Pokazywanie postów oznaczonych etykietą los. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą los. Pokaż wszystkie posty

piątek, 6 października 2017

Wilgotny Waldek

❖Kliknij, żeby posłuchać tekstu w interpretacji autora❖

Zmierzch zapadał zbyt wcześnie i z trudem dostrzegałem ruchy spławika. Gładka tafla jeziora marszczyła się delikatnie, choć nie dało się odczuć najmniejszego powiewu. Narastający chłód przypominał, że to ostatnie dni lata. Tymczasem pod wodą życie jakby ustało. Kot nie był głodny, nie czekał na kolejną płotkę. Leżał znudzony bezruchem i rzucał spojrzenia z wyrzutem, że nie wracamy.

           Głośny plusk w pasie trzcin z lewej sprawił, że obaj nerwowo spojrzeliśmy w tamto miejsce. To mógł być szczupak, a może wydra? Ożywiony kot nerwowo kręcił ogonem, zapatrzony w kierunku rozchodzących się kręgów wody. Teraz z prawej usłyszałem wyraźne mokre pacnięcie o deski pomostu. Odwróciłem się i ze zdumieniem zobaczyłem spłaszczone palce, długie dłonie i chude nadgarstki w odcieniu zieleni. Cofnąłem się znacznie, niemal do próchniejącego zejścia z pomostu. Z ciekawością i narastającym lękiem patrzyłem, co wyłoni się z przedłużenia obrzydliwych badyli w kolorze gnijącej kapusty. Zza desek wysuwała się wielka głowa, jajowata, z zielonymi, ulizanymi galaretowato włosami, z oczami bez źrenic, w kolorze oliwek z Biedronki. Kot prychnął głośno, odskoczył i pognał do brzegu. Nie wiedziałem, który z moich towarzyszy przygotował stwora, ale byłem pewny, że gdzieś tu w trzcinach cała łódka trzęsie się od śmiechu. Ktoś czeka na moją ucieczkę, ale honor nakazywał pozostanie na miejscu, choć suchość w gardle narastała.

- Jest sprawa, Marcin – zielona głowa przemówiła skrzekliwie, rozglądając się wolno dookoła, jakby z obawy, że głos budzi większą sensację niż widok.

- Znamy się? – Nie poznałem swojego przerażonego głosu – Coś za glonojad?

- Wodnik Szuwarek, kurwa, nie widzisz?! Coś się rozdziawił jak klapa sedesu, to ja, Waldek.

- Waldek?

- Na uszy też padło?! Waldek Łomotny. Sąsiad z góry, tak mnie nazywałeś.

- Widzi mi się raczej Waldek Wilgotny. W zimnej wodzie nawet kaczorowi nie staje, co? Skąd to durne przebranie?

- Tylko nie przebranie! Głupio zabrzmi, ale to kara.

- Kara? Mówili, że utopiłeś się na wczasach, a ty tu glona kleisz?! W utopca bawisz się trzysta kilometrów od cmentarza?! A może ścigają cię mężowie zaliczonych kobiet z czata? Przyznaj, że to ściema z utopieniem na Mazurach!

- To dlaczego na tych Mazurach mnie znajdujesz? Brzmi dziwnie, ale wyszło takie wash and go bez piany. Z jednej strony żony przedmuchane, z drugiej śmiertelna przygoda w kajaku po pijaku, z trzeciej twoje szkody w mieszkaniu przez moje zalewanie. Zebrało się na wyrok i dupa: skazany na coś między kijanką a komiksem o wiedźminie, na wieki.

- Amen.

- No bez takich! Tu jest właśnie sprawa do ciebie.

- Jako utopiec kogoś tu załatwiłeś i alibi szukasz? Ech, ty demonie seksu i mułu!

- Zwariowałeś?! Napalony trochę byłem, nie przeczę, nieraz chałupę ci zalałem w seksualnym uniesieniu, zgoda, ale żeby zaraz mokra robota? Najwyżej pajacom żyłki poplątałem, trochę ich podtopiłem. Nie lubię ćwoków, co mierzą dno, ważą wędki, ciężarki, sonary przywożą, szum, przerost formy nad treścią, wpienia mnie to. No dobra, raz zamieniłem się w karpia hodowlanego. Dzierżawca hoduje w stawie przy domu takie po piętnaście kilo i co jakiś czas wpuszcza tutaj, żeby ściągnąć palantów z wędkami, którzy słono płacą za słitfocie. Jeden przyjechał tu z taką śniadą żonką. Co ona za cyc miała! Jako karp wciągnąłem go do wody. Bidulka na ten widok zemdlała na pomoście i miałem okazję pocieszyć się z bliska boskim darem, gdy ten jej moczykij wypełzał na brzeg po drugiej stronie. Wygłupy, ale bez topienia!

          Wyszczerzył zielone zęby, nierówne i dosyć mocno nadgniłe i wtedy zacząłem obawiać się sprawy, z jaką wynurzył się kwadrans temu. Wilgotny Waldek zdaje się też sobie przypomniał z czym przypłynął, bo krzywy uśmiech nagle zgasł.

- W tobie nadzieja, Marcin. Tę oślizłość zrzucić może ze mnie, no wiesz, że darujesz mi wszystkie zalania chałupy i ….

- Już dawno zapomniałem, nie ma sprawy. Wracaj do wieczności w ludzkiej koszuli!

- Potrzebuję jeszcze małej przysługi. Tyle że od twojej żony.

- Nie przeginaj, chuju rybi! Anety w to nie mieszaj!


Zerwałem się z pomostu wściekły nie na żarty, a może bardziej przerażony. Wyobraziłem sobie szok żony na widok gluta z roztopionej plasteliny, którego będzie musiała dotknąć albo pocałować! Nie! Zacząłem składać wędkę, żeby przypominała kij, którym wybiję chore pomysły z zielonego jaja, sterczącego z szyi na patyku. W tym momencie dostrzegłem luźną deskę w pomoście, schyliłem się gwałtownie, żeby ją wyrwać i prać. Nie przejął się chyba, bo zobaczyłem ironię w krzywym uśmiechu:

- Tłukłeś kiedyś górę glonów dechą? Poza mokrym plaskaniem efektu nie będzie. Uspokój się, odczarować może mnie tylko odmowa kobiety. Musi być obojętna na każdy bajer, nawet po kielichu. Kumasz? A sam wiesz, że chłodniejszych nóżek niż twojej Anety nie ma. To święta kobieta, wierna, kochająca i odporna na seks. Nie podejmie wyzwania, bo jest niezłomna jak batalion wyklętych.

- Waldi, w co ze mną pogrywasz? Przecież przy oślizłej powierzchowności nie zaliczysz nawet nimfomanki na głodzie! Jaka to sztuka bronić cnoty wobec zleżałego skrzeku, śmierdzącego mułem?

- I tu się mylisz. Widzisz co wieczór przy ognisku szpakowate ciacho z gitarą? Słyszysz ten głęboki męski śpiew wabiący? Błysk czekoladowych oczu, gdy z imbryczka bimberek polewa?

- To ty, błotniaku?! Stąd te szanty w repertuarze!

- Z woli pana ciemności mogę zmieniać się każdej nocy, wtedy ma uciechę.

- Czekaj. Czegoś tu nie rozumiem. Po co je bajerujesz, skoro powinieneś zniechęcać?

- Słabość taka. Na tym polega diabelska sztuczka. Muszą bardzo chcieć i oprzeć się pokusie. Inaczej klątwa trwa.

- Tyle kobiet na turnusie, niejedna niezłomna pewnie?

- A co wczoraj wybudziło cię ze snu, aż usiadłeś z wytrzeszczem?

- Jęki sąsiadki! Wyła jak zarzynana! Myślałem, że pomocy potrzebuje.

- Nie potrzebowała i prosiła o więcej… najbardziej niezłomna z turnusu była… przez kwadrans.

- Co się dziwisz, letnia noc, gitara, jezioro, alkohol, to musi działać.

- To jak będzie z nami?

- Zwariowałeś?! Będziesz mi żonę głuszył, a ja niby co mam ze sobą zrobić?

- Zaprzyjaźnione rusałki, zajmą się tobą.

- Ale one mogą załaskotać na śmierć, czytałem gdzieś.

- Dorosły chłop, a w bajki wierzy? Marcin, zrobią ci takie meksykańskie sombrero, że zapomnisz jak się nazywasz, a błogość opuści cię w wigilię z teściową.

- Wiesz co, Waldi, powiem tak: spływaj gilu po badylu, a żony nie dam.

- Marcinku, grzecznie prosiłem, bo jestem ci to winny, ale miej litość, nie zmuszaj.

          Zaskrzeczał i jeszcze raz odsłonił w uśmiechu zgniliznę ostrych zębów. Oczy zalśniły mu szafirem i poczułem wibrację smartfona w kieszeni bojówek. Sięgnąłem po aparat, ale nie było widocznego połączenia. Ekran zamigotał i nagle zobaczyłem Martę, asystentkę z działu sprzedaży. Siedziała lubieżnie na blacie hotelowej łazienki i oblizując górną wargę, przywoływała kogoś ruchem palca wskazującego. Po chwili zobaczyłem siebie zbliżającego się do niej z pożądaniem w oczach. To był wyjazd integracyjny, z maja. Ekran na powrót zrobił się czarny. Waldek odezwał się znowu:

-  W pamięci mam sporo projektów, którymi zarządzałeś. Chyba nie chcesz, żebym sprezentował wygaszacze ekranu twojej świętej żonie?

          Zsunął się do wody bez hałasu, zanim złożyłem szczenę do wypowiedzenia przekleństwa. Krzyknąłem tylko: Aneta! Anetka! I poczułem jak szarpie mnie coś od wewnątrz i na zewnątrz naraz.

- Marcin! Obudź się do cholery! Czego wrzeszczysz?! Jestem tu, spokój już, obudź się, nic się nie dzieje, słyszysz?

niedziela, 16 sierpnia 2015

Pan D. czyli jak zostałem humanistą

   
W trakcie lektury książki „Chłopaki niech płaczą” moją uwagę przykuł zupełnie niepozorny fragment, który ożywił inspirujące wspomnienie. Olaf Lubaszenko, zapytany o najbardziej nielubiany przedmiot, odpowiada bez wahania: Matematyka. Przez nauczycielkę z podstawówki. Uczyła, ale miała niemiły zwyczaj: jedną ręką ciągnęła za ucho, a drugą, na której znajdował się duży sygnet, uderzała uczniów w głowę. W ten niezwykle bolesny sposób wbijała nam do głowy różne reguły matematyczne. […] Przy dzisiejszym uwrażliwieniu na przemoc ta kobieta nie przepracowałaby nawet dnia. Co więcej, miała w zębach półprotezę. Gdy się zdenerwowała, stukała nas tym sygnetem po łbach, a proteza się poruszała. Upiorny widok, jak z horroru.


