Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mentalność-polaka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mentalność-polaka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 30 kwietnia 2023

Święto paradoksu

Jak wiadomo żyjemy w kraju wielu paradoksów i nic w tym odkrywczego. Zwykle irytują, ale zawsze ubarwią harmonogram codzienności. Bywa, że doprowadzają do szewskiej pasji i coraz częściej zamykają nas w prywatnych bańkach uniesień albo zwyczajnej deprechy. Popychają do ucieczki, choćby od krotochwilnych stand-upów prezesa NBP i jego kolegów albo od skutków ich działań. Potrafią też ubawić po pachy, jak ostatnio ćwiczenia wojskowe na przekopie Mierzei, któremu raczej nie zagrozi nawet przepłynięcie statku, a co dopiero atak inny niż pustego śmiechu, ewentualnie apopleksji na skutek zniszczenia przyrody i wywalenia w rów niebosiężnej kasy. Proszę i jeszcze jeden tego dnia paradoks wyskoczył mi jak królik z kapelusza! Czasem notuję te zjawiska, na własny użytek, przyglądam się z ciekawością badacza odwłoku turkucia i zastanawiam: na ile są one odzwierciedleniem ducha epoki?

A zaczęło się niewinnie. Szukałem w katalogu książki, bo odkąd w domu zabrakło miejsca na półkach, ratuje mnie Biblioteka Wojewódzka, ulubiona jadłodajnia pożeracza druku. Proszę mi tu nie podpowiadać, że e-booki nie potrzebują półek! Wszak obecny tu dziaders wyczuwa opór materii w przechodzeniu na wszelkie e….  zwłaszcza, że przez znaczną część dnia łzawi przyspawany do służbowego monitora. Szukałem książki wydanej w latach 80. minionego wieku, nieprzerobionej na plamki czytnika. Ale co z tą biblioteką? No tak. Posiada w mieście blisko dwadzieścia filii, zatem nie powinno być problemu ze znalezieniem klasyki myśli. Tymczasem nowości wypychają z półek starości i nie byłoby w tym nic złego, gdyby... no właśnie. Klasyka nie odnowiono w obecnym stuleciu, więc spoczywa w jednym egzemplarzu, gdzieś w filii pod falowcem albo idzie na przemiał, czyniąc miejsce nowościom. I byłoby to całkiem szlachetne, gdyby nie fakt, że oddaje miejsce jarmarcznej jednorazówce z przygodami takiego czy innego profilera, mordercy, złodzieja czy inspektora, którego czytelnik puszcza w niepamięć, sięgając po nowszego bandytę z komisarzem w tle, w dodatku dostępnego w streamingu i to pod postacią audiobooka. I na to miejsce przysługuje oczywiście w kilkunastu filiach. Jaki czytelnik, taka misja. I tak produkcja masowa zalewa filie, wypierając klasykę, panie Paradoks. No ale o czym ja tu, skoro i telewizja kiedyś była publiczna, dziś misję puściła ściekiem propagandy, by szczycić się szczuciem. A to już nie paradoks, to zwyczajna polityka, czyli cztery metry mułu poniżej dna.

Zejdźmy z oczekiwań ducha na ziemię. Ciągle jest środa, godzina bliżej osiemnastej, odkrywam światło w lodówce. Zagarniam zarobioną rodzinę do samochodu, jedziemy do lokalnej Biedronki, żeby każdy wybrał co lubi. Pełna demokracja bez pisania listy zakupów. A tam? Całkiem podobnie jak w naszej lodówce. I tylko światło nad wejściem od pół roku niesie światu SOS nerwowej świetlówki, zupełnie po nic. Regały na warzywa wyczyszczone do drutu, puste kartony przewalają się po resztkach nabiału, z owoców zostały borówki w uszkodzonym plastiku. Mokra folia odciska cień po bananach i generalnie jeszcze śledź w marynacie przyjacielem. Dalej szczerzą drzazgę kosze po pieczywie. 

„Jakaś nowa fala pandemii? Tsunami majówki? Ale to już?” – Żona patrzy na mnie z niedowierzaniem. „Może likwidują chrząszcza na skutek inflacji?” – Sugeruję nieśmiało. „Spoko, pewnie limity na ilość zdjęli”, śmieje się dziecię. Nam nie do śmiechu, więc połowica nie zdzierży napięcia, zaczepia sprzedawczynię na mięsie i dopytuje, czy aby ich nie zamkną na dobre. 

- Spokojnie, rano zakupy się robi. Trzeba było zobaczyć ten „armagiedon” do południa. - Odpowiada z uśmiechem „Magda W czym mogę pomóc”. - Kto o tej porze zakupy robi? 

