Jest sobota, siódma rano, zatem już biały dzień. Osiedle zamieszkane od dziesięcioleci, wychodzą ludzie z siatkami, z workami śmieci, z psami, ale kombinatorzy mają to w poważaniu. Nie przejmują się świadkami procederu, nie mają na to czasu. Zanim zjadłem dwie kanapki i dopiłem kawę, operator ładowarki trzy razy powtórzył operację. Gdy wstałem umyć kubek inny facet w kombinezonie wskoczył do opla i uwiózł materiał z budowy w sobie znanym kierunku.
Minął tydzień od tego zdarzenia, a ta dosyć banalna scenka chodzi po głowie i nie daje spokoju. Nie wystarczyło odruchowe skwitowanie zdarzenia spontaniczną refleksją, że Bareja z serialem Alternatywy 4 nadal aktualny w diagnozie mentalności polskiej, a jeszcze bardziej Filip z konopi Gębskiego, choć starszy, bo z 1981 roku. Chyba nie wystarczy odnieść zdarzenia do filmów sprzed trzydziestu lat i odstawić umytą szklankę do szafki. Jest więc coś jeszcze, co obok mnóstwa innych faktów społecznych, odbiera radość życia w tym kraju. Czy można łatwo uwolnić się od pytania: dlaczego mimo zmiany ustroju, mimo rzekomej poprawy warunków bytowych społeczeństwa, w ciągu trzech dekad mentalność nie poddaje się modyfikacji? Dlaczego nie ewoluuje poczucie odpowiedzialności za swoje czyny wobec innych i nijak nie zmienia się postawa obywatelska? Czemu ciągle tak samo górę bierze perspektywa sięgająca nie dalej niż własny nos? Skąd niezmienne parcie do kradzieży, cwaniactwa, mimo że i na budowie wszystko dawno temu przestało być państwowe czyli niczyje? Przecież obecni budowlańcy nie pamiętają już tak jasno i wyraźnie PRL-u, a tamta mentalność siedzi w nich głębiej niż siódme przykazanie.
Tak, wiem, większość czytających te słowa powie: z ubóstwa, z tego, że prywatny deweloper rżnie tych ludzi na kasie, wykorzystuje, każe pracować po godzinach, za grosze i na czarno, więc należy im się jakaś premia w naturze. Kombinują uczciwie. Trudno odmówić takiej racji, prawda? Aż się prosi o przymknięcie oka na łamanie dekalogu w katolickim kraju. Jak to mówił dawniej mój znajomy ksiądz: bo Polak wszystko sobie wytłumaczy i grzechu nie ma. Gdy jednak inwestor mocno oszczędza na ilości i jakości materiałów budowlanych, a jego pracownik i to rozkradnie ile wlezie, to co z nabywcą mieszkania? Nie dość, że podpisał wyrok ekonomiczny na siebie do końca życia, a ładując się w kredyt wywalił setki tysięcy na nowe lokum, teraz będzie dokładać do niego dodatkowo? Żeby funkcjonowało jako tako i się nie zawaliło.
Za dużo wymagam od robotnika, on pewnie na wsi dom stawia sąsiadowi, no chyba że córce buduje, bo dom mieć trzeba i ukraść materiał obowiązkowo. Byłby głupi kupując coś, co leży w zasięgu całkiem za darmo. Bo to nie kradzież jest przecież, tylko życiowa polska zaradność. Podobnie jak głupi jest pracownik dysponujący służbowym samochodem, gdy pojedzie po zakupy prywatnym i jeszcze głupszy lekarz, który nie kieruje pacjenta do swojego prywatnego gabinetu, bo w tym z NFZ nie ma sterydu do wstrzyknięcia. Głupi byłby sąsiad sprzątający po swoim psie, gdy ten z dołu ma takiego, co sra więcej i nie sprząta albo segregujący śmieci, gdy ten z pierwszego piętra ma to w dupie. Durny pracownik biurowy, co kupuje papier do domowej drukarki, gdy ma w robocie dostęp do ryzy i jeszcze głupszy dzwoniący z prywatnej komórki do korepetytora dziecka, gdy ma służbową w kieszeni. Idiotą byłby przedsiębiorca, który nie korzysta z mocy kreatywnej księgowości, gdy ta szuka luk w ustawach i pozwala na lawirowanie w nieprzyjaznym środowisku podatków. Przecież każdy chce być mądry i zaradny, więc po co się ośmieszać uczciwością w kraju, gdzie tylko ryba nie bierze?
Tylko jak poprawić sobie potem samopoczucie w kwestii prawości? Skutecznie i z poczuciem ulgi najlepiej głośno piętnować kradnących na większą skalę: polityków, prezesów, dyrektorów, developerów, wybrańców losu, którzy na krzywdzie niewiniątek budują fortuny. Wytykać palcem bogaczy, ale nie dlatego, że oburzają nieuczciwością i pazernością, ale że bardziej zaradni i lepiej ustawieni. Bo też i w hipokryzji piętnowania za grosz troski o wspólne dobro, o wiele więcej zaś zwykłej polskiej zawiści.
Optymiści ciągle wskazują, że to wynik okresu przejściowego, że musi nastąpić zmiana pokoleniowa, że wraz z poprawą warunków materialnych społeczeństwa, wraz ze wzrostem zamożności, postawy obywatelskie będą się rozwijać. Zdaje się, że w tej kwestii, żeby nie trafić w objęcia traumy, lepiej pozostać po stronie sceptyków. A może zwykłego racjonalizmu? Skoro stary kafelkarz, piekarz, kierowca albo kelner wziął sobie na praktykę ucznia, czy nauczy go innych metod orżnięcia klienta niż te, na których sam się wychował, przeżył i dorobił? A może zwyczajnie nauczy go uczciwej pracy za najniższą krajową? Ten rodzaj pobożnie życzeniowego oczekiwania pozostawię dyżurnym analitykom i optymistycznie nastawionym socjologom.
Pozostanę po stronie przekonania, że nie ma takiej stawki, takiego statusu materialnego, przy którym średnio wyedukowany człowiek, który do wczoraj się dorabiał, dziś powie: to mi wystarczy, od teraz zajmę się pracą nad swoją postawą obywatelską, nad rozwojem człowieczeństwa, będę dawał dobry przykład młodym. Szczególnie w czasach, gdy uczciwość, prawość, troskę o innych pozostawiono w skansenie organizacji dobroczynnych i tylko niektórych - jak się okazuje - fundacji pomocy, a bezinteresowna szlachetność i człowieczeństwo przeszły do lamusa z napisem frajerstwo i raczej tam pozostaną, bo średnio statystyczny Polak jest równie nienasycony jak leniwie stroniący od rozwoju własnego człowieczeństwa. Zdecydowanie przedkłada komponowanie haseł na transparenty nad czystość pobliskiego chodnika i pracę u podstaw. Będzie walczył z rządem depcząc gówno własnego psa pod blokiem i wynosząc po kryjomu markery i wodę mineralną z pracy.