    Może lato nie jest najlepszym czasem, do snucia refleksji o nauczycielach, którzy nieświadomie wpływali na nasze życiowe predyspozycje i wybory, ale zaryzykuję. W każdym razie wczesne doświadczenia szkolne mamy z panem Olafem podobne, co może mało dziwić, skoro należymy do tego samego pokolenia, dla którego przemoc nauczycieli była na porządku dziennym. Prawdopodobnie większości z nich określenie „przemoc” nie postałoby w głowie, korzystali jedynie z łatwo dostępnego dydaktycznego wsparcia, podług reguł którego niewinna linijka tak samo użytecznie służyła wykresom funkcji liniowej jak utrwalaniu w pamięci zależności między bólem a prawem Pitagorasa.


Mój horror matematyczny był płci męskiej. Fantazja nauczyciela z podstawówki była znacznie dalej posunięta, choć nie dysponował żadną półprotezą. Budował jednak napięcie i wywoływał przerażenie zanim doszedł do klasy. Jako zastępca dyrektora szkoły był nie do ruszenia i zwykle spóźniał się na lekcję, co wzmagało grozę oczekiwania. Uczniowie innych klas byli już w ławkach, za zamkniętymi drzwiami, a my czekaliśmy w parach na korytarzu, patrząc w lewo, na koniec holu, z nadzieją, że drzwi dyrektorskiego gabinetu jakimś cudem dziś się nie otworzą i czyste zło tego dnia się nie zmaterializuje. Ale on zawsze wychodził. W ciemnym garniturze, świecącym wytarciem i brudem na łokciach, pochylony nieco w lewo, machający dla równowagi prawą ręką, w której klucze dzwoniły niczym kości kostuchy, naciągającej po swoje żniwo. Pewnie jak wielu moich kolegów do końca życia będę pamiętał wredny pysk z wąsikiem wodza III Rzeszy, który czasem jeszcze powraca w koszmarach.


    Oprócz przemocy fizycznej, pan D.  był zwolennikiem dyskryminacji płciowej. Ból fizyczny, jako główny motywator do nauki, przeznaczony był dla chłopców. Dziewczynki były czulej traktowane. Do wysiłku intelektualnego przekonywała je dłoń wędrującą wśród pączkujących piersi. Często też zwijały się z obrzydzenia, przytulane przy tablicy na różne sposoby. Do ulubionych praktyk dydaktycznych pana D. należało wyłuskiwanie ucznia z ławki za baczki lub za włosy, mocno uchwycone w pedagogiczne palce tuż nad karkiem. Błędy w zeszycie i przy tablicy odczuwaliśmy na uchu, zbierając bolesne pstryknięcia w małżowinę z małej odległości. Pan D. miał też sposób na dyscyplinowanie nas do noszenia pełnego zestawu przyrządów geometrycznych. Szuflada jego biurka pełna była cyrkli, kątomierzy, ekierek i linijek. Bardzo chętnie użyczał uczniowi dowolny przyrząd za opłatą. Nie, żadnych tam pieniędzy, opłatę stanowiło uderzenie w dłoń wypożyczanym przyrządem. Najmniej bolała zapomniana ekierka czy linijka, choć jej krawędź, wymierzona w kostki zaciśniętej dłoni, dawała się na długo odczuć. Gorzej mieli zapominający o konieczności posiadania cyrkla. Musieli przyjąć stoicko nauczycielską satysfakcję pojedynczego dziabnięcia ostrzem, poprzedzającego wypożyczenie niepozornej szkolnej pomocy.

    Teraz uświadomiłem sobie, że pan D. musiał najbardziej lubić geometrię i szczególnie trygonometrię, bo to dawało mu najwięcej pomysłów na egzekwowanie bólu naszej edukacji. Pamiętacie drewniane kątomierze, metrowe linijki i ogromne ekierki, wiszące w klasach całego kraju przy tablicy? Pan D. brał taką ekierkę i chodził z nią po klasie. Zatrzymywał się przy wybranej ofierze, obracał ekierkę na różne strony i zatrzymywał, a ściskając w dłoni jeden z kątów, rzucał krótkie polecenie: „tangiens” i uczeń musiał wskazać palcem ułożenie ramion trójkąta, które odwzorowywały tangens, sinus, cosinus tego kąta. Prawidłowa odpowiedź zwalniała z wyroku, ale za kiepską trzeba było ponieść cenę uderzenia krawędzią tejże ekierki w dłoń, nadgarstek, tam gdzie nauczyciel akurat trafił.

    W przeciwieństwie do pani, której Olaf Lubaszenko zawdzięcza niechęć do matematyki, nasz nauczyciel na szczęście nie dysponował sygnetem, bo i ten środek dydaktyczny musielibyśmy odczuć na własnej głowie. Ale już pani od muzyki w naszej podstawówce dysponowała pierścieniem ogromnych rozmiarów, z wklejonym weń gigantycznym bursztynem. Czasem wbijała nam w głowę nutki i gamy, częściej jej uzbrojenie odgrywało rolę środka bezpośredniego przymusu wobec niezainteresowanych wyśpiewywaniem fraz o kokoszce, co będzie się niosła jak tylko „przyńdzie ziosna”. Kiedyś jednak, pośród gromkiego fałszowania kolejnej ludowej pieśni, tak dalece słuch ją zawiódł a fantazja poniosła, że zapukała pierścionkiem w niewłaściwą głowę. Skutkiem tego najsilniejszy kolega w klasie nie zniósł upokorzenia, wyskoczył z ławki, złapał nauczycielkę za nadgarstek, przytrzymał i z dużego rozmachu wymierzył jej zasłużoną karę w postaci kilku kopniaków w tyłek, aż długa spódnica rytmicznie podskakiwała. Spontaniczny gest rewanżu spowodował, że nasz dzielny mściciel na wszelki wypadek uciekł z zamarłej klasy. Nie pamiętam, czym to się skończyło dla kolegi, ale też nie pamiętam, by pani O. użyła jeszcze kiedykolwiek tego samego oręża na froncie naszej muzycznej edukacji.
   
Można by w tym miejscu zapytać, czemu pozwalaliśmy na takie formy belferskiej przemocy. Tak naprawdę nie przyszło nam do głowy protestować. Trudno to zrozumieć w czasach, gdy każdy uczeń dysponuje komórką i przemoc może udowodnić lub spreparować. W tamtym czasie technicznie było to niemożliwe, ale też nauczyciel posiadał autorytet, a rodzic z pewnością bardziej podejrzliwie zerkał na poczynania potomka niż nauczyciela. W efekcie uczniowi zwykle nie przysługiwało prawo do racji, za to rodzic z większą pokorą słuchał nauczyciela. Czy nam to zaszkodziło? Myślę, że na pewno ukierunkowało nasze wybory życiowe. Pewnie dlatego piszę dziś teksty literackie, a nie programy komputerowe. Może dlatego czytam wywiady z aktorami i reżyserami, choć mógłbym pochylać się nad planem budowy kolejnej galerii handlowej. Cóż począć, gdy matematyka od podstawówki kojarzyła mi się z lękiem, upokorzeniem i perspektywą przetrwania czterdziestu pięciu minut, choćby za trzy z dwoma i święty spokój. Czyli dziś ponoszę straty głównie ekonomiczne, bo humaniści nie są i pewnie nie będą w cenie. Zbyt wielu nieukom wydaje się, że są humanistami, tylko dlatego, że nigdy nie nauczyli się matematyki. To na pewno zamknęło drogę do wielu świetnych i dobrze płatnych zawodów. Nigdy nie czułem specjalnej niechęci do nauczycieli tego przedmiotu. Moja wychowawczyni w technikum też nie nauczyła mnie matematyki, a uważam, że jest jedną z najmądrzejszych, najbardziej sprawiedliwych, rozsądnych i wrażliwych kobiet na drodze życia, a system wartości, jaki w sobie noszę, to owoc także jej humanistycznej w gruncie rzeczy pracy. I tylko jeden dziś mam dylemat: czy to, że poślubiłem inną rozsądną, mądrą, empatyczną oraz wrażliwą matematyczkę, to hołd złożony wychowawczyni, czy jednak syndrom ofiary, jaki zawdzięczam zmaganiom z panem D. w podstawówce? Wszak żona jest bardzo rygorystyczna, nieugięta i … ale nic z tych rzeczy, nie tłucze mnie nigdzie i za nic drewnianą ekierką, nawet o „tangiens” nigdy nie zapyta.

wtorek, 23 czerwca 2015

Zawiedziony anioł

❖Kliknij, żeby posłuchać tekstu w interpretacji autora❖

Ruch dziewczęcej dłoni na blacie uspokajał i hipnotyzował od kilku minut. Przywracała stolikowi dobre wrażenie z obowiązku i zupełnie obojętna na efekt, ale myślami była raczej w wannie pełnej piany, z nogami ułożonymi powyżej jej wątłego ciałka. Znużona, a może znudzona, najchętniej poszłaby już do domu, gotowa zrezygnować z nowej Rexony. Karol bez żalu darował Eli, że odwołała spotkanie. W zasadzie było mu to na rękę. Nie miał siły ani ochoty słuchać jej kłapania o wyższości jednej polisy nad drugą. Teraz mógł do woli milczeć nad kawą i paschą, a może nawet zasponsorować kelnerce więcej niż cel jej dniówki? Uśmiechnął się do własnej myśli: „a jakbyś to zaproponował, stary durniu?”. Skarcił się jeszcze szybciej za pomysł niż dopuścił do siwizny, że zupełnie nie ma pojęcia, o czym może marzyć dziewczyna z pokolenia Y. i nawet nie wie, czy stać go na cokolwiek z jej listy. Nie potrafiłby wymienić dwóch znanych marek kosmetyków, jakich używają, bo nawet nie przeczuwał ich zastosowania.

    Mężczyzna za plecami przerwał rozważanie. Nawet nie mówił tak głośno jak intensywnie pachniał jedną z tych drażniących wód Hugo Bossa czy innego Rabana z Pakiem, ale nawet nie to wzbudzało irytację. Było coś obrzydliwego w głośnym słodzeniu w telefon. Nieustający potok króliczków, perełek, mirabelek, pralinek, landrynek, przeplatanych aniołkami, gwiazdeczkami i pączusiami magnolii, bulgotał równie namiętnie jak zapomniana fasolka po bretońsku na jednopalnikowej kuchence. Nie bardzo było wiadomo, które wymioty czułości dotykały jeszcze powabu i uroku kobiety, a które już jej krocza. Zmiksowane w erotycznym koktajlu słodkości zmusiły Karola do odstawienia reszty paschy i wlania w siebie dużej dawki gorzkiej kawy dla przywrócenia równowagi zmysłów. Było coś bardzo żenującego w obecności dorosłego mężczyzny, obśliniającego telefon infantylnym słowotokiem, ale Karol powstrzymał się, nie wstał. Z ostatniego wyrzutu słodyczy wyniósł, że za chwilę ujrzy obiekt litanii ku czci.

