Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polska mentalność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polska mentalność. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 20 listopada 2025

Gdy film zaboli

Kolejne filmy Smarzowskiego oglądam w ramach testu. Lubię sprawdzić, ile wytrzymam. Od którego momentu będę miał dość i czym może jeszcze bardziej zniesmaczyć człowiek okrzyknięty przez wielu czołowym psychopatą rodzimego kina. Każdy obejrzany obraz zdaje się być jednak coraz doskonalszą szczepionką na kolejny pomysł reżysera, a epatowanie obrzydliwością, agresją, przemocą, krwią czy choćby sylwestrową dwójką, rozsmarowaną po białej koszuli burmistrza miotającego się w toalecie Domu dobrego, wywołują jedynie uśmiech politowania. Podobnie jak puszczane oko do widza w postaci nawiązań do własnych dzieł (Arkadiusz Jakubik w roli wkurzającego księdza), czy bezpośrednich autocytatów (fragment Domu złego w telewizorze głównego bohatera), nadmiernie trącają strunę autoironii albo narcyzmu wielkiego Wojtka. 

W zasadzie resztę kwestii estetycznych można przemilczeć, gdyby nie… no właśnie. Jedyne, co mnie w tym filmie zachwyciło, to pomieszana perspektywa dramatu ofiary. "Zachwyt", to może niestosowne słowo w zestawieniu z medialnym szumem wokół tematu domowej przemocy, zwłaszcza, gdy rzecz nie dotyczy patologii, a rozgrywa się wśród fanów Ikei, układowych policjantów i kombinatorów z kręgów władzy, mimo wszystko słowo oddaje istotę sprawy. Zatem fabuła rwana, nielinearna, pogubienie widza pomiędzy realnym a wyobrażonym, chronologia zdarzeń zawodzi, przeszłość i teraźniejszość bohaterki ulegają zatarciu, a widz rozbija uwagę między manipulacją a faktem. Taki chwyt  artystyczny świetnie oddaje chaos i stany depresyjne zagnieżdżone w głowie ofiary. Jej stopniowe odrywanie od realności przez ból, niewyobrażalne cierpienie, poniżenie oraz brak perspektyw i recepty na skuteczne wyjście z matni wciska odbiorcę w fotel. Tu oddaję pełny ukłon reżyserowi, zespołowi tworzącemu Dom dobry, a przede wszystkim odtwórczyni głównej roli kobiecej, świetnej Agacie Turkot.

Film, jako dziedzina sztuki, pozwala na bezpieczne wejście w każdy rodzaj dramatu jednostkowego i społecznego z dystansem, bez poczucia winy wobec krzywdzonych kobiet, którym się nie pomogło, przemilczało rozgrywające się w pobliżu piekiełko, przekierowało uwagę dla świętego spokoju, byle się nie mieszać. Chyba nie tylko z tego powodu mamy do czynienia z pochodem terapeutycznym widzów do kin. Chcę wierzyć, że także z powodu formy artystycznej. Czytam dziś w sieci, jak wielką karierę robi nowe dzieło autora Róży. W niecałe dwa tygodnie milion i dwieście tysięcy osób obejrzało najnowszą produkcję Wojciecha Smarzowskiego, nie czekając, aż pojawi się w streamingu. Choć pewnie bardzo wielu odkłada ten moment i liczy cierpliwie dni, z wiarą, że produkt będzie lżej strawny na małym ekranie i z możliwością dzielenia przemocowego tortu na zjadliwe kawałki. W chwili przesytu czy słabości zawsze można zastopować. Pójść po melisę w ulubionym kubeczku i wrócić przed ekran za dwa dni. 

