Pokazywanie postów oznaczonych etykietą codzienność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą codzienność. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 sierpnia 2025

Gorący kartofel

Kobieta pierwsza: A ja pani mówię, wszystkie kartofle teraz idą do śmietnika!

Kobieta druga: To zależy od gatunku, niektóre są smaczne i szybko się gotują.

Kobieta pierwsza: Co pani mówi! Ja pani mówię, że wszystkie idą na śmietnik.

Kobieta druga: Jakby tak było, to nic by pani nie jadła, żadnych kartofli. Zależy jakie one są te kartofle, przecież i od gruntu i od pory zbierania i gdzie je trzymali do dnia sprzedaży.

Kobieta pierwsza: No dlaczego pani mnie nie słucha! Mówię: wszystkie do śmietnika idą, co kupię to do śmietnika idą i koniec. O! Niech pan potwierdzi! (szarpie mężczyznę stojącego przed sobą) Proszę pana, proszę powiedzieć tej pani, że wszystkie kartofle idą do śmietnika.

Mężczyzna: Tak wszystkie: greckie, hiszpańskie, cypryjskie, polskie trzeba jeść, w Polsce mieszkamy, greckie niech sobie Grecy jedzą, byle jakie są! Do niczego są, gdzie by pani nie kupiła, do niczego!

Kobieta pierwsza do Kobiety drugiej: Widzi pani, dobrze mówiłam, a ten pan potwierdził. No i czemu pani mnie nie słucha wszystkie kartofle idą do śmietnika.

Morał? Czas pokuty. Uliczny żal za grzechy wobec bliźniego swego i siebie samego. Na to Pan obdarzył intelektem, dla głębszego odczuwania pokuty. Za dużo słyszę, za dużo widzę i czytam, za dużo myślę, a jeszcze o tym wszystkim chce mi się pisać. I w tym największa pokuta, że od pisania uwolnić się nie sposób. Gdzie szukać zrozumienia? Syzyfie, zadzwoń, gdy skończysz. 

poniedziałek, 20 lutego 2023

Na autopilocie

Od jakiegoś czasu zaczyna mi przeszkadzać ucieczka w robienie kilku rzeczy naraz. W pracy to normalne, każdy telefon, mejl, osoba stająca w drzwiach, wymaga przekierowania uwagi, momentalnie traci znaczenie to, co robiłem jeszcze przed chwilą. Poddaję się funkcji usługodawcy, ze świadomością, że dla każdego ważne jest tylko to, z czym wszedł. Liczy się on, jego potrzeba, sprawa do załatwienia. W domu zmagania o dobrą atmosferę i mir, budowanie wsparcia i poczucia bezpieczeństwa, rytm czynności tygodnia, pomoc i rozmowa przy posiłkach, wsłuchiwanie w potrzeby najbliższych. Rola ojca, który ulega konieczności bycia potrzebnym akurat w tym momencie, gdy jest niezbędny, choćby miał inne plany, wykute po drodze z pracy. Do tego senność, zmęczenie, pora roku, ciągła szarość za oknem, wysysająca resztki energii i bez trudu odpalam autopilota. 

Gdzieś między tym wszystkim umyka życie, a z upływem lat miało dawać więcej spokoju, czasu na wybór działania z pasji, potrzeby serca, ducha, umysłu, czy z innych pobudek passe w świecie pośpiechu i zawłaszczania przestrzeni. Tylko czy dziś jeszcze, w tym rozproszeniu, jest miejsce na wyższą potrzebę, na pasję angażującą umysł do stwarzania od nowa, gwarantującą impuls działania niepowtarzalnego, silny imperatyw dający moc do walki z pustką do wypełnienia? Poza rolami społecznymi, w zderzeniu z samym sobą? Czy nie zostały zabite przez chaos, nieustający szum informacyjny i powiększony zestaw napierających z zewnątrz konieczności?

Dawniej rytm doby, oddzielania tego, co boskie od cesarskiego, wyznaczało poczucie sensu pisania tekstów, spotkanie w ciszy ze sobą, czytanie książek autorstwa ludzi mądrzejszych od siebie. Nad ładem zdań unosił się duch wiary w moc pisanego, skoro Słowo ciałem się stało. Nie było nic ważniejszego niż oswajanie świata przy jego pomocy, pozycjonowanie własnego miejsca w społeczeństwie, w nurtach myślenia, w uciecze od chwilowych strumieni mody, zanurzenie w głębszych wodach życia, poznanie na wskroś mentalności naszych czasów, zakotwiczenie w treści wyrażonej frazą, dzielenie się słowem, w opowiadaniach, powieści, choćby tu, na łamach bloga. 

Dziś sam boję się słowa, coraz częściej uciekam od najmniejszej próby kontaktu z nim, odkąd przeszło na ciemną stronę mocy albo skryło się na strychach uniwersyteckich. Sponiewierane przez hejt, pogardę wobec intelektu czy choćby poprawności językowej, powszechne i ogólnodostępne masowo służy nieustającemu kłamstwu polityków, wspiera manipulację opinią w dziesiątkach mediów, bo interes tego wymaga. Tworzy fejk newsy, umożliwia miliony nijakich publikacji sieciowych, a na koniec wypuszcza ebooki analfabetów i oszołomów, publikacje książkowe pozostawiając swojakom i wybrańcom salonów, bez względu na poziom ich talentu i tego, czy mają coś do powiedzenia, co warte jest zmaganie o słowo? O znaczącą treść? Dlatego tak łatwo dziś jechać na autopilocie, pośród utartych czynności, żeby nie myśleć i uciekać pomiędzy działania pozorne. Filmiki z kotkami na FB, wymieszane z odgrzewaniem starych polskich fabuł, proszę bardzo. Tetris odpalony do prozy gatunkowej, prosto ze Storytel? Czemu nie! Rozmowy o niczym w sieci, też nie zaszkodzi, pomiędzy lekturą newsa i artykułu z Wyborczej, który jutro straci ważność. 

A propos, przecież to określenie o jeździe na autopilocie też nie jest moje, zaczerpnięte z większej całości. Tekst psychologa Łukasza Łapińskiego, a w nim taki fragment: XXI wiek to czas nadmiaru bodźców. Łatwo ulec rozproszeniu. Łatwo pozostać w tym stanie na dłużej. Komfort, wygoda, łatwość dostępu, powszechność dóbr, rozrywek i różnorodnych mediów to warunki, w których ulegamy bezczynności, fiksacji na taniej rozrywce, natychmiastowej gratyfikacji i trywialnych dylematach. Nasze umysły stają się ospałe i coraz bardziej nieobecne. […] Wyczerpani po całym dniu, wieczorem padamy na łóżko, aby przespać się parę godzin, tylko po to, aby nazajutrz ponownie wpaść w kołowrót automatycznego działania. Mkniemy przez życie na autopilocie, ledwie pamiętając, co się wydarzyło poprzedniego dnia. […] Włączamy „tryb domyślny" i w nawykowy sposób funkcjonujemy. Jednocześnie wydaje nam się, że doskonale wiemy, co się z nami dzieje, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy. 

Pamiętam, że gdy przeczytałem ten fragment tekstu, zupełnie podświadomie powrócił do mnie z pamięci oderwany obrazek z ostatniej wyprawy nad rzekę. Wracaliśmy z kolegą przez oszronione łąki do auta, mijając przy drodze wiatę wypełnioną sianem. Połowa stycznia za nami, a tu, na chłodzie i w słocie, mleczne krowy. Nędzny daszek na kilku słupach, z rzadkimi deskami zamiast ścian, miejsce wypełnione dosyć szczelnie szarym sianem. Nie miało dawać schronienia zwierzętom, one miały tam się żywić. Bezwolne, odgrodzone, z dostępem do zimnej wody z rzeki, pozostawione na styczniowym chłodzie. Z ciężkimi, ogromnymi wymionami do wykorzystania i smutnym wzrokiem. Krowy szarej maści, stojące po kolana w błocie z deszczu, roztopów i własnych odchodów, żyjące jakby z przyzwyczajenia, niedążące do niczego, nawet nie zbuntowane, bo tu bunt nie ma sensu, nie znają innego losu, wpisanego w ogromne smutne i piękne oczy. Powtarzające dzień po dniu, całkiem jak my, ludzie przy wiacie kolejnych rządów, poniewierających godnością, pośród prostactwa i cwaniactwa organizującego nam życie poniżej norm cywilizacyjnych, pogrążeni w stałych czynnościach do wykonania, do odhaczenia, nawet chyba nie czekając już na cokolwiek, co może odmienić nam los, bo już się nie chce go odmieniać, już nie bardzo jest na co i z pomocą kogo, choć trwanie trzeba doprowadzić do końca. 

Czasem jazda na autopilocie wywołuje stupor, zawieszenie systemu. Reset wymaga przebudzenia. Kilka dni temu, w ramach buntu orwellowskiego prola, szukałem odskoczni, chciałem zaszaleć. Wrąbałem omleta z dżemem, poprawiłem dobrym łykiem wiśniówki domowej roboty, wsparłem dużymi garściami mini biszkopcików, które znalazłem w zapomnianym kartonie na słodycze. Wszystko to dobiłem kilkoma truflami w czekoladzie. Teraz należało sięgnąć po pigułę na obniżenie cukru. Wiadomo.  Tymczasem w słuchawkach leciał audiobook Piotra C. „Brud”. Streming nie proponuje pozycji nazbyt ambitnych, żeby nie odstraszyć abonentów, ale i te czasem lukrują czynności do odhaczenia. Mocno zasłuchany w barwną frazę i niezłe bon moty, wstałem, żeby sięgnąć po tabletkę. Wycisnąłem jedną z blistera, ale upadła na podłogę. Schyliłem się i słuchawka wypadła z lewego ucha. Podniosłem tabletkę, wsadziłem ją do ucha i zawahałem się, co miałem teraz zrobić z uniesioną słuchawką… w porę przyszło opamiętanie. A ile razy nie przyszło? Zdarzyło się wyrzucić kubek do kosza, choć chciałem włożyć do zmywarki. Wstawić śmieci do lodówki, choć zmierzałem do kosza. Zalać kawę w puszce, zamiast w stojącym obok zaparzaczu. Oddać kotu kotleta, a kromkę smarować kocią karmą. 

