Pokazywanie postów oznaczonych etykietą refleksje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą refleksje. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 kwietnia 2026

Zawiecha

Coraz głośniej i intensywniej słychać nawoływanie: świat zwariował! Krzyczą opiniotwórcze portale, tygodniki i gazety, pobudzając werble klikalności. Jakby wielkie halo miało zrobić wrażenie i mogło coś powstrzymać. Gdyby przynajmniej świat wariował z konkretnego powodu, może wiadomo byłoby, co w nim zmienić, co odwrócić albo zatrzymać? 

Fakt. Nie bardzo już wiemy, w którą stronę ruszyć. Naprzeciw szaleństwu czy raczej z jego nurtem? Teorie spiskowe w natarciu. W sieci coraz trudniej odróżnić, co płynie z ust człowieka, a co sprytnie sfałszowane przez AI, rzecz jasna nie bez udziału homo cwaniaka lub tylko przygłupa. Korporacje mają w głębokim poważaniu ludzkość, zielony ład, planetę, a ostatnio nawet własnych pracowników. Intensywnie kombinują, jak obniżyć koszty pracy i zastąpić wyścig szczurów chłodnym blaskiem algorytmów. Możemy być pewni, że w całkiem bliskiej przyszłości tłumy menedżerów, finansistów, administratorów i innych biurw (nakręcanych dotąd na sukces i karierę) zasilą rzesze bezrobotnych klikaczy w klawisze. Przestrzenie influencerów od dawna zajęte, a do układania kafelków, hydrauliki czy smarowania gładzi tynkowej paluszki nienawykłe.

Putler zniszczył gospodarkę własnego kraju i udaje, że chce mówić o zakończeniu wojny, noc w noc naparza przy tym Ukrainę. Zabija rzesze dzieci, kobiet i mężczyzn (także własnego narodu), bo u niego “mnogo ludeyi już nie ma odwrotu. Zwłaszcza, że zainfekował rzesze własnej nacji zaraźliwą chorobą na imperium, więc jego zniknięcie z kart historii niewiele zmieni. Im dłużej to trwa, tym silniej narasta u nas niechęć do Ukraińców, nadmiernie roszczeniowych i nieszanujących daru Polaka. 

Pomarańczowy oszołom zza oceanu wiesza na ścianie zdjęcie z Putinem, najpierw mówi, że zakończy wojnę w Ukrainie w dwa dni, a potem, dla odmiany, porywa potwora z Wenezueli. Niczego tym nie zmienia, ale za chwilę przekieruje uwagę mediów i napiernicza w Iran i na koniec pochwali swoje nowe i drogie firanki w gabinecie. Wystrzeliwuje arsenał we wszystkie strony świata w ramach powołanej rady pokoju i donosi, że rodacy go uwielbiają. Przy czym pluje na Europę, która nie chce brnąć w szaleństwo. Czy to już szczyt zidiocenia?

Tymczasem czas ciągle goni nas. Nawet jeśli jesteśmy wolni od niusów i snusów, ratunku nie ma. Praca, dom, zakupy, wizyta u stomatologa, kolejka do maszyny do zwrotu pet butelek i puszek. “A ziemia toczy, toczy swój garb uroczy”, chciałoby się powiedzieć za guru Stachuru. Ogródek zbrojony na wiosnę w donice, keramzyt i begonie. Rower w serwisie, kask do hulajnogi, żwirek do kuwety, przegląd samochodu i wahanie: wymienić już opony na letnie? Dziś narzekamy na trudy powrotu do roboty w poniedziałek, za chwilę puszczamy w sieć rzeczkę memów z cyklu: “piątek, piąteczek, piątunio”, by po chwili znów nie lubić poniedziałku. Im starsi, tym bardziej zmęczeni powtarzalnością kieratu i zdumieniem, że doba coraz krótsza i szybciej ucieka. W latach szkolnych do wakacji przeżywaliśmy całą epokę lenistwa, upokorzeń i sprawdzianów. Dziś panicznie przewijamy booking.com w poczuciu, że od zeszłorocznego urlopu do obecnego minął ledwie miesiąc. Dokąd i po co to wszystko tak pędzi? Rzekłbym, że do końca. Świata albo naszego.

Próbuję wyhamować ten potok myśli, bo życie podarowało mi chwilę zawieszenia. Co prawda to samochód zawisł na podnośniku ASO i wypuszcza olej, ale i ja mam do zyskania przynajmniej dwie godziny dla siebie. Przy niewielkim stoliku trójka podobnie zawieszonych, raczej rówieśników, w sile wieku prawie średniego. Ona, bujająca masywnym kamaszem jak na safari, kończącym łydkę schowaną w szerokie hajdawery ecru, silnie skupiona na przewijaniu Instagrama. Pierwszy on napiernicza w balonikową strzelankę z sieci. Chyba z widokiem na sukces, bo z lekko wysuniętym jęzorem, którego i waran by się powstydził. Drugi on zaburza ciszę jazgotem policyjnych syren z amerykańskiej produkcji streamingowej, wgapiony w ajfon niczym nastolatek w krocze milf z zakazanego porno. 

Zerkam na towarzystwo stojąc i wciągam aromat kawy nad ciurkiem z ekspresu. Powoli szukam strategicznego miejsca, do którego nie dotrą rażące promienie słońca. Szklane ściany salonu zewsząd, nie znają litości, całkiem jak gangsterskie strzały z głośników Janusza od auta w leasingu. Właśnie oparł sprzęt na zadaszeniu lęgowym własnego ptaka i osiąga komfort widza. Na hałas serialu mam słuchawki, ale wobec promieni słońca pozostanę bezradny. 

Mieszam kawę cienkim patykiem i za chwilę narażę się na śmieszność. Na tym tle facet wyciągający książkę? W epoce vlogów, podcastów i rolkożerców? To już nie dziaders  -  to niemal relikt. Nawet w kręgu równolatków, to mamut cięższego kalibru. Może nie zrobią mi zdjęcia z ukrycia? Najwyżej zostanę gwiazdą jednego mema. Wziąłem ze sobą zbiór Planeta Lema. Felietony ponadczasowe. Gatunek, który pozwala zakończyć lekturę w dowolnym momencie i wrócić w dowolnym czasie. Wyjmuję zakładkę i czytam:  

Nikt jeszcze nie powiedział wprost, że Rosja zamierza dążyć do powrotnego zawłaszczenia na przykład Ukrainy, byłoby to jednak wielkim krokiem ku wzmożeniu niebezpieczeństwa grożącemu naszemu krajowi. Słyszę, że ku czci Putina jeden z postsowieckich okrętów podwodnych wystrzelił transkontynentalną rakietę, oczywiście bez głowicy atomowej. Taki gest symboliczny powinien mieć dla nas znaczenie. Słowa moje są bezsilne i bez skutku realnego, choćby się ukazały na Bóg wie jakich łamach […]. Należałoby się trochę zainteresować tym, co się dzieje za naszą wschodnią granicą, która nie bezzasadnie nazywa się “wschodnią ścianą”; zawsze to oznaczało miejsce, za którym dalej nie ma już nic, głową w mur. 

Nie wierzę! Lema nie ma wśród nas od dwudziestu lat. Agresja Rosji na Ukrainę trwa od lat czterech. Skąd taka aktualność tekstu? Zerkam na koniec felietonu Niepokoje i widzę datę - kwiecień 2000r. Ćwierć wieku wstecz, jeden z najwybitniejszych pisarzy minionego stulecia, futurolog, genialny autor tłumaczony na ponad 40 języków, z łącznym nakładem dzieł przekraczającym 30 milionów egzemplarzy. Z precyzją wizjonera ostrzegał i co? I nic! Pozostał zapis “bezsilnych słów”. Kto miałby wówczas przejąć się tekstem na tyle, żeby uważać na wschodnią granicę i uwierzyć w próbę zawłaszczenia Ukrainy za dwadzieścia lat? Wiadomo, proroków poważnie się nie traktuje, po czym szybko o nich zapomina. 

Unoszę wzrok znad Lema jakbym chciał podzielić się poczuciem bezsilności. Zerkam na jeszcze większą grupkę oczekujących ze mną w ASO. Wszyscy z nosami w telefonach, mechanicznie odcięci od potrzeby jakiejkolwiek komunikacji i refleksji. Jak na komendę suną automatycznie kciukami, a przecież stanowią statystyczną grupę wyborczą. Otumanienie miganiem obrazków idące tak daleko, że nawet na niecierpliwe zerkanie na zegarek ich nie stać. 

Ciekawe, jak wyglądałyby rządy merytokracji w takim społeczeństwie? Czy mogłaby być przekonująca dla obywateli, którzy nie są w stanie skupić się ze  zrozumieniem przez kwadrans wypowiedzi, ustnej czy pisemnej? Może to jednak lepiej, że rzeczywiste elity nie są zainteresowane władzą, rządem dusz zatraconych w sieci? Umysły twórcze, wybitne, przewidujące porywa ciekawość świata, analiza faktów, opis zjawisk, porządkowanie chaosu myśli przez pisanie, poznanie emocji i szukanie sensu. Czy można mieć żal do rzeczywistej siły umysłowej narodu, że nie ma narzędzia do uzdrowienia państwa i relacji społecznych? Czy pozostaje spuścić zasłonę milczenia na znakomitą większość, która czyni życie coraz mniej znośnym? Na masę tyle krzykliwą, siejącą zamęt, co ciemną i niezdolną do samodzielnego myślenia, gotową o każdej porze i w każdym czasie łykać pomyje populizmu, byle wchodziły lekko, łatwo i przyjemnie…

- Zapraszam pana. Samochód gotowy do odbioru. Karta czy gotówka?

piątek, 27 marca 2026

Czytając Camusa

Z doskoku czytam Notatniki Alberta Camusa, wydane niedawno przez PIW. Z uwagi na format książki kupiłem ebooka, co rzadko, ale jednak mi się przydarza. Po dniu pracowitym łatwiej utrzymać w dłoniach czytnik i nie oberwać w łeb solidną cegłą, gdy już opadną powieki (800 stron w papierze). 