- Ten, co od rana pracuje na wasz „armagiedon”. - Odpowie małżonka niepocieszona i skieruje mnie okiem ku wyjściu. Odwieczny paradoks, kto w tym kraju pracuje na tych, co hurmą czyszczą półki do południa? No i kolejna stonka nas czeka, pomyślałem.

Zerknął łapczywie, gdy wysiadłem z kabiny. I już wiedziałem, przyczepi się jak rzep. Zanim zamknąłem drzwi, jego przekrwiony wzrok, lepko przylgnął do mojej wczorajszej koszulki i już jej nie opuścił. Jak nic wyskoczy o złotówkę, a zapamiętał, samochód i niewykluczone, że niezadowolenie z tytułu odmowy opisze drutem na karoserii. Obracałem w kieszeni magiczną monetę do wózka, ale on wyrysował uśmiech na przepitym obliczu: 

- Mogę zamienić z panem słówko? Nie będę ściemniał, szczerze, jak facet z facetem. Nie chcę żadnych pieniędzy. Chleję drugi dzień i zaraz zdechnę jak się czegoś nie napiję. Możesz mi kupić piwko, kolego? Wiem, kto jak kto, ale ty mnie zrozumiesz. Chociaż jedno. 

Zbił mnie z tropu. Nie miałem na to odpowiedzi, więc jak durny zapytałem, czy jakieś konkretnie? No i ostrzegłem, że te zakupy potrwają, więc tak zaraz nie wyjdę. Zapewnił, że poczeka. I teraz nie wiem, czym ujął mnie bardziej: szczerością czy tym, że wziął mnie za swojego? Przecież nie tykam alkoholu czwarty rok. Covid zostawił taki skutek uboczny, wstręt do alkoholu. Dziś rano przy goleniu nie widziałem w lustrze fana napojów wyskokowych. Zatem? Prorok czy kolejny paradoks? 

Dawno wypadłem z obiegu, nawet nie wiedziałem, że w chrząszczu taki wybór browaru, którego cena szybowała wysoko ponad stanem mojej niewiedzy. Pamiętałem, że najbardziej lubiłem reklamy Żubra, więc zdjąłem z półki króla puszczy, gdy ewangeliczny głos przemówił ze środka: „… spragnionego napoić, bez przesady”. No dobra, nie będę oszczędzał na cudzym nieszczęściu, pomyślałem i przekonałem żonę do zakupu drugiej butelki. I tylko gdzieś z przodu czaszki zakołatała myśl: „a jeśli już sobie poszedł? Będziesz Samarytaninem w poszukiwaniu osiedlowego menela? W nieznanym terenie, bez znajomości topografii koczowisk osiedlowej awangardy?”. 

Rodzinka zagubiona w obcym dyskoncie postarała się aż nadto, żeby zakupów nie kończyć zbyt wcześnie. Dodatkowo na długo utknęliśmy przy kasach samoobsługowych. Nasza nie wyczuła cynamonu i trzeba było wołać wsparcie personelu. Tymczasem okazało się, że wszystkie kasy mają blokadę i odsiecz nie nadciąga. W końcu oburzona "Danka W czym mogę pomóc" podbiegła z okrzykiem: "No co?! Dwie jesteśmy na sklepie. Wszystkie młode poszły na zwolnienie, żeby sobie majówkę przedłużyć!". Święto paradoksu trwało tak długo, że przy spiętych wózkach nie było nawet wspomnienia po sponiewieranym bliźnim. Spojrzałem na butelki i przypomniałem sobie, że przed laty za spożycie piwa z browarów korporacyjnych płaciłem ostrą biegunką. I naraz przed oczyma duszy stanął mi wójt Kozioł z serialu „Ranczo”, wypowiadający z uśmiechem złotą maksymę: „Każdy dobry uczynek spotka zasłużona kara”.

czwartek, 20 września 2018

Czas na dres

❖Kliknij, żeby posłuchać tekstu w interpretacji autora❖

dresiarstwo jako moda
Oto wykształcona, piękna i bardzo wrażliwa kobieta. Nie umie bronić się przed natarczywością lokalnego polityka, półanalfabety nieudacznika, który aktualnie postanowił zostać wójtem. Wczoraj jęczał o plakat wyborczy, dziś o ulotkę, jutro będzie nękał komunikatem na portal społecznościowy albo notką do lokalnej prasy. Wie, że ona umie wszystko, ale nie umie odmówić. Wychowano ją w przekonaniu, że ludziom trzeba pomagać, być pożytecznym, bo państwo kształciło ją także po to, żeby służyła innym. Taki niezbywalny etos jest jak skaza. Kobieta nie widzi różnic między politycznym ścierwem a człowiekiem. Przychodzący z prośbą zawsze pisany jest przez duże C. A może zwyczajnie nie umie bronić się przed natarczywością chama? Może dopisałem legendę z czystej bezradności? 

