Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 stycznia 2026

Niezrzeszony wśród pieniaczy

W zimowe popołudnia, a szczególnie wieczory, przy świecy i kojącym plumkaniu jazzu snują się niespieszne myśli. Jedna z nich męczy mnie odkąd ukojenie zburzyła kłótnia partyjnych głów z telewizora, nieopatrznie zostawionego w sąsiednim pokoju. 

Dlaczego nigdy nie kręciła mnie polityka? Znakomitej części społeczeństwa rozpala zmysły, rodzi miliony memów w sieci, chyba więcej niż poświęconych pracy zarobkowej, relacjom małżonków, zmaganiom płci, edukacji czy zdrowiu i kulturze razem wziętych. Pod postami politycznymi zawsze najwięcej ustawek, chamstwa, agresji i przemocy w komentarzach. Jakby sens doniesień sprowadzał się do roli paliwa napędzającego irracjonalną potrzebę awantury. W domach skłócone rodziny, zerwane znajomości i przyjaźnie w imię wojenki polsko-polskiej, każdego z każdym, z powodów w gruncie rzeczy abstrakcyjnych i nazajutrz nieważnych. Aż strach pomyśleć, ile pary naród puszcza w gwizdek po nic. A rzeczywistość coraz bardziej przaśna. 

Odśnieżenie chodnika, wypchanie komuś auta z lodu na parkingu, wniesienie zakupów przysłowiowej staruszki na piętro bez windy czy zrzutka na Siepomaga.pl  czynią więcej realnego i namacalnego dobra niż jałowe naparzanki polityczne eskalujące złe emocje. Dlaczego ludzie tak kochają czuć się najmądrzejsi politycznie i zawsze wiedzą lepiej niż ci, którzy wiedzą inaczej? A wszyscy uprawnieni, by pluć jadem w bliźniego, który bliźnim za nic być nie może. Nie wiem, czy dominują w tym faceci, ale ostatnio ujęły mnie słowa nieodżałowanego Tadeusza Konwickiego, który w Pamflecie na siebie pisał:

Rozwój cywilizacji odebrał panom wiele możliwości hazardowych. […] Podbijanie niepodległych pań także straciło na znaczeniu, bo panowie poddali się uniseksowi albo uprawiają miłość między sobą. Została więc tylko polityka, zadowalająca ową odwieczną żyłkę hazardu i ryzyka. Dlatego do tej nieszczęsnej polityki z obłędem w oczach pchają się wszyscy. I analfabeci i uczeni, kopnięci w móżdżek i dewianci, zboczeńcy seksualni i impotenci. Polityka, to ziemia obiecana dla wszystkiego, co niewydarzone na naszym biednym globie. Losowanie posłów z całego społeczeństwa uchroniłoby nas, choćby częściowo, od łagrów, kacetów, Hitlerów, Stalinów i tych nieznanych jeszcze dręczycieli, co na razie bawią się w piaskownicach. 

Choć od wydania książki Konwickiego minęło trzydzieści lat, bardzo niewielu wyszło z piaskownicy. Do wymienionych wyżej cech “niewydarzonego” dodałbym dziś lawinowo narastającą pazerność oraz opanowaną do perfekcji sztukę kumoterstwa i robienia większego idioty z wyborcy niż z siebie samego. A swoją drogą, odkąd dzień w dzień media walą w nasze głowy kolejnym doniesieniem o erupcji fajerwerków z pomarańczowej głowy narcyza prerii, zyskuję przekonanie co do logicznej dosyć prawidłowości: im większa liczba prostackich umysłów elektoratu, tym bardziej żenujący przywódca z  jego wyboru i mocniej zahukana garstka "wykształciuchów". Zatem losowanie kandydata w miejsce kampanii wyborczej mogłoby rzeczywiście uchronić niejedną demokrację przed ruiną. Ale kto usłucha pisarza?