W jednej z notatek trafiłem na znamienne zdanie autora Dżumy, przeczytane we wczesnej młodości, które niosło mnie w latach dziewięćdziesiątych i na początku obecnego stulecia przez wszystkie próby tworzenia literatury po godzinach pracy zarobkowej: 

Jest czymś normalnym oddać kawałek życia, by nie stracić całego. Sześć czy osiem godzin dziennie, żeby nie zdechnąć z głodu. A potem wszystko jest korzyścią dla tego, kto chce korzystać. 

Ten fragment znam od kilku dekad, choć nie pamiętam, skąd pierwotnie do mnie trafił. Przez lata pozwalał wierzyć, że pisanie literatury resztkami sił ma sens, choć idzie przed nim utrata najcenniejszych godzin dnia dla chleba i przetrwania w dziczy gospodarki rynkowej. Wielu z nas kapitalizm zabiera godziny najbardziej wydajne i wypełnione energią zostawianą na etacie albo oddaną działalności gospodarczej. Przez lata wierzyłem, że stukanie w klawisze wieczorem będzie miało też plusy. Nie muszę ulegać modom i trendom literackim, w żaden sposób umizgiwać się do czytelnika i zabiegać o to, co akurat się sprzeda. Przecież nigdy nie będę żył z pisania, a to pozwoli kroczyć własną drogą kreowania zdarzeń i oswajania potworków naszej rzeczywistości. Przy okazji może pozwoli nawiązać relacje z myślącymi podobnie. Uwolni od owczego pędu konkurencji, choć z pewnością utrudni kontakty z wydawcami, festiwalami, targami książki i z tak zwanym środowiskiem, czyli najczęściej hurmą zawistników, narcyzów, różnej maści kapłanów samozajebistości, pozornie tylko wzajem klepiących się po plecach.

Bardzo wierzyłem, że nie tylko nie tracę całego życia, ale korzystam, rozwijam się i niejako wchodzę w dialog z czytającymi. Oni przecież też brną między okładki po godzinach. W momentach pychy wierzyłem nawet, że wnoszę coś w życie innych, otrzymując niezłe recenzje wydanych z takim trudem książek. Prawdopodobnie i dziś słowa Camusa uskrzydlałyby mnie dalej, może miałyby nieustannie moc unoszenia ponad coraz wyższe progi stawiane literaturze i własnemu zmęczeniu, gdy trwanie niesie więcej obowiązków i konieczności oddawania kawałków życia różnym powinnościom. Dałbym radę, gdyby nie… no właśnie, gdzie powstała przeszkoda główna? Ta nie do przejścia? A może po drodze wyrosło ich znacznie więcej niż jedna i konkretna? 

Tamę powoli i skutecznie wznosiły odłamki cywilizacji, niesione bystrym nurtem zmian mentalnych, technicznych, technologicznych. Choćby coraz większy wysyp książek na rynku, odkąd druk jest tani i powszechnie dostępny. Setki oficyn produkujące coraz bardziej gówniane, schematyczne i gatunkowe popłuczyny, nierzadko pasożytujące na egocentryzmie "autorów", usiłujących za wszelką przerobić swoje całkiem przeciętne życie w literaturę, byle zobaczyć własne nazwisko na okładce. Nawet za cenę wtórności, schematyzmu, braku szacunku dla języka, redakcji i korekty tekstu. Co w czasach vlogów i influencerów od majtek z koronką i bez, trzeba przyznać, nikomu specjalnie nie przeszkadza. 

Unicestwienie medialne profesjonalnej krytyki literackiej, wypartej w dobie nadmiaru festiwali i blogerek Zuzanek siejących zachwyt przeczytaną powieścią, też zrobiło swoje. Bo to krytyka umożliwiała dawniej oddzielanie literackiego ziarna od plew i kreowała gusty. Podnosiła czytelniczą i pisarską poprzeczkę, niejako utrudniała sprzedaż wymaganiem czy zwykłym oczekiwaniem, więc zepchnięto ją w niszę spraw nadto komplikujących, zastępując krótką notką promocyjną. Sieciowe przekierowanie czytelnika na tor poszukiwania taniej sensacji nie pomogło literaturze, mieszając ją z usługowym przemysłem rozrywki. W ostatnich latach, jak widzę, nawet poszukiwacz lekkostrawnych fabuł coraz chętniej wpisuje się do czerwonej księgi gatunków ginących i bez żalu odpala w aucie kanał streamingowy z audiobookiem czy podcastem, a wieczorem filmową papkę serialu. Na pytanie, ile książek przeczytał w roku, statystyczny Polak odpowiada przede wszystkim, że książka jest za droga i go nie stać. Choć stać na strumienie płynące z sieci, piwo, knajpę i chipsy. Wytarty frazes usprawiedliwia wielu, bo jeszcze nie wyparowało głęboko zakodowane przeświadczenie, że jednak trochę obciach nic nie czytać. 

Czasem patrzę na to z oddali i pocieszam się myślą, że szlachetniej jest milczeć, gdy wszystko już napisano i coraz mniej pozostaje do odnotowania o naszym czasie. A już na pewno nic, co warto pchać między okładki. Coraz chętniej i bez pretensji zamykam się w czterech kątach, żeby choć trochę pomilczeć w wolności od nadmiaru informacji zbytecznych. Dziś łatwiej odrzucam odwieczny dylemat z początku wieku, gdy po godzinach dzieliłem resztki doby na pytanie: raczej pisać czy czytać? Szarpałem się tym każdego tygodnia, w przekonaniu, że za mało przeczytałem, żeby lepiej pisać albo za mało napisałem, żeby stanąć w szranki z autorami, którzy dryfują po szerokich wodach. 

A dziś? Niby czym nowym można oczarować wydawcę, a potem czytelnika? Już chyba tylko biciem rekordów: ile książek napiszesz w ciągu roku, żeby utrzymać się na fali "mrozoidalnej". W kraju, w którym jedną książkę na rok czyta mniej niż połowa obywateli jeszcze czytać rzekomo potrafiących. Tu, gdzie wydaje się średnio od 90 do 100 pozycji książkowych każdego dnia, wliczając weekendy. Co popycha ludzi do dokładania kolejnej książki, nawet najlepszej powieści, którą spotka los jętki jednodniówki? W dodatku przykrytej stertą trupów następnych efemeryd, zbywanych - co najwyżej – komentarzem „ciekawe”? 

Wiem, żyjemy w czasach nadmiaru, więc nie ma czemu się dziwić. Ale pędu tego świata żadna książka nie zatrzyma. Rozumu raczej nikomu wpływowemu nie doda, w anioły tłumu nie przerobi, bo głodny najwyżej igrzysk. Anioły rodzą się w ciszy i przestrzeni ponad galopem na czas. Tymczasem widać, że wielka historia niczego nie uczy i ludzie wciąż zabijają się chętnie nawzajem, tylko dlatego, że wybrani przez nich idioci i psychopaci każą im do siebie strzelać. Co może zrobić tu literatura? W kraju zbiorowej ignorancji, nieświadomości, przewijania rolek TikToka i nieustannego kiermaszu wyprzedaży. W kraju, w którym wysiłek intelektualny dołuje i boli? 

Jest już bardzo późno. Z trudem otwieram oczy, jeszcze raz zerkam na zdanie wyrwane z Notatnika Camusa. Co dziś może oznaczać owo: A potem wszystko jest korzyścią dla tego, kto chce korzystać? Czy jest jeszcze jakieś "potem"? Gdy poświęcanie czasu nie biegnie już w stronę nie zdechnąć z głodu, ono dawno temu pobiegło w stronę ciągle mało. Minęło dobre dziewięćdziesiąt lat, odkąd noblista zapisał ten prawie aforyzm pomiędzy notatkami, ale tu od lat obowiązuje już stadna zasada: jeszcze wyższe stanowisko, jeszcze więcej władzy, jeszcze jeden samochód więcej i większy od sąsiada, jeszcze cztery pary butów, kolejna modna torebka, bo poprzednie trendy passe i jeszcze więcej botoksu. Czwarte mieszkanie pod wynajem, wczasy na Mauritiusie, Zanzibar w zasięgu, zarżnąć się o drożej, wyżej, dostatniej, upchać worki krótkotrwałych wrażeń po kres wytrzymałości szwów. I tylko czekam i czekam, a jednak ciągle nie wymyślono trumny z kieszeniami, żeby to wszystko spakować i zabrać tam, gdzie mól i rdza z pewnością dosięgnie.

poniedziałek, 16 lutego 2026

Samotność i odosobnienie

Jako nastolatek zauważałem pewną prawidłowość natury społecznej. Dziwnym trafem działo się tak, że rówieśnicy, z którymi chciałbym spędzać czas, nie byli wystarczająco zainteresowani moim towarzystwem. Ci zaś, którzy nawet jakoś próbowali zbliżyć się do mnie, nie porywali ofertą. Czasem po prostu byli zbyt hałaśliwi, nadmiernie rywalizujący, a bywało, że zwyczajnie nudni. Taka to przewrotność młodości, pewnie znana sporej liczbie nastolatków. Tym chętniej uciekałem z wędką nad rzekę lub nad jezioro, gdzie izolacja była niemal wskazana, żeby pobyć z naturą. 

Mijały lata, a w czasie niezliczonych poszukiwań pasji i sensów, zmieniałem wielokrotnie zainteresowania, choć po drodze wyraźnie gubiłem rozeznanie, gdzie przebiega granica samotności z wyboru i z konieczności. Jesienne i zimowe wieczory sprzyjały jej pielęgnowaniu, bo nie było dokąd pójść. Znikał żal do świata i utyskiwanie na brak towarzystwa. Coraz chętniej zostawałem w domu z prasą i książkami. Te ostatnie szczególnie umożliwiały wędrówki z bohaterami opowieści tam, gdzie na żywo być nie mogłem. Było to znacznie ciekawsze niż otoczenie społeczne powiatowego miasteczka. 