Literatura z audiobooka, to jednak cudowny wynalazek naszej epoki, szczególnie w uzupełnieniu lektury papierowej, na którą nie byłoby czasu. A jednak w czasie jazdy na autopilocie niesie zagrożenie zdrowia i to niekoniecznie związane z głuchotą. Nie rezygnujmy jednak z obcowania ze światami możliwymi, bo wyciągają tęsknoty i pozwalają zapomnieć o monotonii trwania. A czasem przypomną, że ciągle jesteśmy gotowi na przebudzenie, we własnych kątach, bo i tu może zaczaić się nieprzewidziane.

piątek, 25 listopada 2022

Gubiąc siebie

Dzień urlopu w środku tygodnia. Trochę głupio i bez sensu, ale co zrobić? Urząd i ja pracujemy w tych samych godzinach, bez zmowy. Nie załatwię sprawy ani przed, ani po pracy. Tak dalece mi nie po drodze, że musiałbym spóźnić się do roboty o dwie godziny albo o tyleż wcześniej wyjść. W jednym i w drugim przypadku właśnie wtedy mam najwięcej do zrobienia. Dorzućmy do tego nieprzejezdność miasta, coraz mniej przyjaznego, a okaże się, że nawet dwie godziny to wysokie ryzyko niewystarczalności. Urlop? Na pewno się wyśpię. Może poczytam, tekst napiszę do bloga, kawy bez pośpiechu się napiję.

Sama świadomość, że nie trzeba wstawać w porze barbarzyńców i nazistów, pozwoliła wieczorem paść do wyra tak wcześnie, że obudziłem się o 7.30, po trzynastu godzinach mało wysublimowanych snów. Rześki zerwałem się do ogarnięcia kuwety i chałupy z kłaków kota i tutejszych kobiet, co broją po podłogach za pięć sierściuchów w marcowej rui. Odkurzacz zrobił swoje w kwadrans, można było zabrać się za śniadanie. Cóż piękniejszego niż wyłom powszedni: jajeczniczka, przynależna niedzielnym rytuałom! Zwłaszcza, że kapo od cholesterolu poza domem i można bezkarnie rżnąć podwawelską na patelnię, aż plastry zaskwierczą i wzmocnią rozkoszny zapach wolności. 

Dźwięk messendżera przekrzyczał odgłosy smażenia. Zanim pokroiłem pomidora i docisnąłem tłok zaparzacza z kawą, zadźwięczał ponownie. Otworzyłem wiadomość: Pamiętasz, że trzeba odebrać magiel? Jak już tam będziesz wejdź do piekarni po chleb foremkowy, graham i pół polskiego. Stamtąd do optyka masz blisko, trzeba okulary odebrać starszej pani, co nie chce zniknąć. Powodzenia. 

Któż to, ach kto to?! Jakże by inaczej! Mój ślubny anioł powinności. Mąż w domu, żona w pracy, dlaczego mam mieć lżej?! Odebrane okulary zostawię w kuchni, odpisałem. Niech sama zaniesie starszej pani. Gdybym odniósł osobiście, seniorka z pewnością wcisnęłaby w dłoń nową listę roszczeń, grawerowaną od dwóch dni wiekopomną dłonią lat dziewięćdziesiąt i jeden oraz tępym rylcem marki Zenith, pamiętającym zmierzch Gierka Edwarda. Jak nic wyskrobała tam efekt nieposkromionej pazerności. Tradycyjne żądania zakupu dwudziestu kaszek „słodka chwila”, dziesięciu czekolad mlecznych i dwunastu budyni, zgrzewki mineralnej, sześciu butelek mleka i pięciu pączków z nadzieniem mazistym, koniecznie jasnym, z Biedry. Wszak łyka prochy na cukrzycę, a jeść coś trzeba. Podkreślę: wszystko to pochłonie seniorka w dziewięćdziesiątej wiośnie życia, bo z pewnością już zapomniała, że poprzedni identyczny stały zestaw wtargałem na czwarte pięć dni temu. A nie zna ona głodu, regularnie dokarmiana przez sąsiadów pierwszym i drugim daniem. 

No cóż. Jej prawo wieku, nasz koszt bezwiednego kupowania mieszkania z wkładką. Nigdy nie wiesz, kogo Pan podaruje ci za ścianą, byś w miłosierdziu swoim zadbał o zbawienie własne i cudzą pokutę nadmiaru życia! Oczywiście nie musimy tego robić, ale … durnowato wychowani w obowiązku dostrzegania bliźniego, poniesiemy konsekwencje. I tak do śmierci - jej albo mojej - będę tachał nadmiary słodkiego, które mojej egzystencji akurat nie dosłodzi. Któreś z nas w końcu zastygnie z odwieczną listą zakupów w garści, jest nadzieja. Dziś jeszcze się nie poddam, przełożę złe emocje na moc mieszania jajosza z podwalską i na powrót osiągnę harmonię.

Tuż po spożyciu ostatniego kęsa, zagryzionego plastrem pomidora, zerwałem się do wyjścia. W przedpokoju złapałem posegregowane śmieci, czyli miast worka jednego – cztery, choć zdecydowana mniejszość blokowiska przejmuje się losem planety. Papier, mieszane, plastiki, szkło. Ledwie to uchwyciłem, a za progiem stały jeszcze dwa worki seniorki, że zrymuję. Obrzydzenie powściągało dłoń na myśl o pomieszczonych tam pampersach i tylko ono powstrzymało przed weryfikacją prawidłowości segregacji, wszak babina niedowidzi. No i trach! Posypały mi się plastiki na drugim, bo jednak coś przecięło złośliwie worek. Puszki po kocim żarciu, pojechały w dół, na półpiętro, z hukiem zestawu ciągnionego za furą nowożeńców. Czytaj: strata kolejnych cennych minut na zbieranie odpadów, bo jedna sprawiedliwa żona z drugą córką uczciwie chcą segregować, by ocalić Gomorę. Jak wiadomo: na próżno.

Doszedłem do siebie po wykonaniu powinności nakazanych żoninym dekretem i głęboko odetchnąłem za kierownicą, widząc, że zbliża się południe. Urząd nadal stał przede mną otworem, zatem mogłem jechać z prędkością dozwoloną. I wtedy rozległ się telefon, a na ekranie błysnął napis: „potomstwo”. Czyżby zmiana planu, pomyślałem, co dziecię wkrótce potwierdziło: … możemy dziś pojechać do galerii po kurtkę dla Ciebie? Przyjedź po mnie na uczelnię i razem skoczymy do urzędu. Profesor obiecał skończyć wcześniej seminarium. W zasadzie już za chwilę możesz po mnie jechać. Na szczęście nie musiałem zawracać. Kilka przecznic pokonałem jeszcze wolniej niż ustawa przewiduje. Na próżno! Profesor zmieniał zdanie o finale zajęć częściej niż Glapiński bajki o inflacji. Ja zaś, z braku miejsca parkingowego, kręciłem się wokół budynków uczelni, niczym gówno w przeręblu, robiąc piąte kółko, w towarzystwie audiobooka. 

Nie będę zanudzał dalszymi drobiazgami dnia, bo nie w tym rzecz. Cel osiągnięty: urząd załatwiony, chleba naszego powszedniego nie braknie przed weekendem, a starsza pani dostanie nowe okulary i w spokoju zasnę w świeżo maglowanej pościeli. Choć do domu dojechaliśmy w godzinach mocno przedwieczornych, wygrzebując po drodze kolejne odkładane wcześniej powinności codzienne. Dzień urlopu rozpłynął się jak listopadowy tuman pod presją dymu, odkąd palić można wszystkim, jako rzekł przewodnik narodu. Gdy w końcu usiadłem spokojnie przy własnym biurku i odpaliłem komputer, a powieki zaczęły się sklejać, pod deklem błysnęła mądrość klasyka: dupa z pisaniem, chuj z poczytaniem, nawet sportu w gazecie nie zrozumiem. Jestem w proszku. Kompletnie rozmontowany. 

Dorosłość? Zła organizacja? Życie rodzinne i społeczne? Za mało wolnych dni, gdy praca wyrywa dziesięć najcenniejszych godzin każdej dobie? Wiem. Niejedna pani powie: „ale przynajmniej spędziłeś dzień z własnym dzieckiem”… właśnie, to jest ta różnica płci, którą ktoś mądrze dawniej zauważył: „kobiety żyją dla kogoś, a mężczyźni po coś”. Tymczasem to „coś” ważne dla nas, kształtujące niepowtarzalne „ja” umyka nieustannie w powszechnym krzątactwie po nic. Znika zderzone z chwilowo ważnymi sprawami, po których czas bardzo szybko zaciera ślady. 

W pewnym wieku nie tylko lata, dni i tygodnie stają się krótsze, ale też wracają coraz szybciej rzeczy do załatwienia, a przecież ciągle te same, którym oddawaliśmy się rok, dwanaście i dwadzieścia lat temu. To samo czyniło życie szybko umykającym i rozmienianym na coraz drobniejsze srebrniki codzienności, zakupów i troski o najbliższych, ale też o dalszych, skoro uznaliśmy kiedyś, że nikt nie jest samotną wyspą. Gubić siebie w drodze do innych? Może to i szlachetne, ale skazujące jakoś na utratę.

niedziela, 13 sierpnia 2017

Ostatni bastion zdziwienia

❖Kliknij, żeby posłuchać tekstu w interpretacji autora❖

Jednym z nielicznych przywilejów nadciągającego wieku średniego jest brak zdziwienia. Każdego dnia rozglądam się czujnie i stwierdzam, że coraz mniej spraw mnie zaskakuje. W sumie to miłe uczucie. W miejsce kryzysu późnego chłopięctwa pojawia się coś w rodzaju wzruszenia ramion i zaniku buntu wobec świata i jego wysiłków na rzecz kwestionowania kultury i rozumu. Coraz częściej odkrywam niedobory w kwestii zaskoczenia, choć zostało trochę miejsca na ironię losu. Ta zaś czasem wydłubuje mnie z wysokiej wieży i sporadycznie nakazuje popatrzeć, by zabrać głos. Wieża zaś, umocniona murem mniej lub bardziej rozumnych filmów i książek, chroni przed zgorzknieniem, choćby na skutek nostalgii i wspomnienia ideałów młodego humanisty. Ale ratuje też przed klasycznym syndromem wieku męskiego, czyli wdziewaniem trampek i rurek w pogoni za dwudziestolatkami.

