poniedziałek, 16 lutego 2026
Samotność i odosobnienie
środa, 17 lutego 2021
Media bez wyboru
Przez jakiś czas jechałem w ciszy eteru, rwanej szumem klimatyzacji. Breja pryskała spod kół, gęsty śnieg zdawał się przyciskać sylwetki do chodnika, a myśli opierały się czarnowidztwu. Ironizowały obronnie, podsuwając powody do radości! Mniej reklam robiących z nas debili konsumpcji, mniej stacji z sieczką szukającego rolnika i pieczenia kuraka. Zniknie kilka jałowych tytułów? Ustąpią fale sensacji? Na rynku i tak zostaną najsilniejsi, wspierani przez fundacje i Zachód. Jeszcze jeden powód, żeby odciąć telewizje, zabrać się za zgromadzone książki i nie dzielić uwagi przez pięć. Koniec z multitaskingiem, a odbiornik posłuży za ekran Netflixa na czas posiłku. Nie ucierpię przecież bez jednego porannego serwisu w radiu. A redakcje gazet, tygodników? Ostanie dwie sensowne dadzą sobie radę w okrojonym składzie i z wolnym najmitą albo pozostaną w sieci. Zawód dziennikarza i tak sprowadza się do kopiowania doniesień agencji prasowych. Najlepsi wygospodarują sobie miejsce, choćby w sieciowych podcastach, vlogach czy blogach.
Jednego nie sposób odmówić uzurpatorowi: konsekwencji w destrukcji kraju, do którego miłość głosi wszem i wobec, a który ciągle nie dorasta do chorej jego ambicji. Uparcie trwa niewystarczająco posłuszny, więc lepiej niszczyć, niż pozostawić obywatela z dostępem do różnorodności i prawem wyboru. Ale szacun za pomysł i ideę osłabienia krnąbrnych mediów. Gładko i cynicznie, pod pretekstem ściepy z reklam, na solidarną walkę z Covid-19 i jego skutkami, a jakże! Usiecze oponentów bez szabelki, a przy okazji namiesza w głowie suwerenowi, niezdolnemu do ujrzenia drugiego dna. Pomysł równie podły, co machiaweliczny i stosownie zanurzony w pogardzie. Jeśli komercyjne media nie wyskoczą z kasy, są wrogami narodu, jak się zrzucą, zeżre ich bilans zysku i strat. Jak mawiał wójt Kozioł w serialowych Wilkowyjach: „Intryga elegancka, w białych rękawiczkach. Krew wypije, dziury nie zrobi.”. I tylko biel palczatek utytłana.
Mijał tydzień od spektakularnej akcji mediów, gdy w aucie włączyłem płytę i usłyszałem dobrze znane słowa Roberta Gawlińskiego: Nie wołaj o pomoc, nie nadejdzie. Nie próbuj się bronić, szkoda sił… co prawda ich kontekst pierwotnie był inny, nawet przeciwstawny w zderzeniu ze środowym widowiskiem destrukcji. Niemniej przyszła i taka myśl: ciekawe, czemu społeczeństwo nie ruszyło na ulice? Gdzie liczne tłumy broniące kochanych gazet, niepokornych wobec rządu? Gdzie wielbiciele telewizji i stacji radiowych? A kartony z twórczością zbuntowanych gdzie? Zaraz, ale kto miałby tam iść? Kobiety, zmęczone bezskutecznym waleniem głową w mur pogardy dla ich ciał i osoby? Młodzież licealna? Studenci? Sami sobie wystarczą w tłitach, postach, komentarzach, memach i zdjęciach. Pracownicy uczelni? Tkwią z czytnikiem, pozamykani w wirtualnych i realnych kampusach. Zapewne umilają sobie śniadanie wybiórczą lekturą „Wyborczej”, „Polityki”, ale żeby zaraz o nie walczyć? Zmęczona część inteligencji pracującej, ostatni bastion wolności ducha i zawodu? Też jakoś nie stanęła tyralierą. Skupiona na zmaganiu o przetrwanie, spinając koniec z końcem w labiryncie lokdałnu. Nie dla niej szaniec i strzały z tektury. Wybrała eskapizm, zamknięta się w dominium czterech ścian, kilku zainteresowań i garstki znajomych na messendżerze, oczywiście z czasem na naukę online pociech i z lekturą w toalecie, wyrywaną fragmentami z ciągle przykrótkiej doby. Ale oddam sprawiedliwość, a co! W środowych „Faktach” TVN kamera zarejestrowała kilkanaście niezadowolonych osób z bębenkiem w Krakowie. I po obronie wolnych mediów. Póki są, dobrze się z nich korzysta, jak zabraknie przyjdzie alternatywa. Natura nie znosi próżni, ta społeczna także. Tydzień temu przeszedł szum po korytarzach biurowych, między sklepowymi regałami, nad stołem z obiadem: „a widziałeś dziś gazetę? Słyszałeś w radio? Przebrzmiało i cisza jak po śmierci organisty. Pewnie szum podniesie się w lipcu, gdy rządowy haracz wejdzie w życie.
Z takiego ciągu myśli prosta już droga do pytania: kto właściwie potrzebuje wolnych mediów? Niby brzmi retorycznie, ale wkrótce znowu ogłoszą badania czytelnictwa, a wraz z nimi jasny komunikat: „60% społeczeństwa nie ma ani jednej książki w domu”. Jakoś średnio wierzę, by w tych domach były czytniki z gazetą i tygodnikiem. Bóg jeden wie jak bardzo chciałbym się mylić. A tak trudno oprzeć się pytaniu: czy tak pięknie zbuntowani redaktorzy i dziennikarze, aby nie grają larum dla podratowania ego i utrzymania rozchwianego prestiżu zawodu? Czy w znaczącej większości nie walczą o siebie i dla siebie, podsypując nas ziarnem haseł o znaczącej roli mediów? Przecież gros swoich łamów i antenowego czasu poświęcają politycznym brudom i partyjnemu darciu łacha, najmniej troszcząc się o poziom intelektualny społeczeństwa i misję, dawno wyparte przez siłę gównianego niusa.Ilu tytułów i telewizji potrzebuje dziś społeczeństwo, zasypane stekiem reklam? Lud, który nie znosi wysiłku zdobywania wiedzy, szukania argumentów, myślenia na własną rękę? Czy media deklarujące obronę wolności, obiektywizm głoszonych treści, rzekomo wspierające kulturę, a niezbędne, musiałyby naprawdę żywić się reklamą tak dalece, że odstąpienie od jej części zagraża ich istnieniu? Może to one nie mają wyboru, ale nam pozostaje spory obszar decydowania o tym, gdzie skierujemy uwagę?
Długo zastanawiałem się jak zakończyć ten tekst i nie znalazłem pomysłu. Przypadkiem trafiłem na słowa reżysera serialu „Ranczo”, Wojciecha Adamczyka: ludzie nie chcą myśleć, nie chcą się zastanawiać. Chcą, żeby ktoś im powiedział, że coś załatwi. Zostawiają to jemu, bo są skupieni na własnym kręgu – swoim życiu, swojej rodzinie. A zastanawiać się nad obietnicami? To wymaga uwagi i zaangażowania. Nasza postawa obywatelska jest bardzo wątła. Oczywiście, po obydwu stronach mamy marsze i spotkania, ale, mam wrażenie, że to nieduża grupa ludzi. Większość jest pogrążona w letargu. W punkt, prawda? Czy lunatycy mogą przebudzić się i zatroszczyć o wolność mediów?
niedziela, 13 maja 2018
Czyta się 3 minuty albo 21
Co mam zrobić z tą wiedzą? Po jaką mi ona cholerę? Mam się spinać? Zrezygnować z lektury, bo za długo potrwa i na przystanku nie doczytam? Czy ktoś broni dokończyć w autobusie? W galerii nie podołam, gdy ukochana mierzy szesnastą sukienkę i ma przed sobą cztery bluzeczki? A może dostajemy tak info, że artykuł, to ledwie zaśmiecacz głowy i daruj sobie, lepiej budyń zamieszać, bo tu rzecz pewna: do ugotowania w pięć minut? Skoro tekst krótki, może wypada przerzucić jego poznanie na czas wypróżniania, w sam raz wpasuje się w treść i jakość czynności?
Skąd jednak pewność, że akurat tyle minut zajmie lektura, choćby bez zatwardzenia? Skąd redakcja wie, czy dla zgłębienia sensów ukrytych, których dokopać się myślę, nie potrzebuję przerywników? Może mam ochotę na sok pomidorowy między wersami, a pozostawiony od wczoraj w lodówce akurat obrósł futrem błękitu i trzeba skoczyć do Lidla po nowy? Idąc wszak często we łbie mielę już przeczytane! A może między akapitami muszę zachłannie zaciągnąć się wonią laczka swojego albo równie łapczywie pociągnąć z kapcia wybranki serca? Może dla zgłębienia idei przewodniej muszę przemierzyć odległość pokój-łazienka-kuchnia-pokój, z przerwą na aromat bulgoczącego krupniku? Może trzeba ugryźć marchewkę, choćby przy drugim przecinku i siorbnąć łyk zimnej kawy po każdej kropce dla urozmaicenia pożywek wszelkich? I co? Zawiodę redakcyjny licznik i lektura do bani czy czytelnik do gazu, bo sprawności nie zaliczył?