Gdy los rzucił mnie na pomorską ziemię, a studia humanistyczne wystarczająco umordowały drukiem książek ze spisów lektur obowiązkowych i uzupełniających, na powrót odkryłem piękno lasów, tutejszych wzniesień, dolin i rzek z bystrzem gwarantującym przygodę z pstrągiem. Szczególnie trudno dostępne odcinki, zabagnione, krzaczaste, pełne zwalonych drzew i z gęstą pokrzywą, przewyższającą o głowę niemałego faceta, oferowały porywające wędrowanie z wędką i aparatem. A ryby? Z czasem stały się jedynie dodatkiem do możliwości ucieczki od cywilizacji. Znaleźli się też nieliczni koledzy po kiju. Połączył nas spinning i piękno świata, w którym nadal bóbr gospodarzem. Dziś, w porywach uniesień, mogę chyba mówić o spełnieniu, skoro nigdy nie potrzebowałem wielkiego grona ludzi wokół, a choroby społeczne oglądam z boku. 

Po co o tym piszę? Poniekąd mogę poczuć się zwycięzcą, ilekroć czytam teksty o narastającej fali samotności, która silnie niszczy współczesnego człowieka. Choć nie jest przecież nowym wynalazkiem. W nieodległym PRL-u wszystkie gazety miały swoje kąciki samotnych serc, dzięki którym ludzie szukali drugiej połówki, wystawiając na strzał wszystkie dane o sobie, zupełnie bez obaw, a RODO im się nawet nie śniło. Istniały zawodowe biura matrymonialne, kręcono o tym filmy, jak choćby Żeniac Janusza Kidawy z 1983r., w którym bohater, góral Stach, gospodaruje z matką na dziesięciu hektarach i nie może znaleźć żony. Wszelkie wysiłki, także prasowe, idą na marne. 

I dziś rolnik szuka żony, dlaczego zatem samotność ma być bardziej spektakularna i silniejsza niż dawniej? Czyżby lud uległ medialnym mitom globalnej wioski? Zawierzył sieci, obecnej pod strzechą, która przyniesie tysiące znajomych, milion lajków i nikt nie będzie już sam? Najbardziej zapyziały wyrzutek otrzymał dostęp do nieograniczonej liczby wspaniałych braci i sióstr oraz tych mniej cudownych, niosącym hejt wirtualu. Skąd zatem samotność bolesna? Wszak można dzielić pasje i zainteresowania, łączyć się w fanpejdże, reprezentujące każdy rodzaj najbardziej niszowego hobby, realnego czy wirtualnego? O jakiej samotności zatem mowa? Dawno powinna zniknąć z przestrzeni życia społecznego, a tymczasem? Zdaje się dosyć żwawo podąża za pan brat z klęską demografii. 

Jeśli komuś dokuczy wykluczenie wypada wyruszyć w miasto. Tymczasem coraz częściej zbyt przytulnie robi się w domu, a nawet w wynajętym lokum. Pandemia pokazała, że cudnie chodzi się w piżamie z wypchanymi kolanami i coraz dalej nam do klamki drzwi wyjściowo-wejściowych. Jeszcze dalej od tramwaju, płacenia parkometrom, stania w ogonku do stolika popularnej knajpy i po co? Żeby popitolić o czymś bez znaczenia z tak zwanymi przyjaciółmi? Żeby spotkać się z zachwyconą sobą fanką diety śródziemnomorskiej czy z fanem konfederacji? No i przestałem dziwić się, że kawiarnie i restauracje coraz częściej służą interesom, jak większość  miejsc budowania relacji. Pan lub pani z laptopem i pieczątką, a naprzeciw zestrachany młodzieniec czy kandydatka na kelnerkę. Tymczasem rolki w telefonie tak miło przewija się pod kocykiem, żarcie przywiezie rowerzysta i dobędzie prawie ciepłe z zielonego plecaka, a na ekranie kilka streamingów do wyboru. 

Wysiłek spotkania z drugim jest nie tylko fizyczny. Trzeba by uszczknąć kawałek siebie i dać, ale czy to się opłaci? Czy się zwróci w dobie relacji pragmatycznych? A potem trzeba znowu się ubierać, jeszcze raz wychodzić, coś proponować, czegoś oczekiwać, nawet słuchać, nie tylko nadawać. Zatem jest w tej postawie pewien paradoks. Narzekamy na samotność czy wybieramy z ulgą  odosobnienie? W nim nie musimy napinać się, rywalizować, przechwalać, skupiać uwagę i wysilać do bycia na serio. A że gdzieś z tyłu głowy brzmi zarzut lenistwa wobec przekonania, że człowiek istotą społeczną? Wolimy ponarzekać na samotność w tłumie. Dlatego nie przekonuje mnie medialne ujadanie na dramaty samotności, lawinowo spadające na ludzkość trzeciej dekady XXI wieku. 

Nie jestem potworem. Każdy dzień przynosi obrazki przeczące alarmom. Oto samochód wlecze się lewym pasem, bo kierowca klika w telefonie oburącz. Sam do siebie? W lusterku wstecznym rozbuchana emocjami kobieta gestykuluje, choć nikogo nie ma w kabinie. Niemal toczy pianę dialogu na głośnomówiącym, czyżby na siebie wylewała pomyje pretensji? Ktoś wjeżdża w nogi wózkiem w dyskoncie, bo tłucze rozmowę na messnedżerze. Inny blokuje przejście w tramwaju, wstawił plecak między buty i czatuje zawzięcie. W wagonie podmiejskiego pociągu dziesiątki kciuków walą w literki nieustannie. Wszystko to z otchłani samotności jak mniemam? Naprawdę? Czy raczej z pozycji bezpiecznego odosobnienia, które pozwala być stale w kontakcie i nie naruszać komfortu wygodnictwa? Mamy do czynienia z natręctwem komunikacji raczej niż z samotnością. Aspołeczne typy, wygodnictwem podparte, sobą zachwycone, zaskorupiałe w nieustannym dialogu cierpią z powodu izolacji? 

Przez moment zwątpiłem. Czy powyższe intuicje mają rzeczywiste uzasadnienie? Może jednak jawią się w głowie dziadersa, który nieustannie zmaga się z redefiniowaniem oswojonych zasad życia społecznego i pojęć wpojonych na różnych etapach edukacji? Tymczasem na ekranie telewizora pojawiły się twarze ludzi młodych, w wieku średnim i starszych, płci obojga, wypowiadające proste słowa: kocham cię. Może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że mówiły to do luster. Znana drogeria sieciowa przypomniała, że nikt nie zatroszczy się o nasz dobrostan tak świetnie jak my sami. A dzień zakochanych należy poprzedzić dniem zapatrzonych w siebie. W końcu jest ich znacznie więcej i czemu nie brać na celownik okazjonalnej sprzedaży, poprzedzającej walentynkowy szał? Pod bardzo humanitarnym hasłem, na miarę czasu: “zadbaj o siebie”. Czyli nikt nie wyzwoli z samotności równie skutecznie jak my sami. 

I tu przypomniał mi się finał wspomnianego wyżej filmu Żeniac. Stach wiedzie kolejną kandydatkę na żonę przez wieś, kroczy przodem, szeroko gestykulując. Chwali się posiadaną ziemią, własną i odziedziczoną po krewnych. Tu ma żyto, tam ziemniaki, a tymczasem kandydatka na żonę, idąca z tyłu, właśnie się zagapiła i wdepnęła w krowi placek. Staszek nie zatrzymując się, głosi monolog samochwały. Dziewczyna widząc to rezygnuje z jego towarzystwa i zawraca. Stach, zachwycony sobą, przeoczył właśnie ostatnią szansę na życie wolne od samotności. Jedna z sąsiadek, widząc to, zamyka sprawę monologującego samotnie chłopa prostą sentencją: to stary kawaler, pewnie mu bije na dekiel.

wtorek, 20 stycznia 2026

Niezrzeszony wśród pieniaczy

W zimowe popołudnia, a szczególnie wieczory, przy świecy i kojącym plumkaniu jazzu snują się niespieszne myśli. Jedna z nich męczy mnie odkąd ukojenie zburzyła kłótnia partyjnych głów z telewizora, nieopatrznie zostawionego w sąsiednim pokoju. 

Dlaczego nigdy nie kręciła mnie polityka? Znakomitej części społeczeństwa rozpala zmysły, rodzi miliony memów w sieci, chyba więcej niż poświęconych pracy zarobkowej, relacjom małżonków, zmaganiom płci, edukacji czy zdrowiu i kulturze razem wziętych. Pod postami politycznymi zawsze najwięcej ustawek, chamstwa, agresji i przemocy w komentarzach. Jakby sens doniesień sprowadzał się do roli paliwa napędzającego irracjonalną potrzebę awantury. W domach skłócone rodziny, zerwane znajomości i przyjaźnie w imię wojenki polsko-polskiej, każdego z każdym, z powodów w gruncie rzeczy abstrakcyjnych i nazajutrz nieważnych. Aż strach pomyśleć, ile pary naród puszcza w gwizdek po nic. A rzeczywistość coraz bardziej przaśna. 

Odśnieżenie chodnika, wypchanie komuś auta z lodu na parkingu, wniesienie zakupów przysłowiowej staruszki na piętro bez windy czy zrzutka na Siepomaga.pl  czynią więcej realnego i namacalnego dobra niż jałowe naparzanki polityczne eskalujące złe emocje. Dlaczego ludzie tak kochają czuć się najmądrzejsi politycznie i zawsze wiedzą lepiej niż ci, którzy wiedzą inaczej? A wszyscy uprawnieni, by pluć jadem w bliźniego, który bliźnim za nic być nie może. Nie wiem, czy dominują w tym faceci, ale ostatnio ujęły mnie słowa nieodżałowanego Tadeusza Konwickiego, który w Pamflecie na siebie pisał:

Rozwój cywilizacji odebrał panom wiele możliwości hazardowych. […] Podbijanie niepodległych pań także straciło na znaczeniu, bo panowie poddali się uniseksowi albo uprawiają miłość między sobą. Została więc tylko polityka, zadowalająca ową odwieczną żyłkę hazardu i ryzyka. Dlatego do tej nieszczęsnej polityki z obłędem w oczach pchają się wszyscy. I analfabeci i uczeni, kopnięci w móżdżek i dewianci, zboczeńcy seksualni i impotenci. Polityka, to ziemia obiecana dla wszystkiego, co niewydarzone na naszym biednym globie. Losowanie posłów z całego społeczeństwa uchroniłoby nas, choćby częściowo, od łagrów, kacetów, Hitlerów, Stalinów i tych nieznanych jeszcze dręczycieli, co na razie bawią się w piaskownicach. 

