Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozważania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozważania. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 4 grudnia 2025

Takie buty

 

Przerwa. Przepraszamy. Zapraszamy ponownie za 10 minut. Wywieszka na drzwiach wpłynęła na zmianę kierunku marszruty. Rok, a może dłużej nas tu nie było. Zabrałem żonę, choć mogłem przyjechać sam. Krótki wypad po przesyłkę z drogerii, ale teraz mam za swoje. Spontaniczny gest kochającego męża, za który trzeba będzie zapłacić znacznie dłuższym tuptaniem za obiektem miłości. Odetchnąłem głęboko. Dola empatycznego faceta ma swoją cenę, zwłaszcza, gdy w ciągu tygodnia trzykrotnie usłyszy prosty komunikat i już wie, że doroczne „nie mam butów” jest wołaniem rozpaczy z ducha „nie myśl, że wyrzucę jedną z piętnastu par w szafie! Najwyżej przestawię na półkę z przydasiami”. 

Za rogiem kolejny mały sklep trzech marek. Wchodzimy i obserwuję gesty żony, z których bezpiecznie dowiem się, czego szukamy. Nie myślę pytać wprost, aż tak nie ryzykuję. Wyjdę na nieczułego troglodytę, ignoranta pozbawionego uczuć i oślizłego gada, który nie zauważa, że od roku paluszek żonci sterczy z przechodzonego zamszaka. Wszak tylko nadmiar pracy chroni stan jej zaniedbania przed interwencją ulicznego patrolu pomocy społecznej. Tymczasem w jej dłoni eleganckie mokasyny, potem kozaczek, dalej gładzi welur cholewki jeszcze dłuższego kozaczka, ogląda zgrabne oficerki, pociera dłonią kowbojki, pod światło przegląda sztyblety i już wiem: wizja godzinnego pobytu w galerii mocno trąca naiwnością, z której nigdy już nie wyrosnę. Przymykam oczy i nie chcę widzieć dotykania torebek na półce, których cena budzi tęsknotę do tygodniowego pobytu w Karkonoszach dla dwojga i to w hotelu z sauną i spa. 

Minuty uleciały bezpowrotnie, wracamy do salonu dedykowanego intencji tej wyprawy. Miła filigranowa dziewczynka przeprasza raz jeszcze, że odbiliśmy się dwa razy od drzwi i już jest gotowa uchylić nieba jedynej o tej porze klientce. Na szczęście dla siebie samej nie zdążyła zapytać, czego konkretnie szukamy. Po drodze od drzwi do lady małżonka zagarnia kozaczki i pani już szuka rozmiaru. W międzyczasie zamszowe kowbojki koloru brąz próbują uszczęśliwić średniej wielkości stopę naszego małżeństwa. Jeszcze pięta nie zagnieździła się w bucie, gdy wzrok kobiety życia sięga po dłuższy kozaczek ze stolika za moimi plecami. I to już wystarczy, żebym poszedł w kierunku drogerii i pobrał numerek klienta do odbioru darmowej przesyłki. 

Zerkam na zegarek, zostałem obsłużony w siedem minut, łącznie z oczekiwaniem w kolejce. Pomyśleć tylko: gdybym nie proponował żonie sezonowych zakupów, za chwilę miałbym za sobą szlaban mijany bez opłaty. Tymczasem licznik już nie bije, on napieprza w amoku prosto w słabiznę mojej cierpliwości. O nie! Nie dam się zmaltretować terrorowi kowbojek w kolorze czekolady deserowej. Idę do innej drogerii, oczywiście nie mam tam nic do kupienia! Pogapię się na wody toaletowe, powącham, zaciągnę coś pomiędzy pachą maczo a powabem cheruba w rurkach! Może mają tu moją ulubioną? Tę, co pachnie kadzidłem z sutanny po sumie, choć od dawna nie ma jej w innych sklepach. Nie mają i tu. Ale są w promocji karmy dla kota, może jest jakiś smaczek dla naszego futra? Stoją tylko te, z których wylizuje sosik i głodny zagląda w oczy, jęcząc z pretensją Roszpunki, której warkocz obcięli przy samym welonie. Oglądam zapachy do toalety, przylepiane do muszli kwiatki, ciągle te same. I morski, co pachnie rozpuszczalnikiem nitro na pierwszy strzał nosa. Czuję podejrzliwy wzrok na sobie. Wychodzę zanim ochroniarz przeszuka mi kieszenie. Przez szybę obuwniczego widzę filigranową dziewczynkę i jej pąsowe już w biegu policzki. Ruchy Browna w przestrzeni wypełnionej niezdecydowaniem mojej żony, to ryzyko zawodowe pracy galerniczki. Żoncia, dziecię PRL-u, miało dawniej prosty wybór między srebrnymi Relaksami z Podhala, a radomskimi Sofiksami z brezentu i waty. Teraz wolny rynek ją przerósł, sztuka wyboru najtrudniejszą ze sztuk, a kupić coś trzeba.

Miłosierdzie wobec biednej konsultantki nakazało powrót do salonu. Próbuję strategii znudzonego męża, wariant cztery. Siadam i patrzę na żonę z pretensją głodnego kota. Ale akt desperacji przesłania czarny zamsz cholewki sięgającej kolana. Bezradnie przenoszę wzrok na wianek butów wokół niej, w którym dawno się pogubiła. „A te mierzyłam już?”. „Tak, nie mam rozmiaru, chyba że czarne, ale nie chciała pani.”. „Te długie były za duże, ale nie miała pani mniejszych?”. „Nie, chyba, że brązowe?”. „Nie, a tamte mają za wysoki obcas. Z tych kowbojek będzie pani miała brązowe?”. „Mówiła pani, że są za jasne, to nie szukałam rozmiaru”. 

Nie zdzierżę tego dłużej. Spuszczam wzrok i próbuję odciąć się od miejsca zniewolenia. Ze szczątków dialogu wnioskuję, że sympatyczna dziewczynka jest jednak Ukrainką. Bardzo dobrze mówi po polsku, nie do rozpoznania. Jednak ma delikatny wschodni zaśpiew i czasem za długo szuka słowa. Podbiega i do mnie, podaje dwa paski papieru spryskane wodą toaletową. Mówi, że to dla mnie, żebym mógł się czymś zająć, zanim pani skończy mierzyć. „Najnowsze zapachy”, uśmiecha się uroczo i z pewną bezradnością. Dziękuję i wychodzę przed salon. 

Rozglądam się, ale znikąd pomocy. Jeźdźcy apokalipsy najwyraźniej zawrócili w przeczuciu przegranej. Innego końca świata nie będzie! Ale nie, jest! Nadciąga nadzieja! Z prędkością ruchomych schodów przybywa z odsieczą córcia nasza, dziecię złote! W porę dojechała kolejką z Sopotu do Śródmieścia. Teraz sprawy potoczą się szybciej. Sarkazm mojego „dżejzi” przekona mamusię, że „te butki, to wiesz, jak Dżesika w drodze do akademii paznokcia”. „A te co? Pomoc społeczna z Simsów jesteś?”. „Takie? Moherowy kapelusz jeszcze kup i gorzkie żale można odprawić”. „Weź przestań, takie to rasowa katechetka przed emeryturą”. „Podobają ci się? Naprawdę? Przecież te cienkie szmatki zaraz się przetrą, nie za takie pieniądze!”. „Te mogą być, te też, weź obie pary i jedziemy do domu, tylko przymierz spokojnie, żeby nie było w domu, że cisną”. 

I już zakwestionowane chodaki znikają w kartonach szybciej niż z nich wyskakiwały. Po nich cichobiegi brązowe wracają na zaplecze, wprawnie pakowane przez Irinę, Nadię czy Roksanę spragnioną ciszy, a chaos sztuk branych pod uwagę zmienia się w przestrzenny ład bez obuwia. Teraz dziecię porywa mnie do pobliskiego Pepco z zamiarem zakupienia cekinów czarnych albo czerwonych, żeby dać mamusi czas na płatność. Nie myślę pytać mojego wybawcy, po co jej cekiny w środku nocy. Jutrzenka swobody wkrótce zajaśnieje takim blaskiem, że przyćmi ból opłaty parkingowej.


poniedziałek, 30 września 2024

Psiecko i inne psierdolce

Cóż za urzekający czas, szczególnie dla filologa, którego nieustannie zaskakują neologizmy i inne twory języka, lśniące błyskiem nowości. Jakiś czas temu rzucił mi się w oczy termin “psiecko”, ale po rozpoznaniu źródła, uznałem, że to kolejna fanaberia niedojrzałych emocjonalnie dziewczynek, influencerek modowych, tiktokerek i innych medialnych płodów epoki, które próbują dorobić ideologię do nicnierobienia i osiągnąć klikalność, gdy ta stawia wymagania. Machnąłem ręką i usunąłem z głowy przedrostki “psi” na dość długo. Kilka dni temu znowu wpadł mi w oczy nagłówek: Nie będę miała ludzkich dzieci. Jestem “psią mamą” i mam dwóch “psynów”. Ironia draśnięta raz jeszcze chciała to zbyć, dodając w głowie komentarz: a co z psiężem? Czy na pewno wystarczy psynek, nawet jeśli wyliże? Buźkę też? Ale tą drogą nie idziemy, przywołałem sarkazm do porządku. Nie ta bajka literacka, a i bez mojej wydzieliny wszelkie perwersje wystarczająco zapluwają sieć.

