Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obserwacje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obserwacje. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 25 kwietnia 2021

O psach i ojcach

❖Kliknij, żeby posłuchać tekstu w interpretacji autora❖

Nie usłyszałem nazwiska, z radia dotarło coś o specjalizacji. Behawiorystka opowiadała o losach psów, które trafiły do niewłaściwych osób. Nie chodziło nawet o adopcję czy patolę, znudzoną kłopotliwym walentynkowym prezentem, który z upływem zachwytu wyrzuca się z samochodu lub przywiązuje do drzewa w lesie. Tym razem było o zakupie pieska rasowego, bo ładny albo modny, choć kupujący zupełnie ignorują temperament, potrzeby czy wręcz przeznaczenie wybrańca, a potem rozczarowanie i ból bolesny, bo odstaje od oczekiwań i zamiast łasić się, tropi, całkiem obojętny na pańcię.

Słuchałem rozmowy na antenie, gdy pod oknem kuchni Chochoł akurat ciągnął biedaka na smyczy. Dawno temu nadałem tej pani rzeczoną ksywkę, bo ruchami, budową i fryzurą przywodzi na myśl postać z „Wesela” Wyspiańskiego. Chochoł jest świetną figurą stylistyczną przeciętnego blokowego posiadacza psa. Wodzi kudłacza za sobą, przy czym nieustannie pierdoli przez telefon, bez względu na godzinę. Czy to szósta rano w poniedziałek, dziewiąta w sobotę, dwudziesta w piątek, pitoleniu końca nie ma. Bardziej współczuję psu, czy jednak rozmówcom? Zgubiłem się jakiś czas temu, ale dla nieprzekonanych, przypomnę, że na końcu smyczy jest pies i jego potrzeby. Ten, wiadomo, chętnie coś dłużej powącha, poszedłby w stronę instynktu, spokojnie podniósł nogę pod krzaczkiem czy zwyczajnie walnąłby kupala inaczej niż w biegu, ale to niemożliwe. Chochoł  silniejszy, ciągnie nie zwracając uwagi na smutek kundelka, który – zgaduję – miał być yorkiem albo maltańczykiem, ale coś nie zagrało w ogłoszeniu i bliżej mu do krzyżówki nutrii ze szczotką ryżową. Nie muszę dodawać, że jego pani nie jest w stanie sprzątnąć po psie, skoro nie widzi, kiedy i co z niego wypadło. Dla chcących bronić tezy, że tylko w trakcie spaceru może spokojnie pogadać, wyjaśnienie: Chochoł pitoleniem zajmuje się nałogowo. Zawsze i wszędzie, także bez psa, idąc wzdłuż peronu, wychodząc ze sklepu, na chodniku i przekraczając jezdnię. Jest mi dane obserwować to od dłuższego czasu, z bliżej nieokreślonego wyroku losu, choć wcale nie mieszka w pobliżu. Nasze drogi przecinają się zbyt często, choć jeszcze nie wiem, po co, ale może właśnie na potrzeby tego tekstu? Zresztą, konia z rzędem temu, kto na swoich ścieżkach dnia nie spotyka przynajmniej jednego przedstawiciela gatunku człowiek - telefon, jest dość rozpowszechniony wśród dwunożnych.

Bardzo chciałbym wierzyć, że inni właściciele czworonogów zapewniają im warunki zbliżone do konkretnych potrzeb i sam takich znam, na szczęście. Ale czy na blokowisku? Wątpię. Tu dominuje specyficzny typ średnio świadomego polactwa. Im większego psa widzę, tym mocniej obojętny jego właściciel. Zdaje się, że każdy wpisuje pupila w schemat: siku, sraku i na piąte, siódme, dziesiąte marsz. Jak dotąd nie widziałem bawiącego się z czworonogiem, ewentualnie dostrzegam ten popularny rodzaj opieki: „ja siedzę na ławce i nawijam, ty leż, a za godzinę pani da michę”. To w weekend. Roboczo jest piętnaście minut, wpisane w harmonogram dnia i dwa razy, żeby nie zasmrodził paneli i hiszpańskiej terakoty. Nieważne, czy kundel, husky, malamut, beagle czy modny dziś charcik, wymagający wybiegania. Ostatnio widziałem wyżła, którego - po raz kolejny zresztą - stary bezmózg lał smyczą za to, że nie szedł przy nodze, tylko próbował wywęszyć coś na trawniku. Mówi się, że to ludzie na wsi mają stosunek przedmiotowy do zwierząt gospodarskich, stąd tyle burków na sznurku, pilnujących obejścia. Tymczasem mieszczuchy w większości burki, tylko po drugiej stronie sznurka i jest ich coraz więcej. Tu wszak nie chodzi nawet o użyteczność zwierzaka, więc o co? Kaprys? Chwilowy. Tyle że dla czworonoga, to życie wzdłuż drogi krzyżowej i z powrotem, innego nie pozna. Niestety. 

Coraz częściej obserwuję, jak bardzo wyprowadzany pies przeszkadza w przeglądaniu Fejsubunia, w obecności na Messendżerze i odbiera przyjemność świecenia gębą na Instagramie. Do czego to porównać? Żeby nie było, że generalizuję i uogólniam do posiadaczy psów? Skoro wierzę w dobrego pana, który nie rzuca się w oczy, bo wywozi czworonoga na łono natury, uwierzę w dobrego ojca, a porównanie ciśnie się samo. Tak, moi mili, powyższy obrazek paradoksalnie może współgra z typem sobotniego tatusia. Biurko, z którego korzystam pisząc niniejsze słowa, stoi przy oknie, a za nim niewielki osiedlowy plac zabaw. Na co dzień, przy względnej pogodzie, korzystają zeń mamy i ich smartfony, przesłaniające pociechy w piaskownicy na tyle skutecznie, że rodzicielki wykazują się nie lada sprawnością, choćby klepania babek z wiaderka jedną ręką, w dodatku bez patrzenia w co mierzy łopatka. Potrafią też wprowadzić potomstwo po stopniach i spuścić ze ślizgawki nie odrywając paluszków od klawiszy. Boleśnie im tego zazdroszczę, gdyż jako totalna niezguła, nawet robiąc zdjęcie, czuję się jak hipopotam grający na flecie poprzecznym. 
Tymczasem prawdziwy fenomen umordowania, któremu z serca współczuję, to sobotni tatuś, oddelegowany przez połowicę do obcowania z potomstwem, czyli wypełnienia jedynie słusznej powinności weekendu, skoro taki zalatany w tygodniu. Nie wiem, co w tym czasie robi ona. Paznokcie? Kręci loki? Męczy gulasz z makreli? Ale oni wykazują nie lada kreatywność, żeby bez uszczerbku męskości przeżyć wyrok trzech kwadransów czynnego ojcostwa. Trzeba sobie radzić i radę dają. Jeden targa rowerek w lewej, hulajnogę w prawej, ale zmierza w stronę ławki. Azymut wyznaczają dwie puszki w kieszeniach dresu. Pełne. Wnioskuję po obciążeniu garderoby. Krok już nisko, a skarbona obnażona z powodu niewydolnej gumki w pasie. Inny nadciąga ze swoim Karolkiem, dzierży dumnie wyścigówkę sterowaną radiem i drona, nie wiem, czym zajmie się mały, ale papcio ma skuteczny pomysł na przetrwanie. Kolejny targa dużą pizzę i jeszcze większą colę, albowiem trzy samochodziki i koparkę wrzucił synowi do piaskownicy, zanim nadjechał dostawca z Glovo. I tylko pewien tatuś w czapie z dachem nie zauważył, że torciku nie będzie, bo klepie w dno pustej foremki, ku zdumieniu Justysi, ale co zrobić, transmisja meczu w ajfonku nie zaczeka. Żeby nie było stronniczo, ostatnio widziałem twórczego papika. Tak! Bawił się z synkiem w berka, serio. Nawet zmodyfikował zabawę albo ją sobie ułatwił. Żeby nie wyjmować rąk z dresu w biegu, podstawiał nogę dogonionemu dzieciakowi, więc mały słodko pyrgał pysiem w trawnik. Raz tylko skończyło się płaczem, więc tatulek czule poprawił mu czapusię.  Najbardziej przerąbane mają jednak ojcowie latorośli do lat siedmiu powiedzmy. Potem można razem skopać piłkę, wyzwać sąsiada albo przechodnia (o czym przekonałem się w trakcie spaceru po Starówce na własnej skórze), ewentualnie pojeździć rowerem po chodniku, dzwoniąc na przechodniów. A jakie będą Rzeczypospolite przez takie młodzieży chowanie, sami sobie odpowiedzcie.

Z dwojga złego współczuję znacznie bardziej otyłym psom na smyczy. Czworonóg to wybór człowieka, często nieuświadomiony i długo nie pociągnie, losu sobie nie wybiera. Posiadanie potomstwa zaś, to zwyczajowa konieczność, bywa, że i bolesny kompromis wobec potrzeb macierzyństwa partnerki, a czasem po prostu skutek przyjemności. Zbyt krótkotrwałej rzecz jasna w zderzeniu z konsekwencją rozciągniętą na dekady. A tatusiom i mamusiom z czasem pociechy wystawią rachunek. I pomyśleć, że ludzie tak się katują na własne życzenie. 

czwartek, 25 lutego 2021

Monitoring frajera

❖Kliknij, żeby posłuchać tekstu w interpretacji autora❖

Przypomniałam sobie. Napisał Pan kiedyś tekst. Sprawdziłam. Osiem lat temu. To było o budowie, z której robotnicy kradną jakieś detale. Rzecz działa się w biały dzień, w sobotę, środek osiedla. Obserwator nie reagował. Wyszedł od opisu kradzieży rurek, a po chwili odczuwał narastającą bezsilność.   Zapewne deweloper oszukiwał podwykonawców, gdy ci z kolei rżnęli pracowników na kasie i ubezpieczeniu, a w końcu i robotnicy musieli sobie radzić, ciągnąc do opla cokolwiek, choćby kosztem przyszłych mieszkańców budowanego bloku. To był gęsty krzak, gorejący niemocą. Plątanina złodziejskich powiązań, zwanych polską zaradnością. Oberwało się Panu w komentarzach. Za brak reakcji na łupieżczy proceder, to znów za „pieprzenie w bambus”, od wyznawców zasady: śmierć frajerom

Piszę, bo zapragnęłam wyrazić siostrzeństwo. Może to niewiele, ale zawsze coś. Taka solidarność bezradnych banitów, wypędzonych z krainy aktywności. Chyba niezdolnych już stawić czoła, prawda? Czasem z racji przekroczenia pojemności własnej głowy albo z chęci ucieczki, a może z braku uznania dla środków przymusu bezpośredniego? Zastanawiam się, czy Pan też ma wrażenie, że zostaliśmy niewolnikami własnych zasad? Taka podwójna pułapka: tu dobre wychowanie, myślenie o innych, a tam napór hurmy bezwzględnych egoistów.