  Oto inna szlachetna dama, anglistka oddana edukacji. Skromna, bliska perfekcji i z dużym doświadczeniem. Cieszy się wzięciem, więc maturzyści zabijają się o jej lekcje, zwłaszcza, że cena za godzinę jak u studentki. Ma ideały, więcej nie wypada. Wychowano ją w miłości do ludzi, nie mniejszej niż do języka. Gdy Janusz biznesu przyprowadza swoje zepsute do granic jajo, ona nie żąda więcej. Dlaczego? Doskonale wie, że ta wesz wysysa ostatnią krew ze swoich pracowników, okrada państwo i nigdy nie płaci na czas zleceniobiorcom. Lud układa pieśni o jego podłości i pazerności, ale na nią to nie działa. I nie podziała również to, że ćwok z satysfakcją dorzuci jej do korepetycji tłumaczenia ofert, nawet zwykłe mejle do napisania po angielsku, tak przy okazji. Nie mam złudzeń, tu nie będzie wdzięczności. Jego złotówki są znacznie więcej warte niż jej, frajerskie. Dlatego anglistka zostanie w szponach pogardy do końca życia, jego lub jej.

    Oto ceniony lekarz z ogromną wiedzą, oddany powołaniu i bardzo cierpliwy. Codziennie wraca z przychodni rowerem. Regeneruje siły i robi coś dla własnego zdrowia. Prawy, kulturalny i wolny od korupcji, ma ideały i dwoje ludzi przed sobą. Na oko sześćdziesięcioletnich, chyba małżonków, bo idą za rękę środkiem ścieżki rowerowej, choć obok pusty chodnik. Pan doktor delikatnie używa dzwonka, bez skutku. Nie ma wyjścia, omija ich z jednym zdaniem: „proszę państwa, to jest ścieżka rowerowa”, w odpowiedzi słyszy jedno słowo, od pana: „spierdalaj”.

    Dziś znalazłem się w podobnej sytuacji, tyle że odwróconej. Sam szedłem obok ścieżki rowerowej. Z naprzeciwka rowerzysta, jedzie chodnikiem, a na jego twarzy – w miejscu na myśl – czai się coś konfrontacyjnego. W porę wyczułem, więc odezwałem się dosyć stanowczo: „I co? Nie widać ścieżki rowerowej?”. Na to jadący, z uśmiechem: „widać, no i chuj”. I tym sposobem już dwa chuje były za mną, z czego jeden wciskał się w pedały.

    Kilka dekad temu, gdy byłem małym chłopcem, panie z pokolenia babć i mamy mawiały w podobnych sytuacjach: jak wam nie wstyd… . Minęło kilka dekad i kategoria „wstyd” przestała obowiązywać w życiu społecznym. Zastąpiły ją „wolność”, „zaradność”, ewentualnie „skuteczność”. Ale nie o tym chciałem, bo to wyważanie otwartych drzwi. Sytuacje – jak te wyżej – rozgrywają się każdego dnia na ulicach, w domach, biurach i spychają do getta ludzi z klasą, ostatnie ofiary niepraktycznego, choć – wedle wszelkich standardów  dobrego wychowania. Takie sceny tłamszą osoby wykształcone, wrażliwe, którym nieobca jest miłość bliźniego, choć ten specjalnie jej nie oczekuje. Coraz częściej widzi w innym zasób do wykorzystania lub zawalidrogę do usunięcia. 

    Zestawiam te obrazki i zastanawiam się, jaką linię obrony należy przyjąć w zderzeniu z napierającą mentalnością troglodyty? Czy obrona jest w ogóle możliwa? Pozostaje ustąpić pola i robić swoje w poczuciu przegranej? Uciekać w książkę, film, spacer po lesie, jazdę rowerem wiejską drogą? Unikanie konfrontacji nieuchronnie kojarzy się z postawą dziecka. Ono wierzy, że gdy tylko zamknie oczka, zło przestaje istnieć i nie ma do nas dostępu. Może i nie ma, dopóki dziecko nie opuści własnych czterech kątów, ale co potem? Troglodytów, analfabetów, agresorów przybywa z każdym dniem i w końcu zawłaszczą przestrzeń. Docisną i wepchają tam, gdzie żywym nie ma czym oddychać, jak pisał poeta Broniewski. Zawsze można spróbować pójść na siłownię, przypakować, stanąć naprzeciw każdego kolejnego chama i pięścią, wiąchą, przejść skutecznie na jego poziom komunikacji. Jeśli nie da się inaczej, trzeba przynajmniej spróbować tresury. To może być nawet skuteczne, ale z pewnością zostawi niesmak i gorycz porażki, skoro miało się zło dobrem zwyciężać, a wyszło jak zawsze.