    Coś tu nie zagrało, a niegasnące pragnienie dzielenia włosa na czworo szybko odpaliło czerwoną lampkę. I po co taka alternatywa? Dziecko albo pies czy kot? Jako sześciolatek miałem w domu papugi, potem kanarki, w późnej podstawówce rybki, dalej chomika, na koniec psy. Rodzicom jakoś nie przyszedł do głowy argument, że ten zwierzyniec jest zamiast mnie. Wręcz przeciwnie: pojawienie się dziecka kusiło pozyskaniem innych stworzeń, żeby potomstwo zaciekawić i uczyć współistnienia i odpowiedzialności. Moje własne dziecko też ma w domu kolejne koty i gdyby nie metraż, dawno dokonałoby pełnej kotyfikacji stadnej lokum, z hamaczkami i budkami zamiast szafek. 

    Zwykło się uważać, że w rodzinie ludzkiej zawsze jest miejsce na międzygatunkową, ale czy zamiast tej pierwszej? Zwierzę w domu służy dobru całości, to truizm przecież. Dyscyplinuje, łagodzi atmosferę i przede wszystkim pozwala pielęgnować miłość do ludzi i do braci mniejszych w takim samym stopniu. Pozwala zachować harmonię stada: dziecku umożliwia właściwy rozwój w trosce o inną istotę, a zwierzęciu daje poczucie bezpieczeństwa i przynależności do gromady. Po co to sztucznie rozdzielać? Niestety, mój mózg nie wierzy modom, więc drąży. Pokoleniu Z – bo tu tkwi początek tej nowomowy - idzie o mniej lub bardziej uświadomione maskowanie właściwego powodu ucieczki od macierzyństwa. Lęk przed ciążą deformującą wymuskane ciałko? Pewnie też, choć - jak widać na ulicach naszych miast - sporo tych ciałek nie troszczy się o figurę i raczej nie potrzebuje kamizelek ratunkowych, gdy fala wymiecie je za burtę. Utrata atrakcyjnej sylwetki raczej nie grozi, ale słowo „połóg”? To już dodaje trzęsiawki, a możliwość depresji poporodowej? Na samą myśl ustawia w kolejce do terapeuty. Tymczasem surogatek wciąż zakazuje prawo. Podejrzewam, że mimo wszystko pozorne to przyczyny.  

Gwóźdź programu tkwi w trumnie postaw społecznych, a i
nfluencerkom i tłumom ich fanek daleko do troski o przyszłość narodu. Znacznie bardziej doskwiera im myśl o konieczności przeniesienia uwagi z siebie na urodzone dziecko i to na wiele lat! Czarno połyskuje wizja końca życia rozpiętego między nowinkami kosmetycznymi, fitnessem a modnym klubem. Nie ma to jak wrzucić dobrze brzmiącą ideę w miejsce przeznaczone na macierzyństwo. Pudel toy zamiast rozwrzeszczanego gówniaka, który czegoś chce i tkwi kleszczem w botoksie przez trzy dekady z rzędu albo dłużej. To jest to! Dzieciak, wiadomo, kładzie się, ryczy i rąbie piętami jak nie dostanie. Wiecznie rości o coś pretensje, a ostatecznie powie, że byłyście rodzicem toksycznym, więc bez żalu spakuje do przytułku dla starych i zużytych rodzicieli. Pudelek tymczasem taki malutki i miły w dotyku. Bawi, wypełni insta, ucieszy, pomerda ogonkiem, piłeczkę przyniesie, a tylko jednorazowy wydatek dziesięciu tysi, nie licząc karmy i weta. 

    I tu już w zasadzie mógłbym zakończyć temat, spleść rączki na klacie i błysnąć samozachwytem. Tymczasem z tyłu głowy pobrzmiewa jeszcze jeden przeczytany gdzieś fragment: To chyba jest tak, że naprawdę odpowiedzialni ludzie nie mają dzieci. Ja jestem taką osobą i nie chciałabym na siebie brać wielkiej odpowiedzialności za wychowanie i przyszłość tych dzieci. Tylu ludzi chodzi po świecie skrzywdzonych przez rodziców, którzy uważali, że najlepsze, co mogli zrobić, to się rozmnożyć. A ich dzieci są dowodem na to, że zrobili to źle

    Pierwsze uderzenie refleksji szufladkowało autorkę, jako istotę ograniczoną, skoro tkwi w przekonaniu, że w wychowaniu człowieka rodzice odgrywają wyłączną rolę, podobnie jak w krzywdzie wyrządzanej potomstwu. Z jej słów jasno wybrzmiewa fakt, że nie ma własnych dzieci, ale sama była dzieckiem. Powinna zatem zdawać sobie sprawę, że rodzice wychowują tylko do pewnego momentu. Potem uchodzą za wzorzec dinozaura, dziadersów odklejonych od rzeczywistości albo przemocowców, którzy chcą niby dobrze, a wychodzi jak zawsze. W pewnym momencie w buty autorytetu wbijają się rówieśnicy, kreatorzy chwilowej mody, media, idole muzyczni, bohaterowie podcastów, szeroko pojęte otoczenie, dla którego rodzic ze swoim modelem życia wpisuje się - co najwyżej - w ostrzeżenie: rób tak, a będziesz nieszczęśliwym człowiekiem. Szczególnie, że samo pojęcie „szczęścia” każde pokolenie inaczej definiuje. 
   
Czy nieposiadanie dzieci świadczy o wysokiej odpowiedzialności społecznej? Wcale niewykluczone, że mamy tu do czynienia z syndromem ewolucji społecznej. Świat jest już wystarczająco przeludniony, Ziemia mocno wyjałowiona, kataklizmy wiszą nad głową, a im bardziej pazerni ludzie będą się rozmnażać, tym mniej pożyteczne, a nawet destrukcyjne byty będą kształtować. Może niech zajmą się "psynkiem" i "psórcią". One muszą odegrać swoje role w marnych scenariuszach psiamamek i psitaciów. Jest szansa, że czworonóg nie zgłupieje i raczej na tym skorzysta. Niektóre przewodniczki po życiu dyktują mody na adopcję ze schronisk, a mniej nieszczęśliwych kudłaczy w klatkach, to więcej radosnych, choćby i w różowej kurteczce z kapturkiem. Psu raczej wszystko jedno w czym po parku sika, zwłaszcza, gdy tiktokerka radosna, a micha pełna.

    Zostańmy zatem przy mądrości piewców międzygatunkowej rodziny. Po co inwestować najlepsze lata życia w istotę, której kształt ostateczny trudno przewidzieć? Nie wiesz, kiedy na własnej krwawicy wychowasz ekoterrorystę, ćpuna, konfederata czy psychopatę, który w końcu ukatrupi starego dla kasy albo za brak internetu. Przy okazji stracisz fortunę sięgającą miliona na edukację, wycieczki, fryzury, modne ciuchy, ajfony, hulajnogi, Erasmusy, auto na osiemnastkę i mieszkanie po trzydziestce, bo inaczej nie wyprowadzi się z domu. Tymczasem egzystencja modnej rasy pieska czy kotka, trwa znacznie krócej, a czas żałoby skończy się w następstwie sprowadzenia do domu nowego kłaczora rasy zgodnej z aktualnie obowiązującym trendem. Psynek wraz ze zgonem opiekuna, trafi najwyżej do schroniska, kocórka też, choć odgryzając uprzednio nosek kocimamci, która stężała po śmierci w domciu i nie otworzyła na czas saszetki Feliksa. 

poniedziałek, 3 maja 2021

"Pięset" bez plusa

❖Kliknij, żeby posłuchać tekstu w interpretacji autora❖

Znacie ten kłopot ze słuchaniem radia w samochodzie? Tak się porobiło, że na falach głównie stacje komercyjne, na poziomie krajowym, czyli „um cyk, um cyk, byle kasa szła” lub rozgłośnie dawniej ambitne, publiczne, sprowadzone przez państwo PiS do prymitywnej tuby propagandy, przetykanej disco polo i transmisją z nabożeństwa w intencji.
Worek sucharów z kminem temu, kto zdoła znaleźć stację z miarę obiektywnym serwisem informacyjnym, o godzinie powiedzmy siódmej rano, ale bez zabawy smartfonem za kierownicą. To naprawdę zaczyna urastać do rangi cudu. Próbuję sobie radzić słuchając TOK FM. Co prawda serwis tam króciutki i dość miałki, ale lepszy maślak w garści niż rydzyk w Toruniu. Czasem jednak - zmuszony przez użytkowników aut - skupiam się na drodze tak intensywnie, że wiadomości przelecą, a ja słucham już przeglądu prasy. Czemu nie, też chętnie biorę na uszy, ale tu pojawia się problem z prowadzącymi. 

Zwykle jest to kłopot z emisją głosu, z rzetelnym przygotowaniem bez dukania lub zwyczajnie logopedyczny. Czasem ignorancja stacji jednak czyni niemożliwym dosłuchanie tego do końca, bez ryzyka spowodowania wypadku. Lektor, na ucho w moim wieku, może nawet starszy, czyż nie powinien przejawiać odrobiny szacunku do mowy polskiej? Choćby przez wzgląd na słuchaczy, powagę marki, z racji wykonywanego zawodu? Zwykłej przyzwoitości i profesjonalizmu? Może choć z  powodu wytresowania i kindersztuby, wyniesionej z kultury języka, wymuszanej przez nauczycieli? Tymczasem czyta i słyszę wielokrotnie powtórzone: „pięset” sztuk, osób, złotych… jeszcze raz „pięset”. Zmienia temat i dowiaduję się, że Filipińczycy – z racji posiadanych cech – idealnie nadają się do wykorzystania w warunkach polskiego kapitalizmu, więc traktowani są przez naszych pracodawców na równi z dawnym chłopem „pańczyźnianym”, po czym „pańczyznę” odmienia przez inne przypadki do uwiądu mikrofonu.