Tymczasem rzeczywistość nieco zaskrzeczała i znaczna część widzów wprowadziła do recepcji dzieła nową kategorię estetyczną: medialny hejt wobec odtwórcy głównej roli męskiej - Tomasza Schuchardta. Wcale nie z powodu wątpliwego talentu ani arbitralnej decyzji o jakości kreacji postaci Grzesia Nowaka. Przekonała ich dosłowność gry pana Tomasza i uznali, że z hejtem jest mu nadto do twarzy. Aktor na własnej skórze przekonuje się, że mistrzostwo w zawodzie ma swój rewers i nie zawsze popłaca w społeczeństwie, którego spora część nosi głowę tylko po to, żeby do szyi nie napadało. Zdumiony zderzeniem z betonowym widzem Schuchardt wyznaje: Myślałem, że ludzie jednak wiedzą, że istnieje coś takiego jak film i jak rola. Okazuje się, że kategoria „ludzie”¸ to zbyt pojemne uogólnienie. Gdyby wszyscy „ludzie” w tym kraju odróżniali kreacje od życia, prawdopodobnie telewizja Republika straciłaby widzów. Okazałoby się, że Ziemia jednak okrągła jest, a hurma kołczów szczęśliwego życia musiałaby zasilić szeregi operatorów dźwigu wieżowego albo koparki w ramach przekwalifikowania. 

W poszukiwaniu tekstów wskazujących na zdziwienie i zaskoczenie aktora reakcją widzów, trafiałem na liczne komentarze ilustrujące poziom umysłowy społeczeństwa, w którym przyszło nam toczyć swoją kulkę. Budująca lektura wypowiedzi oburzonych przekonała, że polaryzacja ma aspekty pozytywne. Ale trafiłem też na głos zdystansowanego sceptyka, który przypomniał, że w latach 80. ubiegłego stulecia miały miejsce zbiórki pieniędzy na zakup wolności serialowej niewolnicy Isaury w celu wyrwania jej z rąk podłego Leoncia. I w tej materii historia niczego nie uczy jak widać, i to co najmniej od czasów Sienkiewicza, gdy czytelnicy Ogniem i mieczem dawali na mszę za duszę poczciwego Longinusa Podbipięty herbu Zerwipludry (jak mawiał opój Zagłoba, równie poczciwy co fikcyjny bohater Trylogii). 

Czy to jest jakieś pocieszenie? Szczególnie, gdy przeleciała ćwierć kolejnego stulecia, a znaczna część rodaków przyjmuje wszelkie informacje czy obrazy w skali jeden do jednego? Według badań PISA i OECD 70% Polaków ma kłopot ze zrozumieniem tego, co czyta, wyskoczył mi nagłówek z 2022r. Czego zatem można się spodziewać w podejściu do form wypowiedzi - innych niż tekst - w których użyto kreacji bohatera, alegorii, metafory, groteski, czy choćby dystansu ironicznego? 

Przed kilkunastoma laty, gdy publikowałem teksty blogowe na platformie Onetu, często zdarzało się, że redakcja umieszczała wybrane na stronie głównej. Portal manipulował jednak każdym prezentowanym wpisem dosyć podle, nadając mu tytuł inny niż oryginalny. Oczywiście taki, który zapewni klikalność, nawet jeśli nadany tytuł nie miał nic wspólnego z treścią wpisu. W efekcie czytałem dziesiątki i setki tak dalece absurdalnych komentarzy, głównie hejterskich, że traciłem poczucie pewności autorstwa własnych, prostych przecież felietonów. Czego zatem oczekiwać od odbiorców spektaklu, filmu, czytelnika powieści, opowiadania, rzeczy szeroko prezentowanych? Nie tylko pozostają dla większości odbiorców zerojedynkowe, gorzej, że służą wszelkiej maści manipulatorom żerującym na ciemnocie ludu, któremu edukacja wstrętna teraz i zawsze i na wieki wieków. Kino Smarzowskiego jest akurat na tyle łopatologiczne i masowe, że pięknie odzwierciedla stan umysłu statystycznego widza znad Wisły, pozostającego w znacznej przewadze liczebnej wobec wykształciucha.

