Pokazywanie postów oznaczonych etykietą społeczne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą społeczne. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 marca 2017

Przezroczystość elity

Jakiś czas temu obejrzałem Wiśniowy sad Czechowa, klasyka, ale na nowo, w reżyserii Anny Augustynowicz i w wykonaniu aktorów Teatru Wybrzeże. Wędruje za mną ten spektakl i męczy. Reżyserka postawiła na minimalizm w formie, w scenografii niewiele elementów, uderzają tonacje czerni i drewniane krzesła, ustawione w różnych kierunkach, jest duży stół i kilka pomniejszych rekwizytów sugerujących zmianę miejsca akcji. Aktorzy raczej recytują kwestie niż grają role, bardziej do publiczności niż w relacji między postaciami dramatu, co wyraźnie utrudnia wejście w świat przedstawiony. Sztucznie, demonstracyjnie i płasko, chciałoby się powiedzieć, nawet nudno, ale pozostaje niepokojem.

    Dzięki tym zabiegom dostrzegamy, że każda z postaci żyje w świecie własnych dramatów, fobii, dylematów lub wybiera skuteczną metodę izolacji, ucieczki od rzeczywistych problemów. Pozostaje nieprzystosowana do zmieniającego się świata, ale też niezdolna, by komunikować się z najbliższym otoczeniem, nawet z ludźmi swojego pokroju. Głos bohaterów niejako odbija się od pustki i wraca do nich samych. Jedyną osobą, która na tym korzysta jest Łopachin, syn niepiśmiennego chłopa, który ma pomysł na uratowanie dawnych mocodawców przed krachem, proponuje parcelację tytułowego sadu pod domki letniskowe. Właściciele majątku nie słuchają go, grzęzną w marazmie i sentymentach rodowych, które Łopachinowi są obce. Jest praktyczny, więc nie mnoży dylematów intelektualnych i duchowych. Ostatecznie kupi sad, zagra na nosie warstwie wycofanych i bezradnych, choć wykształconych, ale zupełnie pogubionych w świecie chama.

Gdy po zakończeniu sztuki przyglądałem się wychodzącym, szukałem pierwszych reakcji, ale nic z tego. Burzy braw nie było, raczej grzecznościowe oklaski za trud i aktorski wysiłek. Tymczasem na twarzach widzów swoboda soboty, uśmiechy i powroty do tematów przerwanych spektaklem lub do pomysłów na dobrze rozpoczęty wieczór. Skonsumowało się spektakl, więc czas na pizzę i piwo?

    Lubię zerkać na twarze, gesty, miny ludzi, z którymi spędzam czas w jednej z kaplic sztuki. Próbuję szukać reakcji na dzieło, ale tu jej wypatrzeć nie mogłem. Obecni, których rozpiętość wieku wskazywała na przynajmniej trzy pokolenia, kim byli? Przyszli dla rozrywki? Kierowani głodem sztuki? Snobizmem? Potrzebą przeżycia czegoś głębszego w ramach ucieczki od świata polityki i konsumpcji? Chciałoby się w to wierzyć, ale łatwo nie jest. Czy to będzie nadużycie, jeśli uznam, że widzowie w teatrze, to jakaś próbka inteligencji naszych czasów? Elity? Nauczyciele, lekarze, urzędnicy, prawnicy, byli lub aktualni przedstawiciele świata nauki i sztuki? Niejeden freelancer, poeta, plastyk i copywriter? Czy, wyrwani na chwilę z matni swoich spraw i planów działania, poczuli się adresatami niezbyt optymistycznego przesłania?

    Może należałoby przedtem zapytać, czy kiedyś poczuli się elitą? Zakładam, że znakomita większość, to ludzie wykształceni, oczytani, ciekawi świata…, ale o czym ja tu? To tylko teatr, instytucja dziś tak powszechna i demokratyczna, że być może obok profesora zasiada pani z osiedlowego sklepu, choć ona też po zarządzaniu. A tam pomiędzy dziennikarzem lokalnej gazety a grafikiem siedziała może pani ze stoiska z rajstopami w galerii handlowej, choć i ona zdaje się skończyła kiedyś socjologię.

    Wieża Babel inteligencji rozmytej, przezroczystej i zbytecznej, która nie stworzy przekonującej elity, bo mówi językami odmiennych wartości, gustów, odrębnych profesji, na dziś użytecznych albo nie. Pesymizm wizji Wiśniowego sadu według Augustynowicz powrócił do mnie niepokojem pytania: czy istnieje jakaś odpowiedzialna warstwa elity naszych czasów? Nie mówię rzecz jasna o tej finansowej, która buduje rankingi najbogatszych i lobbuje w różnych dziedzinach, ale niewiele ma wspólnego z odpowiedzialnością społeczną czy jakością narodowej kultury. Gdzie szukać głosu warstwy, która poczuje odpowiedzialność za wyciąganie mas z dołka ignorancji, unaoczni i skutecznie napiętnuje powszechne ogłupienie? Czy ten głos jest potrzebny w tłumie, który lubi wymagać od innych, byle nie od siebie?

    Od jakiegoś czasu mam wrażenie, że elity, którym dawniej przypisywano moc kształtowania wzorców życia społecznego i kulturalnego, wyginęły niczym mamuty na skutek naturalnego etapu ewolucji. Zmienił się klimat i przestały się wyróżniać, stopiły się z tłem, jako jeszcze jedna warstwa wyrobników kapitalizmu. Przestały być potrzebne, nie są już nośnikiem treści niezbędnych do dźwignięcia egzystencji na wyższy poziom. Ale może to złudzenie? Może są, tyle że niewidoczne, rozproszone, zamieszkujące z wyboru getta ludzi sobie podobnych, elitarni po godzinach, ale też wszystkożerni bez żenady. Dziś inteligent z taką samą przyjemnością idzie w sobotę do teatru na „trudną sztukę”, jak we wtorek cieszy oczy tasiemcem Barw szczęścia. Elita przestała dzielić kulturę na wysoką i niską, na tę, której warto się trzymać, bo podnosi poprzeczkę naszej wyobraźni albo zmusza do konfrontacji ze stereotypem i na tę, którą konsumuje się łatwo, gdy służy odmóżdżającej rozrywce. W tym miejscu ciśnie mi się fragment książki 44 listy ze świata płynnej nowoczesności Zygmunta Baumana. Zmarły niedawno profesor pisał w jednym z nich: Elita żyje i ma się dobrze, jest nawet bardziej ruchliwa i zalatana niż dawniej, choć równocześnie zbyt zaabsorbowana gorączkowym pochłanianiem wszelkich przejawów kultury, by zajmować się misją oświecania i nawracania maluczkich. Elita kulturalna w swoim najnowszym wcieleniu ma do przekazania masom znajdującym się niżej w kulturalnej hierarchii tylko dwie rady: „odpuście sobie, przestańcie wybrzydzać” i „zwiększcie konsumpcję”. W praktyce wyparła się swego powołania do nawracania, oświecania, uszlachetniania i „uwznioślania” zwykłych ludzi (przemianowanych dzisiaj na „masy”, a ściślej na „konsumentów kultury”).

    Na skutek wyparcia powołania konsumenci już na dobre sobie odpuszczą wybrzydzanie, a tym bardziej podnoszenie sobie poprzeczki świadomości. Uwagę zaś bardzo chętnie kierują (jak to widać na polskim podwórku) na tych, którzy jasno im powiedzą kogo kochać, kogo nienawidzić. Gdy otumanione masy wynoszą do władzy kolejnego karła demagogii, elity zaczynają pękać z oburzenia i szukają grupy wsparcia. Skrzykują się i nucą jednym głosem, który ostatecznie przerodzi się w polifonię bezsilności. Tymczasem rodzimy karzeł Titelitury zaczyna po swojemu układać naszą dotąd bajkę. Zademonstruje arogancję, jaka elicie nie przyśni się nawet po zwiedzaniu Lichenia. I co wówczas może elita? Pomaszerować może ulicą? Wstawić komentarz oburzenia na fejsie? Może nie puścić dziecka do szkoły na znak protestu przeciw deformie oświaty albo zakleić sobie usteczka na scenie teatru, bo nie godzi się na dyrektora z nadania. Tyle może tym działaniem na własną miarę zrobić, że Titelitury silniej będzie trząść pańskim brzuszkiem samozadowolenia. Trząść ze śmiechu w rytm pohukiwań sfaszyzowanej gawiedzi, ślepo posłusznej i gotowej spalić do końca naszą bajkę w podzięce za bezkarność. A to raczej go wzmocni niż zabije, a wesołe memy elity zwisać mu będą kalafiorem.

wtorek, 23 czerwca 2015

Zawiedziony anioł

❖Kliknij, żeby posłuchać tekstu w interpretacji autora❖

Ruch dziewczęcej dłoni na blacie uspokajał i hipnotyzował od kilku minut. Przywracała stolikowi dobre wrażenie z obowiązku i zupełnie obojętna na efekt, ale myślami była raczej w wannie pełnej piany, z nogami ułożonymi powyżej jej wątłego ciałka. Znużona, a może znudzona, najchętniej poszłaby już do domu, gotowa zrezygnować z nowej Rexony. Karol bez żalu darował Eli, że odwołała spotkanie. W zasadzie było mu to na rękę. Nie miał siły ani ochoty słuchać jej kłapania o wyższości jednej polisy nad drugą. Teraz mógł do woli milczeć nad kawą i paschą, a może nawet zasponsorować kelnerce więcej niż cel jej dniówki? Uśmiechnął się do własnej myśli: „a jakbyś to zaproponował, stary durniu?”. Skarcił się jeszcze szybciej za pomysł niż dopuścił do siwizny, że zupełnie nie ma pojęcia, o czym może marzyć dziewczyna z pokolenia Y. i nawet nie wie, czy stać go na cokolwiek z jej listy. Nie potrafiłby wymienić dwóch znanych marek kosmetyków, jakich używają, bo nawet nie przeczuwał ich zastosowania.

    Mężczyzna za plecami przerwał rozważanie. Nawet nie mówił tak głośno jak intensywnie pachniał jedną z tych drażniących wód Hugo Bossa czy innego Rabana z Pakiem, ale nawet nie to wzbudzało irytację. Było coś obrzydliwego w głośnym słodzeniu w telefon. Nieustający potok króliczków, perełek, mirabelek, pralinek, landrynek, przeplatanych aniołkami, gwiazdeczkami i pączusiami magnolii, bulgotał równie namiętnie jak zapomniana fasolka po bretońsku na jednopalnikowej kuchence. Nie bardzo było wiadomo, które wymioty czułości dotykały jeszcze powabu i uroku kobiety, a które już jej krocza. Zmiksowane w erotycznym koktajlu słodkości zmusiły Karola do odstawienia reszty paschy i wlania w siebie dużej dawki gorzkiej kawy dla przywrócenia równowagi zmysłów. Było coś bardzo żenującego w obecności dorosłego mężczyzny, obśliniającego telefon infantylnym słowotokiem, ale Karol powstrzymał się, nie wstał. Z ostatniego wyrzutu słodyczy wyniósł, że za chwilę ujrzy obiekt litanii ku czci.