          Wyzwolony z nakazu zdziwienia łagodnieję i mniej dyskutuję z telewizorem, gdy wmawia, że erekcja pozostawia wiele do życzenia. Przerzucam kanały w poszukiwaniu serialu "Ranczo", zanim dowiem się, że coś leży mi kłopotem równie wstydliwym jak brak magnezu w podrygiwaniu nie tego akurat, co jest na topie. Mimo wrzasku siebie wartych mediów "za" i mediów "przeciw", nie dziwi też rząd, demontujący kraj równie żałosny jak elektorat tegoż. Wzruszam ramionami, gdy traktuje pospolitą rzecz jak padlinę, którą wyczyści do białej kości.

          Coraz częściej udaje mi się nawet nie dziwić śmietnikowi w marketowym wózku, przypiętym przez Sebę i dawcę żucia jego, gdy napasieni przed otrzymaniem paragonu, poszli puszczać bąki. Z pokorą wrzucam do kosza folie po chipsach i nie przeklinam już grzybni, z której powstali. Zaraz potem nie dziwi mnie, że w pojemniku na plastik leżą szklane butelki i wysuszone kwiaty wraz z ziemią. Wszak trzy pojemniki to labirynt nie do przejścia dla suwerena zagubionego w w drodze do ekologii. Tu nie pomoże rysunek na burcie, a napis za długi. Powiem więcej: brak oczekiwania normalności wyzwala nie tylko z bezradnego zdziwienia, ale jest bardzo skutecznym antidotum na dolegliwości patriotyzmu. Coraz częściej przychodzą takie chwile, gdy poetą jestem i wiersz sobie piszę: a jechał pies Janusza i Grażynę jego, niech sczeźnie kraj ćwoka osranego.

          Gdy tak truchtem dobiegam pięćdziesiątki, widzę, że wokół mniej powodów do żalu, jeśli przyszłoby to życie zakończyć, by przejść przez opary absurdu ku wiadomemu światełku jasności. Na taką myśl przychodzi nawet błogość z odblaskiem ironii, która składa się na dosyć przyjemny dystans o smaku tequili i późnego lata. Czasem jednak to samopoczucie coś jeszcze nieoczekiwanie zburzy.

          Przyzwyczaiłem się do bycia podglądanym w sieci i od dawna akceptuję fakt, że po znalezieniu męskich butów sportowych, zaczynam dostawać propozycje zakupu leginsów dla biegaczek. Wciąż jednak napawa mnie małym zdziwieniem wysyp damskich sukienek letnich w proponowanych postach i stronach, które – jak mniemam – stają się skutkiem zamówienia kociej karmy. Choć koleżanka zza biurka ma inne zdanie. Widzi w tym skutek reklamy podprogowej. Od dawna twierdzi, że wieczory spędzam w peruce z warkoczami blond, a przed komputerem zasiadam w podomce i jasnoniebieskich figach w różowe chmurki oraz w cielistych podkolanówkach damskich. Sam sobie zatem jestem winien, wszak sieć widzi więcej i sugeruje pójście krok dalej. Zastanawia mnie, czy przypadkiem wielki brat nie zagląda w jej potrzeby postrzegania mojej osoby, a ja ponoszę tego konsekwencje w proponowanych postach. Przeglądając kosmate łydki w rzeczonych nylonach, z pewnością nie dziwiłbym się nawałowi sukienek w rozlicznych okienkach coraz większego brata Fejsbunia.

          Inny wielki brat sieci sprawił, że wreszcie zdziwiłem się poziomem własnej ignorancji. Robi wszystko, żeby uczynić moje życie znośnym, a ja pozostaje niewdzięcznikiem. Najpierw nasyłał na mój adres banki i kasy pożyczkowe, a nawet chyba dobroczynne, skoro oferowały pieniądze za nic. Nie pomogło, pozostałem nędznym synem marnotrawnym. Teraz nasyła na mnie wróżki, które w kolejnych mejlach chcą uczynić mnie szczęśliwym i spełnionym, bo nadszedł dla mnie okres czerwonej sfery. Nie wiem, co to znaczy, ale dawniej niejednokrotnie cieszyło mnie, gdy piękne dziewczyny, taki okres oznajmiały, czyniąc oddech stabilnym. Dziś, na podobną wieść od wróżki znajduję przycisk „usuń”. Jedna jest nawet uparta w temacie uszczęśliwienia. Diana przekonuje mnie po raz enty: Jacku, mam Ci do przekazania wspaniałe i miłe wieści… spełnienie w miłości, w rodzinie i w pracy; dobrobyt, szczęście, wygrane w lotto i w każdej innej grze, lecz nade wszystko prawdziwe szczęście, które nareszcie zagości w Twoim życiu. […] Dzięki temu, co mam zamiar Ci wyjawić, nareszcie dowiesz się jak odnieść sukces we wszystkich dziedzinach życia i stać się osobą powszechnie podziwianą: przez przyjaciół, znajomych i krewnych. 

           Sami rozumiecie, że to już są ciężkie działa przeciw ignorancji, nawet dla takiego gamonia minimalizmu jak ja, totalnie obojętnego na podobny wykrój szczęścia. Oto mam w zasięgu prawdziwą wróżkę z bajki – Dianę, gotową z niejednej dyni wyczarować audi Q7, a ja dalej swoje „nie”. Z uporem godnym ministra obrony, szoruję rondel w kuchni i nic, ani kroku ku prawdziwemu szczęściu. Medium Diana chce do tego audika dorzucić dużą bańkę albo trzy i to w jakiejkolwiek grze, a mi to lotto. Siedzę w tych nylonach, podomce, peruce blond i nic. Mógłbym za wygrane wynająć przynajmniej niedrogą obywatelkę Ukrainy, która uczyni mnie ciut szczęśliwszym, może nawet wybawiając od szorowania patelni, a dalej olewam kapitał Diany.

          Obawiam się, że moja ignorancja nie dorosła do miary czasów i jej niebosiężnego daru. Chyba, że przez resentymenty wolę swoje zadłużone M3 z PRL-u niż uczciwe dwieście pięćdziesiąt metrów w nowobogackich zasiekach. Czy rzeczywiście, z pasją godną lepszej sprawy, wolę dygać na czwarte z siatami niż mieszkać na tropikalnej wyspie, gdzie jawą stają się drinki z palemką, ustawione na ciemnych pośladkach miejscowej Lukrecji? A może ja jestem jednak tutejszy masochista polski i w samoudręczeniu z tytułu posiadania normalnej rodziny i godziwej pracy spełniam się bardziej niż w wizji cudowności z pakietu korpo Diany? Spokojnie, to tylko ostrożność. Dobrze wiem, że w jej zapowiedzi szczęścia osoby powszechnie podziwianej przez przyjaciół, znajomych i krewnych… kryje się palenie żywcem na stosie zazdrości, łamanie kołem zawiści i krzyżowanie na wzgórzu hejtu!

               Tylko dlaczego jasnowidząca nie widzi jasno – jeśli już używa mojego imienia – że należę do gorszego sortu i nie zasługuję. Mordę mam zdradziecką i z tej prostej przyczyny nie mogę robić za muchę na lep. Po co wymusza poziom mojej kompatybilności z czterdziestoprocentowym fanpejdżem podeściku lub drabinki, któremu da się wcisnąć każdy skecz? Jeśli Diana łapie moje IP z portali dla używających rozumu, powinna widzieć jasno, że nie znajdzie tu materiału na robienie megagłupa. Wiem, wiem, jestem adresem IP nie tyle myślącym, co nieobwarowanym milionem zapór ciasteczkowych. Przeszkodą na drodze do zdobycia danych, ale może to i lepiej, bo skąd mam wziąć inny bastion zdziwienia wobec banalnej przyczepności szczęścia w tej fortyfikacji rodzimego absurdu?

środa, 17 maja 2017

Bezradność jak kij

Są tacy, którzy uważają mnie za pyskacza. Są tacy, którzy mówią, że moim jęzorem można by nogi golić. I wówczas nie mam nic przeciwko, szczególnie gdy nogi kobiece i to w każdym tego słowa znaczeniu. Są jednak takie dni, gdy całe moje wygadanie, wyszczekanie, riposty, ironia i złośliwość wkopują się w piasek na wyścigi ze strusiem stereotypów, któremu wstydliwie ulegam szybciej niż myślę. Są takie dni, gdy wypracowana, a może i wrodzona, skłonność do polemiki oddaje pole. Zdaje się psu na buty i dopiero po czasie przychodzi owo słynne: mogłem mu powiedzieć… gdyby nie bezradność właśnie. Ale może najpierw scenka rodzajowa.

    Niedziela, gdańskie Przymorze, kościół w środku osiedla. Koniec Mszy, ludzie wylegają na plac i gromadnie przechodzą przez pobliską uliczkę, traktując jezdnię jak drogę z Kościoła po prostu. Każdy przechodzi gdzie mu bliżej, bez szukania przejścia, bo droga biegnie przez całe osiedle. Przejścia są, nawet dwa, o kilkanaście metrów od siebie, ułożone na wysokich progach zwalniających. Przed progiem z prawej strony zatrzymuje się samochód, przepuszcza nieznaczny tłumek. W tym samym momencie na próg z lewej strony wjeżdża samochód, którego kierowca za nic ma fakt, że na środku jezdni znajduje się starsza kobieta i kilka innych osób, jedzie. Byłem o trzy metry od maski tego samochodu, więc wyszedłem na jezdnię, żeby zmusić prowadzącego do zatrzymania, z wyrzutem patrząc mu w oczy. Zatrzymał samochód, otworzył okno i skierował do mnie typowe w takich sytuacjach słowa: „Ma pan jakiś problem?” Zerknąłem w twarz, na której znalazłem kiludniowy zarost i w wyrazie coś jak połączenie osiedlowego Seby z mieszkańcem strzeżonego osiedla. Zerknąłem na tablicę samochodu, a tam początek na W… i już zagrały stereotypy. Gdzieś pod czaszką jaskrawo pulsował neon: „gadaj z dupą, to cię osra”. Posłuszny ostrzeżeniu rzuciłem krótko: to jest droga wewnętrzna. Ruszyłem dalej nie szukając polemiki, ale dolałem tym oliwy do ognia. Krzyczał coś do mnie on i niewiasta jego, że żadna droga wewnętrzna, że się nie znam i słońce mi za mocno przygrzało i coś tam jeszcze obraźliwego. Nie dosłyszałem, bo w jego stronę odwróciła się kobieta idąca przede mną i z determinacją w głosie krzyczała: „no jaki cham! Nie dość, że na ludzi wjeżdża to jeszcze pyskuje, gdy mu grzecznie uwagę zwrócić! Wczoraj taki sam mało mnie tu nie przejechał! Bydlak!”.