Niewykluczone, że procent ludzi myślących jest stały w każdej populacji i wynosi około dziesięciu. Jeśli króluje bezmyślność, a prostactwo umysłowe zdaje się głośniej krzyczeć, zawdzięczamy to zapewne powszechnemu dostępowi do sieci, która ujawnia każdego dnia, ilu idiotów biedna i wyczerpana Ziemia nosi. Póki co współczuję panu Tomaszowi, że płaci taką cenę za swój aktorski profesjonalizm, a pan Smarzowski może być z siebie dumny, bo choć pominięty na festiwalu w Gdyni, przekonał lud siłą rażenia najnowszego dzieła aż nadto, kto jest godny napiętnowania i dlaczego aktor.


poniedziałek, 18 lipca 2022

Perły z lamusa

Chciałem być cwany, chociaż raz, z premedytacją i perfidią wpisaną w plan. Po pierwsze obalić stereotyp męża uzbrojonego w wersaleczkę z rozrzuconymi książkami i laptop. Po drugie: uwolnić żonę od zakupów i z syndromu sobotniej matki Polki gotującej na tydzień. Przecież sama jarzma nie zrzuci, to niech bidulka odpocznie, pożywiona w kaszubskiej kuchni. A co?! Że mąż po trzech dekadach nie potrafi zaskoczyć? Trzeba było tylko uprzedzić pomysły rodaków, spędzających koniec tygodnia za miastem. Żadnego długiego weekendu w kalendarzu, przynajmniej w obrębie najbliższego miesiąca. Czas dogodny, żeby wyjechać w czwartek. Wygospodarowałem dwa dni pod urlop, bez konsekwencji blatu zarzuconego dokumentami w poniedziałek i wio!

    Gospodarz zaprzyjaźnionej agroturystyki już na starcie spuścił mój entuzjazm nieco po brzytwie: „Świetnie, że pan dzwoni, cudowny pomysł, pogoda klar, woda ciepła w jeziorze, a ja Panie Karolku, mam ostatni pokój, ale z widokiem na zachód słońca. Wyboru nie ma, wóz albo przewóz”… zostaje wóz, uznałem, choćby drabiniasty i z rzeźną chabetą, przecież się nie wycofam.  Nie protestowałem, przystałem na stawkę, jakiej nie powstydzi się apartament na Krecie. Ale tu przynajmniej będą swojskie bąki, gzy i komary no i te płoteczki przeplatane okoniem w jeziorze. Czego chcieć więcej? Z lubością pakowałem spławiki, przypony, ciężarki i ciasta na przynętę. I już oczyma duszy widziałem pomost pokrzywą pachnący, wygięte trzciny, a w sercu rozbrzmiewały nawoływania trzciniaków.

    Wysiadłem z auta na miejscu, gdy widok na taflę jeziora złamał łeb, łysy, troglodyty z ogromnym tatuażem na łydce. Głowa wyrastała mu spomiędzy ramion, tuż nad mostkiem. Przypominał coś pokroju niewydarzonego kuzyna Shreka, a po chwili już przyglądał mi się z miną tegoż na widok Fiony rozpracowującej chłopaków w zielonych rajtuzach. Uciekłem wzrokiem w bok. Widok tablic rejestracyjnych z wschodnich rubieży zapowiadał rozrywki, w których przyjdzie uczestniczyć mimo woli. Wygląda na to, że suweren tylko częściowo ruszył na Hel. Reszta utknęła w Szwajcarii Kaszubskiej, oby nie na dobre.