    Zagrała w nim dziwna ciekawość, nieco cyniczna, może odrobinę drobnomieszczańska, której nie mógł się oprzeć. Przesiadł się, zmienił krzesło, żeby zobaczyć facjatę romantyka, zanim przybędzie Brunhilda marzeń, adresatka treli. Terkoczące w słuchawkę pachnidło miało na oko lat czterdzieści, ale równie dobrze trzydzieści osiem jak czterdzieści pięć, bo sucharek - boy odwieczny - wyraźnie dbał o PR. Zapakowany w granatowy dżersej marynarki, z łatką na łokciu, w koszulkę z nadrukiem i nieodzowne trampki konwersy, zarzucił rurkę z łydką na suche kolano i wstukiwał delicje w słuchawkę, a robił to z delikatnością datownika na poczcie. Uśmiechał się przy tym równie naturalnie, jakby pozował do żurnala mód, wycelowanego w target początkującego próchniaka, który zapomniał, że skończył liceum. Generalnie wyglądał tak porywająco, że z zazdrości trzasnęłoby jego lustrzane odbicie.

    Jakież było zdumienie Karola, gdy przed stolikiem tamtego zobaczył nagle dziewczynkę. W dżinsach, z przetarciami na chudych kolankach, w kusej kurteczce imitującej skórzaną, z torbą soho na tyle dużą, że optycznie czyniła z dziewczynki niemal dziecko. Wyglądała na wystraszoną, a jej ogromne oczy sugerowały małe przekonanie, że powinna pozostać tu dłużej. Miała czternaście, może piętnaście lat i raczej nie wyglądała na niedożywioną studentkę. Karol nie zdążył dobrze oszacować wieku, gdy sucharek wypuścił w jej kierunku jedno zdanie, w tonacji nastroszonego wróbla: „… to chodźmy kupić, co tam sobie wybrałaś, a potem szybciutko lećmy do hotelu, chyba, że wystarczy ci moja bryka?”.

    Karol omal nie zakrztusił się kawą słysząc te słowa. Nie był zbawcą świata i miał swoje za uszami, ale zderzenie kreatury z propozycją szytą grubą chucią z pogardą, nie pozostawiły go obojętnym. Musiał coś z tym zrobić, nie mógł dopuścić, żeby jakiś palant ranił na całe życie to dziecko prawie. Ale co mógł? Krzyczeć na cały głos: „pedofil”? Pokazać go palcem? Wyprowadzić pajaca i ryj mu obić? Trącić gówno i siedzieć za człowieka? Bo niby jak miałby udowodnić, że stanął w obronie nastolatki? A może to jego bratanica? Może ona to lubi, może tak zarabia, żeby nie wysługiwać się jak tamta, myjąca stoliki z kółek po filiżankach? Głośna interwencja nie wchodziła w grę, ale cichą ułatwiła ofiara. Nachyliła się do sucharka i po chwili odeszła od stolika, by zniknąć w tłumie galeryjnych szwendaczy. Karol nie czekał dłużej i zanim pomyślał, co ostatecznie powie, siedział naprzeciwko tamtego i już usłyszał jego: co jest? Znamy się?”.

- A chcesz poznać koszmar twojego zasranego życia, wypierdku koguta? – Karol jeszcze wczoraj nie zniósłby siebie w roli Bogusia Lindy, ale teraz nie miał wyjścia, musiało tak zabrzmieć – Powiem krótko: wyrywaj stąd, zanim to dziecko wróci. Masz minutę i nie będę zważał na miejsce i czas, wyjadę ci taką fangą w ryj, że wyskoczysz z trampków, a żonka wygrzebie cię z liści za rok.

- A kto ty jesteś, co?! Wspomnienie Matki Teresy? Anioł stróż tej małej czy moherowy ninja? Chcesz, to zawołam ochronę i sprawdzimy jak sobie radzisz.

- Dla ciebie, skutku pękniętej gumy, mogę być tatuś tej małej i załóż się, że nie zdążysz spojrzeć w kierunku ochrony. Masz jeszcze pół minuty, a potem nie znajdziesz drogi do bryki albo zdechniesz z głodu w locie, wybieraj!

- Nie sraj ogniem, cieciu. Mała nie jest droga. Stać na nią nawet takiego ćwoka jak ty. Naprawdę nie musisz dymać swojego domowego kaszalota do końca świata. Nie ma czego zazdrościć.
      
    Karol wstał bez słowa i pokazał na zegarek. Tamten podniósł się niemal jednocześnie. Doskonale wiedział, że nie ma szans w starciu ze zbrojoną gdańską szafą, zwłaszcza, że determinacja w obronie czci wskazywała jednoznacznie na bliskie pokrewieństwo z niedoszłą ofiarą. Sucharek popukał się tylko w czoło i już znikał w odmętach galerii, z prędkością gwarantowaną przez firmę Converse. Nie minęło pięć minut, gdy do stolika przyszła mała z wyciągniętą komórką w dłoni:

- To ty jesteś ten mój tatuś wyzwoliciel?

- Nie, ja jestem twój anioł stróż, tatuś zrezygnował z wymiany prezentów.

- I co teraz?! Mam ci się rzucić na szyję?! Wiesz, ile spieprzyłeś?! Co ty sobie wyobrażasz? Z Oazy się urwałeś?! 

- Wystarczy. Nie mam ochoty tego słuchać. Nie liczyłem na łzy wzruszenia. I tak tego nie zrozumiesz. Powiedz lepiej, co miał ci za to kupić? Kupię to samo i pojadę sobie do domu.

- Nie stać cię. To ty nic nie rozumiesz, fanie Batmana. Cały miesiąc robiłam podchody pod tego dupka. Schrzaniłeś wszystko. Dziś miał ponieść karę. Trzy miesiące temu zbajerował moją przyjaciółkę, zaciągnął ją do hotelu i dziewczyna ma taką deprechę, że przypomina warzywo. Nie odróżnia własnego biurka od ścierki do kurzu, kumasz? Policja nawet nie wydusi tego, kto jej to zrobił, a ja wiedziałam, pokazywała mi jego fotki, zdradziła nick i mogłam wymierzyć sprawiedliwość.

- Co zamierzałaś? Mało masz kłopotów z przyjaciółką? Chciałaś się podłożyć? A jeśli ciebie by skrzywdził? A jeśli…

- Poczekaj, coś ci pokażę. Widzisz? To niewinne w słoiczku, to mocno i wystarczająco boleśnie żrąca substancja. Zwiędłym korniszonem nikogo już nie skrzywdzi. Do końca życia trzymałby plastikową rurkę w brudnych paluchach!

- A ty spaprałabyś sobie życie, kto wie, czy nie do końca, kumasz?


- Spokojna głowa, mój plan był pewny, ale zawiódł, bo nie przewidziałam, że trafię na własnego anioła stróża. Dzięki! Jeśli teraz ten gnój zrobi komuś krzywdę, to będzie twoja broszka, Złote Serce!  Zadowolony?

poniedziałek, 22 września 2014

Postanowienie

    To przyszło z ostatnim pociągnięciem tuszu do rzęs, jak poranne olśnienie. Postanowiła przestać nienawidzić przypadkowych ludzi, którzy nic nie zawinili, poza tym, że od wielu miesięcy byle gestem, słowem, gustem, nadmiernie demonstrowali przynależność plemienną ludu zamieszkującego kraj kwitnącej cebuli. Każdego dnia i o każdej porze, jakby na złość Matyldzie, z mrocznych głębi jestestwa wypuszczali na popas jaskiniowego Polaka-Cebulaka, prostaka i egoistę, w najlepszym razie totalnego gbura. Pół roku mijało, odkąd odzyskała kawałek wolności, a doświadczenia galernika pokryła mgła zapomnienia. Matylda ciągle nie mogła uzyskać wolności od nienawiści do przypadkowego przechodnia, który za nic ma elementarną kulturę osobistą i odrobinę przyzwoitości. Tymczasem los uśmiechnął się do niej po raz pierwszy, podarował radość zwykłej urzędowej pracy za biurkiem, a mimo tego nie mogła pokonać uprzedzeń. Co prawda nadal musiała mierzyć się z obcym człowiekiem, ale już tylko w roli petenta, osłabionego procedurami. Nie musiała znosić klientek butiku, z ich wieczną pogardą albo pretensją, które do schłodzenia pszenno-buraczanej gęby używają wachlarza z kart kredytowych, czemu więc tyle niechęci zaciemniało jej dobre serce? Matylda nie mogła złapać pionu i tego ranka, tuż przed wyjściem do pracy, postanowiła nic nie widzieć, nie słyszeć i nie mówić, idąc za przykładem trzech małpek z komody. Naprawdę była zmęczona łapaniem przechodniów na każdej niestosowności zachowań, niedoskonałości stroju, podłości słów, co dotąd robiła automatycznie, niczym radar wirujący bez wytchnienia.
   

Najwyraźniej diabeł stróż nie lubił tak silnych jej postanowień, nagłych i w gruncie rzeczy nieprzewidzianych w skutkach, dlatego natychmiast postanowił je okpić. Ledwie Matylda stanęła na peronie kolejki miejskiej, obok pojawiła się słodka idiotka w lila róż kurteczce, z futerkiem kaptura i z fryzurą na cebulę. Uzbrojona w róż policzki i takiej barwy pazurki, kurczowo dzierżyła róż iphonik. Policzki zapiekły Matyldę, ale obróciła się plecami do wypłosza, by po chwili usłyszeć: „nie, myszko, ten słoiczek, myszko, ten różowy. Myszko, on stoi przy mikrofalówce, trzy łyżeczki z niego, myszko…”. Matylda złamała się i już wzięła głęboki wdech, chciała zrobić defiladowy zwrot przez lewe ramię i pojechać po bandzie, gdy usłyszała za sobą inny, dużo starszy kobiecy głos, należący jakby do ropuchy zrezygnowanej i zgorzkniałej od bezskutecznych prób zamiany w księżniczkę. Głos niemile zaskrzeczał: „nie myszko! Ten słoiczek różowy, myszko! Od różowej idiotki, myszko, co różową gębę, myszko, drze na wcale nieróżowym peronie i wcale nie różowiąc świata, bo to pusta jest szantrapa!”. Wypuszczając powietrze Matylda odwróciła się z ciekawości. Zobaczyła obok siebie panią pod siedemdziesiątkę, z plecakiem na ramionach, zaciskającą w dłoniach kijki do nordic walking, na widok których zaniemówiła różowa szantrapa. Inteligencji wystarczyło jej akurat, żeby pojąć, ile kosztować będzie słowo protestu. Kobieta z pewnością użyje kijków niezgodnie z ich przeznaczeniem. Dlatego przestała trajkotać do aparatu, z którego ciągle ktoś pragnął jej głosu. Pani z kijkami, postanowiła ją orzeźwić albo zakończyć łagodniej wystąpienie, bo zakomunikowała: „zrozumcie wreszcie, ludzie, że nawet największy zbrodzień nie zasługuje, żeby o siódmej rano słuchać waszego pitolenia w zasrane komórki!”.

