Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kultura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kultura. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 listopada 2023

Krzyk sracza

 - Jesteś dziś w pracy? 

- Jestem.

- A przed chwilą byłem u ciebie, odbiłem się od drzwi!

- Przecież przykleiłam kartkę: „jestem na spotkaniu, będę o godz. 10.00”.

- Ale ja nie czytam takich rzeczy.

- Innych do czytania tam nie było!

    Autentyczny dialog biurowy przypomniał mi się akurat w służbowej toalecie, o czym zaraz. Najpierw refleksja w sprawie pewnego paradoksu, jaki obserwuję od dłuższego czasu, choć niekoniecznie w kibelku. Coraz częściej do głosu dochodzi swoista paranoja. Im silniej oplata nas sieć artkułów, komentarzy, książek, dialogów, wywiadów, reportaży, mejli, hejtów, nagłówków, apeli wszelkiej maści, tym mocniej działa moda na nieczytanie, pomijanie, olewanie nadawcy wraz z jego intencją, z wymuszaniem ignorancją powtórzenia komunikatu w formie ustnej, choćby przez telefon. Mamy zatem do czynienia z…? Wzrastającym egocentryzmem nadawców, tłukących w klawisze sobie a muzom? Wzbierającą falą drukowstrętu, jeśli słowa są cudze? Nieuchronnie odnoszę wrażenie, że poziom nieporozumienia między ludźmi wzrasta proporcjonalnie do rozwoju technologii cyfrowych. Przekroczyliśmy próg komunikacyjnej niemocy, wówczas, gdy wszelkie narzędzia usiłują porozumienie uprościć i uczynić skutecznym. Może potrzeba odbioru ustąpiła pod naporem nadawania? Nawet kosztem odbijania się od zamkniętych drzwi, a więc z nieuchronną stratą czasu, gdy bliźni („bliźnia” jako feminatyw?) próbował/ła ostrzegać wieszając kartkę? 

    Ale nie ma co wyważać otwartych drzwi. Zbyt często pisałem, z jak cudowną nonszalancją ludzkość rezygnuje dziś z użycia intelektu, języka, kultury i szacunku do drugiego, wyrzucając co się da na śmietnik z napisem „wolność”, a tam pompatyczne odniesienia do wartości nie podlegają nawet recyklingowi. 

    Dlaczego zatem dziś o tym? Bo dotarłem wreszcie do toalety. I już byłem gotów rozsiąść się – jak na świątynię dumania przystało (jaka epoka, taka świątynia) – nawet odpalić w telefonie niedoczytany felieton z nowego numeru „Tygodnika Powszechnego”, gdy zderzyłem się z dokonaniem anonimowego akrobaty. Przeżyłem pół wieku i za każdym razem zachodzę w głowę, jak można nasrać na deskę nie zostawiając śladów bieżnika na tejże? Przecież atawistyczna i prozdrowotna pozycja „na Małysza” nie unieważnia praw grawitacji! Zatem wodowany uboot powinien opuścić dupsko, bez otarcia siedziska. Widać cyrkowiec potrafił nie tylko pokonać grawitację, ale równie skutecznie przegonić mnie do sąsiedniej kabiny. I tu nie obeszło się bez zderzenia, choć tym razem z widokiem prawidłowo zwodowanego okrętu Kriegsmarine, który z sobie wiadomych powodów nie odpłynął kursem wyznaczonym przez kanalizację, mimo solidnego strumienia ze spłuczki.

    Gówniany temat poruszam nie tylko dlatego, że to trzecia dekada XXI wieku, a toaleta jednak nie dworcowa, raczej powiedzielibyśmy korytarzowa. Używana przez zamknięty krąg ludzi pracujących rzekomo głową. Życie wprowadza korektę i pokazuje, że od głowy do dupy niektórzy mają za daleko. Ale innym na sercu leży misja edukacyjna, niezmącona praca u podstaw i to z uporem godnym lepszej sprawy. Tym razem grube cygaro dryfowało w toalecie, na której drzwiach wybrzmiewał wielkim Arialem proszący napis: „Nie zostawiaj po sobie niespodzianek! Obejrzyj się i sprawdź, czy zadbałeś o czystość i komfort innych użytkowników sedesu”. Czyli egoizm tym razem maltretował zapęd nauczycielski nadawcy. Gównomiot pozbył się ciężaru trawienia i w oswobodzony zad wprowadził misjonarza czystości wraz z jego odźwiernym apelem. Byłem tak wzruszony przekonaniem nadawcy o mocy słowa pisanego i niegasnącą wiarą w przemianę bydlaka w człowieka, że uczciłem to minutami bez lektury, a wychodząc z kabiny dwa razy obejrzałem się za siebie i odruchowo docisnąłem taśmę klejącą z wezwaniem do czystości. 

    Gdy jakiś czas później, podczas czatowania ze znajomą, zastanawiałem się, dlaczego apele pojawiające się w męskich toaletach biurowych, urzędowych, przychodnianych i akademickich są tak bezskuteczne i nie wpływają na mentalność buraka, ta szybko wyprowadziła mnie z błędu. Prostą fotografią ze znanej sobie toalety przekonała, że damskie epatują znacznie dłuższym orędziem, równie bezowocnym, jakby na przekór powszechnemu przekonaniu, że dziewczynkom bez trudu przychodzi utrzymanie porządku, o wiele naturalniej niż wstrętnym chłopaczyskom. Na fotografii, tonem litanii błagalnej albo regulaminu więziennego, stało: 1) sprzątaj fusy po kawie i herbacie z podłogi, 2) nie zostawiaj brudnych naczyń w umywalce na dzień cały, 3) ręczniki wrzucaj bezpośrednio do kosza, inaczej nie dowiesz się po co tam stoi, 4) tam też niech lądują Twoje tampony i podpaski, koniecznie zawinięte w jeszcze jeden ręcznik. 5) Celuj trafnie do toalety, jeśli przez podobne Tobie brzydzisz się usiąść. 6) Nie wyznaczaj drogi ewakuacji rozwiniętym papierem toaletowym, wszystkie znamy jedynie słuszny kierunek, 7) nie złamiesz paznokcia spuszczając wodę, uwierz praktykującym!, 8) Na wszelki wypadek obejrzyj się za siebie i zaufaj szczotce, jest oswojona i nie gryzie!”. 

    Zdałoby się, że dorośli ludzie, w zderzeniu z oczywistością w podstawowym wymiarze życia społecznego, nie potrzebują takich wystąpień, mniej lub bardziej ironicznych, twórczych, złośliwych, sięgających po każdy oręż w desperackich próbach dostosowania człowieczeństwa do epoki lotów w kosmos. A tymczasem i tezy przybite gwoździem nie mają siły wyciągania mentalności ze sławojki za stodołą i nie ochronią nas przed zasraną deską. Gdzież jest przyczyna, a gdzie skutek? Jako dyżurny dzielący włos na czworo, zostawię to pytanie bez odpowiedzi, bo zwyczajnie jej nie znam. Domniemywać mogę, że to jeszcze jeden z podziałów naszego społeczeństwa. Tu już nie tylko obowiązuje ten żelazny na suwerena i resztę, co stoi tam, gdzie ZOMO, na lemingów i patriotów, lewaków, prawaków i liberałów, proeuropejskich i faszystów, analfabetów i piśmiennych, moherowych, zielonych i obrońców kobiet. Tu jest sedno podziału na tych, którym zależy na jakości życia w społeczeństwie cywilizowanym i przyjaznym otoczeniu oraz tych, dla których liczy się koniec własnego nosa, a jemu nie przeszkadza swojski smrodek i zaistnienie skuteczniejsze niż tik-tok gwarantuje.