    Zanim przeniosłem wszystkie bagaże do pokoju, zdążyłem porachować. Ekipa niedopracowanego Shreka liczyła sześć osobników obojga płci i rozbiła koczowisko pod wiatą z murowanym grillem. Zebrani pod sztandarem Perły wyznaczyli obozowisko rzędami pustych butelek. Ilość tychże wskazywała na dwa dni zagnieżdżenia, ale mogłem się mylić. Skoro już tu są, pomyślałem, pozostaje poprowadzić obserwację etnograficzną, niekontrolowaną i ogarnąć materiał frazą Galla naszych czasów. Wypada przekazać następnym pokoleniom ducha epoki. Uśmiechnąłem się do własnej myśli, odkładając wędki pod łóżko, by nie zagrodziły drogi do laptopa.

    Już drugiego dnia, po obiedzie, odkryłem smutek entomologa, któremu przelot bielinka kapustnika nie przyniesie pierdnięcia zachwytu. Szczep Perły wywołał ledwie chwilowy entuzjazm, gdy zaskoczył mnie nagle wykupieniem śniadania u gospodarza. Zatem jedzą coś na sposób cywilizowany? Wkrótce i to zdziwienie siadło, albowiem byli w posiadaniu bonów turystycznych, skrojonych dzieciom razem ze skarbonką. Tu na wsi nikt nie pytał o miot nieobecny, choć bonem żywiony. 

    Tuż po porannym jedzonku, stowarzyszenie sutej popielnicy szło pod wiatę z grillem i niech nikt nie myśli, że dopić śniadaniową kawę! Browar schłodzony, targany pod pachami, niósł im deser, witaminę prawdy i życia, ułatwiał trawienie, odmierzając minuty szczęśliwości. Ćmili tam bez banderoli (wiem, bo szczycili się wszem i wobec, że „nie będą płacić złodziejom za przyjemności”. Tymczasem zwielokrotniony smród peta odganiał komary i gzy równie skutecznie jak gości, przynajmniej na odległość dwóch rzutów Perłą kapslowaną, co chmielu nie zaznała. 

W okolicy czwartego browaru odpalali grilla lub ognisko, bez względu na aurę. Czy w słońcu 32C, czy 17 i deszcz, musiało dymić i piec. Sekstet turystyczny uznał, że nie skorzysta z oferty obiadowej gospodarza, wiadomo, za drogo. Wezmę tylko tacki pod kaszanę, boczek i białą jaraną. A gdy już swąd podpałki dyscyplinował do odlotu nawet okoliczne bociany, towarzystwo rozdawało karty do makao i kierków. I już wiedziałem, że wypada oddalić się znacznie z leżakiem i „Polityką”. To był czas na „Miłość w Zakopanem” lub inny hymn epoki. Tymczasem niespodzianka. W miejsce Sławomira nadworna lektorka urozmaicała czas pieczenia wyborem politycznych dowcipów z internetów: Po czym poznać że Morawiecki kłamie? To proste, wystarczy spojrzeć na twarz. Jeśli rusza ustami, to znaczy, że kłamie… rechot, rechot, rechot. Przychodzi posłanka PiS do apteki i pyta: czy mają państwo testy ciążowe? Tak proszę pani. A trudne są pytania?… rechot, rechot, rechot. Kawały bawiły jednak tylko czytającą, czyżby reszta była ideowo PiSem karmiona? Za to wodzu nie zwracał na nią uwagi i co chwila wygłaszał jakąś mądrość „wielepa”, jak ktoś nazwał najlepiej wiedzących. Błyszczał tonem proroka raz jako bankowiec, ekonomista, uzdrawiacz systemu, to znów polityk od cudów gospodarczych. I tak prostował świat przez wojnę Putina, aż po klubowe targi w sprawie Lewandowskiego. A gdy przeszedł w mądrość o tym, że nie ma żadnego ocieplenia klimatu, skoro deszcz pada, nie czekałem na fragment, że było się za wioską i ziemia się tam nie zagina. 

    Żaden jednak ze mnie antropolog amator, a tym bardziej kronikarz. Mało odporny na ludową mądrość salwowałem się ucieczką w trzciny, z wędką i ciastem waniliowym, płoci dedykowanym. Pomostek zakrzaczony, przez błoto odcięty od gawiedzi. Zielsko tam takie, że nie widać nawet wejścia na deski, za to raj ciszy i refleksji, płynącej przez głowę w buddyjskim niemal nurcie bezczasu. 