    Matylda, wdzięczna za gest wyręczenia ze zbawiania ludzkości, choćby na miarę absolwentki socjologii i resocjalizacji, na wszelki wypadek postanowiła nie jechać kolejką. Miała wystarczająco dużo czasu, żeby pójść na tramwaj linii 12. Ledwie jednak znalazła się na przystanku, diabeł stróż wysunął zza wiaty następnego łamistrajka. Dziewczynisko z zadem kasztanki marszałka, w dżinsach napiętych na pośladkach do granic gwarancji markowego producenta, przyczłapało do Matyldy. Telefonem, przyłożonym w miejscu, które u atrakcyjnych kobiet zwie się usteczkami w serduszko, mieliło do Jasia wyliczankę zakupów. Matylda nawet nie uległa napływającej fali złości, bo zdumienie osłabiło jej emocje. Uwagę przykuło obuwie, które miał na sobie ten rynkowy produkt kobietopodobny. Jej stopy, na oko rozmiar czterdzieści i jeden, pokrywało coś ni to gumowego, ni plastikowego, ale z pewnością palczastego i w kolorze khaki, z podbiciem w barwie zgniłej jesieni. Waran z Komodo, to było pierwsze skojarzenie, choć z pewnością w tym przypadku tkwiło pośród wyszukanych komplementów, zatrzymał się tuż przy niej, by głośno sepleniąc uzupełniać listę zakupów Jasia. Matylda oddaliła się o kilka kroków, ale gad przebrany za kobietę nie odpuszczał i jak cień znowu czaił się obok. Matylda postąpiła jeszcze dziesięć kroków wzdłuż krawężnika, ale i tym razem bez skutku, znowu seplenienie w telefon było przy niej, bo waran miał potrzebę gadać pełzając tuż za Matyldą. Zacisnęła zęby, żeby za wszelką ceną trzymać się porannego postanowienia i wówczas zza zakrętu wyłoniła się „dwunastka”.

    Waran z Komodo został na przystanku, gdy Matylda z ulgą stała w przegubie tramwaju i była święcie przekonana, że tym razem dotrze do pracy bez konieczności łamania szlachetnego postanowienia, wolna od nienawiści. „Przepraszam” dotarło do jej uszu od siedzącej dziarskiej czterdziestki w jasnoniebieskiej garsonce, która moszcząc się na siedzeniu, nieznacznie trąciła butem kostkę Matyldy. Ta jednak bez urazy uśmiechnęła się na znak, że nic nie szkodzi, ale diabeł stróż był innego zdania. I skoro zaczepki było za mało, uruchomił telefon czterdziestki. Matylda odwróciła się twarzą do okna i za plecami rozległo się najgorsze: „nie, nie mogę teraz mówić, bo jestem w tramwaju, ale wiesz, zaprosił mnie do kina… no coś ty, do kina, a ja tam wiem na jaki film?! No przecież to nieistotne, ja z facetem nie byłam trzy miesiące, kobieto!... Nie mogę mówić, przecież tramwajem jadę, nie? Daj spokój, pewnie, że kolacja, no takie ciacho wypuścić po kinie?! Hi, hi, hi, no co ci będę opowiadać, nie mogę, bo ja w tramwaju jestem. Zgłupiałaś? Ledwie zdążyłam o czwartej do domu wrócić, taksówką. Jak weszłam do pokoju, to ja nie wiedziałam, czy ma się kłaść spać, czy tylko prysznic wziąć, ale tak nim pachniałam, tak nasiąkłam, że w głowie się kręciło, aż szkoda było to z siebie zmywać… no przecież nie mogę takich rzeczy ci mówić, bo ja w tramwaju jestem”.

    Matylda patrzyła jeszcze przez chwilę za okno, po czym otworzyła je jednym zdecydowanym ruchem, mimo oporu materii, w czym niewątpliwie pomogła napływająca fala adrenaliny. Pochyliła się nad kobietą, uśmiechnęła się szeroko i wyszeptała teatralnie: „teraz ja przepraszam”, po czym wyjęła z dłoni siedzącej aparat i machnęła nim przez okno. Kobieta szybko się podniosła, nawet chciała wyrazić swoje oburzenie, ale oklaski pasażerów uniemożliwiły jej jakikolwiek protest.

    Matylda wysiadła na najbliższym przystanku i choć pozostało jej niewiele czasu, postanowiła zaryzykować spóźnienie i pójść piechotą, byle już nie słyszeć żadnych rozmów, byle już nie robić głupich postanowień, przynajmniej nieprzemyślanych i nie z rana. Widocznie z nienawiścią do prostactwa było jej do twarzy.

sobota, 3 maja 2014

Nieznośna lekkość bezwstydu

Docierają do nas stonowane głosy ekspertów oceniających polskie dziesięciolecie w Unii Europejskiej. Nie ma w nich cienia rozpaczy, ale też nie widać powodu do euforii. Przybyło autostrad, poprawiła się infrastruktura, ale też wzrosło zadłużenie, bezrobocie ciągle jest wysokie, a dwa miliony rodaków wybrało wspieranie PKB krajów innych niż własny i większość nie zamierza wracać. Społeczeństwo starzeje się, system emerytalny grozi totalnym fiaskiem i tylko poziom klasy politycznej nie może spaść niżej, odkąd legł na dnie. Ekonomia góruje w ocenach, tymczasem nikt specjalnie nie przejmuje się mało widowiskowym, statystycznym Kowalskim i Nowakiem. Fachowcom wystarczy wspomnieć, że średnia krajowa podskoczyła do czterech tysięcy, a Polakowi żyje się lepiej.

    Słucham głosów analityków i jakoś brakuje mi oceny tego, jak w dziesiątą rocznicę historycznego wydarzenia żyje się Polakowi obok Polaka. Przywykliśmy chyba do medialnych not gospodarczych, ekonomicznych, biznesowych, politycznych, problemy społeczne sprowadzając do widowiskowych zjawisk patologicznych. Te zaś rozciągają się pomiędzy widokiem mamusi wekującej w beczce zwłoki własnego dziecka i obrazem konkubenta katującego pięścią niemowlę. Pomiędzy obrazem czynszownika fundującego lokatorom robale lub wizyty terminatorów, a kolejną medialną akcją pijanego mordercy, zabijającego autem przypadkowych przechodniów, wobec którego prawo dalej tumanieje jak warchlak we mgle. Co z przyglądaniem się relacjom statystycznej normalności ulicy, kolejki do kasy w dyskoncie? Relacjom na spacerze, w szkole, w domu i w samochodzie? Znika w niemedialnych przestrzeniach obojętnych sobie przechodniów? Tymczasem zdaje się, że to jakość codziennych relacji wpływa najmocniej na nasze społeczne samopoczucie.

    Tu, choćby dla klarowności dalszej myśli, wypada rzucić kilka obrazków zanotowanych w ostatnich dniach. Oto kobieta wyjeżdża z uliczki osiedlowej wprost pod koła jadącego samochodu, by wymusić pierwszeństwo, a po chwili jechać czterdzieści na godzinę i stworzyć korek. Dlaczego paraliżuje ruch? Bo przecież musi teraz pisać sms-a. Oto trzydziestolatek, wypachniony jak zakład fryzjerski, z okularami na czubku żelowego kosmyka, wykłada na taśmę butelkę whisky, szczypiorek i dwie czekolady. Kosz na kółkach pozostawił za sobą, w wąskim przejściu między kasami, a za nim siedem kolejnych osób uwięzionych w przestrzeni regałów, bo nie ma jak wyłożyć kupowanych przez siebie towarów na taśmę. Tymczasem nowobogacki młodzieniec wyraża kasjerce radość z powodu promocji alkoholu, nie dostrzegając blokującego wózka. Oto czterdziestolatek zastawia innemu wyjazd z parkingu, choć cztery metry dalej ma swobodne wolne miejsce, ale nie skorzysta, bo to cztery metry dalej od wejścia do sklepu. Oto mężczyzna w wagonie kolejki miejskiej, stoi przy drzwiach, z plecakiem u stóp, choć przez najbliższe pięć przystanków nie wysiada, skutecznie blokuje wejście wchodzącym i wychodzącym. Widzę go codziennie od miesiąca, robi tak samo głupie miny, ilekroć kolejny pasażer zwróci mu uwagę, że przeszkadza. Oto ojciec biznesmen, który nie zapłacił pięciu złotych miesięcznie za dodatkowe przedmaturalne lekcje syna w liceum, bo szkoła jest publiczna czyli bezpłatna. Tymczasem inni rodzice płacą, ale ojcu biznesmenowi to nie przeszkadza, że synek korzysta z lekcji, opłaconych przez uboższych rodziców. 

Oto samochód jadący na wysokości rezerwatu przyrody, otwiera się okno i na skraju lasu ląduje papierowa torba McDonalda, a wiatr i pęd wywiewają z niej pojemniki, opakowania i kubki. W tym samym rezerwacie przyrody, godzinę później nierozgarnięty tatuś zbiera wielkie konary i pokazuje synkowi radość napieprzania nimi w środek rzeki, która jest najważniejszym punktem tegoż rezerwatu, chroniącego faunę i florę wodną. I nie przejdzie mu przez zgrubienie karku w miejscu głowy myśl, by wyjaśnić synkowi, co to znaczy, że są w rezerwacie. Widać sam ma kłopot z czytaniem tablic informacyjnych, a może jest tylko żywą ilustracją anegdoty, że mężczyzna dojrzewa do piątego roku życia, a potem tylko rośnie? Oto w podobnym duchu migawka z wiadomości, w której dwunastoletni chłopcy w klatce kopią się po głowach bez kasków ochronnych, ku radości własnych rodziców, kibicujących zza siatki. Mają powód do dumy, bo to w ramach gali walk stylów dowolnych.