    A mnie dopadła bezradność i zdzieliła w tył głowy. Bezradność jak kij twardy, co ma dwa końce i kij ten, co zawsze się znajdzie, gdy chcesz psa uderzyć. I kij samobij, którego razy najbardziej bolą. Najwyraźniej doszedłem do granicy, do momentu, gdy w zderzeniu z bliźnim bezradność jest silniejsza ode mnie. Ale czy na pewno z nim? Może dotarłem do granicy uległości wobec stereotypów kulturowych? Albo do granicy biegnącej pomiędzy postrzeganiem siebie jako lepiej wiedzącego a byciem zawalidrogą na ścieżce rodaków wyłącznie w siebie zapatrzonych? To jest ten rodzaj bezradności, która iskrzy na styku zewnętrznego polactwa z moim własnym brakiem pokory. Na linii życzliwości, empatii i dżungli polskiej, wymuszającej zasadę: maszeruj albo giń.

    W niedzielne popołudnie, przed kościołem, dałem sobie prawo być wściekłym bardziej na kierowcę czy na siebie? Poddałem się kijom samobijom, bo nie miałem racji w kwestii prawnej? To, że drogi poprzeczne od tej jednej oznaczono jako drogi wewnętrzne, nie musiało znaczyć, że ona również ma taki status. Prawo było po stronie kierowcy, który się na mnie wydarł. Zgodnie z prawem mógł winić stado pieszych i jechać im po piętach? Ale czy w związku z tym nie mogłem oczekiwać od niego zwykłej ludzkiej życzliwości wobec znajdujących się na jezdni? I co wówczas miałbym odpowiedzieć na jego pytanie: „Ma pan jakiś problem”? Z uśmiechem przemówić w duchu: „Mam problem natury empatycznej. Zastanawia mnie, dlaczego kierowcę z tamtej strony stać na zatrzymanie samochodu, a łaskawy pan jakoś się nie kwapi?”. Przecież w gruncie rzeczy o to mi chodziło, a nie o rozstrzyganie z jakiego rodzaju ulicą mamy do czynienia. Dlaczego zatem przed kulturę osobistą wychodzi kulturowa klisza i błyskawicznie łączy znaki: „wygląd Seby, tablica rejestracyjna na W… i agresja na drodze, więc nie ma z kim gadać, chama trzeba chamstwem, inaczej nie pojmie. No to buch mu pod maskę, niech stanie”.

    Jeśli tak, czemu pałuje kij samobij i okłada bezwzględnie: z kościoła wyszedłeś i już na progu zwalniającym zgubiłeś miłość bliźniego? Wystarczyło z uśmiechem poczekać aż przejedzie i dalej iść do własnego życia. Tymczasem postradałeś pokorę, stajesz się zaczepny i podążasz na sznurku stereotypu wprost do konfrontacji. Nie umiesz w tak banalnej sytuacji po prostu ustąpić, bo tu nawet nie trzeba było policzka nadstawiać. Ale czy pokora, uśmiech, miłość bliźniego w czasie marnym nie daje przyzwolenia tym wszystkim Sebom, Januszom, Grażynom? Czy nie zezwala być aspołecznym, coraz mocniej roszczeniowym? Skoro nikt im łokcia nie przetrąci, uprawomocnią na własne potrzeby przekonanie, że świat wokół to ich prywatny paśnik. I tu kij samobij odsłania drugi swój koniec, a tam wypisany jest również Ewangeliczny nakaz: gdy brat twój zgrzeszy przeciw tobie, idź i upomnij go. Podejrzewam jednak, że aktualnie upomnienie takie wywołuje, co najwyżej, zajady od śmiechu, a bezradność pokojowego działania w miłości, rodzi tylko frustracje. Dlatego coraz trudniej kochać ludzi i w większości przypadków wcale nie ma do czego się spieszyć, nawet gdy zbyt szybko odchodzą. Coraz trudniej rozpoznać kto jest moim bliźnim, a dla kogo jestem tylko przeszkodą do marchewki, więc kijem mnie usuwa. 

niedziela, 14 lutego 2016

Przychodzi Y do lekarza

   
Tomasz kręcił głową i zerkał z niedowierzaniem w rejestr:

 – Za długo wypoczywałem, teraz mam za swoje, a było tak pięknie! Słońce, narty, góry! A teraz u drzwi dzieci matki korporacji i planu sprzedaży. Dżizas, ależ tego jest: pani Andżelika rocznik 1987, Dawid 1988… pan Aleks 1987, niech będzie i Noemi 1990. Administrator, sprzedawca, opiekun klienta bezradnego, doradca zagubionego i wciskacz kitu bez ramy okiennej… znowu generation Y i zero litości dla starego doktora. Lidka, błagam, jeszcze jeden dzień wolnego!

- Dasz radę, doktor, zaprawiony w boju od wigilii. Pamiętasz doroczny ewenement? Takiego nawet w recepcji nie widziałam – Lidka uśmiechnęła się szelmowsko dotykając klamki – Przyczajony zwierz komputerowy, co on tam miał?

-  Tu go bolało – doktor Tomasz wbił palec wskazujący w swój brzuch, którego wielkość nie zrobiła sobie wiele z tygodniowego szusowania w Alpach.

- A przyczyna? – Recepcjonistka nie dała za wygraną.

- Wigilia, moja droga, poważna choroba zawodowa naszych czasów. Tu go boli raz w roku, to przyszedł, bo już za cholerę nie chce tu boleć w rezurekcję. Na Wielkanoc jajka maluje i szczęśliwy, a w wigilię ból bolesny dopada i mus doktora odwiedzić. Tak to działa, gdy trzeba przełamać się z dyrektorem regionalnym, opłatek bardziej niestrawny niż śledź po kaszubsku na Mazurach. Przez okrągły rok chłopak zdrowy jak byk na wyjeździe integracyjnym i tylko wigilia mu corridą. A ja miałem być ten cudotwórca, co dotknięciem pięty wszystkie wigilie świata zamieni mu w klub go go, żeby bólu we flaku nie zaznał po kres dni, jego lub moich. Niestety, trafił na konowała. Za rok powróci niczym gwiazda wskazująca Betlejem!

    Ledwie doktor Tomasz puścił oko do Lidki, w drzwi wbiła się ostrzyżona krótko główka o ptasiej twarzy. Dziewczyna bez słowa usiadła przed biurkiem i patrzyła w oczy bez powitania. Tomasz spoważniał i czekał. Za długo, cisza wzmocniła odgłos ściennego zegara, a sekundnik groźnie odliczał regulaminowe dziesięć minut. Doświadczenie podpowiadało, że coś złego zawisło w powietrzu, będzie mało przyjemnie i starcie nie wyłoni zwycięzcy. Mimo narastającej suchości w gardle Tomasz przemówił:

- Z czym pani przychodzi? Co pani dolega?

Ptasia twarz przechyliła się w lewą stronę, jakby z niedowierzaniem, czy ma przed sobą lekarza czy wór słonecznika do skarmienia.

- Skąd mam wiedzieć?! To pan jest lekarzem, chyba. Z naciskiem na „chyba”, co?!

- Jak pani słusznie zauważyła, lekarzem, nie jasnowidzem, nie czarnoksiężnikiem z krainy Oz, dlatego pytam, gdzie panią boli – z trudem powstrzymał się przed dodaniem: oprócz głowy.

- A! Pan o tym! Ja nie wiem, czy boli, jakoś tak mnie mdli i w głowie się kręci. Mam taką bezsiłę ogólnie. Wstaję z rana i jestem taka wiotka. Przelewam się tak sama w sobie, jakby nic od środka nie trzymało. Niby nic nie boli, a padam. Przeczytałam w internecie, że to może być objaw czegoś poważnego. Wstaję i wracam do łóżka, żadnej energii. Od roku pracuję, te tabelki, segregatory, te kolumny excela, ja nie umiem tak żyć, pod linijkę nie umiem jeść, wyjść, wrócić, zawsze tak samo. I w kółko: dziewiąta – siedemnasta, czasem dziewiętnasta! Trochę kaszlę, trochę mam wysypkę na przedramionach, trochę głowa mnie boli. Pan tego nie zrozumie, prawda?

- Mam dobrą wolę, spróbuję przynajmniej panią osłuchać i wysłuchać. Od dawna pani to ma?

- Trzeci raz, ale pierwszy w tym roku.

- Taka pora roku. Wszyscy to mamy, przednówek, brak słońca, podłe ciśnienie. Powinna pani wysypiać się, przynajmniej siedem godzin, magnez, trochę witamin i trzy dni zwolnienia, co? Podziała lepiej niż antydepresant, prawda?

- Cztery.

- Ale za trzy dni weekend przecież, odpocznie pani.

- Ale mnie od wczoraj w pracy nie ma.

- Przykro mi, ale na to nie poradzę. Nie mogę wystawić zwolnienia z wczorajszą datą, też mam segregatory, kolumny, tabelki, przełożonych i kontrole.

          Ptasia twarz zastygła z dzióbkiem gotowym do trelu, ale pokraśniała nagle i nie było już zadatku na taniec godowy. Wyrzuciła litanię żalu i dodała coś o ignorancie, który zajmuje miejsce lekarzom z powołania. W słowotoku zapowietrzyła się nagle i dodatkowo poczerwieniała. Bezdech uniemożliwił zamiar wypowiedzenia czegoś istotnego i wystrzeliła z krzesła jak z procy. Zdało się na moment, że podmuch zatrzaskiwanych drzwi oddał ją zapomnieniu. I tu nastąpił kres pobożnego życzenia doktora. Drzwi otworzyły się ponownie:

- … i niech pan sobie nie myśli, idę napisać skargę na pańską ignorancję i niekompetencję! Pan lekceważy pacjenta i od niego oczekuje diagnozy. Ale to tak się nie skończy, nie zamierzam tolerować braku profesjonalizmu!

          Tomasz nie zdążył przejąć się groźbą, bo następny pacjent był szerszy i ptasia twarz ustąpiła pod naporem wielkiej masy z iphonem w garści. Skuteczny sprzedawca nie odrywał wzroku od ekranu, na którym palce podrygiwały jak pod napięciem. Usiadł i nie zważając na lekarza, wydobył z torby kolejne urządzenie, a jego wzrok biegał już po nowym ekranie. Tomasz wpatrywał się w przyciężki kwiat tego sekretu i zastanawiał się jak długo pozwolić pacjentowi ignorować czas i miejsce akcji. Chrząknął znacząco i powitał, ale nie spotkał się z żądaną reakcją.