  Gdy rozważałem wszelkie za i przeciw, nieoczekiwanie przyszedł z pomocą magazyn „Duży Format” (03 września 2018r.) , a w nim tekst: Czuję się dresem. Typ dresoseksualny jest coraz częściej wyszukiwany i oglądany. Okazało się, że życie nie znosi próżni, więc i niewygodzie cywilizowanej egzystencji, politycznej poprawności, dobremu wychowaniu w szacunku dla wolności jednostki, da się przeciwstawić postawę niewymagania od siebie, nieliczenia się z nikim i niczym, a nawet przypisać jej ideologię uszlachetniającą prymityw. Czytam bowiem w artykule, że gdy wszyscy zaczęli się modernizować, zmieniać swój styl życia na „nowoczesny”, dresiarz tego nie robił. Został na blokach, co postrzegane było za wsteczniackie. A dzisiaj to jest nasze, swojskie, z czego wyszliśmy, wartościowsze niż to, co na Zachodzie. To, co kiedyś uważaliśmy w jego zachowaniu za ograniczone, czyli kierowanie się takimi superprostymi zasadami, niedostrzeganie różnych niuansów życia, dziś jest uważane za prosty i jasny kodeks, który zapewnia poczucie bezpieczeństwa i stabilność. 

    No i proszę. Można? Można, bo jak wynika z rzeczonego tekstu, wkrótce zacznie obowiązywać nie tylko moda na dresik w garderobie, ale też wszyscy przestawimy się na mentalność bejsbolówki, twardych łokci i grubego karku w zderzeniu z wykastrowanym metroseksualnym typem w rurkach, którego zżera rak relatywizmu.

    Pora przestać się dziwić, że bohaterowie cytowanego tekstu doceniają zespoły hiphopowe i disco polo na juwenaliach uczelni uważanych dawniej za elitarne. Inteligencja, jako warstwa niosąca do niedawna kaganek oświaty, nadzieję rozwoju miast i wsi, światło w mentalność społeczeństwa wydobywanego ze stada, nie zamierza dziś pretendować do miana klasy wiodącej, bo to jednak wysiłek. Lepiej bratać się z dresem, wytaplać w błotku braku ambicji i w pragmatycznej rozrywce, bez perspektywy jutra. Wszak po nas choćby potop i efekt cieplarniany. 

wycinanie inteligencji
Gdybym dziś był młodym człowiekiem, u progu dorosłego życia, chyba też poszedłbym w dres. Ale na szczęście mam już z górki i pozostaje mi szukać pociechy u tych, co czują podobnie. I tu aż korci, żeby podeprzeć się „Balladą o przyszłości chirurgii” Wojciecha Młynarskiego i przytoczyć jej słowa: 
Choć wokół niby piękne przemiany i Polska weszła na nową drogę, z inteligencją moją, kochany, spokojnie na to patrzeć nie mogę. Bo z jednej strony piękne wspomnienia, gdyśmy mądrości nieśli proporce, jesieni ludów będąc natchnieniem, iskrą, zarzewiem, pochodnią, wzorcem, a z drugiej strony buźki jak z buszu. Męty wszelkiego autoramentu. Czas dla cwaniaków, raj dla chytrusów i dno dla pełnych inteligentów. Ja na to patrzeć nie mogę, ach nie, z inteligencją mą nazbyt czułą. Niech pan ją wytnie, niech pan ją ciachnie, bym dostosował się do ogółu. 