Czemu ten komunikat jest przypadłością internetową? Te same czasopisma w wersji papierowej, przy tych samych tekstach, nie umieszczają czasu trwania lektury. Czyżby to był czas inaczej mierzony? Bezwartościowy marketingowo, bo powiązany z fizycznym wysiłkiem przewracania kartek, zaginania grzbietów i niepodążania za wyskakującą reklamą? Czy też chodzi o to, że obcując z papierową lekturą czytelnik nie musi wybierać pomiędzy drukowanym a brzdękiem trajlerów środków na odchudzanie, między wzdłużnym przypiardem pani z lokami a linkiem wywiadu na podobny temat? Kto ma czas na periodyk papierowy, ma moc zawieszenia temporalnego. Zyskał komfort nieznany internautom, którzy lekturę artykułu muszą wpasować między odciągacze wzrokowe. Papierowy druk zasługuje na większy szacunek dla autora, bo choć to ten sam periodyk, to jednak inny.
Właśnie! A jak czuje się autor widząc swój tekst w sieci z nagłówkiem: „czyta się 7 minut”, jeśli praca związana z napisaniem felietonu, eseju, szkicu, reportażu pochłonęła tydzień albo miesiąc jego życia? Pogratulować redakcji empatii i głębi wyobraźni edytorom od modnej zabawki na czas lektury, trwającej ciut dłużej niż prognoza pogody na wieczór. Mamy zatem nowy rodzaj ignorancji, jeśli nie pogardy dla nadawcy i odbiorcy, ale też swoistego poganiacza: „no dawaj, stary, dawaj, jeśli nie zmieścisz się w normie, coś z tobą nie halo i właśnie umyka ci niezawodny sposób na wągry poniżej”. A tymczasem w papierze wolność, choćby i z pryszczami! Czytelnik, dla którego lektura ulubionego pisma jest relaksem i nagrodą po ciężkim tygodniu pracy, zasiada o poranku w sobotę i czyta. W niedzielę po obiedzie rozsiada się w fotelu na werandzie i w poważaniu ma jedenaście minut albo dwadzieścia jeden. Czerpie satysfakcję z możliwości obcowania z myślą wybranego autora, podyskutuje z publicystą, który zawsze wie lepiej i to jest priorytet. Zwłaszcza, gdy dla lektury kilku tekstów zrezygnował ze spaceru z teściową albo z kolacji ze znajomymi, co od miesiąca próbują pochwalić się kamiennym piecem do pizzy.
Tak sobie myślę, że nawet nie tyle szacowane minuty zmagania tak bolą, jak dokucza intuicja, że znajdują się w pismach programowo przeznaczonych dla ludzi kochających czytanie i to miłością coraz mniej odwzajemnianą, podobnie jak poznanie i refleksję. Tygodniki branżowe, społeczne, literackie, pisma kulturalne, to właśnie ich redakcje uprawiają proceder, który wydaje się być irytująco niestosowny. Tu najważniejszy jest temat, nazwisko publicysty, zagadnienie, wymiana myśli, polemika, a nawet konfrontacja, a nie czas lektury!
Gdyby rzecz dotyczyła prasy bulwarowej, regionalnej, sensacyjnej czy portali plotkarskich, kulinarno-modowych, ostrzeżenie o długości trwania czynności zdałoby się bardziej na miejscu. Wiadomo, że odbiorca obyty ze skaczącymi obrazkami, z pilotem i myszką bardziej niż z drukiem, funkcjonujący w warunkach nieustającego multitaskingu, może doznać nieodwracalnych zmian w mózgu podczas siedmiu minut czystej lektury. To może grozić samopoczuciu, a nie daj Panie, z rozpędu sięgnie po jedną książkę w roku! Ale te redakcje doskonale wiedzą, że ich target nie przebrnie przez trzynastominutowy reportaż, więc nie ma co straszyć. Tak długich tekstów zresztą tam nie ma, bo mogłyby doprowadzić do wstrząsu anafilaktycznego i jest wysoce prawdopodobne, że dwunastominutowa lektura jakiegokolwiek artykułu zagroziłaby bezpowrotnie utraconą zdolnością do przeglądu „Pudelka”, „Faktu”, „Pani domu” czy „Newsweeka” i dziennika naszego albo obcego. Nawet lektura rozłożona na cztery raty po minut pięć nie zabezpieczy tożsamości adresata i nie da gwarancji jego zdrowia psychicznego. Nieszczęśnik osunąłby się w fotelu z czytnikiem, tracąc kontakt z Barwami szczęścia, Koroną królów i być może już nigdy nie zobaczy jak oni śpiewają.
Istnieje wszak pewna pokusa, żeby ustawowo nakazać prasie popularnej, papierowej, drukowanie czasu trwania lektury i to przy każdym tekście. Miałoby to walor pedagogiczny. Czytelnicy ze stoperem w garści mogliby rywalizować, poprawiać czas dochodzenia w lekturze do poziomu oczekiwanego przez redakcję. Rzeczona redakcja zaś mogłaby nagradzać dyplomem i roczną prenumeratą tych, którzy dowiodą, że potrafią głośno czytać w wyznaczonym limicie czasowym, zdobywając laury na podstawie dostarczonych filmików z lektury. A mistrzowie mogliby otrzymać breloczek i otwieracz do piwa, jeśli zgodzą się na udział w ankiecie potwierdzającej zrozumienie tekstu w „Super Expressie”. I jest cel! Jest idea! Odstąpię w gratisie.
sobota, 2 lipca 2016
Tu reklamy nie wkładamy
Przemija bezpowrotnie czas korespondencji drukowanej, gdy pisał do mnie Rossmann, producenci drzwi i Pizza Hut. Nie żebym to czytał czy korzystał konsumpcyjnie. Zawsze to jednak miło było, szczególnie po męczącym dniu, sięgnąć do skrzynki i na głodnego rzucić okiem między ślicznie skrojone warzywa, plastry salami i na ser ciągnący się z wyciętego trójkąta, odrywanego od gorącej i pulchnej krągłości placka. A jeszcze milej było zatęsknić do wody toaletowej wiodącej marki i do luksusu eleganckich drzwi antywłamaniowych, jakby miały czego strzec pośród peerelowskiej wielkiej płyty. Od razu człowiek zapominał o bezduszności kapitalizmu i docierał pod dach lżejszy. Nie dostrzegał, że zgrzytem budzi dawno przechodzony zamek Yeti, a pilśniowa płyta skrzydła barwą przypomina skutki nadużycia sałatki jarzynowej przed trzydziestu laty, w trakcie inicjacji z udziałem taniego wina owocowego.
Aktualnie oswajam niechęć do otwierania skrzynki wirtualnej. Tradycyjna poczta nie może już zagrozić, bo ustąpiła pola pobliskim dyskontom. Posłańcy z kraju promocji przybywają w tygodniu, by wynikami gonitw rabatowych pobudzić lokalny klub geriatryczny do wyścigu o golonkę, piżamkę krótką letnią, pampersy i podpaski (dla synowej?). I co ja mogę? Odpowiedzieć na taki list nie ma komu, co najwyżej da się zadziałać w miejscowej frakcji Komitetu Obywatelskiego Dowalenia. W ramach wolontariatu wsunę małe co nieco do skrzynki sąsiada od grubego napisu: „Tutaj ulotek nie wkładamy”, a i dwie mniejsze skromnej sąsiadce, co nieśmiało chciała naśladować tamtego i rozedrganą rączką, napisała na swojej, że tu też nie wkładamy. Ona wie, że jest coś niestosownego w uciekaniu od wysiłków działu promocji. Dlatego staję odważnie na straży demokracji i wspieram trud pracującego ludu ulotkowego, dzieląc papiery sprawiedliwie, podług stopnia manifestacji działań antyrynkowych, przy okazji tylko czyszcząc swoją skrzynkę w nadziei na prawdziwy list. Ostatecznie i tak dotrze, zwykle ze spółdzielni, z informacją o podwyższeniu czynszu.