niedziela, 8 stycznia 2023

Smutki i uniesienia

Nieustająca szarość, wzmożona przez nadmiar ciemności za oknem, ma swoje prawa. Bezlitośnie pozbawia woli życia i działania, szczególnie, gdy 
dzień spędza się za biurkiem, bez możliwości oglądania skąpych dawek światła. Uznałem, że prześpię się po obiedzie, przez co nie nadwyrężę po raz kolejny cierpliwości żony odmową i w końcu ruszymy do kina.
    Zapowiedź filmu Piękny poranek Mii Hansen-Løve brzmiała nieźle, przynajmniej z punktu widzenia małżonki. Przyznam szczerze, szukałem motywacji, bo dotąd nie znajdowałem jej w sobie aż tyle, by zmierzyć się z dziełem francusko-niemieckiej produkcji. Zwłaszcza, że spotkanie z melodramatem, jako gatunkiem, plasuje się na szarym końcu moich potrzeb kinomana. W obawie o zarzut, że oglądamy tylko filmy przeze mnie wybrane, przekonywałem się do kompromisu z uporem godnym lepszej sprawy. Kolejny argument, że od czasu do czasu dobrze jest wyrwać małżonkę z serialowych macek Netflixa dodawał tylko trochę animuszu. A jaka korzyść z tego dla mnie? Fakt, zbyt rzadko towarzyszą nam fabuły traktujące o codzienności, opowieści z życia pojedynczych ludzi, którzy mierzą się z własnym bytem bez fajerwerków, daleko w tle pozostawiając sprawy kryzysu klimatycznego, LGBT, cen paliw, inflacji oraz toczonych aktualnie wojen i wojenek. Z tyłu głowy dobijała się myśl, że przecież mam kłopot z kinem tworzonym przez kobiety, podobnie zresztą jak z literaturą, może więc i z tego powodu warto przełamać uprzedzenia. No i czego się nie robi dla towarzyszki życia, gdy pośród nadmiaru obowiązków tak mało umykamy wspólnie codzienności. 
    Choć Piękny poranek ma ambicję pokazać dramat zwykłości, jest to wyzwanie szczególne w kinie naszych czasów, nastawionym na szarpnięcie widzem, zysk i rozgłos. Zwłaszcza, że epoka silnego przebodźcowania nie znosi prób wyciszania. Dziś kino musi dźgać oczy stroboskopami, budzić rechot, rzucać na glebę mocą wszechwładnej komputeryzacji, trzymać tempo, wybuchać i lać krwią jak z pękniętej rury.
    Tymczasem tu kameralnie, cicho, wąskie uliczki Paryża i równie klaustrofobiczne pokoje w kamienicach, przez co widz ma poczucie wtargnięcia w strefę intymną bohaterów. Fabuła też nie grzeszy nadmiarem zdarzeń. Sandra, młoda wdowa wychowująca samotnie córkę, zawodowo tłumaczka symultaniczna, zajmuje się chorym ojcem. Nie robi tego sama, wspomaga ją siostra, a także ekscentryczna matka, jest jeszcze kobieta, którą ojciec kocha. A jednak to ta córka jest główną postacią filmu. Léa Seydoux gra Sandrę bardzo oszczędnie. Pojawia się na ekranie jako zwykła dziewczyna z sąsiedztwa, w prostej bluzie, dżinsach, niemal pozbawiona makijażu, z chłopięcą fryzurą. Zupełnie nie porywa i nie przyprawia o męskie westchnienie. W jej twarzy dominuje mieszanina obawy, zmęczenia i rezygnacji, z nutą znużenia codziennością, która zawładnęła jej życiem wbrew woli. Jest zabiegana pomiędzy opieką nad córką a wizytami u ojca. Jego system nerwowy podlega nieustannej degradacji i z nauczyciela filozofii, kochającego czytanie – praktycznie z dnia na dzień – staje się coraz mniej samodzielnym człowiekiem. Pragnieniem Sandry staje się umieszczenie rodzica w jak najlepszym domu opieki, co jest trudne przy jego uniwersyteckiej emeryturze. Marne to dla nas pocieszenie, że nawet we Francji, kraju jakże docenionej kultury wysokiej i jeszcze większego wskaźnika czytelnictwa, nie ceni się zbyt wysoko humanistów. Dramat niemocy i burzenia ładu przeżywa cała rodzina profesora, skoro dostępne są tylko miejsca w domach o zbyt niskim – według mniemania bliskich – standardzie. Sandra stara się to nadrabiać częstymi wizytami u ojca, czułością, chłodną tkliwością, dyskusjami o muzyce poważnej i jazzie. Porusza się sprawnie w kręgu codzienności, nie ma czasu na koncentrowanie uwagi na własnych potrzebach i być może ten brak możliwości rozważania własnej sytuacji egzystencjalnej popycha kobietę w dosyć przypadkowy romans.
Pewnego dnia zjawia się w jej życiu Clement. To dawny znajomy, kosmochemik, przystojny i szarmancki. Kolejne spotkania budują między nimi postępującą gwałtownie bliskość, a stąd już krok do pożądania rozbuchanego między ciałami życiowych rozbitków. Tu dopiero, w scenach intymnych, światło wydobywa z Sandry piękno kobiecości zamkniętej dotąd w codziennych ciuchach.
    Nie jest to jednak droga do spełnionej miłości. Kobieta wkracza raczej na wyboistą ścieżkę uczucia, gdyż Clement ma żonę i syna. Mimo wszystko brnie w jedyną odskocznię, jaką oferuje los. Szuka wsparcia i jednocześnie ma świadomość porażki. Co prawda nie układa się między kochankiem a jego małżonką, ale nie potrafi od niej odejść, czuje się zbyt odpowiedzialny za rodzinę. A Sandra? Oczywiście Clement kocha ją, ciągle raniąc odchodzeniem i powrotami. Kobieta chętnie mu to wypomina, po czym ociera łzy przy drzwiach, które zamykają się za mężczyzną powracającym na łono rodziny i nigdy nie wiemy, czy aby nie bezpowrotnie. 
    I tu wracam do początku. Mam dylemat z tym filmem, mam dylemat z twórczością kobiet. Może już nie umiem odbierać narracji o codzienności, bo ze swoją mam wystarczająco dużo kłopotu. Może za duża dawka kobiecych uczuć, rozedrganych emocji, wrażeń, przejść z jednego stanu w drugi, przerasta pojemność męskiej natury, ustawionej raczej zadaniowo. Może jednak nie rozumiem po co są takie historie? O czym opowiedziała Mia Hansen-Løve? Że ktoś umiera, że ktoś kocha, że nie ma już domu, nie ma człowieka, którego pasją były książki, ale jeszcze jest gdzieś miejsce na egzemplarze Heideggera, Szekspira i Goethego? Że tak niewiele zostaje trwałego śladu po człowieku, choćby najgłębszej pasji poświęcił życie? Bo uczucia można przecież przenieść na tego, który od nowa da wsparcie, poczucie bliskości, czułość, choć niekoniecznie bezpieczeństwo? No i może da nadzieję? W przyszłości nie pozwoli odchodzić w poniżeniu przez chorobę odbierającą godność. Że zawsze pragniemy kogoś, kto wesprze w przechodzeniu na drugą stronę bytu?
    Wszystko to być może. Szczególnie, że obraz ten ma właściwość, której nie sposób mu odmówić. Tli się w nim kameralna i wyciszona opowieść w pastelowych barwach o końcu i nowym początku, z miejscem na zaskoczenie tam, gdzie wszystko wydaje się płynąć po orbicie znanych i powtarzalnych zdarzeń. Dążenie zaś do osiągnięcia równowagi za wszelką cenę jest możliwe i dzięki temu dramat nie musi być dołujący, co w finale zdaje się przywodzić na myśl cudowna panorama Paryża zatopionego w słońcu.

wtorek, 18 października 2022

Osiołek dojeżdżający

Długo zmagałem się z decyzją. Nie miałem pewności, czy potrzebuję jeszcze jednego obrazu z tezą. Z recenzji, zapowiedzi i notatek w prasie jasno wynikało, że mistrz Skolimowski postanowił szarpnąć czulszą strunę widowni. Wyczuwając doskonale puls epoki sięgnął po dramat zwierząt, traktowanych przez homo tak bezczelnie, jakby mu do sapiens jeszcze dalej było. Gdzieś pod deklem, a może w dno czaszki od spodu, dobijała mi się podświadomość i wyrzucała, że tak naprawdę nie o tezę tu idzie, ani modny temat. Zwyczajnie nie myślę mierzyć się z dołem, który niechybnie wygrzebie ten seans. Po co mi jeszcze jeden? Mało tych z powodu wojny w Ukrainie? Nie wystarczy wykopów cynizmu i okopów prostackiej pazerności dłubanych przez przedstawicieli władzy u stóp ogłupionego ludu? Potrzebny dodatkowy? Artystyczny? Tym bardziej, że nie  będzie stanowić żadnego fundamentu pod trwałą budowlę. I choć przekora rzucała promień nadziei, że jednak mogę się mylić i trzeba dać szansę, nie zawiodłem się. Wylazłem z kina z potrzebą klina, że pociągnę z częstochowska, a smutek do dziś trzyma, tydzień od projekcji. Może dlatego cenię kino autorskie? Nie spływa jednym, płaskim "szacun".

Film „IO” zaczyna się dość przewrotnie. Osiołek ma swoją opiekunkę, która bardzo go kocha, jest czuła do przesady, choć łączy ich tylko cyrk. Nawet, jeśli codzienność nie jawi się dla zwierzęcia nazbyt kolorowo, a na utrzymanie trzeba zapracować, także jako zwierzę pociągowe w duecie z ponurym woźnicą, czuje się bezpiecznie. Jest otoczone opieką i odwzajemnia miłość jak umie. Jednak los nie szczędzi mu ironii, i przypędza pod cyrk wyzwolicieli. Przeciwnicy wykorzystywania braci mniejszych w cyrku paradoksalnie skazują osła na wygnanie, czym na dobre zapewnią tułaczkę i niepewność, drogę krzyżową czworonoga na miarę czasów. Idzie bezwolny i pogodzony tam, gdzie droga prowadzi lub kolejni przypadkowi ludzie go powiodą. Do pewnego momentu nawet się nie buntuje. Gdy trafi do ośrodka dla dzieci wymagających specyficznej terapii, jeszcze raz pojawi się na chwilę opiekunka z cyrku, cierpiąca wymownie z powodu utraty kochanego zwierzęcia, przypomni czym jest ciepło dłoni kochającej osoby. Niestety, dziewczyna jest zupełnie bezradna, zbyt zagubiona i słaba, by zapewnić powrót do znanej i zapamiętanej normalności.

W tułaczce przez Europę Io trafia na zwierzęta z różnych powodów skazane na towarzystwo człowieka i to w wielu jego odcieniach, najczęściej dosyć mrocznych. Konie arabskie, którym można pozazdrościć rumakowania z pozycji zwierzęcia użytkowego, zamkniętego w przyczepie, okrutnie traktowane zwierzęta futerkowe w fermie i te hodowane na mięso, katowane w transporcie, ale obok także zwierzęta leśne, do których się strzela dla rozrywki. W scenerii nieprzejrzanej nocy i horroru, pojawiają się wilki, lis, sowa. W otoczeniu tak ponurym, że nie powstydziliby się go bracia Grimm, Io zachowuje neutralność wobec fauny. Ona w żaden sposób mu nie zagraża, może szerzej otwiera oczy ze zdumienia. Tylko ludzie niosą niepewne, wywierają wpływ na kruche życie, które ociera się o śmierć w ramach zabaw i gier niekoniecznie pożytecznych troglodytów od piłki nożnej. 

    Człowiek w obrazie Skolimowskiego pojawia się dosyć przypadkowo, niby figury współczesności w różnych jej odsłonach. Choć ludzie występują w scenkach ze sobą niepowiązanych, także są jakoś pokiereszowani. Nie zaznają tu spełnienia, zatrzymania, pewności, bo to ciągle kino drogi. Osadzeni we własnych etapach podróży przez życie, ale też w porażkach, osaczeni przez role i sytuacje, w jakich się znaleźli. Jakby wszystkie istoty łączyło to, że są chwilowym bytem, wkładem do maszyny, która mieli i popycha ku utracie, a z chwilowego dramatu jednostek ludzkich czy zwierzęcych, wychodzi masa bez czucia i znaczenia, która stanie się nawozem historii, ponad podziałem na zjadaczy i zjadanych.   

