Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obyczaje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obyczaje. Pokaż wszystkie posty

sobota, 2 lipca 2016

Tu reklamy nie wkładamy


Przemija bezpowrotnie czas korespondencji drukowanej, gdy pisał do mnie Rossmann, producenci drzwi i Pizza Hut. Nie żebym to czytał czy korzystał konsumpcyjnie. Zawsze to jednak miło było, szczególnie po męczącym dniu, sięgnąć do skrzynki i na głodnego rzucić okiem między ślicznie skrojone warzywa, plastry salami i na ser ciągnący się z wyciętego trójkąta, odrywanego od gorącej i pulchnej krągłości placka. A jeszcze milej było zatęsknić do wody toaletowej wiodącej marki i do luksusu eleganckich drzwi antywłamaniowych, jakby miały czego strzec pośród peerelowskiej wielkiej płyty. Od razu człowiek zapominał o bezduszności kapitalizmu i docierał pod dach lżejszy. Nie dostrzegał, że zgrzytem budzi dawno przechodzony zamek Yeti, a pilśniowa płyta skrzydła barwą przypomina skutki nadużycia sałatki jarzynowej przed trzydziestu laty, w trakcie inicjacji z udziałem taniego wina owocowego.

    Aktualnie oswajam niechęć do otwierania skrzynki wirtualnej. Tradycyjna poczta nie może już zagrozić, bo ustąpiła pola pobliskim dyskontom. Posłańcy z kraju promocji przybywają w tygodniu, by wynikami gonitw rabatowych pobudzić lokalny klub geriatryczny do wyścigu o golonkę, piżamkę krótką letnią, pampersy i podpaski (dla synowej?). I co ja mogę? Odpowiedzieć na taki list nie ma komu, co najwyżej da się zadziałać w miejscowej frakcji Komitetu Obywatelskiego Dowalenia. W ramach wolontariatu wsunę małe co nieco do skrzynki sąsiada od grubego napisu: „Tutaj ulotek nie wkładamy”, a i dwie mniejsze skromnej sąsiadce, co nieśmiało chciała naśladować tamtego i rozedrganą rączką, napisała na swojej, że tu też nie wkładamy. Ona wie, że jest coś niestosownego w uciekaniu od wysiłków działu promocji. Dlatego staję odważnie na straży demokracji i wspieram trud pracującego ludu ulotkowego, dzieląc papiery sprawiedliwie, podług stopnia manifestacji działań antyrynkowych, przy okazji tylko czyszcząc swoją skrzynkę w nadziei na prawdziwy list. Ostatecznie i tak dotrze, zwykle ze spółdzielni, z informacją o podwyższeniu czynszu.

    W kraju dobrej zmiany każde dziecko wie, że presja reklamy jest zabójcza i prowadzi do manii prześladowczej. Już nie ma miejsca, gdzie reklamy nie tylko nie wkładamy, ale też pominąć jej nie możemy. Wciskają przez oczy, usta i uszy, nie pytając, czy i ile jeszcze wlezie. Tylko dlaczego jej natarczywość coraz intensywniej szuka towarzystwa odbytu, pochwy, prostaty, erekcji, wątroby, jelit i pęcherza? Od jakiegoś czasu, słuchając radia, włączając telewizję, otwierając pocztę elektroniczną, odnoszę wrażenie, że człowiek brzmi dumnie głównie w dolnych partiach ciała i kończy się gdzieś nieco powyżej wysokości, na której plecy tracą szlachetną nazwę. Dalej jest niedużo człowieka, a już z pewnością nie ma tam nic istotnego dla człowieczeństwa. Tymczasem dolne partie, ostatnio jakby strategiczne dla reklamy, nieustannie szwankują i straszą: a to napięciem przedmiesiączkowym, a to gazem puszczonym w szacowne grono, a to żylakiem w odbyt zajadą, kapiącym niekontrolowanie moczem z Basi wypłyną albo przez świąd i upławy żywot utrudnią. Gdy zaś już przestają straszyć, zneutralizowane milionem suplementów nie tylko diety, a nawet przechodzą w sferę rozkoszy, ostatecznie przypomną o niedogodnościach, które usunąć może tylko niebieska tabletka albo nawilżający płyn poziomkowy.

    Do rzeczy jednak, czyli do poczty elektronicznej. Tu nie wysmaruję na tłusto, że „reklamy nie wkładamy”. Nie pytają o zdanie i gwałcą oczy nieustającym migotaniem dosyć brzydkich zdjęć celulitu nietkniętego cudownym środkiem, mruganiem obrazka zielonych jajek robali, galaretowatych mazi glonowatych i gilów bordowych, które kładą się cudem na płaski brzuch bez wysiłku, tudzież pulsowaniem wizji haluksów na pomarszczonych girach, w ramach promocji środka na równe stopy bez operacji. A wszystko to estetyczny haracz, pobierany za korzystanie z darmowej skrzynki. Jak nie chcesz oglądać gąbczastych brzuszysk i pomarszczonych ud i krzywych szponów, płać za pocztę, która i tak zaroi się spamem. Sęk w tym, że nie wszystko dotyczy estetyki. Jest bowiem wyższa cena, do której płacenia ciągle namolnie ktoś zmusza: budzenie lęków wieku męskiego, powtarzana do bólu zapowiedź smaku klęski, a to już podprogowe niepokoje, które odciskają trwały ślad na psychice.

    Jakim prawem i za jaką cenę mam łykać, przy każdym otwarciu poczty, niecne sugestie, że coś nie tak z długością mojego penisa? Przeżyłem z nim w przyjaźni (chwilami burzliwej) czterdzieści lat z mocnym okładem, w dodatku przywiązany do rozmiaru, jakim zostałem obdarowany, więc jakim prawem ktoś mi sugeruje każdego dnia, że należy go przedłużyć? Właśnie teraz, gdy przebyłem pokrętne ścieżki erotyzmu bez słowa skargi ze strony płci pięknej, a nawet z nielicznymi acz symptomatycznymi pomrukami zachwytu pań mniej doświadczonych, mam się wahać, czy te nieustanne mejle w skrzynce, to tylko reklama, czy jednak skutek donosów?

    A gdy mija pierwsze oburzenie, przychodzi zdrowa chłopska refleksja: a na ch… komu dłuższy? Jednak wyciąganie na siłę musi mieć wzięcie, inaczej nie było tego zatrzęsienia ofert. No i co to za radość z tej długości? Odwieczne pragnienie omdlenia w trakcie erekcji? Wszak im dłuższy, tym więcej krwi potrzebuje do jej podtrzymania, a to już się chyba gryzie z targetem niebieskiej tabletki. Cóż, jedni mają, jak widać, głód narracji, a innych prześladuje głód stawania w szranki z ogierem czystej krwi arabskiej. Czy to jednak próżność, czy fantazja i chęć wywołania zachwytu pracownic dyskontu w trakcie dorocznego balu królowej kas, gdy zrywać będą te lateksowe kalesony, by ostatecznie uwolnić tańczącego z kaszaną? Pokrętna to chyba motywacja. A może pragnieniem przedłużenia kieruje potrzeba umieszczenia magicznej różdżki w awatarze portalu randkowego? Niespełnione marzenia o życiowej roli w niekończącym się serialu „P jak pyton”, czy marzenia o rozpuszczeniu węża w saunie osiedlowej siłowni, że niby sterydy nie tylko karkiem wychodzą? Przepraszam za tę kreatywność na potrzeby tekstu, zwłaszcza, że czas kończyć. Okazuje się, że równie dobrze rozwiązanie karczemnego dylematu może leżeć tuż u progu. Wcale bowiem niewykluczone, że przedłużenie penisa służy targetowi dążącemu do pełni samowystarczalności, którą błyskotliwie wyraził pewien filmowy policjant u Marka Piwowskiego, gdy na oralną propozycję spłoszonej dziewczyny, odpowiedział nieskromnie, że „do buzi, to sam sobie sięgam”.

    O tempora, o mores, jak wrzasnął Cyceron, być może zaglądając do skrzynki na listy, o czym ja tu w ogóle? Tymczasem męcząca reklama współczesna, z targetem lokowanym od pasa w dół, całkiem mnie przerasta i skuteczniej działa w charakterze inspiracji intelektualnej na miarę czasów niż jako dźwignia, nomen omen, handlu. Ilu może dostarczyć bodźców do rozważań nad mentalnością Nibylandii zatopionej w upale, a  jakiej proweniencji to refleksja, najlepiej sami oceńcie. Miłych wakacji Państwu życzę… odpocznijcie… choćby od reklamy.

poniedziałek, 7 września 2015

Wybór obciachu albo obciach wyboru

    Tak, nadszedł ten dzień. Wstałem z krzesła i nic już nie mogło mnie zatrzymać w drodze do lustra. Zobaczyłem to raz jeszcze, więc spokojnie mogłem ogolić twarz i głośno wyznać. Powiedzmy sobie jasno: przez całe życie byłem wyznawcą obciachu i żadnej idei nie byłem tak wierny. Początkowo i to przez dłuższy czas na skutek nędzy PRL-u, potem chyba z lenistwa, ale zawsze z lęku przed śmiesznością. Dlaczego nie miałem pojęcia o modach, trendach i zajobach stadnych? Przecież nie z wyboru, z pragnienia bycia ponad, wywyższania się i kroczenia własną drogą, ja tak zwyczajnie, bez politycznego nacisku i ideologii. Samo wyszło, bezrefleksyjnie i bez powodu do dumy, zwykle lecieć musiałem, czasu nie było.

    Co stadu dziś miłe, za pół roku stado nazwie szczytem obciachu. Z tęsknoty do trwałości bezpieczniej sięgać po obciach jako niezmienny element trwania. W konsekwencji tego wyboru omijałem marki znane z tego, że stanowią markę, a sklepy z konfekcją odwiedzałem w sytuacjach kryzysowych, gdy krok spodni przypominał radziecką firankę po ewakuacji bazaru, a długość nogawki mylnie wskazywać mogła na pasję połowu planktonu w pobliskiej sadzawce. Obuwniczy? Nawiedzałem, a jakże, gdy podeszwy sugerowały już lekceważenie wizyt u ortopedy w dzieciństwie. Odkąd pamiętam zakupy motywowałem koniecznością nabycia tego, co optycznie pozwala zniknąć w tłumie, a krojem i kolorem nie wzbudza porannego wybuchu śmiechu w tramwaju i względnie pasuje do stosownej pory dnia, miejsca i okazji.

   

Niestety, nawet totalny modowy ignorant nie pozostaje wolny od zmagań z aktualnym trendem i inną drogą pozna, co aktualnie stadu miłe. Jeśli modne są spodnie z krokiem na wysokości kolan i tylną kieszenią uciskającą pięty, wyznawca trendu obciachowego (w pewnych intelektualnych kręgach zwanego klasycznym), ma kłopot z kupieniem czegoś niemodnego. Jeśli aktualna szajba urawniłowki mierzy w kurteczkę pikowaną w kołderkę, spróbuj dostać w sieciówce gładką bawełnianą kurtkę do dżinsów i na procesję. Gdy przyszło żyć w epoce ortalionowych rycerzy i zamyśliłeś kupić bluzę bez kultowego kapturka, chroniącego prywatność nosicieli kołczanu prawilności, czeka cię niemal mityczna wyprawa po złote runo. Najwyraźniej ignorancja, podobnie jak wierność sobie w czasie małpim, sporo zachodu musi kosztować.