Po dziesięciu latach naszego pobytu w Unii ilość takich przykładów rośnie lawinowo, z miesiąca na miesiąc. Może tam teraz mieszkają rodacy lepiej rozwinięci społecznie? Czego dowodzą przedstawione obrazki? Chamienia społeczeństwa? Skrajnego egocentryzmu dzisiejszego, bez myśli o przyszłości? Powiększania przestrzeni bezmyślności? Zaniku wyobraźni? Bo myślenie wysrane za stodołą, a wstyd stał się kategorią dobrą dla nieudacznika? Po nic osobista kultura i troska o poziom, gdy ten brak przestał być powodem zażenowania? Dziwna to przemiana, gdy coraz większa ilość ludzi nie odczuwa wstydu naszego powszedniego z powodu prostactwa, bylejakości, a jeszcze dziwniej, gdy mało komu to przeszkadza. Nie żenuje bycie prymitywem, gdy podstawy człowieczeństwa i przestrzegania elementarnych norm współżycia, stają się synonimem frajerstwa.

    Dziesięć lat po wstąpieniu do Unii, odstajemy mentalnie o kolejne dziesięć lat od średniego poziomu troski o jakość codziennego życia społecznego większości jej mieszkańców. Stan rozplenionego prostactwa najprościej medialnie przerzucić na pozbawienie głosu inteligencji i brak klasy średniej z prawdziwego zdarzenia. Te warstwy społeczne, od wieków w całym świecie cywilizowanym ciągną poprzeczkę zachowań społecznych, etycznych, artystycznych i rozrywkowych w górę. U nas pierwsza odeszła w zapomnienie, druga rodzi się w bólach. Ich miejsce zajmują średnio wyrafinowani biznesmeni (pośród których wciąż wielu krwiopijców cwaniaków i hurtowników buraków), lokalni politycy i tłumy zasilające korporacje, które wyższe wykształcenie często zdobyły bez lektury dziesięciu książek. Może dlatego jakiś czas temu Big Brother przekonał właścicieli wszelkich telewizji, że zarabiać należy na tanim prostactwie i braku wymagań. Na coraz większym ekranie nie wstyd być człowiekiem bez klasy i bez właściwości. Tam pokazanie biustu w odpowiednim momencie wystarczy, by być celebrytą skupiającym uwagę tłumu. Nie trzeba nic umieć i niewiele sobą reprezentować, by wirować w blasku reflektorów. Można pozostać niedouczonym w ortografii i gramatyce, ale promować się jako pisarz. Nie wstyd być pozbawionym głosu i słuchu, by występować na scenie piosenki i łokciami torować sobie drogę na ekran. Zaplątać się we własne nogi, by zostać gwiazdą tańca. Nie widzieć obciachu używając języka meliny w kulinarnym programie, podobnie jak nie wstyd być kabareciarzem wychodzącym na scenę z prostackim poczuciem humoru. A skoro takie wzorce na szklanym ekranie, jakich szukać na ulicy?

    Człowiek bez właściwości i klasy, tandetny i wewnątrz wydrążony jest bezkrytyczny wobec siebie i świata, więc ucieszy reklamodawców i ich target. Nie ma co się przejmować, że radośnie przekłada się to na jakość relacji społecznych w codziennych sytuacjach. Nikt głośno tego nie zweryfikuje, nie osądzi i nie przywoła nikogo do porządku. Przykład idzie z góry, a górą „Kuchenne rewolucje” i po co to zmieniać? Łatwiej i przyjemniej egzystować nie przesłaniając sobie pola widzenia innymi ludźmi i ich obecnością. Unia tego nie zweryfikuje, a mocą przepisów, ekspertów i bankierów presji nie wyciśnie. Potrzebuje w nas, tu czy tam, głównie taniej siły roboczej, od której odpowiedzialności za jakość społecznego życia nikt nie wymaga.

poniedziałek, 30 września 2013

Zawartość kupy w kupie

    Nie wiem, na ile świadomie zrobiłem sobie przerwę w pisaniu felietonów, na ile to skutek braku sensownych tematów, a na ile wyłączenie uwagi i przerost prostaty bezsilności wobec naszego tu i teraz. Na moje szczęście pojawiają się czytelnicy gotowi oskarżyć autora o rozmemłanie, lenistwo, chorobę na literacką pychę lub impotencję, więc na początek należą się słowa wdzięczności. Dziękuję za kopa motywującego , udało się Wam przywrócić wiarę w sens pisania. Zadowoleni? No to odpłacę pięknym za nadobne, nie?

    Skoro nawet automat redakcji Onetu przysyła mi przypomnienie, że od ponad miesiąca nie dałem nowego tekstu, spróbuję na początek obrazowo określić przyczyny milczenia. Jak co dzień włączyłem radiową „Trójkę” i usłyszałem, że GUS oznajmił jakoby Polak średnio wydawał na kulturę (teatr, film i książki) łącznie sto złotych ROCZNIE. Ale już na telewizję blisko dwieście złotych MIESIĘCZNIE. Jak w tej sytuacji budować wolę pisania czegokolwiek, mając w otoczeniu troglodytów dwudziestego pierwszego wieku? Jeden ze słuchaczy skomentował na gorąco, że skoro w ostatnim miesiącu wydał na książki blisko trzysta złotych, długo nie powinien kupować żadnej. Ilu takich słuchaczy pracuje na statystykę masy, której bliżej do kiełbasy? Choć ostatnie włosy jeżą mi się w uszach, nic to dla tak stwardniałego radła na ugorze (co to radło i ugór, niech sobie młodsi wyguglują, choć o literackim  z pewnością nic nie znajdą).
  
Coraz częściej, gdy wsiadam do autobusu, by od nowa ujrzeć ukochane moje miasto, wrażeń zebrać nie mogę, bo słyszę ludzi w przedziale wiekowym 23-45, z tym, że coraz mniej w nich człowieka, który wybrzmiałby dumnie. Twarze pozbawione choćby cienia tęsknoty do rozumu, otwory gębowe chlustające obficie wulgaryzmem, niby tsunami pochłaniające nieśmiałe próby złożenia pojedynczego zdania. Przekleństwa grube i wyraźne górują wystrzelone ponad monosylaby, beknięcia oraz wybuchy rechotu odsłaniającego przeżarte próchnicą kikuty po zębach. Odbieram w pracy telefony z ofertami, w których głupawe panienki recytują wymuszone przez pracodawców formułki, ale wystarczy wytrącić je z wystukanej na pamięć mantry i totalnie się gubią. Zdania nie złożą, mimo że wszystkie zapewne legitymują się dyplomami wyższych uczelni, może nawet kilkoma? Już nie umiem wyłączyć myśli, że coraz trudniej będzie o człowieka na drodze, bo dalsze życie przebiegnie w hurmie bezrefleksyjnej, uformowanej z bezkrytycznych klientów i pracowników wąskiej specjalizacji, w kupie przeznaczonej do prostych wyborów i czynności wyuczonych na pięciodniowym szkoleniu podług potrzeb firmy. Jeśli tak, to Huxley i Orwell byli jednak prorokami.

    Gdy dopada chochlik demokracji i szepcze, że tak wyglądać ma świat przyszłości, świat wolności, to chyba wolę jednak ten totalitarny politycznie, który wymusza na ludziach bunt, domaga się swobody ducha i skłania do troski o indywidualny rozwój, o wolność myślenia. Gdy tylko mówię o naszym świecie, nie myślę już o wolności od… raczej trapi mnie fundowana odgórnie wolność do… choćby do durnoty życia, do wyboru skretynienia w obliczu zaniku potrzeby stawiania wymagań sobie samemu. Niby czego owocem jest głośny ostatnio przypadek, gdy student Politechniki prosi o interwencję Gazetę, gdyż komisja w trakcie obrony pracy dyplomowej zażądała od niego wiedzy z zakresu tejże pracy i programu jego studiów? Czy to skutek powszechnego ogłupienia młodzieży, zaniku wymagań czy rozplenienia postaw roszczeniowych w zamian za nic? Czym to jest, jeśli nie zgodą pojedynczego człowieka na usankcjonowanie nicnierobienia, wygodnictwa i przyjemności jako jedynie uzasadnionej racji bytu?

    Wszak nie mamy systemu odgórnego, który ludziom wtłacza jałowienie rozumu, emocji i ducha. Nie ma ustawowego obowiązku oglądania gotowania na ekranie i tańców z udziałem gwiazd. To nie komuna i każdy ma możliwość aktywności na dowolnym polu, może wybrać co chce, ale z jakiegoś powodu wybiera ogłupienie. Nikt nie powie, że reklamę wciskają mu do łba, bo każdy może wyłączyć telewizor i pójść na spacer, a na ulicy liczyć samochody i zachwycić się barwą liści zamiast gapić na bilbordy. Ale ludzie kierowani lenistwem lub tłumaczący się zmęczeniem, przestali sobie samym stawiać wymagania, a w ramach wolności wybierają gnuśność i prostactwo, co musi skutkować drastycznym obniżeniem jakości życia społecznego.

Kogo mielibyśmy obwiniać o to, że człowiek funkcjonuje zaprogramowany na konsumpcję? Media? Wskaźniki sprzedaży? Kapitalizm? Polityków? Korporacje… wymieniać można długo, ale to wciąż przyczyny zewnętrzne. Po drugiej stronie stoi jednostka, która pielęgnuje własną uległość i oddaje się bezrefleksyjnemu korzystaniu z zabawek współczesności. Wiem, że to prowokacyjne nadużycie i uogólnienie. Coraz częściej dostrzegam wokół ludzi, którzy oddają się pasji. Codzienne tłumy w fitnessie, oblężone szkółki jazdy konnej, kluby dyskusyjne, kółka fotograficzne, warsztaty haftu artystycznego, klubowe pracownie ceramiki i rzeźby, tłumy samozwańczych fejsbukowych pisarzy, malarzy, protestacyjne wyrzucanie telewizorów, to jednak znaki czasu albo sposoby na zaistnienie. Oczywiście jeszcze dla ogółu nie bardzo widoczne to jaskółki, ale może jakąś wiosnę uczynią? Trzeba tylko pamiętać, że wśród jaskółek znajdą się sroki snobizmu. Biegam, bo lubię? Owszem, ale koniecznie w leginsach z najnowszej kolekcji i w obuwiu z najwyższej półki, bo na każdej uczciwej pasji da się wyhodować markowy produkt, szczególnie pod buraka podążającego za modą, który zawsze znajdzie powód, by błysnąć portfelem wypasionym kartami, na których więcej kredytu niż lat do przeżycia.