Jeśli coś udało się Skolimowskiemu ująć w sposób nieoczywisty, osiąga to przez formę filmu. Wędrówka zwierzęcia, jako bohatera głównego, pozwala uniknąć przegadania, tu nikt nie plecie mądrości ani komunałów. Wystarczy obraz świata we fragmentach, wariacje chaosu i bezsensu w pędzie ku nicości. Obraz drogi, wzmocniony porażającymi efektami stroboskopowych świateł i dynamiczną, rozrywającą uszy muzyką, nie pozostawia wątpliwości i nie ma w nim miejsca na nadzieję. To rzeczywistość, z której bardzo chce się uciec, choć nie ma dokąd. Osacza i dopada, jak kierowcę transportującego zwierzęta do rzeźni, za co płaci cenę wysoką nie tylko dla niego. Przecież i zwierzęta trafią pod nóż. 

Tylko na moment twórcy "IO" dają odpocząć widzowi. Choć w rzymskiej willi też nie ma spokoju, skoro bogata i sfrustrowana dama tłucze talerze na oczach swojego pasierba księdza, tu jest wielki ogród wokół budynku, tchnie idyllą. Tu nasz czworonożny bohater z pewnością mógłby zostać. Znaleźć ocalenie i zaprzestać dalszej wędrówki. Coś jednak każe iść dalej. Niezrozumiały nakaz, wola? Imperatyw poszukiwań albo zwyczajny ośli upór. Niczego się nie nauczył? I już nie nauczy, bo wybiera drogę zwierząt hodowlanych, które skończą jako skóry lub kiełbasa albo jedno i drugie. 

Jest w tym filmie długa scena okrutna tak dalece, że budzi bezsilną wściekłość, to kadry z lisami w klatkach. Przeraża mocne utożsamienie z bezradnością i złością na moment przed unicestwieniem. Tu nawet Io traci cierpliwość i uruchamia agresję. Ta scena wyszła ze mną z kina i będzie przygniatać wielkim krzykiem niemocy, wiem, ale nic z tym nie zrobię. Przecież to jeszcze jeden obraz, który przekonuje dawno przekonanych. Nie wzruszą się nim właściciele przemysłowych hodowli zwierząt, rzeźni i masarni, ani kuśnierze, bo nie oni stanowią festiwalową publiczność. Nie szukają w refleksji w kinie autorskim, sączą najwyżej streamingowe tasiemce. Tymczasem zdjęcia przy klatkach, unaoczniające trwogę lisów, ich miotanie się po zamkniętej przestrzeni, z premedytacją trwają tak długo i dają poczucie autoironii, podkreślają, że ten film, to jednak wielkie bezradne gówno, które nic nie wniesie, poza nominacją do Oscara. Nie oszczędzi kolejnych zwierząt tak absurdalnie katowanych dla zaspokojenia ludzkiej pazerności, pychy i próżności, także artystycznej.

poniedziałek, 20 czerwca 2022

Koniec i bomba

W jednym z zaległych numerów „Tygodnika Powszechnego” (nr 21/2022) natknąłem się na rozmowę z popularnym pisarzem średnich lotów, Łukaszem Orbitowskim. Nie było w niej nic porywającego, ale stała się pretekstem do zmierzenia się z najnowszą jego powieścią: "Chodź ze mną". Fabułka to prosta, więc nie będę wysilał się, ani spoilował. Przytoczę streszczenie ze strony Empiku, żeby nie było na mnie: Rok 1958. Helena, dwudziestoletnia studentka stomatologii z Gdyni, zakochuje się w sowieckim kapitanie niszczyciela. Kola jest starszy i żonaty. Niemożliwa miłość w Polsce Ludowej zmusza ich do brawurowej ucieczki do Szwecji. Wyruszając w podróż ku szczęściu, nie znają ceny jaką zapłacą za wspólne życie. Czy odnajdą bezpieczną przystań?
Rok 2017. Czterdziestotrzyletni Dustin, kucharz i syn Heleny, po raz pierwszy słyszy od matki opowieść o ucieczce i ojcu, którego nigdy nie poznał. Musi się skonfrontować ze swoim pochodzeniem, prawdą o przeszłości Heleny oraz własnym narastającym szaleństwem. 

Historia miłości niemożliwej, wzmocniona przez wątek relacji matka – syn, nieznany ojciec, który zaaplikował z pewnością jakiś gen, którego warto w sobie poszukać? Wszystko to brzmi wystarczająco barwnie, by rzucić w się w nurt narracji. Nie wiem, skąd u autora potrzeba grzebania się w odległej dosyć historii PRL-u. Zakładać mogę jeden z powszechnych czynników: współczesność, przepełniona newsami unieważnianymi przez kolejne, nie daje większych inspiracji, jeśli jakiekolwiek. Trudno znaleźć sensowne zakamarki, skwery i ulice, po których przetoczy się zwierciadło naszej epoki i ocaleje między rozpędzonymi hulajnogami i rowerami śmigającymi przed maską, na czerwonym. Nie zdąży odbić nic, co będzie warte uwagi, choćby przez dwieście stron. 

Znałem dokonania laureata Paszportu Polityki (2015) z wcześniejszych jego produkcji, więc uznałem, że mimo wszystko szkoda czasu na ślęczenie w druku. Dzieło z pewnością dupy nie urwie, podobnie jak poprzednie, ale nadzieja umiera ostatnia. Zawsze może coś wnieść, jakiś powiew świeżości na wydawniczym rynku, zapchanym romansem i kryminałem z wymiotem celebryty w tle, przetykanym rzecz jasna twórczym zmaganiem szacownej noblistki, póki hurtownik i dystrybutor o niej pamięta. 

Uznałem, że więcej przyjemności dostarczy historia słuchana w samochodzie, podczas sprzątania czy w drodze do pracy i z powrotem, z buta. Zwłaszcza, że lektorem okazał się Wojciech Mecwaldowski, który mocno ratuje tę powieść brawurowym zaiste wykonaniem. Prawdę powiedziawszy mogłaby być sprzedawana tylko w tej formie, napisana jak z premedytacją, pod tego aktora. Szczególnie, jeśli chodzi o język; prosty, niestroniący od kolokwializmów, rytmiczny, barwnie utkany wulgaryzmami i niebanalnie nadziany bon motami jak dobra kasza skwarkami, że zaczerpnę z klasyka rodzimego kina. I tu chwała Orbitowskiemu. A któż bardziej wiarygodnie wypadnie w takiej roli niż Mecwaldowski Wojciech? Szczególnie oddający postać prostego kucharza Dastina, chłopaka po zawodówce, o niełatwej przeszłości, który zamarzył sobie knajpkę z mięsem, na przekór epoce vege. 

Nie, moi Państwo, nie myślę bawić się w krytykę literacką, nie moja to broszka, ani powołanie. Zresztą, nie czuję się kompetentny, żeby oceniać jakąkolwiek powieść. Czemu zatem poświęcam czas i Waszą uwagę? Jest tu pewna strategia autorska, która skłoniła mnie do zatrzymania. Narrację, z gruntu obyczajową, Orbitowski kończy zabiegiem modnym raczej wśród twórców kryminałów. To oni składają rozliczne podziękowania, gdy chcą uwiarygodnić opowiedzianą historię i nadać jej rys profesjonalizmu, szczególnie w budowaniu tła, miejsc zdarzeń, metod śledczych, zagadnień medycyny sądowej, psychologii sprawcy i wykorzystanej wiedzy z poszczególnych dziedzin. Tymczasem autor „Chodź ze mną” usprawiedliwia swój ruch w sposób tyleż prawy, co przewrotny: Żadnej książki nie pisze się samemu. Często powtarzam to zdanie i jestem coraz bardziej przekonany, co do jego słuszności. Dawno temu, gdy zaczynałem przygodę z literaturą, uważałem, że potrafię napisać niemal wszystko w pełni samodzielnie. Dziś wiem, że droga twórcza polega na odkrywaniu i akceptowaniu własnych ograniczeń, a także na czerpaniu nie z siebie, lecz ze świata, z losów drugiego człowieka. 

Im dalej brnąłem w rozbudowane podziękowania za pomoc w stworzeniu omawianej książki, tym mocniej znikał mi twórca, a pozostawała jego medialna szlachetność. Nie tylko przyznał się do żerowania na innych historiach, ale pięknie wspomniał, o kim tylko się dało. I tak czytelnik dowiedział się, że „Chodź ze mną” jest bardzo luźno inspirowane historią kapitana Nikołaja Artamonowa i Ewy Góry. Byli zupełnie innymi ludźmi niż Helena i Kola, ale rzeczywiście uciekli motorówką do Szwecji, a potem wyjechali do Ameryki. On zginął w Wiedniu, ona po jego śmierci ułożyła sobie życie… po tych słowach autor przytacza tytuł książkowego reportażu, który powstał przy współpracy z rzeczywistą Ewą, a który on „twórczo” wykorzystał. Patrzmy dalej, zima 1959, tajemniczy obiekt ląduje w basenie portowym w Gdyni, prasa pisała o UFO, pojawiły się plotki o kosmicie, to bach, podziękujmy zainteresowanym grzebaczom, fanom tajemnic nieziemskich. Malowniczy folklor uliczny w postaci Zorro, który jeździł na rowerze po Gdyni i śpiewał w latach 60? Ciach go w powieść. Pan Łukasz nie zapomni o wdzięczności wobec pary stomatologów, za dzielenie się wspomnieniami, jakże pomocnych przy opisie pracy bohaterki Heleny. Prowadzenie restauracji przygotowującej mięso? Nie ma pojęcia bidulek? Znajdzie życzliwego knajpiarza, który zdradzi arkana i uwiarygodni bohatera, podobnie jak znawca noży do obróbki zwierzęcych zwłok. Znalazł się zawodowy żołnierz, który opowiedział barwnie o wojsku i pojedynku na harpuny? Inny przywołał pieśń szlifowanej siekiery? Czemu nie wrzucić tego między wersy? Tylko podziękować trzeba. Zaraz, ale radziecki kapitan musi mówić po rosyjsku! Żaden tam tłumacz Google, z pomocą przybędzie babka do tłumaczenia, podziękujmy i jej. Przewodnik po Gdyni głębokiego PRL-u? Są fani i wielbiciele miasta, już galopują z pomocą, wdzięczność ogromna. Tropy? Korygowanie błędów topograficznych, konieczność weryfikowania informacji? Nie ma sprawy, załatwią wielbiciele miejskich historii. Dwaj chłopcy w domu, utrudniający autorowi  pisanie w czasie pandemii? Zróbmy z nich pożytek, złożą się na jednego Olafa, synka bohatera. Do tego dorzućmy inspiracje powieścią „Obietnica poranka” Romaina Gary, o relacjach matka-syn i jesteśmy w domu. Wypada usprawiedliwić długą listę podziękowań i obnażyć swój warsztacik zszywacza patchworków cudzych działań. 