W połączeniu z jego „yyyy” i jąkaniem, krew mnie w końcu zalewa, wyłączam radio, mając na uwadze dobro uczestników ruchu drogowego. I ciągle ściga mnie pytanie: czy taki ptyś mikrofonu nie ma nadzoru? Redaktora o stołek wyżej? Zatrudnia go równie potężny ignorant? A może ja zdurniałem oczekując, że ktoś zwróci uwagę na minimum misyjności w prywatnej stacji, bądź co bądź jednak „gadanej”, gdzie „um cyka” jak na lekarstwo? 

Wyrzuciłem to z siebie, przeczytałem i zrobiło się lżej na sercu, ale zaraz pojawił się troll na krawędzi monitora. Przebierał girami, poczochrał się pod pachą i popukał w czółko, spluwając nad opuszczoną maseczką, przez lewe ramię. 
- Przesada – rzucił – czym ty się zajmujesz? Jakby większych zmartwień nie było i pandemia wróciła do Wuhan. Po co grasz na spróchniałej strunie, stetryczały marudo? Dupę rusz po kiełbasę, apokalipsa w Biedrze, nawet musztardy ci nie zostawią, o parówce już możesz zapomnieć. Rodacy, długi weekend, puste półki, taki dżołk nieśmieszny. – Szarpnął łbem w stronę okna, przesunął daszek czapki do tyłu i podrapał się w miejscu, gdzie faceci noszą klejnoty. – Do kogo ta melodia? Przynudzasz, brniesz w czarną dupę. Nikt przez godzinę nie pamięta, kto pisał, a kto czytał, o czym było gadane, a ty czepiasz się słówka z radia, co najmniej jak czterdziecha tindera! Wiadomo, o co chodzi. Czy kto włącza czy „włancza”, ważne, że wie gdzie nacisnąć, wetknąć i jak wyprowadzić „pięset otwartom renkom”. 

- Jasne, a reszta jest milczeniem nad trupem patrioty! 

Posłałem za nim pożegnalne zdanie, gdy leciał już z czwartego fikuśnie machając łapkami. Zapomniałem, co naprawdę znaczy słowo patriotyzm, sięgnąłem do klasycznego słownika języka polskiego, znalazłem: postawa społeczno-polityczna i forma ideologii łącząca przywiązanie do własnej ojczyzny, poczucie więzi społecznej oraz poświęcenie dla własnego narodu z szacunkiem innych narodów i poszanowaniem ich suwerennych praw. Prawda jak pięknie to brzmi w zderzeniu z obrazem naszych chłopców patriotów z kotwicą na środku dresu? Z biało-czerwoną opaską na rękawie bluzy z kapturkiem? Z tęsknotą do husarii, z łomotem sprawianym „ciapatemu” za to tylko, że tu przyjechał? A jak dorzucić do tego troskę o czystość języka na ulicy, w radiu, internecie? Wyjdzie niezły pasztet umiłowania ojczyzny. My Polacy mniej już lubim sielanki, więcej parodię własnego wizerunku! 

Tak się mści paradygmat romantyczny, to nieustanne grzebanie w trumnach mniej lub bardziej rzeczywistych bohaterów narodu. Choć to właśnie historia uczy, ilu synów i córek ginęło w walce o obecność i czystość własnego języka, w zmaganiu z zaborcami, okupantami, z sowietyzacją, nowomową partyjną, by dziś bez żenady ich prawnuki i wnuki mogły olewać ortografię, znaki diakrytyczne, kaleczyć wymowę, zachwaszczać zbitkami z angielskiego i srać na własną kulturę. Takie to romantyczne nasze upominanie się o Polskę - mesjasza narodów, o serce Europy, gdy na własne życzenie robimy z niej prowincjonalny półdupek, zakałę analfabetyzmu na tle Francuzów, Niemców, Szwedów, w stronę których miło popatrzeć, ale już nie naśladować, grzebiąc mowę ojczystą  i kulturę w bagnie nieuctwa i lenistwa. Choć to akurat język prawdziwie kształtuje tożsamość i narodową odrębność, których nie da się podrobić. To jest jak plucie sobie w gębę, choćby Gombrowiczowską z ducha. 

Może należałoby w końcu zarzucić romantyzm i wrócić do pozytywizmu, z jego pracą u podstaw? Obejrzeć (bo czytania patrioci nie lubią) "Nad Niemnem", choćby tylko dla dialogów Benedykta Korczyńskiego z synem i zobaczyć budowanie postaw elementarnych dla przyszłości kraju. Przypomnieć mentalnemu chłopstwu „pańczyźnianemu”, że czysty klomb pod blokiem, niewyrzucany pet przez okno samochodu, skwer zamiast budynku, posegregowane śmieci, las bez puszek i butelek, niewycięta do gleby aleja parkowa albo zarzucenie telefonu w trakcie prowadzenia samochodu, odstawienie kielicha przed drogą, to głębsze przejawy patriotyzmu niż dzierganie orła w koronie na własnych cyckach. 

Troska o czystość języka, jak i trawnika, wymagają jednak wysiłku, edukacji i wyznaczania zadań sobie samemu, a tego nasz rodzimy patriota nie zniesie. On woli rzygać hejtem, bo łatwiej wymaga się od innych. Potrzebuje krzyczeć, nie słuchać, bo może musiałby nad sobą popracować. 

I żeby było jasne, powyższe słowa nie mają barwy politycznej. Nieustająca kpina z patriotyzmu, dotyczy tak samo wyznawców prawicy, jak i lewicujących chłopców z „Wyborczej”, gdzie nie tylko coraz mniej troski o korektę, ale i o redakcję tekstów. Oto czytam opinię o Kościele w początkach niepodległej Polski, gdy oczy atakuje zdanie: „Miał być siłą jednoczącą i gwałtującą ład społeczny w Polsce” (Bartłomiej Sienkiewicz, Nie chować głowy w piasek,. GW, 09.04.2021). Drukarski chochlik czy neologizm autora? Tak czy siak udany, skoro Kościół bardziej „gwałtuje” niż jednoczy od dawna.

środa, 3 lipca 2019

Jak zostałem świrem

❖Kliknij, żeby posłuchać tekstu w interpretacji autora❖

Jest taka myśl, która nawiedza mnie regularnie. Szczególnie w drodze z pracy, gdy idę przez Wrzeszcz, a kamienice uwodzą stęchlizną korytarzy, pomieszaną z zapachem pomidorowej i dochodzących ziemniaczków. Ta myśl narasta i piłuje pytaniem: czy nie dlatego coraz trudniej o inspiracje i dobry pomysł na tekst, że nie umiem odwiedzać ludzi, bywać wśród nich? Z jakiegoś powodu nie potrafię przecież spotykać się dla samej przyjemności rozmowy. Pojęcia nie mam, gdzie i kiedy, w jakich okolicznościach, zatraciłem nieodłączną radość gadania. Czyżby nienazwany wirus współczesności wyżarł ze mnie ciekawość człowieka?

     E, bzdura, podpowiada „ja” racjonalne. Może jednak ten ciekawy człowiek nie wymaga realności spotkań? W erze multimedialnej jest zatomizowany i trzeba się go naszukać. A jednak wystarczy otworzyć dobrą książkę, obejrzeć film, przeczytać tygodnik, żeby nie wychodząc z domu zmierzyć się z autorytetem, skonfrontować z osobowością, obcować z mądrzejszym od siebie i wreszcie zainspirować.

  Tym razem ze sparingu z refleksją wyrwał mnie telefon od przyjaciela. Oto kolega po piórze zaproponował spotkanie z obietnicą poważnych tematów. Tak mnie ucieszył, że spontanicznie nazwałem go wybawcą. Nie znał kontekstu, więc w sobie właściwym stylu skwitował: „odjebało ci?”, ale nie zdążyłem wytłumaczyć, bo już wyliczał potencjalne miejsca spotkania:
- To może w Jelitkowie, przy plaży? Znajdziemy jakiś ogródek. Albo w Gdańsku, tam już sporo parasoli, a najlepiej w Sopocie, na Monciaku, co? 

- Tłum będzie wszędzie, ale zaskoczyłeś telefonem, może daj trochę czasu. Przemyślę i oddzwonię.

     Przerażony wizją tych miejsc w końcu czerwca, całkiem serio potrzebowałem czasu. Ratowałem się jak mogłem, ale nic lepszego nie przychodziło do głowy. Z zupełnie odległej centrali coś zadzwoniło kolejnym pytaniem a propos. Dlaczego sympatyczny kolega, ofiara szaleńca rozjeżdżającego ludzi na Monciaku w ciepłą noc 2014 roku z takim entuzjazmem wybiera na spotkanie miejsce własnej tragedii? A uraz psychiczny? Wszak przez przypadkowego popaprańca omal nie stracił życia, a już na pewno nóg. Magia miejsca? Lekkomyślność? Zanik instynktu samozachowawczego? Czy może jednak emocjonalnie coś zawodzi? Musiałem zapytać, nawet ryzykując nietakt.

- Myślisz, że mam zryty beret? – Odpowiedział pytaniem. - Może mam, a może tylko lubię Monciak, Sopot i nic tego nie zmieni. 