    Zagrała w nim dziwna ciekawość, nieco cyniczna, może odrobinę drobnomieszczańska, której nie mógł się oprzeć. Przesiadł się, zmienił krzesło, żeby zobaczyć facjatę romantyka, zanim przybędzie Brunhilda marzeń, adresatka treli. Terkoczące w słuchawkę pachnidło miało na oko lat czterdzieści, ale równie dobrze trzydzieści osiem jak czterdzieści pięć, bo sucharek - boy odwieczny - wyraźnie dbał o PR. Zapakowany w granatowy dżersej marynarki, z łatką na łokciu, w koszulkę z nadrukiem i nieodzowne trampki konwersy, zarzucił rurkę z łydką na suche kolano i wstukiwał delicje w słuchawkę, a robił to z delikatnością datownika na poczcie. Uśmiechał się przy tym równie naturalnie, jakby pozował do żurnala mód, wycelowanego w target początkującego próchniaka, który zapomniał, że skończył liceum. Generalnie wyglądał tak porywająco, że z zazdrości trzasnęłoby jego lustrzane odbicie.

    Jakież było zdumienie Karola, gdy przed stolikiem tamtego zobaczył nagle dziewczynkę. W dżinsach, z przetarciami na chudych kolankach, w kusej kurteczce imitującej skórzaną, z torbą soho na tyle dużą, że optycznie czyniła z dziewczynki niemal dziecko. Wyglądała na wystraszoną, a jej ogromne oczy sugerowały małe przekonanie, że powinna pozostać tu dłużej. Miała czternaście, może piętnaście lat i raczej nie wyglądała na niedożywioną studentkę. Karol nie zdążył dobrze oszacować wieku, gdy sucharek wypuścił w jej kierunku jedno zdanie, w tonacji nastroszonego wróbla: „… to chodźmy kupić, co tam sobie wybrałaś, a potem szybciutko lećmy do hotelu, chyba, że wystarczy ci moja bryka?”.

    Karol omal nie zakrztusił się kawą słysząc te słowa. Nie był zbawcą świata i miał swoje za uszami, ale zderzenie kreatury z propozycją szytą grubą chucią z pogardą, nie pozostawiły go obojętnym. Musiał coś z tym zrobić, nie mógł dopuścić, żeby jakiś palant ranił na całe życie to dziecko prawie. Ale co mógł? Krzyczeć na cały głos: „pedofil”? Pokazać go palcem? Wyprowadzić pajaca i ryj mu obić? Trącić gówno i siedzieć za człowieka? Bo niby jak miałby udowodnić, że stanął w obronie nastolatki? A może to jego bratanica? Może ona to lubi, może tak zarabia, żeby nie wysługiwać się jak tamta, myjąca stoliki z kółek po filiżankach? Głośna interwencja nie wchodziła w grę, ale cichą ułatwiła ofiara. Nachyliła się do sucharka i po chwili odeszła od stolika, by zniknąć w tłumie galeryjnych szwendaczy. Karol nie czekał dłużej i zanim pomyślał, co ostatecznie powie, siedział naprzeciwko tamtego i już usłyszał jego: co jest? Znamy się?”.

- A chcesz poznać koszmar twojego zasranego życia, wypierdku koguta? – Karol jeszcze wczoraj nie zniósłby siebie w roli Bogusia Lindy, ale teraz nie miał wyjścia, musiało tak zabrzmieć – Powiem krótko: wyrywaj stąd, zanim to dziecko wróci. Masz minutę i nie będę zważał na miejsce i czas, wyjadę ci taką fangą w ryj, że wyskoczysz z trampków, a żonka wygrzebie cię z liści za rok.

- A kto ty jesteś, co?! Wspomnienie Matki Teresy? Anioł stróż tej małej czy moherowy ninja? Chcesz, to zawołam ochronę i sprawdzimy jak sobie radzisz.

- Dla ciebie, skutku pękniętej gumy, mogę być tatuś tej małej i załóż się, że nie zdążysz spojrzeć w kierunku ochrony. Masz jeszcze pół minuty, a potem nie znajdziesz drogi do bryki albo zdechniesz z głodu w locie, wybieraj!

- Nie sraj ogniem, cieciu. Mała nie jest droga. Stać na nią nawet takiego ćwoka jak ty. Naprawdę nie musisz dymać swojego domowego kaszalota do końca świata. Nie ma czego zazdrościć.
      
    Karol wstał bez słowa i pokazał na zegarek. Tamten podniósł się niemal jednocześnie. Doskonale wiedział, że nie ma szans w starciu ze zbrojoną gdańską szafą, zwłaszcza, że determinacja w obronie czci wskazywała jednoznacznie na bliskie pokrewieństwo z niedoszłą ofiarą. Sucharek popukał się tylko w czoło i już znikał w odmętach galerii, z prędkością gwarantowaną przez firmę Converse. Nie minęło pięć minut, gdy do stolika przyszła mała z wyciągniętą komórką w dłoni:

- To ty jesteś ten mój tatuś wyzwoliciel?

- Nie, ja jestem twój anioł stróż, tatuś zrezygnował z wymiany prezentów.

- I co teraz?! Mam ci się rzucić na szyję?! Wiesz, ile spieprzyłeś?! Co ty sobie wyobrażasz? Z Oazy się urwałeś?! 

- Wystarczy. Nie mam ochoty tego słuchać. Nie liczyłem na łzy wzruszenia. I tak tego nie zrozumiesz. Powiedz lepiej, co miał ci za to kupić? Kupię to samo i pojadę sobie do domu.

- Nie stać cię. To ty nic nie rozumiesz, fanie Batmana. Cały miesiąc robiłam podchody pod tego dupka. Schrzaniłeś wszystko. Dziś miał ponieść karę. Trzy miesiące temu zbajerował moją przyjaciółkę, zaciągnął ją do hotelu i dziewczyna ma taką deprechę, że przypomina warzywo. Nie odróżnia własnego biurka od ścierki do kurzu, kumasz? Policja nawet nie wydusi tego, kto jej to zrobił, a ja wiedziałam, pokazywała mi jego fotki, zdradziła nick i mogłam wymierzyć sprawiedliwość.

- Co zamierzałaś? Mało masz kłopotów z przyjaciółką? Chciałaś się podłożyć? A jeśli ciebie by skrzywdził? A jeśli…

- Poczekaj, coś ci pokażę. Widzisz? To niewinne w słoiczku, to mocno i wystarczająco boleśnie żrąca substancja. Zwiędłym korniszonem nikogo już nie skrzywdzi. Do końca życia trzymałby plastikową rurkę w brudnych paluchach!

- A ty spaprałabyś sobie życie, kto wie, czy nie do końca, kumasz?


- Spokojna głowa, mój plan był pewny, ale zawiódł, bo nie przewidziałam, że trafię na własnego anioła stróża. Dzięki! Jeśli teraz ten gnój zrobi komuś krzywdę, to będzie twoja broszka, Złote Serce!  Zadowolony?

wtorek, 23 grudnia 2014

Gody słodko-gorzkie

Papieros dziewczyny w scenicu żarzył się od kilku minut. Sylwia nienawidziła palenia w samochodzie, zwyczaj drażnił ją nawet w obcych autach. Wyobrażała sobie duszący dym wewnątrz, z pewnością przyprawiał o mdłości i nagły ból głowy. Smród nie do wywietrzenia wbijał się stęchlizną w tapicerkę foteli, w plastik kokpitu i obicie sufitu. Czy tamta lubi aż tak  śmierdzieć? Może inaczej nie umie, gdy nerwowo czeka na mokre pocałunki, wykradane w pośpiechu z ciemności? Ciekawe, czy równie gorąco pragnie muskania językami, zapomnianego przez dziesięć, może dwadzieścia lat ślepej wierności? Zdecydowanie nie! Jest dużo młodsza i niewykluczone, że denerwuje się przed pierwszym razem. Czuje suchość w gardle, tak samo przerażona jak ciekawa i doczekać się nie może tego plasterka niedozwolonej namiętności, finału ze smakiem ananasów, całkiem jak Sylwia trzy tygodnie temu. A może jednak inaczej? Może w gęstym dymie papierosa zawiesza decyzję o rozstaniu, bo nadeszła pora, kiedy trzeba powiedzieć „dość” wirtualnym amorom? Położyć szlaban rozgrzewaniu na czacie, gierkom wstępnym w komunikatorze, które zaowocują następnym szaleństwem realności. Może też zapragnęła przerwać to pasmo uniesień, zanim przyjdzie gorycz winy?

    Po co Sylwia projektowała aż tyle wątpliwości na przypadkową dziewczynę? Nie miała pojęcia, ale zdążyła przypisać wszelkie intencje obcej, zanim na parking wjechał inny renault, tym razem kangoo. Najwyraźniej należał do przedstawiciela handlowego, który zręcznie zaparkował pomiędzy kobietami. Wyskoczył z niego barczysty i nieco krępy mężczyzna i już siedział na tylnej kanapie scenica. Po chwili wysiadł i otworzył przednie drzwi po stronie pasażera. Roześmiana dziewczyna wysiadła i zostawiła otwarte drzwi od strony kierowcy. Przez chwilę obsypali się gorącymi pocałunkami za szybami tylnego siedzenia. Wiatr był zbyt silny, więc chłopak szybko wypiął tyłek i nie wychodząc z samochodu zatrzasnął przednie drzwi; lewe, potem prawe. Rzucili się na siebie przy ciągle włączonym silniku. On w pośpiechu zdejmował jej bluzkę, ona zdzierała z niego polar i koszulkę, a parkingowa latarnia oświetlała ich jak na proscenium. Najwyraźniej nie przeszkadzało mu, że wylizuje podniebienie o aromacie popielniczki. Sylwii zrobiło się jakoś nieswojo. Zbyt długo czekała na Marcina w miejscu, które miało gwarantować odrobinę intymności.

    Ledwie nadjechał i znalazł się wewnątrz jej astry, uruchomiła silnik. Mężczyzna zdziwił się nieco, bo żadnej podróży nie było w planach. Sylwia uśmiechnęła się do lusterka, gdy niepokój zaanektował całą jego twarz:

- Nie ufasz mi, kotku?

- Znamy się lekko ponad miesiąc, z czego połowę na żywo, więc chyba się nie dziwisz? Sama wiesz, ile ześwirowanych bab krąży wokół. A ty trochę mało mówisz o sobie, nieprawdaż? Niewykluczone, że jesteś namiętną psychopatką. Ciągle jakieś półsłówka, gdy tylko spytam o dom, o pracę, pasje, zaraz wyślizgujesz się i zadajesz pytania o mnie.