Choć od wydania książki Konwickiego minęło trzydzieści lat, bardzo niewielu wyszło z piaskownicy. Do wymienionych wyżej cech “niewydarzonego” dodałbym dziś lawinowo narastającą pazerność oraz opanowaną do perfekcji sztukę kumoterstwa i robienia większego idioty z wyborcy niż z siebie samego. A swoją drogą, odkąd dzień w dzień media walą w nasze głowy kolejnym doniesieniem o erupcji fajerwerków z pomarańczowej głowy narcyza prerii, zyskuję przekonanie co do logicznej dosyć prawidłowości: im większa liczba prostackich umysłów elektoratu, tym bardziej żenujący przywódca z  jego wyboru i mocniej zahukana garstka "wykształciuchów". Zatem losowanie kandydata w miejsce kampanii wyborczej mogłoby rzeczywiście uchronić niejedną demokrację przed ruiną. Ale kto usłucha pisarza?

Gdy analizuję własną niechęć do polityki, odkrywam, że jej korzenie sięgają dosyć głęboko. Początki swe bierze w podejrzliwości wobec tego, co zbiorowe. Chrzest prawdy o działaniu grupowym przeszedłem dosyć szybko. O ile pamiętam na etapie wczesnej szkoły podstawowej, gdy postanowiłem zostać zuchem. Poszedłem na pierwszą zbiórkę, do której zachęcały całkiem sympatyczne druhny wbijające na lekcję plastyki. Wieczorem, w dosyć posępnej i obskurnej szkolnej harcówce, umieszczonej w suterenie tysiąclatki, rzeczone druhny zebrały składkę na naszą działalność i wyznaczyły termin kolejnej zbiórki “na za tydzień”. Po upływie siedmiu dni czekałem wraz z grupą, równie naiwnych jak ja, najpierw na ganku zamkniętej szkoły, później obok, pod latarnią, na kamiennym murku ulicy Lipowej. Bezskutecznie. Ani zbiórki, ani druhny, ani kasy, bo był to zwyczajny prototyp metody na wnuczka… a raczej na zucha. 

Rzeczone panny, po kilku latach, okazały się znanymi w mieście gwiazdami taniej miłości pod wezwaniem pobliskich koszar. A ja wówczas – trudno powiedzieć jak inne niedoszłe zuchy - zebrałem lanie w domu za okłamywanie rodziców. Jako dziecko przed pierwszą komunią nie dysponowałem zegarkiem na rękę i okazało się, że czekanie na zbiórkę trwało tak długo, aż ojciec został wysłany przez matkę z misją odnalezienia dziecięcia zagubionego w akcji. Szkoła, jako rzekłem, była zamknięta. A że “nie wiadomo, gdzie się szlajałem”, cięgi przypadły na mój niewinny zadek. Kilka lat późnej ochoczo przyznałem rację koledze z bloku, który pasjami pucował w piwnicy poniemiecki motocykl NSU i mawiał, że harcerstwo to pierwszy krok do komunizmu. Organizacje zbiorowe, skupione wokół gadania, pokrzykiwania i zdobywania sprawności, prędzej czy później ocierają się o wypaczenie idei, ściemę, hierarchię, konflikt władzy, chciwości, chorych ambicji, zniewolenia i podporządkowania grupy członkom nie zawsze mądrzejszym, ale bezwzględnie korzystającym ze sztandaru z patetycznym hasłem. Taka jest człowiecza natura i choćby żabami padało nic tego nie zmieni.

Zastanawiać może fakt, czy jest to przypadłość rdzennie polska, wynikająca z narodowego temperamentu? Czy może ciągnący się skutek wyniesionej w genach komuny, zaradnego krętactwa, cwaniactwa i poczucia, że wszystkich wokół można i trzeba robić w wała, żeby wspiąć się po łbach głupszych od własnego na najwyższy konar, z którego i perspektywa szeroka i wszystkim można nasrać na kaszkiet?

I nie ma znaczenia, czy jest to partia polityczna, która nie umie wybrać wodza, Oaza przykościelna czy inne apostolstwa w duchu oraz stowarzyszenia pocieszenia wszelkiego i ratowania uczuć. To, co grupowe skupia jednostki niepewne siebie i własnej wartości, przez co grozi zamknięciem w sekciarstwie. I w imię oblężonej twierdzy bronić będzie choćby zabawkowego krzyżyka nad klatką chomika, niepytanego o wyznanie. Z każdej takiej grupy, która wrzeszczy pod wezwaniem, wyłoni się w końcu mniej lub bardziej skuteczny Bąkiewicz i przepuści przez durszlak wodę po mózgach pieniaczy. Mediom wetknie w dziób sensacje, ośmieszy społeczeństwo, podkręci polaryzację ku radości skarlałych duchem i intelektem. 

Najzabawniejsze, a może jednak bardzo tragiczne jest to, że im więcej na sztandarach wiary, krzyża, zbawienia i Najświętszej Panienki, tym mocniejsza nienawiść na ustach, wściekłość w sercach, agresja w przekaziorach. Ślepa żądza odwetu wiedzie lud na barykadę, nawet jeśli po drugiej stronie nie widać wroga. Nie wychodzi na świat z głowy obrońców stojących coraz dalej od ducha Ewangelii, miłości, pokoju i dobra, o której jakby nigdy nie słyszeli w amoku obrony wartości, z których sami szydzą.  Beleczka we własnym oku najmniej uwiera, więc sięgają po drzazgi w oczach nieobecnych, niezainteresowanych, co najwyżej kpiących memem, nie tyle z wiary, co z jej wyznawców. Jakby sama nie mogła się obronić, skoro czyni to skutecznie przez dwa tysiące lat. Na memy każdy temat jest równie dobry co chwilowy i nie ostatni z całą pewnością. 

Na pewno żyjemy w czasach jakiegoś końca, bo zdewaluowano już wszystko z checklisty wartości. Pozbyliśmy się radośnie tego, co wyznaczało azymut sensownego współistnienia i współdziałania. Co prawda została jeszcze Orkiestra Świątecznej Pomocy i niech trzyma ten naród w poczuciu wspólnego celu. Niech gra do marnego końca świata, a nawet kilka dni dłużej, Choć i tu strach pomyśleć, co z niej zostanie, gdy zabraknie Jurka.


czwartek, 4 września 2025

Wypijmy za błędy

Darowaliśmy sobie niedzielny rosół z makaronem. Zjemy na mieście. Raz na kwartał stać, byle nie za daleko. W oczach koleżanki żony dojrzałem mascarpone ciepnięte na cienki placek z truflą szczątkową, markowaną w sosie i już wiedziałem, którą restaurację anioł Spontan zwiastował dziś mej niewieście. Nie upierałem się, zważywszy na fakt, że należę do tej części wysegregowanych przez Prezesa śmieci, które raczej jedzą, żeby żyć niż żyją, żeby jeść. A tu przynajmniej parking dostępny i wiadomo co do miski włożą, skoro wpadamy tak od kilku lat. Pizzy nie jadam pod tutejszą strzechą, wiadomo. Serwują na mokrym neapolitańskim cieście, tak cienkim, że cudownie zlewa się z papierową wyściółką deski podtrzymującej placek. Skutkiem tego nigdy nie mam pewności, czy jem jeszcze pizzę czy może już doprawiłem ją wilgocią celulozy. Wiem zaś, że dają tu najlepszą dla moich kubków sałatkę Cezar z cudownie zgrillowanym boczkiem Pancetta. 

Wciągałem już firmową lemoniadę przez przytkaną miętą słomkę, ostrząc głód zamówioną focaccią, gdy wzrok przyciągnęła parka po lewej. Kobieta siedząca vice versa (jak mawia znajoma Magda), natarczywie mi się przyglądała. Wbijała we mnie żmijowe oczęta, jakby połączyła nas noc, szczęśliwie zapomniana ćwierć wieku temu albo właśnie liczyła przewagę okruchów nad rozmarynem na mojej koszulce. Widziałem ją pierwszy raz w życiu, bez wątpienia, podobnie jak profil jej męża. Partnera? Raczej nie narzeczonego, nie utrzymywali żadnego kontaktu wzrokowego. Należeli do mojego pokolenia, może trochę wcześniej zaszczycili świat swoją obecnością. Dało się to wyczuć nie tylko po obfitości ciał i zmarszczek, oni zwyczajnie nie chorowali na skrolowanie. Ba! Nie mieli żadnych telefonów na blacie. On wbił wzrok w deskę stołu, po którym przesuwał menu, ona świdrowała mnie na bezczela. Uznałem to nawet za wzrok niewidzący, ale ostatecznie poległem w zmaganiu, kto dłużej wytrzyma natarczywość. Na szczęście kelner przyniósł dania, żona wróciła z mycia rąk i zabraliśmy się za konsumpcję. Spojrzałem na salaterkę i westchnąłem. Gdzie ten czas, gdy sałatkę Cezar podawano w misce tej wielkości, że mógłbym przeprać skarpety zbierane przez tydzień? Dziś podstawiono mi talerz oszczędnej teściowej i to pod rosół z kostki bulionu. Długo i z mizernym skutkiem szukałem koktajlowego pomidorka i plasterków Pancetty w nadmiarze rzymskiej sałaty.  Nie utrudniał tego całkowity brak dawniej szczodrze sypanych grzanek. „Zobacz jak mało mascarpone teraz dają”, odezwała się koleżanka żona, kierując widelec na swoją pizzę. Staż małżeński powoduje, że nasze myśli suną od dawna telepatycznie po tym samym torze. Restauratorzy widać opracowali przaśny model obsługi na czas galopującej inflacji. Tego ujmiemy, tam zmniejszymy, tu odpuścimy, a danie zostanie w menu w lekko zmienionym anturażu i gość zobaczy ciągle korzystną cenę. 

Spojrzałem na milczącą parkę. Kobieta najwyraźniej mi odpuściła. Rwała tłustymi paluchami pizzę i chłonęła kolejne jej trójkąty. Osobnik, z którym przybyła, nie zmienił ponurej miny wciągając teraz tagiatellę, gdy z końcówek makaronu sos raźnie pryskał na jasne polo. 