- Czy mogę dowiedzieć się, czemu zawdzięczam wizytę? – Nie wytrzymał dłużej, ale skutkiem tego padło słowo „chwila”, wyrzucone z przegrody zębów tegoż. Tomasz patrzył w okno, a za drzwiami kolejni pacjenci patrzyli na zegar, więc nie wytrzymał – Zabiera pan czas innym, nie rozumie pan tego?

- Chwila, powiedziałem! Jeszcze nie skończyłem. To pan jest dla mnie, a nie ja dla pana, prawda? Ta wizyta jest w moim abonamencie i pan jest w nim także, doktorze! To ja będę decydował o tym, kiedy zabiorę głos, moja firma za to płaci.

          Tomasz spojrzał na zegarek i obficie występujący pot na czole grubasa. Uznał, że wytrzyma jeszcze pięć minut i ryzykując kontrakt pozbędzie się pacjenta. Przeglądał dokumentację, ale nie było nic do wglądu, pacjent najwyraźniej z pierwszą wizytą i w końcu jednak raczył oderwać wzrok od iphona.

- Pan mi da skierowanie, doktorze.

- Tak, a do kogo?

- Nie do kogo, tylko na co. Na tomograf, muszę badanie sobie zrobić.

- To może najpierw ustalmy, co panu dolega, może najpierw podstawowy zakres badań zlecę? Ten tomograf…

- Nic mi nie dolega, ale może mam coś, co nie boli, a o czym chcę się dowiedzieć, muszę sprawdzić! Nie chcę żadnych badań. Tomograf powie wszystko, a ja nie mam czasu na latanie po laboratoriach. Plan sprzedaży mi się wali! Ale w ogóle, po co ta dyskusja?! Pan daje skierowanie i już mnie nie ma.

- Nie mogę dać skierowania bez powodu, ja też mam swoje procedury, chyba pan to rozumie?

- Panu się coś pomyliło, doktorze. Płacę, firma płaci, a ja wymagam. Mam to w abonamencie i nie interesują mnie pana instrukcje obsługi pacjenta. Ale jak tego pan nie rozumie, to przejdę się wyżej. Szkoda czasu na niekumatego gościa w kitlu. Założy się pan, że dostanę to skierowanie? Daje pan?

- Nie daję.

- No to tymczasem żegnam. 
   

„Sprawnie dziś idzie to leczenie”, Tomasz uśmiechnął się gorzko do myśli i nagle poczuł, że praca nie wymaga wielkiej kompetencji. To pokolenie będzie przychodzić wyłącznie z żądaniami, samo wie, czego chce. Abonament i doktor Google sprowadzi go do roli upierdliwego urzędnika, od którego egzekwuje się usługę albo trzeba dostarczyć skargę na nieuprzejmość i arogancję. Nie uśmiechnął się drugi raz, bo cicho wśliznęła się postać z czymś na kształt przerzedzonego pióropusza na głowie, w obcisłych rurkach na anorektycznych nóżkach i w sweterku sięgającym kolan. Chyba mężczyzna, ale Tomasz nie miał pewności. Równie dobrze mogła być to dziewczyna w drodze do krągłości bioder i w oczekiwaniu na biust. Lekarz włożył okulary i teraz dostrzegł szczątkowy zarost na gładziutkim liczku. Pacjent usiadł i spojrzał na doktora wzrokiem proszącym o odwagę.      

- Co dolega? – Doktor na wszelki wypadek powstrzymał w ostatniej chwili to „panu”, bo płeć gościa nadal stała pod znakiem zapytania.

- Boli mnie tak dziwnie, to przyszedłem.

- Ale gdzie konkretnie boli?

- Trochę gardło. Trochę drapie mnie podniebienie, ale najdziwniej to tu mnie boli, tak wie pan... – Pacjent popukał się palcem wskazującym centralnie między oczy, ale nic nie utracił z nieśmiałości i powagi. – Tak dziwnie panie doktorze.

- Tu?! – Tomasz naśladował pukanie w czoło i dało mu to ulgę, że prostym gestem naraz ujął stan umysłu wszystkich dziś zarejestrowanych.

- Tak, ale jak patrzę w ekran laptopa, dotkliwy ból między oczami się pojawia, punktowy. I nie mam tego jak gram w domu, nie mam tego na tablecie i na czacie, na forum. Nawet w smartfonie nie mam tego bólu, a jak otwieram laptopa, to mam od razu, aż oczy zamykam z ciśnienia.

- Rozumiem, to może ja pana zbadam, proszę się rozebrać.

- A to konieczne?

- Nigdy nie był pan u lekarza? Przecież nie osłucham pana przez ubranie. W czym problem?

- Wolałbym się nie rozbierać…

- Krępuje to pana?

- Nie, ale fryzurę zepsuję, pół godziny układałem.

- W takim razie proszę przynajmniej wysunąć ręce z rękawów i podnieść koszulę do szyi.

    Dokładnie zbadał, co się dało, byle już nie myśleć o fryzurze pacjenta i powstrzymać śmiech bezradności. Pacjent osłuchowo czysty i bez znaków chorobowych, ale wymagał jakiejś diagnozy i w tym momencie lekarza przeszyła jasność:

- A ten ból – Tomasz znacząco popukał się wskazującym między oczy – to panu dokucza w zetknięciu ze służbowym laptopem, tak?

- Wyłącznie, niestety…

- No właśnie, sam pan widzi, może trzeba z tym coś zrobić. Może pracy poszukać?

- Też tak myślę czasami. Że to nie wystarczy wniosek o nowy laptop. To ja powiem mamie, że pan tak powiedział, że dla mojego dobra i jej spokoju, muszę się zwolnić. I to jak najszybciej! Przecież nie chce mnie w szpitalu oglądać albo w jakimś wariatkowie, prawda? Dziękuję, panie doktorze! No wreszcie jakiś normalny specjalista. Bardzo dziękuję i miłego dnia życzę.

- Ale może chociaż skierowanie panu wypiszę? … do neurologa?

    Pacjenta już nie było. Tomasz ukrył twarz w dłoniach i zobaczył siebie na pustej plaży, niemal usłyszał szum odwiecznych fal, gdy do gabinetu wbił się stukot szpilek. Rozchylił palce i lewej dłoni i między nimi dostrzegł blond platynę. Wymuskane włosy przybliżały się nieuchronnie, a potem wbiła się w oko ostra czerwień pomadki na ustach wypełnionych botoksem tak boleśnie, że gotów był zatkać uszy w obawie przed eksplozją warg. Właścicielka ładunku z opóźnionym zapłonem usiadła naprzeciwko i zarzuciła nogę na nogę tak gwałtownie, że karminowa szpileczka zagroziła nieplanowanym odlotem:

- Dzień dobry panu. Ja mam tu umówioną wizytę podobno. Ja jestem z Warszawy.

- Tak? A poza tym, co pani dolega?

- No właśnie, pan jest tu psychiatrą, tak?

- Tak? No właśnie, czemu nie jestem psychiatrą, wszystko byłoby jasne. Minąłem się z powołaniem, a pani z gabinetem. Pokój siedemnaście, serdecznie żegnam panią, bardzo serdecznie…

poniedziałek, 22 września 2014

Postanowienie

    To przyszło z ostatnim pociągnięciem tuszu do rzęs, jak poranne olśnienie. Postanowiła przestać nienawidzić przypadkowych ludzi, którzy nic nie zawinili, poza tym, że od wielu miesięcy byle gestem, słowem, gustem, nadmiernie demonstrowali przynależność plemienną ludu zamieszkującego kraj kwitnącej cebuli. Każdego dnia i o każdej porze, jakby na złość Matyldzie, z mrocznych głębi jestestwa wypuszczali na popas jaskiniowego Polaka-Cebulaka, prostaka i egoistę, w najlepszym razie totalnego gbura. Pół roku mijało, odkąd odzyskała kawałek wolności, a doświadczenia galernika pokryła mgła zapomnienia. Matylda ciągle nie mogła uzyskać wolności od nienawiści do przypadkowego przechodnia, który za nic ma elementarną kulturę osobistą i odrobinę przyzwoitości. Tymczasem los uśmiechnął się do niej po raz pierwszy, podarował radość zwykłej urzędowej pracy za biurkiem, a mimo tego nie mogła pokonać uprzedzeń. Co prawda nadal musiała mierzyć się z obcym człowiekiem, ale już tylko w roli petenta, osłabionego procedurami. Nie musiała znosić klientek butiku, z ich wieczną pogardą albo pretensją, które do schłodzenia pszenno-buraczanej gęby używają wachlarza z kart kredytowych, czemu więc tyle niechęci zaciemniało jej dobre serce? Matylda nie mogła złapać pionu i tego ranka, tuż przed wyjściem do pracy, postanowiła nic nie widzieć, nie słyszeć i nie mówić, idąc za przykładem trzech małpek z komody. Naprawdę była zmęczona łapaniem przechodniów na każdej niestosowności zachowań, niedoskonałości stroju, podłości słów, co dotąd robiła automatycznie, niczym radar wirujący bez wytchnienia.
   

Najwyraźniej diabeł stróż nie lubił tak silnych jej postanowień, nagłych i w gruncie rzeczy nieprzewidzianych w skutkach, dlatego natychmiast postanowił je okpić. Ledwie Matylda stanęła na peronie kolejki miejskiej, obok pojawiła się słodka idiotka w lila róż kurteczce, z futerkiem kaptura i z fryzurą na cebulę. Uzbrojona w róż policzki i takiej barwy pazurki, kurczowo dzierżyła róż iphonik. Policzki zapiekły Matyldę, ale obróciła się plecami do wypłosza, by po chwili usłyszeć: „nie, myszko, ten słoiczek, myszko, ten różowy. Myszko, on stoi przy mikrofalówce, trzy łyżeczki z niego, myszko…”. Matylda złamała się i już wzięła głęboki wdech, chciała zrobić defiladowy zwrot przez lewe ramię i pojechać po bandzie, gdy usłyszała za sobą inny, dużo starszy kobiecy głos, należący jakby do ropuchy zrezygnowanej i zgorzkniałej od bezskutecznych prób zamiany w księżniczkę. Głos niemile zaskrzeczał: „nie myszko! Ten słoiczek różowy, myszko! Od różowej idiotki, myszko, co różową gębę, myszko, drze na wcale nieróżowym peronie i wcale nie różowiąc świata, bo to pusta jest szantrapa!”. Wypuszczając powietrze Matylda odwróciła się z ciekawości. Zobaczyła obok siebie panią pod siedemdziesiątkę, z plecakiem na ramionach, zaciskającą w dłoniach kijki do nordic walking, na widok których zaniemówiła różowa szantrapa. Inteligencji wystarczyło jej akurat, żeby pojąć, ile kosztować będzie słowo protestu. Kobieta z pewnością użyje kijków niezgodnie z ich przeznaczeniem. Dlatego przestała trajkotać do aparatu, z którego ciągle ktoś pragnął jej głosu. Pani z kijkami, postanowiła ją orzeźwić albo zakończyć łagodniej wystąpienie, bo zakomunikowała: „zrozumcie wreszcie, ludzie, że nawet największy zbrodzień nie zasługuje, żeby o siódmej rano słuchać waszego pitolenia w zasrane komórki!”.