niedziela, 26 sierpnia 2018

Zwrotu nie będzie

bucikiZmęczona twarz za ladą ani drgnie. Nie bawią jej wysiłki obfitej pani, otoczonej rzędem szpilek, która z uporem godnym ceny wbija dorodną wiejską stopę w miejski but i błagalnie szuka akceptacji w spojrzeniu mężczyzny. Ten potwierdzi wybór choćby smutnych mokasynów, bo od jakiegoś czasu myślami najwyraźniej wgryza się w hamburgera za rogiem. 
Sprzedająca na moment ożywa w uśmiechu, gdy mężczyzna przytaknął butom, na które nawet nie spojrzał. Wygląda na bardzo utrudzonego i zdaje się pęka w nim przedostatnia nić, a jego cierpliwość ma swoją wagę. 
Przypomniało mi się, że rok temu kupowałem tu półbuty i gdy już decydowałem się na płatność, ta sama, miła przecież dziewczyna zza lady, zapytała:
- Na pewno przymierzył pan lewy?
- Nie ma takiej potrzeby. Jeśli prawy pasuje, lewa stopa znacznie mniej wymaga.
- Jednak niech pan przymierzy oba, dobrze radzę.
- Dlaczego? Sprzedajecie nierówno krojone?
- W naszym sklepie nie ma zwrotów.
- A to w ogóle zgodne z prawem konsumenta?
- Może nie - wzruszyła ramionami - ale szef zabronił przyjmować zwroty.
- Taka fantazja? Chce odstraszyć klientów?
- Raczej doświadczenie. Za dużo pań kupowało buty w piątek, by oddać w poniedziałek.
- No cóż, kobieta zmienną jest - błysnąłem jak chrząstka w salcesonie.
- Cwana, proszę pana - odpowiedziała rymem - … chrzciny, wesele, spotkanie klasowe albo imieniny u cioci zaliczy w naszych szpileczkach, a w poniedziałek odnosi i żąda pieniędzy. Przecież można zwrócić!
- I?
- I niech pan przymierzy drugi bucik. Na wszelki wypadek. Zwrotu nie będzie.

czwartek, 13 grudnia 2012

Frustrat nieczysty

Już w przedpokoju poczułem smród. Zanim zamknąłem za sobą drzwi, żywo zajechało rozkładem i śmietnikiem niczym w środku upalnego lipca pod zsypem. Niemożliwe, pomyślałem, w grudniu? Z rana wyniosłem zawartość kosza, nawet butelki po winie, piwie i dwie po whisky. To był prawdziwie upojny weekend, nawet sąsiedzi upominali, że to jakiś adwent jest, a nie karnawał. Żadnego z gości nie mogłem w poniedziałek podejrzewać o pozostawienie ubocznych produktów imprezy z soboty. Fakt, przez całą niedzielę nie opuściłem domu, mogłem przyzwyczaić się nawet do zatęchłego smrodu, ale nie do takiej intensywności. Zajrzałem do łazienki, podejrzewając kota o niecny akt dywersji, ale żwirek w kuwecie był czysty i wyrównany, żadnych śladów krycia wątpliwych skarbów. Nie pozostało nic innego jak akt wczesnej demencji, należało się upewnić, czy wynoszenie kosza nie pozostało tylko w porannych zamierzeniach. Szybkie wejście do kuchni wyzwoliło mnie przynajmniej z lęku przed dowodem gwałtowanego starzenia, bo przyczyna smrodu siedziała tyłem, całkiem wygodnie, przy blacie, zapatrzona w blokowisko za oknem. Była to postać raczej rodzaju męskiego, odziana w coś na kształt roboczego waciaka rodem z komuny, w grubych portkach, jakby od starego kombinezonu narciarskiego i w berecie. Mężczyzna wspierał głowę dłonią, siedział nieco przechylony i zupełnie nie reagował na moją obecność. Nie, tego było za wiele, nie wytrzymałem:

- Kim pan jest?! Jak pan tu wszedł i po co?!

- Za dużo pytań naraz, chłopie, nie gorączkuj się, gdzie miałem iść? Tylko tu masz zakręcony kaloryfer, dusigroszu, da się jakoś wytrzymać. Niby jak miałem wejść? Drzwiami. A po co? Sam jeszcze nie wiem. Pośmierdzę trochę i zniknę, więc się nie gorączkuj, nic od ciebie nie chcę.

- A nie może pan jak podobni, na klatce?

- E, bo zostanę dłużej, jak będziesz taki współcześnie gościnny po polsku.

    Chyba pierwszy raz w życiu nie miałem pojęcia jak się zachować we własnym mieszkaniu! Wezwać policję? Jak udowodnię, że go nie wpuściłem? Śladów włamania nie ma. Szarpać się i wyrzucać go za kołnierz? A jeśli jest silniejszy? I ten smród! Musiałem zrobić coś z rękami, więc odruchowo włączyłem czajnik. Wyjąłem kubek i wrzuciłem saszetkę zielonej herbaty. Spojrzałem na drugi kubek, stojący na suszarce, a przez głowę przemknęła absurdalna i dawno zasłyszana myśl: „zło dobrem zwyciężaj”, ale zanim sięgałem po drugi, gość przemówił:

- Toś pojechał, chłopie, z tym dobrem albo złem! Może ja już ani jedno ani drugie? Ale okej, niech będzie. Tylko czarna herbata, nie trącam tego zielonego gówna, bo zdrowe.

