nie wiem, jakie paradoksy przyniesie mi wyobraźnia pracowników dnia następnego. Z panem też się nie umawiałem, a jak silnie rozwija pan moje horyzonty. Tymczasem moja praca leży i właśnie od czterdziestu minut funduje mi pan zostanie po godzinach, choć to dla pracodawcy podwójnie nieefektywne godziny nas obu, prawda? 

- To co?! Może ja już i wysikać się nie mam prawa w godzinach pracy?! 

Wstał i zostawił za sobą łomot futryny, zanim zdążyłem zaproponować, żeby wrócił pod Chersoń i wspomógł rodaków w walce, skoro tu taka krzywda mu się dzieje. 


poniedziałek, 30 grudnia 2024

Smutek samca

To się zdarza. Audiobook kończy się w trakcie plenerowego marszu. Z racji pory roku, wiatru i chłodu, daję najszybszą opcję w aplikacji: "znajdź następną książkę”. Tym sposobem często trafiam na coś, co dawno temu wrzuciłem na półkę i doskonale nie pamiętam z jakiego powodu.  Od kilku dni brnąłem przez powieść historyczną Egipcjanin Sinuhe Miki Waltariego. Klasyk dotąd pomijany, jak wiele innych, raczej nużył, ale nie miałem potrzeby zmiany. Lektor trzymał wzorcowe tempo spacerowe, a ja dawałem narracji szansę. Przynajmniej wyciszała głowę skołataną kolejnym dniem w pracy. I chyba warto było czekać, przynajmniej do tego momentu, w którym autor przykuł uwagę, wkładając w usta królewskiego trepanatora magiczne słowa:

Nie ma miłości – rzekł Ptahor stanowczo – mężczyzna jest smutny, gdy nie posiada kobiety, z którą mógłby spać. Ale gdy spał z kobietą jest jeszcze smutniejszy. Tak było i tak zawsze będzie. – Dlaczego? – spytałem. – Tego nie wiedzą nawet bogowie. 

Coś jest na rzeczy, pomyślałem cofając nagranie w domu, by wynotować prorocze słowa. Tego nie wiedzą nawet bogowie, z pewnością. Setki lat przed naszą erą, ponad dwa tysiące lat nowej ery, a gdzie miłość barwna po grób? W marzeniach, złudzeniach wyciskanych do bólu, zwidach i pragnieniu. Ze znakomitej większości prób zwycięsko wychodzą nieliczne wyjątki, jak to w regule, a masie poharatanych niedobitków zostają dymiące pogorzeliska, łzy i niebieskie karty na komendzie. Panie wzdychają do miłości jakby głośniej i częściej, mimo kolejnych sińców pod oczami, wszak mają do dyspozycji silniejsze narzędzia: memy, komunikatory i portale społecznościowe wzmacniające wołanie na puszczy. Panowie masowo smutnieją w mgnieniu oka. Nim zdołają wytrzeć narząd w firankę, minie szał uniesień wraz z krzykiem wybranki. I tak oto, co kobieco skojarzone z niekończącym się uczuciem, nieuchronnie mija się z tym, co w męskim wyobrażeniu. Kroczą obok siebie w potrzebach, definicjach, teoriach, praktykach i ostatecznie mniej lub bardziej świadomie oboje zazdroszczą modliszkom. Ta szczytując odgryzie łeb amanta i skraca całe to kałapućkanie po fakcie. Ochroni stan rachunku bankowego i w zarodku zgasi desperację ciągania się po terapeutach, sądach, adwokatach i notariuszach, zachowując ledwie draśniętą wolność na następny raz. 

Ano właśnie. Przecież podobną sentencję przypisano już historycznie Arystotelesowi, choć raczej nie posługiwał się łaciną, ale może tak wybrzmiewa ona dostojniej: omne animal triste post coitum est. Tyle że mowa tu raczej o akcie fizycznym na miarę biologii, to w tym wymiarze po obcowaniu każde stworzenie jest smutne. Z wyjątkiem koguta, który to post coitum wskakuje na płot i drze dzioba, obwieszczając światu, że znowu mu się udało, siłą, ale jednak! Przemocowiec jeden. Łacińska maksyma przypomniała mi rzadko cytowaną scenę kultowego filmu Janusza Majewskiego C.K. Dezerterzy. Oto Jan Kania i Mitzi kończą kolejne mizianki, tym razem sielsko-anielsko, na łące, kiedy lubieżnie przeciągające się dziewczę pyta:

- O czym myślisz?

- O niczym. Jestem bezmyślnym jełopem, który myśli o niczym – rzecze Jan.

- Przestań, przecież widzę, że posmutniałeś.

- Post coitum… - mruczy Kania.