Gdy analizuję własną niechęć do polityki, odkrywam, że jej korzenie sięgają dosyć głęboko. Początki swe bierze w podejrzliwości wobec tego, co zbiorowe. Chrzest prawdy o działaniu grupowym przeszedłem dosyć szybko. O ile pamiętam na etapie wczesnej szkoły podstawowej, gdy postanowiłem zostać zuchem. Poszedłem na pierwszą zbiórkę, do której zachęcały całkiem sympatyczne druhny wbijające na lekcję plastyki. Wieczorem, w dosyć posępnej i obskurnej szkolnej harcówce, umieszczonej w suterenie tysiąclatki, rzeczone druhny zebrały składkę na naszą działalność i wyznaczyły termin kolejnej zbiórki “na za tydzień”. Po upływie siedmiu dni czekałem wraz z grupą, równie naiwnych jak ja, najpierw na ganku zamkniętej szkoły, później obok, pod latarnią, na kamiennym murku ulicy Lipowej. Bezskutecznie. Ani zbiórki, ani druhny, ani kasy, bo był to zwyczajny prototyp metody na wnuczka… a raczej na zucha. 

Rzeczone panny, po kilku latach, okazały się znanymi w mieście gwiazdami taniej miłości pod wezwaniem pobliskich koszar. A ja wówczas – trudno powiedzieć jak inne niedoszłe zuchy - zebrałem lanie w domu za okłamywanie rodziców. Jako dziecko przed pierwszą komunią nie dysponowałem zegarkiem na rękę i okazało się, że czekanie na zbiórkę trwało tak długo, aż ojciec został wysłany przez matkę z misją odnalezienia dziecięcia zagubionego w akcji. Szkoła, jako rzekłem, była zamknięta. A że “nie wiadomo, gdzie się szlajałem”, cięgi przypadły na mój niewinny zadek. Kilka lat późnej ochoczo przyznałem rację koledze z bloku, który pasjami pucował w piwnicy poniemiecki motocykl NSU i mawiał, że harcerstwo to pierwszy krok do komunizmu. Organizacje zbiorowe, skupione wokół gadania, pokrzykiwania i zdobywania sprawności, prędzej czy później ocierają się o wypaczenie idei, ściemę, hierarchię, konflikt władzy, chciwości, chorych ambicji, zniewolenia i podporządkowania grupy członkom nie zawsze mądrzejszym, ale bezwzględnie korzystającym ze sztandaru z patetycznym hasłem. Taka jest człowiecza natura i choćby żabami padało nic tego nie zmieni.

Zastanawiać może fakt, czy jest to przypadłość rdzennie polska, wynikająca z narodowego temperamentu? Czy może ciągnący się skutek wyniesionej w genach komuny, zaradnego krętactwa, cwaniactwa i poczucia, że wszystkich wokół można i trzeba robić w wała, żeby wspiąć się po łbach głupszych od własnego na najwyższy konar, z którego i perspektywa szeroka i wszystkim można nasrać na kaszkiet?

I nie ma znaczenia, czy jest to partia polityczna, która nie umie wybrać wodza, Oaza przykościelna czy inne apostolstwa w duchu oraz stowarzyszenia pocieszenia wszelkiego i ratowania uczuć. To, co grupowe skupia jednostki niepewne siebie i własnej wartości, przez co grozi zamknięciem w sekciarstwie. I w imię oblężonej twierdzy bronić będzie choćby zabawkowego krzyżyka nad klatką chomika, niepytanego o wyznanie. Z każdej takiej grupy, która wrzeszczy pod wezwaniem, wyłoni się w końcu mniej lub bardziej skuteczny Bąkiewicz i przepuści przez durszlak wodę po mózgach pieniaczy. Mediom wetknie w dziób sensacje, ośmieszy społeczeństwo, podkręci polaryzację ku radości skarlałych duchem i intelektem. 

Najzabawniejsze, a może jednak bardzo tragiczne jest to, że im więcej na sztandarach wiary, krzyża, zbawienia i Najświętszej Panienki, tym mocniejsza nienawiść na ustach, wściekłość w sercach, agresja w przekaziorach. Ślepa żądza odwetu wiedzie lud na barykadę, nawet jeśli po drugiej stronie nie widać wroga. Nie wychodzi na świat z głowy obrońców stojących coraz dalej od ducha Ewangelii, miłości, pokoju i dobra, o której jakby nigdy nie słyszeli w amoku obrony wartości, z których sami szydzą.  Beleczka we własnym oku najmniej uwiera, więc sięgają po drzazgi w oczach nieobecnych, niezainteresowanych, co najwyżej kpiących memem, nie tyle z wiary, co z jej wyznawców. Jakby sama nie mogła się obronić, skoro czyni to skutecznie przez dwa tysiące lat. Na memy każdy temat jest równie dobry co chwilowy i nie ostatni z całą pewnością. 