    Przeraziłem się nie na żarty. Jeśli rzeczywiście słyszał myśli i wszedł przez zamknięte drzwi, pozostało liczyć tylko na skutki kaca. Ale jaki kac trzyma dwa dni? Bez klina? Usłyszałem, że się poruszył. Spojrzałem, podciągnął nogi pod kuchenny stołek i nad kamaszem zobaczyłem, że nie ma skarpet, tylko strasznie pokręcone, gęste i tak czarne kudły na łydkach, że nie widać skóry. Dreszcz wstrząsnął ciałem i odruchowo spojrzałem na beret. Nie miał jednej na środku, ale dwie atenki po bokach, a właściwie guzy, które wypychały materię od wewnątrz. Nie wytrzymałem! Parsknąłem śmiechem: do ateisty przyszedł diabeł, to jest jazda! Skubaniec i tę myśl usłyszał, bo ledwie podstawiłem mu kubek pod nos, już gadał:

- A gdzie miałem iść, chłopie? Muszę jakoś myśli poskładać, bo mnie zawiesili. Myślałem, chłopie, że …

- Jaki chłopie, ja inteligent jestem!

- Chłopie mówię, boś tylko wykształciuch, nie wiedziałeś? Do dziś rana myślałem, że tylko premii mnie pozbawią, i tak mizernej, z nastoletnich dziewic, kwartalnej w dodatku, no może jeszcze bonów żywnościowych na gyros z kastrowanych kotów, ale nie! Mało im było, kozia ich mać! Odebrali nie tylko smartfona czeluści, pakiet szybkich technik NLP i służbowy dysk teleportacji. Nie dość, że zabrali karnety do fitnessu z bloodmoon jacuzzi, to jeszcze wrzucili w cielsko jakiegoś satyra na pośmiewisko ateistom i wcisnęli w ten smród rozpadu, żeby przypominał, ile ze mnie zostanie, chłopie, jak nie popracuję nad sobą niby!

- I za co to wszystko?

- Jak to w korporacji, kreatywność mi siadła, znasz to przecież. Ale zapytaj regionalnego syna wierzby i parchatej kocicy, kiedy on był tu na regionie?! Kiedy gadał raz ze śmiertelnym łachmaniarzem?! Chyba jak szeptał świństwa w hełmofon czołgiście pod bramą stoczni, jakieś trzydzieści lat temu. I on będzie mi o kreatywności pitolił, czaisz? Niech wejdzie teraz do galerii handlowej i popatrzy na te charytatywne aniołki z plastikową aureolką na drucie, dyndające nad albą po komunii, czy jego stać na taki pomysł? Umie lepiej zakpić z niebieskiego niż współczesny człowiek? Niech podskoczy z pokusą nienawiści tym trollom z netu, co wypisują jadem frustracji komentarze pod każdym najbanalniejszym tekstem i wszędzie Żyda tropią! Niech zaczaruje chciwością tych, co poprawiają sobie samopoczucie w Biedronce i wrzucają najtańszy makaron do kosza z napisem „bank żywności” albo płyn do naczyń za złotówkę raz w roku na święta ubogim. I zrozumie taki, że byle śmierdziuch bije mnie na łeb pomysłem i nie powalczę z duchem czasu! Wszystko przez prywatyzację naszych szkół, kasę wtopili, a wiedzy i metodyki nam nie przybyło. Albo niech regionalny tu zawita raz na trzydzieści lat i niech skusi na seks, kiedy portale randkowe ociekają spermą, a w niedzielę z byle kazalnicy pada więcej gadek o pornografii, ciąży, zapłodnieniu i ciele niż w całej Biblii przez stulecia. Może goście w sukienkach potrzebują naszej kreatywności? I bez niej zachlewają ryja na co dzień, rozbijają limuzyny po pijaku, łożą z tacy na nieślubne dzieci i podrygują na katechezie z dzieciakami w rytm Depeche Mode, aż im najmodniejsze cwelki zawijaski iskry krzeszą spod kopyt! Są skuteczniejsi od nas w odstraszaniu ludzi od wiary, kumasz? A ostatnie widziałeś? Ludzie bardziej wierzą Majom w kwestii końca świata niż własnemu Stwórcy, to o jakiej kreatywności ja mogę jeszcze myśleć, chłopie?! Ale kto by o zdanie pytał opiekuna klienta? Lepiej premie nam odbierać, redukcje etatów robić, no to schowałem się na moment. Muszę myśli uspokoić, oswoić żale, a u ciebie mnie nie ruszą.