    Od jakiegoś czasu nie mogę oprzeć się wrażeniu, że przeróżne trendy działają chyba odwrotnie proporcjonalnie do postury nosicieli produktów mód wszelakich i wyzbywają oporu przed kompromitacją. Po raz pierwszy przyszło mi to do głowy podczas wszechogarniającej mody na leginsy, kiedy to niektóre panie wbijały tak intensywnie swoje nadwagi w modny ciuch, że nie tylko przypominały ciasno związany baleron przed wizytą w wędzarni, ale ich nieszczęsne leginsy nabierały przezroczystości rajstop 20 den i ujawniały publiczności dwuznaczną barwę nici w rzyci. Teraz jednak, gdy obserwuję z niepokojem, jak chwilowe mody dopadają facetów, mam inny dylemat: czy dzieje się tak dlatego, że panowie niewieścieją do tego stopnia, że byle głupota ma świadczyć o ich atrakcyjności, czy jednak są na tyle mizerni we własnych oczach, że muszą potwierdzać męskość w spojrzeniu swoich samiczek, nawet za cenę żenady? Czy chodzi o przypodobanie się wybrance, czy jednak o lęk przed piętnującym stadem? Chyba uciekam w pytania bez odpowiedzi, więc odwołam się do przykładu.

    Jest upalny dzień, poniedziałek, popołudnie. Otwierają się drzwi szybkiej kolejki, a do wagonu z impetem wskakuje krasnolud nieuzbrojony. Wiek na oko: dwadzieścia lat z niewielkim okładem. Wzrost siedzącego owczarka, a w garści tekturowy kubełek od Chińczyka. Za syndrom męskości robią mu rude kłaki, pulsujące w rytm żującej szczęki. Broda z gatunku tych, co mojej mamie kojarzą się z mniej szlachetną częścią kozy, dorodna, sięga połowy klaty. Przy mikrym wzroście posiadacza zdaje się żadna to zasługa. Ale zamiast uroków drwala zachowana pamięć weekendowego menu. Z wyraźnym śladem porannej sałatki między kłakami i całkiem świeżym wspomnieniem azjatyckiego makaronu, a i tak całkiem sporo miejsca na deser zostało. Niektórzy wybierają jednak selfie na pamiątkę jadłodajni i może jest to nie tyle higieniczne, co bardziej przyswajalne dla otoczenia. Ten rodzaj krasnoluda tak dalece oddaje się konieczności posiadania brody, że na codzienną jej pielęgnację fantazji już nie wystarczy. Stado mówi, że brodę mieć trzeba, ale wyraźnie nie wspomina o jej estetyce. Ilu takich mijacie na co dzień?

    Jednak ten troll wywołał we mnie refleksję nad przewrotnością mody i szlachetnością trwałego obciachu. Czasem jakoś tak się układa, że niemodne staje się modnym bez zaangażowania człowieka. Pomyślcie dziś, u schyłku mody na brody, czy drwal w głuchej puszczy analizuje w jakim stopniu jest modny? On jest brodaty z założenia, inaczej nie byłoby „mody na drwala”. Kto dałby jej miano i prapoczątek, gdyby nie mit chłopa na schwał, z ramieniem na miarę uda enerdowskiej pływaczki? Czy w zderzeniu z nagłym olśnieniem hipstersa, ten mityczny robotnik lasu powinien dziś z rozpaczy zgolić brodę, bo znalazł się pod presją stada zapuszczonych chłopców u boku żurnalowej dziewczynki? A może nie takie głupie te dziewczynki? Może chodzi o to, żeby na ulicy nie było wątpliwości, które w związku jest kobietą? Bo czyja to zasługa, że posłuszni chłopcy zatroszczyli się o wizerunek, który drwalom bynajmniej chluby nie przynosi?

    Od jakiegoś czasu rozglądam się w tramwaju, pubie, w pociągu, na ulicy i mam wrażenie, że im więcej wokół „drwali”, tym dalej do lasu. Moda zadziałała wyraźnie na opak. Chyba, że mam wyjątkowego pecha, bo gdzie się nie ruszę, spotykam coś pomiędzy hipsterem, krasnalem ogrodowym a fanem Conchity Wurst. Gdzie się nie ruszę kroczy kpina zarośnięta, co z piły łańcuchowej uniosłaby najwyżej osłonę łańcucha, a i to z trudem i w znoju, prawdopodobnie łamiąc sobie przy tym najnowsze tipsy męskości.

    Ale mimo wszystko rąk nie załamuję. Z nadzieją poczekam na kolejną zmianę mód, która dla odmiany, chłopca zbliży do kobiety. Może przemieni ulicznego drwala w peerelowską bufetową? Szkoda, że nie znam żadnego hiper stresa, podsunąłbym mu lansowanie trwałej ondulacji, koniecznie ukrytej pod czepkiem z plastikowej koronki i przy niezbędnym zaniechaniu depilacji nóg, obnoszonych w śnieżnobiałych rajstopach 20 den. Mam nadzieję, że panie z przyjemnością i ulgą przejmą modę, a ich skudlone łydki pod bladym nylonem, pomogą pokonać smutek poniedziałków, których i tak nie polubimy. Bez względu na nietrwałość mód.

czwartek, 23 kwietnia 2015

Upadek Rotgiera z Saturna

Przyzwyczajam się. Z wielkim trudem, jak po grudzie przychodzi, ale jestem coraz mniej oburzony, nieco oswojony, zdziwiony nawet mniej niż wczorajsza dziewica, porzucona w brzasku pierwszego poranka. Staram się jak mogę najmniej boleśnie zamieszkiwać kraj kwitnącej cebuli i dziarsko uśmiecham się z każdym zaciągiem stęchłego kwiecia o świcie, ale łatwo nie jest. I choć wiem, że innej Polski nie będzie, a gorsza przed nami, czasem jeszcze ulegam niemocy. Nie daję rady, choć pomoc nadciąga ze wszystkich stron. Wspiera sąsiad w hali garażowej, gdy regularnie znaczy moje miejsce starym kołpakiem, baniakiem po oleju i mocą lwa z papierka po zeżartym batoniku. Urocza pani pomaga oswoić krainę ćwikły, gdy z wdzięczności za ustąpienie miejsca skacze do gardła, bo jej ubliżyłem „traktując jak staruchę”. Stara się pomóc przyjemniaczek w sobotni poranek, gdy widząc kolejkę do dystrybutora, z uśmiechem herosa bierze się za mycie szybek. I cieszy się, pławi w nieczystym orlenowskim kubełku, zachłystuje się radością bycia ponad czekającymi frajerami, którzy nic mu nie zrobią, choćby pianę bezradności z ust wytoczyli, niczym Gyubal Wahazar z dramatu Witkacego.


    Zbieram te przypadki, chcę czy nie, zamieszkują czaszkę, wciskają się w zwoje, pęcznieją niczym bezdomny na schodach, gdy smrodem utrudnia miłosierdzie. I wsparty przykładami już jestem bliżej, coraz bliżej obojętności, choć ciągle załatwiony, bo nadmiar musi eksplodować. Wtedy dopada mnie pytanie, upierdliwie powracające jak radiowa reklama z Basią, co popuszcza trochę moczu i nie chce iść na zakupy. Więc skąd im się to bierze? Skąd potrzeba dowalenia obcemu? Skąd chęć podstawienia nogi bratu w depresji, siostrze z matki frustracji, ciotce w bezradności i wujowi w życiem zmęczeniu? Skąd kompleks, co każe odreagować na obcym? Czyśmy już do reszty jacyś tacy z glacy, glana i z kopa? Szukam wtedy twarzy radosnej, wdzięcznej szukam, uśmiechniętej, przyjaznej lub choćby pogodnej i coraz trudniej, nawet jeśli z czeluści pamięci wyciągam o poranku zatarty hit: … jak dobrze wstać skoro świt. Jutrzenki blask duszkiem pić. Nim w górze tam skowronek zacznie tryl, jak dobrze wcześnie wstać dla tych chwil, gdy nie ma wad wspaniały, piękny świat. Jak dobrze wcześnie rano wstać wiosną lat.  I nie działa, za chińskiego boga zdziałać nic nie może. Skowronek kultury zdechł i społecznie puszczony wiatr zatarł jego tryl, rozwiał, rozgonił. Już chyba coraz mniej szans na resztki grzeczności w miejscach publicznych, pomijając może dyskonty, bo tam żelazne „dzień dobry” wpisali w obowiązki kasjerki. Nawet, gdy chwilę wcześniej zamieniła z klientem kilka niewyszukanych zdań, nawet jeśli niezbyt dobrych, gdy jego kolej na powitanie, otrzyma je jak pies michę, całkiem jakby minutę wcześniej wzrokiem go nie bluzgała.

    Ale dlaczego ja o tym? Dlaczego znowu ta Basia z radia, ta od puszczania moczu za mną łazi, taka jednocześnie wypuszczona z moczu reklamy i uwiędła w niej powtarzalnością jak hejnał z krakowskiej wieży? Bo jej moczem zebranym z wielu tygodni emisji chlusnąłbym z uśmiechem po oczkach tego gościa z punktu obsługi klienta w Saturnie. Znacie? To posłuchajcie.

    Rzecz była w niedzielę, w trakcie cotygodniowego nabożeństwa ludu pracującego, skupionego w nawach największej katedry handlowej. Pomiędzy podniesieniem (emocji) w Zarze, a upadkiem hostii hamburgera na świeżo zalany colą ołtarzyk pod grillowanego kurczaka w naleśniku. Tam, gdzie biegnie granica żarcia, bekania, zalewania i podłogi frytką pokrywania a dostępem do AGD. Tuż obok był punkt obsługi Saturna, gdzie stałem cierpliwie, by wymienić toner do drukarki. Przede mną pierś prężył mężczyzna. Prężył tak intensywnie mizerną klatę, że nie miałem żadnej wątpliwości: piął się do pojedynku niczym pyszny brat Rotgier przed Zbyszkiem z Bogdańca, klnący się, że nie jest winny tej krwi, która będzie przelana. Tyle że zamiast hełmu miał przetłuszczone kłaki, odstające pancernym otokiem od kołnierza, śladowo przypominające szyszak wojownika. W miejscu zbroi cherlawy korpus otuliła przetarta ortalionowa kurtka z lampasem barwy wojennej, a na wysuniętej prawej stopie zabłocony mokasyn, wbity na szarość spranej frotte skarpety, wytupywał wojenny rytm w niecierpliwym oczekiwaniu na pierwsze starcie. A i oręż jeszcze miał. To nie była tarcza i topór bynajmniej. Za uzbrojenie posłużyć miała maszyna, froterka, wyrzucona na blat w wielkiej niebieskiej torbie z Ikei. „Jaki Rotgier, taki topór”, pomyślałem z uśmiechem wspominając scenę z Krzyżaków Forda, ale na wszelki wypadek odsunąłem się, bo przeciwnik walecznego Cebulaka, w postaci szczupłego pracownika punku obsługi klienta, właśnie kończył rozmowę przez telefon. Na widok odkładanej słuchawki Rotgier Cebulak porwał torbę z froterką i bez słowa, błyskawicznym ruchem, przerzucił ją przez linię blatu, aż wylądowała na służbowym krześle obsługi klienta. Zdziwiony pracownik Saturna odskoczył i spojrzał przerażony na intruza, gdy ten szedł za ciosem:

- Oddaję! Nie chcę, nie działa, pieniądze chcę, rękojmia działa, gwarancja, zwrot, nie?!