    Niestety, jak masz pecha, to i w drewnianym kościele cegła na łeb zleci. Błogość trwała godzinę. Szczep Perły postanowił wleźć do wody. Płoteczki nie przelękły się wrzasków ogra, nie odstraszył ich pisk lektorki, ale odpłynęły, gdy wodzu przemierzał taflę rozpaczliwcem, w odległości może trzech metrów od mojego spławika. „Biorą?” zorientował się, że jestem. „Już nie!” odpowiedziałem z ironią, która bezradne uniosła się nad jego polotem. Odczekałem aż przechlapie naście metrów i może się utopi po tylu browcach, ku chwale ojczyzny i prezesa. Ale nic nie nastąpiło. Media kłamią, że po alkoholu topielców przybywa. Zarzuciłem ponownie wędkę i choć starałem się łowić przed zachodem słońca, przy niskiej temperaturze i ta przypłynęła. Syrena od kawałów płynęła z uśmiechem na mnie, choć jeziora nie brakuje. Musiała płynąć po moim spławiku, jakże inaczej. Wstałem gwałtownie, napiąłem klatę, a gdy nerwowo zwijałem wędkę, jeszcze powiedziała „dziękuję”, no i szczytówka opadła normalnie. 
    
    Teraz majtałem nogami z pomostu i liczyłem kaczki na jeziorze. W oczekiwaniu na powrót ciszy obstawiałem miejsca, z których wynurzy się żerujący perkoz. A gdy wszystko wróciło do normy sięgnąłem po spinning. Tutejsze okonie nie chciały współpracować, oporne na woblery, błystki i twistery. W końcu założyłem ciężką wahadłówkę i przy trzecim rzucie poczułem dziwne uderzenie. Coś stawiało opór, wędka wygięła się znacznie, ale to nie była walka ryby. Po chwili nad deskami wahała się, smutno śmierdząca mułem, stara piłka tenisowa. Zostawiłem ją na pomoście, aby następnego dnia zaprezentować gospodarzom lokalną faunę jeziora. Jakież było moje zdziwienie, gdy zamysł zszedł na niczym już po dwóch godzinach. Sunia jednej z letniczek przytargała śmierdzące znalezisko do salonu i podarowała pani, ku radości zebranych. Okazało się, że psinka uwielbia piłki wszelkiego rodzaju i nie zważa na zdegustowaną minę właścicielki. A wszystko przez chęć wyrwania się ze schematu weekendowego w mieście, niech mi będzie wybaczone. 

wtorek, 27 sierpnia 2019

Kościół normalsów

❖Kliknij, żeby posłuchać tekstu w interpretacji autora❖

Ten stan pojawia się co tydzień, każdej niedzieli. Przeczucie typowe, a za każdym razem zadziwia. Wdycham mistyczne zapachy zwietrzałego kadzidła, drewna i gipsu, gdy cisza prawie namacalnie sączy Jego obecność z blasku czerwonej lampki przed tabernakulum. Jest wyczuwalna w przestrzeni przesiąkniętej modlitwą i wypełnia od środka spokojem. Ma moc przemiany upływającego czasu w ciągłe teraz, w którym nie ma społecznego napięcia, jest oczekiwanie. 

     W milczeniu znika wrzawa podziałów, nienawiści, złości i bezsilności i uśmiecham się do innej myśli. Dziś nie ma komu i gdzie mówić o Kościele mistycznym, jakby w nim Boga nie było, pozostał jedynie front zmagań o instytucję przez ludzi i dla ludzi stworzoną.  