- Przecież jestem ateista i tak w ciebie nie wierzę. Po galeriach nie chodzę, makaronu ubogim nie kupuję, wypisałem się nawet z kościoła oficjalnie, a komentarzy w necie nie czytam, bo to bulgot idiotów. Tu oberwiesz dodatkowo, że tracisz czas.

- Zdaje ci się. Masz jeszcze coś do wzięcia. Jak tylko stąd pójdę, rzucisz się do laptopa, wysmarujesz tekst i będziesz szukał poklasku w necie, a pycha jeszcze jest w cenie. Daje nędzne, ale alibi, chłopie!

piątek, 22 lipca 2011

Urlopowicz

Pamiętałem o przestrodze, pamiętam o niej zawsze, ilekroć widzę leniwie wyciągniętą dłoń autostopowicza. Raz, że duże ryzyko wypadku i trzeba dźwigać brzemię odpowiedzialności za przypadkową ofiarę, dwa, że coraz więcej popaprańców błąka się po świecie i za dobre serce można zapłacić skopaną dupą, że o utracie auta nie wspomnę. Właśnie minąłem czterech harcerzy, dla których nie było miejsca w zapakowanym vanie i dresiarza, który bardziej stał na jezdni niż na poboczu i nogawką w paski zmuszał wszystkie auta do zwalniania. Minąłem jeszcze narwańca z plecakiem, który wymachiwał wszystkimi kończynami, bo jednocześnie zatrzymywał i biegł. Ale tego gościa było mi autentycznie żal, gdy tylko go zobaczyłem. Głowę niósł wbitą w ramiona na tyle, że z daleka widziałem czerwoną czapkę i chude barki. Na dźwięk zbliżającego się pojazdu, jakby od niechcenia, machał rachitycznym ramieniem i specjalnie nie odwracał głowy w kierunku jadącego. W kolorowych bermudach, sandałach na czarnych skarpetach i z plastikowym baniakiem w dłoni, na pewno podążał ku najbliższej stacji benzynowej. Była około pięciu kilometrów stąd, wiele zatem nie ryzykowałem. Ledwie trzasnął drzwiami, a już miałem wrażenie, że przejechaliśmy pół dnia, od razu gadał jak najęty:

… wiedziałem… te gnoje w wypasionych furach, oni to nie, nie było szans, żeby który przystanął. Myślą, że nad morze z nimi pojadę?! Chyba na plażę nie walę z tym baniakiem, nie? Wiadomo, każdemu może się zdarzyć, nie spojrzy na poziom paliwa i klops. W porę nie spojrzy, a jak spojrzy, to co? Czasem za późno, i może się gapić jak sroka w gnat, panie, a potem zapylać do najbliższego dystrybutora. Żaden kutas pod blachą nie pomyśli, że jemu też się przydarzy pewnego słonecznego dnia, w środku wakacji, w obcej stronie, a inny kutas mu nie stanie! Polak pod karoserią, to panie jest od razu książę Pogarda, królewicz Wał a reszta za maską to dla niego nawóz historii! Na te pare kilometrów nie poda pomocnej dłoni, bo mu korona zleci. A pan wie, ilu z nich jeszcze starą w bok szturchnie z uśmiechem, że palant jakiś do stacji dyma?! Niech dyma, rekreacje ma, w piętę odarty! Dobrze durniowi jak nie myślał! Co za naród, panie!

    Albo te Kaszuby, panie! Ja starej od pół roku mówię, żeby sobie z głowy je wybiła, że tu tylko sosna i brunatne jeziora zarośnięte, ale jej się zachciało, to niech teraz płaci, panie! Za wszystko jej tu policzą, w tym ośrodku! Oddzielnie za prysznic, za ścieki, panie, za domek, za żarcie, jakbym codziennie te śniadania z Mariota brał jakiego albo innego Brystola! Policzą nawet za powietrze, co je wdychamy i zbezcześcimy prukaniem po ichnich kartoflach półsurowych. Siedziałaby u nas pod blokiem i w taką pizdowatą pogodę to samo by miała, a do tego spa i innego sra mogłaby codziennie chodzić i jeszcze z półlitrem wracać i nie przejadłaby tego, co w tem zasranem lasku sosnowym, mówię panu! Za kajak na godzinę płać dodatkowo jak na spływie cena, za rower wodny płać jakby z górskim w komplecie były! Jak jeszcze ze trzy dni zesumuję, to wyjdzie, że byłem w Grecji na wczasach i jeszcze do Maroka z lastminutem pojechałem! A w czym siedzę? W sklejce i dykcie pod blacho, panie, a płacę jak za olinkluziw jaki! Tu już też nauczyli się robić te fałszywe foldery! Wejdź pan w internet, to zobaczysz pan Zachód z katalogu podróży, żeby nie te sosny i nie te pokrzywy na zdjęciu, myślałbym, że Majorka jakaś.