- Ale ja nie będę z panem rozmawiał, pan jest agresywny, już to panu mówiłem. Proszę się uspokoić. Powiedziałem, że poczekamy na kierownika punktu i ochronę.

    Przerzucił froterkę na powrót przez blat i nawet nie spojrzał na Cebulaka. Widziałem, że choć ręce chłopaka mocno drżały, na twarzy zachował pokerową minę i niespodziewanie zwrócił się do mnie:

- Słucham, w czym pomóc?

- Nic nie będę czekał, ja tu przyszedłem, pan jest w pracy, mnie pan ma obsługiwać, to moja kolej jest, ja tu stoję! Pan jest w pracy! Zepsute to jest!

    Odskoczyłem znowu w porę, z zatrzymanym wdechem na zdanie, któremu nie dane było wybrzmieć, gdy froterka wyrzucona przez Rotgiera herbu Cebula przelatywała ponownie przez blat. Chłopak z tamtej strony tym razem nie wytrzymał. Nic już nie powiedział, wyrwał z rąk napastnika gwarancję z podpiętym paragonem. Spojrzał w papiery, uśmiechnął się z miną zwycięzcy i podsunął mu pod nos:

- Kupił pan to w Media Markt, więc niech pan idzie pokrzyczeć do Media Markt, tu jest Saturn, szanowny panie kliencie!

    Rotgier z Doliny Cebuli zniknął jak kropnięty magicznym zaklęciem, a ja zostałem obsłużony z uśmiechem św. Jerzego, który dopiero co przekłuł dmuchanego na różowo smoka i już po chwili znalazłem się na parkingu galerii handlowej. Jakież było moje zdumienie, gdy okazało się, że dwa samochody dalej, ten sam buraczany rycerz pakuje uszkodzoną froterkę, w tej samej wielkiej torbie z Ikei, do… lśniącego nowością Mercedesa GLK. Roześmiałem się bezradnie, bo chyba nawet śp. Bareja Stanisław nie umiałby wytłumaczyć jak człowiek, który nie umie wypowiedzieć, o co mu chodzi i nie odróżnia Media Markt od Saturna, potrafi zarobić na samochód tej klasy. Coraz mniej rozumiem mój kraj, a może on z istoty swojej już całkiem przeczy rozumowi?

    Jak dobrze wstać, skoro świt. Jutrzenki blask duszkiem pić. Nim w górze tam skowronek zacznie tryl, jak dobrze wcześnie wstać dla tych chwil.

wtorek, 21 stycznia 2014

Gender melanż ideolo

    W piątek wieczorem odwiozłem żonę na studniówkę niczym zaufany szofer. Wróciłem do domu, by przygotować dziecku kolację, zająć się sprzątaniem mieszkania, myciem łazienki i doprowadzeniem kuchni do stanu używalności, w dodatku bardzo wdzięczny szkole za zwyczaj zapraszania nauczycieli bez osoby towarzyszącej. Dopadła mnie myśl, że w męskiej wersji kopciuszka wpisuję się nieźle w dyskurs wyrównania praw płci. Żeby nazbyt długo nie trwać w nośnym medialnie schemacie, przygotowałem się też do własnego wypadu. W sobotę to ja miałem oddać się przyjemności biegania z wędką za pstrągami, gdy żona będzie robić zakupy i gotować. Guzik nie gender, pomyślałem, zwykłe partnerstwo w udanym małżeństwie, w którym dla każdego znajdzie się tyle obowiązków, co przyjemności.

    Do niczego nie potrzebuję zaśmiecania głowy hasłami równości płci, które służą kolejnemu biciu piany na torcik podziałów polsko-polskich. Tymczasem strumień gender na naszych oczach rozlewa się w sporą rzeczkę i już czuję, że chcę czy nie, moczy także moje trzewiki. A że jako klient sklepów obuwniczych od zawsze dostaję parę, która na starcie przecieka, na każde lanie wody mam alergię.
  

Z ciekawości i zagubienia sięgnąłem do najpopularniejszej dziś encyklopedii i dowiedziałem się, że gender korzeniami sięga lat 70. ubiegłego wieku. Wówczas powiązane było z kierunkiem uniwersyteckich badań w zakresie antropologii kultury, socjologii, literatury, sztuk plastycznych i wielu innych dziedzin. W ramach badań naukowcy przyglądali się pojęciu płci kulturowej, niezależnie od biologicznej, bo rzeczywiście tradycja ludzkości, wielość kultur, mnogość religii i postęp cywilizacji decydowały o nasilających się różnicach w traktowaniu płci. Gender studies usiłowały to badać i opisywać, bo materiał rozległy, a upływ czasu i zmiany mentalne ujawniały nowe problemy współistnienia, co rodziło naturalną potrzebę zapobiegania nierównościom, animozjom i dysproporcjom praw i obowiązków. I jak wiadomo dopóki opis jest naukowy żadne formy ideologizacji nie grożą.
Tymczasem współcześnie wszystko da się zaprawić ziółkiem absurdu i wykorzystać gender w każdej niemal formie manipulacji: narodowej, lewackiej, płciowej, wyznaniowej, politycznej, da się wleźć z jutrzenką wyzwolenia pod każdą kołdrę, byle potem napieprzać się po durnych łbach, wzajemnie wypełnianych nienawiścią albo - w najlepszym razie - nieustającym głodem konfrontacji. I tak przedstawiciele środowisk prawicowych dorobią swoją ideologię, żeby umocnić twierdzę patriarchatu, władzy tkwiącej w łapach mężczyzn, dzierżących ster religii i tradycji, postraszą zalęknionych nowym diabłem, co zabija rodzinę i rozcina więzi międzyludzkie, oparte na uświęconym przekazie pokoleń. Feministki chcą zrobić z gender granat, by oderwać umęczone kobiety od zlewozmywaka i wpływu Kościoła wspieranego przez wygodnych męskich trutni, traktujących kobietę jako użyteczną posługaczkę w obrębie zagrody męskich szowinistycznych wieprzów. Tymczasem jeszcze inni kreują gender jako zagrożenie rządami bab, które oburzyły się na swoją rolę społeczną i teraz chcą nie tylko wykastrować faceta z jego męskości, ale zagonić do salonów kosmetycznych, pieluch i prasowania, by kobieta mogła rozwijać się lub tylko przejąć wygodną kanapę. Przewidujące i bystre działaczki już w przedszkolu wytną oponentów, zatroszczą się o przyszłość pokoleń i nakażą chłopcom bawić się lalkami, a dziewczynkom wcisną autko w garść, bo bez tego nie będą mogły być inżynierkami (a fe, co za dwuznaczne zdrobnienie!).
  

    Wychodzi na to, że w ramach gender studies już dawno zbadano, co było do zbadania pod hasłem „płeć kulturowa” i dziś w ramach walki o równouprawnienie czeka nas wypaczanie tego, co przez wieki uchodziło za zgodne z naturą stworzenia. Okazuje się, że gender to głównie użyteczny kij, którego łatwo da się użyć po każdej stronie barykady. W zależności od tego, który koniec patyka tkwi w czyjej garści, łomocze się nim przeciwnika, tyle że dla samej przyjemności dudnienia. Zupełnie przy tym zapominając, że to nie pałka szturmowa, a jedynie salonowa wykałaczka do dłubania w zębach obyczaju. To, co wyprawia się teraz pod płaszczykiem troski o równość przybiera formę karykaturalną, bo jak wiadomo, ideologizacja może spieprzyć najszlachetniejszą myśl, nurt i założenie.

    Odebrałem tradycyjne wychowanie, w którym zaszczepiono szacunek do każdego człowieka i nigdy nie byłem zwolennikiem patriarchatu. Przede wszystkim obca mi jest od zawsze ta jego odmiana, która pozwala mężczyźnie być panem na balu życia, obsługiwanym przez ubezwłasnowolnione kobiety, którym pozostawia się głównie obowiązek porządkowania bałaganu, usługiwania i łagodzenia. Ale w takim samym stopniu jak patriarchat przeszkadza mi absurd pozornej równości płciowej, o jakim mowa przy wprowadzaniu nomenklatury „rodzic jeden i rodzic dwa” w miejsce matki i ojca.

    Za przyczyną Pana Boga albo natury (jak kto woli), wiemy, że do spłodzenia potomstwa potrzeba dwóch istot różnych biologicznie i psychicznie, dlatego mają prawo i obowiązek nazywać się ojcem i matką, bo takie rozróżnienie wskazuje na odmienne elementy, które składają się na poczęcie i rozwój nowej egzystencji. By jednak była ona w pełni osobą ukształtowaną, z ciała i ducha, w równowadze psychicznej i fizycznej, w trakcie długotrwałego procesu wychowania, socjalizowania, musi od początku towarzyszyć naturalnemu ścieraniu się pierwiastków męskich i żeńskich w codziennym obcowaniu ojca i matki. Nawet, a może przede wszystkim, gdy tworzą jedność trudną, zmagającą się każdego dnia, wcale nie piękną. Bo cały świat nie jest ani jedynie piękny, ani harmonijny, ani myśli układać się podług pobożnych życzeń niedowidzących optymistów, za to jest coraz bardziej patologiczny.

Zatem takie wychowanie, o ile nie zrzuca się go na szkołę, podwórko i laptopa, to też szkoła życia, przygotowująca do przetrwania w nieprzyjaznej przestrzeni. Żadna ideologia ani poprawność polityczna nie mają szans tego zmienić, jak nie mają szans stworzyć bezpiecznej normalności w jednopłciowym wariancie numerowanego rodzica. To, co teraz powiem jest zupełnie niepoprawne politycznie, ale nie wierzę w normalność faceta ukształtowanego przez dwie kobiety, podobnie jak nie uwierzę w normalność kobiety, wychowanej od dziecka przez dwóch mężczyzn. Nie wierzę, bo z takiej relacji wyjdzie jednostka albo narcystycznie zapatrzona w siebie i impregnowana na życie społeczne, albo jednostka zaszczuta i wycofana. Czy nam się to podoba czy nie, żyjemy w społeczeństwie, które coraz silniej ignoruje troskę o rozwój w duchu tolerancji i ani myśli otwierać się na inność. Prymitywne odruchy stadne, barbaryzacja postaw, nastawienie na konfrontację, wymierny zysk każdym kosztem, skrajny egoizm stosujący prawo pięści i twardych łokci, przy tym niechęć do uczestnictwa w kulturze, ucieczka od przymiotów intelektu i ducha, to gwarancja udręczenia psychicznego i zaszczucia, jakie rodzime otoczenie zagwarantuje dziecku wychowanemu przed gejów lub panie homoseksualne. Im dłużej przyglądam się pozorom walki o równe traktowanie, odnoszę wrażenie, że ideologia ta jest wyrazem egocentryzmu jej wyznawców. Ma służyć przede wszystkim wygodnictwu lub usprawiedliwieniu słabości głosiciela, który niczym mały kundelek daje znać o swoim istnieniu głośnym szczekaniem, czym wywołuje najwyżej śmiech lub irytację, a to nie może skończyć się erupcją narodowej miłości, pod tęczą zawłaszczoną przez jedną tylko orientację.