Rzucił tak szczerze jak beztrosko, gdy wbiliśmy w jedyny wolny stolik na tarasie Klippera w Jelitkowie. Nie czułem się komfortowo w natłoku rozmów i w smrodku piwa zmieszanego z oparem frytek i ryb z przypalonego oleju. Po chwili przysiadła się do nas jakaś pani, która polecała usługi związane z rehabilitacją, bo zobaczyła blizny pooperacyjne na nogach kolegi. Jej nachalność wzmocniła mój dyskomfort, ale on nic sobie z tego nie robił i gdy tylko odeszła rozejrzał się dookoła:

- Zobacz i tak się snują, byle pierdolnąć selfie na fejsbuka. Jako jebnięty jestem wśród swoich, nie? Ich też nic nie obchodzi. Może poza odwaleniem roboty i zajaraniem się następnym serialem, tą najnowszą formą ucieczki od siebie. Stary, powiedz, co w nich jest poza modą i fizjologią? I wcale im to nie przeszkadza. Nie chcą nic stwarzać. Byle przeżyć nie odczuwając dylematów, napięć i smutku. Da się? I to jak! Można uciec przed lękiem, zanim się pojawi. Jest praca, jest zabawa, a coraz częściej nawet sama zabawa. W którym łbie zaświta, że po ich obecności nic nie zostanie? Prawie nic, poza górą plastiku. 

- No coś w tym jest - zawiesiłem wzrok nad usypaną plażą - To całkiem jak u Borowskiego, nie? "Zostanie po nas złom żelazny i głuchy drwiący śmiech pokoleń". Tyle że i śmiechu nie będzie, bo pokolenia szlag trafi wraz z ociepleniem klimatu. I pomyśleć, że trzydzieści lat temu sam podniecałem się nadzieją Horacego, że jednak nie wszystek umrę. Zmagałem się, żeby zostawić przynajmniej kilka tekstów, ważnych w swoim mniemaniu. Dziś ta mądrość podpowiada raczej pytanie: dla kogo chcesz tu trwać i po co? A propos miejsca i upału, wiesz Adaś, że mieszkam tu ponad dwadzieścia lat i nigdy nie wszedłem do wód zatoki


- Pierdolisz. Nie kusiło cię? Przecież to przyjemne jest! Zanurzyć się w chłodnej wodzie, a nie ma takiej jak w morzu, jeziora to nie to samo. Wiesz, że to czasem działa jak amok, wchodzący marzną i są szczęśliwi, jakby im tam kto narkotyk rozsypał. A brzydziłeś się, czy jak?

- Wszystkiego po trochu. Obrzydzenie to jedno, ale ja chyba od zawsze łapię doła na plaży. Widzę nicnierobienie smażące się bezproduktywnie w słońcu, rozkład wzmocniony hałasem, spływający potem, strzykający hektolitrami śliny w okrzykach. Spójrz na to z wysokości drona: rozedrgana masa, zostawiająca tysiące petów i kapsli pod sobą, zaszczywająca wodę i wydmy, srająca po krzakach… - przerwałem, gdy Adaś kręcąc mocno głową zaczął się śmiać:

- Ciekawe, a we mnie świra przed chwilą szukałeś, tylko dlatego, że na Monciak chciałem? Ty jesteś jednak bardziej pierdolnięty… do morza nie wszedł, za granicę nigdy nie wyjechał, bo nie ma w nim ciekawości świata. Jak ty się, kurwa, taki uchowałeś?

I co miałem powiedzieć? Że nikt mnie nie nauczył podróży, bo rodzice pracowali latem od rana do nocy i nie mogli pokazać, co to biwak? Że ławka pod blokiem była moją kolonią i obozem? Że kolejny odcinek Janosika albo Stawiam na Tolka Banana musiał wystarczyć za całą egzotykę przygód nieprzeżytych? Że odkąd nauczyłem się czytać o pojedynczym człowieku, przyszła niechęć do tłumu i trendów jemu towarzyszących? Że wolę iść ścieżkami ducha, być wędrowcem raczej niż turystą, któremu bliższe przeżycia niż puste wrażenia? Tak, tylko patos przychodził do głowy i Adaś, jakby przeczytał coś w moich myślach:

- Choć z drugiej strony, jakoś rozumiem tego świra w tobie. Bo zobacz, jest taki Luwr. Jakiś, kurwa, Da Vinci wisi, jakaś Mona Lisa, przed którą kłębią się masy i pstrykają. Każdy chce zobaczyć, jakby ich to miało uzdrowić, lepszymi zrobić. I napierają, byleby dostać się do dzieła, bo wypada. Przecież tyle samo w nich zostanie przed, co po. Równie dobrze można wywiesić im klapę od sracza i ogłosić dziełem na fejsie, zaraz lecieliby upamiętniać. I tu masz rację, zrobiliby to dla samego wrażenia. To jest, stary, jakaś paranoja, jak te wszystkie miejsca świata, które trzeba zaliczyć, żeby nadal rozumu nie przybywało.  

  Pochylił się nad grecką sałatką i jadł w milczeniu, uśmiechał się i teraz Adam zerkał na przedłużoną plażę, szepcząc swoje zaklęcia zamknięte w słowa potocznie uznane za wulgarne. Nie pozostało mi nic innego jak przyłączyć się do wspólnej konsumpcji, choć gorące powietrze nie wzmacniało apetytu. Dziobałem widelcem kurczaka z sałatki, gdy nagle wiatr przyniósł odór szczyn tak silny, że rozejrzałem się w poszukiwaniu toy toya, którego wcześniej nie było. Ale i teraz zabrakło, choć smród dał o sobie znać ze zdwojoną siłą. Nie tylko ja to poczułem. Kobiecy głos za naszymi plecami oznajmił: 

- Nie ma większego szkodnika na Ziemi niż człowiek. Śmieci, smrodzi, zawłaszcza, depcze i już nic nie daje in plus.

