Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blogi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blogi. Pokaż wszystkie posty

piątek, 4 listopada 2016

Wychodzę z siebie, zaraz wracam

❖Kliknij, żeby posłuchać tekstu w interpretacji autora❖

- O! Wangin w Ikei! Muszę dać na fejsa! No walnij dziubek, nie bądź taki! Raz, dwa…

- Nie ściemniaj, masz tam siedemdziesiąt osób w znajomych, z czego osobiście znasz może dziesięć. Za tę smutną gębę nikt ci lajka nie da.

- Łoś wśród reniferów? Wpadłeś na klopsiki z żurawiną?

- Na kawę dla niewymagających, z dolewką bez granic. Tu nie pytają, co jeszcze podać.

- Ale to z laptopem? Żoncia z domu wygoniła, czy kanapę wybiera?

- Chyba dla kota, bo zagroził, że wróci na budowę do Iławy. Pieprzy taką adopcję! Trzeba leżeć na dwuletnich kanapach i ciągle tylko Purina w misce na zmianę z Shebą. Żonę to akurat awansowali. Nawet w domu z pracy nie wychodzi. Nie zauważyła, że wyszedłem.

- Chyba, że magiel trzeba będzie odwieźć, zaraz się połapie. Czemu tu piszesz? Wiem: każde jej spojrzenie to wyrzut? Pora wyrosnąć z napieprzania w klawisze i te sprawy? Ludzi i tak nie zmienisz, boś dawno glebę zaliczył, Ikarze. Ale mogłeś towarzyszyć kobiecie. Pewnie układa zastępstwa, komputer pożytecznie wykorzystuje. A ty? Nie wierzę przecież, że wrzawa bachorów cię stymuluje! A może widok Janusza z brokułem na wąsie budzi twórcze głody, co? Czy inspirację czerpiesz z fryty u wargi tego tam Iwana?

- Ty weź już idź po waniliowe podgrzewacze. Córka prosiła. Daj popisać.

- Po cholerę?

- Podgrzewacze?

- Nie, pisanie.

- O  świeczki zapytaj, odpowiedź znam.

- A co piszesz?

- Próbuję sklecić coś do bloga, żeby nie skasowali za brak postów.

- Tutaj piszesz?

- Tutaj jestem bezpieczny. W domu nie usiądę. Sam wiesz, ile tam natręctw.

- Wziąłem na siebie, spokojna twoja o suszarkę rysowana! Natręctwa znaczy wziąłem. Wracaj bezpieczny, Syzyfie z odzysku. Chałupę odkurzyłem, kuchenkę umyłem, ogarnięta kuweta, a koszule na tydzień masz wyprasowane. Możesz już rżnąć głupa przy biurku, na stacjonarnym.

- Przy stacjonarnym, jasne! Będę oglądał CK Dezerterów albo Zaklęte rewiry i Siekierezadę, przecież wiesz. Albo zamienię się w powiernika kobiecych dramatów na czacie! Wszystko zrobię, żeby nie pisać, jakbyś nie wiedział!

- Bo nie potrzebujesz! Kolejne natręctwo do odhaczenia! To tylko pierdolec na potrzeby pozornego rozwoju. A w tle? Podniesienie rangi banalnego życia! Ale dalej tak nie pojedziesz, stary! Zupa pomidorowa dobra, masełko trzeba skrobać, a światło zrób sobie górne i te sprawy.

- Gówno wiesz o sprawach, Jacuś, to konsekwencja i wierność młodzieńczym ideałom. Jest niepodważalna! Jak stracę ostatni bastion, to po mnie.

- Jaaasne… i sosik patosu na kopytka samoudręczenia. Wyluzuj! Zaczynałeś w końcu lat 80. Pamiętasz, jaką wartość miało wtedy słowo pisane?! Nawet cenzura jeszcze była.

- Zaraz znowu będzie, cierpliwości, jeszcze jedne wybory i pozamiatają. Tylko nie wiem, czy doda to motywacji do pisania.

- A pamiętasz jak uszami klaskałeś ze szczęścia, gdy udało się kupić pięć tomów Hłaski, w antykwariacie, na spółę z kumplem? Wydawało się, że literatura zmieni ludzi w zbuntowane anioły. A dziś kto czyta? Słowo nie ma znaczenia. Słyszałeś, żeby ktoś dawał słowo honoru i dotrzymał? Jest hejt, ściema, sensacja jest i rozrywka, bo pokochali leżenie wzgórzem do góry albo wzgórkiem do ekranu, gdzie rolnik szuka żony. Nike to oni na butach noszą i tylko inaczej wymawiają. A sama nagroda ma tyle wspólnego z czytelnictwem, ile ty z ojcem Tadeuszem, prezesa Prometeuszem! Blog? Zwariowałeś? Kto to czyta? To czas słitfoci pod menu restauracji! A nie masz zadatków na gastro celebrytę od pieczenia buraka, ani tym bardziej tego... kosmetycznego, od szukania wągra między sławnymi cyckami. Wyżej dupy nie podskoczysz, jak mówi mądrość ludowa.

- I tu byś się zdziwił, miałem wystarczająco dużo pytań od czytelników, czemu nie daję nowego tekstu, więc idź już po te knoty i nie truj dupy.

- Pytania od czytelników?! Weź nie rozśmieszaj! Masz na myśli dwie babki z czatów! Podkręcają cię z wdzięczności za wysłuchanie małżeńskich traum. Nie miały nic do zaoferowania, to podpompowały to zbutwiałe ego. Nie daj się nabrać. I co ty masz jeszcze do powiedzenia? Kiedyś miałeś ambicje na dwa teksty w miesiącu, nawet na główną stronę Onetu trafiały! A dziś? Jeden na miesiąc za trzy udostępnienia?