    Nawet to rozumiem, trzeba być na topie, książkę wypuścić raz na dwa lata maks, bo rynek zapomni o autorze! A mógł nie dziękować, wykorzystać i rzucić, nie rzucił, pochylił się nad cudzym trudem z szacunkiem! Chwała mu za to. Tylko czemu odbiera czytelnikowi radość przebywania w świecie przedstawionym? Gdy już uległem iluzji sprzedanej opowieści, autor ciągnie mi Gombrowiczem po uszach: Koniec i bomba, kto czytał ten trąba.

piątek, 24 lipca 2020

Kieślowski na dziś

❖Kliknij, żeby posłuchać tekstu w interpretacji autora❖

Nigdy nie byłem fanem kina Krzysztofa Kieślowskiego, co wielokrotnie stanowiło powód do niepokoju. Guru polskich twórców i krytyki, kariera na Zachodzie, nagrody festiwalowe, a we mnie poczucie, że nie czuję, nie rozumiem. Może nie dorastam, może za bardzo rozjeżdżam się między jego realizmem a światem alternatywnym? Nie doskakuję do zbyt wysoko zawieszonej poprzeczki stylu albo złożoności przedstawionego świata. Nie podzielam metafizycznej gry z rzeczywistością? Różnica wrażliwości? To czasem powraca i nurtuje, gdy trafiam na jeden z tytułów w sieci i oglądam od nowa, jak ostatnio „Bez końca”(1984), ze świetną rolą Szapołowskiej i Radziwiłowicza. Wtedy wzmacnia się wrażenie, że dla dzisiejszego widza to kino jest być może nie tylko mało czytelne, ale dodatkowo rozwleczone, przekombinowane, także kolorystycznie i klimatycznie. 

    Czasem mam wrażenie, że o mojej prywatnej barierze zadecydował początkowy kontakt z dziełem. Byłem za młody na zaczynanie od słynnych dokumentów. Dopiero się urodziłem, gdy powstał film „Z miasta Łodzi”, a gdy publiczność obejrzeć mogła telewizyjną fabułę „Personel”, miałem ledwie sześć lat. Pierwszy świadomy kontakt z kinem Kieślowskiego, to „Krótki film o zabijaniu”. Jako dziewiętnastolatek siedziałem w DKF-ie, a po projekcji wracałem w ponury listopadowy wieczór, brukowaną ulicą, pogrążoną w zimnym deszczu, co zdecydowanie wzmocniło odbiór i przygnębiającą wymowę dzieła zatopionego w mdłych zieleniach. Wtedy nie miałem pojęcia, że był to świadomy zabieg artystyczny, a nie wadliwa kopia. Dowiedziałem się o tym dopiero teraz, czytając „Autobiografię”.
    Stała na półce niemal osiem lat. Dziwna to pozycja, gdy tytuł zakłada świadome pisanie o sobie, a wewnątrz odkrywamy rzecz nieco sztuczną, ale przez to oryginalną. Autor, co prawda mówi o życiu i dokonywanych wyborach, ale w wywiadach udzielanych zachodniej prasie, które opracowała Danuta Stok i ułożyła w książkę. Jej ramy czasowe zamykają się około roku 1993, czyli na trzy lata przed przedwczesną śmiercią reżysera i są jego próbą opowiedzenia o tamtej Polsce z perspektywy pracy nad filmem. Ale także próbą określenia drogi twórczej, wcale nie tak pewnej i barwnej. Czytając z ciekawością wspomnienia z planów, którym towarzyszy relacja dotykająca wątpliwości osobistych, zmagań o kształt poszczególnych dzieł, szukałem czegoś, co obroni się w naszym czasie marnym. Czegoś w rodzaju przesłania? Proroctwa? Ponadczasowej diagnozy czy roli filmu jako sztuki. Chyba nie ma tego wiele, ale na pewno zainspirowały niektóre wypowiedzi, przynajmniej dwie. Pierwsza z nich dotyczy istnienia różnego rodzaju cenzur: To, że mieliśmy w Polsce cenzurę – nieźle nawet funkcjonującą, chociaż nie tak bardzo inteligentną, jak by mogła być – wcale nie oznaczało zupełnego ograniczenia wolności. W sumie mimo tych wszystkich ograniczeń można było wtedy zrobić filmy łatwiej niż na Zachodzie. Cenzura ekonomiczna, która funkcjonuje na Zachodzie od lat i prawdopodobnie będzie funkcjonowała coraz lepiej, dużo bardziej ogranicza niż cenzura polityczna. Cenzura ekonomiczna to znaczy cenzura ludzi, którzy myślą, że wiedzą, czego widz chce. W tej chwili w Polsce pojawiła się dokładnie taka sama cenzura, jaka jest na Zachodzie, tyle tylko że ta polska jest na razie kompletnie niefachowa, amatorska. Producenci czy dystrybutorzy nie zawsze są w stanie rozpoznać widza.

Kieślowski jest bardzo delikatny w ocenie producentów i dystrybutorów, co jest zrozumiałe, zważywszy, że powyższe słowa dotyczą kina wczesnych lat 90. Nie mógł docenić faktu, jak bardzo rzeczeni propagatorzy filmu nabiorą później rozpędu, by przypodobać się masowym gustom, sprowadzając sztukę filmową do jarmarcznej. Jak będą prześcigać się w produkcji brei powstałej z mieszania stereotypów i banału, oprawionych w rechot, a rżniętych grubo pod publisię z pepsi i naczosem w garści, byle dudków przybywało. Ciekaw jestem, co powiedziałby wybitny reżyser, gdyby wszedł do kina na „Listy do M.” tudzież na „Wyjazd integracyjny”, „Lejdis”, „Gulczas”, „Testosteron”, czy ostatnio „Zenek. Miłość, zabawa, disco polo”? Mówiąc najdelikatniej, dobrze, że nie było mu dane. Chore serce raczej zareagowałoby niespokojnie na widok tego, czym faszerują widza spalarnie kukurydzy, szumnie zwane multipleksami. Co miałby do powiedzenia na temat odbiorcy szukającego kina artystycznego, zepchniętego do niszy jednorazowych projekcji festiwalowych, klubowych, gdzie coraz trudniej o produkcje z ambicją artystyczną, bo dystrybutorzy rzadko są nią zainteresowani. Z powodu cenzury ekonomicznej też, choć od jakiegoś czasu znowu politycznej lub ideologicznej. 

    Czas na stare pytanie: co jest tu pierwsze, jajo czy kura? Masowe gusta wzywają producentów do odmóżdżenia na życzenie, czy też ci ostatni kształtują tak głód infantylizmu, by najłatwiej utłuc grube miliony i pieprzyć sztukę? Właśnie dlatego, z powodu ekonomii, ten rodzaj cenzury sieje większe spustoszenie niż cała jej polityczna odmiana, z haniebnym gloryfikowaniem ideologii prawicowej, lewicowej czy liberalnej, to bez znaczenia. Mechanizm jest ten sam, oparty na zabijaniu samodzielnego myślenia w zarodku. Tu zwyczajnie, kto nie z nami, ten przeciwko, a trzeciej drogi nie ma. To tak, jakby cenzurować działania na rzecz bycia lepszym, sprawniejszym, rozwiniętym i zmuszać do panowania sterowalnej ciemnoty i zabobonu z pełną premedytacją, dla zysku tej czy innej korporacji. Ale przyczyn tego stanu rzeczy, jak się wydaje, trzeba szukać w niszczeniu edukacji przez kolejne deformy systemu szkolnictwa. Jest on zwykle zainteresowany doraźnym interesem politycznym, najmniej zaś kształtowaniem jednostek samodzielnych, zdolnych do podjęcia trudu własnego rozwoju na rzecz jakości życia w społeczeństwie. >

    Gdzie jest misja, odpowiedzialność wobec narodu? To dobre dla kanałów tematycznych, ale próżno ich szukać w telewizji publicznej. Zwłaszcza, że aktualnie toczy ją robak propagandy, a przy jej produktach starania Goebbelsa, to niewinne zabawy w małego drukarza. Jednak wobec działań telewizji i jej produkcji, Kieślowski już wówczas nie miał złudzeń, gdy mówił:
Jaka jest różnica między filmami dla telewizji i dla kina? Nie uważam, żeby widz telewizyjny był głupszy od widza kinowego. Telewizja jest taka, jaka jest, nie dlatego, że widzowie są głupi, tylko dlatego, że redaktorzy myślą, że widzowie są głupi. Taki jest problem z telewizją. Mniej to dotyczy telewizji angielskiej, bardziej niemieckiej, francuskiej czy polskiej. Telewizja angielska jest ukierunkowana oświatowo, a jednocześnie prezentuje postawy czy sprawy związane z kulturą. Dużo jest to szerzej i poważniej traktowane w telewizji angielskiej. Zwłaszcza w BBC czy Channel 4, które pokazują bardzo precyzyjne reportaże, przenikliwe filmy dokumentalne, często o pojedynczych losach. Natomiast myślę, że większość telewizji – w tym amerykańska – jest idiotyczna, dlatego że redaktorzy mają ludzi za durniów. 