Za dnia często jadam do okna, za którym tylko drzewa niezmienne. Dopóki nie dopadną ich szyszkownicy z piłą i siekierą, rzecz jasna. Ludzie? Dostarczają widoków zabawnych albo negujących sens cywilizacji. Mam blisko pięćdziesiąt lat, a oni ciągle są w stanie wytrącić ostatnie argumenty na rzecz wiary w człowieka. Zgasić każdy poryw optymizmu, bezwiednie i pozostając sobą.

Pewne rzeczy urastają do banału, przyznam, bywa komiczny. Z rana pewien pan wyprowadza wielkiego psa, który robi kupę godną gospodarza, gdy ten patrzy zawsze w przeciwnym kierunku, byle stolca okiem nie musnąć. W południe zaś przychodzi inny mieszkaniec i niemal w tym samym miejscu rozkłada kocyk, by na nim godzinami polegiwać z gazetą, opalając atrybut na miarę dziewiątego miesiąca. Byt pozostawionego gówna nie burzy strategii żadnemu z nich. Można by powiedzieć, że ich łączy, prawda? Filozoficzny dylemat: czy psie gówno jest mniej gówniane od ludzkiego, pozostaje bez wpływu na postawy społeczne i bez odpowiedzi. 

Mamy tu sporo zieleni, wie Pan, mimo gierkowskiego osiedla. Zakrzaczenie pozwala załatwiać także potrzeby ludzkie. Szczególnie latem, gdy roślinność gęstnieje, a przechodniom nie przeszkadza, że wielka płyta ma okna z wszystkich stron. Jeśli ktoś uwolni ze spodni smutną brodawę za krzakiem, bokiem stoi do dziesiątek okien w otwartej przestrzeni, ale leje zdrowo i na to. Bezwstyd, to już nie jest przywilej Seby i menela. Niejednej gospodyni zdarzy się zrzucić siaty pod presją pęcherza. Cyk z chodnika i chowa się za krzaczek od ulicy Brzozowej. Tymczasem, kilka kroków za zadkiem, idealnie świeci dupą w okna wieżowców przy Dębowej. Filuternie przy tym zerka między listki żywopłotu, czy od frontu nikt nie idzie. Taki standard do kompotu, bo nie przerywam posiłku. Zwłaszcza, że spektakl niezapowiedziany i nie dłuższy niż reklama Żuravitu na kłopot z kropelką albo Prostamolu na klęskę macho. 

Dygresja taka. Przecież nie monitoring moczu mnie tu sprowadza. Polskość zaskakuje w wielu wymiarach. Weźmy takie półciężarowe auta. Pięć ich stało na ciasnym parkingu. Rozstawione, żeby nie rzucały się w oczy pośród piętnastu osobówek. Opony obrosły darnią, zielsko wyszło łbem nad zderzak. Nie, to nie było modne dziś osiedlowe złomowanie za free, co oczywiście zdarza co kilka kroków. Te auta były nowsze i z pewnością na chodzie. Skąd wiem? Poznałam ich przeznaczenie. Co wieczór, gdy zjadałam ostatnią kromkę dnia, tuż przed dziewiętnastą, podjeżdżały inne furgony, a z nich przenoszono do tych zarośniętych pralki, lodówki, kuchenki gazowe i pomniejsze sprzęty. I zapewniam, nikt z mijających nie zwracał uwagi. Za krótko tu mieszkam i nie rozumiałam, o co chodzi, skoro długo krąży się tu autem w poszukiwaniu wolnego miejsca. Trzeba Panu wiedzieć, że mam tu radiomaryjnego sąsiada, bardzo porządny człowiek, aktywny działacz. Pytam, czemu nikt się nie zajmie usunięciem tych bud? W popłochu palec do ust przyłożył: „głośno pani nie mówi, to taki skurwiel tu mieszka, co sobie z parkingu magazyn zrobił darmowy. W tych budach. Hurtownia na kółkach i za darmo. Kto tu nie próbował interweniować, pani! Ale zaraz miał spalone drzwi w domu, dziurawe opony, rysy na aucie, zbite szyby. Ten drań ma wtyki w spółdzielni, czy w straży, na policji może? Cholera go wie. Nie radzę się za to brać. Jedna gnida, a całe gniazdo zawszone”… i już aktywista pomykał, czujnie zerkając w rozświetlone okna bloku. Janusz biznesu do dziś ma się dobrze, skutecznie eliminuje nadto zaangażowanych w bój o miejsce parkingowe. 

Odbiegłam myślą w trawę na zderzakach, a tu środek zimy. Stoję przy oknie kuchni, z gorącym kubkiem kakao i oglądam nowy spektakl absurdu. Bardzo lubię to miejsce, dostarcza inspiracji nie tylko na czas covidu. Ten chłopak na trawniku rozkopał już śnieg, miał go prawie po kolana. Teraz rozrywa wiecznie zieloną trawę. Zima zaskoczyła jak zwykle i gleba nie zdążyła zmarznąć, więc szybko idzie mu powiększanie dziury. Sprawny jak żołnierz obrony terytorialnej, a szpadel chyba nowy, tak połyskuje w świetle latarni. Ona stoi obok z pudełkiem po butach. Świnka morska? Króliczek? Kot czy pies? Czyj pogrzeb urządzają w świetle setek rozświetlonych okien kuchennych i salonowych? Mało tego, uroczyście, w blasku kogutów lawety, która jako pierwsza przyciągnęła mnie do okna. Nieogarnięty kierowca zawiesił tylną oś corsy na wysokim krawężniku pod śniegiem. Naznosił pod nią desek, kamieni, nie pomogło. Pewnie zostawi to usypisko, gdy pomoc drogowa go zdejmie, bo już niepotrzebne. Tymczasem ten tam rozkopuje trawnik nie zważając na świadków. Obok przeszedł ktoś z zakupami, nawet nie spojrzał. Pańcia z psem, zapatrzona w telefon, minęła. Zatrzymały się dwie sąsiadki, ale odmówią raczej nieszpory niż spojrzą na profana. Dlaczego miałby się wstydzić? Po co wywalać pieniądze na utylizację padliny? Się zakopie na oczach mieszkańców. 

Ciekawe, czy postawią tablicę swojemu futru trawnikowemu? Tylko to trzyma mnie tu jeszcze z pustym już kubkiem w garści. A gdybym zeszła i zapytała, co sobie wyobrażają dwudziestoparoletni karawaniarze kaprysu? Co by było, gdybyśmy tak wszyscy między blokami zaczęliby uprawiać pochówek swoich przyjaciół czworonożnych? Zapytaliby, co mi do tego? Chłopak kazałby wypierdalać? Zmieniłby zastosowanie szpadla, uczyniwszy zeń orędownika swobody obywatelskiej, grawerowanej na mojej czaszce? Może jego zachowanie, to jednak pieśń przyszłości, jak Pan myśli? Pozamykani przez pandemię, odzwyczajeni od pokonywania odległości, nawykli do własnej obecności w przestrzeni, naprawdę zaczniemy grzebać pudełka i wazoniki wśród klombów, bez obciachu? Raz z ciocią Irenką, to znów z wujkiem Stasiem, babcią Zenią albo siostrą Maksymą i innymi odpadami u  kresu drogi, zamkniętej przez cwanego mikroba. W końcu jaki schyłek ludzkości, taki anioł apokalipsy, prawda?


czwartek, 3 września 2020

Szybkie oceny

❖Kliknij, żeby posłuchać tekstu w interpretacji autora❖

Bezdomny nieuchronnie zbliżał się do końca peronu. Ten sam, dobrze znany z lokalnej legendy, budowanej od lat. Do niedawna chował się w pobliskich zaroślach, które służyły za kryjówkę kilku jego kompanom. Było tam legowisko, tuż przy ulicy, wyposażone w stare materace, złamane krzesła i fotele, ale deweloperzy, wciskający się w każdą dziurę, wycięli i te krzaki, rujnując klimatyczny hostel pod czarnym bzem. Zimą ów typ anektuje wybrany blok i wprowadza terror śmietniska, a z uporem krnąbrnego psa, załatwia się w windzie lub między piętrami. Bywa agresywny, szczególnie wobec pań, co demonstrował na jednym z filmików, udostępnionych w lokalnym portalu. Wyrzucał z siebie stek wyzwisk i groźby karalne wobec lokatorki, która zwracała uwagę innej, by nie dokarmiała szkodnika na klatce. W podziękowaniu robi coraz większe burdy, a złośliwością odpłaca za okazane serce. Oczywiście interwencje Straży Miejskiej na niewiele się zdają, bo znika na czas jakiś, by wrócić z mocą bumerangu. 

Myślałem o tym wszystkim, gdy ciągnął w moją stronę dobytek na skrzypiących kółkach, a byłem jedynym przechodniem na peronie. Przez moment przemknęło: co zrobię, jeśli zaczepi? Tylko zwolnił, ukłonił się niby młody lord mówiąc: „dzień dobry panu”. Nie prosił, nie wyzywał, więc po co mu ten gest? Klepki się przestawiły? Ostatni algorytm kultury zawiesił system? Na coś liczył? E, pewnie instynkt obronny zadziałał, tak na wszelki wypadek. Na widok łysola znacznej postury próbował być grzeczny. Spryciarz. Przeszedłem bokiem, mimo zaczepki, przekonany, że odpowiedź grozi wyłudzaniem kasy. Nie mam problemu z datkami, ale postawa tego trolla, szczególnie wobec darczyńców, nie przekonuje do miłosiernych gestów. Jednak nie czułem się komfortowo i już wiedziałem, że pociągnie się to za mną przez dzień cały. Spieprzył mi humor, arystokrata spod wiaty! Odpowiedź nic nie kosztowała, a jeśli potrzebował tego gestu?