- Nie mów do mnie po łacinie! – Oburza się równie prosta, co namiętna córeczka okolicznej burdelmamy i kontynuuje – Wiesz o czym ja myślę?

- Wiem. Zawsze o tym samym.

- Kretyn! Myślę, że ślub weźmiemy w Koszycach, bo tu plotkarki by nas zżarły z zazdrości.

- A nie przyszło ci do tej pustej głowy, że po wojnie będę chciał wrócić do domu, do rodziny, do swojego kraju?

- No to pojedziesz i wrócisz, przecież to nie jest za granicą.

- Kto wie, czy już nie będzie? A jeśli nawet, to co? Wrócę tu i będę zarządzał interesem mamusi?

- Bo ty już mnie nie kochasz! Stałam ci się obojętna – prawie płacze słodka Mitzi.

- To przeczy temu, cośmy tu robili – odpowiada z cynicznym uśmiechem gefreiter Kania.

- Ty kochasz mnie tylko przed!

- Kocham cię przed i po i w trakcie… o! W trakcie najbardziej!

- Ty draniu, zobaczysz, zrobię sobie coś złego!

- Tylko nie usiądź gołą pupą na pokrzywach, bo byśmy cierpieli oboje.

Czyż da się obronić inaczej egzystencjalny smutek męskości niż ironią? Jak żyć z kimś, kto zaplanuje za dwoje, nie pytając drugiego o zdanie, sprowadzając trwogę egzystencji do ślubu w Koszycach, trendów wskazanych przez wedding plannera czy koloru muszki pana młodego? Tak mają kobiety w obliczu miłości: dałam ci co cenniejsze, teraz w zamian biorę twoje życie do dyspozycji i ani mi drgnij albo “ty już mnie nie kochasz”. Oto czemu faceci tak często są smutni, według Ptahora i nie tylko. 

Na moje męskie oko, to także nieunikniona rozpacz czystej ekonomii. Ona pojawia się już na starcie, w początku przeczuwa kres, nieuchronnie. Niedoszacowanie wysiłku finansowego i nadmiaru poprzedzającej aktywności, wobec wątpliwego zysku, daje o sobie znać bardzo szybko. Sami zobaczcie, ile energii kosztuje go kilkuminutowy akt haczenia o niebiańskie progi! Co prawda niesiony pożądaniem za daleko ma do głowy, ale w końcu dociera ten przerost inwestycji. I już wie, ile kosztował taniec godowy po nic, a raczej po maksymalnie kwadrans spełnienia. Obiady w Whiskey in the Jar, kolacje w Pueblo, randki w Chlebie i Winie, a wszystko poprzedzane przebieraniem nogami w chodnikowym ogonku przed drzwiami lokalu. Do tego spontanicznie kupowane kartony z Hachi Sushi do butelki wina targanej przed ekran Netflixa. Wielokroć brane prysznice z zapachem Ritualsa w tle, wody kolońskie z Notino.pl, zajeżdżanie merolem, wybłaganym na godziny u taty, brata szwagra czy latanie po salonach Kruk, Yes, Pandora, by dopaść gustownego świetlika, połyskującego w ciemności kuperkiem albo znaczek nieskończoności do bransoletki. A teraz ledwie można liczyć na uśmiech błogości zdobytej damy, trwający nie dłużej niż flesz romantycznej słitfoci, zanim  ona wywali z siebie listę pomysłów na najbliższy weekend, sylwestra, wakacje i spacery po galerii w ramach kolejnej okazyjnej wyprzedaży sezonowej. Weź tu nie bądź smutny w imię miłości, która zaistnieje na moment realnie i zgaśnie niczym iskierka z popielnika, co to na Wojtusia… i jak tu nie być smutnym? 

Przyszłość nie roi się jaśniej w tej materii. Męskość wyraźnie jest w odwrocie, pod wpływem natarcia hordy, która feminizuje obyczaje i język, co widać na gołe oko choćby w ilustracji obok niniejszego tekstu. Panowie w porywie bezradności i konwulsyjnej obrony coraz rzadziej bawią się w długie podchody. W desperackiej próbie ochrony przed płciowym smutkiem idą na wygodne skróty. Wystawiają w sieci klejnoty i wajhy z prostą instrukcją obsługi, no i bierzesz lalka albo nie, innej miłości nie będzie. Mniej prostolinijni, choć równie przedmiotowo trakujący kobiety, chwytają się boomerskiej opcji romantycznej, więc pierniczą rzępoły o zakochaniu, wyjątkowości, przynajmniej tak długo aż wybranka ulegnie, padnie ofiarą legendy poprzedniej żony, bo wiadomo: złą kobietą była, tymczasem opcja “ale ty jesteś aniołem” jest tyleż ekskluzywna, co krótkoterminowa. Przy bliższym poznaniu okaże się jednak, że zła żona nadal taką jest na zapleczu i dociąża wizerunek Adonisa trójką dzieci w tle. 