  Podobnie nie sposób mówić wyłącznie za siebie. Jeśli tylko wypowiadasz słowo Kościół, natychmiast rozszarpią cię kruki i wrony. Musisz stanąć po jednej ze stron. A jeśli nie masz takiej potrzeby lub ochoty? Jedni wbiją cię w szufladę zdrajcy polskości, leminga w najlepszym razie, a drudzy wyzwą od nacjonalistów, ciemnogrodu albo tępaków. Dziwić się będą, że człowiek myślący i wykształcony może do takiego Kościoła należeć. Bo jak wiadomo Jezus Chrystus wszem i wobec ogłaszał listę osób, dla których nie przyniósł zbawienia i podkreślał czerwoną kredką fałszywych proroków, kaznodziejów ubogich rozumkiem, pedofili i osoby homoseksualne, na równi zresztą z celnikami i kobietami lżejszego prowadzenia, a zawsze ku radości faryzeuszów maści wszelkiej. Wybij więc sobie z głowy, że Zbawiciel pojawi się tam, gdzie dwóch lub trzech gromadzi się w imię Jego. Dziś musisz dać się zawłaszczyć jakiemuś stadu i wzmocnić je swoją osobą albo człowieczeństwo odbiorą i wykluczą spośród żywych. Dokładnie tak, jak pisał niedawno Dariusz Rosiak: wojna kulturowa to świat podobny do starcia Pepsi z Colą – marketingowcy przekonują cię, że wybierając jedną z nich, kreujesz swoją tożsamość. Podobnie, przyłączając się do jednego z obozów wojny kulturowej, dostajesz gwarancję, że stajesz po właściwej stronie. Warunkiem jest wyłączenie myślenia i zaprzedanie politykom jeśli nie duszy, to na pewno rozumu. Nie będzie ci potrzebny. („Tygodnik Powszechny”33/2019).

  A ja, nieuleczalny wiejski głupek, idę do swojej świątyni i medialny Kościół łagiewnicki jak i toruński za cholerę nie mogą we mnie zaistnieć. Klękam i znika fundamentalizm „Naszego dziennika” na równi z otwartością miesięcznika „Więź” czy „Tygodnika Powszechnego”. Jestem mały, grzeszny ja i wielki On, w figurze rozpostartych ramion, ponad ołtarzem i pod dachem, w geście ogarniającego miłosierdzia, które nikogo nie pomija. Cierpliwie uczy kochać każdego, większego i mniejszego ode mnie i jakoś od pół wieku wszystkie ideologie, od czarnej przez czerwoną po tęczową, budzą jednaką niechęć i każą trzymać się z daleka. Nie mam złudzeń: dzięki nim mniejszość próbuje tumanić większość, a historia uczy, że nikomu na dobre to nie wyjdzie. 

O ile piękniejszy i bliższy niebu staje się Kościół w milczeniu, gdy pojedynczy ludzie bez łatek, politycznych nalepek, bez zacietrzewienia i lęku przed obcym, klęczą tu i tam, ukazując jedynie bezideowe plecy zanurzonych w modlitwie. A przecież znaczna część wiernych, zapełniających setki kościołów kraju, słucha różnych pasterzy i antypasterzy, całkiem jakby słuchali Bułgarów i Greków. Bez przesadnego zrozumienia, często uciekając myślą do lodówki i kuchni, bo obiad trzeba ugotować po powrocie. Jedni mają szczęście do świętych kapłanów, oddanych Chrystusowi, inni nieszczęście słuchania ograniczonych umysłowo, nadętych i różniących, budzących niechęć do innego. Ale też cwaniaków w sutannach, troszczących się jedynie o siebie i swój status materialny albo arcypasterski, w żywe oczy kpiących z przesłania Ewangelii. I nie każdy wierny może odejść do innej parafii. Nie oszukujmy się, nie wszyscy żyją w wielkich miastach i uciekną do dominikanów. Wielu wierzących nie jest też w stanie odróżnić zbawczego dzieła od domykania oblężonej twierdzy, od podkręcania obłędu, którym wyrachowana część kleru steruje, szerząc postawy coraz dalsze od nauki Zbawiciela.