Na pewno żyjemy w czasach jakiegoś końca, bo zdewaluowano już wszystko z checklisty wartości. Pozbyliśmy się radośnie tego, co wyznaczało azymut sensownego współistnienia i współdziałania. Co prawda została jeszcze Orkiestra Świątecznej Pomocy i niech trzyma ten naród w poczuciu wspólnego celu. Niech gra do marnego końca świata, a nawet kilka dni dłużej, Choć i tu strach pomyśleć, co z niej zostanie, gdy zabraknie Jurka.


poniedziałek, 5 września 2011

Żłoby wyborcze

Powiew jesieni czuć coraz dotkliwiej. Złośliwi twierdzą, że skoro zaczęła się w czerwcu, teraz chłodzi już tylko świadomość wyborów. Obowiązek obywatelski przyjdzie nam wypełnić w październiku, więc głosy rozlegają się coraz dobitniej. I tylko jakoś żal, że i tym razem nie można pójść radośniej, by bez wątpliwości wypełnić zobowiązanie i z nadzieją spojrzeć w przyszłość, jeśli nie własną, to przynajmniej dzieci i wnucząt.

    Minione dwie dekady pozwoliły nam sprawdzić w zasadzie wszystkie możliwe opcje i mamy tak samo albo gorzej, przynajmniej jeśli chodzi o kierunki wyboru, o twarze i ich nosicieli, zdyszanych w biegu po władzę. Wszystkie możliwe rotacje i kombinacje ograliśmy w lewo i w prawo, ostatnio pozostaliśmy na tym, co w środku, przynajmniej tak nam się wydawało, i wiemy już kto manipuluje, po jakiej stronie, i w jakim medium, a obywatelom wciąż podobny syf na drogę. Tymczasem zamiast rozmowy o problemach, które trzeba rozwiązać, rozważań o programach wyborczych, mamy głównie debatę o debacie z debatą w tle, niedoszłą. To najlepiej odzwierciedla poziom szacunku dla wyborców i stosunek do obywateli, który od dawna przypomina ten seksualny: póki co poskaczemy sobie do gardeł, w ramach gry wstępnej, bo was pieprzymy, a przed kolejnym numerkiem uśmiechniemy się, może kwiatka damy i jabłuszko, zatańczymy w spocie gubiąc rytm, a może nawet zaśpiewamy w ramach popisów godowych, potem wydymamy raz jeszcze, tuż po odejściu od urny.

    Według wszelkich sondaży rzecz rozegra się między zwolennikami dwóch partii. Z jednej ta bliższa czasom, otwarta na świat i Europę, ale niechętna wielkim zmianom, reformom i wizjonerskim zapędom, z drugiej zaś partia wodzowska, przepojona podejrzliwością, nieufna, chętniej szukająca wrogów niż rozwiązań gospodarczych i recept na lepsze życie rodaków, serwująca podziały na Polaków prawdziwych i malowanych, ale przede wszystkim niechętna myślącym inaczej. Kilka pozostałych partii nie wyjdzie pewnie daleko poza próg wyborczy, jeśli w ogóle, a inne zostaną ze statusem folkloru politycznego, na który solidnie pracowały, ale widać dobrze im na marginesie, skoro od dawna tam tkwią zachwycone sobą, nierzadko odrealnione.
  

Co ma z tym począć statystyczny wyborca? Oczywiście, jeśli drogie mu powinności, ale rozsądek podpowiada, na podstawie obserwacji życia politycznego minionych dwóch dekad, że lepsze przy kiepskim staniało. Obywatel może podrapać się pod beretem i rozważyć: zostać w domu, czy dopisać się do jednego z obowiązujących trendów, z których żaden nie poprawi jakości życia. Zwłaszcza, że teraz trudno nawet powiedzieć, jakoby wybierał mniejsze zło. Bo wcale nie takie małe zło zmienia barwy i maski, ale do dobra mu wciąż tak samo daleko.