W kraju dobrej zmiany każde dziecko wie, że presja reklamy jest zabójcza i prowadzi do manii prześladowczej. Już nie ma miejsca, gdzie reklamy nie tylko nie wkładamy, ale też pominąć jej nie możemy. Wciskają przez oczy, usta i uszy, nie pytając, czy i ile jeszcze wlezie. Tylko dlaczego jej natarczywość coraz intensywniej szuka towarzystwa odbytu, pochwy, prostaty, erekcji, wątroby, jelit i pęcherza? Od jakiegoś czasu, słuchając radia, włączając telewizję, otwierając pocztę elektroniczną, odnoszę wrażenie, że człowiek brzmi dumnie głównie w dolnych partiach ciała i kończy się gdzieś nieco powyżej wysokości, na której plecy tracą szlachetną nazwę. Dalej jest niedużo człowieka, a już z pewnością nie ma tam nic istotnego dla człowieczeństwa. Tymczasem dolne partie, ostatnio jakby strategiczne dla reklamy, nieustannie szwankują i straszą: a to napięciem przedmiesiączkowym, a to gazem puszczonym w szacowne grono, a to żylakiem w odbyt zajadą, kapiącym niekontrolowanie moczem z Basi wypłyną albo przez świąd i upławy żywot utrudnią. Gdy zaś już przestają straszyć, zneutralizowane milionem suplementów nie tylko diety, a nawet przechodzą w sferę rozkoszy, ostatecznie przypomną o niedogodnościach, które usunąć może tylko niebieska tabletka albo nawilżający płyn poziomkowy.
Do rzeczy jednak, czyli do poczty elektronicznej. Tu nie wysmaruję na tłusto, że „reklamy nie wkładamy”. Nie pytają o zdanie i gwałcą oczy nieustającym migotaniem dosyć brzydkich zdjęć celulitu nietkniętego cudownym środkiem, mruganiem obrazka zielonych jajek robali, galaretowatych mazi glonowatych i gilów bordowych, które kładą się cudem na płaski brzuch bez wysiłku, tudzież pulsowaniem wizji haluksów na pomarszczonych girach, w ramach promocji środka na równe stopy bez operacji. A wszystko to estetyczny haracz, pobierany za korzystanie z darmowej skrzynki. Jak nie chcesz oglądać gąbczastych brzuszysk i pomarszczonych ud i krzywych szponów, płać za pocztę, która i tak zaroi się spamem. Sęk w tym, że nie wszystko dotyczy estetyki. Jest bowiem wyższa cena, do której płacenia ciągle namolnie ktoś zmusza: budzenie lęków wieku męskiego, powtarzana do bólu zapowiedź smaku klęski, a to już podprogowe niepokoje, które odciskają trwały ślad na psychice.
Jakim prawem i za jaką cenę mam łykać, przy każdym otwarciu poczty, niecne sugestie, że coś nie tak z długością mojego penisa? Przeżyłem z nim w przyjaźni (chwilami burzliwej) czterdzieści lat z mocnym okładem, w dodatku przywiązany do rozmiaru, jakim zostałem obdarowany, więc jakim prawem ktoś mi sugeruje każdego dnia, że należy go przedłużyć? Właśnie teraz, gdy przebyłem pokrętne ścieżki erotyzmu bez słowa skargi ze strony płci pięknej, a nawet z nielicznymi acz symptomatycznymi pomrukami zachwytu pań mniej doświadczonych, mam się wahać, czy te nieustanne mejle w skrzynce, to tylko reklama, czy jednak skutek donosów?
A gdy mija pierwsze oburzenie, przychodzi zdrowa chłopska refleksja: a na ch… komu dłuższy? Jednak wyciąganie na siłę musi mieć wzięcie, inaczej nie było tego zatrzęsienia ofert. No i co to za radość z tej długości? Odwieczne pragnienie omdlenia w trakcie erekcji? Wszak im dłuższy, tym więcej krwi potrzebuje do jej podtrzymania, a to już się chyba gryzie z targetem niebieskiej tabletki. Cóż, jedni mają, jak widać, głód narracji, a innych prześladuje głód stawania w szranki z ogierem czystej krwi arabskiej. Czy to jednak próżność, czy fantazja i chęć wywołania zachwytu pracownic dyskontu w trakcie dorocznego balu królowej kas, gdy zrywać będą te lateksowe kalesony, by ostatecznie uwolnić tańczącego z kaszaną? Pokrętna to chyba motywacja. A może pragnieniem przedłużenia kieruje potrzeba umieszczenia magicznej różdżki w awatarze portalu randkowego? Niespełnione marzenia o życiowej roli w niekończącym się serialu „P jak pyton”, czy marzenia o rozpuszczeniu węża w saunie osiedlowej siłowni, że niby sterydy nie tylko karkiem wychodzą? Przepraszam za tę kreatywność na potrzeby tekstu, zwłaszcza, że czas kończyć. Okazuje się, że równie dobrze rozwiązanie karczemnego dylematu może leżeć tuż u progu. Wcale bowiem niewykluczone, że przedłużenie penisa służy targetowi dążącemu do pełni samowystarczalności, którą błyskotliwie wyraził pewien filmowy policjant u Marka Piwowskiego, gdy na oralną propozycję spłoszonej dziewczyny, odpowiedział nieskromnie, że „do buzi, to sam sobie sięgam”.
O tempora, o mores, jak wrzasnął Cyceron, być może zaglądając do skrzynki na listy, o czym ja tu w ogóle? Tymczasem męcząca reklama współczesna, z targetem lokowanym od pasa w dół, całkiem mnie przerasta i skuteczniej działa w charakterze inspiracji intelektualnej na miarę czasów niż jako dźwignia, nomen omen, handlu. Ilu może dostarczyć bodźców do rozważań nad mentalnością Nibylandii zatopionej w upale, a jakiej proweniencji to refleksja, najlepiej sami oceńcie. Miłych wakacji Państwu życzę… odpocznijcie… choćby od reklamy.
czwartek, 12 marca 2015
Ciałem katowanie
Tymczasem, tuż po seansie, nie umiałem odpowiedzieć na proste z pozoru pytanie: o czym jest ten film? Zapytałem o to samo kilku widzów… wzruszyli ramionami, ale obiecali, że przemyślą i jutro dadzą odpowiedź. Przyrzekli nie czytać wykładni prasowych fachowców, zachwyconych z obowiązku lub z obawy o pracę i kredyt.., ale widzowie odpowiedzi nie udzielili do dziś i dalej wzruszają ramionami albo zmieniają temat. Próbuję na własną rękę składać puzzle obrazków, jednak już pierwsza scena filmu rzuca na mur podejrzenia wobec całości dzieła tyleż łopatologicznym, co niezrozumiałym ujęciem.
Prokurator, grany przez Gajosa, przyjeżdża na miejsce zdarzenia. Jest drzewo, teren ogrodzony taśmą, policyjny technik, a na gałęzi wisielec. Młody człowiek odpowiada na pytanie prokuratora o akt zgonu, po uzyskaniu potwierdzenia policjanci wisielca odcinają, ten głucho upada na ziemię, ekipa dyskutuje, a wisielec wstaje bez słowa i odchodzi w sobie wiadomym kierunku, ale przy ogólnym aplauzie widowni i milczeniu zaskoczonych postaci na planie. Po co to? Symbol? Zgrywa? Dowcip? Sugestia, że może zmarły nie wie, że nie żyje i jeszcze jakiś czas się błąka w swoim ciele, a jednak bez ciała? Zresztą sugestia jakby potwierdzona później w scenie ze zlotu spirytualistów.
I tak wchodzimy w świat rozegrany pomiędzy trzema postaciami. Pierwsza, to nie tyle cyniczny (o czym wszyscy wokół trąbią w recenzjach) co racjonalny i na pozór pozbawiony emocji prokurator, dla którego sprawy duchowe nie istnieją, a spirytualne skojarzenia nie sięgają dalej niż szklanka uzupełniana wielokrotnie co wieczór. Ludzkie ciało zaś, zwykle zmaltretowane, to tylko powtarzalny element, znak jego pracy zawodowej. Po przeciwnej stronie jest córka prokuratora, borykająca się z problemami własnego ciała, żywieniowymi głównie, zanurzona w traumie po śmierci matki. Trzecia postać to terapeutka Anna, która po śmierci synka odkryła umiejętność kontaktowania się ze zmarłymi, gdy ci z różnych powodów nie odchodzą i pozostają w pobliżu cierpienia pozostawionych bliskich. Anna, pięknie grana przez Ostaszewską, wolna od makijażu i naturalnie zdystansowana do świata i siebie, stosuje dziwaczne metody terapeutyczne, z których kpi ordynator szpitala. Może Anna nawet skutecznie je uprawia, ale nie przekonuje widza, bo sesje pokazane są w sposób banalny, przewidywalny, wręcz rażący infantylizmem i stereotypem. Mimo tego terapeutka bierze na siebie trud pojednania córki z ojcem, chce w trakcie seansu skontaktować się ze zmarłą żoną i matką, osobą najważniejszą dla dwojga, ale zamiast tego zasypia i chrapie, w czym rzekomo ujawnia, według recenzentów, dystans do siebie i swoich umiejętności, a w efekcie bawi skonfliktowanych ze sobą ojca i córkę, co ma chyba symbolizować ich pojednanie i zażeganie traumy jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, choć każde na swój sposób trwało w tym stanie bardzo długo. Chrapanie terapeutki okazuje się skuteczną metodą na zażegnanie głębokiego konfliktu. To jest mistrzostwo świata w budowaniu głębi psychologicznej postaci. Ale rozumiem, że film trzeba było jakoś skończyć, a nawet tak uznane artystyczne kolano musiało kiedyś zdrętwieć pod ciężarem gatunkowym powstającego scenariusza. Tymczasem recenzenci mówią o bohaterach bardzo wzniośle, a ich śmiech nazywają „weryfikowaniem poglądów na życie i śmierć”.