    Powyższe słowa wydają się bardzo prorocze, w zestawieniu z obrazem rzeczywistości blisko trzydzieści lat później. Dziś może nie winiłbym już tak bardzo redaktorów, przynajmniej nie w kwestii ich wiedzy czy kompetencji. Większą szkodę fundują zarządy telewizji i reklamodawcy. Bardzo dbają, by ogłupiony widz nie wymagał, a jedynie konsumował i prosił o więcej, choćby „Rolników szukających żony”, bo z nimi może się utożsamić tak dalece, by nie powstały aspiracje jakiegokolwiek wezwania do pracy nad sobą. 

    Telewizja, to przede wszystkim biznes, musi wypracować zysk. Nasz czas pokazuje, że im głupszy program, tym więcej skretyniałych reklam, a po nich więcej sprzeda się tabletek na wzdęcia. Im niższy poziom programów, tym więcej chały wciśniętej masie, spragnionej kupowania i przeżuwania z mlaskiem zachwytu. 

    Coraz częściej, na szczęście, słyszy się wśród ludzi – szczególnie młodych i tych w wieku średnim – że nie oglądają telewizji. Rezygnują z niej na rzecz internetu, tam mogą decydować, niechby o ilości sezonów ulubionych seriali. Czy wybierają przez to rzeczy lepsze, mądrzejsze dydaktycznie, służące dobru nas wszystkich? Zdobywaniu egzystencjalnej mądrości? Bardzo chciałbym w to wierzyć. Póki co, w pragnienie wkrada się świadomość, że blogerka modowa, gwiazda seriali czy właścicielka profilu z mufinkami, ciągle ma więcej odsłon niż renomowany publicysta, socjolog czy krytyk filmowy albo piszący fan polskiego kina.

piątek, 8 maja 2020

Opiekunki ducha i kryminału

❖Kliknij, żeby posłuchać tekstu w interpretacji autora❖

Nie tęsknię do galerii handlowych. Przypominam sobie o ich istnieniu, gdy spodnie się przetrą albo koszula puści na łokciach i fatum przymusi biurwę do szybkiego zakupu. Ciekawe, jak wielka część społeczeństwa odkryje teraz, że w galeriach przyjemniej jednak nie bywać? Że to niejedyny sposób na weekend z rodziną, a ocieranie się o niedostępny luksus, jest ledwie iluzją lepszego życia. 

     Nie brakuje mi nawet kina, ale to zrozumiałe. Ostatnie produkcje niespecjalnie przemawiają, a ich nominacje do wielkich nagród wprawiają w zdumienie, z nieodłącznym pytaniem: kto zwariował? Do roweru również nie tęsknię, ale tego braku nie odczuwam od lat. Odkąd pewna nierozsądna pani, na zatłoczonym trakcie, zamknęła oczka i jechała na mnie z okrzykiem: „Jezu!, Jezu!”, choć nawet z fryzury Pana nie przypominam. Gdy uzyskała pewność, że zbawienia z tego nie będzie, było już za późno. Zrobiła salto przez kierownicę własnego jednośladu. Na długo pozostał mi w pamięci asfalt i jej przytomne, choć osobne ciało wraz z przerażeniem, że nie może niczym poruszyć. Kilka dni później oddałem bezdomnemu wysłużony rower i do dziś nie zatęskniłem do dwóch kółek. 

  W sumie da się żyć z pandemią za płotem. Trzeba tylko wyłączyć serwisy informacyjne i zapuścić w uszy choćby trąbkę Cheta Bakera. Zawsze byłem minimalistą. Czy czegoś naprawdę mi brak? Zdecydowanie! Wizyt w małych dzielnicowych bibliotekach. 

  Zagubione między blokami, kamienicami, w pasażach handlowych, są jak wyspy innego wymiaru. Trwają w bezczasie, zawieszone pomiędzy zabieganiem, miejscem pracy a obiadokolacją. Oazy spokoju, gdzie można wpaść, by chwilę pozostać w towarzystwie opowiedzianych i już nieważnych historii, biografii, wspomnień, listów i zapomnianych esejów, przeplatanych nowymi tomami, kuszącymi zapachem farby. 

  Lokalne przybytki ducha i kryminału, to także miejsca pracy wyjątkowych kobiet, które budzą pewien rodzaj dystansu. Miesza się w nim szacunek ze szczyptą uznania, odrobiną ironii, a nawet zazdrości. Jest w bibliotekarkach ponadczasowa stałość, pewność wyboru albo nieprzystawalność do innych zawodów. W rozlicznych wędrówkach po oddziałach, nigdy nie spotkałem hetery, wyniosłej i zarozumiałej wiedźmy. Wszystkie były miłe, choć niektóre mocno ostrożne lub wycofane. Chyba tylko jedna próbowała demonstrować władzę z gruntu belferską. Jeszcze inna bawiła mnie nieprzystającym do miejsca i okoliczności wizerunkiem. Dosyć głośna, grzechocząca dziesiątkami metalowych bransoletek, w glanach i ubrana wiecznie na czarno, jakby urwała się z Castle Party. Kolczyki w dziwnych miejscach, ćwieki połyskujące w świetle jarzeniówki migającej z sufitu. Barbie zrobiona na Gota, jakimś cudem zagubiona w świątyni egzemplarzy i serii wydawniczych. Całości dopełniał ostry makijaż, blond włosy przy czarnych wargach i niezdolność do szeptu w kontakcie z czytelnikiem. Bałem się odzywek wyrwanych ze znanych jej tylko kontekstów, a komunikowała się tak radośnie, jakbyśmy wczoraj odbyli stosunek w scenerii jej ulubionego lochu. Niewykluczone, że przez wzgląd na tę panią zagościłem w oddziale kilka razy i od tej pory rezygnuję z tytułów tam dostępnych. 

Najczęściej spotykam szare myszki, ale znające swoją wartość, zorientowane w tytułach nowości, może z pominięciem gatunkowej masówki, bo nie nadążają za jej produkcją i podobieństwem form. Są jak wyjęte z innej epoki. Kapitalizm, konsumpcja, gospodarka rynkowa i gonitwa świata zdają się nie mieć do nich dostępu. Żyją częściowo tu obecne, choć są żonami, matkami, zwykle subtelnej, choć nienachalnej urody, oczytanymi nie wiadomo jak i kiedy. Serdeczne i zasadnicze onieśmielają każdym gestem.

  Takie myśli sunęły mi przez głowę, gdy po raz ostatni patrzyłem na jedną z nich. Właśnie minęły dwa miesiące, odkąd nie byłem adresatem tego uśmiechu. Wówczas cierpliwie znosiła czytelniczkę, która pod dyktando pani Ani zapatrzonej w ekran, zapisywała adres bibliograficzny. Sytuacja dosyć komiczna. Obok stał wolny komputer z otwartą stroną katalogu, gdzie wystarczyło wpisać nazwisko autora lub tytuł i po sekundzie wyskoczyły wszystkie oddziały wojewódzkie, gdzie czekała książka. Tymczasem pracownica biblioteki literuje, a czytelniczka skrobie ołówkiem na jakiejś ulotce. I tak nagle czas cofnął się do lat 90. 

  Patrzyłem na ciepły jej uśmiech, nie było tam nawet politowania, nie wspominając o jakimkolwiek odcieniu irytacji. Mogła mieć dwadzieścia pięć jak trzydzieści osiem lat. Towarzystwo książek konserwuje w piękny sposób, pomyślałem. Na palcu błyszczała obrączka, a pod bawełnianą bluzeczką ledwie zarysowany biust sygnalizował przejrzałą dziewczęcość i stateczną kobiecość, takie dwa w jednym. Podała mi książki wspominając o dacie zwrotu, szóstego kwietnia... potem automat przestawił na piąty maja, a następnie zdalnie przesunięto termin na szósty czerwca i nadal nie wiem, kiedy tam powrócę.

Wówczas podziękowałem i zacząłem zbierać się do wyjścia, gdy moja poprzedniczka od nowa ją zagadała: 
- Czy może mi pani jeszcze polecić coś sensacyjnego dla dziecka? 
- Ile lat ma dziecko? 
- Trzydzieści cztery - wycedziła nieśmiało troskliwa mamusia. 
- Rozumiem. Czyli dla dorosłego? Oj, to nie będzie łatwe, dużo mamy tu pozycji sensacyjnych. Co lubi czytać najbardziej? Autorów krajowych? Może Skandynawów, są tak popularni? 
- On nic nie czyta, wie pani. Ciągle tylko w komputerze siedzi, a ja chciałabym trochę go odciągnąć. 
- No tak. Czyli chciałaby pani coś na zachętę? W tym wieku to wyzwanie, proszę mi wierzyć. Ale łatwo się nie poddamy. Chodźmy, pokażę pani półki z literaturą kryminalną i sensacyjną, na pewno coś wybierzemy. Przechodząc posłała mi w gratisie uśmiech anioła bezradności, ten z ducha „jakie czasy, taki los”. Jej szczupła i proporcjonalna sylwetka znikała już między regałami. Odchodziła w poprawnej spódniczce przed kolano, spod której rysowały się uroczo krzywe łydki w grubych melanżowych rajstopach, a stopy kryły się w czarnych balerinkach. Po chwili, przywrócony hałasowi ulicy i orzeźwiony zimnym deszczem przedwiośnia, poczułem głód zapowiadający jeszcze jeden zbyt późny obiad.

poniedziałek, 6 stycznia 2020

Nobel z podgrzybkiem

❖Kliknij, żeby posłuchać tekstu w interpretacji autora❖

- Dobra miejscówka, bardzo dobra, nie wiedziałem, że mają tu taki ukryty stolik. 
- Trochę blisko kibla. 
- Lepsze to niż młyn wyprzedaży. Jest szansa, że tu akurat nie dotrze kwik nabywców. Oszaleć można! Chwili ciszy, tylko ten jazgot z głośników. Inaczej byśmy to zaplanowali, ale przypadek nie wybiera.