- Mniej wiesz, krócej będziesz przesłuchiwany, słodziutki! Poza tym faceci lubią mówić o sobie, być w centrum uwagi, nie? Twoje przeżycia, pasje, męskość, to wszystko buduje ego, więc o co ci chodzi?

- Pozwól, że jednak zapytam o nas. Dokąd jedziemy?

- W poszukiwaniu miejsc sprzyjających ucieczce od małżeńskiej rutyny. Nie po to przyjechałeś?

- Jeśli o to chodzi, poprzedni parking bardzo mi odpowiadał. Coś się stało? Znasz tamtych kochanków? Dziwnie się zachowujesz.

- Bo dziwnie się czuję. Byli tam przed nami, a ja myślałam, że czeka nas coś wyjątkowego.

            Sylwia ostro zahamowała i niespodziewanie dla siebie zjechała nagle z głównej ulicy. Marcin zobaczył długą uliczkę, prowadzącą do nowego osiedla. Wzdłuż jezdni stało kilka samochodów i dzieliła je spora odległość. Latarnie rzucały tu bardzo słabe światło. Zaparkowała i przesiadła się do tyłu. Rozpinała powoli kurtkę i rzuciła zdanie w tonie kobiety dominującej:

- Będziesz musiał trochę nade mną popracować, mój książę z odzysku. Jestem nieco zdenerwowana i chcę, żebyś mnie zrelaksował, wymyśl coś zmysłowego na początek. 

Ledwie to powiedziała, kątem oka zauważyła ruch w samochodzie stojącym dwa miejsca dalej. Rozsypane blond włosy zajaśniały w mroku i profil kobiecego ciała poruszał się jakby w rytmie kroków całkowicie opanowanego ogiera. Sylwia prawie krzyknęła:

- No ja pier…, jakbym uczestniczyła w jakimś „mam talent albo zajoba”! Co to jest?! Sobotnie zawody w dochodzeniu na czas?! Kto szybciej osiągnie zakazany orgazm, niezbędny składnik kwaszenia wigilijnego barszczu i wróci do skręcania uszek? Wszyscy muszę się parzyć akurat teraz? Złote gody słodko-gorzkie, czy rocznica małżeńskiej nudy?

- Proszę cię. Możesz tego nie zaczynać? Naprawdę musisz mieć pretensje do całego świata, że nie jesteś jedyna, że ratujesz się jak wielu? To nasze trzecie spotkanie i zawsze tak samo. W zasadzie myślałem, że sprawia ci to radość, że oboje tego pragniemy, że zatracasz się i zapominasz jak ja. Podnieca cię ujadanie w ramach gry wstępnej? To cię kręci? Zdecydowanie wolę cię w drugiej odsłonie, kiedy już miękniesz w ramionach, gdy już…

- Gdy ty dla odmiany twardniejesz, wiem. Wtedy muszę się zmagać, żebyś mi go w oko nie wetknął.

            Sylwia roześmiała się nerwowo, zanim odrzuciła jego ramiona. I już przesiadała się do przodu. Znowu uruchomiła silnik. Marcinowi wcale nie było do śmiechu. Nie minęło dziesięć minut, gdy krążyła po gigantycznym parkingu hipermarketu w poszukiwaniu najciemniejszego rogu, poza zasięgiem latarni i ludzkiego wzroku. Nie było łatwo, skoro przedświąteczne zakupy przygnały setki konsumentów, a ich auta szczelnie wypełniały plac. Gdzieś za kwadratem choinek Sylwia wypatrzyła wolne miejsca. Jedno z nich sąsiadowało z okolicznym laskiem. Jeszcze raz się przesiadła. Marcin spieszył się i nie zamierzał tracić więcej czasu. Natychmiast przylgnął wargami do jej szyi, muskał delikatnymi pocałunkami, ale reakcji nie było.

    Pod przymkniętymi powiekami przewijała filmik z opuszczania domu, gdy szepcze teściowej, pochylonej nad grzybami do bigosu, że musi wyskoczyć po ostatnie prezenty, zanim Przemek wróci ze swoimi. Dzieci ubierały z dziadkiem choinkę zaaferowane tak mocno, że nie wymagały dodatkowych kłamstw. Filmik się urwał, bo wczuła się w pocałunki na szyi, a rozpięty stanik ułatwił swobodny, głęboki oddech. Dłoń Marcina masowała miło nagą pierś i kierowała sutek między gorące i wilgotne wargi. Jakoś boleśnie błysnął GPS obrączki na palcu Marcina i Sylwia przypomniała sobie chłodno, czemu tu jest. Sms-y z telefonu Przemka znowu stanęły jej przed oczami. Gdyby sam nie kazał jej szukać faktury w telefonie, nigdy nie dowiedziałaby się o G. Było kilkanaście wiadomości w ciągu miesiąca, wszystkie tęskne, jęczące o spotkanie i zawsze podpisane tak samo: G. Grażyna? Gabi? Gosia? Byle nie Grzegorz, tego by nie zniosła! Uśmiechnęła się błogo do swoich myśli, bo jednak starania Marcina robiły swoje i czuła jak wilgotnieje pod jego dłonią, pracującą teraz intensywnie przez grube rajstopy. Był niesamowity. Jednak bez większego trudu udało jej się wyłowić z sieci czatownika zaprawionego w boju. Trafiał centralnie i podniecenie rosło niezależnie od woli. Wiedziała, że za chwilę przyjdzie ten moment, kiedy straci ostatni wyrzut sumienia. Poczuła gotowość Marcina, gdy sięgnęła do jego rozporka i wówczas poraziło ją światło reflektora z boku. Zsunęła się po oparciu i wyrwała dłoń Marcina ze swojego krocza. Zerknęła przez szybę i zobaczyła tył dobrze znanego, granatowego forda z pluszowym pieskiem przy szybie.

    Wykrzyknęła tylko straszne słowo „mąż” i natychmiast zaczęła zapinać stanik, gdy osłupiony Marcin zastygł z karpikiem na ustach, oderwany niemal boleśnie od piersi. Sylwia spanikowała. Mąż za chwilę otworzy drzwi! Widocznie czekał przyczajony, aż zaczną figlować, by dopaść ją na gorącym uczynku. Jest bez szans na usprawiedliwienie, pozostanie najwyżej odwołać się do zemsty za sms-y, zgodnie z prawdą, ale co jej teraz po takiej prawdzie? Jednak wszystkie drzwi focusa pozostawały nadal zamknięte, mąż tylko światła wyłączył, ale silnik pracował. Skonsternowana kombinowała, jak przedostać się do kierownicy bez wychodzenia z kabiny. Marcin nie potrzebował instrukcji, leżał płasko na kanapie, byle nie rzucać się w oczy.

    Sylwia wciskała się pomiędzy oparcia przednich foteli, gdy od tyłu kabinę rozjaśniły światła nadjeżdżającego samochodu. Z prawej strony forda zaparkowała kia oklejona reklamą. Po chwili wyszła z niej brunetka z rozpuszczonymi włosami, z twarzą ukrytą pod kapturem i szybciutko wskoczyła na tył rodzinnego samochodu Sylwii. Oniemiała kobieta opadła ponownie na kanapę i odruchowo chwyciła Marcina za dłoń, kurczowo ściskając palce. Z jednej strony poczuła ogromną ulgę, ale z drugiej? Marcin zaczął histerycznie chichotać. Sylwia uciszyła go jednym strzałem z oczu szybko wypełniających się łzami. Nic nie powiedział. Spoważniał i przytulił kobietę mocno, a prawą dłonią głaskał jej włosy, policzek, całując przyjaźnie czoło i mokre powieki. Odepchnęła go po chwili i patrzyła uważnie na zawieszenie forda. Była pewna, że karoseria porusza się równomiernie, choć ledwie dostrzegalnie. Tego było za wiele! Zaczęła nerwowo wkładać kurtkę i już otwierała drzwi, gdy Marcin próbował powstrzymać jej rękę, ale wyrwała dłoń. Jednym skokiem znalazła się przy sąsiednim samochodzie i szarpnęła klamkę forda. Ciemne kobiece włosy wysypały się przez próg samochodu. Przerażona twarz Przemka zastygła niemo nad nagim brzuchem kobiety. Żona, wskazując na swoje auto i Marcina w otwartych drzwiach, zasyczała przez zaciśnięte zęby:

- Byłam pierwsza! Tam jest mój świąteczny prezent kochanie, specjalnie dla ciebie! Już skonsumowany. A ty?! Co możesz jeszcze zrobić? Jak już do końca wyliżesz swoją lukrowaną Mikołajkę, nie zapomnij gdzie mieszkasz! Miłego wieczoru, łosiu!

    Siła uderzenia drzwi zwróciła uwagę najdalej stojących małżeństw, które pakowały zakupy do zwyczajnych, pustych i wystudzonych aut, ale Sylwia już tego nie widziała, przekręcała klucz w stacyjce. Marcin w ostatniej chwili uprosił, by usiadła po stronie pasażera, wolał bezpiecznie wrócić do żony. W końcu niewiele czasu pozostało do najbardziej rodzinnych ze świąt.


czwartek, 20 listopada 2014

Łowcy miłosierdzia


Dziewczynka nie miała siły albo ochoty. Przysiadała na piętach, przeciągnęła pod nosem pręgowanym, przydługim rękawem sweterka nie pierwszej czystości i po chwili przyglądała się małym ciemnym dłoniom. Nic nie budziło niepokoju, więc patrzyła w korony nagich drzew, byle dalej odwieść myśl od konieczności zawodzenia. Rozejrzała się bystro dookoła i jakiś delikatny szelmowski błysk rozjaśnił jej śniadą twarz. Wyraźnie ucieszyła się, że nikt nie nadchodzi, więc nie ma potrzeby odstawiania dramatu dziecka na skraju wyczerpania. Zmęczona brzmieniem frazy ze zdartej płyty: „daj pani złoty, daj dobra pani, daj na jedzenie, Bóg zapłać” albo zwyczajnie dziecięco znudzona, przez dłuższą chwilę nie wyłudzała grosza na lepsze samopoczucie tych, co na chodniku posadzili ją za karę, że nie urodziła się biała. Bardziej rozczochrana niż uczesana, niespokojnie poruszała resztką warkoczyka, odwracając głowę w lewo i w prawo. Co chwila odgarniała czerń nieposłusznych włosów, opadających wzdłuż policzków, aż w końcu znieruchomiała.