niedziela, 17 marca 2019

Kochliwa

❖Kliknij, żeby posłuchać tekstu w interpretacji autora❖

- czesc, mozna?
I jak rozpoznać, co mozna, czego nie mozna? Sprawę można rozważyć, ale czy trzeba zaraz podejmować dialog? W dodatku z kobietą przypadkową, życiem znudzoną i średnio piśmienną. I co teraz? Na jednej szali pisanie tekstu, choć pomysł nie powala, na drugiej rozmowa niepewna, która raczej nie uratuje wątpliwej prozy, a jeśli da szansę na lepszą? Czy Anna lat 43 jest wyszczerbioną muzą wszystkiego, co już było? A jeśli jest darem losu i podsunie coś, na co nie wpadłbym w najjaśniejszą noc imperatywu? Z dwojga złego, nawet najgłupsza rozmowa bywa przyjemniejsza niż zmaganie z migającym kursorem. Zatem do dzieła, Anno lat 43!
- Cześć. Pewnie, że można. Jaka siła wyrzuciła Cię na moją plażę, Syrenko?
- Spokojnie ja tak tylko. Nuda w kolejce do lekarza. Lecialam po liscie, padlo na ciebie. Masz cos takiego, te oczy...
Bingo! Jednak nuda, królowa czasów, no i kolejna amatorka zdjęcia sprzed lat piętnastu. Kobieto! Gdybyś te oczy dziś zobaczyła… te wory chronicznego niewyspania, popiół w kompoście frustracji na ich dnie i upadek wiary w człowieka z sieci, to… nie zaczepiałabyś tekstem polsatowskich seriali? Swoją drogą, trzeba w końcu pomyśleć o zmianie awatara. 
- I co znajdujesz w tych oczach? – Jak ja siebie za to nie lubię, a oprzeć się ciężko.
- Som zwierciadlem duszy czy jakos tak, nie? He, he he.
Jakżeby inaczej! Fanka Coelho Paulo! Intelektualistka na miarę epoki, produkt trzydziestoletniego zmagania komercji z wolnością w rytm tańca z gwiazdami! A w klawisze klepie tipsami uparcie jak dzięcioł w zgasłą latarnię!
- To cos z nich bije, nie? Takie cos co kaze sprawdzic. Wygladaja na jakiegos takiego namiętnego gostka, co? He he. I chyba nie taki gupi jestes jak reszta!
I jeszcze jeden i jeszcze raz… kolejny homo vulgaris usiecze mi wolę stadnego bytowania. Hallo, hallo, ale o co żal? Tkwisz w portalu społeczności jaskiniowej, dawaj obrazki albo giń! … podniosę rękawicę:
- Namiętność? Piękna rzecz. Czytałem gdzieś o tym. Dawno temu. Ale może masz więcej do powiedzenia?
- Uuuu, widze kolega teskni do czulosci! Zmenczony zono? Zwiazkiem? Odeszla?
- Odeszła... ale na chwilę. Naleśniki smaży w ramach namiętności.
- Nie chcesz rozmawiac? Boisz się, że cie nakryje?
- W piżamie siedzę, nie ma nic do nakrywania. Przecież to Ty mnie zagadujesz.
- Aaaa! Masz dosc zaczepiajacych kobiet? To zmien zdjecie i tak nie czaruj. Bo wiesz, dużo tu jest takich kochliwych, porzuconych, niespełnionych, nie ja jedna. He, he.
- A jesteś porzucona czy niespełniona?
- Kochliwa. Wiecznie mi mało, he he, taka natura. Rwie się do milosci.
- I szukasz tu kochanka czy łosia na męża?
- A jak mam jednego i  drugiego i dalej szukam? To kto ja jestem?
- Pojęcia nie mam. Może to się jakoś leczy? Naiwność, namiętność czy zwyczajnie: nimfomanię.
- Ty nie uzywaj przy mnie trudnych słów, ja wiejska dziewczyna jestem. Wlasnie zeszlam ze trzeciej zmiany, cala noc chleb kroje w piekarni, a ty mi tu z takimi! Nie chodzi o seks prostacki jakis. To wszedzie dostaniesz! Sa jeszcze kobiety po czterdziestce którym brak namietnosci. Do motyli w brzuchu zatesknio, do czułych zdan jak we filmie dłoni im cieplej trzeba, miziania. Wiesz cos o tym? Do tego co wam wszystkim wydaje sie niewazne tesknie. Wam to wystarczy udami blysnac i kobiety nie ma. Cipa zostaje!
- Rozumiem mąż, ale kochanek też Cię nie dotyka? Nie głaszcze? Nie przytula?
- Maż nigdy tego nie robił, to dziwny typ. Wiesz, ze nawet malo mowil od poczatku? Chcialam zeby mnie prowadził za reke to sama musialam po nia siengac. Potrzebowałam przytulenia, wbijalam pod wlochato lape. Trzeba było dziecka, wsiadalam. Ty wiesz ze nawet na randki z nim musiałam zabierac kolezanke? Inaczej gadałabym sama do siebie.
- Jakoś za nim do ołtarza poszłaś. Przymusili Cię, lufę przyłożyli do skroni?
- Co ja o życiu wiedziałam? Chcialam uciec z domu, od siedmiorga rodzenstwa i od tej biedy, a on był strazak, kazda go chciała, a on za mna lazil. Pewna pensja w dodatku rodzice z kaso. Inna perspektywa. Co ty tak wypytujesz? Policjant? A umowisz sie ze mna? Ty pewnie pieknie przytulasz i jeszcze szepczesz wierszem do ucha przyznaj! Masz w tych galach takie diabliki, nie? He he he, pewnie dobry jestes w te klocki.
- Rozmawiamy przecież, a ja próbuję się dowiedzieć z kim. Chciałabyś umawiać sie z facetem, którego nie znasz? Może ja psychiczny jestem? Może Cię pobiję, cycki łajnem pociągnę, zwiążę, zdjęcia przerobię i do sieci wrzucę, a potem zakopię pod truskawki?
- Weś bo mnie podniecasz! Wystarczy ze kochanka sie boje. Dosc tych strachow.
- Grozi Ci? Czego mu odmówiłaś?
- Zwariował! Odjebalo mu i chce odejsc od zony dla mnie. Za bardzo kombinuje. 
- I dlatego szukasz nowych motyli? Zwariowane za bardzo łaskoczą?
- Poznajesz mnie? Hmmm chcesz moje zdjecie? Dopominasz sie? A jestes blondynem? Brunetem? Jakie masz włosy?
- W ogóle nie mam, czeszę się gąbką i nic nie zostawiam w wannie, idealny facet. W zasadzie… gdyby nie łonowe… te gubię nagminnie. – Zniechęcenia próba pierwsza.
- Szkoda. Lubię gmerac w gęstych i grubych. W ogóle lubię gmerac i gryźć palce w trakcie … im lepiej tym mocniej, rwac klaki…
- Nie nie, na klacie też jestem czysty, jakby co! Sweterek tylko w szafie. 
Dżizas! Czemu tak pitolę? Literatura przekleństwem, gdy ratunek w nimfomance... w dodatku trąconej remizą! Inspiracji mi się zachciało! A przed oczyma duszy pusta strona i ten powiew na karku. To mkną bezpowrotnie tracone sekundy, minuty, godziny w takt wahadła: warto nie warto... sens - bezsens, pisanie… pitolenie.
- Ej, co tak milczysz, spotkałbys sie ze mna?
- Po co tracić czas? – Wyrwało mi się odruchowo z poprzedniej myśli.
-  Swinia jestes, ale podobasz mi się! Oni wszyscy tu sie ślinia na moje zdjecia jak tylko sie odezwe. A ty tak beszczelnie po co? A może ty gej jestes?
- Do czego się ślinią? 
- No do mnie! Nie do czego! Ty tam z kims rozmawiasz jeszcze? Wiesz ja sie trochę go boje bo ten głupek chce rzucać dla mnie zone, serio! A ja mam troje dzieci, meza, nawet wnuk mi się urodził przedwczoraj. Jest wszystko co trzeba, po co to niszczyc? A on gada, ze beze mnie zyc nie może. I jeszcze za dwa dni przyjedzie do nas z zoną. Będzie mie przeszywał tymi slepiami wilka… jak baraninę jakas. To nawet kreci ale nie będę wiedziała gdzie uciec oczami przed ta jego i moim, nie? 
- Jak to przyjeżdża – patola i mnie jakby porwała – z żoną? Do Ciebie? A co na to mąż? 
- No tak bo ja ich z nami poznalam. Zaprzyjaznilam. Teraz jestesmy znajomi. To było po pierwszym seksie, taki słodki był, namiętny, wylizał mnie całą… no dobra, oszczendze. W kazdym razie przyszla okazja. Moj lubi stare graty i byl zlot takich aut zabytkowych i namowilam kochanka, zeby przyjechal z zona. Do tego samego hotelu. Bo on tez niby lubi takie rupiecie. No i zagralo teraz jestesmy znajome. No ale jakos tak głupio jakby ta jego cos podejrzewala i on teraz chce jej powiedziec, a ja muwie durniowi, ze jeden maz wystarczy i po co więcej? Ja juz to przerabialam. 
- A Twój mąż? Co na to? – Kurła, jak mawiają nosacze z mema, po całości mnie wciąga, jednak będzie inspiracja? 
- Pewnie podejrzewa, zna mnie… kiedys nakrył albo inni donieśli i zrobili fotki, ale z takim calkiem przypadkowym typem wiesz. Ladnie wiersze gadal, spiewal przy ognisku i mnie wzielo, bo ja taka romantyczna jestem, a że biust mam przyciagajacy to i jego poniosło tego od gitary. Potem żeby było sprawiedliwie to nawet znalazlam babke w sieci. Znaczy mezowi, ale chyba im nie poszlo. Moj ciezki jest do kobiet. Dwa razy się spotkal ale napisala, ze mi wspulczuje i po zawodach bylo.
    To mi się jednak nie śni? Są takie kobiety? Tacy ludzie? Nie zdążyłem się uszczypnąć, bo weszło jej zdjęcie. Zajaśniało na ekranie połączenie jałówki w oczach z modliszką w grymasie, a całość zaprawiona masywnym nosem bywalca tamtejszej gospody. Jednak postać uśmiechała się do mnie dziewczęco i jakoś groteskowo. Gdyby nie ta dosłowność mięsistych krwawych warg i niebieskiego z powiek... Przeszedł dreszcz i panicznie poczułem tęsknotę do pisania tekstu, zanim krajczyni chleba zagoni mnie w piętkę i zaproponuje coś takiego, że … .
- Podobam ci sie? Wiem, to zdjęcie nie jest udane. Troche jakieś takie jak tirówki, co? Ale innego teraz nie mam. Wiesz, zeby nie bylo, ze napalona jakas baba, nie? Ja jestem wrazliwa… obrazy maluje, wiersze lubie czytac w sieci… oj uwierz! Zaraz wchodze do lekarza. Ale sie odezwe, nie? … jak te naleśniki zjesz… to buzka, pa!

poniedziałek, 12 listopada 2018

Polak mały

… drażni mnie potwornie to świętowanie, a w zasadzie sposób i metody. Obniżki cen, gdzie i na co się da, zwłaszcza na garderobę w kolorach białym i czerwonym. Wspólne śpiewanie hymnu, koncerty, listy przebojów, cuda na kiju, wszystko na pokaz, byle głośno i medialnie! Nie mówię, że nie trzeba tego stulecia państwa uszanować i podkreślić wagi rocznicy, ale czy w ten sposób?! Błagam! Na jeden dzień sobie przypomną, kim są, żeby patriotycznie pomachać chorągiewką? Zupełnie jak w Wigilię, kiedy wszyscy są sobie braćmi na czas strojenia choinek, prasowania obrusa i łamania opłatka, a miłość rządzi światem przez chwilę, bo wypada, ale od siódmej wieczór - choć sianko jeszcze pachnie - skoczą sobie do gardeł i obrusik splamią jadem.

Słowa bliskiej osoby wypadły z pierwszej wiadomości, tuż po włączeniu komputera i nie kryję, przeczytałem je z wielką ulgą. Potrzebowałem ich szczególnie teraz, po powrocie z kościoła, w którym wybrzmiał hymn narodowy na organy i wysoko piejącą organistkę. Pół kazania rozważałem, czy wszystko ze mną w porządku, ale odpowiedzi nie znam. Z jakiegoś powodu takie świętowanie wcale mnie nie wzrusza, a z czasem nieuchronnie wprawia w stan pewnego obrzydzenia. Przecież wypada i należy pogrążyć się w dumie i zadumie, a tymczasem, na przekór powinnościom, dopada zażenowanie i smutek płynie z nachalnej hipokryzji obchodów, gdy na ekranie telewizora, choćby przez moment przeskakiwania reklam, śmigają zakłamane gęby rozśpiewanych polityków. 

Z tego strojenia min, malowania w barwy narodowe, czerwienią wyłazi mi na policzki jedynie wstyd i nie pozostawia miejsca na biel. Tak, od dziecka i szkolnych akademii ku czci ojczyzny i wodzów rewolucji wszelkich, nie ufam zbiorowym gestom, po których nawet echo umiera z głodu następnego dnia. Nic na to nie poradzę. Raz skażony, o dziwo nawet po latach i zmianach ustroju, z takim samym niesmakiem, omijam flagi na patyku w promocji Lidla, wyłożone obok wkrętaka i gaci. Nie stroję się w szaliki i czapeczki z patriotycznej wyprzedaży, nie wypędzam rodziny na parady parodii i nie latam z racą. Bezrefleksyjna, stadna ideologia zawsze tak samo smakuje, bez względu na ustrój, jazgot tłumu i siłę komercji. Dlatego nie drę prześcieradeł pod puste hasła, z których bije żenada. Gdy naukowcy wieszczą kres Ziemi, szumne slogany wciąż tak samo konfrontują i dmuchają balony niechęci, animozji albo zwykłej nienawiści, nie wnosząc nic w świętowanie, jak nic nowego nie objawi kolejny dzień po obchodach stulecia.