- Może i lepiej, w tym zalataniu nie byłoby szans na spiknięcie. 

- Dobry wieczór, menu dla panów, coś do picia na początek?
- Słusznie, dziś prowadzimy, dobry wieczór, to może dobrą, aromatyczną herbatę, macie?
- Mamy. Pyszna, polecam, z pomarańczą, goździkiem, rozmarynem, podać dwie? 
- Tak, poprosimy, a za chwilę coś do jedzenia wybierzemy. 
- Oczywiście.
- No to jak z tym Noblem? Co myślisz, należało się? 
- Politycznie trafiony. Idealnie. Pod włos rządzącym. Raz, że kobieta, dwa: z dredami. Trzy: akcenty na ekologię, feminizm, wielokulturowość. A i zaraz będą kręcić, że tak do końca nie wiadomo, czy ona Polka. Mnie się to nawet podoba. Szwedzki komitet zagrał na nosie ekipie smutno nam rządzącej i okej. Może specjalnie to zrobili? Choć sama narracja artystycznie dupy nie urywa. Albo to nie moje klimaty, po prostu. 
- Czy to jeszcze proza? Nie wiem, też się trochę gubię, raczej pogranicze eseju, może wartość sama w sobie? Na początku oskarżana przez krytyków o wtórność, pisanie przebrzmiałe w formie, ale fakt, szacunek się należy. Kobieta szła swoją ścieżką, nie oglądała się na opinie, no i tytan pracy. Nagroda należała się jak psu zupa, jeśli nie jej, to jakiemu dziś Polakowi? Ty widziałeś, z ilu źródeł czerpie w tym pisaniu? Z jakich opowieści świata i historii płyną inspiracje? Cholera, ona musi czytać więcej niż naukowiec i to na okrągło!
- Są tacy, co mówią, że jakość przekładów decydowała. Ma szczęście do dobrych tłumaczy, którzy lepiej przekazali niż autorka napisała. Polska zawiść? To może weźmy shoarmę z podgrzybkami, brzmi nieźle, co? 
- Ciekawe, co na taką Arab by powiedział albo Turek, pewnie nie widzieli podgrzybka na oczy. Ale pamiętaj, że tego nobla poprzedziło jednak kilka nagród europejskich, może naprawdę zasługa tłumaczeń?
- Panowie zdecydowani? Co podać? Tak… bardzo dobry wybór, zapewniam, to ostatnio nasza specjalność, podgrzybki super, jakby prosto z lasu, do tego frytki czy ryż? 
- Z ryżem, dwa razy, potem zastanowimy się nad deserem. A herbata naprawdę świetna. Jeszcze po jednej prosimy. Długo poczekamy na tę shoarmę?
- Tak około dwudziestu minut.
- Dwadzieścia? Przy pustym lokalu? A jakbym miał ochotę na zupę cebulową?
- Od ręki podam.
- Pan poda. A ty w ogóle czytałeś tę Tokarczuk, tak uczciwie, od początku do końca? 
-  Nie powiem, że wszystko, ale kilka książek z różnych okresów i to na długo przed Noblem. Tylko miałem kłopot, choć doczytywałem do końca, więc ministrem nie zostanę. Nie powiem, żeby mnie porywała. Nie skłamię, że dużo zapamiętałem. Tyle że mnie w ogóle nie po drodze z prozą kobiet. Poezja, esej, bardzo proszę, ale powieść czy felieton? Sięgam i owszem, a jakoś za cholerę skupić się nie mogę.
- Ale że nudne? Bo jak chwyciłem kilka jej wywiadów, przeczytałem Biegunów ostatnio i to jej pisanie, to jakieś takie infantylne jest. Zdania porozciągane w różnych kierunkach, sztucznie. Trochę to takie mętne i dygresyjne za bardzo, one są estetycznie przegadane. To ja, stary, też jednak mogę takie rzeczy. Nie dla sławy, rzecz jasna, ale w tej sytuacji nie mam oporów pisać sagi wizyjnej. Piąty rok walczę i się kurwa głowię, czy ktoś to zrozumie, ogarnie? To ja teraz, po takim noblu, złapałem luz z szóstą książką, z założenia nie pod rynek. Jaśniej patrzę. Może i u nas przyjdzie czas na więcej niż kryminały i wypierdy kucharzy? A propos, czemu ty tak szybko wpierdalasz? Spieszysz się gdzieś? Taki głodny jesteś? Nie mówiłeś. 
- Normalnie jem, o co ci chodzi? Kelner przyniósł, gadasz, to jem. Zwyczajnie, żeby nie stygło. To takie dziwne jest? Smaczne te grzybki i sosik z kurczakiem. 
- No może ja po tej cebulowej wolniej, gorąco mi się zrobiło. Tylko surówek zawsze tu skąpią, jak w fastfudzie, ale policzą jak w restauracji. Dzisiaj ty płacisz czy ja?
Ostatnio chyba płaciłeś? A słyszałeś, że od nobla sprzedali prawie trzysta tysięcy egzemplarzy jej książek? To jest, stary, jakaś jazda niezła! Przyzwoity wynik jak na społeczeństwo analfabetów! Tu coś koło trzydziestu procent trzyma w garści jedną książkę na rok.
- Tak, z bibliotek też znika. Potrzymają i zwrócą. Do końca nie przebrną, przynajmniej ci z ducha "wypada przeczytać". Nic dziwnego, media, internet, to jest siła i podpowiedź. Była szansa na prezent gwiazdkowy, to brali. Nawet z wyższej półki niż szalik w bałwanki i bokserki z Rudolfem. Nie dziw się, wymarzona pora z tą nagrodą. Że obdarowany nie zajrzy między okładki? A komu to przeszkadza? Co za różnica, czy na darmowej grupie oddasz piżamę w Mikołaje, slipy w renifery, czy dzieło noblistki? A jak nie, to choćby na Allegro wystawisz, zamiast żelu pod prysznic cztery w jednym. 
- Trzy w jednym widziałem: gęba, włosy i body, ale cztery? 
- Córka mówi, że jak dla facetów, to i do mycia auta się nada, ale bez felg. To co? Pociągniemy chyba po brownie do kawy? 
- Ja tylko kawki się napiję, a ty cebulowej nie jadłeś, to ciasteczko się należy. Myślisz, że nie przeczytają, nie zabiorą się nawet, jeśli w domu mają? 
- Tam nie znajdą klasycznej fabuły, wartkiej akcji, zaraz poczują, że "dziwne te książki" i spod strzechy wymiotą. Jest obraz, treść, rozważanie, dygresja, tam są przejścia w czasie, w przestrzeni, powrót, nic dla fana Adamczyka, Grocholi, Wiśniewskiego i Patryka Vegi.
- Dlatego wspomniałeś, że masz z nią kłopot? 
- Jajcarz, widzę, z kolegi. Kłopot to będzie miała sama autorka. Publisia zapomni w miesiąc najdalej, ale ciszy na pisanie, to ona długo nie znajdzie. Szczerze współczuję. Wyobraź sobie wszystkie telewizje śniadaniowe świata, które ją zamęczą. Uniwersytety, festiwale, kluby, fundacje ratowania Ziemi i sarny z lochą, przez rok przeorają jej psychę tak, że długo będzie tęsknić do skupienia. Ja to w ogóle mam kłopot z pisaniem kobiet. Za bardzo na emocjach grają. Kocha nie kocha, szczęście albo jego brak, rozpacz albo terapia, zawiedziona albo odzyskana, miłość albo nienawiść, zdrada vel uniesienie! Za daleko od intelektu chodzą, zupełnie jak po sklepach w galerii, nie zauważyłeś? 
- Ale co ma sklep do pisania? Ten ryż jakiś kurwa niedogotowany jest, zimny.
- Mówiłem, że gadasz zamiast jeść! Jak co mają zakupy? Pomyśl. Ty jak idziesz po spodnie, to trafiasz do Rossmanna? Pójdziesz do apteki czy CCC, bo dżinsów szukasz? Kobieta idzie bluzkę przymierzyć i jak nic wyląduje przedtem w Yves Rocher, bo ma kupon rabatowy i zahaczy o Ryłkę, bo szpilki ładne na wystawie. Wittchena zaczepi, bo portfel dla dziadka na marcowe imieniny można obejrzeć i jeszcze zaskoczy do Yes, kolczyki zobaczyć dla cioci Stasi, bo za pół roku urodziny. I wyjdzie bez bluzki po trzech godzinach. A ty wsiadasz do auta w nowych portach najdalej po dwóch kwadransach i ruszasz do swoich spraw. I tak jest z prozą męską, ma plan i racjonalnie zmierza w konsekwencji do celu. A kobieca biega jak ze sraczką we wszystkie strony i nagle się wypróżni jakąś łezką szczęścia albo niespełnienia. Zaraz potem szuka nowej emocji, równie pustej, co chwilowej.
- Jest w tym jakaś racja. Kobieta, to jest zupełnie inne stworzenie, nie do pojęcia dla faceta. Weź zobacz, jak kręcą je te kwiaty cięte, kumasz to? Przynosisz badyle za ciężką kasę, a przecież one zaraz pierdolną płatkiem w parapet! No kurwa, stary, umieranie roślin im fundujesz ku radości, czaisz?! Na ich własnych oczach padną, smród zgnilizny z dzbana nosa sięgnie, a ty jeszcze na rycerza wychodzisz! Takie obrończynie życia, wielbicielki natury, a za konanie wiechcia, gotowe księcia w tobie zobaczyć. Jaki facet ogarnie to na trzeźwo? … że jak mówiłeś? Ty dziś płacisz? To ja napiwek daję! Wołaj tego przepracowanego, co zapomniał o łyżce do cebulowej.