    Co ryzykuje obywatel, jeśli odda głos na PO? Dalej będzie stał w gigantycznych kolejkach po zdrowie, coraz więcej zostawiając w prywatnych gabinetach. Będzie obserwował dalszą degradację oświaty i spadku jakości nauczania, zastępowanego produkowaniem papierów udających reformę, co w konsekwencji doprowadzi do zaniku wielu zawodów niezbędnych na rynku. Wzrastać zaś lawinowo będzie ilość posiadaczy dyplomów nie potwierdzających ani wiedzy, ani umiejętności praktycznych. Dyplomowani nie znajdą pracy w najprostszych zawodach i często najbardziej pożytecznych społecznie, bo żywić się będą pustymi ambicjami, nadętymi medialnie przez rząd dobrego samopoczucia. Wzrastające koszty pracy sprawią, że pracodawcy jeszcze chętniej zrezygnują z zatrudniania nowych, zajeżdżając do bólu pozostałych pracowników, zdeterminowanych spłatą rosnących rat kredytów. Ponadto zwolennicy PO będą zobowiązani do oddania na Skarb Państwa ciężko uciułanej ostatniej szansy na emeryturę z drugiego filaru, a smoka ZUS-u i tak żadna siara nie ruszy. Niewiele pewnie się wydarzy w kwestii zabierania przywilejów emerytalnych tym, na których byczenie się w sile wieku reszta społeczeństwa solidnie zapracuje, a ponadto będzie drożej za mniej pieniędzy kiepsko zarobionych w tych gałęziach gospodarki, gdzie zamiast produkować sprzedaje się to, co wyprodukuje zagranica. Nie wiem tylko, co obroni i usprawiedliwi PO w następnej kadencji, jeśli kryzys światowy wywinie orła, obędzie się bez upadku prezydenckich samolotów i klęsk powodzi.

    Na co skaże się obywatel wybierając PiS? Już dziś wie, czego oczekiwać od partii, której wódz za ważniejsze niż przedmiot debaty programowej uznaje miejsce, gdzie ma się toczyć. Z pewnością znaczna część środków państwowych wzmocni służby specjalne, bo budowanie autorytetu władzy na nieustannej podejrzliwości i tropieniu wroga musi kosztować nas wszystkich. W kwestiach gospodarki jest większa szansa, bowiem jej stan może się poprawić przez zaniedbanie. Paradoksalna metoda może się sprawdzić, gdy wódz zajęty nieustanną wymianą podejrzanych współpracowników i doborem nowych biernych, miernych, ale wiernych oleje gospodarkę, która dopóty jest dlań niegroźna, dopóki nie ma ambicji na rządzenie prezesem. Ekipa zajęta wycinaniem oponentów politycznych puści gospodarkę na żywioł, a Polacy, wiadomo, jeśli nie rzucać im kłód pod nogi jakoś sobie poradzą. Niestety, taka droga nie wróży jednak naprawienia tego, co dotąd zepsute, choćby w dziesiątkach absurdalnych ustaw i przepisów. Medialnie z pewnością będzie weselej, bo niejedno kuriozum nas rozbawi w powracającym micie IV RP. Co więcej: jest szansa, że kręgi intelektualne, zepchane pod rządami PiS do podziemia, zaczną wreszcie szukać idei ratowania ducha w narodzie i będą realizować się w ocalaniu etosu łżeelity, a jak wiadomo uciśniony polski intelektualista, pisarz, reżyser, plastyk stworzy dzieła o wiele bardziej doniosłe i głębokie.

Rozpatrując obecną sytuację polskiego wyborcy, którego politycy od dawna mają za kłapouchego, nieuchronnie nasuwa się zmodyfikowany obraz bajkowego osiołka, któremu w żłoby dano: w jeden owies, w drugi siano. Zmodyfikowana bajka mówi, że dziś osiołek dostałby tylko kartki z napisami: zielonym flamastrem - siano i drugi - żółtym mazakiem - owies. Osiołek bez wyjścia powinien zabrać się za przegryzanie postronka, by z takiej stajni pójść na prawdziwie zieloną łączkę. A polski wyborca? Temu proponuję dwa wyjścia: głosować na jedną z partii folklorystycznych albo oddać nieważny głos w ramach protestu. Może da się wymusić zmianę aktorów ogranego spektaklu? A jeśli nie? Pozostanie ratować honor. Skoro politycy nie szanują wyborców, poczujmy się zwolnieni z szacunku dla wyborów. A nóż widelec sami się wyrżną i przyjdą nowi, a wówczas rozważymy powrót do obywatelskiej powagi.