Jest w tym filmie kawał pomysłu na dobrą historię, a co robi Szumowska? To co umie najlepiej – spieprzy wszystko. I nie pomoże jej żadna aktorska kreacja, żadna gwiazda, a widz wyjdzie z kina z takim samym dobytkiem duchowym, z jakim do niego przyszedł, intelektualnie wzbogacony jak po lekturze „Faktu” i tylko poczucie straty czasu i kasy może mu nieco doskwierać. Może też nie pojawi się w kinie, by obejrzeć inną rodzimą produkcję, czego jakoś żal, bo reklama zrobiła swoje i po raz pierwszy oglądałem polski film przy pełnej sali kinowej, w środku tygodnia.
Zdaje się, że sama reżyserka nie wie, o czym chciała opowiedzieć, ale wie, że musi być modnie i politycznie lewacko, tyle że na poziomie umysłowym liderów PiS, choć ideologicznie a rebours. Jej recepta na filmową strawę zdaje się być od lat bardzo prosta i ta sama. Do garnka trzeba wrzucić trochę medialnej papki, przyprawić pozorowaną niepoprawnością polityczną i zamieszać. Niech się berbelucha gotuje, a potem jakąś nazwę daniu się przysposobi, byle wszędzie było głośno. Szumowska i tym razem pakuje do filmowego gara szczyptę smaczków rodem z ideologii New Age, trochę taniej publicystyki o interesownych lekarzach, żerujących w burdelu publicznej służby zdrowia, doda nieco odgrzewanych sensacji (nawiązanie do nośnego medialnie morderstwa Madzi z Sosnowca, do zabójstwa Zdzisława Beksińskiego), wstawi akcent tradycyjnie dla siebie antyklerykalny (na widok dziennikarzy i kamer, prokurator przechodzący przez korytarz dowie się od współpracownika, że mamy proces księdza pedofila), poza tym dorzuci autorka trochę jarmarcznej wiedzy o seansach spirytystycznych, ciut publicystyki antykomercyjnej, bo przecież przeciwstawi medialnie nośnemu kultowi pięknego ciała w reklamie wcale nieapetyczne ciała anorektyczek, body Gajosa w wannie czy Dałkowskiej (cudownie tańczącej w majtkach do piosenki „Śmierć w bikini” Republiki) i już jest super film, podpisany uznanym nazwiskiem. I żeby dopełnić artyzmu, pod pozorem głębi obrazu i pozostawienia niedopowiedzeń, pozbawi dzieło nadmiaru dialogów, bo jednak na ekranie bohaterowie prawie ze sobą nie rozmawiają, wymieniają bardzo oszczędne informacje. W tym miejscu pozwolę sobie na dodatkową złośliwość w kwestii budowania dialogów. Wcale nie jest takie pewne, czy filmowa oszczędna komunikacja bohaterów nie ma swojego uzasadnienia w merytorycznym przygotowaniu pani Szumowskiej, a powody ich milczenia na ekranie być może dalekie są od zamysłów artystycznych. Gdy słucham wypowiedzi reżyserki w mediach, odnoszę wrażenie, że ma znaczne problemy z formułowaniem myśli, z budowaniem zdań złożonych, a jej słownictwu daleko do językowego bogactwa. To pozwala przypuszczać, że brak dialogów w filmie, to bardziej językowa nieporadność niż przemyślany zabieg. Ale to nie przeszkadza medialnym papugom, powtórzą zachwyt tyle razy, ile padnie tytuł filmu, bo nie wypada inaczej. Zgodny chór medialnych pochlebców doniesie gawiedzi w najdalszym kącie uśpionej, że powstał obraz na miarę Europy. Promocja zadziała bezbłędnie, plakatem zaklei się miasto, a kto pójdzie do kina, a nie pozna się na geniuszu hochsztaplerki, ten kiep.
Chyba jestem już zmęczony biciem piany wokół pustki dzieł pani Małgorzaty, w pewnych elitarnych kręgach zwanej Małgośką. Chyba już więcej nie dam się nabrać na jej kino pozorów artystycznych, bez względu na ilość nagród, które do niej przylgną mniej lub bardziej ideologicznie. Chyba zacznę stosować zasadę unikania dzieł, o których najgłośniej się krzyczy. A już na pewno nie uwierzę, że ta reżyserka może do czegokolwiek dojrzeć, bo jak widać, z pustego i Salomon nie naleje.
niedziela, 29 grudnia 2013
Smutni pasterze dusz
Tym razem trafiłem na scenę, w której serialowy ksiądz proboszcz, świetnie grany przez Cezarego Żaka, usiłuje modlić się w pokoju, ale skutecznie przeszkadza mu w tym gospodyni. Michałowa wjeżdża z odkurzaczem, a gdy ksiądz zwraca jej uwagę, że się modli, słyszy, że taka jest rola księdza, ma się modlić! Niech sobie to robi i innym nie przeszkadza w pracy. Bo przecież ona musi sprzątać, gotować, zakupy robić, koszule poprasować, żeby ten mógł być w spokoju księdzem. Gdy proboszcz ustępuje i idzie modlić się do kościoła, tam przeszkadza mu kościelny, który akurat głośno myje podłogę, przestawia ławki, a po chwili jakieś kobiety trują głowę, że dostarczono zwiędłe kwiaty na ołtarz. Zrozpaczony ksiądz postanawia wreszcie uciec na modlitwę do lasu, gdzie oczywiście przeszkadzają mu mrówki, szyszki, komary i gałęzie. Cały świat jest przeciw jego świętemu powołaniu.
Dlaczego ten obraz został mi w głowie? Pięknie pokazuje postawę wielu księży, którym dobrzy ludzie z ich wielkim zaangażowaniem w codzienne funkcjonowanie parafii, przesłaniają bycie księdzem. Rozliczni duszpasterze już nie pytają człowieka o jego zaangażowanie, troski i problemy, nie pochylają się nad nędzą nawet w konfesjonale, gdzie wypuszczają jak z kałasznikowa formułkę pokuty i odpuszczenia grzechów. W najbliższym otoczeniu nie widzą ludzi dobrej i nieprzymuszonej woli, którzy pracują na ich codzienną wygodę bycia duchownym, bo ludzie są tam od zawsze, więc nic w tym szczególnego. Na dobre usankcjonowali wygodnictwo roszczeniowe, w którym brak miejsca na realną jego ocenę w odniesieniu do życia toczącego wody poza duszpasterstwem, parafią, diecezją.
Jakby na poparcie tych słów, właśnie przy wigilijnym stole, przy którym po raz kolejny zasiadła z nami samotna starsza kobieta, usłyszałem, że nawiedził ją znajomy ksiądz. Nie wiedział, co jej przynieść w wigilię, więc przyniósł siatkę ziemniaków. A trzeba dodać, że jego wizyty są rzadkością. I śmieszne to i straszne jakoś, bo ziemniaków kobiecie nigdy nie brakowało. Czyż nie jest to wymowny znak duszpasterskiego odklejenia od rzeczywistości? Pewnie niejeden wierzący wolałby raczej przełamać się w tym dniu z kapłanem opłatkiem niż rozważać, czy ma strugać z nim kartofla. Ten sam duszpasterz, młodszy od gospodyni o dobre trzydzieści lat, przy poprzedniej wizycie, poczęstowany przez nią posiłkiem, zwrócił uwagę, że powinna przysunąć mu bliżej ławę, na której stał talerz. I to ostatecznie spuentowało kapłańską postawę wobec Chrystusowego: Jeśli kto chce być pierwszym, niech będzie ostatnim ze wszystkich i sługą wszystkich (Mk 9,35). Rzeczy, które zdawałoby się są najprostsze do wcielenia w życie, stają się kpiną z naśladowania Mistrza, ironią wcieloną przez tych, którzy mienią się być przez Niego powołanymi . Oczywiście można by mnożyć przykłady tego typu, każdy z nas ma swoje obrazki z księgi duszpasterskiej niechęci do bezinteresownej służby podczas chrztu, ślubu czy pochówku. Każdy może odnieść się do wszechobecnego życzenia przewiezienia księdza samochodem na uroczystości pogrzebowe, bo przecież swojego nie użyje. Można cytować wiele historii, które zaprzeczą nauce Ewangelii. Nie chodzi tu jednak o akcenty antyklerykalne. Rzecz dotyczy raczej wiarygodności pasterskiego powołania.