Gdy z sobotniej drzemki, zasłużonej po ciężkim tygodniu, wyrwał mnie znajomy głos Maryli Rodowicz, przewracałem się na drugi bok. Jednak w ułamku chwili dotarło, że właśnie zobaczyłem pawia narodu i papugę. Niedowierzając absurdowi usiadłem z wrażenia i zaraz senność uleciała. Dziś myślę, że widok śpiewaczki z kupą plastikowych rurek na głowie i w kloszu sukni ze sztucznym kwieciem, najlepiej oddaje sens uniesień patriotycznych tego dnia. Urasta do rangi cudownego symbolu. Cóż lepiej ośmieszy odpustowo-rewiowy patriotyzm niż nadęty patosem tytuł „Koncert dla Niepodległej” w zestawieniu z kiczowatą Marylą, która zrobi wszystko, by zaistnieć memami w sieci? Dziś jednak mam dysonans poznawczy, bo może należy oddać jej hołd za odwagę? Oto jawnie wykpiła inicjatywę i sprowadziła na właściwy tor dyskurs obchodów stulecia Polski. Wyśmiała kacyków plemiennych na miarę naszych czasów, wpuszczając w jarmarczny kanał całe to puszenie pseudonarodowe.

Wczoraj niespodziewanie utknąłem w korku blokowiska. Jego przyczyny nie było widać gołym okiem. Powód wychynął po chwili, zza niewielkiego zakrętu. Oto lokalny patriota postanowił ozdobić samochód dwiema trzepoczącymi flagami. Otworzył drzwi na tyle szeroko, żeby uniemożliwić omijanie bardzo starego passata. Długo mocował chorągiewki, nie zważając na oczekujących, a następnie pieprznął plastikowe opakowania po nich za siebie, na trawnik, po czym dumny zamknął drzwi i z uśmiechem zwycięzcy wyjął telefon, żeby uwiecznić patriotyczne gesty obrotnego Polaka. Oddać potomnym narodowy powiew wolności z dachu auta z wyciętym katalizatorem. Czy można lepiej zilustrować, czym jest swojski patriotyzm? Sam bym tego nie wymyślił.

Tak, wiem, teraz powinienem wytłumaczyć, czym jest dla mnie miłość do kraju tego, gdzie kruszynę chleba..., ale wykładu nie będzie. Zbyt mocno wybrzmiewają w głowie pytania o to, co się stanie z uniesieniem niepodległej za kilka dni. Gdy umilkną hymny, znikną sztandary, a stosowne służby uprzątną wypalone znicze, pozostałości po racach, petardach i hasłach. Gdzie wówczas wyląduje przeterminowana miłość ojczyzny? Objawi się wyrzucaniem petów z okna jadącego samochodu wprost na ulicę? Błyśnie arogancją i zignoruje napisy: „szkło”, „papier”, „biodegradowalne” przy wyrzucaniu śmieci jak leci? Zaśmiardnie plastikiem spalonym w domowym piecu? Wyłączy mózgi na przejściu dla pieszych, gdy wskoczy na czerwonym? Pójdzie do lasu z siekierą i piłą do bezrozumnej wycinki drzew za kilka judaszowych srebrników? Skoczy do gardeł oponentom politycznych kłamstw? Napuści nacjonalistów na tęczowych albo lewaków na prawicowych w sprzedajnym medium? Wyrzuci stary telewizor, wersalkę, fotel i pozostałość po lodówce na brzegi rzek i jezior? Skupi się na kaleczeniu polskiego języka w sieciowych komentarzach, artykułach i rozmowach na czacie? Pogłębi analfabetyzm? Oleje stosowanie interpunkcji i polskich znaków diakrytycznych i sprowadzi wypowiedzi do obrazków z „łał” pod nimi,  czy w ramach dbałości o narodową kulturę zapłaci za licencje telewizyjnych programów o gotowaniu i śpiewających pajacach, które podskoczą w uniesieniu ku radości gawiedzi? A może jednak tym razem przekreśli moje pytania i przebudzi się do racjonalnego czynu na rzecz przyjaznej ojczyzny i jej nowego, lepszego, stulecia? Czego sobie i Wam z serca życzę.

wtorek, 20 marca 2018

Dogonić szczęście

podkowyOd jakiegoś czasu ucho mam wyczulone na szczęście. Jakoś wyraźniej wyłapuję słówko w rozlicznych konstelacjach zdań i z różnych stron. Czasem wyłania się z kontekstu, choćby jako pełnia życia, spełnienie, samorealizacja, zadowolenie. Pobrzmiewa w rozmowach na żywo, w forach internetowych, dociera z messengera czy innych komunikatorów. Jeszcze częściej i mocniej wyłania się przez zaprzeczenia: nie dało szczęścia, ciągle nie to, za mało radości z życia, czegoś brak, miało wyglądać inaczej. Zdarza się, że wychodzi wprost, z pytań: Znalazłeś szczęście? Chyba nie, skoro tu przebywasz, szukasz go? (z tym, że „tu” nie ma większego znaczenia, podobnie jak „tam”).

    Prawdę mówiąc żenują mnie pytania tego rodzaju. Z automatu ciśnie się odpowiedź: nie znalazłem, bo nie szukałem. Wiąże się to oczywiście z ryzykiem szycia łatek: ponurak, pesymista, przegrany. Wszak otoczenie z nieopisaną wręcz pasją znaczy i upraszcza wszystko, żeby oswoić niezrozumiałe. Pakuje w szufladki (i to bez pytań pomocniczych) dezerterów, którzy odstają od normy „wszyscy”, bezczelnie nie dążą do ekstazy w propagowanej formie i z determinacją unikają jednorazowej erupcji szczęścia, której miało wystarczyć na resztę życia.

    Gdy po raz kolejny dotarło pytanie o szczęście, spróbowałem zadać sobie pytanie przekorne: czy bez szukania szczęścia jestem nieszczęśliwy? Czy leksykalny brak paraliżuje i odbiera piękno trwania? Zachwyt otaczającą przyrodą? Czy pozbawia zadumy i uniesienia w dowolnej dziedzinie, tylko dlatego, że nie jest to uniesienie permanentne, rozłożone na całość egzystencji? Czy nie przynosi powodu do uśmiechu, zauroczenia widokiem kobiecych nóg i talii, dostrzeżenia odwiecznie szumiących fal morza, miny kota, radości płynącej ze spotkania z bliźnim? Czy fakt, że nie zastanawiam się nad „byciem szczęśliwym”, powoduje, że przestaję nim być?

  Uginam się pod próbami znalezienia wśród znajomych tych spełnionych, ale częściej odnoszę wrażenie, że swoim życiem nie ilustrują głoszonych tez. Wychodzi, że krowa, która dużo ryczy mało mleka– przepraszam – szczęścia daje. Może jest tu coś z ducha anegdoty o spotkaniu zachwyconego ze zblazowanym. Widzisz ten piękny las? Nie, drzewa mi zasłaniają. Ci, którzy najczęściej o nieustające szczęście walczą, przegrywają z nim w swojej codzienności. Zdaje się, że szukają bliżej nieokreślonego WOW!, które za nic nie chce się materializować. Czemu tak się dzieje? Odwołam się do mądrzejszych od siebie. Kilka tygodni temu przeczytałem wywiad z profesor etyki z KUL-u, s. Barbarą Chyrowicz (Pochwała codzienności, TP nr 10/2018), która mówi między innymi:
Może wystarczy zrozumieć, że codzienność jest nader bogata i piękna? Że sinusoida ekstremalnych przeżyć wcale nie jest nam potrzebna, żeby uznać życie za spełnione? Proszę spojrzeć na otaczającą nas przyrodę: zmieniają się pory roku, drzewa spokojnie rosną i umierają stojąc, a człowiek nieustannie „wariuje”. Jakby w krzątaninie codzienności nie można było odnaleźć radości życia! Nie mówiąc już o heroizmie, pewnie innym, ale nie mniejszym czasem niż zdobywanie ośmiotysięczników.

  I tak docieramy do sedna wariowania dla szczęścia. Coraz silniej ulegamy presji medialnej. Portale społecznościowe, telewizja, kolorowa prasa, przy pomocy gwiazd, polityków, sportowców, biznesmenów, celebrytów, przekonują nas, że codzienność będzie nijaka i daleka od możliwości smakowania szczęścia bez ich wzorca. Przegramy życie, jeśli nie poddamy go nieustającemu dzianiu się, przetaczaniu w podróżach, wyzwaniach, osiągnięciach, wzlotach i twórczych zmianach koncepcji. Gdy poruszamy się raz ustanowionym torem tracimy życie, bo piękno piękniejsze niż nasze pozostaje obok. Jeśli nie realizujemy wskazanej recepty, skazani będziemy na nieszczęsne utraty dnia po dniu. Nasze żyćko podobne będzie do papieru toaletowego, co to jak wiadomo szary, długi i do d…. Tymczasem i ten papier od dawna kupujemy wielowarstwowy, miękki i kolorowy, więc niekoniecznie trafna metafora.

beztroski krajobraz Jeśli nawet znajdziemy miejsce w codzienności ubarwionej na naszą miarę, mamy już cudowną pracę, rodzinę, w której panuje względny ład, pasje, które dodadzą skrzydeł i tak nadal nie będzie to raj. Gwóźdź programu tkwi w tym, że ludzie nie doceniają prostego faktu: jedyną mglistą istotą szczęścia jest droga do jego osiągnięcia, a nie posiadanie. Każda jego wizja ulatuje w chwili docierania do spełnienia. Po chwili pojawia się nowy adres, kształt, zapach i smak, do którego pcha malownicza siła niezaspokojenia. Jednak i ten kolejny, posiadany przez moment finał dążenia, stopi się jak śnieżna gwiazdka w ciepłej dłoni. Bo przypadłością człowieka jest niegasnąca tęsknota i niepewność wyboru drogi i to odwieczne: „czegoś żal i kogoś brak”. Jak dopowiada s. Barbara Chyrowicz w dalszej części wywiadu: 
Z doświadczenia wiemy, że w każdym wyborze jest coś niewybranego, a w każdej miłości coś niekochanego. Nie ma co wmawiać ani sobie, ani innym, że trafny wybór to taki, w którym nie ma buntu, bólu, cierpienia i zmagania. Takie wybory i takie życie po prostu nie istnieje, trzeba zaakceptować niewybrane w wybranym.