Wieczorem, na widok McDonalda, dopadła mnie straszna ochota na frytki i kawę. Niezdrowa zachciewajka wzrokowca wbrew logice dietetyków, której nie sposób odrzucić. W pustej sali uwagę zwracał jedynie mężczyzna po sześćdziesiątce, bardzo mikrej budowy. Akurat ucinał sobie drzemkę przy pustym stoliku. Zwieszona głowa nie sugerowała klienta, choć gęste siwe włosy, dosyć długie, były umyte i puszyste. Biała koszulka wyglądała równie czysto, jak jasne dżinsy, ale ta drzemka? Znużenie w oczekiwaniu na nugettsy? Bez stojaka z numerkiem na stoliku? 

W pewnym momencie usłyszałem za sobą szuranie krzesła, głośne wydmuchiwanie nosa i zza pleców wyłonił się inny mężczyzna, w okolicy trzydziestki, z białym bandażem wzdłuż przedramienia. Niósł pozostałości po konsumpcji, a mijając śpiącego, położył przed nim serwetki, na nich ustawił dwa pudełka z hamburgerami. Wyrzucił z siebie krótkie: „pan coś zje”, po czym ruszył w kierunku kosza. Wrócił, widząc brak reakcji i zapukał mocno w stolik. Gość przebudził się, młodszy wskazał na kartoniki i odszedł ścigany uśmiechem i potakiwaniem z krótkim "dziękuję". Jegomość zatrzymał trochę nieprzytomny wzrok, zanim zaczął jeść, aż Samarytanin zniknął w bocznych drzwiach. 

Obserwowałem tę scenkę i szukałem w głowie powodu zachowania młodego. Czyżby drzemiący prosił o coś zanim wszedłem? Jak trudno uwierzyć w bezinteresowny gest serca, prosty i z własnej inicjatywy! Dostrzeganie potrzebującego w biegu? W fast foodzie? W pale się nie mieści! Zwłaszcza, gdy w głowie ciągle siedzi bezdomny z porannego peronu. Poczułem większy wstyd. Tymczasem darczyńca powrócił i zapytał jedzącego, czy napiłby się czegoś ciepłego? Ten, nieco zawstydzony, lekko się bronił przed propozycją, dziękował, aż nieśmiało dodał, że kawy, to chętnie. Młody z bandażem za chwilę ustawiał na blacie numerek i dodał: „zaraz ktoś przyniesie kawę”. Tamten podziękował i odprowadził hojnego do drzwi wdzięcznym wzrokiem. Zdążył zjeść zawartość jednego z pudełek, gdy kawę dostarczył chłopak z obsługi. Powoli pochłaniał drugą bułkę i popijał z wyraźnym zadowoleniem. Później wstał, zostawił niedopity napój, puste pudełka i wyszedł z lokalu.

Nie chciałem w to wierzyć, ale było silniejsze. Nie poczuwał się do sprzątnięcia po sobie. Po  czym poznasz bezdomnego? W poczuciu krzywdy, niesprawiedliwości losu, niezdolności do refleksji, zawsze będzie miał w dupie innych, wdzięczność i zasady życia społecznego. Pozostanie marginesem, nawet czysty i zadbany, to jednak siedzi głębiej, w mentalności. Chcąc widzieć w nim człowieka i tak ostatecznie dostaniesz smarkiem w plecy, żebyś za dużo sobie nie wyobrażał. Ale ten gość zadrwił z moich myśli. Wrócił po kilku minutach, zgarnął po drodze płyn do dezynfekcji. Usiadł na powrót do kawy, zdjął bluzę, a środkiem ze spryskiwacza przetarł dłonie, kark, szyję, pachy. Dopił zawartość kubka, po czym grzecznie poukładał wszystko na tacy, odniósł do kosza i zniknął za drzwiami. 

Teraz trudniej było dotrzeć głowie do sensownej refleksji. Wstyd rozpisany na ten dzień osiągał apogeum. Przykrył szczelnie nabyte doświadczenie i wyczytaną przez dziesięciolecia mądrość. Ile razy dziennie szufladkujemy tak innych? Jak często przyklejamy zbyt szybko noty za styl? Po co? Żeby oswoić świat? Oznaczyć własne w nim miejsce? Rozróżnić kto wróg, a gdzie swój? A może to lęk bezradności nakazuje gotowość do starcia w świecie coraz mniej zrozumiałym i niepewnym jutra? Tyle że życie i tak puszcza oko zza rogu kolejnym nieprzewidywalnym gestem. Bywa, że chcesz kochać, a dostajesz fangę w nos, potem myślisz napinać kark - przychodzi bezinteresowny gest i dobro uśmiechem rozjaśni mrok, aż gęba poczerwienieje i pycha zgaśnie.

poniedziałek, 10 grudnia 2018

Leming w czterech aktach

Dziesięć minut przed czasem. Zdążymy. Z poczuciem ulgi zamykałem samochód pod kliniką. W zasadzie miałem pewność, że będzie obsuwa i nasza wizyta może wypaść za godzinę. Nie pierwsza i nie ostatnia z przesunięciem. Rok temu wydawałoby się nie do pomyślenia. Dziś już wiem, że opóźnienie wizyt dowodzi kompetencji lekarza, a sobota, to dzień zabiegów. Te zaś – w przeciwieństwie do konsultacji – bywają  nieprzewidywalne.

     W drodze do windy słyszymy głos starszej kobiety. Kręci się, rozgląda, pyta o piętro gabinetu równie zdezorientowanego męża, który został w progu, jakby czekał na nadciągającą pomoc. Nie zważa, że trzymam dla niego windę, ale jego żona wsiada i ruszamy. W poczekalni pytam pierwszą osobę o kolejkę, uśmiecha się  i wyznaje, że powinna wejść godzinę temu. No i mamy jasność. Bez słowa zajmujemy wolne krzesła. Żona automatycznie wyjmuje klasówki do sprawdzenia. Sam sięgam do plecaka po niekończącą się powieść biograficzną, 
ckliwą i słabiutką historię życia Jacka Malczewskiego. Specjalnie ją zabrałem, żeby sfinalizować tu, gdzie nic nie odciąga uwagi. Koniec aktu pierwszego.

     W drzwiach windy staje leming wyrwany jak z definicji. 
Głośnym monologiem rozbija miłą ciszę sobotniego wieczoru. Za nim wchodzi mąż starszej pani, prawdopodobnie adresat tyrady. Młody tryska niezadowoleniem i z marszu rzuca do siedzącej obok kobiety: „Mamusia poczeka, ja to załatwię”. Po chwili z oddalonej recepcji dociera pretensja, z której wynika, że mamusia nie będzie czekać piętnaście minut, skoro tydzień temu obiecano, że będzie przyjęta punktualnie. Dobiega też cierpliwy i opanowany głos recepcjonistki:
- Proszę pana, ja w ogóle nie mam pana nazwiska na liście osób umówionych na dziś, chyba pan to rozumie? Nie mam żadnej dodatkowej adnotacji, ale mimo to pan doktor na pewno państwa przyjmie, tyle że po pacjentach rejestrowanych. 

     Oburzony wraca ciągle z tarczą, przynajmniej w swoim mniemaniu, a już na pewno wie, że wszyscy tu perfidnie kłamią, a mamusia i tak miała wejść o tej godzinie, bo tak ustalił. Nie pyta, ile czasu czekają zebrani, na którą tu przyszli, wszak niewidzialni nie mają racji. On już wie, że klinika, do której wbija rodzicielkę, to burdel! Dziwić może, że przywiózł ją o kilka dekad za późno i pożytku nie będzie ani z mamusi, ani dla niej samej. Ale... jak tylko wyjdzie pielęgniarka, inaczej z nią porozmawia. Argumenty wybija pięścią w drzwi gabinetu. Zanim zza otwartego skrzydła pada pytanie: o co chodzi, jest kolejna tyrada. Pielęgniarka powtarza dokładnie to samo, co usłyszał w recepcji. Wskazuje na nas, po czym informuje, że skoro nie ma go na liście, wejdzie między pacjentami. Trochę mnie to zniesmaczyło, że awanturnik znajdzie się między oczekującymi miesiąc w rejestrze. Żeby zwizualizować ważniaka podnoszę głowę z nad książki. Postać wchodzi gładko w didaskalia. Na oko lat trzydzieści plus, klasyczny korposzczurek, w modnym płaszczyku i markowych butkach pod rurkami. Aż się prosi o zaszufladkowanie. Drzwi gabinetu otwierają się ponownie, ktoś wychodzi. Pielęgniarka prosi następną osobę z listy. Uspokajam się. Nic nie burzy ładu, poza nowymi krzykami pępusia ludzkości.

     Awantura wyciąga z gabinetu doktora. Pyta, co się dzieje. Dziecko zagubionej pani i korporacji sadzi się teraz do lekarza. Żąda przyjęcia teraz, zaraz, natychmiast, a nie w jakimś tam marcu przyszłego roku może! Bo przecież się umawiał i wie, że tu jest syf, że wszyscy go olewają i pan doktor też. Ten zerka na karteczkę podaną przez furiata, po czym spokojnie mówi w recepcji: „proszę zarejestrować pana na normalną najbliższą wizytę”. I już znika w gabinecie, w którym czeka właściwy pacjent. Słychać trzask klucza, wieszczący koniec aktu drugiego.

     Leming odmawia litanię nowych przekleństw, wzmocnioną milczeniem obecnych, najwyraźniej zaklętych w brzydszą siostrę ignorancji. Orator wyzywa lekarza od palantów i równie mało wybrednie panie z recepcji, po czym znika w czeluściach windy. Za swoim przewodem ciągnie spłoszonych i jeszcze bardziej zagubionych rodziców. Finał aktu trzeciego.

     Akt czwarty. Doktor jak zawsze uśmiechnięty, opanowany i uprzejmy. Pyta o samopoczucie, a przy tym lekko ucieka wzrokiem, zakręcony ilością spraw, które nieustannie go doganiają. Ogląda skutki poprzednich działań na moim ciele. Po chwili serwuje nowy zabieg, na szczęście nieco mniej bolesny. Gdy jeszcze leżę, opatrywany przez pielęgniarkę, słyszę jak wystukuje opis w laptopie, ale pada niespodziewane pytanie mojej żony: „A co pana doktora tak bawi?”. Gdy wstaję ze stołu, lekarz szczerze roześmiany mówi: „Nic nic, ten hałaśliwy pacjent, on próbował mi powiedzieć, że miał wizytę na dziś, choć sam sobie napisał datę na karteczce. Takimi zajmuje się mój prawnik i wystawia im rachunek. Dużo wyższy niż ja i bez diagnozy. Tymczasem obejrzę u pani efekty leczenia, chodźmy bliżej stołu i lampy”.