    Zebrała siły, żeby i tej kobiecie nie odpuścić, nawet wciągnęła głęboko powietrze, ale oddech został wewnątrz. Babina szła zbyt wolno, poprawiała okulary z grubymi szkłami, lekko chwiała się na boki i ciągnęła za sobą kraciastą torbę na kółkach, jeszcze pustą, którą na rynku wypełni do granic wytrzymałości zieleniną, mięsem drobiowym, ziemniakami i jajami prosto od chłopa. Najdalej za czterdzieści minut, popiskując kółkami, przeciągnie ją na powrót obok romskiej dziewczynki. Mała już wie, że z lepszym skutkiem wyciągnie dłoń dopiero później. Ludzie są bardziej hojni, gdy zrealizują tygodniowe zapotrzebowanie na świeże i wiejskie. Wówczas widok dzieci boleśniej wchodzi drzazgą w dobre samopoczucie. Ale kobieta z pustą torbą sama zatrzymała się nad małą, spojrzała z bliska i odezwała się, mimo że dziewczynka o nic nie prosiła:

– A ty umiesz przeżegnać się, dziecko? Umiesz ojczenasz zmówić? Widzisz? Ty nic nie umiesz, to jak ty chcesz miłosierdzia ludzkiego prosić? My tu naród katolicki jesteśmy, wiesz? Ty nawet nie wiesz, co ja do ciebie mówię! Ale ja tobie dam złotówkę, nawet dwa złote tobie dam jak zobaczę, że ty tam do Biedronki pójdziesz i naprawdę bułkę sobie kupisz albo pączka, jak ty taka głodna jesteś. Zaraz będę wracać, to zobaczę czy ty jesz.

– Gówno ona tam pójdzie, pani! – Odezwał się gość w kraciastej bluzie z polaru i w szarej czapce z daszkiem, którą zdobił napis „Love power”. Zwycięsko rozkraczony na ławce zaciągał się akurat papierosem. – Na drugie strone ona pójdzie, pani, a tam siedzi taka stara, czarna jak salceson, grubościo też taka będzie, matka może, nie wiem. Kudły ściągnięte na gumkie od weka, a morda rozlana jak zatoka, bo wypasiona na tych dzieciakach. Zagarnie małej cołaskie jak pani dała i jeszcze w morde trzaśnie, żeby ryczała. Jak się mała usmarka, to większy zarobek będzie, nie wiesz pani? Tfu z tym tałatajstwem, że to wpuszczajo nam do kraju? Toć une pani ani pesela nie majo, ani paszportu, a jak te szczury mnożo sie po kanałach! Dzieci narobio, żeby na ulicy zarabiać, zasiłki wyciągać, a jaki pożytek z tego? Sraki i na raki, tfu z takim porządkiem!

           Ale kobieta z wózkiem nie miała potrzeby dyskutować, grzecznie wysłuchała z rozchylonymi wargami i z okularami zsuniętymi na koniec nosa. Ledwie mężczyzna wstał z ławki już oddalała się w stronę targowiska, machała przy tym lekceważąco ręką, jakby odganiała niewidzialną choć upierdliwą muchę. Niewykluczone, że chciała odrzucić tym gestem akt miłosierdzia, który okazał się piętnem naiwności i coraz szybciej przeobrażał się w powód do wstydu.

    Mężczyzna z ławki najwyraźniej wiedział o czym mówi, bo dziewczynka wstała z klęczek i oglądając monetę na przemian z obu stron, przeszła przez ulicę i ruszyła pod najbliższy sklep, gdzie podała ją rzeczywiście wielkiej babie i tak czarnej jak salceson.

    Po tamtej stronie ulicy obserwację Romów przejął inwalida. Mężczyzna około pięćdziesięcioletni, często siedział na stopniu tamtejszego warzywniaka. Teraz także czujnie pilnował kartonika u nogi, z wpiętym weń obrazkiem Jezusa Miłosiernego z promieniami płynącymi wprost z serca. Na odgiętym fragmencie kartonu widniał napis świeżo odnowiony czarnym flamastrem: „Nie jestem oszustem, uczciwie przepracowałem 32 lata. Dziś nie mam środków do życia. Jestem rencistą. Proszę na czynsz i leki. Bóg zapłać”.

    W sobotni poranek nikt nie miał czasu na czytanie próśb, a tym bardziej na czekanie, aż Bóg za coś zapłaci, więc kartonik świecił pustkami. Mężczyzna szeptał pod nosem coś, co wyglądało na pogróżki, bo nie spuszczał z oczu romskiej konkurencji, która jakiś czas temu wyszła z drugiej strony sklepu. Była to młoda matka z dwójką małych dzieci, z których jedno było blondynkiem z loczkami, tylko brudna odzież i wykrzywione buciki, niestosowne do pory roku, sugerowały jego przynależność etniczną. Około pięcioletnia dziewczynka natychmiast zaczęła biegać wzdłuż chodnika, już zaczepiała ludzi z wyciągniętą rączką, ale blondynek został przy kobiecie. Trzymał się jej spódnicy z miną bliską płaczu i wyraźnie kaprysił. To wystarczyło renciście, widocznie nie miał cierpliwości do dzieci. Gdy już opędziła się od malca i wygodnie rozsiadła się na chodniku, mężczyzna podszedł. Wyrwał ze złością obrazek Jezusa z kartonu, podsunął jej pod nos i zaczął krzyczeć:

- To jest nasz kraj, nasza bieda i nasze miłosierdzie, rozumiesz brudna wywłoko?! My tu ciężko pracujemy, żeby na koniec zdychać z głodu! Żeby nas choroba zjadła, a nie hołota cygańska zalała! Do siebie wypierdalaj żebrać! Niech tam ci dupę skopią lepsi od ciebie! Pracą się zajmij, dzieci wychowaj na ludzi, zobacz ile kosztuje krzyż pański bez twojego złodziejstwa i smrodu!

    Kobieta nie odezwała się, patrzyła tylko zaciekawiona, bez większego zdumienia. Prawdopodobnie nie miała pojęcia o co napastnikowi chodzi albo zbyt często takich spotykała. Na blondynka tyrada zadziałała, rozpłakał się na dobre. To pozwoliło renciście na przejście do mowy ciała, zrozumiałej niezależnie od różnic kulturowych. Z wielkim wymachem wykopał na aut jej brudny styropianowy kubek, z którego posypały się dwudziestogroszówki. Wzmocnił gest słownym suplementem zachęty do opuszczenia ojczyzny i to dopiero uruchomiło głośny romski jazgot na tyle, że ludzie spieszący na targ zostali na moment wytrąceni z układania listy zakupów, naprędce sporządzanej w setkach egzemplarzy.

    Ale rencista był już coraz dalej. Wściekłość niosła go energicznie w przeciwnym do rynku kierunku, ku nowym archipelagom miłosierdzia, z nadzieją, że znajdzie zdrowy stopień, zdrowych schodów, gdzie Polska jest Polską, a Polak Polakiem.

czwartek, 16 października 2014

Buntownik

❖Kliknij, żeby posłuchać tekstu w interpretacji autora❖

    Obrazy za oknem przepływały wolniej niż myśli. Może nawet dużo wolniej niż pytania, które nie zagościłyby w głowie, gdyby autobus nie ślimaczył się w ulicznym korku. Wolałby już wracać. Tchórzył? Dziadek Franciszek mawiał: lepiej żałować tego, co się zrobiło niż tego, że zmarnowało się okazję. Zwłaszcza, że następna może się już nie zdarzyć. Nie ten wiek, nie ten wdzięk, a brzuch jak bęben Rolling Stonesów.
   
Co było pierwsze? Fascynacja spotkaniami z Natalią czy narastająca frustracja żony? Przedszkolanka istniała od miesięcy, ilekroć odbierał bliźniaczki, nie odpuszczała. Zawsze miała dla niego czas, uśmiech, coś do opowiedzenia o postępach dziewczynek, o ich wspaniałym zachowaniu w grupie. Potem była kawa, przy której nie zamykała się jej buzia, a gdy Tomasz mówił, odnosił wrażenie, że szklą jej się oczy. Była pod wrażeniem jego nauczycielskiego powołania i męskiej dojrzałości, dzięki której nie podrywał bezczelnie. Potem poszli do kina, gdy teściowa bardzo chciała mieć wnuczki u siebie, a Julia dyżurowała w szpitalu. Po kinie była restauracja i pierwsze nieśmiałe, delikatne pocałunki, jakby mieli po siedemnaście lat. Nie zaznał w życiu kobiecych warg, innych niż żony, więc bardziej to doceniał. Po dwóch piwach zwariował. Obudził samca, który w przeciągu chwili był gotów gnać za Natalią, choćby do toalety i pewnie by to zrobił, gdyby nie kelnerka. Skorzystała z jej nieobecności i beztrosko podeszła do stolika, by zapytać, czy dla żony też jeszcze raz to samo? To go otrzeźwiło i przywróciło dyscyplinę. Ale na krótko, skoro dziś jechał do jej mieszkania.

    To ten podły ton żony przeważył. Przez ostatnie dwanaście lat za dużo miał anielskiej cierpliwości. Zupełnie już przestał bywać na szachach u Daniela. A piwne piątki z Jackiem zerwał, gdy otrzymał żółtą kartkę, bo niby powtarzają się co tydzień, a miały być raptem raz w miesiącu. Żeby nie mijać się w drzwiach z żoną zmęczoną pracą w trzech przychodniach, nie wpadał nawet na siłownię. Julia jednak nie widziała żadnego poświęcenia. Na bezwarunkową miłość reagowała cynizmem, rzucając uwagi do lustra, gdy Tomasz wychodził z wanny: „no cóż… każdy ptaszek ma swój daszek, ale ten twój koliberek ginie już całkiem bez światła”.

    Miał ochotę nienawidzić, nawet nie z powodu reakcji na goliznę, ale za ślepotę. Zrobił wszystko, żeby Julia nie zadręczała się obowiązkami wobec domu i dzieci. Należało wygarnąć, może nawet strzelić w papę, żeby się ocknęła, ale ilekroć próbował rozmawiać, okazywało się, że jest zbyt delikatny. Julia wykorzystywała to bezlitośnie: „Chciałeś mieć lekarza za żonę? To morda w kubeł! Feministki robią dla ciebie więcej niż Pan Jezus, one już cię wybawiły od męskości. Bez kobiety zdechłbyś z głodu, ostatni wypierdku patriarchatu! Gender to dla ciebie jedyne ocalenie, bo w wakacje jeździłbyś gołą dupą po nieheblowanej desce, za te swoje trzy brutto. Bajkę dziewczynkom lepiej poczytaj, do tego się nadasz! Kolorowanki z nimi trzaskaj, pozamiataj kuchnię, a potem możesz z psem wyjść i tam się wyhasać do woli. Jeśli w pogoni za piłeczką zdążysz przed Cziką. Nawet kosmata baba na czterech jest lepsza od ciebie, troku zagubiony w poszukiwaniu kalesonów. Dżizas! Gdybym w liceum wiedziała, co się wylęgnie z jaja dziobaka, gdy z pyska zejdzie już ta drożdżówa z kruszonką, w życiu bym za to nie wyszła!”.