poniedziałek, 28 czerwca 2010

Plaża i polityka

Co łączy morską plażę i politykę? Dla mnie jedno: psychiczny dołek. Jednakowo kopie go pobyt na plaży latem, jak i chwilowa próba zainteresowania polityką w czasie wyborów. Gdyby zastanowić się dobrze nad powodem, w obu przypadkach u podstaw zniechęcenia leży bezimienny ludzki tłum. Wychodzę na piach, ogarniam wzrokiem przestrzeń wzdłuż linii wody i dopada mnie poczucie bezradności. Oto masa, w której niepodobna odróżnić kogokolwiek, z którą trudno wejść w kontakt, a jeszcze trudniej poczuć wspólnotę. Hurma, choć wydaje się mówić tym samym językiem i oddaje się podobnym zajęciom (przynajmniej na plaży), jest przecież wewnątrz groźnie podzielona i gotowa brać się za rozpalone łby, kreślić linie podziału, wzajemnej niechęci, przynajmniej politycznej.

    Tylko rodzina ma wystarczająco dużo mocy, żeby zaciągnąć mnie latem na plażę. Czasem zwyczajnie domaga się kompromisu, odpłaty za wszystkie moje samotne chwile. Nie mogę być tyranem odmawiającym wspólnego spędzania czasu, nawet z najbardziej racjonalnych i wiarygodnych powodów. Zdecydowanie najtrudniej przychodzi mi uszanować wolę wspólnego pobytu na plaży, zwłaszcza w słoneczną niedzielę. Niby niewiele to kosztuje, skoro mieszkamy nad morzem. Prawie nic nie kosztuje, jednak coś tam zawsze, choćby mały debet z pogranicza frustracji. Nie jest łatwo go spłacić, czasem trzyma piętnaście minut, trzy godziny, ale bywa, że i dwa tygodnie od powrotu. Podobnie jak chwilowe zainteresowanie polityką w skutkach bywa długotrwałe.

    Widok setek ciał, może tysięcy, ciał mniej lub bardziej estetycznych, mniej lub bardziej po ludzku hałaśliwych, kłótliwych, ruchliwych, śmierdzących, obwisłych, pokręconych, zwiotczałych, ale też ciał zgrabnych, powabnych, uśmiechniętych, rozbawionych, beztroskich, w tej ilości i nagromadzeniu, to jedyny widok, kiedy słowo „człowiek” nie chce wybrzmieć wespół z duchem, intelektem, wrażliwością, miłością, indywidualnością, a chętnie brzmi z materią, brzuchem, łydką, pupą, mięsem. I jakoś samoczynnie ironia podkpiwa sobie cichutko, że jednak nie do końca człowiek brzmi dumnie. Czy to już wystarczy, żeby czuć choć maleńki dołek psychiczny? Niestety. Coraz częściej w zupełności wystarczy. Myśl biegnie drogą skojarzeń: zwielokrotnione mięso ludzkie na plaży, trwa w słonecznej kąpieli, smaży się bezowocnie, życie traci bezpowrotnie, nieświadome jałowego przemijania. I wtedy budzi się rozum, uśmiecha się i podpowiada: Stary, patos zabija poezję! Daj im cieszyć się słońcem po ciężkiej zimie. Pozwól wygrzać kręgosłupy zasiedziałe w sieci, rozłożyć zabiegane nogi, zamknąć oczy, niech wzrok wytchnie od śledzenia promocji i podążania za wymogami szefa. Urlop mają, należy im się jak kotu whiskas. Nie przeginaj z wymaganiami, lato jest. Oderwali się od seriali i tańca z gwiazdami, więc to pożyteczne leżakowanie ciał. Odpuść w wakacje pretensje, że nawet tu, gdy mają czas, nie sięgną po gazetę, nie kupią książki... no i odpuszczam, ze smutkiem, ale odpuszczam, szukając drzewa, cienia, ławki, dla własnej wygody i lektury, póki rodzina poza zasięgiem wzroku, w kolejce po frytki i kawę. 