    Co robiło większe wrażenie? Profesjonalizm doktora czy jego poczucie humoru i racjonalizm? Potrafił nie podjąć rękawicy i zachować ironiczny dystans. Ugotował pajaca bez zbędnych emocji, nie przerywając zabiegów. A ja wciąż nie umiem pogodzić się z faktem, że korposzczury rozsadzają swoje klatki. Otaczają i będzie ich coraz więcej, nachalniej włażących w życie. I jakoś to doskwiera, boli, że będą deptać markowym bieżnikiem, byle zakomunikować światu swoje istnienie, bo jak mówi Javier Marias: Ludzie są dziś narcystyczni bardziej niż kiedykolwiek. Stali się szydercami, wydaje im się, że wszystko mogą powiedzieć, każdego opluć, insynuować, oskarżać innych bez podawania faktów, bazując na przypuszczeniach, domysłach, złośliwości. Robią to, bo – niestety – wciąż uchodzi im to na sucho.

poniedziałek, 12 listopada 2018

Polak mały

… drażni mnie potwornie to świętowanie, a w zasadzie sposób i metody. Obniżki cen, gdzie i na co się da, zwłaszcza na garderobę w kolorach białym i czerwonym. Wspólne śpiewanie hymnu, koncerty, listy przebojów, cuda na kiju, wszystko na pokaz, byle głośno i medialnie! Nie mówię, że nie trzeba tego stulecia państwa uszanować i podkreślić wagi rocznicy, ale czy w ten sposób?! Błagam! Na jeden dzień sobie przypomną, kim są, żeby patriotycznie pomachać chorągiewką? Zupełnie jak w Wigilię, kiedy wszyscy są sobie braćmi na czas strojenia choinek, prasowania obrusa i łamania opłatka, a miłość rządzi światem przez chwilę, bo wypada, ale od siódmej wieczór - choć sianko jeszcze pachnie - skoczą sobie do gardeł i obrusik splamią jadem.

Słowa bliskiej osoby wypadły z pierwszej wiadomości, tuż po włączeniu komputera i nie kryję, przeczytałem je z wielką ulgą. Potrzebowałem ich szczególnie teraz, po powrocie z kościoła, w którym wybrzmiał hymn narodowy na organy i wysoko piejącą organistkę. Pół kazania rozważałem, czy wszystko ze mną w porządku, ale odpowiedzi nie znam. Z jakiegoś powodu takie świętowanie wcale mnie nie wzrusza, a z czasem nieuchronnie wprawia w stan pewnego obrzydzenia. Przecież wypada i należy pogrążyć się w dumie i zadumie, a tymczasem, na przekór powinnościom, dopada zażenowanie i smutek płynie z nachalnej hipokryzji obchodów, gdy na ekranie telewizora, choćby przez moment przeskakiwania reklam, śmigają zakłamane gęby rozśpiewanych polityków. 

Z tego strojenia min, malowania w barwy narodowe, czerwienią wyłazi mi na policzki jedynie wstyd i nie pozostawia miejsca na biel. Tak, od dziecka i szkolnych akademii ku czci ojczyzny i wodzów rewolucji wszelkich, nie ufam zbiorowym gestom, po których nawet echo umiera z głodu następnego dnia. Nic na to nie poradzę. Raz skażony, o dziwo nawet po latach i zmianach ustroju, z takim samym niesmakiem, omijam flagi na patyku w promocji Lidla, wyłożone obok wkrętaka i gaci. Nie stroję się w szaliki i czapeczki z patriotycznej wyprzedaży, nie wypędzam rodziny na parady parodii i nie latam z racą. Bezrefleksyjna, stadna ideologia zawsze tak samo smakuje, bez względu na ustrój, jazgot tłumu i siłę komercji. Dlatego nie drę prześcieradeł pod puste hasła, z których bije żenada. Gdy naukowcy wieszczą kres Ziemi, szumne slogany wciąż tak samo konfrontują i dmuchają balony niechęci, animozji albo zwykłej nienawiści, nie wnosząc nic w świętowanie, jak nic nowego nie objawi kolejny dzień po obchodach stulecia.

Gdy z sobotniej drzemki, zasłużonej po ciężkim tygodniu, wyrwał mnie znajomy głos Maryli Rodowicz, przewracałem się na drugi bok. Jednak w ułamku chwili dotarło, że właśnie zobaczyłem pawia narodu i papugę. Niedowierzając absurdowi usiadłem z wrażenia i zaraz senność uleciała. Dziś myślę, że widok śpiewaczki z kupą plastikowych rurek na głowie i w kloszu sukni ze sztucznym kwieciem, najlepiej oddaje sens uniesień patriotycznych tego dnia. Urasta do rangi cudownego symbolu. Cóż lepiej ośmieszy odpustowo-rewiowy patriotyzm niż nadęty patosem tytuł „Koncert dla Niepodległej” w zestawieniu z kiczowatą Marylą, która zrobi wszystko, by zaistnieć memami w sieci? Dziś jednak mam dysonans poznawczy, bo może należy oddać jej hołd za odwagę? Oto jawnie wykpiła inicjatywę i sprowadziła na właściwy tor dyskurs obchodów stulecia Polski. Wyśmiała kacyków plemiennych na miarę naszych czasów, wpuszczając w jarmarczny kanał całe to puszenie pseudonarodowe.

Wczoraj niespodziewanie utknąłem w korku blokowiska. Jego przyczyny nie było widać gołym okiem. Powód wychynął po chwili, zza niewielkiego zakrętu. Oto lokalny patriota postanowił ozdobić samochód dwiema trzepoczącymi flagami. Otworzył drzwi na tyle szeroko, żeby uniemożliwić omijanie bardzo starego passata. Długo mocował chorągiewki, nie zważając na oczekujących, a następnie pieprznął plastikowe opakowania po nich za siebie, na trawnik, po czym dumny zamknął drzwi i z uśmiechem zwycięzcy wyjął telefon, żeby uwiecznić patriotyczne gesty obrotnego Polaka. Oddać potomnym narodowy powiew wolności z dachu auta z wyciętym katalizatorem. Czy można lepiej zilustrować, czym jest swojski patriotyzm? Sam bym tego nie wymyślił.

Tak, wiem, teraz powinienem wytłumaczyć, czym jest dla mnie miłość do kraju tego, gdzie kruszynę chleba..., ale wykładu nie będzie. Zbyt mocno wybrzmiewają w głowie pytania o to, co się stanie z uniesieniem niepodległej za kilka dni. Gdy umilkną hymny, znikną sztandary, a stosowne służby uprzątną wypalone znicze, pozostałości po racach, petardach i hasłach. Gdzie wówczas wyląduje przeterminowana miłość ojczyzny? Objawi się wyrzucaniem petów z okna jadącego samochodu wprost na ulicę? Błyśnie arogancją i zignoruje napisy: „szkło”, „papier”, „biodegradowalne” przy wyrzucaniu śmieci jak leci? Zaśmiardnie plastikiem spalonym w domowym piecu? Wyłączy mózgi na przejściu dla pieszych, gdy wskoczy na czerwonym? Pójdzie do lasu z siekierą i piłą do bezrozumnej wycinki drzew za kilka judaszowych srebrników? Skoczy do gardeł oponentom politycznych kłamstw? Napuści nacjonalistów na tęczowych albo lewaków na prawicowych w sprzedajnym medium? Wyrzuci stary telewizor, wersalkę, fotel i pozostałość po lodówce na brzegi rzek i jezior? Skupi się na kaleczeniu polskiego języka w sieciowych komentarzach, artykułach i rozmowach na czacie? Pogłębi analfabetyzm? Oleje stosowanie interpunkcji i polskich znaków diakrytycznych i sprowadzi wypowiedzi do obrazków z „łał” pod nimi,  czy w ramach dbałości o narodową kulturę zapłaci za licencje telewizyjnych programów o gotowaniu i śpiewających pajacach, które podskoczą w uniesieniu ku radości gawiedzi? A może jednak tym razem przekreśli moje pytania i przebudzi się do racjonalnego czynu na rzecz przyjaznej ojczyzny i jej nowego, lepszego, stulecia? Czego sobie i Wam z serca życzę.

niedziela, 26 sierpnia 2018

Zwrotu nie będzie

bucikiZmęczona twarz za ladą ani drgnie. Nie bawią jej wysiłki obfitej pani, otoczonej rzędem szpilek, która z uporem godnym ceny wbija dorodną wiejską stopę w miejski but i błagalnie szuka akceptacji w spojrzeniu mężczyzny. Ten potwierdzi wybór choćby smutnych mokasynów, bo od jakiegoś czasu myślami najwyraźniej wgryza się w hamburgera za rogiem. 
Sprzedająca na moment ożywa w uśmiechu, gdy mężczyzna przytaknął butom, na które nawet nie spojrzał. Wygląda na bardzo utrudzonego i zdaje się pęka w nim przedostatnia nić, a jego cierpliwość ma swoją wagę. 
Przypomniało mi się, że rok temu kupowałem tu półbuty i gdy już decydowałem się na płatność, ta sama, miła przecież dziewczyna zza lady, zapytała:
- Na pewno przymierzył pan lewy?
- Nie ma takiej potrzeby. Jeśli prawy pasuje, lewa stopa znacznie mniej wymaga.
- Jednak niech pan przymierzy oba, dobrze radzę.
- Dlaczego? Sprzedajecie nierówno krojone?
- W naszym sklepie nie ma zwrotów.
- A to w ogóle zgodne z prawem konsumenta?
- Może nie - wzruszyła ramionami - ale szef zabronił przyjmować zwroty.
- Taka fantazja? Chce odstraszyć klientów?
- Raczej doświadczenie. Za dużo pań kupowało buty w piątek, by oddać w poniedziałek.
- No cóż, kobieta zmienną jest - błysnąłem jak chrząstka w salcesonie.
- Cwana, proszę pana - odpowiedziała rymem - … chrzciny, wesele, spotkanie klasowe albo imieniny u cioci zaliczy w naszych szpileczkach, a w poniedziałek odnosi i żąda pieniędzy. Przecież można zwrócić!
- I?
- I niech pan przymierzy drugi bucik. Na wszelki wypadek. Zwrotu nie będzie.