    Sama myśl, że wybór własnej pasji może być skutkiem snobizmu, mody, chęci nieodstawania od kupy (jeszcze nie tak dawno szał nordic walking, teraz szał biegania, za chwilę może szał skakanki), podsuwa myśl, że statystyczny człowiek woli o sobie nie decydować. W kupie raźniej, zawsze może dołączyć do tego, wokół którego jest szum i wówczas jednakowo czuje się usprawiedliwiony w zysku i w stracie. W wygranej i w porażce będzie zwolniony z odpowiedzialności, zawsze powie, że oszukali. Jest w tym pewna wygoda życia. Każą krzyczeć, to się krzyczy, powiedzą bić, to się bije, dadzą dresik, to się pobiegnie, podsuną kulbakę, wskoczy się na grzbiet, bo mądrzejsi lub głośniejsi wskazują słuszny kierunek. Kłopot, gdy zbyt wielu wskazuje kierunki i to w zupełnie inne krańce biegnące. Frustracja? Nie tylko, jest jeszcze dążenie do świętego spokoju za wszelką cenę.
   
Lenistwo intelektualne i wygodnictwo mieszczańskie, to najlepszy zdaje się dyktator na dzisiejsze czasy. Dla przeciętnego faceta kilkanaście kanałów sportowych, siłka, piwko, grill i kumple do flaszki. Dla kobiety: kilka paradokumentalnych programów o ludzkich tragediach, by poczuły, że w zasadzie nie mają na co narzekać. Albo kilka seriali o babkach lepszych i ciekawszych od widza, żeby miały do czego odnieść swoje marzenia spełniane bez podnoszenia dupy z kanapy. Ewentualnie kilka programów kulinarnych pani Gessler czy innych Okrasów, żeby poczuły się światowe, a na deser wizyta w galerii handlowej i polowanie na promocje. W tle praca, dom, kredyt, pożyczka i przedszkole dziecka albo kurs flamenco i romansik między okładkami tuż przed snem. Statystycznym facetom bliżej od marzenia o merolu do mentalnej jaskini i gałęzi, bo tam przynajmniej rywalizacja ma uzasadnienie biologiczne. Ale w imię lepszego jutra nie oszukujmy, nie da się wszystkiego usprawiedliwić wyłącznie zmęczeniem i pracą.

    Gdy współczesny człowiek głupieje w stadzie, coraz mniej jestem w stanie obwiniać o to jego złą wolę, wyrachowanie, cynizm i bezmyślność. Coraz intensywniej dostrzegam w tym tanie recepty na szczęście, które rodzą rozczarowanie i takie chodzenie na skróty ostatecznie wyłazi bokiem. Wygodnictwo uzasadnione  hasłem: „bo życie jest wystarczająco trudne” egzystencji nie ułatwia. Ale by gnuśnieć nie trzeba najmniejszego wysiłku, wystarczy zaniechanie ryzyka chodzenia własną drogą, chociaż nie dano nam większych pożytków ponad płynące z przekraczania siebie samych.

piątek, 21 czerwca 2013

Księżniczki do wzięcia

❖Kliknij, żeby posłuchać tekstu w interpretacji autora❖

    Domowa toaleta to najlepsza czytelnia. Myślę, że z tak postawioną tezą zgodzi się wielu spośród ostatnich Mohikanów czytelnictwa.  W tym azylu zawiesza się nie tylko rolkę użytecznego papieru, tu zawieszeniu ulegają czynności i obowiązki małżeńskie. Zdarza się, że partnerzy nie przeganiają stąd do pożytecznych zajęć, nie oczekują robienia kilku rzeczy naraz, więc przynajmniej te dwie robimy sami: czytamy i … przy okazji powinności - albo jak kto woli – przyjemności fizjologicznych, oddajemy się też intelektualnym.  Dzięki temu chwyciłem ostatnio „Wysokie Obcasy”. Nie wnikając specjalnie, czego otwarta strona dotyczy, przeczytałem akapit prawie ze środka kolumny: 
Szukamy chłopaka, który nie będzie miał pretensji, że praca jest dla nas ważna, nie będzie się wściekał, kiedy wyjedziemy na miesiąc w sprawach zawodowych. Nie będzie z nami rywalizował, bo będzie miał swoją własną pasję, i nie będzie oczekiwał, że będziemy się nim nieustannie zachwycać. Nie obrazi się, że czasem same chcemy wyjść na imprezę. Chłopaka, który nie zdenerwuje się, że nie ma codziennie obiadu na stole, a koszule nie są wyprasowane, do czego przyzwyczaiła go mama. Takiego, który nie będzie oczekiwał, że opłacimy czynsz, zapełnimy jedzeniem lodówkę, a wieczorem postawimy jeszcze kino i kolację w restauracji (…) chłopaka, który nie przestraszy się odpowiedzialności, ale będzie pokazywał, że mu zależy. Takiego, z którym poczujemy się na tyle bezpiecznie, żeby zdecydować się na dzieci. Szukamy chłopaka, który nie zerwie róż w naszym ogrodzie, nie zeżre wszystkich jabłek i nie ucieknie za morze. Czy istnieją tacy mężczyźni? Co myślą o związkach, miłości i kobietach takich jak my?

    I tu fizjologia powiedziała stop, załatwione, spłukane, pora wracać do rzeczywistości. Ale te urocze kobiety z gazety, mieszkanki stolicy posiadające ukochaną pracę, wykształcone, samodzielne, które mają mniej więcej po trzydzieści lat i jednocześnie w ramach wypieszczonego poziomu intelektualnego noszą tak banalny i nikczemny stereotyp faceta, jaki wyłania się spomiędzy wersów ich wyliczanki, jakoś wylazły za mną z toalety i łaziły po dziś dzień. Nie dlatego bynajmniej, bym zapałał szczególnym zachwytem wobec ich postawy.
  
Wychodzi na to, że uległem ich presji, nabrałem ochoty, żeby powiedzieć, co myślę o takich paniach i niemożliwej do nich miłości. Z tą ostatnią sprawa jest dosyć prosta: czy można kochać kogoś, kto pragnie li tylko być na piedestale? Kiedyś myślałem, durny i nieoświecony chłop, że miłość zobowiązuje dwie strony i jak świat światem, a miłość miłością, to uczucie jak tango: potrzebuje dwojga. Relacja jednostronna, typu kochaj tylko mnie, a ja pokocham mocniej siebie zanurzoną w twojej miłości, co prawda pozostaje marzeniem rozlicznych księżniczek, nie tylko ze stolicy, ale jest – delikatnie mówiąc – pomyłką. Z miłością ma tyle wspólnego, co reakcja zdziwionych kobiet w Seksmisji, które na okrzyk Maksa: Sfiksowałyście, boście chłopa dawno nie miały!, uznają, że mieć chłopa oznacza posiadanie męskiej służby domowej. Prawdopodobnie niektóre księżniczki stolicy, a już z pewnością  zatrudnione w „Wysokich Obcasach”, najzwyczajniej w świecie nie potrzebują miłości. Im potrzebna  jest wierna, oddana, domyślna, męska służba domowa, która da poczucie bezpieczeństwa, czyli zaplecza usług wszelakich, nie wyłączając seksualnych i związanych z opieką nad dzieckiem (gdy już księżniczki pozwolą zrobić sobie dziecko na podstawie zaliczenia rozlicznych prób odpowiedzialności). Panie te mają potrzebę realizować się w każdym wymiarze, wymagają tak samo nieustannej troski o uczucia jak o zapełnianie lodówki. A gdy już samodzielny chłopak prasuje swoje koszule, nie zaprotestują, gdy i ich spódniczki poprasować raczy albo spodnie, bo to kobiety są wyzwolone, pracujące, dobrze zarabiające. W ramach tejże użytecznej miłości, chłop musi być oczywiście pracującym w ciekawym zawodzie, dobrze zarabiającym wulkanem czułości i oddania oraz gotowości do spełniania każdej zachcianki na daną chwilę, w zamian za? Oczywiście za wolność kochanych księżniczek, która to swoboda damy serca jemu – spełnionemu w miłości do bólu – powinna dać radość za wszystko. W tej sytuacji, obawiam się, nawet usilnie kochający księżniczkę chłopak, nie spełni jednego z koniecznych warunków: dogadzając wybrance serca ze wszech miar, nie znajdzie już czasu na własną pasję, choćby z obawy, że może się okazać nieodpowiedzialnym mężczyzną, który jednak zawodzi.

    Odnoszę wrażenie, że księżniczki nie szukają chłopaka, nie szukają księcia z bajki nawet, one poszukują idioty albo świętego. Idiota nie będzie zważać na nic poza zapatrzeniem w księżniczkę, która za chwilę będzie gardzić jego oddaną miłością. Biologia i fachowe pisma podpowiedzą jej bowiem, że wolą płodzić dzieci z samcami alfa, agresywnymi i mocnymi fizycznie, a tylko dla wygody wychodzą za mąż za cichych safandułów, uczynnych, pierdołowatych i wiernych, bo to daje solidne  bezpieczeństwo potomstwu, nie budzi zaś uznania kobiet. Jeśli poszukują świętego, to z pewnością dlatego, że ten lubi umartwić się i oddać życie za bliźniego, czyli w tym wypadku zużyć je na pielęgnowanie ego księżniczki ze stolicy.

Na koniec, całkiem już serio, trzeba przyznać, że rzeczywiście kobiety nie mają lekko w poszukiwaniu sensownego mężczyzny. Dookoła coraz więcej trutniów, żyjących wygodnie u mamusi i to do kresu możliwości (zwykle maminych), a w ich postawie najmniej pragnienia poświęcania czasu i życia komukolwiek. Ale nie dajmy się zmanipulować uogólnieniu. Może z warszawskiej perspektywy rzecz wygląda jak w „Wysokich Obcasach”, ale inaczej może wyglądać z perspektywy ulicy małego i dużego miasta. Tak się składa, że przemierzam codziennie ulice pieszo, zasiadam w środkach komunikacji i jakimś dziwnym trafem widzę wokół piękne, pewnie też wykształcone i życiowo mądre, kobiety w przedziale wiekowym 25-50, a niemal wszystkie, które inteligencję, mądrość, urok powabnej kobiecości mają wypisane na twarzach, dziwnym trafem jeżdżą z obrączką na palcu. Na plaży, w poczekalni u lekarza, w supermarkecie, widzę radosne pary. W galerii handlowej dostrzegam mężów cierpliwie czekających z dzieckiem na wyjścia żony ze sklepów z damską konfekcją, i wiem na pewno, że warszawskie księżniczki okłamują mnie sugestią, jakoby jeden facet na milion nadawał się do związku. Okłamują, bo prawdopodobnie same nie mają nic do zaoferowania chłopakom, których szukają. Zrobiły wszystko, by być singielkami do emerytury i o kilka lat dłużej. Nie dopuszczają do wykształconej mózgownicy, że trwałe uczucie wymaga codziennej współpracy i kompromisu w pięćdziesięciu procentach, ale liczonego przez obie strony. Gdy mają tylko oczekiwania, samym im przyjdzie je realizować i bynajmniej nie tylko dlatego, że coraz więcej beznadziejnych facetów wokół. Ostatnim sensownym facetom, nawet jeśli to jeden na milion, mają do zaoferowania zachwyt sobą, a to kiepska waluta i krótkotrwała lokata bez wizji zysku.

niedziela, 14 kwietnia 2013

Gdy winni inni

    Tuż obok powstaje blok. Widok z kuchni mam na parking, częściowo w budowie, na który ekipy dewelopera zrzucają piasek. Właśnie podjeżdża mała ładowarka, ale zamiast podjąć kolejną partię materiału, wysypuje częściowo zawartość łyżki. Operator wyskakuje z kabiny i z piasku w łyżce wydobywa długie elementy w foliowych opakowaniach, chyba rurki. Pakuje je do bardzo zużytego opla, który stoi obok pryzmy. Po chwili uzupełnia łyżkę ładowarki piachem i wraca na budowę.