Otwieram gazetę i przychodzi druga moc destrukcji: polityka. Czemuż się dziwić, na tydzień przed drugą turą wyborów prezydenckich? Nie kupować gazet, nie włączać telewizji, radia nie słuchać? Zwalczyć pokusę przeglądania tygodników? Ale od polityki nie ma ucieczki, bo jest w każdej sferze. Można jej nie szukać, można nienawidzić, ale uciec nie można. Skoro przed zaparkowanym uno pan Mietek dyskutuje z panem Wackiem o wyższości Komorowskiego nad Kaczyńskim, choć zdawałoby się, że ten aspekt jest widoczny na gołe oko i omówień nie potrzebuje. Cóż po nienawiści, gdy jest powinność? Narodowa, patriotyczna, bogoojczyźniana, zdroworozsądkowa, konieczność obywatelska, zapatrzona w przyszłość własną, dzieci i wnuków. Dziś kampania w gruncie rzeczy mówi tylko, że każdy wybór prezydencki znowu jest wyborem przeciw komuś, a nie za kimś. Nie ma innej opcji, bo odkąd wolność III RP pamięta opcje są te same. Trzeba wybrać mniejsze zło, najmniej ufając przyszłości i nie grymasić na brak alternatywy. Marna perspektywa? Jaki kraj, taka mentalność. Jaka świadomość obywatelska, taka perspektywa.

    Czemu polityka miesza mi się z plażą? Ni z gruchy, ni z telewizji, ot tak, jedna włazi w drugą. Że obie dołują? Że obie na „p”? Wątpię. Więc? Na plaży mamy ludzkie mięso, rozłożone w słońcu i w piachu, przylepionym do ciał nurzanych w morzu. W kampanii polityków też ludzkie mięso, tyle że wyborcze, faszerowane mniej lub bardziej przyprawionym truizmem, fałszem, obłudą, zwane elegancko elektoratem.  Wczoraj, w oczekiwaniu na mecz, zobaczyłem Kaczyńskiego, który perorował coś o tym, że nie można dopuścić do monopolu władzy, że niby prezydent i premier z tej samej opcji. Uśmiechnąłem się do ekranu. Jakiej bezczelności trzeba, żeby rzucać takie hasła? Gdy mamy jeszcze w pamięci czas, gdy Jarosław był premierem, a Lech prezydentem, zaś za plecami stała koalicja pośmiewiska, ale gwarantująca władzę. Jakiej obłudy trzeba, żeby powoływać się akurat na argument pt. monopol władzy? Hipokryzja? A może przekonanie, że „nasz monopol, to jedynie słuszny monopol”? Patrzyłem na podrygi tych krótkich rączek, ćwiczonych przez specjalistów PR, rączek, które nawet nie zadrżały rzucając takie hasła. Czemu nie zadrżały? Bo takie nieświadome rączki, co mówią usta? Czy może poczucie, że mówi się do elektoratu cierpiącego na amnezję? Biorąc pod uwagę sondażowe badania statystyczne, można uznać, że wyborcy tej opcji, w znaczącej części mogą mieć kłopot z pamięcią z racji wykształcenia lub wieku. Ale jak nie gruchnąć śmiechem, gdy ten sam kandydat - będąc starym kawalerem (pardon: singlem) – powołuje się po chwili na hasło: „... bo rodzina jest najważniejsza”. To się nazywa żywa kpina z wyborców! Ale z jakich wyborców kpi? Przecież nie z tych, którzy głosują na jego przeciwnika. On kpi, z tych, którzy na niego głosują. I dobrze, bo słyszałem motywację niektórych z nich, wynikało, że oni też z niego kpią. Jedna pani: głosuję na Jarka, bo lubię krępych, silnym, małych facetów. Druga pani: głosuję na Kaczyńskiego, chociaż wiem, że Komorowski wygra, ale żeby nie był taki pewny siebie, to dopiero w drugiej turze na niego zagłosuję. Pierwszy pan „zagłosowałbym na Korwina, ale on nie przejdzie, a Komorowski i tak wygra, to chociaż w pierwszej turze nie dam mu głosu. Drugi pan: „Komorowski? On się za pewnie poczuł jako pełniący obowiązki, to teraz oddam głos na Kaczyńskiego, niech się pocieszy przez chwilę. Jeśli więcej mamy elektoratu tak zapatrzonego w dalekowzroczny i wiarygodny program Jarosława, to czyż może zaszkodzić tu plaża?