niedziela, 17 listopada 2013

Miłość pomimo

    W Święto Niepodległości zabierałem się do rozważań w duchu: dlaczego nie umiem patriotycznie świętować? W zasadzie jedyne skojarzenie z obchodami, jakie od lat powraca na myśl o tym dniu, wiąże się z błogosławieństwem bezkarnego wysypiania. Poranny ból głowy jest pierwszym i najważniejszym skojarzeniem z 11 listopada, chociaż nigdy nie zawdzięczałem go nieumiarkowaniu w jedzeniu i piciu dnia poprzedniego. A jednak z jakiegoś powodu nie szukam gęsi do pieczenia, flagi nie wywieszam, wzorem dwóch sąsiadów wyłamujących się z obojętności mieszkańców wielkiej płyty. Nawet defilady w telewizji nie chce mi się oglądać, więc i tym razem tak się zbierałem do opisania patriotyzmu neutralnego, że ostatecznie wymiękłem pozostając w milczeniu.
            Temat wydał się tak oczywisty, a jego ujęcie dla większości rodaków jak mniemam na tyle zwyczajne, potoczne i mało odkrywcze, że skasowałem co napisane i wyrzuciłem z głowy pomysł tekstu, przynajmniej na kilka dni. Ale spokoju nie dawał i może darowałbym sobie dalej, gdyby nie stary odcinek serialu Ranczo, który włączyłem do przedwieczornej drzemki regeneracyjnej. Gdy tak balansowałem na granicy jawy i snu, dotarły szczątki dialogu kobiet trzymających władzę: … ja nie wiem za co kocham ten kraj… rzekła jedna z nich. Druga zaś szybko skwitowała: z miłością tak już jest. Czasem nie kocha się za coś, ale pomimo czegoś. Oczywiście przy takim stanie świadomości, poszukującej raczej Morfeusza niż miłości ojczyzny, mogłem przekręcić słowa, ale sens wpił się kleszczem olśnienia i nakazał zrezygnować z drzemki.
Zdaje się, że rzeczywiście o wiele łatwiej dziś uzasadnić, pomimo czego da się kochać nasze państwo niż wyśpiewać pean miłości bezwzględnej, która mniej boli w dowolnym wymiarze niż miłość krecika do jeża, albowiem ślepa nie zawsze znaczy bezbolesna. Zacznijmy od rzeczy najprostszych: kocham pomimo podziałów narodowych i politycznych, które wybrzmiewają w stwierdzeniu, że gdzie Polaków dwóch, tam trzy opinie, koniecznie krzykliwie konfrontowane, coraz częściej z użyciem narzędzi ostrych, benzyny i podpałki, niekoniecznie do grilla. Coraz trudniej odróżnić, szczególnie podczas zabaw narodowych, gdzie kończy się wymiana zdań a eksploduje frustracja lub lęk i poczucie niższości, które dwa lata temu – też z okazji tego święta – trafnie ujął ks. Adam Boniecki słowami: Człowiek pewny swojej ojczyzny nie będzie szalał na jej punkcie. Człowiek pewny swojej wiary nie będzie wszędzie węszył jej prześladowań. I odwrotnie. To niepewność własnych przekonań budzi agresję obronną u wszystkich stworzeń, które atakują, nie widząc innego ratunku. Tymczasem z upływem kolejnych lat jeszcze mniej w narodzie ochoty na wspólną zabawę, o wiele zaś więcej potrzeby konfrontacji, konfliktu i niszczenia wspólnotowych fundamentów. Chciałoby się powiedzieć rymem częstochowskim: coraz mniej radości z tej niepodległości.
            Coraz trudniej kochać państwo, w którym agresorzy nawołują do nienawiści, a bezkarni wandale ze sprejem w garści nie odpuszczą najładniejszej elewacji albo figurce sympatycznego Plastusia, ewentualnie urąbią łapkę Misia Uszatka z taką samą lekkością jak odetną powyżej łokcia lewicę Reganowi, by zademonstrować… no właśnie co? Powrót do jaskini? Wstręt do wszystkiego, co sympatyczne, estetyczne, mądre i miłe? To moc barbaryzacji, czy tylko akt niewymuszonego rozstania z własnym mózgiem, radośnie i głośno wypróżnianym za stodołą? Ale może trzeba odmalować na nowo Plastusia, poddać renowacji Uszatka i ignorować resztę za wszelką cenę, by ocalić nieco miłości do państwa? Nawet na przekór trwałemu przypisaniu do klubu frajera chodzącego na wybory, płacącego uczciwie z ciężko ciułanego grosza na trójkąt bermudzki o wierzchołkach: NFZ, ZUS i PKB.       
            Niełatwa jest miłość, gdy trzeba bezradnie przyglądać się młodym, bezpowrotnie przekraczającym granice zachodniego świata. Gdy w milczeniu pozostaje godzić się na rozstanie z generacją zdolną, wykształconą i odrzuconą przez krótkowzrocznych rządzących. Trudno silić się na miłość do państwa, które zamyka oczy na pokolenie pozostawione sobie i skompromitowanym politykom. Zwłaszcza, gdy bezsilni rodzice i dziadkowie tkwią skazani na pułapkę niedołężnienia w otoczeniu wszechpotężnych i wpływowych korporacji, które będą wciągać ostatnie ich złotówki. Ale też będą urabiać pozostałe tu dzieci na tanią siłę roboczą, szarą masę posłuszną nakazom konsumpcji, spełnioną w trawieniu chipsów i telenowel albo telewizyjnych show.
Czy zatem, pomimo trudów miłości, są jakieś jej blaski? Może da się kochać to państwo także za coś? Niewykluczone, że to jedynie sprawa obiektu, na jaki kierujemy wzrok, decyduje o sile miłości. Wszak wciąż jest tyle miejsc pięknych: rzek, lasów, jezior, morskich plaż i gór, łąk i pól nieskalanych przez cywilizację i pęd gospodarki rabunkowej, a to przecież ciągle to samo państwo. W ludzkiej społeczności tyle jeszcze ocalało wysp nieodkrytych, niemedialnych krain bezinteresownej pomocy i życzliwości, o których nie doniesie prasa, telewizja i radio, bo co dobre jest ciche i nie chce przylegać do sensacji. Sporo jest jeszcze wież, wysokich i niskich, w których pomieszkują Polacy wrażliwi, uśmiechnięci, wyciszeni, przerzucający wirtualne butelki z listami pisanymi orograficznie, po polsku. Trwają tam skłonni do rozmowy nie tylko z sąsiadem, do spotkania, szanujący rzeczywiste autorytety. W ciszy swoich mieszkań pracują nad poprawą czytelnictwa, rozwijają intelekt wbrew modzie na bezmyślność i lęk przed własnym zdaniem. Wymieniają opinie, chodzą na pouczające wykłady, organizują festyny i festiwale polskiego filmu, teatru i ojczystej prozy. Spotykają się by fotografować, zaśpiewać, zatańczyć, pomni na tradycję, której nie chcą negować. Potrzebują zapomnieć na moment o tym, co bolesne, co odstrasza od miłości nadwiślańskiego skrawka ziemi. Czy to jeszcze jest państwo do kochania, czy już tylko ponadnarodowe społeczeństwo, wspólnota wrażliwych ludzi dobrej woli, którzy odnajdują się z coraz większą trudnością w świecie wyższych wartości? Narodowo czy nie, jednak nie potrzebują flagi, zamieszek, darcia koszul w imię świętowania niepodległości, bo tę budują w mrówczym trudzie tworzenia relacji ponad podziałem, w ciekawości innego, w otwartości na propozycję niebanalnych form ekspresji. Chwała im za to, dopóki obywają się bez odcieni czarnych, brunatnych, czerwonych i nie pielęgnują lęków przed innym. Żeby istnieć w pełni nie potrzebują się różnić i tylko dlatego nie mają szans na słyszalność. I ze względu na nich nie wywieszę flagi, ale podniosę kufel zimnego piwa. Obym zawsze pamiętał, że to ich dzień, który zaczyna się ilekroć mija mój ból głowy, związany z przesypianiem obchodów Święta Niepodległości w tle.

środa, 7 sierpnia 2013

Mąż a sprawa męska

Polak zrobi biznes na wszystkim, bo to człowiek przedsiębiorczy jest, pomyślałem z dumą na ten widok i pewnie krzyknąłbym z zachwytu, gdyby samochód z napisem „Mąż na godziny” zaparkował nieco dalej. Gdy jedni narzekają na epokę singli, na rozluźnienie obyczaju, niechęć do trwałych związków i lawinowo rosnącą liczbę rozwodów, inni widzą w tym szansę na zrobienie interesu życia albo życia interesem (niepotrzebne skreślić). W końcu doczytałem listę zadań, do których można posłużyć się mężem wynajętym na godziny i odetchnąłem z ulgą, bo szło o czynności manualne, związane z techniczną obsługą mieszkania czy biura, ale też z usuwaniem skutków obecności byłego małżonka, z naprawą po fachowcach i złotych rączkach. Skąd zatem w nazwie "mąż na godziny" miast sprawdzonego fachowca?

    A jeśli mąż to czyj? Trzeba wiedzieć, gdzie po jego wyjściu złożyć reklamację, zwłaszcza, gdy kran nadal cieknie, kanapa skrzypi, okno się nie domyka, zaś obsłużona kobieta wyraźnie nie ma żalu i wręcz obnosi się z zadowoleniem. Co wówczas? Gdzie powinien uderzyć z pretensją jej własny, zabiegany i zapracowany, ale ciągle w związku obecny mąż, gdy on sam wpadł genialnie na pomysł zamówienia usługi, żeby już nie słuchać marudzenia połowicy. Czy odpowiedzialność za skutki działań cudzego męża bierze właściciel firmy? Może skuteczniej sprawy prostuje żona wypożyczonego małżonka?

    Idea męża na godziny generalnie bardzo mi się podoba i zapewniam, że z technicznego punktu widzenia nie ma w niej nic do kwestionowania. Ale na gruncie ideologicznym można jej to i owo zarzucić. Każde dziecko wie, że na arenie zmagań z rozplenionym feminizmem jest to jawne oddanie pola, strzał do własnej bramki albo niezbyt fortunny postrzał własnej stopy. Sprowadzenie męskości do roli może nie taniej, nawet manualnie sprawnej, ale jednak siły roboczej i to przez mężczyznę? Nawet jeśli biznesmena, czy jednak się godzi? Gdyby właściciel marki „Mąż na godziny” miał jeszcze wątpliwości, przypomnę słynną scenę z kultowego Dnia świra, kiedy to bohater w pociągu, pokrzykuje prowokacyjnie do kobiety oczekującej pomocy: widzicie w nas mężczyzn w pełni, przypominacie sobie tylko jak trzeba wynieść śmieci, kontakt naprawić, zwolnić miejsce w tramwaju, autobusie. Czy trzeba zatem dodatkowo podkładać własną płeć pod podnóżek feminizmu? Sprowadzać do roli męskiej służby domowej, byle banknoty z tego były? Dobrze to nie wygląda.