    Nic nie stało na przeszkodzie, żeby zadzwonić do drzwi Natalii. Wczorajszy cynizm żony wybrzmiał jak wezwanie do buntu. Powoli kroczył nieznanymi chodnikami. Szukał bloku, ale wszystkie były jednakowe, łatwo nie było. W końcu dotarł przed domofon i już wiedział, że to ostatnia chwila. Jeszcze mógł ocalić przysięgę, której poświęcił wszystko. Gdy wybierze numer, nic już nie będzie takie samo. Zapach nowej kobiety, delikatność wąskich ust, miękki głos i ciepło smukłych palców, jej samotność i jego wyposzczona męskość, to mieszanka wybuchowa… zawrócić? W oczach jeszcze jednej kobiety zostać zerem? Wolał mieć problem z ciężarem winy niż dalej pozostawać miękką fają.

    Natalia wpiła się w jego wargi, zanim zdjął plecak. Cofała się, nie odrywała ust i holowała Tomasza do jedynego pokoju z aneksem kuchennym. Czuł pod palcami jej biodra, gumkę majtek pod śliską miętową sukienką w delikatną łączkę. Twarde piersi odciskały wyczuwalne piętno na jego klatce, bo nawet brzuch wciągnął pod wpływem namiętności. Poczuł jak rozjeżdża się suwak rozporka i ciepło delikatnej dłoni ujmowało jego męskość zbolałą z pragnienia. Teraz Natalia zjeżdżała w dół całym ciałem i już miętolił palcami gęstość jej kasztanowych włosów. Tego było za wiele, nie wytrzymał napięcia. Po chwili z ust kobiety padły słowa, które za nic nie chciały wybrzmieć komplementem: „żonaty facet ze stażem i tak namiętny? Nie przejmuj się”. Uśmiechnięta wstała i bez wyrzutu dodała delikatnie: „Przepraszam, może nie powinnam tak szybko, poczekaj, przebiorę się i usunę to z sukienki”. 

    Klapnął ciężko w fotelu, ale zamiast poczucia winy, wypełniło go coś jak ulga w połączeniu z wiotczeniem mięśni niosącym poczucie senności, które zaraz potem przeszło we wstyd wobec Natalii. Wytrysnął jak uczniak, a z pewnością nie tego spodziewała się namiętna kobieta. Już był gotów pokazać na co go stać, gdy na rogu kuchennej zabudowy, u góry, zobaczył niebieską papużkę, która przyglądała mu się kręcąc z ciekawości łebkiem. Ptaszek siedział wolny, bez klatki i rejestrował obecność intruza. Gdy Natalia pojawiła się w błękitnej sukience, nie pozwolił jej usiąść. Z uśmiechem, bez słowa, odwrócił ją plecami do siebie i podnosząc włosy obsypywał szyję i kark delikatnymi pocałunkami.  Oparła dłonie o ścianę, gdy po chwili z głową pod sukienką całował jej uda. Końcem języka muskał pośladki, częściowo ukryte w pastelowo różowych majteczkach. Prężyła się i wypinała zachęcająco, pomrukiwała cichutko i poruszała biodrami, więc po chwili wśliznął się w nią. Tymczasem papuga głośno zaskrzeczała. Lekko stropił się, zwolnił, ale wówczas zadzwoniła komórka w plecaku. Odwrócił się niespokojny, bo o tej porze nikt do niego nie dzwoni. Na wyświetlaczu zobaczył kiepsko brzmiący napis „kobra” i już po chwili rozbrzmiało pytanie teściowej: „Tomeczku, dziewczynki chcą na obiad kopytka, zrobić też dla was? Zjecie cieplutkie z sosikiem?”. Przytaknął. Wydukał coś, że będzie koło siedemnastej i spojrzał na Natalię. Uśmiechnęła się dosyć boleśnie i po chwili dodała, że przygotuje coś do zjedzenia.

    Odwrócona wrzucała masło na patelnię, wyjmowała jajka z lodówki, jakby nie chciała patrzeć w jego stronę. Zapytał o papugę, czemu tak się darła, gdy zabierał się do jej pani? Natalia roześmiała się dosyć szczerze: 
- Wyposzczona samiczka, co się dziwisz? Widzi jak obracasz panią, to żałuje, że też nie może. Zazdrosna franca i tyle. 
Tomasz nie miał pomysłu na dalsze pytania, było mu głupio, a przecież nie jadł śniadania i głód robił swoje. Parujące talerze znalazły się na blacie, więc zasiedli na skórzanych hokerach. Tomasz przełknął i poczuł, że jaja są jakby zepsute. Spojrzał na Natalię i czekał na jej reakcję. Uśmiechnęła się trochę przepraszająco: 
- No co? Zepsuty seks, zepsute jaja. Chłop z odzysku, jaja z Biedronki…. Takie moje szczęście! Zbukiem ciągnie, nie?
Uśmiechnął się gorzko i dojadł do końca, żeby nie pogrążać już więcej pięknej gospodyni, która nic nie straciła ze swojego uroku.

    Nie dopił herbaty, gdy nagle postanowił podjąć ostatnią próbę. Wydobył z głębokiej przeszłości wspomnienie jakiegoś filmowego macho i oderwał Natalię od zlewozmywaka. Patrzył jej głęboko w oczy i bez gier wstępnych zadarł sukienkę . Pieścił dłonią przez bieliznę i czekał na błysk jej oczu. Przymknęła powieki, więc zaczął całować szyję, usta, podgryzał uszko i nie przestawał pieścić. Odsunął palcem gumkę majtek i była prawie gotowa, już pojękiwała do ucha, gdy ponownie zadzwoniła komórka. Oderwał się i chwycił telefon. Tego tylko brakowało! Na wyświetlaczu pulsował napis: Julia. Gdyby ktoś kazał mu wyznać, kiedy to żona ostatnio do niego dzwoniła, byłoby to trudniejsze niż wskazanie ostatniej daty małżeńskiego seksu. Zamarł. Rzucił się do okna i otworzył je na oścież. Odebrał jednak dopiero, gdy gwar ulicy wdarł się do środka. Pretensja odrzuciła go od słuchawki: „Ogłuchłeś capie! Ile mam czekać? Myślisz, że mam tyle czasu? Gdzie ty się szlajasz? Co to za hałas? Na jakim placu? Co ty pieprzysz, dzieciaki za palenie ganiasz? Przecież ciebie nikt się nie boi! Czekam. Za godzinę na osiedlu, pod sklepem. Krzesła trzeba spakować do auta. Rusz się, w końcu na coś się przydasz!”.

    Natalii jednak już nie było w pokoju. Otwierała drzwi wejściowe i teatralnym gestem wystawiała plecak Tomasza. Powiedziała tylko: „A ja głupia załatwiłam na dziś zwolnienie, na badanie serca… chyba powinnam na badanie głowy”.

środa, 18 czerwca 2014

Troll z niespodzianką

    Trzeba było odwalić pańszczyznę, jak w każdą sobotę, nie było wyjścia. „Żeby odpocząć, trzeba się napracować”, pomyślał Zygmunt schodząc po schodach, za pocieszenie mając jedynie nadzieję na kilo świeżych truskawek. A przecież dobrze byłoby się zbuntować, powiedzieć żonie: nie! Wstać, podrapać się po brzuchu i w kroku poczochrać. Wypić kawkę bez wyskakiwania z piżamy i pogapić w korony drzew za kuchennym oknem, gdy w radiowej Trójce do oczu skaczą sobie politycy tęskniący do hospitalizacji.

    Zygmunt zszedł już do pierwszego piętra w tym smutku wątłego buntu, gdy kroki żony doganiały go z góry. Z dołu zaś doleciał niepokojący odór, który zdał się być połączeniem szaletu, oszczanej dawno bielizny i tyłów monopolowego o porannej rosie. Nim zdążył dobrze zidentyfikować miejsce najsilniejszego stężenia zaniedbanej ludzkości, żona energicznie popchała go dłonią ku drzwiom, z siarczystym zdziwieniem w głosie pełnym obrzydzenia:
- Zygi! Co tak wali?! Żywe gówno!
- Gówno w sosie, i to raczej nie za sprawą twoich polityków, chyba że nagle urwali się tu prosto ze śniadania w Trójce - odpowiedział ponuro. 
Podejrzenie padło na pękniętą rurę odprowadzającą ścieki, bo w bloku sami porządni ludzie. Ale rury wymieniono zeszłego lata, więc od razu zakwestionowali możliwość i już skupili się na liście zakupów.


    Po dwóch godzinach wracali obciążeni torbami niczym wypłata składkami, ale smród był o wiele bardziej intensywny i jadowitym zębem wpijał się w spokój trzeciego piętra. Na szczęście mieli podwójne drzwi. Za nimi opadły emocje i zapomnieli o sprawie, zamknięci pośród gotowania, odkurzania, sprzątania, jak znakomita część zapracowanych rodaków przed niedzielą. W końcu wybiła godzina wolności i Zygmunt spakował plecak wędkarski, włożył bojówki, koszulę i czapkę khaki. Przypomniał sobie, że żona wspominała o doniczkach z piwnicy, a on zabierze klucz razem z woderami, więc musieli zejść razem.


Otworzył drzwi do korytarza piwnicy i z ciemności rzucił się do twarzy ciężki odór. Żona mogła uciec, ale Zygmunt musiał tam wejść. Przecież nie będzie chodził na bosaka wśród traw i chaszczy po pachy, nie podwinie nogawek, by wejść do kamienistej rzeki. Włączył światło i już ze schodów zobaczyli wycięty kawał starego dywanu, a na nim rozsypane buty, reklamówki pełne odpadków, rozwalone butelki po piwie, a w narożniku wielkie gówno, zalane szczynami. „Kurwa! Troll jebany się tu wykluł i gdzieś pęcznieje! Zajebię jak psa! Razem z budą!”. Zygmunt eksplodował otwierając kłódkę własnej piwnicy, a żona porwała najbliżej stojące doniczki i ewakuowała się w kilku skokach. Mąż nie pozostał dłużej niż to konieczne i już po chwili roztrzęsioną dłonią pakował buty do bagażnika.
I tak jeden bezdomny rozpieprzył mu radość wędkowania. W malowniczym otoczeniu przyrody posklejał rozszarpane nerwy i po dwóch godzinach całkiem oddał się pasji. Skupił się na rzutach wędką i dłużej zatrzymywał się przy głębszych dołkach w ciemnym bystrzu. Jednak zdarzenie piwniczne nie dawało spokoju, przebijało przez myśli. Tak dalece, że nawet spływające co jakiś czas kajaki nie drażniły jak dawniej. A jeśli troll zalęgł się na dobre? Jeśli bezdomni przyjdą masowo? Zasrają cały blok? Z drugiej strony, bezdomny też człowiek, więc może to jest test na Zygmunta wyznanie wiary? Na miłość bliźniego? Nie sztuka kochać pachnącego i miłego. Dobrze się chodzi w niedzielę do kościoła, dobrze składa się rączki do modlitwy, gdy to nie kosztuje, ale kiedy trzeba pochylić się nad śmierdzielem i zobaczyć ludzką twarz, to co? Wiara idzie na kołek? Bez przesady, a czy on jest Matka Teresa? Zresztą ona też tkwiła długo w nocy wiary, a Zygmunt zawsze kupował coś do jedzenia, gdy bezdomny prosił. Kupował dużo więcej niż ten chciał. A ile razy dał dwa złote, gdy taki prosił o złotówkę? Koszule i buty, spodnie oddawał zawsze bezdomnym. Że dał się ponieść nerwom?! Krzyczał z bezsilności, wiadomo. Jakiś ludzki sąsiad ulitował się nad włóczęgą, wpuścił na noc, a ten zafajdał wszystko i poszedł sobie, zostawiwszy w nagrodę smród nie do zniesienia. No tak, w końcu każdy dobry uczynek spotyka zasłużona kara! Ale czy tu w ogóle obowiązuje prawo miłości? Jeśli kmiot sam zrezygnował z własnej godności? Wiadomo, każda miłość kończy się tam, gdzie zaczyna się krzywda drugiego! Nawet kot nie wali sobie pod głowę, tylko idzie do kuwety, pies w teren, więc jaki to człowiek, który nasra i naszczy przy własnym łbie na beton i położy się spać?