    Niestety, może zaszkodzić, bo człowiek smażący się na plaży nie chce wskakiwać w laczki, japonki i szorty, żeby pójść do urny. A wówczas do urny pójdą ci, którzy nie znają smaku plaży, a stringi boleśnie drażnią im rozsądek. Pójdzie elektorat, który wakacje spędza na zasiłku albo idąc do roboty, ale ten szanuje swój obowiązek obywatelski... a nade wszystko cierpi na amnezję. Ten elektorat jak nic zapewni nam wszystkim pięć lat plaży.

wtorek, 8 czerwca 2010

Salonowiec z homo

W najnowszym numerze „Wprost” możemy przeczytać artykuł Homo wchodzi na salony, którym autorzy próbują bić pianę dawno ubitą, w zasadzie mocno już opadłą. Podpięli się pod wystawę „Ars Homo Erotica”, która rzekomo wywołała dyskusje zanim się zaczęła. Podejrzewam, że gdyby poczytny tygodnik nie podjął się nagłośnienia największej dotąd ekspozycji dzieł twórczości homoerotycznej, prezentującej sztukę od antyku do współczesności, wielu Polaków poza stolicą zupełnie nie wiedziałoby o wystawie, ani nie zaprzątało sobie głowy tą sprawą. Do czego zatem potrzebują kontrowersyjnej wystawy dziennikarze „Wprost”? Do zwrócenia uwagi na prawa gejów i lesbijek? Do apelowania o wolność i demokrację dla mniejszości? Do rozmowy o stereotypach w postrzeganiu rzeczonej grupy społecznej? Czy zwyczajnie jest to nośny temat, żeby pobudzić medialnie emocje, zamieszać w tygielku z wystarczająco mętną zawartością? A może rzeczywiście chcieliby wzbudzić dyskusję o możliwościach wejścia homo na salony polityczne, społeczne, kulturalne? Tyle, że oni od zawsze tam byli i nie ma o co kruszyć kopi.

   Przyjrzyjmy się zatem stereotypom postrzegania geja nad Wisłą. Z tekstu Marcina Dzierżanowskiego i Sylwestra Latkowskiego wyłaniają się dwa wiodące. Pierwszy z nich subtelnie podkreślono w nagłówku artykułu, cytując słowa posła PiS, Stanisława Pięty, z interpelacji do ministra kultury: Obecny dyrektor Muzeum Narodowego ze świątyni sztuki chce uczynić wychodek. Dlaczego ogranicza się tylko do „dzieł” odnoszących się do homoseksualizmu, dlaczego chce dyskryminować twórczość nekrofilów, pedofilów i zoofitów? Pomijając, typową dla przedstawicieli tej orientacji politycznej, retorykę jedynie prawych obrońców wartości moralnych i narodowych, wypada stwierdzić krótko, że z takiej wizji budujemy jednoznaczny obraz: homoseksualista = zboczeniec, chory, zaburzony chwast społeczeństwa, zakała rodu ludzkiego, wypadek przy pracy, najlepiej byłoby wysłać go w społeczny niebyt. Ewentualnie wspiąć się na wyżyny miłości bliźniego podług zasady: tolerancja tak, afirmacja nie i dalej krzewić kult silnego społeczeństwa hetero. 


   Drugi stereotyp, bardziej cywilizowany, wyłania się z wizerunku geja wiodącego dostatnie życie, celebryty opływającego we wszystko, czego dusza zapragnie, wykształconego, zajmującego lukratywne stanowiska, bywalca ekskluzywnych klubów. Prawdopodobnie nie o wyzwolenie i prawa takich homoseksualistów tu chodzi. Rzecz dotyczy raczej tych, którzy cierpią z powodu stereotypów i braku zrozumienia na prowincji. Muszą żyć doświadczając przemocy werbalnej i fizycznej, nawet od najbliższych krewnych. Cierpią stłamszeni bez perspektyw osiągnięcia szczęścia i możliwości rozwinięcia skrzydeł. To sugeruje, że dobre życie geja toczy się w wielkim mieście. Aż się boję myśleć jak będą wyglądać wielkie miasta, gdy geje polskiej prowincji naprawdę w to uwierzą. Czy wielkie miasta czeka exodus hurmy prowincjonalnych lesbijek i gejów? Tego nie wiem, ale wiem, że dopóki o tolerancję się walczy, o tolerancji nie może być mowy. 