środa, 9 stycznia 2019

I po zabawie

Od dawna odnoszę wrażenie, że należy unikać filmów, o których zbyt głośno w działach kultury kluczowych mediów. Gdy hałas dotyczy rodzimej produkcji, próbuję sam siebie odwieść od tego rodzaju schematycznego myślenia i za każdym razem ruszam do kina z nadzieją, że jednak zmienię zdanie, że tym razem odetchnę z ulgą, wyzwolony od stereotypu w postrzeganiu pewnych faktów. 

Tym razem, jeszcze raz, postanowiłem dać szansę Kindze Dębskiej i jej nowemu filmowi Zabawa, zabawa, choć po poprzednim jej obrazie (Plan B) nie chciałem mierzyć się więcej ze średnim talentem rówieśnicy. Szczególnie, że teraz, występując w radiowej Trójce, prezentowała dramat alkoholizmu kobiet „rozhahana” po każdym zdaniu, jakby co najmniej opowiadała wczoraj znaleziony szkolny mem. Na starcie nie przekonywała do wiarygodności przedsięwzięcia, ale może to taka maniera, a może jedynie nie radzi sobie z tremą, pomyślałem na jej obronę.

    I co zobaczyłem w kinie? Zlepianie trzech przypadków bez zanurzenia w wiarygodną historię i epatowanie uwikłaniem w groźną chorobę kobiet na stanowisku (bo przecież ten nałóg nie dotyczy tylko meneli! EUREKA!). Poza tym trochę schematów rodem z brukowca pod publisię, kilka klisz i nośnej dołerki w zbliżeniach, z zacięciem pedagogicznym, a jakże! Ale całości brak głębi tak psychologicznej jak fabularnej, która na moment pozwoli zapomnieć, że jesteśmy w kinie. Zmontowane kadry i ujęcia ratują tylko świetne, bo przekonujące jak zawsze aktorki: Dorota Kolak i Agata Kulesza. Jeśli coś jeszcze udało się przekazać Dębskiej i Dunin w tym scenariuszu i pokazać sugestywnie na ekranie, to z pewnością upór, z jakim alkoholik nie przyznaje się przed sobą do choroby, a wini cały otaczający go świat. Ale dobre i to, gdy na bezrybiu i rak karpiem bywa.

czwartek, 2 sierpnia 2018

Kino prelegenta

kino koneseraŻona trochę się upierała, więc miałem poczucie winy. W końcu sam wcześniej proponowałem, ale upał i przeczucie słabego filmu osadzało w fotelu. I już wiedziałem, że chorobliwa konsekwencja nie pozwoli pozostać w domu. Jeśli kobieta uda się do kina sama – co zawyrokowała bez pretensji – nie skupię się na żadnej robocie. W przeczuciu porażki uległem i ruszyłem na kolejny seans „kina konesera”. 
Szczerze lubię ten projekt Heliosa i to z kilku powodów: prezentuje ciekawe filmy, nie ma reklam, a sala zwykle wolna jest od naczosowych śmierdzieli i ich nienapasionych żon z wiadrami pepsi. Co najwyżej jakaś utrudzona mamuśka zrzuci laczki i przebierając paluszkami z oparcia krzesła niższego rzędu zakwasi atmosferę. 

Tym razem znaleźliśmy się przy kasie rzutem na taśmę. Przed nami tylko jedna pani, ale ze źródełkiem 500 plus, którego część nie mogła zdecydować się na rozmiar popcornu, druga zaś negocjowała orzeszki. Przy nich obstawiałem dzieło Iniemamocni 2, ale czas uciekał. Pięć minut do seansu i choć wiedziałem, że reklam nie będzie, grzeczność nakazywała przynajmniej nie rozpraszać prelegenta. Zerkałem niecierpliwie na drugą czynną kasę. Trzy damy XXXL toczyły zażartą dyskusję o wystarczalności kubełka, czy aby pomieści stosowną dla nich dawkę paszy filmowej, gdy towarzyszący im wieloryb przekonywał, że to malizną mu ciągnie. Oni też nie dopuszczali świadomości do istnienia „kina konesera”, za co byłem nawet wdzięczny. 

W końcu wpadamy na salę, prosto pod słowo mówiącego:
- … i tym różni się nasz cykl, szanowni państwo, że ten czas, który zwykle przeznaczony jest na reklamy, a który większość widzów traktuje jako obowiązkowy powód spóźnienia, wypełnia prelekcja, którą mam przyjemność dla państwa prowadzić. W jej trakcie nie opowiadamy treści filmu. Raczej przybliżamy sylwetki odtwórców głównych ról, reżysera, kinematografię kraju, z którego obraz pochodzi… zatem dziś może zacznę od reżysera, którym jest… jest… przepraszam, sięgnę po pomoc…

Prelegent miota się i kręci piruety ze smartfonem w poszukiwaniu zasięgu, ale to bunkier i różnie może być, a wujek Google ani myśli go wspierać. W końcu orator próbuje się wyślizgać z niewiedzy:
- … wrócę do tego później. Charakterystyczne dla reżysera brytyjskiego jest to, że nie wypuszcza zbyt często filmów, nie rozpieszcza widzów, a nagrodę Akademii Filmowej otrzymał, paradoksalnie, za film dokumentalny pod tytułem Spacer po linie. To obraz o przygotowaniach i wyczynie Francuza, który w 1974 roku przeszedł bez zabezpieczenia po linie rozciągniętej między wieżami World Trade Center. Spacer po linie, był tym… oj, przepraszam państwa, odzyskałem łączność i już widzę, pomyliłem tytuły. Spacer po linie, to obraz innego reżysera i opowiada historię muzyka Johnny’ego Casha oczywiście. Dzieło bohatera naszego dzisiejszego seansu nosi tytuł Człowiek na linie. Ale spokojnie, już jesteśmy na właściwym tropie, ja tu się męczę, a kino przygotowało dla państwa ulotkę. Mamy w niej i nazwisko bohatera naszego spotkania. Jest nim James Marsh oczywiście, a do swojego projektu jak możecie państwo przeczytać w folderze, zatrudnił także oscarowych aktorów: Collina Firth’aRachel Weisz. Film Na głęboką wodę… 
    
W tym momencie zgasło światło i wyłączył się mikrofon prelegenta. Projektor rozświetlił ekran i z głośników zagrzmiała jeszcze raz informacja prezentująca ideę cyklu „kino konesera”, ku wyraźnej uldze żony: „no i koniec żenady, dziękujemy”. Przez salę przeszedł śmiech widzów i rozległy się oklaski. Prelegent jednak ani myślał odpuszczać:
- No tak, przepraszam państwa bardzo, zaraz coś z tym zrobimy. 
    
Wybiegł na zewnątrz i po chwili z korytarza dotarł głos pretensji skierowany do obsługi, że przecież nie skończył, jest, mówi do widzów, a tu wcina mu się automat projekcyjny. Tak po prostu, bez sprawdzenia, co dzieje się na widowni. W tym momencie obraz z projektora zatrzymał się, pozostawiając na ekranie ciemną szarość, a niezłomny powrócił, choć wcale nie do przerwanej kwestii:
- Proszę państwa, od piętnastu lat prowadzę te prelekcje i powiem, że dawniej było lepiej. Tam w tym okienku na górze siedział pan i uważał, kiedy skończę, a dopiero po tym uruchamiał projektor, obowiązkowo klekoczący przy rozruchu, z duszą był. Czas automatyzacji i czas dehumanizacji robi swoje, ale, drodzy państwo, nie przejmujmy się drobiazgami. 
    
Prelegent mówił już bez mikrofonu, pogrążony w ciemności tak dalece, że trudno było zlokalizować jego położenie, choć zdawał się zupełnie tego nie dostrzegać, podobnie jak zgromadzonych widzów, bez których obszedłby się równie doskonale jak nędznie z nimi.
- Ingerencja elektroniki i komputera w nasze spotkanie to skutek nieporozumienia.  Z prelekcją miała wystąpić moja koleżanka, która w ostatniej chwili poprosiła o zastępstwo. Byłem tak daleko od kina, że do ostatniej chwili nie miałem pewności, czy do państwa dotrę, czy zdołam państwu sprawić przyjemność wstępem. Nie powiadomiłem obsługi kina, koleżanka też i mamy za swoje. Na czym skończyłem? Tak, folder, który otrzymaliście państwo od bileterki pozwala nie tylko zapoznać się z repertuarem cyklu na kilka tygodni do przodu, ale zawiera też cenną informację, że można nabyć karnet. I tu niespodzianka! Dawniej był to karnet na cztery najbliższe prezentacje. Teraz jest przewidziany do wykorzystania w ciągu trzech miesięcy. Sami państwo zadecydujecie, kiedy i jakie filmy obejrzeć. A karnet umożliwia zaoszczędzenie około dwudziestu złotych!

Kolejna spóźniona pani wtargnęła na salę i od razu odpaliła w telefonie latarkę, właściwie latarnię, sądząc po natężeniu światła, którym poraziła prelegenta. Ten jednak poprosił, żeby sobie nie przeszkadzała, ona zaś nadmiernie tłumaczyła, że się zabije w tej ciemności i przepraszając bawiła publikę krzątaniem z dyskotekowym efektem świetlnym. Po chwili, z szelestem toreb, wkroczyła między rzędy para rozmiaru znacznego. Samiec alfa zaczął wypraszać z miejsca kobietę, bo miał na to bilet. Nieważne, że cały rząd i sąsiednie miał wolne. Prelegent niezłomny korzystał z zamieszania i rażąc telefonem nawiązał skutecznie kontakt z wujkiem G:
- Collina Firth’a nie trzeba państwu przedstawiać, jak myślę. Dał się poznać jako roztropny pan w takich obrazach jak Mamma Mia, Jak zostać królem, gdzie włożył dużo z siebie, by zagrać jąkającego się pretendenta do tronu, ale też pamiętamy jak grał w filmie Kingsman: tajne służby rolę całkiem dla siebie nietypową.