W tym duchu pozwolę sobie zacytować felieton Andrzeja Stasiuka z listopadowego „Tygodnika Powszechnego”: Czasami wyobrażam sobie różne rzeczy. Na przykład wczoraj przyszło mi do głowy, że z gazet, z telewizji, z internetu znikają starzy mężczyźni. Konkretnie chodziło mi o biskupów Kościoła katolickiego, których wyraźną nadobecność medialną da się ostatnio zauważyć. Wszyscy są starzy i zazwyczaj miny mają poważne, czyli w gruncie rzeczy ponure. Przemawiają dostojnie i nudno. Zazwyczaj mają do kogoś pretensję. Zazwyczaj do innych, nigdy do siebie. Rzadko w ich słowach można znaleźć afirmację: życia, świata, uczuć, człowieczeństwa, no w ogóle Bożego stworzenia. Są skwaszeni. Są zgorzkniali. Starzy mężczyźni, których opuszczają siły.
Gdy czytam powyższe słowa, próbuję wyobrazić sobie, czy i jaką stratę odniósłby Kościół katolicki, gdyby tych starych mężczyzn raz a dobrze opuściła siła i wola wystąpień medialnych. Może wówczas przestaliby przesłaniać Ewangelię? Może jednak byłby w tym wyłącznie zysk Kościoła, może wówczas dostrzeglibyśmy jeszcze kilkunastu duchownych młodszego pokolenia? Sprawnych, pogodnych, oddanych służbie Bogu i człowiekowi na wielu frontach codziennego życia, bo dotąd chyba nadmiernie przesłaniają ich bardzo ponurzy hierarchowie z krzyżami ze złota .
Pewnego dnia, tak się akurat złożyło, zobaczyłem kilku z nich na stronie jednej z gazet, gdy obok było zdjęcie afgańskich talibów. W mgnieniu oka zanikły różnice kulturowe i religijne, nie było miejsca na dogmaty, bo o wszystkim przemówiły zgorzkniałe miny jednych i drugich. Twarze zaciśnięte, zastygłe w wyrazie lęku przed innością, w zatwardziałości pychy i poczucia zagrożenia. Miny bez szansy na uśmiech pokoju, miłości i ludzkiej radości życia. W takim kontekście nie pozostaje nic innego, jak po raz drugi oddać głos Stasiukowi: Czy stary samotny mężczyzna zamknięty w pustym pałacu jest w stanie tchnąć życie w kogokolwiek, o wspólnocie wiernych nawet nie wspominając. Słuchając przemów hierarchów, słowa „miłość”, „życie”, „duch” raczej nie przychodzą nam do głowy. Po prawdzie, gdy ich słuchamy, do głowy nie przychodzi nam nic poza pragnieniem, by już skończyli i przestali się zmagać z językiem polskim.
Czasem odnoszę wrażenie, że choć ustami głoszą Jezusa w tymże języku, zupełnie wyrzucili z pamięci obraz Zbawiciela szukającego z miłością ludzi zastygłych w rytuałach, w prawach tradycji, pogubionych i ułomnych, Jezusa przebaczającego jawnogrzesznicy. W głowach hierarchów nie zatrzyma się na moment postać Mistrza zasiadającego do stołu z celnikami, a ostatecznie z Judaszem, który za chwilę ma go zdradzić. Gdy już wystarczająco wstyd mi za zadufanie polskich biskupów, za ich wyręczanie Pana Boga w łatwym dzieleniu bliźnich na swoich i wrogów, gdy wystarczająco zaczerwienię się z zażenowania ich bogactwem materialnym i poczuciem wyższości, dociera do mnie po raz kolejny, że to nie gender zniszczy Kościół, nie rozpad rodziny i tradycyjnych wartości, nie zagrożą mu nawet parady równości, ani chora prawica z lewicą. To hierarchowie i ich postawa są największym zagrożeniem, także dla ożywczej idei materialnego ubóstwa duchownych, jaką usiłuje wprowadzić papież Franciszek. Wypasieni w wygodzie i przepychu, stoczeni żądzą uległości wiernych i ślepego ich posłuszeństwa już niedługo zniechęcą do własnej instytucji najwierniejszych z wiernych, a wówczas chętnie odstąpią kościoły pod galerie handlowe i restauracje, byle nie zejść z wygodnej i dożywotniej grzędy.
niedziela, 17 listopada 2013
Miłość pomimo
W Święto Niepodległości zabierałem się do rozważań w duchu: dlaczego nie umiem patriotycznie świętować? W zasadzie jedyne skojarzenie z obchodami, jakie od lat powraca na myśl o tym dniu, wiąże się z błogosławieństwem bezkarnego wysypiania. Poranny ból głowy jest pierwszym i najważniejszym skojarzeniem z 11 listopada, chociaż nigdy nie zawdzięczałem go nieumiarkowaniu w jedzeniu i piciu dnia poprzedniego. A jednak z jakiegoś powodu nie szukam gęsi do pieczenia, flagi nie wywieszam, wzorem dwóch sąsiadów wyłamujących się z obojętności mieszkańców wielkiej płyty. Nawet defilady w telewizji nie chce mi się oglądać, więc i tym razem tak się zbierałem do opisania patriotyzmu neutralnego, że ostatecznie wymiękłem pozostając w milczeniu.
Temat wydał się tak oczywisty, a jego ujęcie dla większości rodaków jak mniemam na tyle zwyczajne, potoczne i mało odkrywcze, że skasowałem co napisane i wyrzuciłem z głowy pomysł tekstu, przynajmniej na kilka dni. Ale spokoju nie dawał i może darowałbym sobie dalej, gdyby nie stary odcinek serialu Ranczo, który włączyłem do przedwieczornej drzemki regeneracyjnej. Gdy tak balansowałem na granicy jawy i snu, dotarły szczątki dialogu kobiet trzymających władzę: … ja nie wiem za co kocham ten kraj… rzekła jedna z nich. Druga zaś szybko skwitowała: z miłością tak już jest. Czasem nie kocha się za coś, ale pomimo czegoś. Oczywiście przy takim stanie świadomości, poszukującej raczej Morfeusza niż miłości ojczyzny, mogłem przekręcić słowa, ale sens wpił się kleszczem olśnienia i nakazał zrezygnować z drzemki.
Zdaje się, że rzeczywiście o wiele łatwiej dziś uzasadnić, pomimo czego da się kochać nasze państwo niż wyśpiewać pean miłości bezwzględnej, która mniej boli w dowolnym wymiarze niż miłość krecika do jeża, albowiem ślepa nie zawsze znaczy bezbolesna. Zacznijmy od rzeczy najprostszych: kocham pomimo podziałów narodowych i politycznych, które wybrzmiewają w stwierdzeniu, że gdzie Polaków dwóch, tam trzy opinie, koniecznie krzykliwie konfrontowane, coraz częściej z użyciem narzędzi ostrych, benzyny i podpałki, niekoniecznie do grilla. Coraz trudniej odróżnić, szczególnie podczas zabaw narodowych, gdzie kończy się wymiana zdań a eksploduje frustracja lub lęk i poczucie niższości, które dwa lata temu – też z okazji tego święta – trafnie ujął ks. Adam Boniecki słowami: Człowiek pewny swojej ojczyzny nie będzie szalał na jej punkcie. Człowiek pewny swojej wiary nie będzie wszędzie węszył jej prześladowań. I odwrotnie. To niepewność własnych przekonań budzi agresję obronną u wszystkich stworzeń, które atakują, nie widząc innego ratunku. Tymczasem z upływem kolejnych lat jeszcze mniej w narodzie ochoty na wspólną zabawę, o wiele zaś więcej potrzeby konfrontacji, konfliktu i niszczenia wspólnotowych fundamentów. Chciałoby się powiedzieć rymem częstochowskim: coraz mniej radości z tej niepodległości.
Coraz trudniej kochać państwo, w którym agresorzy nawołują do nienawiści, a bezkarni wandale ze sprejem w garści nie odpuszczą najładniejszej elewacji albo figurce sympatycznego Plastusia, ewentualnie urąbią łapkę Misia Uszatka z taką samą lekkością jak odetną powyżej łokcia lewicę Reganowi, by zademonstrować… no właśnie co? Powrót do jaskini? Wstręt do wszystkiego, co sympatyczne, estetyczne, mądre i miłe? To moc barbaryzacji, czy tylko akt niewymuszonego rozstania z własnym mózgiem, radośnie i głośno wypróżnianym za stodołą? Ale może trzeba odmalować na nowo Plastusia, poddać renowacji Uszatka i ignorować resztę za wszelką cenę, by ocalić nieco miłości do państwa? Nawet na przekór trwałemu przypisaniu do klubu frajera chodzącego na wybory, płacącego uczciwie z ciężko ciułanego grosza na trójkąt bermudzki o wierzchołkach: NFZ, ZUS i PKB.
Niełatwa jest miłość, gdy trzeba bezradnie przyglądać się młodym, bezpowrotnie przekraczającym granice zachodniego świata. Gdy w milczeniu pozostaje godzić się na rozstanie z generacją zdolną, wykształconą i odrzuconą przez krótkowzrocznych rządzących. Trudno silić się na miłość do państwa, które zamyka oczy na pokolenie pozostawione sobie i skompromitowanym politykom. Zwłaszcza, gdy bezsilni rodzice i dziadkowie tkwią skazani na pułapkę niedołężnienia w otoczeniu wszechpotężnych i wpływowych korporacji, które będą wciągać ostatnie ich złotówki. Ale też będą urabiać pozostałe tu dzieci na tanią siłę roboczą, szarą masę posłuszną nakazom konsumpcji, spełnioną w trawieniu chipsów i telenowel albo telewizyjnych show.