środa, 15 listopada 2017

Melancholijnie, listopadowo, patriotycznie?


Tym razem święto niepodległości wypadło w sobotę i wywołało zamieszanie głównie w sklepach. Dało się odczuć coś jak zapowiedź hekatomby polsko-polskiej, która w ciągu doby wymknie się racom głównego miasta. W osiedlowej Biedronce trudno było choćby o dziesięć jaj, nawet jeśli nikt nie groził jej zamknięciem w niedzielę. Ale i to nie spowodowałoby konieczności zabierania głosu w takich okolicznościach patriotyzmu.

    Przypadek sprawił, że wieczorem grzebałem w starych plikach i trafiłem na wiersz, własny. Bo kiedyś byłem poetą, wiersze sobie pisałem, a zaraz potem poszedłem po rozum do głowy. Nie mówiłbym o tym, gdyby ten odnaleziony nie zbiegł się datą z dniem święta narodowego. Pamiętam, że jego powstaniu towarzyszyła irracjonalna - jak się wówczas wydawało - gorycz. Nie za przyczyną odzyskanej niepodległości bynajmniej. Wówczas nie miałem pojęcia, co mnie trapi, ale dół pogłębiał się z godziny na godzinę. Siedziałem w pustym pokoju akademika, koledzy wyjechali na długi weekend, ukochana też, a ja poczułem bolesny imperatyw, by wykrzyczeć coś z wiarą, że ulży i tak powstał ten dziwny wiersz:

- nadzieja –

 jestem słońcem i łąką

twoim snem

w pokoju bez światła

i wody

nad ranem

zdzieram zasłony

rozchylam uda i czekam

byś z wiarą w miłość

smakował sumienie

94-11-11

    A gdy już wypisałem cały smutek nadziei, wieczorem, bardzo okrężną drogą (na telefony komórkowe długo trzeba było czekać), dotarła do mnie wiadomość, że umarł ojciec, nagle. Od tej daty ojciec i ojczyzna idą pod rękę przez wieczność jak przez moje listopady, których świętowanie specjalnie mnie nie porywa i obchody łączę raczej z odchodzeniem osoby i zamykaniem pewnego etapu życia.


Pomyślałem o tym w uroczyste południe narodowego święta, stojąc w korku pośród ulic starego Gdańska. Wokół uśmiechnięci ludzie przygotowywali się do parady i wbrew listopadowi robiło się kolorowo, pogodnie, bo zbierali siły, by demonstrować. Ale co w zasadzie? Przywiązanie do wolności? Patriotyczne uniesienie? Chcieli masowo oddzielić się od masowo myślących inaczej? Poczuć wspólnotę pośród wspólnot podzielonych? Pójść bardziej przeciw niż za, gdy ojczyzna jedna, krwawiąca rozdzieranym sztandarem jak w Dniu Świra. Tu narodowcy, tam zieloni, tu sportowcy tam aktorzy, tu lewacy, tam prawica, tu obrońcy życia, tam feministki, tu zwolennicy komuny, tam pokazujący palcem, gdzie stało ZOMO, a Polska? Aby jedna jeszcze? Ciągle mówimy o tej ziemi, którą Duch jakby omija? Mówimy o tej od morza do Tatr, czy pozostały raczej czterdzieści i cztery wyspy mentalnego archipelagu Janusza, którego mieszkańcy czyszczą Biedronkę z jaj kur chowu klatkowego? I ten właśnie naród, to pokolenie synów Grażyny, to może główna siła patriotyzmu na miarę wielkiej dupy, która pomieści sztandar, odpowiedzialność za kraj, postawy obywatelskie i miłość bliźniego. Bo tyle dla nich znaczą, co okazja do skutecznego zrobienia w chuja każdego, kto nawinie się na placu zawiści, na parkingu złości, w bloku obcości, na chodniku rywalizacji albo pod Lidlem pazerności.

    Uśmiechnąłem się do kolorowych demonstrantów, zaczadzonych ideą parady i nie pomnych na fakty, bo bardzo zajętych swoją rolą. Ale i do własnych myśli uśmiechnąłem się smutno, wdzięczny jakoś losowi, Opatrzności, Bogu samemu, że dla mnie kolejna rocznica wolności mija się z nastrojem świętowania. Dobrze, że cień osobistej tragedii kładzie się na kalendarzu imprezy, bo inaczej może musiałbym rozważyć potrzebę stawania w szeregi uniesionych. Choć za cholerę nie wiem, po jakiej stronie. Od dziecka mam awersję do zbiorowych imprez, pochodów, akademii ku czci, przemarszów na cześć i apeli przeciw. W podstawówce zmuszano mnie do deklamowania rewolucyjnej poezji, śpiewania powstańczych nut i wyzwoleńczych zwrotek, aż od protestów przeciw imperialistom i wojnie nuklearnej gardło chrypło wbrew woli i zadumie. Potem zmuszano mnie do noszenia szturmówki na pochodach pierwszomajowych i wycierania smarków bezsilności w barwy narodowe, zaanektowane chwilowo przez PRL. Takie awersje okresu pryszczy nie pozostają bez wpływu na dorosłe wybory społeczne. W dorosłości pora iść własną drogą, slalomem omijając idee, z których tylko błoto. Zwłaszcza, gdy rządy się zmieniają, a rozbieżność między głoszonym a realizowanym wciąż taka sama. Bez względu na barwy partyjnego zakłamania, manifestacje nienawiści i miesięcznice podziału, programy polityczne wciąż mają się do ich realizacji jak nie przymierzając prawica do prawości.

    Ilekroć media pokazują demonstracje i kolejne migawki podziału w ramach listopadowych rozchodów obywatelskich, przychodzi mi wspomnienie przeciwwagi: ciche, jednostkowe, odejście ojca jak protest wobec święta narodu. Może tak zostawił mi sedno prostego patriotyzmu. Jego robotniczy etos nigdy nie szukał pola demonstracji, nie malował afiszy i transparentów na potrzeby świadectwa. Powtarzał często: rób jak chcesz, ale tak, żeby nikt przez ciebie nie płakał i zawsze najlepiej jak umiesz albo w ogóle nie zawracaj dupy sobie i innym. Prosta filozofia szła z nim przez dziesięciolecia pracy zawodowej, towarzyszyła trosce o równe chodniki w mieście, dobre oznakowanie ulic, asfalt bez dziur, żeby innym żyło się lepiej. Nie widziałem, żeby komuś prywatnie odmówił pomocy, ale nie szukał pola do zaistnienia. Nigdy nie poszedł na skróty tylko dlatego, że nikt nie patrzy. Nie wystąpił przeciw prawu, choćby niosło najgłupsze wyroki i nie lubił użalać się nad sobą, bo w ogóle nie emanował czułością. Często mawiał: Zanim zrobisz, pomyśl, czym to się skończy dla innych. Doświadczył wystarczająco dużo nędzy, niedostatku i poniżenia w ustroju nie najlepszym z możliwych, dlatego trzymał się z daleka o propagandy tak samo partyjnej jak kościelnej, zawsze gotowy dostrzec każdego, kto wyciąga rękę, potrzebuje, a nie żąda przez wzgląd na barwy i układy. Czasem myślę jak bardzo by się nie odnalazł w świecie ustawionym na zagarnianie pod siebie i miewam żal, że wychował mnie do życia pod górę. Ale po chwili mija pretensja i wraca spokój porannego golenia bez wstrętu bijącego z lustra.

niedziela, 13 sierpnia 2017

Ostatni bastion zdziwienia

❖Kliknij, żeby posłuchać tekstu w interpretacji autora❖

Jednym z nielicznych przywilejów nadciągającego wieku średniego jest brak zdziwienia. Każdego dnia rozglądam się czujnie i stwierdzam, że coraz mniej spraw mnie zaskakuje. W sumie to miłe uczucie. W miejsce kryzysu późnego chłopięctwa pojawia się coś w rodzaju wzruszenia ramion i zaniku buntu wobec świata i jego wysiłków na rzecz kwestionowania kultury i rozumu. Coraz częściej odkrywam niedobory w kwestii zaskoczenia, choć zostało trochę miejsca na ironię losu. Ta zaś czasem wydłubuje mnie z wysokiej wieży i sporadycznie nakazuje popatrzeć, by zabrać głos. Wieża zaś, umocniona murem mniej lub bardziej rozumnych filmów i książek, chroni przed zgorzknieniem, choćby na skutek nostalgii i wspomnienia ideałów młodego humanisty. Ale ratuje też przed klasycznym syndromem wieku męskiego, czyli wdziewaniem trampek i rurek w pogoni za dwudziestolatkami.

          Wyzwolony z nakazu zdziwienia łagodnieję i mniej dyskutuję z telewizorem, gdy wmawia, że erekcja pozostawia wiele do życzenia. Przerzucam kanały w poszukiwaniu serialu "Ranczo", zanim dowiem się, że coś leży mi kłopotem równie wstydliwym jak brak magnezu w podrygiwaniu nie tego akurat, co jest na topie. Mimo wrzasku siebie wartych mediów "za" i mediów "przeciw", nie dziwi też rząd, demontujący kraj równie żałosny jak elektorat tegoż. Wzruszam ramionami, gdy traktuje pospolitą rzecz jak padlinę, którą wyczyści do białej kości.

          Coraz częściej udaje mi się nawet nie dziwić śmietnikowi w marketowym wózku, przypiętym przez Sebę i dawcę żucia jego, gdy napasieni przed otrzymaniem paragonu, poszli puszczać bąki. Z pokorą wrzucam do kosza folie po chipsach i nie przeklinam już grzybni, z której powstali. Zaraz potem nie dziwi mnie, że w pojemniku na plastik leżą szklane butelki i wysuszone kwiaty wraz z ziemią. Wszak trzy pojemniki to labirynt nie do przejścia dla suwerena zagubionego w w drodze do ekologii. Tu nie pomoże rysunek na burcie, a napis za długi. Powiem więcej: brak oczekiwania normalności wyzwala nie tylko z bezradnego zdziwienia, ale jest bardzo skutecznym antidotum na dolegliwości patriotyzmu. Coraz częściej przychodzą takie chwile, gdy poetą jestem i wiersz sobie piszę: a jechał pies Janusza i Grażynę jego, niech sczeźnie kraj ćwoka osranego.