Rozmawialiśmy z żoną niespiesznie, wspominając pierwszy tu pobyt, przechodząc na pomysły spaceru po obiedzie, rozważaliśmy kawę i lody, może gdzieś w Oliwie? Kątem oka wciąż widziałem intrygującą parę. Nawet na siebie nie zerkali. Bo niby co można mówić po kilku dekadach razem? To tylko młode kobiety myślą o radości wspólnych rozmów do końca życia w jednym związku. Nie wiem skąd im się to bierze? Z “Przyjaciółki”, z opisów profilu Tindera? Z Netflixa? Gdy wie się o sobie wszystko i zna każdy pogląd, o czym tu gadać?! Patrzyłem na nich uspokojony. Oto ikona stażu małżeńskiego bez pseudoromantycznej nadbudowy. Trwają pogodzeni i nie ma o co walczyć, przekonani, że milczenie stało się niezbędnym tombakiem rutyny, bezpiecznie zastępującym każde złoto związku. Presja rozmowy przy obiedzie, gdy już się przemieliło wszystkie sprawy, wyraźnie gdzieś odleciała. Można już tylko zadawać to na pokutę: “porozmawiaj z małżonkiem przy niedzielnym posiłku przez cztery niedziele”. Tymczasem wiadomo, że lepiej się nie odzywać, bo ona zaraz wyskoczy, że piwnicy nie sprzątnął, choć prosi drugi miesiąc. Lato się kończy, a poręczy na balkonie nie wymalował, nie pociągnął lamperii w kuchni i nie wyniósł drabiny, która sterczy odkąd przedpokój pomalowany. A w ogóle to wszyscy jadą do Chorwacji, a ona tu jakąś pizzę je, cieknącą po palcach, łaskawca zgodził się pójść na obiad. Ale i ona nie prowokuje tej ponurości w obliczu bumera. Zaraz jej wyskoczy, że za te pieniądze kupiłaby pierogów w garmażu i jeszcze zostałoby na piwo w Żabce. A tak, nie dość, że musi mineralną pić z cytryną, bo prowadzi, to obcy dzieciur lata za plecami i mordę drze. 

Koleżanka żona rozbiła refleksję pytaniem o wystawę. Pyta czy pójdziemy, bo to jednak jej ulubiona Olga Boznańska. Temat powraca. Nie chcę się wykręcać, ale mówię, że idea tej wystawy ociera się o kpinę. To miasto powinno stać sztuką, a udaje wystawę z braku pomysłów albo kasy. Przenosi część zbiorów z Muzeum Narodowego na Toruńskiej do własnego oddziału w Oliwie i kreuje wydarzenie: wystawę malarstwa polskiego przełomu XIX i XX wieku. Nie mam nic do Boznańskiej, bo lubię i Weissa, Axentowicza mogę obejrzeć, Malczewskiego oczywiście też, tylko po co robić wydarzenie z czegoś, co jest wietrzeniem zatęchłych dzieł? Bo trzeba wypełnić Pałac Opatów? Dla snobizmu i uspokojenia sumienia, że się propaguje kulturę? Na przekór barbarzyńcom z dżungli czapeczek z daszkiem? Równie dobrze mogę pouczestniczyć w wirtualnej wystawie dowolnego twórcy w sieci. Może nawet z większym pożytkiem, bo nie będą kręcić się przed nosem producenci miliona selfie. 

Słuchałem argumentów koleżanki żony, gdy kelner przenosił dwie filiżanki espresso i niewielkie kieliszki wody do stolika inspirującej mnie pary. Postawił, uśmiechnął się i podszedł do nas zabierając talerze. Ledwie mu podziękowałem, gdy zobaczyłem ich dwoje spijających gęstą kawę z mini porcelany. Odwróciłem się do okna, za którym drobny i wychudzony niemiłosiernie lis biegł chodnikiem, wzbudzając sensację wśród przechodniów. Zatrzymywali się i stawali pokazując zwierzę palcem. Rudzielec nic sobie z tego nie robił, przeszedł spokojnie jezdnię i zniknął między blokami. Wróciłem wzrokiem do sąsiadów i zobaczyłem ich serdecznie roześmianych. Wreszcie patrzyli na siebie szczerze rozbawieni, jakby usłyszeli dobry kawał. Oniemiałem i szukałem wokół pretekstu tej erupcji radości, która wylała się ognistym potokiem na zasępione dotąd twarze. Nic nie wskazywało powodu radości, zupełnie jak przedtem smutku. Po chwili przesunęli puste filiżanki na środek stolika i kobieta niespokojnie rozejrzała się wokół, jakby chciała zrobić coś nielicującego z wiekiem i godnością. W tym czasie mężczyzna zaśmiewał się pochylając mocno głowę, aż się zaczerwienił. Wreszcie uniósł w jej kierunku kieliszek z wodą. Kobieta zbliżyła do niego swój i nie przerywając śmiechu stukali się nimi, aż woda spłynęła na zewnątrz po ściankach. Wychylili toast poważniejąc na chwilę, po czym pokręcili głowami i wstali niemal jednocześnie i tylko ona pukała się w czoło, zaśmiewając się do łez.

niedziela, 24 sierpnia 2025

Gorący kartofel

Kobieta pierwsza: A ja pani mówię, wszystkie kartofle teraz idą do śmietnika!

Kobieta druga: To zależy od gatunku, niektóre są smaczne i szybko się gotują.

Kobieta pierwsza: Co pani mówi! Ja pani mówię, że wszystkie idą na śmietnik.

Kobieta druga: Jakby tak było, to nic by pani nie jadła, żadnych kartofli. Zależy jakie one są te kartofle, przecież i od gruntu i od pory zbierania i gdzie je trzymali do dnia sprzedaży.

Kobieta pierwsza: No dlaczego pani mnie nie słucha! Mówię: wszystkie do śmietnika idą, co kupię to do śmietnika idą i koniec. O! Niech pan potwierdzi! (szarpie mężczyznę stojącego przed sobą) Proszę pana, proszę powiedzieć tej pani, że wszystkie kartofle idą do śmietnika.

Mężczyzna: Tak wszystkie: greckie, hiszpańskie, cypryjskie, polskie trzeba jeść, w Polsce mieszkamy, greckie niech sobie Grecy jedzą, byle jakie są! Do niczego są, gdzie by pani nie kupiła, do niczego!

Kobieta pierwsza do Kobiety drugiej: Widzi pani, dobrze mówiłam, a ten pan potwierdził. No i czemu pani mnie nie słucha wszystkie kartofle idą do śmietnika.

Morał? Czas pokuty. Uliczny żal za grzechy wobec bliźniego swego i siebie samego. Na to Pan obdarzył intelektem, dla głębszego odczuwania pokuty. Za dużo słyszę, za dużo widzę i czytam, za dużo myślę, a jeszcze o tym wszystkim chce mi się pisać. I w tym największa pokuta, że od pisania uwolnić się nie sposób. Gdzie szukać zrozumienia? Syzyfie, zadzwoń, gdy skończysz. 

piątek, 20 czerwca 2025

Jak stróż w czerwcówkę

Memy z przebierańcami różnej maści, przyłączającymi się do procesji Bożego Ciała. Fotografie ołtarzy, zbudowanych pod sugestywnymi reklamami. To już coroczna czerwcowa codzienność w internecie. Warto zadać sobie pytanie, na ile świętowanie Bożego Ciała jest (wciąż jeszcze) wyrazem wiary ludu Bożego, a na ile (już jedynie) folklorem. Bo gdyby miało stać się pustym obrzędem, lepiej gdyby w ogóle zniknęło. 

Początek tekstu opublikowanego w “Tygodniku Powszechnym” wyświetlił mi się w powiadomieniu godzinę przed wejściem do Biedronki. I już wiedziałem, dlaczego ilość aut na parkingu, tarasujących wąski przejazd, uniemożliwia znalezienie wolnej dziurki na czas zakupu mleka i pomidorów. Dlaczego każe zmierzyć się w sklepie z burzą konsumpcji. “I co się dziwisz?! Środa! Chwila przed eksplozją czerwcówki”, zdawały się krzyczeć puste rzędy barierek, znaczące tor po wózkach zakupowych. I rzeczywiście wewnątrz przejść ciężko, co chwila zderzenia mini pojazdów, niby na autodromie wesołego miasteczka. Apokalipsa napełniania dobrem wszelakim trwała w najlepsze, głównie dobrem grillowym: podpałką, kiełbasą i węglem, a wszystko przykryte aluminium wyrżniętym w kształt tacki do pieczenia. No i nieodłączne napoje na czas świętowania, rozciągniętego na dni całe cztery, wolne od wzrostu PKB. 

Dziś znaczna część wiernych spod znaku narodu zakorzenionego w patriarchacie, Bogu i Honorze, która daje wyraz przekonaniu, że vox populi to zawsze vox dei i nie będzie Niemiec pluł nam w twarz, daje upust zmianie trendu obrzędowości. Rzadko myśli puszczać córki do sypania kwiatków, żony do targania tasiemki feretronu i nie stawia jednodniowych ołtarzyków na trawniku pod balkonem, ani nie chwyci drążka baldachimu nad proboszczem z monstrancją. Bo jakoś tak nie pasuje, żeby po osiedlu, z pobożnym śpiewem, deptać psie kupy i wirować między milionem samochodów, pucując wyjściowym garniakiem cudze błotniki. Za to pasuje cieszyć brzuch wolnością od etatu i pakuje chętniej browar z promocji “dziesięć plus dziesięć gratis”, a z obawy, że malizną trąci, dzwoni do szwagra, żeby też wziął u siebie coś na apkę i bez żalu, bo się nie zmarnuje. 