    Matylda, wdzięczna za gest wyręczenia ze zbawiania ludzkości, choćby na miarę absolwentki socjologii i resocjalizacji, na wszelki wypadek postanowiła nie jechać kolejką. Miała wystarczająco dużo czasu, żeby pójść na tramwaj linii 12. Ledwie jednak znalazła się na przystanku, diabeł stróż wysunął zza wiaty następnego łamistrajka. Dziewczynisko z zadem kasztanki marszałka, w dżinsach napiętych na pośladkach do granic gwarancji markowego producenta, przyczłapało do Matyldy. Telefonem, przyłożonym w miejscu, które u atrakcyjnych kobiet zwie się usteczkami w serduszko, mieliło do Jasia wyliczankę zakupów. Matylda nawet nie uległa napływającej fali złości, bo zdumienie osłabiło jej emocje. Uwagę przykuło obuwie, które miał na sobie ten rynkowy produkt kobietopodobny. Jej stopy, na oko rozmiar czterdzieści i jeden, pokrywało coś ni to gumowego, ni plastikowego, ale z pewnością palczastego i w kolorze khaki, z podbiciem w barwie zgniłej jesieni. Waran z Komodo, to było pierwsze skojarzenie, choć z pewnością w tym przypadku tkwiło pośród wyszukanych komplementów, zatrzymał się tuż przy niej, by głośno sepleniąc uzupełniać listę zakupów Jasia. Matylda oddaliła się o kilka kroków, ale gad przebrany za kobietę nie odpuszczał i jak cień znowu czaił się obok. Matylda postąpiła jeszcze dziesięć kroków wzdłuż krawężnika, ale i tym razem bez skutku, znowu seplenienie w telefon było przy niej, bo waran miał potrzebę gadać pełzając tuż za Matyldą. Zacisnęła zęby, żeby za wszelką ceną trzymać się porannego postanowienia i wówczas zza zakrętu wyłoniła się „dwunastka”.

    Waran z Komodo został na przystanku, gdy Matylda z ulgą stała w przegubie tramwaju i była święcie przekonana, że tym razem dotrze do pracy bez konieczności łamania szlachetnego postanowienia, wolna od nienawiści. „Przepraszam” dotarło do jej uszu od siedzącej dziarskiej czterdziestki w jasnoniebieskiej garsonce, która moszcząc się na siedzeniu, nieznacznie trąciła butem kostkę Matyldy. Ta jednak bez urazy uśmiechnęła się na znak, że nic nie szkodzi, ale diabeł stróż był innego zdania. I skoro zaczepki było za mało, uruchomił telefon czterdziestki. Matylda odwróciła się twarzą do okna i za plecami rozległo się najgorsze: „nie, nie mogę teraz mówić, bo jestem w tramwaju, ale wiesz, zaprosił mnie do kina… no coś ty, do kina, a ja tam wiem na jaki film?! No przecież to nieistotne, ja z facetem nie byłam trzy miesiące, kobieto!... Nie mogę mówić, przecież tramwajem jadę, nie? Daj spokój, pewnie, że kolacja, no takie ciacho wypuścić po kinie?! Hi, hi, hi, no co ci będę opowiadać, nie mogę, bo ja w tramwaju jestem. Zgłupiałaś? Ledwie zdążyłam o czwartej do domu wrócić, taksówką. Jak weszłam do pokoju, to ja nie wiedziałam, czy ma się kłaść spać, czy tylko prysznic wziąć, ale tak nim pachniałam, tak nasiąkłam, że w głowie się kręciło, aż szkoda było to z siebie zmywać… no przecież nie mogę takich rzeczy ci mówić, bo ja w tramwaju jestem”.

    Matylda patrzyła jeszcze przez chwilę za okno, po czym otworzyła je jednym zdecydowanym ruchem, mimo oporu materii, w czym niewątpliwie pomogła napływająca fala adrenaliny. Pochyliła się nad kobietą, uśmiechnęła się szeroko i wyszeptała teatralnie: „teraz ja przepraszam”, po czym wyjęła z dłoni siedzącej aparat i machnęła nim przez okno. Kobieta szybko się podniosła, nawet chciała wyrazić swoje oburzenie, ale oklaski pasażerów uniemożliwiły jej jakikolwiek protest.

    Matylda wysiadła na najbliższym przystanku i choć pozostało jej niewiele czasu, postanowiła zaryzykować spóźnienie i pójść piechotą, byle już nie słyszeć żadnych rozmów, byle już nie robić głupich postanowień, przynajmniej nieprzemyślanych i nie z rana. Widocznie z nienawiścią do prostactwa było jej do twarzy.

środa, 18 czerwca 2014

Troll z niespodzianką

    Trzeba było odwalić pańszczyznę, jak w każdą sobotę, nie było wyjścia. „Żeby odpocząć, trzeba się napracować”, pomyślał Zygmunt schodząc po schodach, za pocieszenie mając jedynie nadzieję na kilo świeżych truskawek. A przecież dobrze byłoby się zbuntować, powiedzieć żonie: nie! Wstać, podrapać się po brzuchu i w kroku poczochrać. Wypić kawkę bez wyskakiwania z piżamy i pogapić w korony drzew za kuchennym oknem, gdy w radiowej Trójce do oczu skaczą sobie politycy tęskniący do hospitalizacji.

    Zygmunt zszedł już do pierwszego piętra w tym smutku wątłego buntu, gdy kroki żony doganiały go z góry. Z dołu zaś doleciał niepokojący odór, który zdał się być połączeniem szaletu, oszczanej dawno bielizny i tyłów monopolowego o porannej rosie. Nim zdążył dobrze zidentyfikować miejsce najsilniejszego stężenia zaniedbanej ludzkości, żona energicznie popchała go dłonią ku drzwiom, z siarczystym zdziwieniem w głosie pełnym obrzydzenia:
- Zygi! Co tak wali?! Żywe gówno!
- Gówno w sosie, i to raczej nie za sprawą twoich polityków, chyba że nagle urwali się tu prosto ze śniadania w Trójce - odpowiedział ponuro. 
Podejrzenie padło na pękniętą rurę odprowadzającą ścieki, bo w bloku sami porządni ludzie. Ale rury wymieniono zeszłego lata, więc od razu zakwestionowali możliwość i już skupili się na liście zakupów.


    Po dwóch godzinach wracali obciążeni torbami niczym wypłata składkami, ale smród był o wiele bardziej intensywny i jadowitym zębem wpijał się w spokój trzeciego piętra. Na szczęście mieli podwójne drzwi. Za nimi opadły emocje i zapomnieli o sprawie, zamknięci pośród gotowania, odkurzania, sprzątania, jak znakomita część zapracowanych rodaków przed niedzielą. W końcu wybiła godzina wolności i Zygmunt spakował plecak wędkarski, włożył bojówki, koszulę i czapkę khaki. Przypomniał sobie, że żona wspominała o doniczkach z piwnicy, a on zabierze klucz razem z woderami, więc musieli zejść razem.


Otworzył drzwi do korytarza piwnicy i z ciemności rzucił się do twarzy ciężki odór. Żona mogła uciec, ale Zygmunt musiał tam wejść. Przecież nie będzie chodził na bosaka wśród traw i chaszczy po pachy, nie podwinie nogawek, by wejść do kamienistej rzeki. Włączył światło i już ze schodów zobaczyli wycięty kawał starego dywanu, a na nim rozsypane buty, reklamówki pełne odpadków, rozwalone butelki po piwie, a w narożniku wielkie gówno, zalane szczynami. „Kurwa! Troll jebany się tu wykluł i gdzieś pęcznieje! Zajebię jak psa! Razem z budą!”. Zygmunt eksplodował otwierając kłódkę własnej piwnicy, a żona porwała najbliżej stojące doniczki i ewakuowała się w kilku skokach. Mąż nie pozostał dłużej niż to konieczne i już po chwili roztrzęsioną dłonią pakował buty do bagażnika.
I tak jeden bezdomny rozpieprzył mu radość wędkowania. W malowniczym otoczeniu przyrody posklejał rozszarpane nerwy i po dwóch godzinach całkiem oddał się pasji. Skupił się na rzutach wędką i dłużej zatrzymywał się przy głębszych dołkach w ciemnym bystrzu. Jednak zdarzenie piwniczne nie dawało spokoju, przebijało przez myśli. Tak dalece, że nawet spływające co jakiś czas kajaki nie drażniły jak dawniej. A jeśli troll zalęgł się na dobre? Jeśli bezdomni przyjdą masowo? Zasrają cały blok? Z drugiej strony, bezdomny też człowiek, więc może to jest test na Zygmunta wyznanie wiary? Na miłość bliźniego? Nie sztuka kochać pachnącego i miłego. Dobrze się chodzi w niedzielę do kościoła, dobrze składa się rączki do modlitwy, gdy to nie kosztuje, ale kiedy trzeba pochylić się nad śmierdzielem i zobaczyć ludzką twarz, to co? Wiara idzie na kołek? Bez przesady, a czy on jest Matka Teresa? Zresztą ona też tkwiła długo w nocy wiary, a Zygmunt zawsze kupował coś do jedzenia, gdy bezdomny prosił. Kupował dużo więcej niż ten chciał. A ile razy dał dwa złote, gdy taki prosił o złotówkę? Koszule i buty, spodnie oddawał zawsze bezdomnym. Że dał się ponieść nerwom?! Krzyczał z bezsilności, wiadomo. Jakiś ludzki sąsiad ulitował się nad włóczęgą, wpuścił na noc, a ten zafajdał wszystko i poszedł sobie, zostawiwszy w nagrodę smród nie do zniesienia. No tak, w końcu każdy dobry uczynek spotyka zasłużona kara! Ale czy tu w ogóle obowiązuje prawo miłości? Jeśli kmiot sam zrezygnował z własnej godności? Wiadomo, każda miłość kończy się tam, gdzie zaczyna się krzywda drugiego! Nawet kot nie wali sobie pod głowę, tylko idzie do kuwety, pies w teren, więc jaki to człowiek, który nasra i naszczy przy własnym łbie na beton i położy się spać?