    „Chyba przeginasz Dżizas”, wymsknął mu się cytat z jakiegoś filmu i zaraz potem przypomniał sobie, że przecież będzie musiał wejść do tej piwnicy, zanieść buty, a jeśli spotka trolla? Zagotował się od nowa. Prawie zobaczył jak łapie go z obrzydzeniem za kołnierz, wywleka na kopach przed blok i skoro bydlak nie umie się zachować, bluzgami grozi, że zatłucze na kotleta, jeśli ten wróci do piwnicy porządnych ludzi. I z tą wizją agresji postanowił co prędzej zmierzyć się z faktem, zamknąć temat skutecznie i na zawsze.

Wziął głęboki wdech, gdy wchodził do bloku, ale o dziwo smród mocno zwietrzał. Może bezdomnego przegnali inni i zaczyna się powrót do normalności? Włączył światło i zobaczył stary dywan. Leżał na swoim miejscu, a na betonowej wylewce pojawiły się nowe kartony i puste butelki po sokach, w rogu leżała rozciągnięta koszula w paski. Z bocznego piwnicznego korytarza wysunął się mężczyzna w białej koszuli i ciemnych bermudach, z zawiązaną reklamówką w dłoni. Bez powitania zwrócił się do Zygmunta:
- Widzę, że pan już tu przyszedł na noc, z plecakiem, to ja tu panu przyniosłem coś na śniadanko. Proszę!
Zygmunt spojrzał na przebijające przez folię pudełka z kefirem, pół chleba, słoik dżemu i krew się w nim zagotowała:
- Panie, chcesz pan rżnąć Samarytanina?! To ulokuj pan trolla w stołowym i niech nasra panu do wazy z niedzielnym rosołkiem!
- Przepraszam sąsiada, okularów nie wziąłem, a pan w takiej czapce, z workiem, myślałem, że to ten pan, co tu wczoraj...
- Ten pan, to mam nadzieję właśnie wali panu szanownemu na wycieraczkę, boś pan sobie na to zapracował. Troszcz się pan dalej o gnoja, lękaj, że mu w czerwcu dupka marznie i boi się pod krzak nawalić!
- Ale noce są jednak zimne, a tu przecież nikomu nie ubędzie jak się człowiek prześpi.
- Prześpi, wyżerkę znajdzie, gdzie mu będzie lepiej?! Wczoraj w nagrodę za miłosierdzie nasrał, a dziś może nas podpali, co? A pojutrze będziesz pan razem z nim miłosierdzia po piwnicach szukał! I może wreszcie coś panu szanownemu rozum wtłoczy pod beret, jak już zwolni się miejsce po miłości bliźniego!
Ale ostatnie słowa krzyczał Zygmunt w piwniczną ciemność. Samarytanin jakby stracił przekonanie i argumenty w dyskusji o wyższości miłosierdzia nad ludzkim upadkiem.

wtorek, 16 lipca 2013

Matka Polka Dręczycielka

    Chcesz herbaty? Mnie też zrób. Ja bez humoru?! Ty albo głupia jesteś albo ślepa, a ja zwyczajnie mam dość! Jaka mam być?! Ze szczęścia podskoczyć? Córka ma zawsze pięćdziesiąt ważniejszych spraw niż życie schorowanej i samotnej matki! Jak ty mnie traktujesz? No wiem, jak zapis na karteczce do odhaczenia, mieszczę się tylko między pracą a nadgodzinami i lataniem na treningi synków, na baseny, angielski i inne wydumki, które w normalnej rodzinie dzieli dwoje rodziców. Jakbyś umiała choć raz w życiu znaleźć normalnego chłopa, nie potrzebowałabyś tego markera do zakreślenia matki między kosmetyczką a Biedronką.
  
Tak, pamiętam, mam być wdzięczna! Czasem idę wyżej w rankingu spraw do odfajkowania, bo do lekarza ze mną pojedziesz. A że nie mam do kogo gęby otworzyć na tym wysrajewie, to najmniej cię obchodzi. Do cywilizacji za daleko, do grobu jeszcze dalej, bo jakoś wlokę kulasy i tak mnie trzymasz w zawieszeniu między ziemią a rozpaczą. Boś mi kupiła to mieszkanie na końcu świata, a teraz… wiem, sama chciałam w nowym, a co? Może miałam się gnieść w pudełku na buty z wielkiej płyty jak ty? Dwadzieścia lat tam mieszkasz i nie potrafisz wymienić nazwiska żadnej sąsiadki. Jakbyś była mądra i rozsądnie drugi raz za mąż wyszła… .   

    Nie zmieniaj tematu tak głupio! Zawsze masz jakichś klientów. Ciekawe, że najważniejszych na koniec pracy! Od dziecka pięć rzeczy naraz robiłaś i wiecznie za wolno. Zresztą, ty przecież nikomu nie umiesz odmówić! Dawniej trzeba było z nimi twardo, nie to co dziś. Pokazujesz delikwentowi kartkę na drzwiach: czynne do szesnastej, a jak analfabeta czytać nie umie, to nie ma z kim gadać! Można tylko kulfona przychlastać zamkiem patentowym i po zawodach. Stracę! Jasne! Już ty od ręki pracę tracisz, bo jakiemuś szmaciarzowi faktury nie przyjmiesz. Nie przeceniaj się! Jakoś nie boli, że jedyną matkę tracisz z każdym dniem. Wiem, to akurat ci ulży. Nikt nie będzie gderał, nikt nie przypomni, żeś ofiara losu i romantyzmu! Dzieci tylko dałaś sobie narobić i zaraz skończył się świetny bajer filmowy. Odleciał niebieski ptaszek po robocie! Co mamo?! Teraz mamo?! Trzeba było rozumu używać, a nie miłości.
   
Ja nie wiem w kogo ty się wdałaś?! Wczoraj Adelka zabrała mnie do swojej córki, w twoim wieku jest, może trochę młodsza, bo przecież tobie zaraz czterdziestka stuknie! Tak? Czterdzieści jeden? Serio? Nieważne zresztą. Elusia Adelki chyba jest młodsza, ale dużo mądrzejsza i praktyczna, nie to co ty! Elusia wiedziała kogo sobie bierze za męża. Dużo wcześniej delikwenta obserwowała i wyciągała wnioski. Zobaczyła, że jest pomysłowy, zaradny, że biznesplanem na życie patrzy i jak tylko pokłócił się z dziewczyną, znaczy z Eli koleżanką ze studiów, zaraz się za niego wzięła. I co dziś ma? Raj! Żyć nie umierać. Do pracy nie musi chodzić, zajmuje się domem, ma święty spokój i kasy więcej niż ustawa budżetowa przewiduje. Mądre dziewczyny nie patrzą na uczucia, tylko na to, żeby mieć zapewnioną przyszłość. A u ciebie wiecznie te mądre książki w garści, jakieś tygodniki, co to takie powszechne, że nikt normalny o nich nie słyszał! Aż nosem w nie dziobiesz zasypiając z wysiłku. Duchowość rozwijać?! Do zakonu było iść. Intelekt może jeszcze i głęboko rozmawiać? Tylko z kim ty możesz rozmawiać? Z tym mrukiem Zbysiem, co przez  ostatnie pięć lat tylko żarł u ciebie i nawet do masła się nie dołożył? Żarówki nie umiał zmienić, truteń, gniazdka naprawić, ale oczytany jaki! Nawet na wyprzedaż do galerii nie zabrał, do czynszu się nie dorzucił, ale co twoje to nasze, a co moje, to nie rusz! Tak ty się znasz na facetach.

    Wiem, że umiesz liczyć na siebie! Jaką utrzymanką? Nie piernicz mi tu w żywe oczy jak te popaprane feministki! Ty je czytałaś chyba tylko w tej twojej Wyborczej, co? Ty kiedyś otwórz telewizor i się im przyjrzyj, tym najbardziej rozkrzyczanym raszplom w okularach mocnych jak zbrojone dno z komunistycznego akwarium. Ty zobacz te ich wągry, tłuste kudły i łapy męskie bardziej niż głosy i potem mi powiedz, czy jest na świecie tak pijany chłop, żeby na nie poleciał? Też mi wymyśliła: równe traktowanie i sranie w banie. One nie mają wyjścia, bo kobiece są jak partyjny dziennik, a delikatne jak kalesony twojego dziadka czekisty, zostaje bój im ostatni, o tę twoją równość i homo nie wiadomo chyba, bo wyjścia nie mają, nawet awaryjnego!

    Ty już miałaś czas na partnerstwo intelektualne, miłość i na równość. Rysiek ładnie na gitarze grał, a jeszcze piękniej w oczy wiersze deklamował i zaglądał tak samo głęboko jak w dekolt, to dziś sama ciągasz się z dzieciakami i sama na nie tyrasz. Masz to swoje partnerstwo głębiej zagrzebane niż ja radość życia.

    Inne babki jakoś potrafią znaleźć drugiego i trzeciego męża jak trzeba, który pracuje na nie i na ich dzieci. O! Zosi córka sobie znalazła, a wcale nie jest ani ładna ani specjalnie mądra i gruba całkiem jak te feministki. Zosia dzisiaj zrobiła mi niespodziankę w samotności utrapionej. Przyjechała i zabrała do córki, do jej nowego mieszkania znaczy, bo córka akurat z tym nowym mężem i z dzieciakami jest w Egipcie.