Czy zatem, pomimo trudów miłości, są jakieś jej blaski? Może da się kochać to państwo także za coś? Niewykluczone, że to jedynie sprawa obiektu, na jaki kierujemy wzrok, decyduje o sile miłości. Wszak wciąż jest tyle miejsc pięknych: rzek, lasów, jezior, morskich plaż i gór, łąk i pól nieskalanych przez cywilizację i pęd gospodarki rabunkowej, a to przecież ciągle to samo państwo. W ludzkiej społeczności tyle jeszcze ocalało wysp nieodkrytych, niemedialnych krain bezinteresownej pomocy i życzliwości, o których nie doniesie prasa, telewizja i radio, bo co dobre jest ciche i nie chce przylegać do sensacji. Sporo jest jeszcze wież, wysokich i niskich, w których pomieszkują Polacy wrażliwi, uśmiechnięci, wyciszeni, przerzucający wirtualne butelki z listami pisanymi orograficznie, po polsku. Trwają tam skłonni do rozmowy nie tylko z sąsiadem, do spotkania, szanujący rzeczywiste autorytety. W ciszy swoich mieszkań pracują nad poprawą czytelnictwa, rozwijają intelekt wbrew modzie na bezmyślność i lęk przed własnym zdaniem. Wymieniają opinie, chodzą na pouczające wykłady, organizują festyny i festiwale polskiego filmu, teatru i ojczystej prozy. Spotykają się by fotografować, zaśpiewać, zatańczyć, pomni na tradycję, której nie chcą negować. Potrzebują zapomnieć na moment o tym, co bolesne, co odstrasza od miłości nadwiślańskiego skrawka ziemi. Czy to jeszcze jest państwo do kochania, czy już tylko ponadnarodowe społeczeństwo, wspólnota wrażliwych ludzi dobrej woli, którzy odnajdują się z coraz większą trudnością w świecie wyższych wartości? Narodowo czy nie, jednak nie potrzebują flagi, zamieszek, darcia koszul w imię świętowania niepodległości, bo tę budują w mrówczym trudzie tworzenia relacji ponad podziałem, w ciekawości innego, w otwartości na propozycję niebanalnych form ekspresji. Chwała im za to, dopóki obywają się bez odcieni czarnych, brunatnych, czerwonych i nie pielęgnują lęków przed innym. Żeby istnieć w pełni nie potrzebują się różnić i tylko dlatego nie mają szans na słyszalność. I ze względu na nich nie wywieszę flagi, ale podniosę kufel zimnego piwa. Obym zawsze pamiętał, że to ich dzień, który zaczyna się ilekroć mija mój ból głowy, związany z przesypianiem obchodów Święta Niepodległości w tle.
poniedziałek, 30 września 2013
Zawartość kupy w kupie
Skoro nawet automat redakcji Onetu przysyła mi przypomnienie, że od ponad miesiąca nie dałem nowego tekstu, spróbuję na początek obrazowo określić przyczyny milczenia. Jak co dzień włączyłem radiową „Trójkę” i usłyszałem, że GUS oznajmił jakoby Polak średnio wydawał na kulturę (teatr, film i książki) łącznie sto złotych ROCZNIE. Ale już na telewizję blisko dwieście złotych MIESIĘCZNIE. Jak w tej sytuacji budować wolę pisania czegokolwiek, mając w otoczeniu troglodytów dwudziestego pierwszego wieku? Jeden ze słuchaczy skomentował na gorąco, że skoro w ostatnim miesiącu wydał na książki blisko trzysta złotych, długo nie powinien kupować żadnej. Ilu takich słuchaczy pracuje na statystykę masy, której bliżej do kiełbasy? Choć ostatnie włosy jeżą mi się w uszach, nic to dla tak stwardniałego radła na ugorze (co to radło i ugór, niech sobie młodsi wyguglują, choć o literackim z pewnością nic nie znajdą).
Coraz częściej, gdy wsiadam do autobusu, by od nowa ujrzeć ukochane moje miasto, wrażeń zebrać nie mogę, bo słyszę ludzi w przedziale wiekowym 23-45, z tym, że coraz mniej w nich człowieka, który wybrzmiałby dumnie. Twarze pozbawione choćby cienia tęsknoty do rozumu, otwory gębowe chlustające obficie wulgaryzmem, niby tsunami pochłaniające nieśmiałe próby złożenia pojedynczego zdania. Przekleństwa grube i wyraźne górują wystrzelone ponad monosylaby, beknięcia oraz wybuchy rechotu odsłaniającego przeżarte próchnicą kikuty po zębach. Odbieram w pracy telefony z ofertami, w których głupawe panienki recytują wymuszone przez pracodawców formułki, ale wystarczy wytrącić je z wystukanej na pamięć mantry i totalnie się gubią. Zdania nie złożą, mimo że wszystkie zapewne legitymują się dyplomami wyższych uczelni, może nawet kilkoma? Już nie umiem wyłączyć myśli, że coraz trudniej będzie o człowieka na drodze, bo dalsze życie przebiegnie w hurmie bezrefleksyjnej, uformowanej z bezkrytycznych klientów i pracowników wąskiej specjalizacji, w kupie przeznaczonej do prostych wyborów i czynności wyuczonych na pięciodniowym szkoleniu podług potrzeb firmy. Jeśli tak, to Huxley i Orwell byli jednak prorokami.
Gdy dopada chochlik demokracji i szepcze, że tak wyglądać ma świat przyszłości, świat wolności, to chyba wolę jednak ten totalitarny politycznie, który wymusza na ludziach bunt, domaga się swobody ducha i skłania do troski o indywidualny rozwój, o wolność myślenia. Gdy tylko mówię o naszym świecie, nie myślę już o wolności od… raczej trapi mnie fundowana odgórnie wolność do… choćby do durnoty życia, do wyboru skretynienia w obliczu zaniku potrzeby stawiania wymagań sobie samemu. Niby czego owocem jest głośny ostatnio przypadek, gdy student Politechniki prosi o interwencję Gazetę, gdyż komisja w trakcie obrony pracy dyplomowej zażądała od niego wiedzy z zakresu tejże pracy i programu jego studiów? Czy to skutek powszechnego ogłupienia młodzieży, zaniku wymagań czy rozplenienia postaw roszczeniowych w zamian za nic? Czym to jest, jeśli nie zgodą pojedynczego człowieka na usankcjonowanie nicnierobienia, wygodnictwa i przyjemności jako jedynie uzasadnionej racji bytu?
Wszak nie mamy systemu odgórnego, który ludziom wtłacza jałowienie rozumu, emocji i ducha. Nie ma ustawowego obowiązku oglądania gotowania na ekranie i tańców z udziałem gwiazd. To nie komuna i każdy ma możliwość aktywności na dowolnym polu, może wybrać co chce, ale z jakiegoś powodu wybiera ogłupienie. Nikt nie powie, że reklamę wciskają mu do łba, bo każdy może wyłączyć telewizor i pójść na spacer, a na ulicy liczyć samochody i zachwycić się barwą liści zamiast gapić na bilbordy. Ale ludzie kierowani lenistwem lub tłumaczący się zmęczeniem, przestali sobie samym stawiać wymagania, a w ramach wolności wybierają gnuśność i prostactwo, co musi skutkować drastycznym obniżeniem jakości życia społecznego.
Kogo mielibyśmy obwiniać o to, że człowiek funkcjonuje zaprogramowany na konsumpcję? Media? Wskaźniki sprzedaży? Kapitalizm? Polityków? Korporacje… wymieniać można długo, ale to wciąż przyczyny zewnętrzne. Po drugiej stronie stoi jednostka, która pielęgnuje własną uległość i oddaje się bezrefleksyjnemu korzystaniu z zabawek współczesności. Wiem, że to prowokacyjne nadużycie i uogólnienie. Coraz częściej dostrzegam wokół ludzi, którzy oddają się pasji. Codzienne tłumy w fitnessie, oblężone szkółki jazdy konnej, kluby dyskusyjne, kółka fotograficzne, warsztaty haftu artystycznego, klubowe pracownie ceramiki i rzeźby, tłumy samozwańczych fejsbukowych pisarzy, malarzy, protestacyjne wyrzucanie telewizorów, to jednak znaki czasu albo sposoby na zaistnienie. Oczywiście jeszcze dla ogółu nie bardzo widoczne to jaskółki, ale może jakąś wiosnę uczynią? Trzeba tylko pamiętać, że wśród jaskółek znajdą się sroki snobizmu. Biegam, bo lubię? Owszem, ale koniecznie w leginsach z najnowszej kolekcji i w obuwiu z najwyższej półki, bo na każdej uczciwej pasji da się wyhodować markowy produkt, szczególnie pod buraka podążającego za modą, który zawsze znajdzie powód, by błysnąć portfelem wypasionym kartami, na których więcej kredytu niż lat do przeżycia.