W tym momencie ponownie obraz zagościł na ekranie, rozległy się oklaski dziękczynienia, skierowane do prelegenta albo wyzwalającej maszyny. Na salę wbiło ostatnie stado z wiadrami paszy i pepsi, w liczbie dziewięciu osobników, z rumorem godnym sztuk dwudziestu, co zagłuszyło pożegnanie gospodarza programu. Ale i tak to on był królem seansu,  bo film Jamesa Marsha okazał się nijaki, mdły i przegadany, co żona potwierdza.

czwartek, 12 lipca 2018

Artysta i mury

pekajacy murTrafiłem niedawno na wypowiedź Tadeusza Kantora z 1990r.: upadł mur i teraz muszę sobie wybudować nowy, bo bez tego nie potrafię tworzyć. Abstrahując od dokonań wielkiego twórcy i filozofii jego sztuki, odnoszę wrażenie, że od tamtego wyznania przeróżne mury wyrosły szybciej niż drzewa, a niejeden artysta zmuszony jest tłuc w nie głową i to znacznie częściej niż zajmować się budowaniem własnych. Co może twórca, gdy rzeczywistość jawi się jako wielość ścian, wśród których trzeba lawirować, najlepiej kreatywnie? Gdy za przekroczonymi, wznoszą się kolejne mury, rzucające cień na odrębne galaktyki kulturowe, mentalne, estetyczne, moralne, płciowe, ideologiczne. Czy jakikolwiek artysta powinien jeszcze wznosić własne, czy skupić się na przebijaniu istniejących? A może stanąć murem, żeby ocalić siebie, nie ulec presji łatwej sprzedaży za cenę zainteresowania własnym dziełem?

  Coraz częściej szamocze się pośród ścian bez okien i drzwi, gdzie echo odbija jedynie jego głos. Jeśli uda mu się w jakiś cudowny sposób wydostać, na zewnątrz zastaje rzeczywistość, w której większości wydaje się, że ma coś wartościowego do opowiedzenia. Spotyka ludzi, których żywiołem staje się raz depresja, to znów lenistwo, wygoda konsumpcji lub prosty hedonizm na gruzach po niedawnym humanizmie, a wszystko do objawienia światu ćwierkaniem.

  Pośród kierunków, zjawisk, zdarzeń i metod zdaje się rosną dziś najwyżej mury przeciętniactwa, banału, chwilowości uniesień, które raczej nie zachęcają artysty do zaglądania na drugą stronę. I niewątpliwe blokuje to jego rozmach, czyni ostrożnym w każdej dziedzinie sztuki. Ma coraz mniej sprzymierzeńców, więc gdy wokół więcej cegiełek wznoszonych przeciw oryginalnej scenie, autorskiemu kinu, ambitnej literaturze, nieszablonowemu malarstwu, interesuje się jedynie samym sobą, żeby nie zwariować albo właśnie dlatego, że nie pozostało nic innego niż wariować.

  Po blisko trzydziestu latach od upadku tamtego dziejowego i betonowego, rodacy przerzucają się przekleństwami i kamieniami przez jeszcze wyższy mur wzajemnej niechęci, jakby z tęsknoty do plemienności, wpisanej w stereotypy przynależności. Lecą kamienie frazesów pomiędzy wizją lewaka broniącego gender i homoseksualistów, a katola, zacietrzewionego i okopanego w kościele przerażenia cywilizacją, wystawionego na obrzeża transformacji i przegranego - w swoim mniemaniu - w biegu ku lepszemu jutru. 

  To już nawet nie boli, już się przyzwyczaiłem. Bardziej doskwiera myśl, że nie ma gdzie przed tym uciec. Wojenka polsko-polska i brak świadomego obywatelstwa ciągnie w okopy media, ale nie tylko telewizję na usługach politycznych lub komercyjnych, również prasę. Dziś artysta, jeśli jeszcze chce szukać kontaktu z tak zwanym zwykłym człowiekiem, nie dysponuje nawet gazetą, która utrzyma go w przekonaniu, że warto komunikować się ze społecznością. I nie o nośnik tu idzie, elektroniczny czy papierowy, a udostępnianą treść. Najlepiej widać to na przykładzie „Gazety Wyborczej”. Nie na darmo nazwano ją salonem, bo ciągnęła czytelników w górę ilością esejów, szkiców, recenzji filmów, książek, spektakli. Dziś jej „Magazyn Świąteczny” to arena doraźnej konfrontacji politycznej. Dawniej był dodatkiem, na który się czekało. Jeden numer zapewniał strawę dla myślących i ciekawych na kilka dni. Dziś to tylko marna próba utrzymania grupki czytelników politykierów, z niesmacznie propagandowym atakiem na partię rządzącą. Wciąga każdego przedstawiciela świata kultury, nauki, który zgodzi się na wywiad w wypowiedzi o LGBT, pedofilii w Kościele, gender i feminizmie, patriarchacie, i choćby nie wiem jak wił się i unikał redakcyjnej sztampy, w końcu musi ulec.

smutek artysty
Do jakiego tygodnika może sięgnąć dziś artysta szukający inspiracji? Gdzie uda się człowiek ciekawy treści przekraczającej ideologie i doraźne zmagania wokół polityki i sensacji, żeby znaleźć pełną recenzję wystawy, spektaklu, filmu i książki wolną od podziału na „onych i naszych”? Jedynie „Tygodnik Powszechny” trzyma jeszcze linię, bo doświadczony dziesięcioleciami przeróżnych presji i sankcji, od stalinizmu po nacisk praw rynku i sprzedaży. Nie ulega trendom ery konsumpcji, a nawet ma się coraz lepiej, co też świadczy o głodzie rzetelnej publicystyki społecznej i kulturalnej.

  Gdzie jest łatwo dostępna siła autorytetów broniących kultury i sztuki, wskazujących relatywizm otaczających prawd naszego czasu, szukających na własne ryzyko i odpowiedzialność ponad murami podziału? Gdzie głos wolny od wskaźników rentowności, chwilowej korzyści przeciągnięcia na swoją stronę, bez wodzenia intelektu na pokuszenie ideologii czerwonej, czarnej, przez żółtą, zieloną po sraczkowatą? 
  
    W dramacie Nigdy tu nie powrócę Kantora padają słowa: „Artysta musi być zawsze na dnie, bo tylko z dna można krzyczeć, żeby być słyszalnym. Tam na tym dnie może wspólnie się zrozumiemy". Tylko kogo jeszcze obchodzi dno artysty? Z kim miałby się porozumieć, gdy coraz więcej nadawców, którzy nie potrafią nawet wstydzić się za jakość własnego komunikatu (patrz komentarze w sieci i poziom polemiki wszelkiej internetowej). Dziś, nawet jeśli artysta w poczuciu misji spoczywa na dnie i je penetruje, nawet jeśli z dna krzyczy, nie może przebić się przez muł nagromadzonej indolencji, ignorancji i narcyzmu zacierającego w internecie granicę między twórcą i odbiorcą. Nie dotrze do społeczeństwa dryfującego w mętnym nurcie lenistwa i wygody. Nie przebije pęcherza bezmyślności, która przyrówna autorskie kino islandzkie do interwencyjnego programu Elżbiety Jaworowicz (sam słyszałem to ostatnio w kinie). Taki wszystkożerca, każdego dnia od świtu po zmierzch, czynem i przykładem głosi tezę: „dno, to wybór artysty, jego problem i strata życia. Ma swojego pierdolca, niech więc uprawia go choćby w mule i nic nam do tego! Nie potrzebujemy jego wysiłku, bo zmuszając do myślenia dołuje, a my pragniemy "Familiady", "Sprawy dla reportera", piłkarzy i wciągających seriali z pięcioma sezonami w zapowiedzi”. 

    Naród, nawet jeśli popada w chwilowy snobizm obcowania z dziełem, zamiast wysiłku umysłowego ma portal społecznościowy, gdzie wstawi komentarz z ducha: „fajne wino było na tym spędzie do kilku obrazów i niezłe tartinki” albo wspomni o pisarzu: „widzieliście reklamę z Twardochem?”. Czasem wlepi zdjęcia ze spotkań autorskich, na których pręży się równie dumny, co nieznany literat, gdy na sali pozostaje siedem do dziesięciu osób z najbliższej rodziny, krewnych i znajomych, którzy w dupie mają treść utworu, ale „przecież nasz Zenek książkę napisał, to pójdziem Józek, bo Baśka kazała”. Taki widz, gdy trafi do teatru, pozwie co najwyżej reżysera lub scenarzystę, a z galerii zaciągnie plastyka przed sąd, bo obraził uczucia religijne i skończy się przygoda z zamulonym artystą.

    Dziś głos twórcy grzęźnie także za murem niszowych czasopism kulturalnych, których dorobek i tradycję rząd dobrej zmiany ostatecznie załatwia pozbawiając wszelkich dotacji. Wykształciuch, artysta, krytyk, humanista zagraża samodzielnością myślenia i ta ekipa to wie, więc kulturę - inną niż jarmarczna - ma w największej pogardzie. Suweren sam sobie będzie artystą jak ma zachciankę, do tego nie potrzebuje sceny, galerii, wydawcy. Szczególnie w czasie, gdy narzędzia nagrywania, publikowania, filmowania, mówienia są tanie i równie dostępne jak portal społecznościowy.

    Co w tej sytuacji pozostaje człowiekowi twórczemu, stawiającemu pytania o prawdę i sens? Jeśli wierzyć Kantorowi, każdy prawdziwy artysta jest przeciwko wszystkiemu, niech więc karmi się dziś nadzieją, że Polactwo nażre się w końcu bylejakością i zapragnie czegoś więcej niż frytki, Egipt i smartfonik.

Print Friendly and PDF