    „Chyba przeginasz Dżizas”, wymsknął mu się cytat z jakiegoś filmu i zaraz potem przypomniał sobie, że przecież będzie musiał wejść do tej piwnicy, zanieść buty, a jeśli spotka trolla? Zagotował się od nowa. Prawie zobaczył jak łapie go z obrzydzeniem za kołnierz, wywleka na kopach przed blok i skoro bydlak nie umie się zachować, bluzgami grozi, że zatłucze na kotleta, jeśli ten wróci do piwnicy porządnych ludzi. I z tą wizją agresji postanowił co prędzej zmierzyć się z faktem, zamknąć temat skutecznie i na zawsze.

Wziął głęboki wdech, gdy wchodził do bloku, ale o dziwo smród mocno zwietrzał. Może bezdomnego przegnali inni i zaczyna się powrót do normalności? Włączył światło i zobaczył stary dywan. Leżał na swoim miejscu, a na betonowej wylewce pojawiły się nowe kartony i puste butelki po sokach, w rogu leżała rozciągnięta koszula w paski. Z bocznego piwnicznego korytarza wysunął się mężczyzna w białej koszuli i ciemnych bermudach, z zawiązaną reklamówką w dłoni. Bez powitania zwrócił się do Zygmunta:
- Widzę, że pan już tu przyszedł na noc, z plecakiem, to ja tu panu przyniosłem coś na śniadanko. Proszę!
Zygmunt spojrzał na przebijające przez folię pudełka z kefirem, pół chleba, słoik dżemu i krew się w nim zagotowała:
- Panie, chcesz pan rżnąć Samarytanina?! To ulokuj pan trolla w stołowym i niech nasra panu do wazy z niedzielnym rosołkiem!
- Przepraszam sąsiada, okularów nie wziąłem, a pan w takiej czapce, z workiem, myślałem, że to ten pan, co tu wczoraj...
- Ten pan, to mam nadzieję właśnie wali panu szanownemu na wycieraczkę, boś pan sobie na to zapracował. Troszcz się pan dalej o gnoja, lękaj, że mu w czerwcu dupka marznie i boi się pod krzak nawalić!
- Ale noce są jednak zimne, a tu przecież nikomu nie ubędzie jak się człowiek prześpi.
- Prześpi, wyżerkę znajdzie, gdzie mu będzie lepiej?! Wczoraj w nagrodę za miłosierdzie nasrał, a dziś może nas podpali, co? A pojutrze będziesz pan razem z nim miłosierdzia po piwnicach szukał! I może wreszcie coś panu szanownemu rozum wtłoczy pod beret, jak już zwolni się miejsce po miłości bliźniego!
Ale ostatnie słowa krzyczał Zygmunt w piwniczną ciemność. Samarytanin jakby stracił przekonanie i argumenty w dyskusji o wyższości miłosierdzia nad ludzkim upadkiem.

sobota, 3 maja 2014

Nieznośna lekkość bezwstydu

Docierają do nas stonowane głosy ekspertów oceniających polskie dziesięciolecie w Unii Europejskiej. Nie ma w nich cienia rozpaczy, ale też nie widać powodu do euforii. Przybyło autostrad, poprawiła się infrastruktura, ale też wzrosło zadłużenie, bezrobocie ciągle jest wysokie, a dwa miliony rodaków wybrało wspieranie PKB krajów innych niż własny i większość nie zamierza wracać. Społeczeństwo starzeje się, system emerytalny grozi totalnym fiaskiem i tylko poziom klasy politycznej nie może spaść niżej, odkąd legł na dnie. Ekonomia góruje w ocenach, tymczasem nikt specjalnie nie przejmuje się mało widowiskowym, statystycznym Kowalskim i Nowakiem. Fachowcom wystarczy wspomnieć, że średnia krajowa podskoczyła do czterech tysięcy, a Polakowi żyje się lepiej.

    Słucham głosów analityków i jakoś brakuje mi oceny tego, jak w dziesiątą rocznicę historycznego wydarzenia żyje się Polakowi obok Polaka. Przywykliśmy chyba do medialnych not gospodarczych, ekonomicznych, biznesowych, politycznych, problemy społeczne sprowadzając do widowiskowych zjawisk patologicznych. Te zaś rozciągają się pomiędzy widokiem mamusi wekującej w beczce zwłoki własnego dziecka i obrazem konkubenta katującego pięścią niemowlę. Pomiędzy obrazem czynszownika fundującego lokatorom robale lub wizyty terminatorów, a kolejną medialną akcją pijanego mordercy, zabijającego autem przypadkowych przechodniów, wobec którego prawo dalej tumanieje jak warchlak we mgle. Co z przyglądaniem się relacjom statystycznej normalności ulicy, kolejki do kasy w dyskoncie? Relacjom na spacerze, w szkole, w domu i w samochodzie? Znika w niemedialnych przestrzeniach obojętnych sobie przechodniów? Tymczasem zdaje się, że to jakość codziennych relacji wpływa najmocniej na nasze społeczne samopoczucie.

    Tu, choćby dla klarowności dalszej myśli, wypada rzucić kilka obrazków zanotowanych w ostatnich dniach. Oto kobieta wyjeżdża z uliczki osiedlowej wprost pod koła jadącego samochodu, by wymusić pierwszeństwo, a po chwili jechać czterdzieści na godzinę i stworzyć korek. Dlaczego paraliżuje ruch? Bo przecież musi teraz pisać sms-a. Oto trzydziestolatek, wypachniony jak zakład fryzjerski, z okularami na czubku żelowego kosmyka, wykłada na taśmę butelkę whisky, szczypiorek i dwie czekolady. Kosz na kółkach pozostawił za sobą, w wąskim przejściu między kasami, a za nim siedem kolejnych osób uwięzionych w przestrzeni regałów, bo nie ma jak wyłożyć kupowanych przez siebie towarów na taśmę. Tymczasem nowobogacki młodzieniec wyraża kasjerce radość z powodu promocji alkoholu, nie dostrzegając blokującego wózka. Oto czterdziestolatek zastawia innemu wyjazd z parkingu, choć cztery metry dalej ma swobodne wolne miejsce, ale nie skorzysta, bo to cztery metry dalej od wejścia do sklepu. Oto mężczyzna w wagonie kolejki miejskiej, stoi przy drzwiach, z plecakiem u stóp, choć przez najbliższe pięć przystanków nie wysiada, skutecznie blokuje wejście wchodzącym i wychodzącym. Widzę go codziennie od miesiąca, robi tak samo głupie miny, ilekroć kolejny pasażer zwróci mu uwagę, że przeszkadza. Oto ojciec biznesmen, który nie zapłacił pięciu złotych miesięcznie za dodatkowe przedmaturalne lekcje syna w liceum, bo szkoła jest publiczna czyli bezpłatna. Tymczasem inni rodzice płacą, ale ojcu biznesmenowi to nie przeszkadza, że synek korzysta z lekcji, opłaconych przez uboższych rodziców. 

Oto samochód jadący na wysokości rezerwatu przyrody, otwiera się okno i na skraju lasu ląduje papierowa torba McDonalda, a wiatr i pęd wywiewają z niej pojemniki, opakowania i kubki. W tym samym rezerwacie przyrody, godzinę później nierozgarnięty tatuś zbiera wielkie konary i pokazuje synkowi radość napieprzania nimi w środek rzeki, która jest najważniejszym punktem tegoż rezerwatu, chroniącego faunę i florę wodną. I nie przejdzie mu przez zgrubienie karku w miejscu głowy myśl, by wyjaśnić synkowi, co to znaczy, że są w rezerwacie. Widać sam ma kłopot z czytaniem tablic informacyjnych, a może jest tylko żywą ilustracją anegdoty, że mężczyzna dojrzewa do piątego roku życia, a potem tylko rośnie? Oto w podobnym duchu migawka z wiadomości, w której dwunastoletni chłopcy w klatce kopią się po głowach bez kasków ochronnych, ku radości własnych rodziców, kibicujących zza siatki. Mają powód do dumy, bo to w ramach gali walk stylów dowolnych.

Po dziesięciu latach naszego pobytu w Unii ilość takich przykładów rośnie lawinowo, z miesiąca na miesiąc. Może tam teraz mieszkają rodacy lepiej rozwinięci społecznie? Czego dowodzą przedstawione obrazki? Chamienia społeczeństwa? Skrajnego egocentryzmu dzisiejszego, bez myśli o przyszłości? Powiększania przestrzeni bezmyślności? Zaniku wyobraźni? Bo myślenie wysrane za stodołą, a wstyd stał się kategorią dobrą dla nieudacznika? Po nic osobista kultura i troska o poziom, gdy ten brak przestał być powodem zażenowania? Dziwna to przemiana, gdy coraz większa ilość ludzi nie odczuwa wstydu naszego powszedniego z powodu prostactwa, bylejakości, a jeszcze dziwniej, gdy mało komu to przeszkadza. Nie żenuje bycie prymitywem, gdy podstawy człowieczeństwa i przestrzegania elementarnych norm współżycia, stają się synonimem frajerstwa.

    Dziesięć lat po wstąpieniu do Unii, odstajemy mentalnie o kolejne dziesięć lat od średniego poziomu troski o jakość codziennego życia społecznego większości jej mieszkańców. Stan rozplenionego prostactwa najprościej medialnie przerzucić na pozbawienie głosu inteligencji i brak klasy średniej z prawdziwego zdarzenia. Te warstwy społeczne, od wieków w całym świecie cywilizowanym ciągną poprzeczkę zachowań społecznych, etycznych, artystycznych i rozrywkowych w górę. U nas pierwsza odeszła w zapomnienie, druga rodzi się w bólach. Ich miejsce zajmują średnio wyrafinowani biznesmeni (pośród których wciąż wielu krwiopijców cwaniaków i hurtowników buraków), lokalni politycy i tłumy zasilające korporacje, które wyższe wykształcenie często zdobyły bez lektury dziesięciu książek. Może dlatego jakiś czas temu Big Brother przekonał właścicieli wszelkich telewizji, że zarabiać należy na tanim prostactwie i braku wymagań. Na coraz większym ekranie nie wstyd być człowiekiem bez klasy i bez właściwości. Tam pokazanie biustu w odpowiednim momencie wystarczy, by być celebrytą skupiającym uwagę tłumu. Nie trzeba nic umieć i niewiele sobą reprezentować, by wirować w blasku reflektorów. Można pozostać niedouczonym w ortografii i gramatyce, ale promować się jako pisarz. Nie wstyd być pozbawionym głosu i słuchu, by występować na scenie piosenki i łokciami torować sobie drogę na ekran. Zaplątać się we własne nogi, by zostać gwiazdą tańca. Nie widzieć obciachu używając języka meliny w kulinarnym programie, podobnie jak nie wstyd być kabareciarzem wychodzącym na scenę z prostackim poczuciem humoru. A skoro takie wzorce na szklanym ekranie, jakich szukać na ulicy?

