Do niczego nie potrzebuję zaśmiecania głowy hasłami równości płci, które służą kolejnemu biciu piany na torcik podziałów polsko-polskich. Tymczasem strumień gender na naszych oczach rozlewa się w sporą rzeczkę i już czuję, że chcę czy nie, moczy także moje trzewiki. A że jako klient sklepów obuwniczych od zawsze dostaję parę, która na starcie przecieka, na każde lanie wody mam alergię.
Z ciekawości i zagubienia sięgnąłem do najpopularniejszej dziś encyklopedii i dowiedziałem się, że gender korzeniami sięga lat 70. ubiegłego wieku. Wówczas powiązane było z kierunkiem uniwersyteckich badań w zakresie antropologii kultury, socjologii, literatury, sztuk plastycznych i wielu innych dziedzin. W ramach badań naukowcy przyglądali się pojęciu płci kulturowej, niezależnie od biologicznej, bo rzeczywiście tradycja ludzkości, wielość kultur, mnogość religii i postęp cywilizacji decydowały o nasilających się różnicach w traktowaniu płci. Gender studies usiłowały to badać i opisywać, bo materiał rozległy, a upływ czasu i zmiany mentalne ujawniały nowe problemy współistnienia, co rodziło naturalną potrzebę zapobiegania nierównościom, animozjom i dysproporcjom praw i obowiązków. I jak wiadomo dopóki opis jest naukowy żadne formy ideologizacji nie grożą.
Tymczasem współcześnie wszystko da się zaprawić ziółkiem absurdu i wykorzystać gender w każdej niemal formie manipulacji: narodowej, lewackiej, płciowej, wyznaniowej, politycznej, da się wleźć z jutrzenką wyzwolenia pod każdą kołdrę, byle potem napieprzać się po durnych łbach, wzajemnie wypełnianych nienawiścią albo - w najlepszym razie - nieustającym głodem konfrontacji. I tak przedstawiciele środowisk prawicowych dorobią swoją ideologię, żeby umocnić twierdzę patriarchatu, władzy tkwiącej w łapach mężczyzn, dzierżących ster religii i tradycji, postraszą zalęknionych nowym diabłem, co zabija rodzinę i rozcina więzi międzyludzkie, oparte na uświęconym przekazie pokoleń. Feministki chcą zrobić z gender granat, by oderwać umęczone kobiety od zlewozmywaka i wpływu Kościoła wspieranego przez wygodnych męskich trutni, traktujących kobietę jako użyteczną posługaczkę w obrębie zagrody męskich szowinistycznych wieprzów. Tymczasem jeszcze inni kreują gender jako zagrożenie rządami bab, które oburzyły się na swoją rolę społeczną i teraz chcą nie tylko wykastrować faceta z jego męskości, ale zagonić do salonów kosmetycznych, pieluch i prasowania, by kobieta mogła rozwijać się lub tylko przejąć wygodną kanapę. Przewidujące i bystre działaczki już w przedszkolu wytną oponentów, zatroszczą się o przyszłość pokoleń i nakażą chłopcom bawić się lalkami, a dziewczynkom wcisną autko w garść, bo bez tego nie będą mogły być inżynierkami (a fe, co za dwuznaczne zdrobnienie!).
Odebrałem tradycyjne wychowanie, w którym zaszczepiono szacunek do każdego człowieka i nigdy nie byłem zwolennikiem patriarchatu. Przede wszystkim obca mi jest od zawsze ta jego odmiana, która pozwala mężczyźnie być panem na balu życia, obsługiwanym przez ubezwłasnowolnione kobiety, którym pozostawia się głównie obowiązek porządkowania bałaganu, usługiwania i łagodzenia. Ale w takim samym stopniu jak patriarchat przeszkadza mi absurd pozornej równości płciowej, o jakim mowa przy wprowadzaniu nomenklatury „rodzic jeden i rodzic dwa” w miejsce matki i ojca.
Za przyczyną Pana Boga albo natury (jak kto woli), wiemy, że do spłodzenia potomstwa potrzeba dwóch istot różnych biologicznie i psychicznie, dlatego mają prawo i obowiązek nazywać się ojcem i matką, bo takie rozróżnienie wskazuje na odmienne elementy, które składają się na poczęcie i rozwój nowej egzystencji. By jednak była ona w pełni osobą ukształtowaną, z ciała i ducha, w równowadze psychicznej i fizycznej, w trakcie długotrwałego procesu wychowania, socjalizowania, musi od początku towarzyszyć naturalnemu ścieraniu się pierwiastków męskich i żeńskich w codziennym obcowaniu ojca i matki. Nawet, a może przede wszystkim, gdy tworzą jedność trudną, zmagającą się każdego dnia, wcale nie piękną. Bo cały świat nie jest ani jedynie piękny, ani harmonijny, ani myśli układać się podług pobożnych życzeń niedowidzących optymistów, za to jest coraz bardziej patologiczny.
Zatem takie wychowanie, o ile nie zrzuca się go na szkołę, podwórko i laptopa, to też szkoła życia, przygotowująca do przetrwania w nieprzyjaznej przestrzeni. Żadna ideologia ani poprawność polityczna nie mają szans tego zmienić, jak nie mają szans stworzyć bezpiecznej normalności w jednopłciowym wariancie numerowanego rodzica. To, co teraz powiem jest zupełnie niepoprawne politycznie, ale nie wierzę w normalność faceta ukształtowanego przez dwie kobiety, podobnie jak nie uwierzę w normalność kobiety, wychowanej od dziecka przez dwóch mężczyzn. Nie wierzę, bo z takiej relacji wyjdzie jednostka albo narcystycznie zapatrzona w siebie i impregnowana na życie społeczne, albo jednostka zaszczuta i wycofana. Czy nam się to podoba czy nie, żyjemy w społeczeństwie, które coraz silniej ignoruje troskę o rozwój w duchu tolerancji i ani myśli otwierać się na inność. Prymitywne odruchy stadne, barbaryzacja postaw, nastawienie na konfrontację, wymierny zysk każdym kosztem, skrajny egoizm stosujący prawo pięści i twardych łokci, przy tym niechęć do uczestnictwa w kulturze, ucieczka od przymiotów intelektu i ducha, to gwarancja udręczenia psychicznego i zaszczucia, jakie rodzime otoczenie zagwarantuje dziecku wychowanemu przed gejów lub panie homoseksualne. Im dłużej przyglądam się pozorom walki o równe traktowanie, odnoszę wrażenie, że ideologia ta jest wyrazem egocentryzmu jej wyznawców. Ma służyć przede wszystkim wygodnictwu lub usprawiedliwieniu słabości głosiciela, który niczym mały kundelek daje znać o swoim istnieniu głośnym szczekaniem, czym wywołuje najwyżej śmiech lub irytację, a to nie może skończyć się erupcją narodowej miłości, pod tęczą zawłaszczoną przez jedną tylko orientację.