Druga połowa narodu smaganego polaryzacją, w znakomitej swej części oburzona na pazerność klechy, zniesmaczona purpuratami kryjącymi pedofila w Kościele, a na wszelkich marszach świecąca pięcioma gwiazdkami tablic informujących o zamiarze wobec głównego adresata protestu, dziś mocuje rowery na dachu wypasionej furki z leasingu. I tu żona, wyswobodzona spod buta ciemnoty ludu i władzy kleru, nie pójdzie z pięknie haftowanym sercem Jezusa na poduszce. Nie ususzy kwiatków córci do koszyczka, raczej pomyka z walizkami i koszem wiktuałów do bagażnika i zaraz odjadą w znanym sobie kierunku, umilającym wolne aż cztery dni. Dresik, pagaje, rajbany i byle dalej od zgiełku młotków stukających w ramy osiedlowej konstrukcji ołtarza. Czekają agroturystyki, hotele SPA, baseny z masażem i zielone ścieżki rowerowe. Świat stoi pełnym otworem, z alternatywą tanich linii w tle. Książka, wino, sałatka i znów po majówce miła sercu czerwcówka, z dala od boleśnie powtarzanej codzienności i pszenno-buraczanej polskości.

Tak się jakoś plecie, że zmiany mentalne wycinają z języka zasoby tkwiące w nienaruszalnych zdałoby się powiedzeniach. Oto jedyny dzień w roku, gdy stróż mógłby odwalić się jak w Boże Ciało odchodzi do lamusa bez pożegnania. Stróża zastąpił administrator, ochroniarz, gospodarz domu, a jego świąteczne odzienie zjadły mole, bo i naftalina straciła magiczną moc rażenia, wyparta przez lawendę i jej pokrewne środki. Krawatka wyblakła w wiecznym węzełku na wieszaku, a kaszkiet całkiem oklapł i dziś wygląda gorzej niż kapelutek legendarnego Kargula. Dziś kandydat na odwalonego stróża wskakuje w laczki, sprany t-shirt i bermudy, kroi karkówkę i niesie kaszankę na gorący ruszt, mając w pobliżu jeziorko, rzeczkę, strumyczek, a niechby i zadymiony kawałek miejskiego parku, gdzie da się rozstawić palenisko, kilka leżaków i dwa głośniki wielkości klatek na spore króliki, żeby ostatecznie wyrugować śpiew kosa i zięby. 

W sumie nic w tym złego, każdy żyje jak umie i odpoczywa jak potrafi, w końcu jest czas wolności, choćby w tym najbardziej podstawowym wymiarze. Nawet, jeśli coraz częściej wolność jednych realizowana jest kosztem drugich, z którymi bliźni nie myśli się liczyć. Nikt jednak nie odmawia sensu i słuszności procesjom Bożego Ciała, które stanowią swoiście rozumiane wyznanie wiary i kroczą ulicami całego kraju mimo wszystko. Święto ciągle ma się nieźle, a media mają czym wypełnić serwisy dnia. I pewnie szybko tradycja, choćby szczątkowa, nie zaniknie, aczkolwiek samo Boże Ciało zdaje się być jedynie pretekstem do zupełnie czegoś innego. 

I może właśnie słowo PRETEKST jest tu kluczowe, bo w naszym czasie zdaje się być najważniejsze, co widać chyba najwyraźniej w podejściu do dni ustawowo wolnych. Wszyscy wiemy, że mają one związek z konkretnym świętem, choć nie bardzo już potrafimy zdefiniować czym ono jest, co obchodzimy i po co? Z roku na rok powód świętowania coraz bardziej blaknie. Liczy się możliwość urwania kilku dni wolnych, tym ważniejsza, że daje jednakowe prawo wszystkim, niezależnie od wielkości pracodawcy, formy prawnej jego działalności, rodzaju, szefa prostaka czy właściciela traktującego pracownika jak pańszczyźnianego chłopa. Wolne święto przysługuje każdemu, niezależnie od posiadanego wymiaru urlopu, który dodatkowo rozszerza. Bardzo chętnie kombinujemy styczniówki, majówki, czerwcówki, sierpniówki, listopadówki nawet dwie, choćby kosztem konfliktu albo niesmaku starć z tymi, co pozostaną w pracy w dni robocze pomiędzy. Co tam niesnaski, gdy jest szansa nie zrywać się o świcie, pogrillować, wykupić alkohol razem ze zniczami, porozbijać się autem po pijaku albo pod wpływem, w ramach czilery narodowego świętowania. 

    Ilekroć uczestniczę w małej apokalipsie kolejek przed długim weekendem nachodzi mnie taka myśl: czy kiedyś uwolnimy się od swoistej hipokryzji poszczególnych świąt-pretekstów? Czy przyjdzie taki moment, gdy przestaniemy mówić o święcie pracy, flagi, konstytucji, Bożego Ciała, Wielkanocy, a zwyczajnie pójdziemy we wszystkie “miesiącówki”, wspaniałomyślnie, tolerancyjnie i pluralistycznie darowane narodowi pod pretekstem ulżenia przepracowaniu i niemiłosiernemu utyraniu Polaka. I tak każdy będzie miał oznaczony w kalendarzu powód nadmiaru wolnych dni, a spędzi ten czas jak chce, ale językowo i medialnie będzie z pewnością uczciwiej.

wtorek, 20 maja 2025

Dzika paranoja

Maj, ten piękny czas, gdy stukotem kijków zagłuszam przedwieczorny śpiew leśnych ptaków. Na szczęście dźwięk metalowych końcówek o kamienie nie przeszkadza na wpół oswojonym jeleniom, nie płoszy jakoś szczególnie saren, co najwyżej przegoni zdezorientowanego dzika z krzaków. Nic jednak nie przeszkodzi 
słuchaniu ptaków,  które towarzyszą polifonią głosów, dlatego nie ryzykuję zmiany drogi. Szczególnie w poniedziałki, gdy lokalsi, zmęczeni weekendowym wędrowaniem z czworonogiem i rodziną, odpuszczają górzyste ścieżki. 

    Z uśmiechem na ustach, wywołanym widokiem soczystej zieleni, szczerząc zęby do konwalii, drobnych kwiatków pieprzycy i kryjących główki zawilców i tym razem cieszyłem się życiem, szczególnie po zwycięstwie nad misiem w sobie, którego z takim trudem odkleiłem od wyrka i książki. Właśnie wspiąłem się po serpentynie ścieżki na szczyt kolejnej górki, gdy dostrzegłem na środku traktu niebieski samochód z napisami na drzwiach i z wyłączonym silnikiem. Tutaj? Teraz? Pod zakaz wjazdu? Przy takim ryzyku pożaru i po osiemnastej? Bilety do lasu sprzedaje? Panierowaną brukiew przywiózł zającu? Szerokim łukiem ominąłem pojazd, uznając, że wiosna najwyraźniej zbudziła chuć człowieczą. Skoro tydzień temu mijałem na ścieżkach świeże opakowania po prezerwatywach, niewykluczone, że i dziś kolejna fantazja przyniosła tu fanów Tindera i żaden szlaban im niestraszny. O pożar namiętności tu idzie bardziej niż lasu, uśmiechnąłem się do uspokajającej myśli. 

    Zdziwienie dało o sobie znać po raz drugi, gdy po przejściu dwóch kilometrów natknąłem się ponownie na to samo auto, zaparkowane w zupełnie innym miejscu i też na leśnej ścieżce. Tym razem nie mogłem ominąć pojazdu szerszym łukiem, nie było innej drogi, a zbieranie lokalnych kleszczy dalece wykroczyło poza zakres potrzeb ruchowych. Nie pozostało nic innego jak zmierzyć się z przeznaczeniem. Wziąłem głębszy oddech, gotowy na powtórkę z historii. Prawie uwierzyłem, że i mnie przydarzy się spotkanie z UFO. Zaproszenie do środka, przybysze w czarnych kombinezonach i kapturkach, pomiary tu i tam, całkiem jak mieszkańcowi Emilcina w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Widać raz na sto lat sprawdzają, co z naszą ewolucją i wynik akurat ich nie porywa. Ale przybysze dziś bardziej wyrachowani i chwilowo zamienili latający talerz w mało wysublimowany produkt Fiata, jakby ta forma mniej rzucała się w oczy w lesie. Czyżby nadeszła i moja pora na bliskie spotkanie trzeciego stopnia? 

    Na wszelki wypadek wypiąłem prawy kij z rękawicy, rozważając jak go użyć. Nie byłem pewny, czy lepiej sprawdzi się jako oszczep czy raczej włócznia? W użyciu ostrego narzędzia, niegodnie z jego przeznaczeniem, wprawy co prawda nie mam. Aluminium też raczej tandetne, bo z promocji. Pozostało liczyć na gen piastowskiego woja, drzemiący w rejonach nieodkrytych albo zwyczajnie: na instynkt połączony z atawizmem. A jakby jeden kij zawiódł, drugiego użyję w innym charakterze. Budując wątpliwą motywację, sznurowałem do przodu napinając pierś, wciągając bojler nad gumką dresu, ile się da, choć treningu za mało, żeby wyodrębnić kaloryfer. Efekt taki sobie. Posturą nie zyskałem przewagi psychologicznej, ale i tym razem samochód  stał opuszczony i milczący, a zza budy nie wyskoczył nawet pan w płaszczu, by spod rozwianej poły zademonstrować obnażonego stefana. Cisza wokół, jak po śmierci ostatniego ekologa, a przecież jakoś pojazd zmieniał miejsce i to trafnie! Wyłącznie po linii mojej stałej trasy, choć tyle rozstajów miał wokół. Całkiem niewykluczone, że w celu ostatecznego obrzydzenia mojej integracji z naturą, tylko po cholerę? Może to kolejny bezdomny właśnie próbował hojnie obdarować pojazdem, widząc że dygam po lesie o suchym kiju jak pomylony?

    Z uporem godnym lepszej sprawy trzymałem się dalej stałego szlaku, gdy krokomierz zadrżał po raz piąty, sygnalizując zaliczenie kolejnego kilometra. Za blisko mety, żeby skracać drogę i oszukiwać dystans. Teraz było łatwiej, schodziłem w dół, kije niosły mnie same, od czasu do czasu przypominały o sobie, boleśnie wpadając pod nogę na nierównościach i korzeniach. Zostało do pokonania ostatnie wzgórze po łuku. Tu minąłem spacerowicza z psem, ale obaj nie zwrócili na mnie najmniejszej uwagi, o niczym nie chcieli powiadomić, przed niczym ostrzec, zatem nie działo się nic szczególnego. Wyrównałem oddech, posłałem uśmiech przylaszczce chowającej kwiatek, gdy za zakrętem znowu go znalazłem. 