    Jest sobota, siódma rano, zatem już biały dzień. Osiedle zamieszkane od dziesięcioleci, wychodzą ludzie z siatkami, z workami śmieci, z psami, ale kombinatorzy mają to w poważaniu. Nie przejmują się świadkami procederu, nie mają na to czasu. Zanim zjadłem dwie kanapki i dopiłem kawę, operator ładowarki trzy razy powtórzył operację. Gdy wstałem umyć kubek inny facet w kombinezonie wskoczył do opla i uwiózł materiał z budowy w sobie znanym kierunku.

Minął tydzień od tego zdarzenia, a ta dosyć banalna scenka chodzi po głowie i nie daje spokoju. Nie wystarczyło odruchowe skwitowanie zdarzenia spontaniczną refleksją, że Bareja z serialem Alternatywy 4 nadal aktualny w diagnozie mentalności polskiej, a jeszcze bardziej Filip z konopi Gębskiego, choć starszy, bo z 1981 roku. Chyba nie wystarczy odnieść zdarzenia do filmów sprzed trzydziestu lat i odstawić umytą szklankę do szafki. Jest więc coś jeszcze, co obok mnóstwa innych faktów społecznych, odbiera radość życia w tym kraju. Czy można łatwo uwolnić się od pytania: dlaczego mimo zmiany ustroju, mimo rzekomej poprawy warunków bytowych społeczeństwa, w ciągu trzech dekad mentalność nie poddaje się modyfikacji? Dlaczego nie ewoluuje poczucie odpowiedzialności za swoje czyny wobec innych i nijak nie zmienia się postawa obywatelska? Czemu ciągle tak samo górę bierze perspektywa sięgająca nie dalej niż własny nos? Skąd niezmienne parcie do kradzieży, cwaniactwa, mimo że i na budowie wszystko dawno temu przestało być państwowe czyli niczyje? Przecież obecni budowlańcy nie pamiętają już tak jasno i wyraźnie PRL-u, a tamta mentalność siedzi w nich głębiej niż siódme przykazanie.

    Tak, wiem, większość czytających te słowa powie: z ubóstwa, z tego, że prywatny deweloper rżnie tych ludzi na kasie, wykorzystuje, każe pracować po godzinach, za grosze i na czarno, więc należy im się jakaś premia w naturze. Kombinują uczciwie. Trudno odmówić takiej racji, prawda? Aż się prosi o przymknięcie oka na łamanie dekalogu w katolickim kraju. Jak to mówił dawniej mój znajomy ksiądz: bo Polak wszystko sobie wytłumaczy i grzechu nie ma. Gdy jednak inwestor mocno oszczędza na ilości i jakości materiałów budowlanych, a jego pracownik i to rozkradnie ile wlezie, to co z nabywcą mieszkania? Nie dość, że podpisał wyrok ekonomiczny na siebie do końca życia, a ładując się w kredyt wywalił setki tysięcy na nowe lokum, teraz będzie dokładać do niego dodatkowo? Żeby funkcjonowało jako tako i się nie zawaliło.

    Za dużo wymagam od robotnika, on pewnie na wsi dom stawia sąsiadowi, no chyba że córce buduje, bo dom mieć trzeba i ukraść materiał obowiązkowo. Byłby głupi kupując coś, co leży w zasięgu całkiem za darmo. Bo to nie kradzież jest przecież, tylko życiowa polska zaradność. Podobnie jak głupi jest pracownik dysponujący służbowym samochodem, gdy pojedzie po zakupy prywatnym i jeszcze głupszy lekarz, który nie kieruje pacjenta do swojego prywatnego gabinetu, bo w tym z NFZ nie ma sterydu do wstrzyknięcia. Głupi byłby sąsiad sprzątający po swoim psie, gdy ten z dołu ma takiego, co sra więcej i nie sprząta albo segregujący śmieci, gdy ten z pierwszego piętra ma to w dupie. Durny pracownik biurowy, co kupuje papier do domowej drukarki, gdy ma w robocie dostęp do ryzy i jeszcze głupszy dzwoniący z prywatnej komórki do korepetytora dziecka, gdy ma służbową w kieszeni. Idiotą byłby przedsiębiorca, który nie korzysta z mocy kreatywnej księgowości, gdy ta szuka luk w ustawach i pozwala na lawirowanie w nieprzyjaznym środowisku podatków. Przecież każdy chce być mądry i zaradny, więc po co się ośmieszać uczciwością w kraju, gdzie tylko ryba nie bierze?

    Tylko jak poprawić sobie potem samopoczucie w kwestii prawości? Skutecznie i z poczuciem ulgi najlepiej głośno piętnować kradnących na większą skalę: polityków, prezesów, dyrektorów, developerów, wybrańców losu, którzy na krzywdzie niewiniątek budują fortuny. Wytykać palcem bogaczy, ale nie dlatego, że oburzają nieuczciwością i pazernością, ale że bardziej zaradni i lepiej ustawieni. Bo też i w hipokryzji piętnowania za grosz troski o wspólne dobro, o wiele więcej zaś zwykłej polskiej zawiści.

    Optymiści ciągle wskazują, że to wynik okresu przejściowego, że musi nastąpić zmiana pokoleniowa, że wraz z poprawą warunków materialnych społeczeństwa, wraz ze wzrostem zamożności, postawy obywatelskie będą się rozwijać. Zdaje się, że w tej kwestii, żeby nie trafić w objęcia traumy, lepiej pozostać po stronie sceptyków. A może zwykłego racjonalizmu? Skoro stary kafelkarz, piekarz, kierowca albo kelner wziął sobie na praktykę ucznia, czy nauczy go innych metod orżnięcia klienta niż te, na których sam się wychował, przeżył i dorobił? A może zwyczajnie nauczy go uczciwej pracy za najniższą krajową? Ten rodzaj pobożnie życzeniowego oczekiwania pozostawię dyżurnym analitykom i optymistycznie nastawionym socjologom. 

    Pozostanę po stronie przekonania, że nie ma takiej stawki, takiego statusu materialnego, przy którym średnio wyedukowany człowiek, który do wczoraj się dorabiał, dziś powie: to mi wystarczy, od teraz zajmę się pracą nad swoją postawą obywatelską, nad rozwojem człowieczeństwa, będę dawał dobry przykład młodym. Szczególnie w czasach, gdy uczciwość, prawość, troskę o innych pozostawiono w skansenie organizacji dobroczynnych i tylko niektórych - jak się okazuje - fundacji pomocy, a bezinteresowna szlachetność i człowieczeństwo przeszły do lamusa z napisem frajerstwo i raczej tam pozostaną, bo średnio statystyczny Polak jest równie nienasycony jak leniwie stroniący od rozwoju własnego człowieczeństwa. Zdecydowanie przedkłada komponowanie haseł na transparenty nad czystość pobliskiego chodnika i pracę u podstaw. Będzie walczył z rządem depcząc gówno własnego psa pod blokiem i wynosząc po kryjomu markery i wodę mineralną z pracy.

czwartek, 14 marca 2013

Uroki nieczytania

    Między dziesiątkami doraźnych komuników o kryzysie, pośród notek o wybrykach lokalnej klasy politycznej, mniej lub bardziej odklejonej od rzeczywistości, przemknął nowy raport o upadku czytelnictwa w narodzie. Jeśli odbił się echem publicznym, to chyba jedynie od idei Boniego Michała, jako przyśpiewka do jego boskiej inicjatywy zamknięcia bibliotek szkolnych. Nie wiem tylko, co pana ministra bardziej oślepia: perspektywa warszawska, z której nie widać choćby Podlasia, czy krótkowzroczność płynąca z wiekiem? Nie przewidział czy olał fakt, że biblioteka szkolna, to czasem jedyny zasób książek, jaki dziecko ma w odległości mniejszej niż 20km od miejsca zamieszkania. A może po prostu poziom ignorancji murem odgradza ministerstwo od zdrowego rozsądku?

    To, że politykom najmniej zależy na czytelnictwie chyba nie dziwi nikogo. Powiem nawet, że byłbym zdziwiony jak dziewica z rana, gdyby czerwony, czarny czy różowy krzykacz z Wiejskiej zaczął walczyć o wzrost czytelnictwa w narodzie lub choćby przemówił o czytaniu gdziekolwiek. Wszak polityczna troska o poziom intelektualny społeczeństwa równa jest powabom i rozkoszy strzału we własną – partyjną – stopę. Jaki oczytany i światły przedstawiciel elektoratu, skłonny do samodzielnego myślenia, myślący o skutkach swoich posunięć wyborczych, pójdzie do urny, by oddać głos na mentalnego przedszkolaka wyszarpującego wiaderko koledze z piaskownicy, szukając w nim kandydata do władzy? W trosce klasy politycznej, od momentu odzyskania wolności, leży dbałość o wtórny analfabetyzm, bo ten sprzyja wynikom wyborów przede wszystkim. Społeczeństwo zaś ułatwia klasie ów bój o naród tępaków i betonów, na co także kolejny raport czytelnictwa wskazuje.

Nie ma już najmniejszej sensacji w tym, że aktualnie do nieczytania nawet jednej książki w roku przyznało się ponad 6o% badanych. Nie dziwi ów fakt, bo raport celnie sugeruje przyczynę jednego z głównych powodów wzrostu wskaźnika: jako społeczeństwo przestaliśmy się wstydzić unikania kontaktu z książką w codziennym życiu i od święta. Nie wstydzą się przede wszystkim obywatele szczycący się wyższym wykształceniem, które jak widać warte jest tyle, co papier z napisem „dyplom”, wyprodukowany na domowej drukarce, bynajmniej bez pretensji do rozwoju intelektualnego jego posiadacza.