    Rozumiem parcie na kasę, gdy kryzys szarpie kłem nie tylko na związki, a wokół coraz więcej zawiedzionych pań i przewaga draństwa męskiego, ale co poczuje wyzwolony gej? Ma zadzwonić po „męża na godziny”, gdy miota się bezradny i zagubiony w labiryncie gniazdek, kranów, rurek, przewodów i uszczelek gumowych? Czy nie kładzie się tu cień homofobii? Nie chcę przesadzać z zakłopotaniem męża podnajętego do gejowskiego mieszkania, w końcu to zwykłe ryzyko zawodowe. Ale  nawet, gdy obędzie się bez środków bezpośredniego przymusu łamania przysięgi małżeńskiej, może czuć się chłopina nieswojo, że posłużę się eufemizmem, i ma prawo wątpić, czy usługa mieści się w ramach określonej misji firmy. Czy godzi się skazywać i tak prześladowanego geja na dyskryminację, choćby przez niestosowność hasła reklamowego firmy, z której usług zamierza skorzystać? Bo jakie ma wyjście? Ryzykować pomoc - wątpliwej jak się okazuje - Złotej Rączki z tradycyjnego anonsu?

    Wypada rozrzedzić wątpliwości. Żeby płeć była mężna i biznesmen syty albo kryty względem poprawności politycznej należy odwrócić uwagę, bo jak uczy klasa polityczna, nie ma lepszego środka na dyskomfort. Wystarczy rozszerzyć ofertę skierowaną do porzuconych żon, rozczarowanych niewiast i pań orientacją skrzywdzonych, by rzucić światło na męskość bogatą duchem i intelektem. Da się przywrócić wiarę w męskość, która w swej pełni dalece wykracza poza zdolność utrzymania żabki w garści i wkrętaka. Ale jak rozszerzyć zakres obowiązków mężowi wynajętemu na godziny, by wciąż pozostawał w obrębie przysięgi małżeńskiej? Wszak w domu czeka kobieta życia, dla której ów biedaczyna walczy o każdy grosz, nie szczędzi trudu, ale też doprowadza do granic wytrzymałości zmysły, które każdego dnia musi trzymać na postronku po stokroć mocniejszym niż sznurek rolety montowanej w oknie tyleż apetycznej, co gorącej singielki albo rozwódki.

Zdaje się, że recepta jest jedna: mąż na godziny musi oferować również usługi intelektualne, nie ma wyjścia. Ambitnym paniom usłuży towarzysko w wypadzie do kina. W ramach opłaty wygłosi mini wykład na temat dzieła, koncepcji reżysera i obszarów jego zainteresowania, a po seansie podyskutuje przy kawie o wrażeniach albo odda się profesjonalnej analizie obrazu. Oczywiście można przenieść usługę na płaszczyznę teatru czy sztuk plastycznych. Proponuję dorzucić do usług mężowskich – rzecz dla wyjątkowo cierpliwych i kochających bliźniego - towarzyszenie w galerii handlowej, najlepiej w trakcie posezonowej wyprzedaży. Tu rzecz jest o tyle złożona, że wymaga taktu i znacznego wyrobienia, gdyż poza naturalną cierpliwością wynajęty mąż powinien oznaczać się wysokim poziomem empatii i mieć wyjątkowy talent w czytaniu mowy ciała. W przymierzalni musi błyskawicznie wyrazić aplauz na widok mierzonej garderoby lub wiarygodną dezaprobatę, w zależności od błysku w oku klientki. Pośród usług dodatkowych, także dla kobiet mniej wymagających, proponuję wspólne wieczorne oglądanie Barw szczęścia albo głośne czytanie najnowszego dzieła Katarzyny Grocholi, Małgorzaty Kalicińskiej czy Katarzyny Michalak. Czytanie do poobiedniej kawy lub przed snem oczywiście, ale zadanie wymaga zaangażowania mężów czułych, wrażliwych i skłonnych do marzeń. Rekrutację zawsze można przeprowadzić wśród świeżo zwolnionych polonistów i rodzimych pantoflarzy, tych ostatnich nie brakuje w żadnym czasie, choć wymagać mogą podwójnej stawki w celu złagodzenia totalitarnych zapędów własnej żony. Przy okazji można ich wykorzystać do innego zakresu zadań – choćby odreagowania zespołu napięcia przedmięsiączkowego albo stresu wynikającego z nadmiaru pracy w korporacji. Wyzywanie, urąganie, wymyślanie na godziny, to też przedsięwzięcie pod rozwagę albowiem pecunia non olet, jak mawiali starożytni, a ich mądrość - jak wiadomo - wieczna jest.

    Powyższe propozycje wymagają oczywiście rozwagi i korekty w biznesplanie, ale mocno ratują męskość przed sprowadzeniem jej do roli chłopa na schwał, co tylko rurę przepcha i skrzypiący zawias przesmaruje. Rozszerzony zakres inicjatywy „Męża na godziny” niesie co prawda ryzyko, ale pozytywne. Od tego może przybyć klientek, które nie zdzierżywszy nadgodzin własnego męża, ostatecznie i tak wynajmą cudzego.

poniedziałek, 27 maja 2013

Paradoksy masochizmu

    Od jakiegoś czasu tak dziwnie się składa, że jedyna sytuacja, która wymusza na mnie uległość medialną wiąże się z salą treningową. Sieciowe kluby fitness równają totalitarnie gusta i nakazują obcować z rąbanką dźwiękową i wizualną, niezależnie od upodobań klubowiczów. Upiorny jazgot paramuzyczny, który podobno ma uzasadnienie rytmiczne, gwałci uszy obecnych i zabija szanse na słuchanie choćby własnych audiobooków. Nie ma bowiem takiego lektora, ani dynamiki nagrania książki, które wytrzyma starcie z jednoczesnym hałasem emitowanym z licznie uruchomionych bieżni w połączeniu z łomotem z rozmieszczonych na suficie głośników i rytmów zumby z pobliskiej sali, gdzie kobieca sekta radośnie przekrzyczy najmocniej rozregulowane potencjometry.

Poczucie stłamszenia dodatkowo wzmacniają pozbawione głosu telewizory. Atakują oczy miganiem obrazków z różnych kanałów, zwykle związanych ze sportem i generalnie o skupienie myśli nie jest łatwo. Na każdą próbę interwencji, że może by tak trochę ściszyć rąbankę – przypominającą dźwiękiem pracę młocarni marki Warmianka, zapomnianej córki PRL-u – słyszę dwie odpowiedzi: a) to fitness jest i muzyka niezbędna, b) ludzie będą mieli pretensje, że jest za cicho. Nawet, gdy znakomita większość obecnych ma własne słuchawki na uszach. I ta sytuacja przywodzi na myśl scenę z filmu Szabla od komendanta Kolskiego, w której Jakubek, grany przez Bronisława Pawlika, trzyma uwiązaną kurę przy nodze i słuchając radia maltretuje ptaka, żeby darł dzioba i trzepał skrzydłami. Jakubek tłumaczy synowi, że to zabieg niezbędny, gdyż przyzwyczaił się przez lata do zagłuszania stacji i bez zakłóceń nie słyszy o czym mowa. Być może klubowicze fitnessu też potrzebują łomotu z głośników, żeby usłyszeć, co im w sercu i słuchawkach gra, więc przyjąłem fenomen do wiadomości i liczę serie ćwiczeń bezmyślnie. Przestałem zwalczać teorię, podług której bez hałasu skupić się nie da i łatwo pomylić ilość powtórzeń w machaniu sztangą oraz pogubić się w obliczeniach wykonanych skłonów i wysapanych boleśnie brzuszków. A może hałas ma zagłuszać sapanie zdyszanych i jęki piekielnego wysiłku, jakże dalekie od rozkoszy?

Odkąd nie zabieram audiobooków na siłownię, chcąc nie chcąc dostrzegam mielony w kółko program o rekreacji, wypoczynku i jedzeniu w jednym z fitnessowych telewizorów. Uderza obrazami bez fonii, ale ma napisy, więc wiadomo o czym mowa. Pierwsza rzecz, która skupia uwagę to paradoks. Wokół ludzie katują się dobrowolnym wysiłkiem na rzecz  zdrowia, zalewają oczy potem, bo przyszli tu odmawiać sobie smakołyków, piwa i uroków restauracji, a na ekranie w kółko dają filmiki o przyrządzaniu smakowitych dań, posiłków, deserów, oczywiście bardzo zdrowych. Czemu ma służyć tortura obrazowa? Budowaniu wytrwałości? Ćwiczeniu silnej woli? Pojęcia nie mam. Podobnie jak nie bardzo rozumiem, czemu w takim miejscu, chyba także na prawie paradoksu, telewizja której nijak nie zamierzam reklamować, pokazuje filmiki promujące miejsca odpoczynku i urlopu, podkreślając najmocniej wartość ciszy i spokoju miejsc odosobnienia, gdy tu sieczka zwielokrotnionych dźwięków drze bębenki uszu. A tam na ekranie raj, z promocyjną ofertą spędzenia weekendu walentynkowego w celi więziennej, gdzie jedną z atrakcji są oczywiście specjalne posiłki, takie same jak dla osadzonych. Albo zaproszenie do niekomercyjnej winnicy polskiej, gdzie można degustować wina, które nie trafią do dyskontu i hipermarketu, z widokiem na krzewy, łąki i bezkresne przestrzenie pozbawione śladu cywilizacji, a może wakacje w odosobnionym klasztorze? Tu można zasmakować pełną gębą nie tylko ciszy metafizycznej, ale dań z przyklasztornej kuchni. Równie dobrze można przetestować rytm zakonnego życia, skorzystać ze spacerów w totalnej głuszy, poczytać w bibliotece, ale można też po prostu nic nie robić, o czym coraz więcej ludzi marzy, szczególnie pedałując po robocie w ramach godziny ostrego cyclingu (uwaga dla niewtajemniczonych: nie ma to związku z rozkoszą obcowania z kobiecymi organami).

    Dla porządku przypomnę, że klubowicz oglądający scenki kulinarne i urocze miejsca wytchnienia z agroturystyką w tle, właśnie przyjechał głodny po całym dniu pracy, a teraz zalany własnym potem po krocze, ugniata matę albo udeptuje bieżnię, ewentualnie dyga na stepperze, dokładając sobie torturę ekranowej wizji lasów zielonych, łąk umajonych, cienistych gaików, pachnących żywicą alejek posypanych żwirkiem i talerzy wypełnionych klasztornym mięsiwem, ziemniaczkami i surówkami.

    Zestawiając to wszystko nie sposób nie ulec pokusie, że jednak każdy z nas ma w sobie coś z masochisty, lubi się umordować, żeby poczuć się lepiej, bo poprawić jakość życia można jak widać także przez dokopanie samemu sobie i na własne życzenie. Czasem trzeba boleśnie się skatować, żeby docenić uroki egzystencji bez mordęgi, choćby z wielkim brzuchem. Trochę to wszystko poplątane i cokolwiek odstaje od logiki. Ale też podsuwa inną refleksję z paradoksem w tle. Oto ćwiczymy w zatłoczonym fitnessie i w wielkim łomocie, żeby zatęsknić do pustelni. Kupujemy osiemdziesiąt kanałów do telewizora, żeby obejrzeć film raz na tydzień i po roku zadeklarować niechęć do telewizji. Wywalamy kaskę na rower, rolki w weekend, a narty na urlop, żeby spędzać regularnie czas w laptopie. Tkwimy zalogowani na kilku portalach społecznościowych i nie wypuszczamy z rąk smarftonów, żeby marzyć o wycieczce do lasu i o braku zasięgu. Tworzymy sobie nadmiar, żeby pojęczeć z tęsknoty do pustki. Ecce homo ery bezrefleksyjnej.