  Dlaczego tak trudno ludziom zaakceptować niewybrane w wybranym? Bo nigdy nie mamy pewności, czy decydując się na coś, nie tracimy więcej tam, gdzie akurat być nas nie może. Czemu więc nie wystarczy prosta świadomość, że istotą bytu jest przede wszystkim niepewność jutra? Może jednak warto chwytać dzień, najmniej ufając przyszłości, szczególnie tej z krainy „co by było gdyby”? 

  Czy narastający głód szczęścia to kwestia nieprzystawalności życia do wyobrażeń o nim? Braku erudycji? Problem niezdolności pozbywania się złudzeń pod wpływem doświadczeń i tkwienie za wszelką cenę w przekonaniu, że kolejny wybór będzie ostateczny? Może nadmierne przywiązanie do życia każe bezwzględnie wierzyć w możliwość znalezienia recepty na szczęście? Bo potem pstryk i … niebyt. Koniec złudzeń. Nawet nie poczujemy się oszukani, nawet nie zdążymy zapytać: co ze szczęściem? Kto by miał drążyć w nicości? Łatwiej mają z pewnością wierzący, którzy przyjęli zasadę św. Augustyna: niespokojne jest serce człowieka, dopóki nie spocznie w Bogu. Ci przynajmniej wiedzą, że w życiu doczesnym nie ma o co zabiegać i niewielką wagę przywiązują do ziemskiego obrazu szczęścia jako namiastki, skoro to jedynie droga do tego właściwego, wiecznego. 

    Czy jednak da się żyć szczęśliwie bez wiary w szczęście? Pewnie tak, tylko może trzeba zmienić obszary działania, ustanowić inne priorytety, bo jak pisał filozof Henryk ElzenbergObejść się bez szczęścia, to sztuka. Sztuka znana: nazywa się „mądrość”.

wtorek, 15 marca 2016

Homar w sosie onirycznym

    Kiedy David (Colin Farrel) musi zdecydować w jakie zwierzę chce być zamieniony, mówi bez wahania: Lobster, stąd tytuł tego filmu. Zaraz potem słyszy, że dziwny to pomysł, bowiem ludzie, którzy nie znajdą sobie pary w ciągu kilkudziesięciu dni, najczęściej chcą zostać psem lub kotem, dlaczego zatem on zamierza być skorupiakiem? David uzasadnia to zaskakująco szybko: homar długo żyje, ma błękitną krew, arystokratyczną, a poza tym zachowuje zdolności rozrodcze do końca życia. Po co mężczyźnie takie atrybuty w świecie pozbawionym nadziei na spełnienie? Tego się nie dowiemy, choć do końca będziemy kroczyć za nim po labiryncie absurdalnych powinności i przymusów.

Yorgos Lanthimos, wprowadza widza w metaforyczny i groteskowy świat. Recenzenci chcą koniecznie widzieć tu świat bliżej nieokreślonej przyszłości, ale to rzecz dyskusyjna, skoro scenografia, stroje bohaterów, wyposażenie wnętrz, całkowicie odpowiadają naszym czasom. Hotel, na który zostają skazani ludzie nieużyteczni społecznie, też wydaje się całkiem realny. Grozę może budzić ukryty przed widzem pokój transformacji, w którym nieszczęśnicy staną niżej w hierarchii stworzeń, jeśli nie uda im się znaleźć pary w przewidzianym terminie.

W hotelu panują żelazne zasady. Mieszkańcy pozbawieni są rzeczy prywatnych, muszą jasno wybrać orientację seksualną, nie wolno im być biseksualnymi. Otrzymują wszystko, co niezbędne do życia, także garderobę oraz zabawy przy muzyce i inne formy rekreacji, służące zbliżeniom. Mieszkańcy mają też broń na strzałki usypiające, zawieszoną w centralnym miejscu pokoju. Przymusowo uczestniczą w polowaniach na singli rebeliantów, którzy skryli się w pobliskim lesie, by pielęgnować w podziemiu, skrajny jak się okazuje, indywidualizm. Nagrodą za ustrzelenie singla jest przedłużenie o jeden dzień hotelowego czasu na znalezienie pary i tym samym ocalenie nadziei na dalsze pozostawanie człowiekiem. Im więcej trafień, tym dłuższy czas poszukiwań. Ta zależność skutecznie przymusza myśliwych.

    Bardziej jednak niż streszczanie czy recenzowanie najnowszego dzieła autora „Kła”, interesuje mnie dyskurs, jaki reżyser wprowadza lawirując pomiędzy udziwnionymi scenami. Gdy widz porusza się wraz z Davidem po nieco klaustrofobicznej rzeczywistości, spotykają go absurdy rodem z  rzeczywistości totalitarnej. Pensjonariusze traktowani są tu nie tyle jak więźniowie, co raczej jak ubezwłasnowolnieni albo upośledzeni. Widz również może poczuć się jak niepełnosprawny umysłowo, gdy kobiecy głos z offu opowiada to, co ten widzi na ekranie. David odczuje to samo już pierwszego wieczoru, gdy przykuto mu jedną rękę do paska, by pojął jak trudno żyć bez pary rąk podczas podstawowych czynnościach dnia. Publicznie dokonana egzekucja (przypalanie dłoni pensjonariusza w tosterze, jako kara za onanizm) ma przypominać o konieczności dokonania jedynie słusznego wyboru życia w związku. Groteskowa agitacja w postaci scenek, odgrywanych mechanicznie przez personel, do bólu uświadamia jak bardzo pojedynczy człowiek skazany jest na porażkę. Karykaturalność przekazu stanowi o bezdusznym dyktacie, który z pewnością nie zachęca do autentycznego budowania relacji, każe raczej myśleć o uwolnieniu się za wszelką cenę z tego domu wariatów.

    Ucieczka wiedzie jednak tylko w drugą skrajność. Przeciwwagą przymusu posiadania partnera, jest inny przymus, realizowany w lesie pełnym rebeliantów i zwierząt bez pary. Tu zbuntowani bezwzględnie ulegają dyktatowi indywidualizmu. A co z człowiekiem i wolnością? Z jego wolą obdarowania uczuciem w sposób naturalny? Co z samostanowieniem i potrzebą podejmowania ryzyka wyboru na własny rachunek? Odpowiedź pozostawiam tym, którzy postanowią zanurzyć się w tej wersji świata.

    W obrazie Lanthimosa ludzie są jak marionetki wyprane z woli działania, funkcjonują w dziwnym letargu, zdominowani przez irracjonalny nakaz. Poruszają się jak zahipnotyzowani, sprowadzeni do określonej cechy charakterystycznej. Trudno nie zauważyć, że to jednak kobiety są tu silniejsze, a przynajmniej one pełnią rolę dominujące. Kierowniczka ośrodka, Samotna liderka indywidualistów, Nieczuła kobieta, wymuszają swoimi postawami uległość przedstawicieli obojga płci. Jeśli mężczyzn coś motywuje do działania w narzuconej formule, to tylko instynktowny strach przed zamianą w zwierzę, nawet jeśli obecna forma egzystencji daleka jest od spełnienia w podmiotowości. Nie wiem, czy ten szczegół ma znaczenie, ale w obsadzie filmu obok nazwisk aktorów umieszczono cechy postaci, zamiast imion bohaterów: Sepleniący mężczyzna, Kobieta z krwotokiem z nosa, Ojciec samotnej liderki, Kobieta z ciastkami, Krótkowzroczna kobieta, Kulejący mężczyzna. Dlaczego ich imiona, podobnie jak dotychczasowe życie filmowych postaci i dramaty, które ich tu przywiodły, są aż tak pozbawione znaczenia? Oto mają nową szansę. Teraz są tylko bezwolną grupą jednostek do urobienia podług naddanego sensu. W zasadzie nie pada tu jednak żadna podpowiedź, jakiej wyższej idei ma służyć trwanie w parze, skoro nawet o prokreacji nie ma mowy. Można pójść na skróty, uznać, że metafora twórców prowadzi do ukazania skutków konfrontacji, że przeciwstawiono skrajną prawicową ideologię skrajnie liberalnej, a tarcie między dwiema siłami czyni bohaterów ludźmi bez właściwości, jeśli nie przyłączą się do żadnej ze stron. Tymczasem nawet liderzy są tu podejrzani w swojej autentyczności, bo toczy ich rak lękowego udawania przekonań, co zostaje w filmie świetnie obnażone.