    Człowiek bez właściwości i klasy, tandetny i wewnątrz wydrążony jest bezkrytyczny wobec siebie i świata, więc ucieszy reklamodawców i ich target. Nie ma co się przejmować, że radośnie przekłada się to na jakość relacji społecznych w codziennych sytuacjach. Nikt głośno tego nie zweryfikuje, nie osądzi i nie przywoła nikogo do porządku. Przykład idzie z góry, a górą „Kuchenne rewolucje” i po co to zmieniać? Łatwiej i przyjemniej egzystować nie przesłaniając sobie pola widzenia innymi ludźmi i ich obecnością. Unia tego nie zweryfikuje, a mocą przepisów, ekspertów i bankierów presji nie wyciśnie. Potrzebuje w nas, tu czy tam, głównie taniej siły roboczej, od której odpowiedzialności za jakość społecznego życia nikt nie wymaga.

wtorek, 11 marca 2014

Gdzie te chłopy?

❖Kliknij, żeby posłuchać tekstu w interpretacji autora❖

    Pani Joasia poprosiła o interwencję tuż przed południem. Wyjechała w połowie tygodnia i miała prawo martwić się o męża, który nie odbiera telefonów, choć umawiali się, gdy przyjęła zaproszenie siostry, że da mu spokój i pozwoli od siebie odpocząć. Po dwudziestu latach, nawet najlepszego związku, trzeba czasem zrobić coś dla jego higieny, dać sobie szansę na odrobinę samotności. Już trzeciego dnia nie zniosła milczenia komórki. Wolała jednak nie pokazywać mężowi, że się o niego troszczy, nie dawać pretekstu do kolejnych wyrzutów, że funduje mu dziecinnienie, ubezwłasnowolnia w każdym wymiarze i robi z niego totalnie bezradnego dziadygę, który zginie w trzy dni, gdy tylko żona nie zrobi zakupów, kanapeczki i nie wyda polecenia zmiany piżamki. W gwałtownym porywie bezradności wybrała telefon do przyjaciela. W jej mniemaniu byłem tym, który nie rzuci cienia podejrzeń, bo nie mam w sobie zadatków na sąsiedzką troskę, a już na pewno nie wyglądam na zaprzyjaźnionego z czyjąkolwiek żoną. W tym oparze komplementów jakiś czas dobierałem piwo w osiedlowym sklepie, a może tylko przeciągałem moment ryzykownego wtargnięcia do słomiano wdowiej twierdzy pana Krzysia.

    Długo pukałem, w końcu zadzwoniłem dwa razy, ale wewnątrz nikt nie odpowiadał. Przeraziłem się nie na żarty, w głowie trzasnęło spięcie ryzykownych myśli, że milczenie Krzysia może mieć już wymiar eschatologiczny. Nacisnąłem nerwowo klamkę i wtargnąłem do mieszkania. Na szczęście gapił się przez okno kuchni, zajęty czymś tak dalece, że choć stałem za jego plecami nawet nie odwrócił głowy. Nie miałem pojęcia, co go tam zajęło w deszczowy dzień. Chrząknąłem znacząco aż odwrócił się, zatrzymał wzrok na butelkach i bez powitania zaczął jakoś tak, jakby przed chwilą sam mnie po to piwo wysłał:


    Sąsiad, ty to za młody jesteś i pewnie nie pamiętasz tej piosenki, co? Wokalistka taka była, słusznych rozmiarów, super babka. Nie to co teraz! Wszędzie te wieszaki wypchane tamponem i tiktakiem. Lezie to takie po scenie i nie wiesz, kiedy się złamie wpół. Rozchwiane witkami zamiast rąk, z kapslami w miejscu, gdzie normalne kobiety staniki noszą, a te geje z główkami mniejszymi jak dupki, klepią im kreacje, w których twoja stara nie wyszłaby po ziemniaki. I nie dlatego bynajmniej, że się nie zmieści, tylko kobiecości się trzyma! No i ta śpiewająca babka, ciągnęła jakoś tak: gdzie ci mężczyźni… na miarę czasu, no gdzie te chłopy? Sąsiad wyjutubujesz sobie tę piosenkę i posłuchasz tekstu. Ale powiem ci, że widziałem kiedyś taką fraszkę do tej piosenki. Miała tytuł „Odpowiedź Danucie Rinn” i leciało: Gdzie są te chłopy? Orły i herosy? U fryzjera, tapirują włosy. I wiesz co sąsiad, jakieś proroctwo w tym było! Co spojrzę na tych młodych, dobre trzydzieści lat po fraszce, zamiast facetów widzę zbabiałych chłopców specjalnej troski! Patrzę i coś we mnie rewolucję szykuje, na barykady woła, ale z kim pójdę?! Ze stadem sfrustrowanych singielek? No kosę bym chwycił i jaja im upitolił, przy samej szyi chyba, znaczy tym transikom, żeby zakalca w męskości nie było!

   
No zobacz skurczybyka! Daj no ten browar i zerknij na tego mazgaja za oknem, tam przy odrapanym rowerku ze strychu dziadka Pankracego. Widzisz go? Pitoli przez pierwszy model motoroli, no może drugi, pierwszego by nie udźwignął, patyczak kompresorem w nogawki wbity! Golfik z darów dla powodzian, płaszczyk sznytem do lat pięćdziesiątych wzdycha, a lakierki od pradziadka Rycha, no i to ma być facet? Kilo żelu z grzyweczki makówkę ciśnie w chodnik i gdzie jest znak rozpoznawczy płci? Czego tu się przykleisz? W bicepsie ma tyle, co moja kotka w ogonie jak sroki z balkonu widzi! Taki nawet pedałkom od mody ubliża! I to ma dać kobiecie wsparcie? Jaka babka trzeźwo na to spojrzy? On na żadną też nie, bo przecież… no sąsiad sam zobacz, jakby nie ten płaszczyk, to on ma babski krok, tą dupką zarzuca jak lampucera lekko przechodzona i pewnie idzie na pierogi z jagodami, w barze Koktajl! Bo tam się zbierają takie hiper stresy. Dałbyś mu golonkę i piwo, to by się zawiesił i o reset wołał, płaczek w ligninę kichany!

    To przez nich butów nie kupię , bo w męskich działach stoją tylko lakierki i cwelki zawijaski,  rozmiar najwyżej czterdzieści! Kurtki nie znajdę, marynarki nie dostanę, bo gdzie się nie ruszę to ciuch na pół mojej klaty oznaczają 3XL, a w ramionach wieszaka nie zmieścisz. To już nawet nie z Chińczyka miarę biorą pod te makarony w berecie. Zostanie nam chodzić do sklepów z odzieżą BHP, dla budowlańców i drwali. Wczoraj z nudów pilotem po kanałach latałem. Trafiłem na galę nowego zapachu bruna z bananami, czy innego smrodotłuka. Zatrzymałem się, bo pokazali takiego Pinokia, co do łazienki wchodzi między zawiasami, a na łbie miał żywcem Simpsa wyciętego. Podkręciłem głos z ciekawości i co słyszę: … jestem tu nie tylko jako dziennikarz, jestem jako mężczyzna, bo minęły czasy, gdy wystarczyło, że prawdziwy facet mniej śmierdzi od małpy! Dziś facet, żeby być sobą, musi zadbać o aromatyczną wstęgę uwodzącej barwy, która zatrzyma na ulicy kobietę, sprawi, że zapomni dokąd szła. A jak ona poczuje taki czar, to jeszcze na czymś wzrok musi zatrzymać. Można się ubrać w sieciówce, ale w co? W Bangladesz seryjny, a ja? Proszę spojrzeć, w moich dżinsach wykreowana na zamówienie dziura nad kolanem więcej kosztuje niż pięć par spodni w centrum handlowym!

    Nie kręć kinola, sąsiad, no tak było! Wyłączyłem, żeby nie puścić talerza w telewizor, bo jeszcze niespłacony! I co powiesz na widok takiego mężczyzny z grzebieniem skacowanego koguta na łbie? Fryz modelowany z kłaków przez durszlak szarpanych, ale mężczyzna lajfstylowy! W dwa kolory pędzlem ciągnięty, ale pewnie farba na kłaki więcej warta niż moje auto. No i jaka za takiego wyjdzie? Chyba taka sama jak on. A w pół roku pokłócą się komu wolno dłużej przy umywalce oczka malować, żelem loki lepić albo kto komu kokos z tubki zachylił na maseczkę i rozwód gotowy. Przyczyna? O jedno lusterko nad kranem było za mało, czyli niezgodność charakterów!

    A u nas co jest w odwodzie? No co?! Pytam się?! Synki siedzące u mamusi do pięćdziesiątki. Tłuką w klawisze kompa po blady świt, a kobieta bardziej ich przeraża niż wirus z sieci. Jak mamusia zejdzie z łez padołu, to synki do Mopsu pójdą i będziesz na nich dymał sąsiad i podatki płacił! Jak cię w międzyczasie inna odmiana męskości nie załatwi: osiedlowe żule, dresy i kibole po skutecznej lobotomii! Ja się już wcale nie dziwię tym feministkom. Jakie one mają wyjście? Głosić wyzwolenie od chłopa to nie moda, sąsiad, to konieczność!

    Zawiesił głos nad garnkiem, w którym głośno buzowała woda. Osolił i wrzucał makaron do wrzątku. Po chwili podszedł do czajnika elektrycznego i włączył. Wydobył z szuflady pudełeczko z rosołem, położył na dnie głębokiej miski kostkę i rozgniótł łyżką. Zalał wodą i kuchnię wypełnił miły zapach cienkiego wywaru. Poprzedni gniew opuścił Krzysia i uśmiechnął się do mnie zwycięsko: Ale mojej starej sąsiad nie zdradzaj, że gotować umiem, bo się wyzwoli na stare lata i do garów mnie zapędzi.
Print Friendly and PDF