    Ale na koniec wyznań masochisty czuję się w obowiązku uprzedzić ruch internetowych trolli i agresorów, którzy dobrnęli do połowy tego tekstu i już gromadzą jad w śliniankach, by strzyknąć mi w oko zarzutem: to po co tam łazisz i marudzisz? Nikt ci nie każe! Otóż łażę, bo muszę, domaga się tego mój kręgosłup i inne schorzenia związane z pracą stacjonarną i nadmiar stresów do wyładowania oraz totalna niechęć do uprawiania sportów innych niż stacjonarne. Ale szczerze tego łażenia nie znoszę i dlatego muszę za nie płacić w imię dopełnienia paradoksów. Żeby zmusić się do uczestniczenia w czymś, na co wielkiej ochoty nie mam, wywalam co miesiąc na karnet. Życie uczy, że żaden motywator nie działa tak skutecznie jak wyrzut sumienia, że się zapłaciło i nie poszło. Tymczasem refleksje na wyjściu nic nie kosztują, a pisze się miło.

niedziela, 14 kwietnia 2013

Gdy winni inni

    Tuż obok powstaje blok. Widok z kuchni mam na parking, częściowo w budowie, na który ekipy dewelopera zrzucają piasek. Właśnie podjeżdża mała ładowarka, ale zamiast podjąć kolejną partię materiału, wysypuje częściowo zawartość łyżki. Operator wyskakuje z kabiny i z piasku w łyżce wydobywa długie elementy w foliowych opakowaniach, chyba rurki. Pakuje je do bardzo zużytego opla, który stoi obok pryzmy. Po chwili uzupełnia łyżkę ładowarki piachem i wraca na budowę.

    Jest sobota, siódma rano, zatem już biały dzień. Osiedle zamieszkane od dziesięcioleci, wychodzą ludzie z siatkami, z workami śmieci, z psami, ale kombinatorzy mają to w poważaniu. Nie przejmują się świadkami procederu, nie mają na to czasu. Zanim zjadłem dwie kanapki i dopiłem kawę, operator ładowarki trzy razy powtórzył operację. Gdy wstałem umyć kubek inny facet w kombinezonie wskoczył do opla i uwiózł materiał z budowy w sobie znanym kierunku.

Minął tydzień od tego zdarzenia, a ta dosyć banalna scenka chodzi po głowie i nie daje spokoju. Nie wystarczyło odruchowe skwitowanie zdarzenia spontaniczną refleksją, że Bareja z serialem Alternatywy 4 nadal aktualny w diagnozie mentalności polskiej, a jeszcze bardziej Filip z konopi Gębskiego, choć starszy, bo z 1981 roku. Chyba nie wystarczy odnieść zdarzenia do filmów sprzed trzydziestu lat i odstawić umytą szklankę do szafki. Jest więc coś jeszcze, co obok mnóstwa innych faktów społecznych, odbiera radość życia w tym kraju. Czy można łatwo uwolnić się od pytania: dlaczego mimo zmiany ustroju, mimo rzekomej poprawy warunków bytowych społeczeństwa, w ciągu trzech dekad mentalność nie poddaje się modyfikacji? Dlaczego nie ewoluuje poczucie odpowiedzialności za swoje czyny wobec innych i nijak nie zmienia się postawa obywatelska? Czemu ciągle tak samo górę bierze perspektywa sięgająca nie dalej niż własny nos? Skąd niezmienne parcie do kradzieży, cwaniactwa, mimo że i na budowie wszystko dawno temu przestało być państwowe czyli niczyje? Przecież obecni budowlańcy nie pamiętają już tak jasno i wyraźnie PRL-u, a tamta mentalność siedzi w nich głębiej niż siódme przykazanie.

    Tak, wiem, większość czytających te słowa powie: z ubóstwa, z tego, że prywatny deweloper rżnie tych ludzi na kasie, wykorzystuje, każe pracować po godzinach, za grosze i na czarno, więc należy im się jakaś premia w naturze. Kombinują uczciwie. Trudno odmówić takiej racji, prawda? Aż się prosi o przymknięcie oka na łamanie dekalogu w katolickim kraju. Jak to mówił dawniej mój znajomy ksiądz: bo Polak wszystko sobie wytłumaczy i grzechu nie ma. Gdy jednak inwestor mocno oszczędza na ilości i jakości materiałów budowlanych, a jego pracownik i to rozkradnie ile wlezie, to co z nabywcą mieszkania? Nie dość, że podpisał wyrok ekonomiczny na siebie do końca życia, a ładując się w kredyt wywalił setki tysięcy na nowe lokum, teraz będzie dokładać do niego dodatkowo? Żeby funkcjonowało jako tako i się nie zawaliło.

    Za dużo wymagam od robotnika, on pewnie na wsi dom stawia sąsiadowi, no chyba że córce buduje, bo dom mieć trzeba i ukraść materiał obowiązkowo. Byłby głupi kupując coś, co leży w zasięgu całkiem za darmo. Bo to nie kradzież jest przecież, tylko życiowa polska zaradność. Podobnie jak głupi jest pracownik dysponujący służbowym samochodem, gdy pojedzie po zakupy prywatnym i jeszcze głupszy lekarz, który nie kieruje pacjenta do swojego prywatnego gabinetu, bo w tym z NFZ nie ma sterydu do wstrzyknięcia. Głupi byłby sąsiad sprzątający po swoim psie, gdy ten z dołu ma takiego, co sra więcej i nie sprząta albo segregujący śmieci, gdy ten z pierwszego piętra ma to w dupie. Durny pracownik biurowy, co kupuje papier do domowej drukarki, gdy ma w robocie dostęp do ryzy i jeszcze głupszy dzwoniący z prywatnej komórki do korepetytora dziecka, gdy ma służbową w kieszeni. Idiotą byłby przedsiębiorca, który nie korzysta z mocy kreatywnej księgowości, gdy ta szuka luk w ustawach i pozwala na lawirowanie w nieprzyjaznym środowisku podatków. Przecież każdy chce być mądry i zaradny, więc po co się ośmieszać uczciwością w kraju, gdzie tylko ryba nie bierze?

    Tylko jak poprawić sobie potem samopoczucie w kwestii prawości? Skutecznie i z poczuciem ulgi najlepiej głośno piętnować kradnących na większą skalę: polityków, prezesów, dyrektorów, developerów, wybrańców losu, którzy na krzywdzie niewiniątek budują fortuny. Wytykać palcem bogaczy, ale nie dlatego, że oburzają nieuczciwością i pazernością, ale że bardziej zaradni i lepiej ustawieni. Bo też i w hipokryzji piętnowania za grosz troski o wspólne dobro, o wiele więcej zaś zwykłej polskiej zawiści.

    Optymiści ciągle wskazują, że to wynik okresu przejściowego, że musi nastąpić zmiana pokoleniowa, że wraz z poprawą warunków materialnych społeczeństwa, wraz ze wzrostem zamożności, postawy obywatelskie będą się rozwijać. Zdaje się, że w tej kwestii, żeby nie trafić w objęcia traumy, lepiej pozostać po stronie sceptyków. A może zwykłego racjonalizmu? Skoro stary kafelkarz, piekarz, kierowca albo kelner wziął sobie na praktykę ucznia, czy nauczy go innych metod orżnięcia klienta niż te, na których sam się wychował, przeżył i dorobił? A może zwyczajnie nauczy go uczciwej pracy za najniższą krajową? Ten rodzaj pobożnie życzeniowego oczekiwania pozostawię dyżurnym analitykom i optymistycznie nastawionym socjologom. 

    Pozostanę po stronie przekonania, że nie ma takiej stawki, takiego statusu materialnego, przy którym średnio wyedukowany człowiek, który do wczoraj się dorabiał, dziś powie: to mi wystarczy, od teraz zajmę się pracą nad swoją postawą obywatelską, nad rozwojem człowieczeństwa, będę dawał dobry przykład młodym. Szczególnie w czasach, gdy uczciwość, prawość, troskę o innych pozostawiono w skansenie organizacji dobroczynnych i tylko niektórych - jak się okazuje - fundacji pomocy, a bezinteresowna szlachetność i człowieczeństwo przeszły do lamusa z napisem frajerstwo i raczej tam pozostaną, bo średnio statystyczny Polak jest równie nienasycony jak leniwie stroniący od rozwoju własnego człowieczeństwa. Zdecydowanie przedkłada komponowanie haseł na transparenty nad czystość pobliskiego chodnika i pracę u podstaw. Będzie walczył z rządem depcząc gówno własnego psa pod blokiem i wynosząc po kryjomu markery i wodę mineralną z pracy.

środa, 20 lutego 2013

Pozory buntu

Aleksandra Klich i Robert Siewiorek, tak oto piszą w reportażu Miej mniej, gdy chcesz więcej („Gazeta Wyborcza”, 16-17 lutego, 2013): Staliśmy się ludźmi uprzedmiotowionymi, uzależniającymi poczucie szczęścia i sens życia od gromadzenia dóbr, którymi nie potrafimy i nie mamy czasu się cieszyć. Ludźmi, których zachłanność wyniszcza emocje, tłamsi duchowość i pustoszy intelekt. Ludźmi, którzy – o ile chcą ocaleć w tym cyrku kupowania-posiadania – powinni zwrócić wzrok w stronę nowego plemienia buntowników. W stronę minimalistów.

    Oto dożyliśmy czasów, gdy normalność potrzebuje nowego plemienia buntowników by dać się zauważyć. Pomijając fakt, że autorzy tekstu mają głęboką potrzebę wypowiadania się w imię ogółu – „my ludzie”, ale po co? Żeby przyprawić całemu społeczeństwu jednaką gębę? Jakby zapomnieli, że od czasu przemian ustrojowych nie wszyscy zdążyli dobiec do autobusu linii „konsumpcja i posiadanie”. Dla wielu tymczasem pazerne chapanie nigdy nie stanowiło pokusy, choćby z powodu świadomie dokonywanych wyborów (duchowych albo intelektualnych), płynących z użycia rozumu i wolnej woli. Dziennikarze zaś podchodzą do sprawy na skróty: w społeczeństwie nie ma ludzi, którzy jedzą, aby żyć. Pozostali zaś wyłącznie tacy, którzy od zawsze żyją, by jeść, zagarniać i tracić przedmioty w nurtach rzeki przesytu i nudy.

Rozumiem, że daleko idące uproszczenie pozwala autorom na komfort głoszenia idei minimalizmu, rozprzestrzenionej za sprawą tyleż modnych, co infantylnych książek Leo Babauty, światowego guru nurtu. Ale topowy bohater zdaje się nie robi nic specjalnie nowego. Postawę do której nawołuje znamy w kulturze zachodniej od ponad dwóch tysięcy lat. Wówczas pewien minimalista, znany całemu światu jako Jezus Chrystus, głosił, że łatwiej przejść wielbłądowi przez ucho igielne niż bogatemu wejść do królestwa niebieskiego. Powtarzał również: gromadźcie sobie skarby w niebie, tam ani mól, ani rdza nie niszczą. Tam też złodzieje nie włamują się i nie kradną. Bo gdzie jest twój skarb tam będzie i twoje serce. Że nie wspomnę o pouczeniu Mistrza z Nazaretu dla tych, którzy mają dwie suknie i jedną mogą oddać potrzebującemu.