Sama myśl, że wybór własnej pasji może być skutkiem snobizmu, mody, chęci nieodstawania od kupy (jeszcze nie tak dawno szał nordic walking, teraz szał biegania, za chwilę może szał skakanki), podsuwa myśl, że statystyczny człowiek woli o sobie nie decydować. W kupie raźniej, zawsze może dołączyć do tego, wokół którego jest szum i wówczas jednakowo czuje się usprawiedliwiony w zysku i w stracie. W wygranej i w porażce będzie zwolniony z odpowiedzialności, zawsze powie, że oszukali. Jest w tym pewna wygoda życia. Każą krzyczeć, to się krzyczy, powiedzą bić, to się bije, dadzą dresik, to się pobiegnie, podsuną kulbakę, wskoczy się na grzbiet, bo mądrzejsi lub głośniejsi wskazują słuszny kierunek. Kłopot, gdy zbyt wielu wskazuje kierunki i to w zupełnie inne krańce biegnące. Frustracja? Nie tylko, jest jeszcze dążenie do świętego spokoju za wszelką cenę.
Lenistwo intelektualne i wygodnictwo mieszczańskie, to najlepszy zdaje się dyktator na dzisiejsze czasy. Dla przeciętnego faceta kilkanaście kanałów sportowych, siłka, piwko, grill i kumple do flaszki. Dla kobiety: kilka paradokumentalnych programów o ludzkich tragediach, by poczuły, że w zasadzie nie mają na co narzekać. Albo kilka seriali o babkach lepszych i ciekawszych od widza, żeby miały do czego odnieść swoje marzenia spełniane bez podnoszenia dupy z kanapy. Ewentualnie kilka programów kulinarnych pani Gessler czy innych Okrasów, żeby poczuły się światowe, a na deser wizyta w galerii handlowej i polowanie na promocje. W tle praca, dom, kredyt, pożyczka i przedszkole dziecka albo kurs flamenco i romansik między okładkami tuż przed snem. Statystycznym facetom bliżej od marzenia o merolu do mentalnej jaskini i gałęzi, bo tam przynajmniej rywalizacja ma uzasadnienie biologiczne. Ale w imię lepszego jutra nie oszukujmy, nie da się wszystkiego usprawiedliwić wyłącznie zmęczeniem i pracą.
Gdy współczesny człowiek głupieje w stadzie, coraz mniej jestem w stanie obwiniać o to jego złą wolę, wyrachowanie, cynizm i bezmyślność. Coraz intensywniej dostrzegam w tym tanie recepty na szczęście, które rodzą rozczarowanie i takie chodzenie na skróty ostatecznie wyłazi bokiem. Wygodnictwo uzasadnione hasłem: „bo życie jest wystarczająco trudne” egzystencji nie ułatwia. Ale by gnuśnieć nie trzeba najmniejszego wysiłku, wystarczy zaniechanie ryzyka chodzenia własną drogą, chociaż nie dano nam większych pożytków ponad płynące z przekraczania siebie samych.
środa, 20 lutego 2013
Pozory buntu
Aleksandra Klich i Robert Siewiorek, tak oto piszą w reportażu Miej mniej, gdy chcesz więcej („Gazeta Wyborcza”, 16-17 lutego, 2013): Staliśmy się ludźmi uprzedmiotowionymi, uzależniającymi poczucie szczęścia i sens życia od gromadzenia dóbr, którymi nie potrafimy i nie mamy czasu się cieszyć. Ludźmi, których zachłanność wyniszcza emocje, tłamsi duchowość i pustoszy intelekt. Ludźmi, którzy – o ile chcą ocaleć w tym cyrku kupowania-posiadania – powinni zwrócić wzrok w stronę nowego plemienia buntowników. W stronę minimalistów. Oto dożyliśmy czasów, gdy normalność potrzebuje nowego plemienia buntowników by dać się zauważyć. Pomijając fakt, że autorzy tekstu mają głęboką potrzebę wypowiadania się w imię ogółu – „my ludzie”, ale po co? Żeby przyprawić całemu społeczeństwu jednaką gębę? Jakby zapomnieli, że od czasu przemian ustrojowych nie wszyscy zdążyli dobiec do autobusu linii „konsumpcja i posiadanie”. Dla wielu tymczasem pazerne chapanie nigdy nie stanowiło pokusy, choćby z powodu świadomie dokonywanych wyborów (duchowych albo intelektualnych), płynących z użycia rozumu i wolnej woli. Dziennikarze zaś podchodzą do sprawy na skróty: w społeczeństwie nie ma ludzi, którzy jedzą, aby żyć. Pozostali zaś wyłącznie tacy, którzy od zawsze żyją, by jeść, zagarniać i tracić przedmioty w nurtach rzeki przesytu i nudy.
Rozumiem, że daleko idące uproszczenie pozwala autorom na komfort głoszenia idei minimalizmu, rozprzestrzenionej za sprawą tyleż modnych, co infantylnych książek Leo Babauty, światowego guru nurtu. Ale topowy bohater zdaje się nie robi nic specjalnie nowego. Postawę do której nawołuje znamy w kulturze zachodniej od ponad dwóch tysięcy lat. Wówczas pewien minimalista, znany całemu światu jako Jezus Chrystus, głosił, że łatwiej przejść wielbłądowi przez ucho igielne niż bogatemu wejść do królestwa niebieskiego. Powtarzał również: gromadźcie sobie skarby w niebie, tam ani mól, ani rdza nie niszczą. Tam też złodzieje nie włamują się i nie kradną. Bo gdzie jest twój skarb tam będzie i twoje serce. Że nie wspomnę o pouczeniu Mistrza z Nazaretu dla tych, którzy mają dwie suknie i jedną mogą oddać potrzebującemu.Wychodzi na to, że w naszych czasach dla równowagi pomiędzy być a mieć, potrzeba zatrudniać guru i tworzyć wtórne idee. Pan Babauta poddał te znane od wieków recyklingowi, pozbawił sensów eschatologicznych i metafizycznych (przepraszam wszystkich minimalistów za trudne słowa) i udaje odkrywcę, który (o święty Paradoksie!) w imię minimalizmu zarabia grubą kasę na świeżym opium dla infantylnych mas. W Polsce, jak widać, też znalazł grunt.
W nagłówku reportażu, o którym tu mowa, publicyści powiadamiają czytelnika, że to odrzucone przez rynek pracy, zniesmaczone chciwością swych rodziców pokolenie Y odwraca się od świata zawłaszczonego przez rzeczy. Według wszelkich, mniej lub bardziej naciąganych statystyk i sztucznych podziałów – pchających wszystkich do jednego worka – pokolenie Y zaczyna się mniej więcej od urodzonych około 1985 roku. Czy to oznacza, że wcześniejsze roczniki nie żyły wolne do żądzy posiadania góry rzeczy zbytecznych? Nie mogły żyć nastawione na rozwój osobowości? Czy dla przypomnienia trzeba uciekać się do przykładu ruchów związanych z wiarą, organizacji religijnych, do sekt nawet i przykładu eremitów, komun hipisowskich, do subkultur czy innych form obrony przed tępym konsumpcjonizmem XX wieku? Może znaczy to, że jeśli wcześniej urodzeni postawili na swój prywatny minimalizm z wyboru, bez guru-buru Babauty, w oczach dziennikarzy stanowią ledwie wypadek przy pracy nad statystyką?
Nie będę w tym miejscu rozstrzygał takich dylematów, gdy nadmiernie kusi inny: co tu jest pierwsze – jajo czy kura? Czy pokolenie dzisiejszych buntowników, to odpowiedź na odrzucenie przez rynek pracy, czy raczej ich racjonalizowanie porażki przez udawany bunt? Coś z ducha: nie chcecie nas, to się obrazimy i zbuntujemy. Napiszemy sobie na sztandarach, że nie chcemy nadmiaru przedmiotów, skoro nie dajecie nam na nie zarobić. Dorobimy uzasadnienie do wykluczenia. Postawimy na model życia z mniejszą ilością zabawek, ale bez brania odpowiedzialności za innych, pod pozorem rozwoju osobowości oczywiście. Tylko czy tu jest miejsce na rzeczywiście odrzucenie zabawek?