          Gdy tak truchtem dobiegam pięćdziesiątki, widzę, że wokół mniej powodów do żalu, jeśli przyszłoby to życie zakończyć, by przejść przez opary absurdu ku wiadomemu światełku jasności. Na taką myśl przychodzi nawet błogość z odblaskiem ironii, która składa się na dosyć przyjemny dystans o smaku tequili i późnego lata. Czasem jednak to samopoczucie coś jeszcze nieoczekiwanie zburzy.

          Przyzwyczaiłem się do bycia podglądanym w sieci i od dawna akceptuję fakt, że po znalezieniu męskich butów sportowych, zaczynam dostawać propozycje zakupu leginsów dla biegaczek. Wciąż jednak napawa mnie małym zdziwieniem wysyp damskich sukienek letnich w proponowanych postach i stronach, które – jak mniemam – stają się skutkiem zamówienia kociej karmy. Choć koleżanka zza biurka ma inne zdanie. Widzi w tym skutek reklamy podprogowej. Od dawna twierdzi, że wieczory spędzam w peruce z warkoczami blond, a przed komputerem zasiadam w podomce i jasnoniebieskich figach w różowe chmurki oraz w cielistych podkolanówkach damskich. Sam sobie zatem jestem winien, wszak sieć widzi więcej i sugeruje pójście krok dalej. Zastanawia mnie, czy przypadkiem wielki brat nie zagląda w jej potrzeby postrzegania mojej osoby, a ja ponoszę tego konsekwencje w proponowanych postach. Przeglądając kosmate łydki w rzeczonych nylonach, z pewnością nie dziwiłbym się nawałowi sukienek w rozlicznych okienkach coraz większego brata Fejsbunia.

          Inny wielki brat sieci sprawił, że wreszcie zdziwiłem się poziomem własnej ignorancji. Robi wszystko, żeby uczynić moje życie znośnym, a ja pozostaje niewdzięcznikiem. Najpierw nasyłał na mój adres banki i kasy pożyczkowe, a nawet chyba dobroczynne, skoro oferowały pieniądze za nic. Nie pomogło, pozostałem nędznym synem marnotrawnym. Teraz nasyła na mnie wróżki, które w kolejnych mejlach chcą uczynić mnie szczęśliwym i spełnionym, bo nadszedł dla mnie okres czerwonej sfery. Nie wiem, co to znaczy, ale dawniej niejednokrotnie cieszyło mnie, gdy piękne dziewczyny, taki okres oznajmiały, czyniąc oddech stabilnym. Dziś, na podobną wieść od wróżki znajduję przycisk „usuń”. Jedna jest nawet uparta w temacie uszczęśliwienia. Diana przekonuje mnie po raz enty: Jacku, mam Ci do przekazania wspaniałe i miłe wieści… spełnienie w miłości, w rodzinie i w pracy; dobrobyt, szczęście, wygrane w lotto i w każdej innej grze, lecz nade wszystko prawdziwe szczęście, które nareszcie zagości w Twoim życiu. […] Dzięki temu, co mam zamiar Ci wyjawić, nareszcie dowiesz się jak odnieść sukces we wszystkich dziedzinach życia i stać się osobą powszechnie podziwianą: przez przyjaciół, znajomych i krewnych. 

           Sami rozumiecie, że to już są ciężkie działa przeciw ignorancji, nawet dla takiego gamonia minimalizmu jak ja, totalnie obojętnego na podobny wykrój szczęścia. Oto mam w zasięgu prawdziwą wróżkę z bajki – Dianę, gotową z niejednej dyni wyczarować audi Q7, a ja dalej swoje „nie”. Z uporem godnym ministra obrony, szoruję rondel w kuchni i nic, ani kroku ku prawdziwemu szczęściu. Medium Diana chce do tego audika dorzucić dużą bańkę albo trzy i to w jakiejkolwiek grze, a mi to lotto. Siedzę w tych nylonach, podomce, peruce blond i nic. Mógłbym za wygrane wynająć przynajmniej niedrogą obywatelkę Ukrainy, która uczyni mnie ciut szczęśliwszym, może nawet wybawiając od szorowania patelni, a dalej olewam kapitał Diany.

          Obawiam się, że moja ignorancja nie dorosła do miary czasów i jej niebosiężnego daru. Chyba, że przez resentymenty wolę swoje zadłużone M3 z PRL-u niż uczciwe dwieście pięćdziesiąt metrów w nowobogackich zasiekach. Czy rzeczywiście, z pasją godną lepszej sprawy, wolę dygać na czwarte z siatami niż mieszkać na tropikalnej wyspie, gdzie jawą stają się drinki z palemką, ustawione na ciemnych pośladkach miejscowej Lukrecji? A może ja jestem jednak tutejszy masochista polski i w samoudręczeniu z tytułu posiadania normalnej rodziny i godziwej pracy spełniam się bardziej niż w wizji cudowności z pakietu korpo Diany? Spokojnie, to tylko ostrożność. Dobrze wiem, że w jej zapowiedzi szczęścia osoby powszechnie podziwianej przez przyjaciół, znajomych i krewnych… kryje się palenie żywcem na stosie zazdrości, łamanie kołem zawiści i krzyżowanie na wzgórzu hejtu!

               Tylko dlaczego jasnowidząca nie widzi jasno – jeśli już używa mojego imienia – że należę do gorszego sortu i nie zasługuję. Mordę mam zdradziecką i z tej prostej przyczyny nie mogę robić za muchę na lep. Po co wymusza poziom mojej kompatybilności z czterdziestoprocentowym fanpejdżem podeściku lub drabinki, któremu da się wcisnąć każdy skecz? Jeśli Diana łapie moje IP z portali dla używających rozumu, powinna widzieć jasno, że nie znajdzie tu materiału na robienie megagłupa. Wiem, wiem, jestem adresem IP nie tyle myślącym, co nieobwarowanym milionem zapór ciasteczkowych. Przeszkodą na drodze do zdobycia danych, ale może to i lepiej, bo skąd mam wziąć inny bastion zdziwienia wobec banalnej przyczepności szczęścia w tej fortyfikacji rodzimego absurdu?

środa, 12 lipca 2017

Zdechłe motyle

- Cześć. Zmieniłeś zdjęcie profilowe. Wysyp psychofanek?

- Zdjęcie? Chyba mnie z kimś mylisz. To zdjęcie jest od początku. Dobry wieczór.

- Bez obaw, nie mylę… jesteś Marcin, pracujesz w znanym portalu, lubisz konie, a przed zaśnięciem czytasz do poduszki biografie sławnych ludzi. Nie pomyliłam, co? 

- Zgadza się, ale Twój nick nic mi nie mówi?  Kto Cię nasłał?

- Za dużo bab tu mielisz. Ale spokojnie, nie jestem karzącą dłonią krzywdzonej. Jakiś czas temu chciałam zapytać co u Ciebie, ale jak już znalazłam, nie miałam odwagi zagadać.

- Kiedy mieliśmy ze sobą przyjemność? Widzę pierwszy raz taki awatar. Amnezji nie mam... raczej. Choć różnie może być po czterdziestce.

- Ze dwa lata temu, może trzy. Pewnie nie chciałeś pamiętać! Z tą przyjemnością, to pojechałeś trochę, hi hi. Wyrzuciłam Cię ze znajomych, ale zaimponowałeś mi. Gość z klasą, nie hejtowałeś.

- To czym się naraziłem? Nie wysyłam zdjęć twardego stefana. Zrobiłem wyjątek?

- Nie. Zgasiłeś mnie o kilka razy za dużo. Widocznie za bardzo chciałam się przyjaźnić.

- Pokażesz buzię zamiast tej animacji? Mam pamięć do twarzy, więc byłoby łatwiej wysunąć szufladkę.

- Mówisz i masz.

- Ty ładniutka jesteś! I do tego wygadana! To mamy pewność, że mnie z kimś mylisz. Albo szybko musiałaś mnie usunąć. Na taką kobietę chuchałbym i dmuchał, ale nie gasił.

- Czaruś ten sam, nie mogłam się mylić. Mógłbyś już wydorośleć.

- Daj spokój, doroślałem do siódmego roku życia, potem już tylko rosłem... wszerz. Nie gaszę ludzi. Za dużo mam kompleksów. Pewnie coś przekręciłaś. Stała przypadłość kobiet na czatach. Oceniają facetów przez złe doświadczenia i emocje. Co by im nie mówić, czytają przeciw sobie.

- Może być, w końcu moja zaniżona samoocena też woła o ratunek po puszczy.

- A! Czyli z wczasów nadajesz? Czy chronisz Puszczę przed wycinką?

- Pudło. Siedzę na tarasie jak na myśliwskiej ambonie i widzę mojego jelenia. Ślini się do jakiejś klempy i nie widzi, że gatunki mu się rozjechały.

- Ale widzi, że jest na celowniku?

- Raczej nie. Nawalony jak ruski samolot drożdżami. Jeszcze chwila i przeniesie łapę z łokcia na te bukłaki nad jej pępkiem. Jeleń na rykowisku jest ślepy jak kret w pomidorach, wiedziałeś?

- Niewiele, ale zazdrość dodała odwagi i w końcu przemówiłaś. Niech i ja coś mam.

- Zazdrość? Kotek, na to miałam czas dwadzieścia dwa lata temu, teraz to już tylko żenada. Musiałam przekierować uwagę, żeby nie puścić wiąchy z tej ambony. Publisia weselna przekieruje wzrok z oczepin na klempę i będzie siara dla panny młodej. To jej ciocia.

- To z wesela do mnie przemawiasz? Wyszłaś pooddychać, a tu miłość życia w malinowym chruśniaku?

- A Tobie popierniczyły się pokoje na tym czacie? Miłość życia? Hallo, jest tam kto?! To jest czat dla czterdzieści plus… kolega pedofil źle trafił i szuka naiwnej?

- Koleżanka w miłość nie wierzy?

- A wierzy, wierzy, łzy dla niej wylewa. Zaraz potem bierze pilota i przez barwy szczęścia w miłości przechodzi do jednego z dziesięciu.