    Wychodzi na to, że w naszych czasach dla równowagi pomiędzy być a mieć, potrzeba zatrudniać guru i tworzyć wtórne idee. Pan Babauta poddał te znane od wieków recyklingowi, pozbawił sensów eschatologicznych i metafizycznych (przepraszam wszystkich minimalistów za trudne słowa) i udaje odkrywcę, który (o święty Paradoksie!) w imię minimalizmu zarabia grubą kasę na świeżym opium dla infantylnych mas. W Polsce, jak widać, też znalazł grunt.

    W nagłówku reportażu, o którym tu mowa, publicyści powiadamiają czytelnika, że to odrzucone przez rynek pracy, zniesmaczone chciwością swych rodziców pokolenie Y odwraca się od świata zawłaszczonego przez rzeczy. Według wszelkich, mniej lub bardziej naciąganych statystyk i sztucznych podziałów – pchających wszystkich do jednego worka – pokolenie Y zaczyna się mniej więcej od urodzonych około 1985 roku. Czy to oznacza, że wcześniejsze roczniki nie żyły wolne do żądzy posiadania góry rzeczy zbytecznych? Nie mogły żyć nastawione na rozwój osobowości? Czy dla przypomnienia trzeba uciekać się do przykładu ruchów związanych z wiarą, organizacji religijnych, do sekt nawet i przykładu eremitów, komun hipisowskich, do subkultur czy innych form obrony przed tępym konsumpcjonizmem XX wieku? Może znaczy to, że jeśli wcześniej urodzeni postawili na swój prywatny minimalizm z wyboru, bez guru-buru Babauty, w oczach dziennikarzy stanowią ledwie wypadek przy pracy nad statystyką?

    Nie będę w tym miejscu rozstrzygał takich dylematów, gdy nadmiernie kusi inny: co tu jest pierwsze – jajo czy kura? Czy pokolenie dzisiejszych buntowników, to odpowiedź na odrzucenie przez rynek pracy, czy raczej ich racjonalizowanie porażki przez udawany bunt? Coś z ducha: nie chcecie nas, to się obrazimy i zbuntujemy. Napiszemy sobie na sztandarach, że nie chcemy nadmiaru przedmiotów, skoro nie dajecie nam na nie zarobić. Dorobimy uzasadnienie do wykluczenia. Postawimy na model życia z mniejszą ilością zabawek, ale bez brania odpowiedzialności za innych, pod pozorem rozwoju osobowości oczywiście. Tylko czy tu jest miejsce na rzeczywiście odrzucenie zabawek?

Nawet pozbywanie się przedmiotów zbytecznych w formie przedstawionej przez Klich i Siewiorka jest wątpliwe. Autorzy podkreślają, że na wyposażenie buntownika składa się około stu przedmiotów, w tym parę ciuchów, laptop, komórka lub smartfon, rower, dobre słuchawki, kubek, rondel, plus ze dwa talerze, kilka książek, parę domowych sprzętów, materac, plecak i garść innych. Oto ekwipunek minimalisty-egotysty, który założył sobie przede wszystkim minimum spotkań na jego obsikanym rewirze, bo trudno byłoby ugościć choćby rodzinę na dwóch talerzach, z jednym kubkiem do dyspozycji. Eliminacja przedmiotów, jako element charakterystyki minimalisty, zdaje się być dosyć podejrzana. Bo choć moje pokolenie dzielą generacyjnie dwie dekady od statystycznego bohatera artykułu, nie afiszujemy się eliminowaniem zbytecznych przedmiotów (a do dziś wielu nie ma potrzeby posiadania laptopa, smartfonu i roweru). Możemy cieszyć się sporą – jak na warunki M3 – biblioteką i mieć telewizor, bez konieczności leżenia przed nim, choćby jako monitor do odtwarzacza i oglądania filmów z przesłaniem mądrzejszym niż idee pana Babauty. Przede wszystkim można mieć kochaną rodzinę i grono sprawdzonych przyjaciół, godnych zaufania, którzy minimaliście może byliby ciężarem na jego jedynym materacu. Zwłaszcza, że czasem ci ludzie czegoś od nas oczekują, choćby lojalności i odrobiny empatii.

    Jak wynika z omawianego artykułu, przedstawiciel pokolenia Y, musi być nieźle ustawiony przez mamusię i tatusia, żeby skutecznie odwrócić się od ich modelu życia. Powinien być ulokowany w wielkim mieście, bo gdzie od czasu do czasu zdobędzie zlecenie, z którego pozyska środki na nowy plecaczek, słuchawki i szczudła? Wszak w Polsce B i C zdechłby z głodu. Stąd wniosek, że na styl życia nowego eremity nad Wisłą pozwolić sobie może młodzieniec rodziców ustawionych i wtedy słodko mu się gardzi ich wyścigiem szczurów. Nawet kilka koszul trzeba wszak gdzieś i w czymś uprać, a woda, prąd, proszek, kosztują. Nawet materac trzeba ulokować na jakiejś podłodze, na której też musi stanąć lodówka. Kilka ścian i podłóg trzeba sobie kupić lub wynająć, czy da się z pojedynczych zleceń? Czy można na to zapracować pomiędzy spaniem do 14.00 i spędzaniem reszty dnia na spotkaniach towarzyskich, bez stałego zaplecza finansowego?

    Jeśli tak, pozostaje mi zazdrościć i sczeznąć w krainie ludzi durnych, którym chciało się zakładać rodzinę, dbać o jej dobro i rozwój, a także ponosić odpowiedzialność za efekty codziennej, żmudnej pracy, również tej nad sobą. Najbardziej bawi jednak zakończenie tekstu Klich i Siewiorka, z którego czytelnik dowiaduje się, że minimalizm jest podglebiem dla postaw obywatelskich. Ciekawe, jakiej postawy obywatelskiej można oczekiwać od ich bohatera, który śpi do południa? A gdy już przeciągnie się na jedynym materacu? Stanie na nogi i rozważy formy przyjemności na dziś. Umyty i gotowy do życia sprawi sobie radość słuchaniem muzyki i uczestnictwem w lekcji tańca, co uczyni go poważnym obywatelem, z którym władza i naród musi się liczyć.

wtorek, 28 sierpnia 2012

Barbaria

    Ruszyłem w stronę jeziora. Zielona toyota poderwała kurz tuż obok. „Daleko nie zajedziesz”, mruknąłem zły, że burzy ciszę lasu, ale w pamięci miałem pobliski szlaban ośrodka wczasowego. Kierowca toyoty zjechał w las i wyszedł z wąskiej drogi, by pieszo iść przede mną. W jasnozielonych bawełnianych spodniach dresu, w trampkach i różowej koszulce polo w paski mocno nie pasował do miejsca i pory dnia. Nie był biegaczem, bo złe buty i papieros w garści. Grzybiarzem? Nie miał nawet reklamówki. Z pewnością nie był też wędkarzem, sprzętu nie schowa do kieszeni. I kto widział wędkarza w różowej koszulce? Amatorem kąpieli o świcie też nie był, bo gdzie ręcznik? Więc kim?

    Mimo woli szedłem za nim wzdłuż brzegu jeziora i na wszelki wypadek docisnąłem do pleców pokrowiec z wędkami, żeby nie hałasować. Spacerowicz zatrzymał się gwałtownie, jakby pojął, że za daleko doszedł. Teraz patrzył w toń jeziora i czekał aż go ominę.

Wkrótce dotarłem do upatrzonego miejsca. Cisza boleśnie kłuła uszy. Przerywały ją nieliczne delikatne pluśnięcia wody, okonie ścigały narybek. Zdziwiło mnie totalne milczenie ptaków o świcie. Jakby ciągle spały, może zmęczone hałasem wieczornej dyskoteki z ośrodka? Rozłożyłem wędki i już po chwili pierwsza płotka trzepotała w dłoni. Była niedziela, nie należało jej trudzić życzeniami. Zwłaszcza, że ani ona złota, ani ja specjalnie do życzeń gotowy. Nawet spontanicznych nie miałem w głowie. Wszak najważniejsze właśnie się spełniało. Lato, świt, zapach lasu, brak ludzi, woda, czego jeszcze można sobie życzyć? Z uśmiechem uwolniłem rybkę. Natychmiast zniknęła radośnie w ciemnej wodzie, bez śladu wdzięczności.

- A ryby jakieś tu są?

- Ryby? – spiąłem się przerażony nagłym głosem za plecami. Ten sam facet w różowej koszulce przeszedł obok mnie i oparł się plecami o drzewo.

- Ryby. Przecież wędkę pan zarzuca, to pytam.

- Tak, są. A może już nie ma? Sprawdzam. Jak pan widzi, żadnego wędkarza, nie byłem ponad rok.

- Rozumiem. Mnie tu nigdy nie było, to pytam.

- Ale dziś jakoś pan dotarł?

Nie odpowiedział. Zamyślił się, patrzył niewidzącymi oczyma gdzieś w dal, może na przeciwległy brzeg. Miał na oko czterdzieści pięć lat, z bliska twarz nie komponowała się ze strojem, był w niej inteligentny rys i zabłąkany uśmiech bezradności.

- Raczej szlaban mnie zatrzymał, pewnie pojechałbym dalej.

Zwinąłem wędkę, zmieniłem przynętę, znowu zarzuciłem, gdy facet rozpoczął monolog, zupełnie nie pytany.

- Od jakiegoś czasu spać nie mogę. Najgorzej nad ranem, dzień rodzi nową grozę. Coś mnie niesie z domu, inaczej bym po ścianach chodził. Muszę jechać, gdzie droga prowadzi. Urlop mam, za dużo czasu i myśli, a nie ma za co wyjechać tak daleko, żeby nie widzieć, nie włączyć telewizora. I dopada wszystko naraz, a nad ranem to szczerzy kły jak ośliniony pitbull. Ten Amber Gold choćby. Teraz wszyscy o tym gadają, trąbią, a gdzie byli jak jawne oszustwo działało? Złodziej okradał w biały dzień, miał trzy wyroki i nic. Ludzi nabijał w butelkę, na ich własną prośbę. Ale mnie ich nawet nie żal. Chciwość gubi i w końcu przykry smród przyniesie. Jak zobaczyłem w telewizorze ich twarze, to jakoś nieswojo mi się zrobiło, że coś nie tak z moim sumieniem. Czemu nie mam współczucia dla tych emerytów, rencistów, prostych zapłakanych twarzy, dla ich przerażenia i krzywdy? Czy wszystko da się tłumaczyć ich chciejstwem? Że mają za swoje? Że nie czytali umowy, bo analfabeci funkcjonalni? Nie sprawdzili? Przecież to dziadkowie, babcie, oni są bezradni jak dziecko we mgle. Chciwość ich prowadziła, fakt, ale może tylko chęć ratowania skóry w czasach barbarzyńców finansowych, gdy znikąd pomocy. Sam nie wiem czy im współczuć, czy nienawidzić za tępotę umysłową, która żywi kanalie ze szczytu piramid? Jak pójdę taką drogą zaraz wszystkich będę nienawidził. Ilu mamy analfabetów z dyplomem wyższych uczelni? Pełno absolwentów zasranych szkół rwania czereśni z ogonkiem, co to mają studia bez przeczytania trzech książek. To jakie my będziemy mieli niedługo elity? Kto poprowadzi prostaków do cywilizacji, ochroni, wzbogaci? Amerykańcy też mają samych prostaków pasionych na hamburgerach i telewizji, wiadomo, tępota umysłowa aż trzeszczy, ale ich stać na prymityw. Kupią elity inżynieryjne, techniczne, intelektualne z całego świata. A nas na co stać? Kogo my sobie kupimy, żeby za nas myślał, rozsądnie zarządzał? Ma pan ochotę mieszkać w jakimś Kapsztadzie i Bangladeszu wschodniej Europy? A trzeba będzie. Mam córkę i dwóch synów. I wie pan, że przez nich spać nie mogę? To dobre dzieci, pracowite i rozumne, uczą się języków, znają komputer i wszystko, co potrzeba, ale co one z tą wiedzą zrobią żyjąc w kraju brudu za chamskim pazurem? Bo my nigdy nie wyjdziemy z pazernego chłopa, bo ten naród z chama jest i taki zdycha. Pan moczy wędki, ja ujadam nad panem, a większość tych, od których tu uciekliśmy pastuje tam buty do kościoła, krawaty wiążą, zaraz będą trzepać łapą znaki krzyża na klacie, jakby muchę z gówna ganiali, ale co im to da? Wyjdą z kruchty z wyhodowaną pleśnią cwaniactwa, kogo by tu skroić i na ile, komu by tu dupę obrobić, kogo okantować. Bo ten naród z Żeromskiego jest: stoi i ślini się nad zdychającym chłopem i tylko czeka, żeby oczy zamknął, to mu zdeptane kapcie z zapyziałej pięty zedrze i będzie zapieprzał w podskokach, żeby inni łupu nie wyrwali. Bo to jest barbaria, wie pan? A my nasze dzieci skazujemy na życie w niej, choć wcale o to nie prosiły.