     Czy należy od ręki przekreślać słuchających arcybiskupa Wojdy, Jędraszewskiego, Głódzia, albo manipulatorów i biznesmenów pokroju Rydzyka? Podejrzewać o brak rozumu i przyzwoitości? Czy raczej jedynie o ograniczenie intelektualne i wychowanie w złym klerykalizmie, o którym wspomina sam papież Franciszek? A może to tylko zwykła ignorancja? Czy nie tu pies pogrzebany? Większość to przecież katolicy ludyczni, odpustowi, rytualni, ale samotni i wyrzuceni na margines zmian. Z różańcem i książeczką w dłoni, są w pełni przekonani, że tak trzeba, tak ich wychowano i nauczono, bo tak robi dobry człowiek, choć żyje po swojemu. Dla nich nawet Matka Boska jest Polką, bo przecież Matka Boska Częstochowska, to jaka ma być? Jedni żyją przyzwoicie, inni z przyzwyczajenia. Jak w każdej grupie społecznej, w każdej sekcie, partii, stowarzyszeniu. I jak w każdej dziedzinie, tak i tu trzeba obawiać się aparatczyków, tak partii jak religii. 

  Nie podniecajmy się wizją upadku Kościoła normalsów. Jego istnienia nie zmiecie ani gender ani LGBT, ani medialni jego hierarchowie, choć dziś im akurat najbliżej do destrukcji i nikt równie skutecznie jak oni nie wyrywa młodych z objęć Jezusa. Ale też nie ma takiej opcji, że naraz wystąpią wszyscy i biskupi potwarcy zostaną sami, bez stołka i podległych duchownych, parafian, a instytucja upadnie. 

  Znakomita większość "wiernych" to ludzie, którzy przez całe życie trwali w świecie czarno-białym. Ktoś im mówił, gdzie jest zło, gdzie dobro, wyznaczał granice, a wielowiekowa tradycja stawiała biskupa na świeczniku i większość z nich na tym dziś żeruje. Stuleci tradycji nie da się zdmuchnąć w jednym dziesięcioleciu. No chyba, że przyjdzie koniec świata. A jeśli nie? Wierzę, że Kościół będzie się oczyszczać, ewoluować i szukać nowego kształtu. Jak wierzę, że musi podążać drogą niezgody i wcale niewykluczone, że dzisiejszy obraz Chrystus zapowiadał mówiąc: Czy myślicie, że przyszedłem dać ziemi pokój? Nie, powiadam wam, lecz rozłam. Odtąd bowiem pięcioro będzie rozdwojonych w jednym domu: troje stanie przeciw dwojgu, a dwoje przeciw trojgu; ojciec przeciw synowi, a syn przeciw ojcu; matka przeciw córce, a córka przeciw matce; teściowa przeciw synowej, a synowa przeciw teściowej. (Łk12, 51-53.). 

Gdy czytam te słowa jakoś nieuchronnie przystają mi do doniesień publicystów i socjologów mówiących o skłóceniu rodzin przy świątecznym stole, o wyrzucaniu z grona znajomych, tych, z którymi nam nie po drodze, o zaniku więzi i umiejętności dyskusji dla samej dyskusji. Z jednej strony podziały w rodzinach i domach, z drugiej płonące lasy Amazonii i pożary Syberii, z trzeciej tajfuny i ulewy… niewykluczone, że jednak bliżej nam Apokalipsy św. Jana niż do odnowionego Kościoła normalsów. Bo jednak tych, co po niedzielnej Eucharystii idą na spacer i kawę, a poniedziałek zaczynają od śniadania i zawiezienia dzieci do szkoły jest – mam wrażenie – ciągle znacznie więcej niż otępiałych fanów ideologii wszelkich, od świtu szukających tasaka oddzielającego polskość od tęczy.
Print Friendly and PDF