- Czekaj, czekaj, ale jak to jest ciocia panny młodej, to raczej nie jest kryzys wieku średniego? Jeleń kleiłby się do siostry panny młodej, nie?

- Jasne, zwłaszcza, że ona ma brata. Chcesz powiedzieć, że mam jarzyć michę, bo gej z męża nie wyszedł? Po blisko ćwierci wieku? Może racja, takie czasy… a Ty? Masz teraz kogoś prócz żony?

- Czemu teraz? To kiedyś miałem?

- Czaruś nic się nie zmienia. A nie opowiadałeś dwa lata temu o jakiejś Asi sąsiadce? Tej, co to żarówki rzadziej jej padały niż cycki na blat? A mimo spięć nie chciała zmienić żyrandola? Pamiętam, lubiła jak jej wkręcasz tu i tam, hi hi.

- No sama widzisz jak mnie mylisz. Mieszkam w domu po rodzicach, taki klocek
z PRL-u, nie mam sąsiadki. A cycki zbieram z blatu tylko jak pokroję, drobiowe.

- Ej, nie czaj się tak. Żona za plecami?

- I tu się mylisz. To ja ją kontroluję z okna, w ogródku jest. Dobre czterdzieści minut pytluje i miny sugerują, że nie jest to psiapsiuła z liceum. Upierdliwy klient hurtowni?

- Uuu, mamy tu zazdrość? Po tylu latach małżeństwa? Czy lęk, że ktoś wlazł na obsikane pole?

- Co za różnica, co mamy? Niepokój zawsze jest. Wiesz jak jest, kobieta podobno do zdrady potrzebuje powodu, a facet miejsca.

- A co może być powodem dla kobiety?

- Koniec uczucia do swojego mężczyzny zwykle. Ale czasem zwyczajnie może chce się poczuć raz jeszcze pożądaną kobietą?

- A facet? Czemu potrzebuje tylko miejsca?

- Żeby go żona z ambony nie trafiła, kiedy biologia krzyknie: siej gena!

- I dlatego nie pożądasz żony i musi ślinić się do telefonu! To może do mnie z biologii wystrzelisz?

- A ty przyjmiesz strzał z zemsty na jeleniu? Żadna frajda dla genów. A żonę pożądam tak samo jak dawniej, ale wiesz jak jest. Jeśli ten sam facet ma wpisane pożądanie w kontrakt, pomiędzy mycie okien i podlewanie paprotki a przegląd samochodu, przestaje być samcem. Działa na granicy lokaja i opiekuna klienta. Nawet do zazdrości nie ma prawa, przynajmniej do jej okazywania.

- Bo?

- Za dużo ma za uszami. Gdy szło się za głosem genów, teraz trzeba dać przyzwolenie na ostatni szał kobiecości.

- Cholera, coś w tym jest. Może dlatego nie drę mordy z tego tarasu? Święta nie byłam, fakt. Każdy chce się podobać, budzić zachwyt, pożądanie... szarpnąć zdechłe motyle. Tylko po cholerę ludzie wymyślili związki stałe? Trzeba było wprowadzić kontrakty dziesięcioletnie i niech mają drogę otwartą: zostają ze sobą albo szukają dalej.

- Coś w tym jest. Ale łatwiej trzymać ludzi za mordę z nakazu tradycji, religii, państwa, mentalności. Przymusić do odchowania dzieci może, nie wiem.

- Chyba raczej ekonomicznie zniewolić, kredytami, pożyczkami, obciążeniami, żeby koszty rozstania były większe niż życia razem i żeby nie było gdzie odejść?

- Dlatego trwasz w małżeństwie?

- Może być. Z wyrachowania. Nie stać mnie na oddzielne mieszkanie. Może z potrzeby bezpieczeństwa? Inaczej nie umiem? Matka trwała w milczeniu, gdy stary spieprzał samoloty kleić jako instruktor w modelarni. To jaki mam wzorzec? Zresztą, lepiej żyć z kimś, z kogo nie wylezie psychopata. A dobro dzieci najważniejsze. W tych czasach łatwiej nie zwariować, zawsze można pogadać na czacie z kimś, kto nie ma lepiej. Łatwiej znieść jelenia, bez żalu. A Ty kochasz żonę?

- Pewnie tak, nawet jakbym nie kochał, zostałbym z nią z lenistwa. Nie chciałoby mi się poznawać natręctw żadnej kobiety w tym wieku. Po trzech latach z każdą będzie tak samo. Zmęczony jestem. Po co zaczynać od nowa, skoro na czacie idzie podciągnąć zaniżoną samoocenę małym kosztem?

- No i poudawać Casanovę bez wyskakiwania z piżamy. Taka wygoda!

- Jaki czas, taki Casanova.

- Wybacz, ale idę mu pierdolnąć jednak… zaczął ją całować.

- Co za różnica, przecież go nie kochasz.

- No niby tak. Ale jakaś przyzwoitość obowiązuje. Widziałam jej męża, knur tuczony na wytłokach, nie odwdzięczę się tym samym. Może jednak jej pierdolnę? Wiesz, akcent feministyczny w oczach panny młodej. I jeszcze wyjdę na lochę kochającą po dwudziestu latach! To pa!

środa, 17 maja 2017

Bezradność jak kij

Są tacy, którzy uważają mnie za pyskacza. Są tacy, którzy mówią, że moim jęzorem można by nogi golić. I wówczas nie mam nic przeciwko, szczególnie gdy nogi kobiece i to w każdym tego słowa znaczeniu. Są jednak takie dni, gdy całe moje wygadanie, wyszczekanie, riposty, ironia i złośliwość wkopują się w piasek na wyścigi ze strusiem stereotypów, któremu wstydliwie ulegam szybciej niż myślę. Są takie dni, gdy wypracowana, a może i wrodzona, skłonność do polemiki oddaje pole. Zdaje się psu na buty i dopiero po czasie przychodzi owo słynne: mogłem mu powiedzieć… gdyby nie bezradność właśnie. Ale może najpierw scenka rodzajowa.

    Niedziela, gdańskie Przymorze, kościół w środku osiedla. Koniec Mszy, ludzie wylegają na plac i gromadnie przechodzą przez pobliską uliczkę, traktując jezdnię jak drogę z Kościoła po prostu. Każdy przechodzi gdzie mu bliżej, bez szukania przejścia, bo droga biegnie przez całe osiedle. Przejścia są, nawet dwa, o kilkanaście metrów od siebie, ułożone na wysokich progach zwalniających. Przed progiem z prawej strony zatrzymuje się samochód, przepuszcza nieznaczny tłumek. W tym samym momencie na próg z lewej strony wjeżdża samochód, którego kierowca za nic ma fakt, że na środku jezdni znajduje się starsza kobieta i kilka innych osób, jedzie. Byłem o trzy metry od maski tego samochodu, więc wyszedłem na jezdnię, żeby zmusić prowadzącego do zatrzymania, z wyrzutem patrząc mu w oczy. Zatrzymał samochód, otworzył okno i skierował do mnie typowe w takich sytuacjach słowa: „Ma pan jakiś problem?” Zerknąłem w twarz, na której znalazłem kiludniowy zarost i w wyrazie coś jak połączenie osiedlowego Seby z mieszkańcem strzeżonego osiedla. Zerknąłem na tablicę samochodu, a tam początek na W… i już zagrały stereotypy. Gdzieś pod czaszką jaskrawo pulsował neon: „gadaj z dupą, to cię osra”. Posłuszny ostrzeżeniu rzuciłem krótko: to jest droga wewnętrzna. Ruszyłem dalej nie szukając polemiki, ale dolałem tym oliwy do ognia. Krzyczał coś do mnie on i niewiasta jego, że żadna droga wewnętrzna, że się nie znam i słońce mi za mocno przygrzało i coś tam jeszcze obraźliwego. Nie dosłyszałem, bo w jego stronę odwróciła się kobieta idąca przede mną i z determinacją w głosie krzyczała: „no jaki cham! Nie dość, że na ludzi wjeżdża to jeszcze pyskuje, gdy mu grzecznie uwagę zwrócić! Wczoraj taki sam mało mnie tu nie przejechał! Bydlak!”.

    A mnie dopadła bezradność i zdzieliła w tył głowy. Bezradność jak kij twardy, co ma dwa końce i kij ten, co zawsze się znajdzie, gdy chcesz psa uderzyć. I kij samobij, którego razy najbardziej bolą. Najwyraźniej doszedłem do granicy, do momentu, gdy w zderzeniu z bliźnim bezradność jest silniejsza ode mnie. Ale czy na pewno z nim? Może dotarłem do granicy uległości wobec stereotypów kulturowych? Albo do granicy biegnącej pomiędzy postrzeganiem siebie jako lepiej wiedzącego a byciem zawalidrogą na ścieżce rodaków wyłącznie w siebie zapatrzonych? To jest ten rodzaj bezradności, która iskrzy na styku zewnętrznego polactwa z moim własnym brakiem pokory. Na linii życzliwości, empatii i dżungli polskiej, wymuszającej zasadę: maszeruj albo giń.

    W niedzielne popołudnie, przed kościołem, dałem sobie prawo być wściekłym bardziej na kierowcę czy na siebie? Poddałem się kijom samobijom, bo nie miałem racji w kwestii prawnej? To, że drogi poprzeczne od tej jednej oznaczono jako drogi wewnętrzne, nie musiało znaczyć, że ona również ma taki status. Prawo było po stronie kierowcy, który się na mnie wydarł. Zgodnie z prawem mógł winić stado pieszych i jechać im po piętach? Ale czy w związku z tym nie mogłem oczekiwać od niego zwykłej ludzkiej życzliwości wobec znajdujących się na jezdni? I co wówczas miałbym odpowiedzieć na jego pytanie: „Ma pan jakiś problem”? Z uśmiechem przemówić w duchu: „Mam problem natury empatycznej. Zastanawia mnie, dlaczego kierowcę z tamtej strony stać na zatrzymanie samochodu, a łaskawy pan jakoś się nie kwapi?”. Przecież w gruncie rzeczy o to mi chodziło, a nie o rozstrzyganie z jakiego rodzaju ulicą mamy do czynienia. Dlaczego zatem przed kulturę osobistą wychodzi kulturowa klisza i błyskawicznie łączy znaki: „wygląd Seby, tablica rejestracyjna na W… i agresja na drodze, więc nie ma z kim gadać, chama trzeba chamstwem, inaczej nie pojmie. No to buch mu pod maskę, niech stanie”.