   I tego bym się trzymał powracając na moment do samej wystawy prezentującej dzieła homoerotyczne. Tu ważne są intencje zarówno kuratora wystawy, Pawła Leszkowicza, jak i dyrektora Muzeum Narodowego, Piotra Piotrowskiego. Uważają oni, że wprowadzenie tego tematu i samych dzieł do tak poważnej instytucji państwowej może wpłynąć na poszerzenie praw mniejszości seksualnych, że może to wpływać na demokratyzację społeczeństwa. Intencje panowie mają zaiste szlachetne. Zastanawiać może fakt, czy przemyśleli to do końca? No i czy rzeczywiście szło o myślenie, czy może jednak o kasę, która za tym popłynie szeroką rzeką wezbranych środowisk lewicowych i homoseksualnych?


   Umieszczanie takiej wystawy w Muzeum Narodowym, niechby i przy najszczerszych intencjach demokratycznych, może zadziałać jak strzał we własne kolano. Tu bowiem pojawia się kolejny stereotyp kulturowy. Muzeum Narodowe to miejsce na prezentowanie dorobku kulturowego stanowiącego kanon sztuki, przede wszystkim rodzimej, stanowiącej wkład polskiej sztuki w rozwój sztuki europejskiej, szanującej to, co uświęcone tradycją. Wstawianie zatem dzieł, nawet uznanych światowych mistrzów, ale w kontekście homo, to już z założenia akt konfrontacji. Drogą bezpośredniego ataku w imię mniejszości z pewnością nie buduje się szacunku i tolerancji, a już na pewno nie da się zmieniać przyzwyczajeń większości. Co pozostaje? Kolejna nawałnica frustracji? Szczerze wątpię. Skończy się na kilku transparentach protestu, kilku tekstach w mediach, co najwyżej na kilku pozwach sądowych, a te, nawet jeśli doprowadzą do rozpraw, to z takim opóźnieniem, że zapomnimy o co szło.


Czy takie działanie wzmoże proces demokratyzacji i pomoże gejom na prowincji? Szczerze wątpię. Prowincja zmaga się z bezrobociem, nierównością szans na rozwój, z brakiem pomysłów na życie, i nie w głowie jej marginalne problemy wolności homo. Ponadto prowincja ma to do siebie, że nie znosi odmienności i inności i nie zmieni tego żadna walka o demokrację. Podejrzewam, że gej na prowincji nie ma tam gorzej, niż dziewczyna, która wyszła za mąż za rodowitego Afrykanina, czy związek heretyków, ale żyjący bez ślubu kościelnego. Tymczasem przypomnijmy, że miejscem wystawy, rzekomo walczącej o lepsze jutro wolnego homo jest Warszawa. Prowincja raczej tam nie przybędzie w celu budowania tolerancji dla gejów. A stali bywalcy stołecznych muzeów i galerii? W znakomitej większości nie potrzebują edukacji w kierunku demokratyzacji życia społecznego i jeśli odwiedzą wystawę, pójdą tam oglądać dzieła sztuki, bez potrzeb zrodzonych z poprawności politycznej raczej, a głównie z potrzeb duchowych, kulturalnych i estetycznych albo snobistycznych.

   Od jakiegoś czasu można odnieść wrażenie, że środowiska homoseksualne chcą za wszelką cenę zniwelować czas konieczny do zmiany mentalności Polaków. To co działo się na Zachodzie przez ponad czterdzieści lat, chcieliby zaszczepić na polskim gruncie w dwadzieścia lat. Przeskoczyć konieczną barierę czasu i za wszelką cenę udowodnić, że mniejszość jest równa większości. Podejrzewam, że za dwadzieścia lat i u nas naturalnie zanikną w tym względzie podziały na mniejszość i większość, bo nie będą do niczego potrzebne. Dziś środowiska walczące o prawa mniejszości osiągają często skutek odwrotny do zamierzonego. Podnoszą nieustannie temat, czynią go do przesytu modnym, a tym samym drażnią i irytują w obliczu tak wielu nierozwiązanych problemów większości. Niby to takie oczywiste, że łatwiej dostrzec w geju i lesbijce takiego samego człowieka, gdy nie eksponuje na każdym kroku swojej upokorzonej orientacji, gdy zwyczajnie jest życzliwą koleżanką z pracy, miłym sąsiadem, oddaną znajomą, powiernikiem i kumplem przy piwie. Wówczas odmienna orientacja seksualna przestaje grać pierwsze skrzypce. W końcu nam, hetero, też nikt nie zagląda pod kołdrę. Fakt, bywa, że jednak czasem zagląda. Na szczęście sporadycznie i niech się wstydzi ten, kto widzi.
Print Friendly and PDF