Cóż się tym chłopom dziwić? Lajf is brutal, a wetknąć gdzieś trzeba. Póki męskość pręży się zdolnością do uczucia, przynajmniej niezłomnie próbują o siebie zawalczyć, niechby i uszczęśliwiając cudze żony. Te są mniej wymagające, rzadziej roszczą pretensje o kobierzec, a zapomniane i posmutniałe w obliczu komedii romantycznych, oczekują zachwytu na krócej i taniej, choćby z powodu zbuntowanych mężów, ratujących się ucieczką na siłownię, w chłopięctwo konsoli, twarde libacje, inne cudze żony lub zwyczajnie w hazard i kryptowaluty. Oni już nie powrócą, na dobre wyzwoleni z miłosnych ról. Nie będą zapleczem logistycznym dla niegasnących aktywności małżonek, konieczności remontów, podróży, wyprzedaży i obowiązkowej opieki helikopterowej nad potomstwem, co to ostatecznie i tak szklanki wody im nie poda. 

poniedziałek, 18 listopada 2024

Zagubione w liściach

To było trzydzieści lat temu. W czasie, gdy gasła we mnie wiara w moc poezji. Jeszcze pisałem ostatnie wiersze, ale już raczej z przyzwyczajenia niż z przekonania, że mogą coś znaczyć. Wcześnie dotarło do mnie, że nie ma takiej poezji, która zdoła skutecznie dokądś prowadzić, przemieniać ludzi w anioły, zwyczajnie pomoże przetrwać zderzenie z nadciagającym walcem gospodarki rynkowej i konsumpcji. Krzyczało bezrobocie, rosła moc polityki rabunkowej, a upadek moralności wśród elit i społeczeństwa czasu wolności, towarzyszył pazerności. Brutalne echa nowego pobrzmiewały nawet w moim powiatowym mieście. Ale ciągle lubiłem wieczorne spacery jego ulicami, gdy wiatr niósł pod nogi pierwsze kolorowe liście, a ja cieszyłem się na myśl o powrocie na kolejny rok studiów polonistycznych. Pamiętam dobrze ten moment, gdy szedłem ulicą Orła Białego, ponad zamkową fosą, przy której obecnie lśni Hotel Krasicki, ale wówczas była tylko baszta, mur i smutek mglistej jesieni. Nagle przyszedł mi do głowy pomysł na wiersz o liściach. Chyba tylko dlatego, że przejeżdżający samochód przywiał kilka na chodnik, czego nie mógł zrobić latem, gdy mocno trzymały się gałęzi, więc wiersz zaczął roić się słowami:

latem 
kryją się w zieleni
ślepo wierne niezmienności
jak żona przy kuchennym stole
pospolite
jak mąż w kapciach 
i fotel z gazetą
liście
odkrywam jesienią
szelestem złotem bukietem 
z dłoni dziecka
wchodzą w wiersze poetom
    
    Czemu scena wróciła akurat teraz? Starzejący się mózg ucieka w młodzieńcze lata, ale też jesień 2024 przyniosła znowu liście w dłoni niejednego dziecka. Dawały radość maluchom i ich rodzicom, mnożącym zdjęcia telefonami. Na gorąco wysyłali produkcję na portale społecznościowe, ale też babci Teresce, cioci Joli i jeszcze Dżesice, której barwny bukiet nie może cieszyć na żywo, gdyż spija Aperola na Krecie. Jesienne barwy pozowały dodatkowo w subtelnym uścisku dziewczęcych palców. Oto kolejna, chyba dziś czwarta, powiatowa Anja Rubik prężyła się z bukietem odcieni klonu przed fotografem szukającym lepszego profilu lub światła, a ustawiony po sąsiedzku panel odblaskowy okazał się całkiem zbędnym gadżetem w mdławych promieniach słońca. Mógł jedynie ostrzegać licznie spacerujących: trwa sesja zdjęciowa”. I tak na nikim nie robiło to wrażenia. Park Oliwski, podobnie jak dziesiątki parków tego typu w kraju, cieszy się ogromnym wzięciem różnej maści fotografów oraz modelek podejrzanej proweniencji i równie mało spektakularnej urody. Mijam je tu często, uśmiecham się i nawet zazdroszczę cywilnej odwagi albo zwykłego braku autocenzury. Dwa razy w roku mają tu swoistą rójkę: wiosną zsypaną kwieciem i jesienią, kolorowo obdarowane przez buki, dęby, kasztanowce. Próbują szczęścia, choć barwy ginących liści przewyższają urokiem wiele z nich. Nie, wcale się nie wyzłośliwiam, samozwańcze modelki są po prostu szare z zimna, usta im drżą, ale trwają przesadnie rozebrane, posłuszne poleceniom solidnie przyodzianego młodzieńca z wielkim aparatem. Przybierają pozy i stroją miny godne plaży w Malibu, co przynosi efekt raczej mizerny, ale kto by się przejmował, gdy gorącym płomieniem jaśnieje potrzeba zaistnienia. 