Świat w filmie „Lobster” jawi się jednocześnie jako groteskowy i bezwzględny, w jakiś sposób oniryczny. Gorzki humor graniczy tu z okrucieństwem, cynizm z delikatnością rodzącego się uczucia, skazanego na zagładę. Z pewnością nie jest to arcydzieło, ale pozostawia w widzu pewien rodzaj egzystencjalnego niepokoju, zrodzonego z towarzyszenia wykastrowanej podmiotowości. Ten niepokój przypomina też, że w każdej formie życia społecznego jesteśmy formowani pod wymiar, pod kontur oczekiwań grupy. Klasa w szkole, zespól w pracy, koledzy w biurze, na uczelni, wspólnota w kościele, funpage, partia polityczna, forum, każdy rodzaj zbiorowości przycina podmiotowość do przewidzianej ramki. Przypomnienie o tym, to jeden z głównych atutów tego obrazu.

    Film ma swoje dłużyzny, bywa męczący, ale mimo mielizn fascynuje oryginalnością fabuły. Wyraźnie wyłamuje się z określonych konwencji i nie daje się przyciąć do żadnego wymiaru gatunkowego i za to także chwała reżyserowi. Tego oczekujemy od kina artystycznego, które nie jest li tylko zmaganiem z formą i estetyką. Widziałem różne określenia: sf, thriller, dramat, film psychologiczny, czarna komedia, niekonwencjonalne love story, jednak żadne z nich nie oddaje w pełni charakteru opowieści Lanthimosa, której z pewnością warto oddać dwie godziny życia, choćby po to, by uciec rutynie i wyrwać się ze schematów myślowych.

niedziela, 17 listopada 2013

Miłość pomimo

    W Święto Niepodległości zabierałem się do rozważań w duchu: dlaczego nie umiem patriotycznie świętować? W zasadzie jedyne skojarzenie z obchodami, jakie od lat powraca na myśl o tym dniu, wiąże się z błogosławieństwem bezkarnego wysypiania. Poranny ból głowy jest pierwszym i najważniejszym skojarzeniem z 11 listopada, chociaż nigdy nie zawdzięczałem go nieumiarkowaniu w jedzeniu i piciu dnia poprzedniego. A jednak z jakiegoś powodu nie szukam gęsi do pieczenia, flagi nie wywieszam, wzorem dwóch sąsiadów wyłamujących się z obojętności mieszkańców wielkiej płyty. Nawet defilady w telewizji nie chce mi się oglądać, więc i tym razem tak się zbierałem do opisania patriotyzmu neutralnego, że ostatecznie wymiękłem pozostając w milczeniu.
            Temat wydał się tak oczywisty, a jego ujęcie dla większości rodaków jak mniemam na tyle zwyczajne, potoczne i mało odkrywcze, że skasowałem co napisane i wyrzuciłem z głowy pomysł tekstu, przynajmniej na kilka dni. Ale spokoju nie dawał i może darowałbym sobie dalej, gdyby nie stary odcinek serialu Ranczo, który włączyłem do przedwieczornej drzemki regeneracyjnej. Gdy tak balansowałem na granicy jawy i snu, dotarły szczątki dialogu kobiet trzymających władzę: … ja nie wiem za co kocham ten kraj… rzekła jedna z nich. Druga zaś szybko skwitowała: z miłością tak już jest. Czasem nie kocha się za coś, ale pomimo czegoś. Oczywiście przy takim stanie świadomości, poszukującej raczej Morfeusza niż miłości ojczyzny, mogłem przekręcić słowa, ale sens wpił się kleszczem olśnienia i nakazał zrezygnować z drzemki.
Zdaje się, że rzeczywiście o wiele łatwiej dziś uzasadnić, pomimo czego da się kochać nasze państwo niż wyśpiewać pean miłości bezwzględnej, która mniej boli w dowolnym wymiarze niż miłość krecika do jeża, albowiem ślepa nie zawsze znaczy bezbolesna. Zacznijmy od rzeczy najprostszych: kocham pomimo podziałów narodowych i politycznych, które wybrzmiewają w stwierdzeniu, że gdzie Polaków dwóch, tam trzy opinie, koniecznie krzykliwie konfrontowane, coraz częściej z użyciem narzędzi ostrych, benzyny i podpałki, niekoniecznie do grilla. Coraz trudniej odróżnić, szczególnie podczas zabaw narodowych, gdzie kończy się wymiana zdań a eksploduje frustracja lub lęk i poczucie niższości, które dwa lata temu – też z okazji tego święta – trafnie ujął ks. Adam Boniecki słowami: Człowiek pewny swojej ojczyzny nie będzie szalał na jej punkcie. Człowiek pewny swojej wiary nie będzie wszędzie węszył jej prześladowań. I odwrotnie. To niepewność własnych przekonań budzi agresję obronną u wszystkich stworzeń, które atakują, nie widząc innego ratunku. Tymczasem z upływem kolejnych lat jeszcze mniej w narodzie ochoty na wspólną zabawę, o wiele zaś więcej potrzeby konfrontacji, konfliktu i niszczenia wspólnotowych fundamentów. Chciałoby się powiedzieć rymem częstochowskim: coraz mniej radości z tej niepodległości.
            Coraz trudniej kochać państwo, w którym agresorzy nawołują do nienawiści, a bezkarni wandale ze sprejem w garści nie odpuszczą najładniejszej elewacji albo figurce sympatycznego Plastusia, ewentualnie urąbią łapkę Misia Uszatka z taką samą lekkością jak odetną powyżej łokcia lewicę Reganowi, by zademonstrować… no właśnie co? Powrót do jaskini? Wstręt do wszystkiego, co sympatyczne, estetyczne, mądre i miłe? To moc barbaryzacji, czy tylko akt niewymuszonego rozstania z własnym mózgiem, radośnie i głośno wypróżnianym za stodołą? Ale może trzeba odmalować na nowo Plastusia, poddać renowacji Uszatka i ignorować resztę za wszelką cenę, by ocalić nieco miłości do państwa? Nawet na przekór trwałemu przypisaniu do klubu frajera chodzącego na wybory, płacącego uczciwie z ciężko ciułanego grosza na trójkąt bermudzki o wierzchołkach: NFZ, ZUS i PKB.       
            Niełatwa jest miłość, gdy trzeba bezradnie przyglądać się młodym, bezpowrotnie przekraczającym granice zachodniego świata. Gdy w milczeniu pozostaje godzić się na rozstanie z generacją zdolną, wykształconą i odrzuconą przez krótkowzrocznych rządzących. Trudno silić się na miłość do państwa, które zamyka oczy na pokolenie pozostawione sobie i skompromitowanym politykom. Zwłaszcza, gdy bezsilni rodzice i dziadkowie tkwią skazani na pułapkę niedołężnienia w otoczeniu wszechpotężnych i wpływowych korporacji, które będą wciągać ostatnie ich złotówki. Ale też będą urabiać pozostałe tu dzieci na tanią siłę roboczą, szarą masę posłuszną nakazom konsumpcji, spełnioną w trawieniu chipsów i telenowel albo telewizyjnych show.
Czy zatem, pomimo trudów miłości, są jakieś jej blaski? Może da się kochać to państwo także za coś? Niewykluczone, że to jedynie sprawa obiektu, na jaki kierujemy wzrok, decyduje o sile miłości. Wszak wciąż jest tyle miejsc pięknych: rzek, lasów, jezior, morskich plaż i gór, łąk i pól nieskalanych przez cywilizację i pęd gospodarki rabunkowej, a to przecież ciągle to samo państwo. W ludzkiej społeczności tyle jeszcze ocalało wysp nieodkrytych, niemedialnych krain bezinteresownej pomocy i życzliwości, o których nie doniesie prasa, telewizja i radio, bo co dobre jest ciche i nie chce przylegać do sensacji. Sporo jest jeszcze wież, wysokich i niskich, w których pomieszkują Polacy wrażliwi, uśmiechnięci, wyciszeni, przerzucający wirtualne butelki z listami pisanymi orograficznie, po polsku. Trwają tam skłonni do rozmowy nie tylko z sąsiadem, do spotkania, szanujący rzeczywiste autorytety. W ciszy swoich mieszkań pracują nad poprawą czytelnictwa, rozwijają intelekt wbrew modzie na bezmyślność i lęk przed własnym zdaniem. Wymieniają opinie, chodzą na pouczające wykłady, organizują festyny i festiwale polskiego filmu, teatru i ojczystej prozy. Spotykają się by fotografować, zaśpiewać, zatańczyć, pomni na tradycję, której nie chcą negować. Potrzebują zapomnieć na moment o tym, co bolesne, co odstrasza od miłości nadwiślańskiego skrawka ziemi. Czy to jeszcze jest państwo do kochania, czy już tylko ponadnarodowe społeczeństwo, wspólnota wrażliwych ludzi dobrej woli, którzy odnajdują się z coraz większą trudnością w świecie wyższych wartości? Narodowo czy nie, jednak nie potrzebują flagi, zamieszek, darcia koszul w imię świętowania niepodległości, bo tę budują w mrówczym trudzie tworzenia relacji ponad podziałem, w ciekawości innego, w otwartości na propozycję niebanalnych form ekspresji. Chwała im za to, dopóki obywają się bez odcieni czarnych, brunatnych, czerwonych i nie pielęgnują lęków przed innym. Żeby istnieć w pełni nie potrzebują się różnić i tylko dlatego nie mają szans na słyszalność. I ze względu na nich nie wywieszę flagi, ale podniosę kufel zimnego piwa. Obym zawsze pamiętał, że to ich dzień, który zaczyna się ilekroć mija mój ból głowy, związany z przesypianiem obchodów Święta Niepodległości w tle.
Print Friendly and PDF