    Zośka chciała się pochwalić szczęściem córki albo mnie rozdrażnić, nie mam pojęcia. Całkiem zapomniałam co myśleć jak to cudo zobaczyłam! Tak urządzonego mieszkania nie widziałaś i nie zobaczysz! Oczywiście sami nic nie robili, mieli dekoratora wnętrz i wszystko im zaprojektował najmodniejsze. Taka Ikea, to pryszcz przy tym. Ależ oni muszą mieć pieniędzy! Więcej niż tobie biedy zostało do końca obsranego żywota! No mówię Ci, w takim apartamencie mieszkają jak w amerykańskich filmach. Meble sprowadzali z super nowoczesnego salonu. Nie mają dywanów ani firan, bo teraz się już dywanów nie trzyma. Te swoje też mogłabyś zdjąć, bo tylko roztocza się w tym pierdzielą. A garderobę mają jak cała twoja pudełkowa klita. Wiesz jaka to wygoda mieć tak wszystkie ubrania w jednym miejscu? W salonie tylko jeden kredens taki zabytkowy, bo teraz tak się robi, że jeden stary mebel się stawia, a cała reszta nowoczesna ma być. A jaką mają łazienkę?! Turkusowo-brązową, nawet kubki i szczoteczki do zębów w tych samych kolorach, a zamiast kafelków, bo już są niemodne, płyty szklane na ścianach i najmodniejsze teraz takie kolorowe przezroczyste płytki szklane, luksfery czy jakoś tak. Mówię ci, rozmarzyć się i umrzeć tylko. Zosia mówiła, że nawet poprzedniego córki mieszkania nie musieli sprzedawać, tak trafiła.

    A ty co? Już nawet mojej emerytury mało na te proszone kolacyjki, na wszelkie niby przypadkowe spędy okolicznych chłopów od moich bliskich i dalszych koleżanek. A ty dalej, pouśmiechasz się i spieprzasz do książeczek i co ty sobie myślisz? Ja tu żyły wypruwam, żeby ci przyszłość zapewnić, a życie umyka, nie ma co patrzeć na urodę, bo sprawy łóżkowe i tak masz dawno za sobą, a żyć trzeba!

niedziela, 5 maja 2013

Apostoł wycofania

    W niedojedzonej musztardzie rysował kreski plastikowym widelcem. Drugi szaszłyk leżał nietknięty pomiędzy dwiema kromkami chleba i świeżą plamą ketchupu. Usiadłem naprzeciwko i prawie byłem pewny, że to kolega z roku, tyle że nie widziałem go dobre dwadzieścia lat. Wolałbym, żeby mnie rozpoznał, ale tylko raz podniósł wzrok, z tym samym grymasem na pograniczu uśmiechu i wyrazu cierpiącej ironii. Nic nie mówił, nie wyraził zdziwienia, zaskoczenia, radości, niczego co zdałoby się naturalną reakcją przy spotkaniu po latach. Jasne, mógł nie poznać, ludzi było tu stanowczo za dużo, a mnie przybyło zmarszczek, siwizna pokryła to, co dawniej było mocno ciemne. W zasadzie alternatywa była prosta: pić kawę w zapatrzeniu na rozsłonecznioną plażę i czekać aż skojarzy albo zapytać wprost, czy poznaje. Ryzykowałem najwyżej pomyłkę, może to ktoś inny? W końcu i on mocno wyłysiał, nie miał już wąsów i brody. O przeszłości przypominały zaledwie niespokojne dłonie i zimne niebieskie oczy. Wybrałem kawę, ale na krótko, bo przemówił:

- Nie zmieniłeś się prawie, dobrze wyglądasz. A wiersze ciągle piszesz?

- Nie, dałem sobie spokój. Od osiemnastu lat, odkąd padło nasze pismo. Czasy mocno niepoetyckie. Zdarza się, że prozę piszę, nawet wydaję. Trochę felietonów, w zasadzie już tylko siłą głupawej wierności sobie, bo złotówki z tego nie ma i zdaje się nikomu niepotrzebne. Z nawyku porządkuję myśli pisząc i tyle. Co porabiasz?

- Cudze dzieci uczę. Jakie uczę?! Co ja gadam? Przygotowuję do rozwiązywania coraz mocniej reformowanych testów. Ale ciągle wiersze piszę, na slamy jeżdżę i ciągle tak samo szukam sponsorów na kolejny tomik. Wydane rozdaję najpiękniejszym uczennicom. To bezpieczne, nie polecą na literaturę. Pielęgnuję swoją histerię, a one miewają ideały.

- Da się żyć z nauczycielstwa?

- I tak i nie. Mieszkanie mam po dziadkach, więc kredytów nie mam, a wiele nie potrzebuję. Do tego jakieś redakcje i korki, ale przecież nie o pracę przyszedłeś pytać? Dlaczego nie gadałeś na czacie, skoro już cię dołączyłem to swojego miliona znajomych?

- Starzeję się i grzebię w sentymentach, próbuję spotykać starych znajomych, spojrzeć  w oczy najdłużej niewidzianych.

- Rozliczenia okresu burzy i naporu czy błędów i wypaczeń? A może kryzys wieku średniego?

- Jeszcze nie latam za dziewczynami z liceum, więc chyba nie to. Raczej ciekawość. Chciałbym wiedzieć, czy tylko mnie dopada ta myśl, że w połowie drogi przestało pociągać życie i już nie jestem ciekaw co jutro, bo niesie co najwyżej nowe gadżety, one nie karmią starych głodów.

- No raczej, bo wszystko, co warte fascynacji, pisania, kłótni, dyskusji i przechlania już za nami. Nie ma dnia, żebym się z tym nie mierzył. Ale wiesz co? Paradoksalnie ma to swoje plusy. Łagodnieję z dnia na dzień. Przez obojętność pozbywam jednakowo gniewu i parcia na sukces. Idę bez zaangażowania w pracę u podstaw i wolny od agresji. Daję ludziom prawo do gównianego życia i niczego od nich nie oczekuję. Kłaniam się na ulicy i bywam wdzięczny, że w mordę za to nie leją. Nie wiem, czy to jeszcze tolerancja, ale uśmiecham się na każde kolejne kilo kitu, które zawiesza mi światek. Nie pluję jadem na widok dziewczyny, gdy zostawia łajno po psie na trawniku. Jednej powiedziałem, żeby sprzątnęła, to kazała wziąć to gówno do kieszeni, na pamiątkę, jeśli mi przeszkadza. I co? Miałem ją bić? Oznaczyć minę chorągiewką i czekać na patrol, czy łazić za laską aż zobaczę gdzie mieszka, żeby położyć batona na wycieraczkę? Od tego czasu skaczę przez kupy, byle butów nie paskudzić, bo tylko one są naprawdę moje i za nie odpowiadam. Albo siedzę ostatnio w teatrze, raz na rok bywam. Pierwszy raz nie było mi wstyd za innych. Roma Gąsiorowska mówi ze sceny do jakiejś baby z widowni, żeby odebrała ten dzwoniący telefon. Pojęcia nie mam co za baba, ale dzwoniło to pięć razy. Kiedyś na samo brzmienie komunikatu przypominającego o wyłączeniu telefonów i nierobieniu zdjęć w czasie spektaklu, płonąłem ze wstydu, że trzeba puszczać oczywistości kulturalnym ludziom. Teraz burak albo jego kalarepa udaje, że to nie im dzwoni, a ja się śmieję. Oswoiłem kraj mój prostacki i już wiem, że nie mam o co walczyć, dla kogo mam mieć ambicje? Nikt ich nie kupi. Niedługo na widowni będą chrupać kukurydzę i siorbać colę, tylko aktorzy dostaną silniejsze nagłośnienie, żeby dramat przebił się przez bekanie i pierdzenie klasy średniej, która ciągnie masy do pęta kiełbasy.

    Chciałem przerwać monolog kumpla, o coś zapytać, ale zakwitł nad nami drab zaczesany na żel, o twarzy dosyć nabrzmiałej, mocno przechodzonej i wyraźnie przesiąkniętej zawartością podksiężycowych butelek upartej zimy. Wycharczał, że chciałby dostać coś do jedzenia. I wówczas kolega podsunął tackę z wystudzonym szaszłykiem, który dotąd czekał obok. Musiał zobaczyć moje zdziwienie, bo roześmiał się i dodał:
- Co jest? Prawdziwa poezja, mięcho życia, nie żadne tam dyrdymały humanisty po czterdziestce. Miałeś ochotę? Kiepski ze mnie kumpel, ale nie wiedziałem czy jadasz mięcho z kotów i psów tłuczonych w pobliżu, nawet bez dodatku koniny. A ten beret ze złotym sygnetem, to chyba wodzu, bo ma tu jeszcze kilku kolesi. Jak tylko coś konsumuję, zlatują jak osy. Podsuwam gotowca i mam spokój, o kasę nie poproszą. O czym mówiliśmy? O kulturze? Wczoraj przeczytałem, że coraz więcej wydawców produkuje trajlery, takie obrazkowe klipy promujące książki. Produkują to w desperacji nawet autorzy. Kumasz absurd? Niecałe dwie dekady temu wyrywaliśmy sobie niewyraźne odbitki artykułów, polemiki, recenzje, omówienia, żeby coś ważnego przeczytać, pogadać o kierunkach, a teraz trzeba przebić się do czytelnika z obrazkiem, żeby łaskawie kupił literki. Musisz brnąć przez śmietnik linków, ikonek, brzdęków, jęków, ćwierkań we wszelkich ipodach, tabletach i pierdoletach z kagankiem swojego tekstu, w który włożyłeś setki zmarnowanych wieczorów jedynego życia jakie ci dano. A jak zrobisz chujowy obrazek, stracisz target. Stary, kiedyś bym od razu pisał jakiś protest song, a teraz mam wywalone, kupuję szaszłyka bezdomnemu cwaniakowi i jest uczynek wobec bliźniego. Dawniej napisałbym wiersz o tych, co pod linkiem wiadomości o śmierci kolegi klikają „lubię to”, a dziś patrzę w morze, w dal, która mnie nie ciągnie. Przypomina, że bez żalu umrę. Z uśmiechem, bo nie mam nic do stracenia pośród dziobiących placem w ekranik, klikających maniakalnie własną pustkę.

- Ale sam aktywnie działasz na FB, coś komentujesz, o czymś piszesz, udzielasz się, dyskutujesz, chodzisz na spotkania autorskie, widziałem.

- Jasne, kręcę ten sam schemat co wszyscy, bo czasem próbuję być wśród podobnych sobie, łudzić się, że spośród setek znajomych nieliczni zostali sobą. Zagłuszam nudę razem z nimi i czasem złośliwie przypominam, że sypiają z FB, bo to da się wyłączyć szybciej niż kochanka i łatwiej z niego wyjść niż od przyjaciół. Zbyt uciążliwe żony i kochanki, gdy naprawdę są obok, miewają pretensje, a w ich oczach można zobaczyć swoje wydrążenie. Ja ci mówię, ty lepiej zjedz szaszłyka, naprawdę dobre i mniej szkodzą niż twoje pytania.
Print Friendly and PDF