Zamyśliłem się nad tym na tyle głęboko, że niepostrzeżenie przyjąłem złożony kawałek papieru. Trzydziestolatek z brodą, w szarej kurtce i dżinsach koloru codzienności życzył miłego dnia z uśmiechem. Ulotka była czarno-biała, bez zdjęć, nigdzie nie zapraszała, nie krzyczała żadną kandydaturą ani promocją latte w pobliskiej kawiarni. Nawet nie kusiła szklanicą grzańca. Przeczytałem tylko: Jezus Chrystus wczoraj i dziś, ten sam i na wieki. Czujnie rozejrzałem się dookoła w poszukiwaniu ukrytej kamery. Nie było jej chyba, ale teraz dostrzegłem ludzi z ulotkami, rozstawionych wśród skrzyżowań parkowych alei. Stali we dwoje, czworo, dorośli z dziećmi i jeśli coś ich wyróżniało, to matowość strojów i twarze bez połysku, jakby sentyment trzymał ich w ławce kościelnej Oazy, choć czas wycisnął piętno kurzych łapek w obliczu. Zaciekawiła mnie zawartość ulotki, przebiegłem wzrokiem, ale treść złożona była wyłącznie z cytatów. Jeden z nich przykuł uwagę archaiczną składnią i językiem: On grzechy nasze sam na ciele swoim poniósł na drzewo, abyśmy, obumarłszy grzechom, dla sprawiedliwości żyli. Jego sińce uleczyły was. Byliście bowiem zbłąkani jak owce, lecz teraz nawróciliście się do pasterza i stróża dusz waszych (I Piotra 2.24-25). 

    No cóż, pomyślałem, nie znasz dnia ni godziny, gdy łaska Pana cię dopadnie. Ale żeby w parku? Wśród kolorów złotej jesieni, uśmiechu przechodniów, pozowanych zdjęć, tekturowych kubków z kawą i z różową watą cukrową w dłoniach dzieci coraz liczniejszych ukraińskich rodzin? Chciałoby się powtórzyć za filmowym Świrem Koterskiego: chyba przeginasz Dżizus! Sęk w tym, że nie Jego wina. Ludek, może nawet Boży, może z dobrą intencją, ale nieco odklejony. Chce dobrze, wychodzi jak zawsze. Bo niby po co spacerowiczom archaiczne fragmenty Pisma? Przecież mają kłopot z całkiem współczesną polszczyzną, jeśli ujęta w zdanie złożone. Nie potrafią do końca przeczytać akapitu w mejlu ze zrozumieniem, a tu strzał nawrócenia jak z osady Amiszów? Jak długi żywot przewidziano dla tej ulotki? Za chwilę wypełnią się nimi kosze? Wymieszają się tam z opakowaniami po frytkach i burgerach z pobliskiego McDonalda i to jest ich metafizyczny sens? Cóż za piękna metafora współczesności, pomyślałem. Tygiel barwnych powojów, przechodzących z pocysterskich murów na fotki, resztki konsumpcji w koszach, wymieszane z pamięcią zbawienia z Listu św. Piotra na ulotkach. W jednym metalowym kuble, zużyte, przemieszane i nikomu niepotrzebne odpady jesiennej niedzieli, resztki sacrum i profanum jednakowo nie ciążące nikomu na uwadze dłużej niż chwila przeżuwania. Co mogą wnieść w niedzielny spacer rodzin z dziećmi przedpotopowe cytaty, jaka jest intencja kolportujących kaznodziejów płci obojga? Te fragmenty nawet przeczytane, nawet z próbą zrozumienia, co mogą w takim kontekście? Wzbudzić uśmiech politowania dla nieogarów urwanych z przebrzmiałej epoki? Trącić eschatologiczną strunę niepokoju związanego z przemijaniem? Poruszyć tęsknotę do wiary? Zachwycić się połączeniem jesieni z nadzieją wieczności? Gest to może szlachetny jak świąteczna paczka dla ubogich i równie jednorazowy, który nie ma żadnej mocy, by odmienić codzienność. Jezusowemu zbawianiu pewnie nie pomaga, gdy umieszcza je w jarmarcznym kontekście.
Print Friendly and PDF