   
To samo niebieskie jeździdło i nadal na środku duktu. Nagle otworzyła się klapka pamięci. Należę do pokolenia, które karmiono legendą czarnej wołgi, krążącej po mieście, by porywać dzieci i ściągać z nich krew. Figielek pamięci sprowadził suchość gardła, szczególnie dotkliwą, bo tym razem drzwi pojazdu drgnęły skrzypiąc. Zbliżyłem się na dwadzieścia kroków, a od strony kierowcy wysiadł facet w bojówkach moro i ruszył w moją stronę. Czyżbym zasłużył na wyrok mafii? A już miałem przestać czytać kryminały! Oto żywy dowód, że siadają na psychę! Nim do końca skarciłem wyobraźnię, gość wydobył z kieszeni telefon i niósł go przed sobą demonstracyjnie, przemawiając: Panie, nie widział pan gdzie tu zdechłego dzika? Kręcę się jak marek po piekle i za cholerę padliny znaleźć nie mogę! Podsunął mi przed oczy ekran ze zdjęciem. Dorodny kawał dzikiej świni leżał pod wielkim bukiem, z uniesionym łbem, całkiem jakby odpoczywał po penetracji osiedlowego śmietnika. Desperat spojrzał prosząco, jakby odgadł moją myśl: Panie, to las jest, tu wszystkie drzewa takie same, jak ja mam go szukać? Idzie taki jeden z drugim spacerowicz niedzielny, taka jego mać, dzika znajdzie, powiadomi, ale już nie przekaże, gdzie konkretnie. A mnie każą szukać mądrale z centrali! Panie! Co ja sęp jakiś jestem, że na kilometry padlinę wyczuję? Kiedy on pewnie jeszcze nie zaśmiardł dobrze! Nie widział pan aby gdzie? Wzruszyłem ramionami w pełni zrozumienia, pokiwałem głową empatycznie, dodałem coś, że bez pinezki na mapie, to raczej marne szanse ze znalezieniem zwłok. Gość zapytał mnie jeszcze o aktualną lokalizację i kierunek do najbliższej asfaltowej drogi. Najwyraźniej zamyślił zakończyć wyprawę całkiem na tarczy, 
pogodzony z ostateczną klęską. Wsiadał do kabiny, wybierając numer w telefonie, i już miotał przekleństwa, których szczątki dobiegały moich uszu. Po chwili niebieski fiat znikał w tunelu świeżej zieleni, całkiem już oswojony. 

    No nie widziałem dzika, nic nie poradzę, nie dziś, ale ciężar z serca spadł, nie powiem. Literacka wyobraźnia mimo to nie ustępowała: było mu powiedzieć, żeby po krążących krukach szukał. Uśmiechnąłem się do niewybrednego żartu ironicznej towarzyszki życiowego niespełnienia. Jakież było moje zdziwienie, gdy po przejściu kolejnych kilkuset metrów usłyszałem krakanie nad głową. Ponad koronami drzew krążyły dwa kruki. Natura bywa jednak przewrotna, pomyślałem i na wszelki wypadek spojrzałem w dół. Pod nimi była duża gromada drzew iglastych i żadnych buków w pobliżu. Kruki najwyraźniej miały się bardziej ku sobie z powodu wiosny niż pomoru świń.

sobota, 19 kwietnia 2025

Chleba naszego świątecznego

 

Chleb, a w zasadzie jego zakup, jeden z niezmiennych rytuałów, które towarzyszą świętowaniu. Bez względu na mody, trendy, epokę, system społeczno-ekonomiczny czy zmiany polityczne, niedawno stałem po chleb na Boże Narodzenie, a już stoję w kolejnej po wielkanocny. Przyglądam się rozbieganym oczom, sylwetkom w dresie wyciągniętym z głębi szuflady, w zgniecionych dżinsach z suszarki, zerkam ku spranym leginsom, wdziewanym w pośpiechu, bo do chleba rano wstać trzeba, jak mówi mądrość dziadów. Tu koszulka skoszona z taniej bawełny, a tam sflaczały kapturek bluzy, nic to, bo zaraz chleba zabraknie, wykupią, wyniosą, zeżrą, a już dziewiąta. W dłoniach telefony, czas oczekiwania nie może zostać zmarnowany. Palce wystukują życzenia do cioci Władzi, koleżanki Żanety, kuzynki Anety, do Tolka z rodziną i córką Malwiną. A po życzeniach ostatnie korekty na liście zakupów, usuwanie tego, co już w torbie, no i dopisać koniecznie colę bez cukru i lód w kostkach. Tegoroczna Wielkanoc zbyt intensywnie przepoczwarza się w środek lata.

Zerkam na damskie snikersy wzute na pierwsze z rzędu skarpetki codzienne i w plastikowe laczki z rażącą bielą frotte na paluchach grubasa z przodu. Zrywki czerwone, plecaczki, torby lniane i ciągane na kółkach, ponad nimi głos niepokoju: a nie ma już razowego na miodzie? Orkisza pół w takim razie wezmę, skoro zszedł cały, a może jest jeszcze ten z siemieniem? Masowy wykup zmusza do nagłych i niespodziewanych decyzji, nawet za cenę kręcenia nosem żony, męża, mamusi i babci, bez poszanowania dla spontanu kupującego pod presją chaosu nazw. Wszak nie będą jeść ciastek, gdy chleba zabraknie i pretensji wystarczy do majówki. A tu jeszcze te leniwe gospodynie, młodsze i w średnim wieku, przeciągają zakupy! Ciasta nie potrafią upiec, choć tyle przepisów w internetach! Mazurki teraz wybierać będą, serniki jakieś baskijskie, durna moda, a ludziom się spieszy! Po chleb tu się idzie, a jeszcze wybrzydzać będzie jedna z drugą, czy lukier biały czy jednak w posypkę! Zniecierpliwienie przestępuje z nogi na nogę, a ksiądz tego roku święci co kwadrans i do drugiej. Dobrze, że coraz mniej narodu świętuje, wymyślili teraz, pani, te wczasy, wyjazdy bez świenconki, te hotele, góry, turnusy, łikendy długie, zabijają się na drogach po pijaku, pretekst mają i dobrze, mniejsze kolejki przynajmniej. Dociera zza pleców monolog, ale już jestem blisko lady, już widzę, że wystarczy, za chwilę kupię. 

Zakupione bochenki lądują w torbach, niosą ulgę twarzom, weselą oczy. Czas się domyka i już można w spokoju udać się po gałązki brzozy, tulipany, żonkile, poszukać szczypiorku i cukrowego baranka do koszyczka albo czekolady Milki w stosownym kształcie, do nowoczesnej święconki, tej na bogato. 

Wsiadam do auta z ulgą. Zerkam spod pancerza pozornego bezpieczeństwa na przeplatanie stylu goniących w pośpiechu, pomieszanie wyjściowych sukienek, strojnych koszyczków i powszednich ciuszków, towarzyszących ostatnim zakupom przed nieuchronnym zamknięciem sklepów, zawsze za szybko. 

Myśl niespodzianie ucieka do dzieciństwa, do kolejek z lat 80, ale też dekadę późniejszych. Zwolniony z obowiązku dygania z koszyczkiem do parafialnego kościoła, otrzymywałem polecenie zakupu chleba. Zwykle po drugiej stronie miasta, bo tam sprzedawany zachowywał na długo świeżość. Stałem z siatką robioną na szydełku, sznurkową i zerkając na oczyszczane w mig półki, powtarzałem w myślach prostą alternatywę. Wyboru nie było, chleb był jeden, co najwyżej w dwóch rozmiarach. Duży bochenek albo mały. Razowego się nie jadało, był gliniasty i bardzo się kruszył, zatem podchodził pod wariant “z braku laku”. Pozostawało zapamiętać rzecz prostą: dwa duże albo cztery małe i lęki egzystencjalne oswojone. W nagrodę mogłem kupić kilka tygodników na świąteczne wieczory, bo akurat do kiosków rzucali je w sobotę. Lata 90. przyniosły różnorodność dostawców na tyle, że już nie musiałem biegać na drugi kraniec miasta. Lokalny zielony rynek skracał kolejki i dawał szansę zróżnicowania w postaci chleba sprzedawanego z budy żuka, nysy i innych busików, upłynniających wypieki gminnych wiosek i pobliskich miasteczek.

Niespodzianie atakuje luka w pamięci, brak zapamiętanych nazw z tamtych czasów. I w tej materii życie było proste: kup chleb duży albo dwa małe i po zawodach. Dziś wejście do piekarni niesie niepokój. Co będzie, gdy zabraknie tego, po który zostałem posłany? Odstrzelą posłańca złej nowiny? Do święconki nie dopuszczą? Gubię się w nazwach: trzy rodzaje razowego, żytni z dynią lub bez, orkiszowy, graham, bezglutenowy, polski, firmowy, foremkowy, rustykalny, słowiański, trójmiejski, Vermont, chlebek fit, z rzepakiem, koszykowy. I pomyśleć, że idąc po chleb w dzieciństwie, niechby i na skróty, do osiedlowego samu, mogłem co najwyżej zobaczyć papierową metkę “Piekarnia Gigant, waga 1kg”, wpieczoną w skórkę bochenka albo pójść do blaszaka GS-u pod wieżę ciśnień, nabyć bochen tamtejszego, spod zielonej tabliczki “GS Samopomoc Chłopska”. Znacznie lepsze skojarzenia niosła jednak Piekarnia Gigant. Gdy nocą szło się z buta na ryby, nad nieodległe jezioro, po łąkach i nad drogą unosił się najcudowniejszy zapach pieczywa wypiekanego podług jednej miary dla wszystkich mieszkańców, nie było podziału na biednych i bogatych. Tu głód budził się przed świtem, świadomy, że nie dla psa kiełbasa, bo w torbie były kanapki z przedwczorajszej linii produkcyjnej społemowskiej fabryki, wypełnionej zakwasem, piecami i mąką. Dziękować Bogu nie znali tam ulepszaczy. 