    Można ten fakt przyjąć pesymistycznie: wyższe wykształcenie nie ma dziś żadnego związku z klasą, którą dawniej nazywało się szumnie inteligencją. W optymistycznym ujęciu inteligencja ma się dobrze, bo jej liczba jest stała. Wszak w latach komuny statystyki głosiły, że mamy średnio do 10% ludzi z wyższym wykształceniem. Wówczas studia rzeczywiście wymuszały rozwój intelektualny, choć nie wszystkie oczywiście. Mogliśmy mówić o inteligencji jako klasie społecznej, która wymaga także od siebie. Co prawda funkcjonowała przyciśnięta do gleby przez upadlający system, ale jej status był z pewnością powiązany nie tylko z wyższym wykształceniem. Charakteryzowało ją oczytanie i uczestnictwo w życiu społecznym i kulturalnym kraju. Dzisiejszy raport podaje, że ilość osób czytających więcej niż siedem książek w roku niezmiennie plasuje się na granicy 11% populacji, zatem można mieć nadzieję, że właściwa elita robi swoje, choć i dziś jak dawniej nie tylko ukończone studia o przynależności do niej świadczą.

    Pewien stały mój rozmówca, tuż po przeczytaniu raportu wyraził zdziwienie, że wynik badania ciągle się nie zmienia, mimo tylu akcji promujących czytanie. Osobiście nie widzę nic zaskakującego. Gdzie widać działania promocyjne w tym zakresie? Przede wszystkim w bibliotekach, na portalach związanych z literaturą i książką, w księgarniach, pośród wpisów na forach dyskusyjnych. Promocyjne hasła o czytaniu lajkują i udostępniają sobie znajomi z portali społecznościowych, którzy skupiają się wokół książek jako pasji życia, a więc wysoce prawdopodobne, że wszyscy i tak należą do marginesu czytających obywateli nadwiślańskiego sioła. Zatem jaką siłę oddziaływania mają takie akcje? Przekonują przekonanych.

    Podobnie podejrzewam, że kolejne badania czytelnictwa będą pokazywać tylko to, co już widać gołym okiem, bez szkiełka i naukowych metod. Brak ogłady, niski poziom świadomości, skurczona wyobraźnia i brak otwartości umysłu, jako narastające skutki nieczytania, mocno odcisną piętno na każdej skórze. W dodatku bez konieczności angażowania losowej grupy badanych. Niezdolność do skupienia uwagi na tekście dłuższym niż trzy strony maszynopisu, zapłonie jutrzenką niezdolności do przeczytania czegokolwiek ze zrozumieniem do końca. Nawet presja złożenia podpisu we własnej ważnej sprawie, jasności umysłu nie przywróci, ale na pewno podgrzeje frustracje obywatela, umocni poczucie że został oszukany przez Żydów, masonów, bolszewików, joginów albo kopaczy tunelu pod Martwą Wisłą. A średnio rozgarnięty rodak winić o wszystko woli raczej cały spiskujący przeciw niemu świat niż siebie. Stąd prawdopodobnie prosta droga do narastającej fali agresji.

    W epoce odrzucania druku, gazety, książki w każdej postaci narasta niezdolność do skutecznej komunikacji. Nadawca i odbiorca nie potrafi skutecznie  przekazać o co mu chodzi, pozostaje zatem powrót do mentalnej jaskimi z paralizatorem w garści zamiast maczugi, jako głównym argumentem w dyskusji. Wszak cywilizacja to postęp techniczny. Nawet, gdy wszystkim wokół wyda się, że ciągle mówimy po polsku, okazać się może, że nieustannie przychodzi tłumaczyć z polskiego na nasze, najmniej licząc na zrozumienie, więcej na skuteczne unikanie wibrującej pięści interlokutora. Jest zatem szansa, że im bliżej kolejnych wyborów, tym większa będzie troska władzy o poziom obywateli, o ich błogi sen, którego wkrótce nie zmąci także widmo gminnej biblioteki, ani miejskiej, bo jak wiadomo: wsio budziet kukurydza, hipermarket i galeria (dla jasności - handlowa).

niedziela, 15 marca 2009

Miłosierny

Widziałem go z daleka, był po przeciwnej stronie placu i może nawet mówił coś do siebie. Na pewno widziałem, że delikatnie mieszał zawartością butelki i wąchał jej szyjkę. Może koniecznie chciał zapamiętać aromat taniego piwa. Kręcił głową z niedowierzaniem, jakby miał za chwilę zdobyć pewność, że w ciągu dobrze rozpoczętego weekendu, ani w ciągu nadchodzącego tygodnia albo nawet miesiąca, nie zdobędzie środków na inne piwo. Ale piwo, to nie wszystko. Ponad rozbełtanym napojem w butelce, ponad kwaśnym zapachem, jaki wydzielał w pobliżu nosa, patrzył gdzieś koło mnie i uśmiechał się szelmowsko. Przez chwilę miałem wrażenie, że kręci głową, bo na coś się nie godzi, z czymś się spiera, a w najlepszym wypadku chce komuś wygarnąć. Ale komu? Na niewielkim kwadracie przestrzeni, pomiędzy ciasno zabudowanymi pawilonami, ludzie wykonywali
chaotyczne ruchy. Wychodzili z jednych sklepów, wchodzili do innych, potrącali się łokciami, wypełnionymi siatkami, hamowali bieg przed kolejką do bankomatu. Inni tworzyli kolejkę do kiosku, po bilet albo gazetę z programem. Tuż obok, w punkcie lotto, optymiści płacili słone podatki od nadziei. Wielu oglądało bogaty asortyment na rozstawionych stołach, przebierali w bogactwie firan, chemii domowej, makaronów, kaw i słodyczy, przywiezionych niedawno z niemieckich hipermarketów. Sobotnie przedpołudnie blokowiska wrzało, ale mężczyzna z piwem patrzył przez tłum jak przez szkło butelki; nie widział bariery, docierał do sedna. Próbowałem poruszać się po linii jego wzroku, ale nic specjalnie nie przykuwało uwagi. Nic? Nie mam pojęcia, czemu założyłem sobie, że może chodzić o coś, o rzecz, zjawisko, a nie o człowieka. Tym razem szło chyba jednak o człowieka, nawet o kobietę.

   Stała po mojej stronie placyku. Rozbiegani ludzie omijali ją z czytelną intencją. Przybyli tu nabywać, uzupełniać domowe zapasy, a ona chciała brać, od nich. To musiało być uciążliwe, nie na miejscu i w niestosownym czasie. Przecież nie wpisali jej na skrawki papieru, na których widniały tylko listy zakupów i weekendowych powinności. Kobieta działała natarczywie, toteż rozdzielała tłum, niczym głaz tkwiący w środku nurtu. Rozbijała ludzką masę, choć nie to było jej intencją. Dzieliła ich na dwa, równoległe, strumienie omijających. Wybierali ucieczkę przed namolnością, przed prośbami, choć nie chcieli zmieniać zaplanowanej strategii, toru, po jakim docierali do założonego celu. Jej głos nadmiernie wzbudzał uwagę, więc trzeba było uciekać. Zanim ktoś rozpozna ich konkretne, pojedyncze i podmiotowe skąpstwo, nazwie obojętność, niewystarczalność, niechęć do dzielenia się gotówką.

   Robiła to od kilku tygodni, zawsze dokładnie w tym samym miejscu. Okutana w gruby płaszcz, w wełnianą spódnicę niejakiego koloru, sięgającą do wykrzywionych butów, z głową i twarzą ukrytą pod grubą warstwą chustek. Rzeczywiście mogła być stara, sądząc po stroju, akcencie i niewielkiej ilości polskich słów, których używała na przemian, niczym mantry. Prawdopodobnie została tu przywieziona przez Albańczyków, Rumunów, Romów lub innych obcych. Przynosiła środki do życia cwanym krewnym, bo jej wygląd, upór i namolność musiały budzić litość, były skuteczne. Równie dobrze mogła być sprawną czterdziestolatką, która wypracowała strategię zdobywania gotówki na własny użytek. Trudno było snuć przypuszczenia, skoro stała mocno pochylona, z obliczem ukrytym głęboko pod szmatami. Opierała się na rozedrganej lasce, trzymanej w lewej dłoni. Wyciągała prawicę i ze schowanych warg wypuszczała monolog bez ładu i składu. To był zlepek słów, wypuszczanych rytmicznie, miarowo, głosem mocnym, gardłowym. Najczęściej dolatywało: daj, Bóg daj, zdrowie daj, panie daj Boże zdrowie, pieniądze daj pani, dziękuję panie, pani dziękuję, daj Boże zdrowie. I tak w kółko.


Załóżmy, że ten monolog pobudził do działania naszego smakosza piwa. Jako jeden z nielicznych nie miał strategii na sobotnie przedpołudnie. Był wolny. Załóżmy, że to głos kobiety albo monotonia ludzkiej obojętności, wywołały kręcenie głową. Może właśnie nawoływanie biedy, przylepiło mu uśmiech, z którym ruszył w tę stronę. Butelkę wyrzucił wcześniej, po drodze. Wolną ręką grzebał w kieszeni kurtki i z grymasem, jakby przymusu i niezadowolenia, ale zdecydowanie, szedł w jej kierunku. Podrzucił w górę monetę i na wdechu poczekał, aż celnie spadnie w dłoń. Zatrzymał się metr przed kobietą. Przyjrzał się monecie, którą trzymał w dwóch palcach. Złotówka wesoło błysnęła w słońcu. Jeszcze raz ją podrzucił i śledził pilnie tor lotu. Złapał zawadiacko, machnął ręką przed kobietą i położył pieniądz w jej otwartej dłoni z radosnym okrzykiem:
- A chuj tam! Niech stracę! Masz babo!
- Bóg zapłać, pan! Bóg zdrowie daj panu...

niedziela, 8 marca 2009

Zawartość kryzysu w kryzysie

Mam dziwne wrażenie, które przypomina nieco rozdwojenie jaźni, ale tylko w obrębie życia społecznego. Media, głównie w działach gospodarczych, rozciągają wszechogarniającą i czarną kurtynę kryzysu. Gdyby statystyczny Polak zrezygnował z wychodzenia z domu i pozostał przez ostatni miesiąc przed monitorem komputera, z włączonym radiem w tle, a przy tym gdyby mógł skorzystać z dostawy gazet do domu, prawdopodobnie uległby śmiertelnej panice. Jak nic, zasypany śniegiem czarnego PR-u, czekałby, aż usunie mu się grunt spod stóp. Przecież musi się usunąć pod naporem gwałtownie wzbierającej rzeki kryzysowych wieści. Kurs złotego najniższy od wielu lat, kredyty drożeją z dnia na dzień, coraz większa część rodaków traci pracę i środki do życia. Ze znaczącą prędkością porusza się wskaźnik niespłaconych pożyczek konsumpcyjnych, a firmy windykacyjne, niczym bies nad grzeszną duszą, zacierają ręce, by oskubać do białej kości setki tysięcy rodaków. Za karę? Za rozbuchane apetyty? Za brak wyobraźni w czasach miodem płynących?