Nawet pozbywanie się przedmiotów zbytecznych w formie przedstawionej przez Klich i Siewiorka jest wątpliwe. Autorzy podkreślają, że na wyposażenie buntownika składa się około stu przedmiotów, w tym parę ciuchów, laptop, komórka lub smartfon, rower, dobre słuchawki, kubek, rondel, plus ze dwa talerze, kilka książek, parę domowych sprzętów, materac, plecak i garść innych. Oto ekwipunek minimalisty-egotysty, który założył sobie przede wszystkim minimum spotkań na jego obsikanym rewirze, bo trudno byłoby ugościć choćby rodzinę na dwóch talerzach, z jednym kubkiem do dyspozycji. Eliminacja przedmiotów, jako element charakterystyki minimalisty, zdaje się być dosyć podejrzana. Bo choć moje pokolenie dzielą generacyjnie dwie dekady od statystycznego bohatera artykułu, nie afiszujemy się eliminowaniem zbytecznych przedmiotów (a do dziś wielu nie ma potrzeby posiadania laptopa, smartfonu i roweru). Możemy cieszyć się sporą – jak na warunki M3 – biblioteką i mieć telewizor, bez konieczności leżenia przed nim, choćby jako monitor do odtwarzacza i oglądania filmów z przesłaniem mądrzejszym niż idee pana Babauty. Przede wszystkim można mieć kochaną rodzinę i grono sprawdzonych przyjaciół, godnych zaufania, którzy minimaliście może byliby ciężarem na jego jedynym materacu. Zwłaszcza, że czasem ci ludzie czegoś od nas oczekują, choćby lojalności i odrobiny empatii.Jak wynika z omawianego artykułu, przedstawiciel pokolenia Y, musi być nieźle ustawiony przez mamusię i tatusia, żeby skutecznie odwrócić się od ich modelu życia. Powinien być ulokowany w wielkim mieście, bo gdzie od czasu do czasu zdobędzie zlecenie, z którego pozyska środki na nowy plecaczek, słuchawki i szczudła? Wszak w Polsce B i C zdechłby z głodu. Stąd wniosek, że na styl życia nowego eremity nad Wisłą pozwolić sobie może młodzieniec rodziców ustawionych i wtedy słodko mu się gardzi ich wyścigiem szczurów. Nawet kilka koszul trzeba wszak gdzieś i w czymś uprać, a woda, prąd, proszek, kosztują. Nawet materac trzeba ulokować na jakiejś podłodze, na której też musi stanąć lodówka. Kilka ścian i podłóg trzeba sobie kupić lub wynająć, czy da się z pojedynczych zleceń? Czy można na to zapracować pomiędzy spaniem do 14.00 i spędzaniem reszty dnia na spotkaniach towarzyskich, bez stałego zaplecza finansowego?
Jeśli tak, pozostaje mi zazdrościć i sczeznąć w krainie ludzi durnych, którym chciało się zakładać rodzinę, dbać o jej dobro i rozwój, a także ponosić odpowiedzialność za efekty codziennej, żmudnej pracy, również tej nad sobą. Najbardziej bawi jednak zakończenie tekstu Klich i Siewiorka, z którego czytelnik dowiaduje się, że minimalizm jest podglebiem dla postaw obywatelskich. Ciekawe, jakiej postawy obywatelskiej można oczekiwać od ich bohatera, który śpi do południa? A gdy już przeciągnie się na jedynym materacu? Stanie na nogi i rozważy formy przyjemności na dziś. Umyty i gotowy do życia sprawi sobie radość słuchaniem muzyki i uczestnictwem w lekcji tańca, co uczyni go poważnym obywatelem, z którym władza i naród musi się liczyć.
poniedziałek, 22 października 2012
Dodatek do reklamy
Obawiam się, Panie Profesorze, że w przypadku reklamy ten sarkastyczny śmiech pojawia się tylko przy zbiorowym oglądaniu, w gronie adresatów spotu. W polskich domach, gdzie żona w kuchni, a przed ekranem mąż w kapciach i fotel z gazetą, absurd płynący z przekazu reklamy wywołuje głównie bezsilną irytację, jaka prawdopodobnie towarzyszy robieniu idioty z porządnego człowieka i to w żywe oczy. Reklama boli tym bardziej, gdy nie ma na nią siły, nie ma rady, nie ma od niej ucieczki innej niż wyłączenie odbiornika, ale jakże wygasić, skoro jednak czeka się na normalny program i to z nadzieją godną lepszej sprawy. Na domiar złego ta sama reklama pojawia się nieustannie w każdym programie, całą dobę, w ramach nieustającej długo kampanii i bombarduje widza jednakowym obrazkiem i tekstem z dowolnie wybranego kanału komercyjnego lub publicznego. W efekcie nie można uciec nawet przy nerwowym użyciu pilota, co do niedawna było jeszcze całkiem możliwe. Kolejny przycisk i lada moment będzie ta sama kostka bulionowa, ten sam środek na przeczyszczenie i ten sam klej do protez, podobnie jak smarowidło na trzeszczące stawy albo fałszująca obsługa ze sklepu sieciowego od podłóg, śpiewająca kretyńską piosenkę o panelach i innych wykładzinach.
Unikam telewizji już nie tylko w ramach buntu przeciw bylejakości i masowemu ogłupianiu społeczeństwa. Od jakiegoś czasu mam wrażenie, że nie potrzebuję idei, żeby jej unikać. Ona sama przegania widza pustką, powtórką, idiotycznym turniejem na patelnie i gotowanie, gdzie do potrawki z kawałka kalmara dorabia się napięcie i dramaturgię godne „Milczenia owiec”, niekoniecznie na ekranie zarzynanych. Ilekroć jednak – mając zajętą uwagę choćby posiłkiem – próbuję włączyć coś, co być może zdoła potowarzyszyć mi sensownie przez kwadrans, mam wrażenie, że zawsze trafiam na nieprzerwany niczym blok reklamowy, z jednakowym nasileniem wpisany naraz w ramówki wszystkich stacji. I jak w kalejdoskopie uporczywie powracającego snu, migają animacje żołądków, wątroby, serca, rzepki kolanowej i skóry. Szare stada bakterii w muszli albo zielone watahy bakterii w przełyku. Nad nimi górują wiecznie uśmiechnięte twarze, które z rozkoszą unikają możliwych schorzeń albo cieszą się czystością, a wszystko osiągnięte dzięki cudownemu środkowi zapobiegającemu tak samo chorobie jak bałaganowi w życiu. Szczęśliwe postaci wreszcie wykaszlały dzięki syropowi wstrętną wydzielinę, która zalegała ich wnętrza i teraz mogą szczerzyć się do kamery, oczyma duszy widząc saldo własnych ROR-ów, gdyż dobiegł kresu ostatni z przewidzianych dubli.
Tymczasem wnętrza widzów zalega coraz gęstsza maź absurdów wyprodukowanych przez korporacyjnie kreatywne demony intelektu, wciskające swoją chałę widzom, których najwyraźniej mają za głupszych od siebie. W końcu jednak i w inteligencie - misyjnie oburzonym jakością telewizji - opadnie pierwsza złość i całkiem niespodzianie przychodzi swobodna refleksja. Przecież ten stan rzeczy nie bierze się znikąd. W końcu na każdą taką produkcję idą niepojęte kwoty, więc ktoś bada potencjalny target do którego trafia przekaz (uwielbiam to określenie pozbawiające człowieka wszelkiej podmiotowości). W końcu ktoś dobiera treść do formy przekazu, a może formę do treści i wierzy w jej skuteczność. Ktoś buduje scenariusz, prowadzi świadomie dobranego aktora, pisze wygłaszany tekst, a więc czy wszystko da się podciągnąć pod ignorowanie i łatwe odrzucanie zdrowego rozsądku? Dlaczego zatem w każdej dziedzinie, niezależnie od tego, czy reklama dotyczy proszków do prania, samochodów, telefonów komórkowych, kont bankowych, leków czy środka do mycia toalet, obraża ona inteligencję i smak średnio wyrobionej małpy? Może zatem rzeczywiście chodzi wyłącznie o umowność i prześciganie się w pustej kreatywności budowania zakończenia reklamy? Skoro za chińskiego boga nie wierzymy w jakość produktu, to przynajmniej siedząc przed telewizorem mamy radość punktowania kolejnych kretynizmów? A producent nieustannie puszcza do nas oko w duchu: wiemy, że nie wierzycie przekazowi, ale przynajmniej pośmiejmy się wspólnie z mało skutecznych sposobów robienia wody z mózgu. Wiemy, że znacie produkt, zatem reklama może was tylko zdrowo rozbawić. Przynajmniej taką korzyść wynieście, skoro jakiś głupek zapłacił nam za produkcję, dał zarobić na chleb masie ludzi, w ramach solidarności pośmiejcie się z tego. Szczególnie teraz, gdy polskie komedie wprost z kinowej sali wiodą was na dno rozpaczy. Tylko reklama wybawi wasze poczucie humoru i wywlecze z hadesu beznadziei na światło dnia. Wasze życie jest smutne, szare i ponure, skazane na niedostatek i tęsknotę do barw szczęścia, zatem zapraszamy do baśniowej krainy, gdzie wszyscy się uśmiechają, opłacone małpy skaczą i fruwają, kolana nie skrzypią, a wzdęcia nie dokuczają, bo śmiech to zdrowie, a telewizja? Misja? To tylko uboczny produkt, dodatek do głośnych spotów, na dźwięk których nawet kot wyłazi ze skrzyni kanapy. Rewolucja medialna już była, skoro programy telewizyjne stały się dodatkami do bloków reklamowych. Nic tego nie zmieni, innego przewrotu nie będzie, żadnej wiosny widzów ani lata Muminków, wszystko target hamuje.

