    A przyjeżdżasz i co masz? Buda tylko nowo blacho pokryta, a w środku stęchlizna trzyma od Gierka, kable po ścianach puszczone, woda się leje ze spłuczki na okrągło, domek w domek, że każdy przypiard po kolacji usłyszysz! Uciekasz pan z wielkiego miasta, żeby na tym łonie wyciszyć się i co? Bal dziecioroba, panie na okrągło! Na początku myślałem, że koty marcują, ale w lipcu? Gdzie tam, panie! Tu trójka dzieciorów po lewej ryja drze od szóstej. Tam czwórka, a najmłodsze kolki sparły od piątej rano, a ja za to w tysiące na straty idę! Mówią, że upadek, zapaść demograficzna, to teraz poczułem na własnych uszach jak telewizja kłamie! Dałem się nabrać, panie, jak nic. Na żonine ujadanie, że wszystkie jeżdżą a my nie, na zachwalanie sąsiadki, że takie tu powietrze, a teraz jeszcze paliwa zabrakło. No wściekły jestem jak nietoperz w solarium! Dobrze, że na pana trafiło, czułem, że w takim pokracznym samochodzie, to dobry człowiek musi być, nie ma inaczej.

    Zobacz pan i jeszcze jakie to pazerne! Nie dość, że w tym ośrodku zedrą z człowieka koszulinę, za każde gówno płać osobno, to jeszcze telewizor do domku wstawią i katuj się w deszcz, jak ta dziwka w ulewie! Wyjścia nie ma, każdy ruch z domu – płać. Zostajesz? Gap się sto razy w te odgrzane kabarety, powtórki z powtórek seriali, w te pipy umundurowane na ślubach książęcych, w tych pokraków, co ryja drą, żeby gwiazdami jednej nocy zostać. Koszmar panie tego lata mam i tyle! W sobotnie nadgodziny w warsztacie takiego wkurwa nie mam jak tu! Nawet jak pójdę wieczorem w ciszę, na pomost, to w kółko ryja darcie, bo zawsze jakieś małolaty koniec obozu mają i japę piłują przy spalonej podwawelskiej albo dwie pindy obok jakieś z piwem przysiądą ujadać na chłopa będą, albo chłopy z wędką ujadają na mętną wodę i kurs franka i deszcz i drogie czereśnie, to gdzie się schronić przed takim wypoczynkiem?! No sam pan powiedz! Milczysz pan? Co innego zostaje jak współczuciem ogarnąć.

    Chciałem uciec, na trochę, do miasta, to mi paliwa zabrakło! Powiedziałem starej, że jadę kurki kupić na kolację… a ona do mnie: przecież w tym domku kuchenki nie ma! A kto ten ośrodek wybrał się pytam! No to chyba marynowane jej kupię, w mojej szczerej złości zaoctowane!


Albo patrz pan te tirówki, one tu codziennie stoją, patrz pan, jakie wybrakowane na tych Kaszubach! Kurna ich w mordę fiutem, w kozaczkach sterczą! W skórze! A tu parówa w powietrzu, jakby ze trzydzieści bez słońca było! I weź pan se taką rozkosz do kabiny spod tego ichniego cinkiecienko! Teraz se pan wyobraź, że ona te kozaczki zdejmie, to jak pan zaciągniesz na ostro z takiej cholewy i z pończochy, to seksu odechce się do samiutkiego Bożego Narodzenia, panie! Jaki kraj, takie dziwki, panie! Tandeta i smród i drożyzna, wszystko w jednym, w letniej promocji. No chyba, że one tu podstawione między te kurki przez Rydzyka, to inna jest sprawa. Zwracam honor, panie, te dwie w skórach i kozakach to na pewno moralność w narodzie obronią, bo ja nie wiem, jakiego ciśnienia trzeba, żeby się do nich skusić, żeby zaciągnąć spod tej pachy w skórze poconej, panie!

    Dobra, pan mnie tu wyrzuci, stację widać, a na wszelki wypadek kupię starej choć trochę jagód, nie? Jak nie ma grzybków gdzie smażyć, to chociaż jagódek niech poje, a jak będę wracał, to przemyślę jeszcze… może od tych w kozakach parę grzybków dla niej załapię, żeby jej się odechciało na zawsze i Kaszub i urlopów, panie! Dzięki za podwiezienie i nie zabieraj pan lepiej na stopa, bo o świra nie trudno w takich czasach.
Print Friendly and PDF