Klakson szukającego miejsca przywołuje mnie do tu i teraz. Odpalam silnik, pojadę i ja po gałązki brzozy, sałatę, zieloną pietruszkę i koperek. Niech zamknie się czas przygotowań, niech już przyjdzie wyciszenie w tonacji pieśni Wielkiej Soboty, w której posłusznie się zatopię, rżnąc marchewkę i jajo do tradycyjnego wiadra sałatki. Ostatni raz zerkam na rzednącą kolejkę piekarni i przez głowę mknie wątpliwość. Czy nadejdzie taki czas? Czy przyjdzie na polskość moment bez chleba naszego świątecznego? Czy mody na sushi, falafel, tofu i ramen, na bezglutenowe żywienie i unikanie węglowodanów doprowadzą do braku fanów przedświątecznych ogonków w piekarni? A jeśli zniknie barwa cebuli z jajek i ucichnie stukot pękających skorupek? Czegoś jednak będzie brak i kogoś żal. 


środa, 2 kwietnia 2025

Miłość życia wyliże kozaczki

Olga Drenda, felietonistka „Tygodnika Powszechnego”, jakiś czas temu poruszyła ciekawą kwestię: […]że młyny internetu mielą nieustannie tyle zdań, wynika z faktu, że ludzie muszą robić coś z dłońmi. […] Puste ręce to udręka i nieznośne napięcie, które roznosi od środka i domaga się rozładowania przez poprawianie rękawów czy kręcenie pierścionkiem (gdy mamy pecha znajdować się np. w środku ważnej rozmowy), drapanie, zabawę jakimś drobiazgiem czy właśnie stukanie w ekran. Przyznam, że nie jestem wolny od tego typu schorzenia… natręctwa? Formy multitaskingu? Sam nie wiem, jak rzecz nazwać, ale jedno jest pewne: nie umiem spokojnie ułożyć dłoni przed sobą, dłubać w nosie czy wciskać okruchów w palec wskazujący wprost z biurka, choćby po razowym z tostera. Gdy czytam mniej lub bardziej porywający tekst na ekranie, odpalam podcast czy zwyczajnie zagłębiam się w lekturze książki z blatu, muszę coś robić z dłonią, a że zapalniczek nie używam, znalazłem inną zabawkę. 

Podczas czytelniczych kroplówek, zasilających konwulsyjnie konający intelekt, poskramiam nadmiar energii płynącej przez palce w sposób dość banalny. Jako klasyczny dziaders od ponad dwóch dekad nie umiem rozstać się z oldskulowym komunikatorem Gadu Gadu, utrzymując bardzo już sporadyczne i zastygłe w czasie znajomości na odległość, wymieniając kilka zdań na miesiąc. Czat ten, jakiś czas temu, dorobił się diabelskiej ruletki losującej rozmówcę. Wzrok leci po tekście artykułu czytanego na ekranie, a palce swędzą i klikają obroty magicznego koła. I tak pojawia się następny profil i jeszcze jeden, co pozwala zapobiegać ogryzaniu pazurków rozpaczy, ale o dziwo nowych znajomych w żaden sposób to nie przysparza. Dlaczego? Z przyczyn - że tak powiem - płciowych.

W zamyśle twórców narzędzie miało szlachetny cel: wesprzeć chętnych, aczkolwiek nieśmiałych osobników płci konserwatywnie obojga lub z grubsza podobnej do poznania osoby siedzącej po drugiej stronie w tym samym czasie i wybranym wieku. I rzeczywiście pomaga to w jak najszybszym wyłapywaniu i kojarzeniu pragnących rozmowy niczym kania dżdżu. Lecz sama komunikacja coraz rzadziej dochodzi do skutku. Nic nie jest tak proste, by nie dało się skomplikować. Jak powszechnie wiadomo dobrymi chęciami czartu kwadrat brukują, a Polak potrafi spieprzyć każdą ideę, co pasjami rejestruję, choć z coraz mniejszą przyjemnością. Bogatszy jestem jedynie o pewną obserwację natury socjologicznej, która łechta rosnące zdziwienie.  

Gdyby nie magiczne koło losujące rozmówców, no i nie forma oraz treść opisów pomieszczonych w profilach, nie poczułbym nawet, w jak bardzo dalekich od ekonomii, polityki czy religii obszarach przepływa rzeka polaryzacji. Ona od dawna z cicha rwie także brzegi puci, jak mawia obywatelski kandydat. Oto stare poczciwe GG opanowała polaryzacja relacji damsko-męskich. Mówiąc najkrócej: osobniki męskie za wszelką cenę ciągną w górę życiowy ranking odbytych stosunków pozamałżeńskich, najchętniej udziwnionych, bo od cudzej żony trudniej w łeb dostać. Kobiety zaś, za wszelką cenę, usiłują nasycić rozpacz z powodu utraty poprzedniego jelenia, subtelnie tęskniąc do miłości dozgonnej, choćby i trzy poprzednie zawiodły. Żeby się o tym przekonać nie trzeba nawet zagadywać, zadawać pytań, zawierać głębszych znajomości. Wystarczy przytoczyć kilka malowniczych opisów i zaczepek wprost. 

Panowie coraz rzadziej pozwalają sobie na zbytek słów i na dzień dobry walą na odlew: „chciala bys popatrzec jak sie masturbuje dla Ciebie na skype?” albo „jestes normana dla faceta czy chora ja szukam nrmanej kobiety”, „chce wylizac twoje kozaczki”, „moze ponosisz dla mnie rajstopki i pszeslesz?”, „leżysz na łóżku całuje cie po nozkach i idę wyżej w majteczki i lize mmm ale slodka i taka gorąca ” (cytaty w oryginalnej pisowni), choć lepsze są te ujmujące poetycką frazą: „ocenisz mi ptaka?”, po czym bez zgody użytkowniczki czatu pchają przed oczy smutną brodawę, bardzo wątpliwej proweniencji. Rzecz jasna nie z autopsji wydobywam cytaty. Materiałem raczą mnie czasem zdegustowane od lat użytkowniczki, w ramach uzupełnienia inspiracji literackich, także do niniejszego tekstu, bo sam bym nie wymyślił, wyobraźni nie wystarczy.

Panie zaś mają upodobanie w skrótach jedynie ostrzegawczych, typu: „poznam do związku”, „nie obsługuję mężczyzn niezadowolonych ze swej alkowy”. Nieco bardziej bezsilne wobec molestowania już w opisach nie mogą powstrzymać rozpaczy z powodu nadmiaru napalonych samców, zatem ostrzegają: „zonaci i inni zboczency oraz małelaty won!”, „Nie oceniam przyrodzenia”, „zjeby, zonkosie i inne takie zjazd”, „wolna, lesby, zonaci, wypad”. Wśród tych łagodnych sfrustrowanych pań czterdzieści pięć plus najbardziej jednak o współczucie woła powtarzający się opis: „interesuje mnie wolny, przystojny, inteligentny pan z poczuciem humoru, najważniejsze jest serce, nie masz zdjęcia w profilu nie odpisuję” albo „szukam tu przyjaciela”. Strach pomyśleć, w jakiej rozpaczy pogrąża się samotna kobieta, gdy szuka przyjaciela na targowisku praktykujących troglodytów, traktujących płeć w kategorii niezobowiązującej narośli wokół darmowej cipki, której właścicielki nawet nie chce się bajerować. Na pocieszenie pozostaje fakt że za silnym imperatywem pań stoi zwykły lęk przed samotnością, z którą faceci radzą sobie chyba znacznie lepiej, choćby z racji biologicznie zaprogramowanego egoizmu. 

W sumie smutne jest  i to, że im człowiek starszy, tym mniej ma okazji do poznawania interesujących i wolnych osób w naturalny sposób. Wszędzie ludzie tkwią nosem w telefonie i nawet nie obrzucają się spojrzeniami. A tam nie ma szans na rozmowę o życiu, pogodzie, pasjach, bo obie strony zaczynają się siebie bać. Nawet normalny facet może na  starcie poznać, co to mowa nienawiści i dostanie na czoło karnego kutasa zboczenia, niewiernego męża albo podstępnego gada, czyhającego na cnotę lekko przechodzoną, zanim się przedstawi. Jako samiec nie próbuj też dialogować z facetem, bo zaprosi cię do trójkąta z żoną, a najlepiej czworokąta z twoją w gratisie albo będziesz obrzydliwym gejem, ciotą, cwelem i transem w ukryciu, skoro chcesz rozmawiać. Nie myśl odpowiadać zagadującej cię kobiecie w nadziei wymiany myśli, bo zaraz zarzuci, że rozmowy nie mają sensu, jeśli nie szukasz miłości i związku. Jako mężczyzna nie masz  prawa być ciekawy rozmów z kobietami innymi niż żona, której jedynie słuszne poglądy na wszystko znasz od kilku dekad, bo po co ci to? Bzykać się chcesz i tajniaczysz przyklejając drętwe gadki! Przyglądanie się światu od strony kobiecości, zwykłości, codzienności, wrażliwości i emocjonalnej inności, to abstrakt nie na czasie albo wchodzisz w związek albo pilnuj starej. Niech żyje pragmatyzm, emotki i skrolowanie.

Wątpię, że przypadłość, o której mowa w tekście, dotyczy wyłącznie oldskulowego komunikatora. Podobnie rzecz pewnie wygląda na wszelkiej maści narzędziach umożliwiających anonimowość, na forach i portalach randkowych, choć na ostatnich może metody łatwiej uzasadnić. Drastyczne mijanie się w intencjach i potrzebach wynika z niepoddawania refleksji zastanej rzeczywistości wirtualnej i wiary w cuda, które przecież się zdarzają. A może to tylko efekt nadmiaru obejrzanych filmów i seriali o miłości każe kobietom wierzyć, że dojrzali mężczyźni i zdolni do trwałych uczuć będą włóczyć się wolno po czterdziestce? Panom ułatwiony dostęp do sieciowej pornografii robi kisiel z mózgu i w każdej wylosowanej kobiecie chcą widzieć spragnioną seksu gosposię domową, wpuszczającą hydraulika do kuchni pod zlewozmywak. Cóż, najwyraźniej nadzieja umiera ostatnia, choć pucia ma się jednak nie najlepiej.


Print Friendly and PDF