   Opcje walutowe niszczą eksporterów. Banki, w obronie własnego tyłka, za chwilę przeżują i połkną fabryki i przedsiębiorstwa, balansujące do niedawna na granicy biznesu i hazardu. Coraz więcej komunikatów o nadciągającej katastrofie bezrobocia, która spotka kraj i w najlepszym wypadku zmusi niemal wszystkich rodaków do pracy za pół średniej krajowej. Wielkimi krokami nadciąga ponownie wizja rynku pracy sterowanego przez pracodawcę. Potencjalny przedsiębiorca będzie miał coraz więcej chętnych do pracy za coraz niższą płacę. Po co ma płacić dwie średnie, jeśli za jedną średnią znajdzie wystarczająco spanikowanych i zdeterminowanych?

   Do tego mamy ciągłe nawoływania do oszczędzania na wszystkim i wszystkiego. Niektórzy producenci pracują już nad „wyrobami kryzysowymi”. Wędliniarze opracowują kiełbasę kryzysową, bo normalna nie zejdzie. Kombinują zapewne jak połączyć pachwinę i smalec z przyprawami, by wyszła kiełbasa oryginalna. Producenci butów opracowują prawdopodobnie system łączenia tektury z drewnem i silikonem, żeby stworzyć model kryzysowego buta. Wytwórcy tekstyliów być może zaczną pracować nad tańszą odmianą poliestrów, wyciągniętych ze starych ciuchów, z surowców wtórnych. Może nawet zaczną wypierać osiedlowe pojemniki PCK na zbyteczną odzież i postawią swoje, markowe ich odpowiedniki, z logo? Aż boję się myśleć, co zrobią producenci papieru toaletowego. Tylko czekać, aż rolnicy przestawią się na produkcję buraka pastewnego i brukwi, wcale nie z myślą o produkcji paszy dla zwierząt, ale o dostarczeniu tanich produktów ekologicznych mieszkańcom miast i miasteczek.

Na szczęście, na nasze szczęście, na ulicach tych miast życie toczy się normalnie. Medialna obsesja nie zeszła na chodniki, po których nadal żwawo poruszają się drodzy rodacy. Ciągle tam idą ku spełnieniu dobrze rozumianego obywatelskiego obowiązku. W środę, w jednej z kilku kawiarni centrum handlowego, ciężko było znaleźć miejsce na szybką kawę. W czwartek zakupy w markecie szczęśliwie utrudniał tłok, a w kolejce do kasy trzeba było postać przynajmniej dwadzieścia minut. W sobotę, pokrzepiony na sercu, z radością przedzierałem się przez zielony rynek, był pełen ludzi taszczących ciężkie torby jabłek, ziemniaków, warzyw, jajek i mięs. Na szczęście wieczorem w kinie był taki sam tłok, nawet do sześciu kas! Na seans weszliśmy po reklamach. Z radością przepychałem się do wyjścia po filmie i nie mogłem odnaleźć auta na zatłoczonym dwupoziomowym parkingu. Później nie mogłem wyjechać, szukając drogi przez zastawione setkami samochodów placyki, krawężniki i pobocza. Taki mamy powrót miłości do kina! Uff, jak dobrze, pomyślałem wchodząc z przyjaciółmi, po wszystkim, do restauracji. I tutaj nie każdy stolik był do wzięcia.

   To jednak wielka ulga, gdy okazuje się, że i tym razem media biją więcej piany niż komukolwiek potrzeba, a nadciągająca wiosna niesie światło optymizmu. Dobrze, że ludziom nie chce się słuchać mediów i robią swoje. Żyją, może siłą rozpędu po dobrych ostatnich latach, jednak w tak rozsądny sposób dają dowód prostej prawdzie: ulegając bezrozumnie medialnemu szumowi, sami zafundujemy sobie kryzys z prawdziwego zdarzenia. Przecież jest gdzieś złoty środek pomiędzy rozpasanym kupowaniem, a spełnianiem oczywistych potrzeb, na normalnym poziomie. Choć my, Polacy, lubimy nie tylko sielanki, my lubimy także skrajności.

   Dziś wzniosę się na szczyty optymizmu, na jakie tylko mnie stać, a co mi tam! Jaki jest, taki jest, ale jest - kryzys, oczywiście. Poza wszelkimi fobiami, lękami, troską i niepewnością, jakie niesie, wierzę też w jego moc oczyszczającą. Z pewnością wykasuje z rynku firmy słabe, nieuczciwa, mierne, stawiające na szybki wzrost zysku. Ale może dzięki niemu nauczymy się też więcej rozsądku? Może nauczy nas liczyć i wydawać tylko te pieniądze, które rzeczywiście posiadamy? Może przestaniemy płacić jedynie gwarancją, że zarobimy to, czym dziś się tylko chwalimy jako możliwością do spełnienia. Wierzę jeszcze, że ten smok kryzysu udowodni nam jak kruche jest budowanie na piasku materialnego chciejstwa. Wierzę, że ukaże chwiejność mechanizmów gospodarczych i zaślepionej wiary w pieniądz, stan konta, poziom posiadania. Dzięki temu kryzysowi być może zaczniemy szukać skarbów tam, gdzie „ni mól ni rdza ich nie do sięgnie”? Bo nie ma tego złego, co by na lepsze nie wyszło. Choćby nie wiem jak patetycznie to zabrzmiało.

niedziela, 22 lutego 2009

Traf losu

Poranek nawet nie jest zimy, przynajmniej według wskazań termometru. Wilgotność powietrza jednak wzmaga chłód, a wiatr dokłada od siebie. Mrużę oczy, bo pada i zacina w twarz, ale w końcu udaje się wejść do wagonu. Za oknami wyjątkowa jasność od śniegu, to także na skutek wydłużenia dnia. I ta radość, że jest wreszcie światło dnia, że można czytać książkę stojąc na końcu wagonu, tam stłoczeni jadący nie wyrywają jej z rąk plecakiem i rękawem płaszcza. Zanim jednak otworzyłem książkę, zanim tramwaj doczekał się swojego światła, zobaczyłem kobietę, tam, po drugiej stronie ulicy. Cóż w tym nadzwyczajnego? Ta była inna, niespokojna, zagubiona, jakby kołowała. Przechodziła trzy, cztery metry i zawracała. Jeszcze raz schodziła na jezdnię i jeszcze raz z jezdni pokonywała krawężnik i znowu była na chodniku. Dotykała słupa sygnalizacji świetlnej i wracała na jezdnię po raz trzeci. Teraz stała bokiem i zobaczyłem długą białą laskę w jej dłoni. Jej poczynania obserwował z bliska starszy mężczyzna i jakby wahał się, czy w czymś pomóc, czy raczej pozostawić samej sobie, pozwolić samodzielnie oswajać sytuację. Może nie umiał przełamać bariery w kontakcie z innym? Może lękał się, że urazi jej samodzielność, nieproszony pochylając się nad niepełnosprawnością, której kobieta z pewnością nie potrzebowała demonstrować. A może zwyczajnie nie wiedział jak zacząć?

   Tramwaj ruszył i powiozłem w nim myśl o kobiecie, która już znikała z pola widzenia. Trzymałem w dłoniach zamkniętą książkę i jakoś odechciało mi się czytać. Zaniepokoił mnie ruch niewidomej. Jej zachowanie za mocno sugerowało bezradność wobec nowej sytuacji, a jednocześnie pokazało silną wolę walki, toczonej w samotności, w skupieniu i cierpliwości, bez oczekiwania jakiejkolwiek reakcji z zewnątrz jej świata. Wystarczyła niezbyt wielka ilość śniegu, by zaburzyć codzienną trasę, którą pokonywała dzięki lasce. Ile takich przeszkód miewał dla niej los w zanadrzu? O ile więcej wysiłku musi każdego dnia wkładać w najzwyklejsze czynności ona i ludzie jej podobni? Wysokie krawężniki, drzwi sklepów i instytucji, które czasem trzeba ciągnąć, innym razem pchać, żeby dostać się do środka. Pędzący tłum, zapatrzony przed siebie, goniący nie wiadomo za czym, który naraża takich ludzi na bycie zaczepianym, potrącanym, popychanym. Wysokie stopnie schodów w środkach komunikacji miejskiej utrudniają manewrowanie laską, a znudzeni kierowcy tych pojazdów tak często niecierpliwie zamykają drzwi za wcześnie. To tylko utrudnienia fizyczne, zewnętrzne.

   Pozostaje jeszcze stała ciemność i samotność, noszona niezależnie od pory roku, pory dnia i nocy. W obrębie świata tych ludzi nie ma widzialnych kształtów i barw, nie ma widzianych grymasów smutku, uśmiechów radości, dąsów i przerażenia na twarzy bliźnich. Są z pewnością inne doznania obce nam, widzącym. Dotyk mówi im więcej o przedmiotach i osobach niż nam. Słuch wyłapuje więcej treści, nawet z ciszy i milczenia. Więcej mówi smak, temperatura, zapach, są bogatsi w innych sferach nam nieznanych. Z punktu widzenia człowieka w pełni sprawnego, niewidomy żyje chyba w świecie, w którym panuje odmienny rytm, inne tempo, może jednak bliższe pełni życia? Ma więcej czasu, żeby cieszyć się chwilą. Może jest wolny od pożądania rzeczy małych? Reklamowa papka, guma do żucia dla oczu, którą media wtłaczają nam co dnia przez ekrany, monitory, billboardy, nie ma dostępu do tych ludzi. Być może pozostają w wolności od rzeczy budzących najgorsze emocje. Nie spieszą za chwilowymi modami i może bywają mniej narażeni na skutki wyścigu szczurów? Wszystko to tylko „być może”.

   Włożyłem książkę do torby, nie będzie lektury, nie ma czasu. Za chwilę opuszczę tramwaj, pójdę swoją drogą. Śnieg jest dla mnie tylko jasnym puchem, chwilowo utrudniającym marsz. Nijak nie zakryje ścieżki do pracy, zbyt mocno ją udeptałem. Ale dziś pójdę tą drogą inaczej, z pokorą. Kobieta z białą laską przypomniała mi jak często grzeszę skarżąc się na złe samopoczucie, ujadając na sąsiadkę, narzekając na rutynę w życiu i jego powtarzalność. Kobieta z białą laską pokazała mi dziś, że nie umiem dziękować za każdy przeżyty dzień, że nie potrafię cieszyć się zdrowiem, sprawnością, widokiem ludzkiej twarzy i blaskiem słońca. Kobieto z białą laską, przychodź zawsze, gdy dobrobyt jest zbyt oczywisty, a wygoda życia staje się kapryśna i roszczeniowa.
Print Friendly and PDF