    Jeśli tak, czemu pałuje kij samobij i okłada bezwzględnie: z kościoła wyszedłeś i już na progu zwalniającym zgubiłeś miłość bliźniego? Wystarczyło z uśmiechem poczekać aż przejedzie i dalej iść do własnego życia. Tymczasem postradałeś pokorę, stajesz się zaczepny i podążasz na sznurku stereotypu wprost do konfrontacji. Nie umiesz w tak banalnej sytuacji po prostu ustąpić, bo tu nawet nie trzeba było policzka nadstawiać. Ale czy pokora, uśmiech, miłość bliźniego w czasie marnym nie daje przyzwolenia tym wszystkim Sebom, Januszom, Grażynom? Czy nie zezwala być aspołecznym, coraz mocniej roszczeniowym? Skoro nikt im łokcia nie przetrąci, uprawomocnią na własne potrzeby przekonanie, że świat wokół to ich prywatny paśnik. I tu kij samobij odsłania drugi swój koniec, a tam wypisany jest również Ewangeliczny nakaz: gdy brat twój zgrzeszy przeciw tobie, idź i upomnij go. Podejrzewam jednak, że aktualnie upomnienie takie wywołuje, co najwyżej, zajady od śmiechu, a bezradność pokojowego działania w miłości, rodzi tylko frustracje. Dlatego coraz trudniej kochać ludzi i w większości przypadków wcale nie ma do czego się spieszyć, nawet gdy zbyt szybko odchodzą. Coraz trudniej rozpoznać kto jest moim bliźnim, a dla kogo jestem tylko przeszkodą do marchewki, więc kijem mnie usuwa. 

czwartek, 27 kwietnia 2017

Sranie w banie na nieczytanie

Jako jednostka plastycznie upośledzona wywołuję czasem z pamięci katusze, na które skazywali mnie nauczyciele rysunków. Im mocniej przeraża dzisiejsza codzienność ojczyzny i narodu, z tym większą przekorą powraca wizja klasy, w której zagryzając języki w twórczym uniesieniu, oddawaliśmy się malowaniu, rysowaniu i wydzieraniu wyobraźni odpowiedzi na pytanie: jak będzie wyglądać codzienne życie w XXI stuleciu. Ulice naszych miast, wnętrza mieszkań, dawały wówczas ogromne pole do popisu. Chłopcy szukali głównie odpowiedzi na pytanie, jakimi wehikułami będziemy poruszać się w powietrzu, bo kto by tam w takim stuleciu techno myślał o kołach?

          Dziś się okazuje, że w dziecięcej imaginacji unieśliśmy się ciut za wysoko. Kilka kwestii dowodzi, że do niektórych cudów nie dorosła najbardziej wówczas wyuzdana wyobraźnia. I nie mam na myśli bynajmniej apokalipsy związanej z ostatnią promocją w Lidlu czy exodusu kobiet, wydzierających sobie cienie do powiek w ramach akcji Klubu Rossmanna. To mały pikuś w zestawieniu z kolejnym wynikiem badań czytelnictwa.

          Jaka bowiem wyobraźnia, w głębszym lub płytszym PRL-u, mogła przewidzieć, że Polacy w stuleciu światłowodów ciemnieć będą jak tabaka w rogu? Kto zdołałby wyśnić chlubę wtórnego analfabetyzmu, który niedługo być może sięgnie poziomu lat powojennych? Są jednak rzeczy, których nie mógł przewidzieć nawet dziecięcy zapał plastyczny.

          Coraz mocniej okazuje się, że to epoka na opak i już właściwie sam powinienem dziś wstydzić się za swój podręczny księgozbiór, zawierający coś koło 700 tomów. Do niedawna przekonany, że ciągle brakuje mi książek, teraz wzmocniłem jeden procent podobnych sobie dziwadeł. Szanujące się rodziny nie trzymają już w domu ani jednej książki, nie z powodu ubóstwa materialnego bynajmniej. Powinienem wstydzić się, że jako relikt, wsteczniak i zaprzaniec współczesności w ogóle posiadam przy ścianach papier zamiast trzeciej plazmy? Czytający powiedzą może: elita, nieczytający ujmą to sentencjonalnie jak pewien dżentelmen w dresie na widok dziewczyny z książką: Taka ładna, a książki czyta. Nie powiedzieli jej, co z życiem robić, to marnuje.

          Zostawmy jednak mądrość ludową i orwellowską zgoła wizję cywilizacji. Niechby i malowaną barwą krwi elit wymordowanych przez dwa totalitaryzmy, czego skutków długo jeszcze doświadczymy pod dyktatem tępoty. Tak czy owak, jako naród, podążamy drogą wytyczoną umysłowym lenistwem, rozkoszą promowania ciemniaka i ignoranta powstającego z kolan. Jak tak dalej pójdzie, rzeczywiście nie będziemy już tanią siłą roboczą… bynajmniej nie w Mongolii, zostaniemy dumnym Bangladeszem Europy.

          Ale nie myślę z tego powodu rozdzierać tu piżamy. Bardziej irytują mnie wytaczane argumenty. To bardzo inspirujące, szczególnie, gdy sranie w banie na nieczytanie uprawiają ludzie zajmujący się zawodowo książką. Przedstawię kilka myśli objawionych ostatnio przez oczytanych analityków, które szczególnie mnie rozczuliły.

          Najpierw wina szkoły, czyli lista lektur bardzo nudnych, wstecznych, miernych i nijakich, do których byliśmy i jesteśmy przymuszani, a które to lektury zabijają w dziecku i nastolatku wszelką potrzebę czytania. Dla mnie to argument wielce koronny z przyczyn osobistych. Dziś czytam od 30 do 50 książek rocznie (uczciwie mówię, że wliczam w to także audiobooki, choć nie w przewadze) i przynajmniej dwa czasopisma tygodniowo. Rzadko pławiłem się w zachwycie nad lekturami obowiązkowymi, wiele z nich czytałem po łebkach, a solidnie właściwie dopiero na studiach polonistycznych, ale też nie wszystkie. Choć miałem świadomość, że klasykę znać trzeba, a nie sięgnie po nią wielu bez przymusu, jakoś nie zabiła ona we mnie czytelnika. Wybrałem studia obfitujące w spisy lektur wypełnione zakurzoną ramotą i potrzeby czytania to nie unicestwiło. Powiem więcej: rzadko odkrywam współczesne powieści, które mniej męczą niż te ze spisu wszelkich lektur obowiązkowych. Podejrzewam, że ostatnie 37% rodaków, obecnie czytających, przeczołgano przez ten sam system edukacji, co dzisiejszych analfabetów. Jednak ostatni Mohikanie z jakiegoś powodu wybierają książki zamiast gotowania na ekranie.

          Drugi argument na nieczytanie, równie mocny co głupi i medialny, to brak czasu. Wszyscy jesteśmy tak zapędzeni, zmęczeni, utytłani zarabianiem na wakacje all inclusive i trzeci samochód, po którym Niemiec zapłacze jak sprzeda, a przy tym tak jesteśmy zapędzeni w kozi róg korporacji i norę kapitalisty z wąsem, że na książkę już nie ma siły. Ciekawe, że siła i czas znajdzie się zawsze na trzydziesty sezon czterdziestego serialu. Czasu nie brakuje też na śledzenie telewizyjnej papy talentu bez talentu i kolejnego programu o tym, komu chamska baba loki w gary ładuje. Chodzi o czas, czy jednak o usprawiedliwienie lenistwa analfabety z wyboru? Nie przypuszczam, żeby bracia Czesi, Słowacy, byli mniej zapracowani, a czytelnictwo mają na światowym poziomie. A może mniej pracują i biegają ceniący książkę Francuzi? Całymi dniami lenią się oczytani Szwedzi? Żyją w matrixie wolnym od presji XXI wieku? W takich okolicznościach powoływanie się na brak czasu nie przystoi dziennikarzowi działu kulturalnego ani specowi od rynku książki, gdy uzasadniają ignorancję . Tym bardziej, że żyjemy w czasach zaawansowanej technologii, która służy także książce. Audiobook nie jest gorszą jej wersją, wręcz taką samą, tyle że czytaną wprost do ucha, czasem o wiele ciekawiej i dokładniej niż sami byśmy to zrobili. W dodatku pozwala wykorzystać każdą chwilę, szczególnie przeznaczoną na czynności powtarzalne. Każdego dnia, na własnych uszach, przekonuję się jak audiobook umila odkurzanie, zmywanie czy drogę do pracy i marsz między przystankami komunikacji miejskiej. A przy tym skutecznie chroni przed fałszywym refrenem: nic nie czytam, zarobiony jestem.

          Tych zaś, którzy wypalą argumentem o wysokiej cenie książki odsyłam do bibliotek miejskich, które mają już środki na zakup nowości. A jeśli dalej uważają, że z powodu ceny znajduje się ona na szarym końcu listy potrzeb, odwołam do ich własnego sumienia. Niech staną w prawdzie i powiedzą sobie w twarz, ile kasy wywalają każdego tygodnia na modne chwilowo pierdoły, piwo, lody, kebab, papierochy, nadmiar żarcia, które ostatecznie wyrzucą, pięćdziesiątą pomadkę i lakier do paznokci, którego nigdy nie zużyją oraz na wiele innych gadżetów, bez których doskonale się obchodzą. Wówczas może się okazać, że zabrakłoby miejsca w domu na książki kupione z takich oszczędności, a obdarowani sąsiedzi mogliby na tym skorzystać i zacieśnić więzi.  

               Nie, nie zamierzam zachęcać nikogo do czytania, namawiam tylko niektórych do uczciwego powiedzenia sobie: dobrze mi z nieczytaniem. Ale o czym ja tu? Wiem, pojechałem za daleko, bo na tych łamach przekonuję przekonanych. Wedle badania poziomu czytelnictwa o wiele za dużo tu napisałem jak na możliwości nieczytającego Polaka, więc i tak do końca tekstu dobrnie tylko ktoś z tych ostatnich 37% kochających drukowane, zatem wybaczcie, że nie do Was piję, choć bardzo Was sobie cenię.
Print Friendly and PDF