Odszedł bez pożegnania. W końcu przyszedł bez powitania. Szum rozgoryczenia poszedł za nim szelestem trącanych traw, strzelających patyków i po chwili cisza przypomniała mi, że przynęta nie zmieniona, a ryby jakby odpłynęły na dobre. Zobaczyłem cień pod wodą, podniosłem się i oto pod nogami miałem suma. Płynął majestatycznie około metrowy, tuż pod powierzchnią, pomiędzy wysuniętymi wędkami. Bez pośpiechu, niedzielnie jak tylko chyba może płynąć sum na sumę. Jakby dał znak, że nic tu po mnie. Dla porządku, ciszy i spokoju odsiedziałem jeszcze trzy godziny, aż plaża po drugiej stronie jeziora zaroiła się ludźmi.

Dotarłem do parkingu. Obok mojego samochodu stał opel, a na nim leżał podarty worek ze śmieciami, butelkami i syfem rozkładających się odpadów. Przed samochodem mężczyzna ujadał, że więcej tu nie przyjedzie. Po chwili zjawiła się kobieta z rozczarowaniem i bólem w głosie:

- Niech się pan cieszy, że tylko śmieci. Mój widział jak jednemu koła przebili, a innemu desek nawalili z gwoździami na dach nowego auta. Bo to Polska, wie pan, tak polskie bydło zachęca do parkowania na płatnym parkingu. Kraj prostaków i barbarzyńców umili panu wakacje nad każdym jeziorem.

Miała łzy w oczach i nic nie można było jej powiedzieć, każde słowo mijało się z celem, z sensem i z pewnością rozumienia.

czwartek, 19 kwietnia 2012

Wykluczony

- I co? Nikt pana nie kocha? - rzuciła okiem na komórkę, którą właśnie wydobył z kieszeni i ciszy. Wyłączył profil „bez dźwięku” i spojrzał w błękit jej roześmianych oczu. Rzeczywiście zabrakło połączeń nieodebranych, ale w jej pogodnej twarzy kryło się tyle ciepłej życzliwości, że z pewnością nie miałby nic przeciwko, żeby akurat ona go kochała. Jednak musiała tu zostać, na straży recepcji i etatu. Nie było takiej siły i pewności spełnienia, żeby zabrać ją w życie. Bo i po co? Niewiele miałby do zaoferowania. I to „nie kocha” zeszło z nim na hotelowy parking. Obszedł starego służbowego forda dookoła, obejrzał, bo skoro nikt nie kocha, należało się upewnić, czy nie było na karoserii śladów bezinteresownej nienawiści. Uspokojony wsiadł i wyjechał przed budynek. Stanął przed pierwszym tego dnia żółtym światłem i usłyszał jazgot klaksonu za sobą. Zerknął w lusterko. Spod wymachującej łapy, pukającej już w czoło, czerwieniała gęba w błyszczących okularach i coś wykrzykiwała do trzymanego telefonu albo karcąco, do Jasia, który trzymał się nieżyciowych przepisów w tym miejscu świata. Właściciel gęby odreagował tuż przed zielonym. Dodał gazu i zniknął na zawsze, wcześniej wymuszając hamowanie z piskiem na kierowcy z sąsiedniego pasa.

    Znowu był frajerem w jakichś oczach. Powrócił wieczorny wstyd. Nie całkiem bez przyczyny. Gosia, tak chyba miała na imię, pierwszy raz widział ją na firmowej imprezie, była z innego krańca Polski, a może zbyt krótko pracowała? W jej oczach zobaczył przerażenie, później zdziwienie, na koniec chyba coś na podobieństwo obrzydzenia. Była miła, mogło być ciekawie, ale coś spalił, nie było pod ręką laptopa. Gdzie miał sprawdzić, kto to Hanka Mostowiak i jaki związek ma jej życie z kartonami? O żadnym Ryśku, którego na szczęście uśmiercili niedawno w klanie, też nie słyszał. A całkiem poległ, gdy nie miał pojęcia jak wygląda Sonia Bohosiewicz i czy jest obleśna aż tak, że rzuca złe światło w bitwie albo głosach. Chyba chodziło o celebrytów, ale nawet czterech nie potrafił wymienić z nazwiska, tym bardziej przed sobą samym, więc ostatecznie nie miało znaczenia, że dr House wcale nie jest weterynarzem. Widocznie dwie serialowe reklamy albo zapowiedzi nałożyły się, bo dałby sobie ucho uciąć, że zapamiętał psa, jakiegoś wilczura, a potem nieogoloną gębę tego faceta, co grał kiedyś w filmie o myszy w trampkach. Na co miał zwalić? Na zapracowanie czy na jogę, której oddawał się w porze największej oglądalności? Na słuchanie Milesa Davisa podczas lektury Stasiuka? Czemu zaraz zwalać na cokolwiek? Jakby był winny! W końcu z premedytacją i świadomie wyciszał się w domu i chronił mózg przed zaśmiecaniem nadmiarem szumów informacyjnych.

    Przecież ciocia Lusia od dziecka wmawiała mu, że jest taki poukładany, samodzielny i nad wyraz rozwinięty. Ciocia na pewno przewraca się w grobie, bo teraz odstawał od normy i na nic nie zdały się dwa fakultety i doskonała znajomość angielskiego, komunikatywna niemieckiego i włoskiego, skoro we własnym języku nie potrafił przekonać do siebie uroczej dziewczyny.

    Do tych dwóch typów przy barze nawet nie próbował się zbliżyć. Prawie czytali z blatu, wystarczająco wlani i głośni. Bomba tykała w ich poważnym temacie. Któryś raz z kolei eksplodowała, zanim skrzydło zaczepiło o brzozę. Nawet nieważne czy skrzydło, samolot z zawartością, to ofiara spisku i zdrady, zamachu, a wybuch na pokładzie, to już dwa lata i dalej zakamuflowany zdrajca chodzi i wdycha nasze polskie powietrze, siedzi w kieszeni innego zdrajcy, co się obwołał prezydentem. Próbował odejść dalej od prawdziwych Polaków, ale do myśli lepili się mocą kropelki. Jaś chciał dotąd wierzyć stereotypom, że to wykluczeni kochają się w spiskowych teoriach dziejów i lubią, gdy ktoś pewnie i jasno definiuje wrogów i swoich. Wszędzie wietrzą sprawców nieszczęścia i ufają swoim przewodnikom, choćby pletli największe bzdety i zachęcali do nienawiści z krzyżem w garści. Tymczasem, tuż obok, wykształceni faceci wkręcali spiskowe absurdy. Choć pijani, to jednak ustawieni, przy kasie i zdawałoby się myślący. Jaś zabrał piwo i usiadł dalej, bezmyślnie gapił się w stół bilardowy. I tak już pozostał, do końca, do nocy wietrznej, po której znowu wstało słońce.

    Z ulgą zatrzymał się na kolejnym skrzyżowaniu, a uśmiech dziewczyny z recepcji wciąż był obok. Gdyby umiał skorzystać z portalu randkowego? Czy udałoby się taką spotkać? Może nie za pierwszym, może za dziesiątym, piętnastym razem trafiłby na normalną kobietę? Wyciszoną, inteligentną, odwróconą od zgiełku i lubiącą rozmowy przy delikatnych dźwiękach z głośnika. Taką, co czuje przyjemność wzajemnego przerzucania się cytatami z bieżących lektur, którym oddadzą się nie rezygnując z bliskości. I wreszcie Jaś ustawi w kuchni dwa kieliszki wina na tacy i dołoży koreczki z sera i … uśmiechnął się do własnej myśli, nazbyt tęsknej, więc włączył ulubioną stację. Ktoś w radiu mówił o filmie, cytował reżysera:

Dzisiaj kobieta stawia na samodzielność, a mężczyzna skazuje się na infantylność. Nie ma sprawy, jeśli kobieta sama chce wychowywać dziecko bez mężczyzny. Co więcej, dzisiaj chętnie podaje się w wątpliwość konieczność przedłużania gatunku. Górą jest indywidualizm. Miasto, konkurencja, egoizm, chciwość, pokusy i ich dostępność – to żyzny grunt dla podobnych idei. Świat przestaje być agrarny, staje się metropolis. Rodzina jako zamknięta twierdza już nie istnieje. Człowiek chce być wolnym indywidualistą.

    Mądrość obserwatora była fragmentem wywiadu z Andriejem Zwiagincewem, rosyjskim twórcą filmu „Elena”. Jaś widział go przed wyjazdem, siedział na sali pośród kilkunastu emerytów i też jakby nie przystawał. Historia kobiety, samotnej w związku z samotnym mężczyzną, uśmiercającej ostatecznie bogatego męża, by do jego domu wprowadzić synka nieroba i prymitywa, który płodzi kolejne dzieci i pije następne piwo przed telewizorem, nawet nie poruszyła Jasia. Została w nim chłodem nowoczesnej relacji międzyludzkiej, z którą bardzo wymownie współgrał cytat. Tylko czy indywidualizm jest marzeniem czy koniecznością? Słusznym wyborem czy wyrokiem wykluczenia? Skutkiem determinacji w walce o ocalenie tożsamości czy egzystencjalną konsekwencją mądrości i umiejętności wyciągania wniosków z obserwacji społecznych?

Tak pękł bąbelek, pstryknęła mydlana bańka z uśmiechem dziewczyny z recepcji, która mogła być realna, ale została w tle. I dobrze, bardzo dobrze, bo z czasem mogłoby w Jasiowej głowie powstać pragnienie dziecka, ale jakim prawem miałby je skazywać na życie w zdehumanizowanym świecie? Czemu kolejna istota miałaby się zmagać ze ślepym stadnym pędem? Po co ma płacić nadzieją, wiarą i marzeniami o lepszym życiu w kraju wtórnego analfabetyzmu, absurdu i agonii ducha?


Print Friendly and PDF