- Bo było o czym pisać, dziś wszystko ważne jest godzinę i rzeczywiście słowo strasznie spsiało.

- Chyba sPiSiało?

- No o tym mówię. A do polityki mnie nie mieszaj! Skocz po ciasto, ale marchewkowe, cukier masz przewalony. I daj popisać, właśnie o czytaniu próbuję.

- Aaaa... znowu cierń statystyk nieczytania? Czytających w każdym pokoleniu jest tyle samo, pamiętaj. I tylko wstyd w ludziach coraz szybciej zanika. Gloryfikacja prymitywu, faszyści, matoły i analfabeci u władzy, to co się dziwisz? Promocja żenady i ludzie nie wstydzą się przyznać, że z półki wyrzucili książeczki. Nawet lekarskie i opłat RTV! Silny człowiek jest z chamów i nie czyta. Idzie do przodu jak ten Edek u Mrożka. Twój ulubiony profesor Stefan jakoś tak mówił, zdaje się w jednym z ostatnich wywiadów? A propos, pamiętasz, co ten sam Chwin Stefan pisał w Dzienniku dla dorosłych?

- Daj spokój, przecież wiesz, że pamiętam książki tylko w trakcie czytania.

- Wiem, wiem, ale twoje wypociny, najlepiej, żeby czytający pamiętali jeszcze w tunelu, u progu wiekuistej jasności?! Znam cię, kreaturo! Znam dziury w łysej pale jak we własnej piżamie, więc notuję, co lepsze kawałki. Tak to szło u profesora: Tymczasem jeśli czytanie jest niebezpieczne, to wcale nie dlatego, że zagraża władzy. Czytanie jest niebezpieczne, bo osłabia. Uczy wrażliwości – więc osłabia. Uczy skłonności do rozmyślań – więc osłabia. Uczy długiego skupienia – więc osłabia. Uczy dzielenia włosa na czworo – więc osłabia. Uczy przyjemności nieruchomego siedzenia w fotelu – więc osłabia. Uczy radości z samotnego dumania w ciszy – więc osłabia. Czytanie oducza twardości, bez której ludzki gatunek nie poradziłby sobie na Ziemi. I większość przedstawicieli ludzkiego gatunku dobrze o tym wie, dlatego nie czyta nic albo prawie nic.

- Czyli jednak jest niebezpieczne dla władzy, bo kształtuje jednostki samodzielnie myślące i krytyczne, nie dające się urobić żadnych ideologom i populistom, a indywidualność nie da się spieniężyć za pińcet! Z plusem czy bez. Nie rozumieją tego?

- Ha! Nawet jak rozumieją, to się lenią. Urodzili się zmęczeni, żyją, żeby wypocząć, po co wysiłku dorzucać? Za dnia urobią się kombinowaniem i szukaniem leszcza i wieczorem już tylko rewolucje w garnku ich kręcą. A z czytania korzyść niewymierna, nie da kaski na nowy srajfonik.

- Może masz rację, wykorzystam to. Podyktujesz cytat, jak wrócisz z ciastem, marchewkowym, już czas.

- Tylko po jaki grzmot to pisać? Nawracać nawróconych? Nie podniecaj się, nawet jeśli ktoś cię czyta, to akurat ostatni sprawiedliwi, doskonale to wiedzą!

- Umiesz zbudować człowieka. Wszystko musisz spieprzyć posraną trzeźwością osądu?! A ja chciałem raz optymistycznie, polecieć z innego cytatu. Dziennikarz i pisarz, Sosnowski Jerzy, znasz? Niedawno na swoim blogu wspomniał krakowskie targi książki. Uważaj: W efekcie zrobiłem w tył zwrot – budząc zrozumiały gniew ludzi za mną – rozbiłem swą piersią mur napierających czytelników, tracąc część guzików dobrnąłem do stoiska Wielkiej Litery, gdzie zostawiłem palto, zabrałem je pospiesznie i wyczołgałem się na zewnątrz, myśląc: u licha, bywam przecież w księgarniach, na co mi te targi?! W najgorszych czasach warszawskich targów, urządzanych w ciasnych wnętrzach Pałacu Kultury, nie byłem świadkiem podobnej apokalipsy… To nie fikcja, miesiąc nie minął od zielonego światełka w ciemni.

- Uprzedzam tylko, pewnie myślisz napisać, że statystyki kłamią? A w Krakowie ludzie gnaty sobie łamali, żeby książki kupować, szarpać, wdychać zapach farby drukarskiej, bo kochają?! Chcieli nieść herkulesowym ramieniem tomiszcza wyszarpane, targać do swoich jaskiń, kątów, wysp czytelniczych i wybielić indywidualność ponad czernią reżimowej telewizji?

- No może nie aż tak optymistyczne wiatry w klawisze puszczałem, ale przyznasz, że coś jest na rzeczy.

- Ty masz na rzeczy, inni mają „Do rzeczy”, a jest jak jest. Tłum w Krakowie był wyposzczony, zgoda, ale widoku celebrytów! Chcieli podejrzeć, kto lewą podpisuje książki kucharskie. Ale część, pamiętaj, przyszła żeby zwiedzić stoiska budzące głody intelektualne spod znaku miesięcznika „Egzorcysta” albo ogrzać ducha w kręgu Wydawnictwa Duszpasterstwa Rolników, a przy tym, stary, to nawet większości zatwardziałych pisarzy głos więdnie, przyznasz, z mikrofonem czy bez… . I w tej sytuacji pierdolić cukier! Żadnego ciasta marchewkowego, rozumiesz? Taki serniczek zakupię, że zazgrzyta kryształem w przełyku. Dla równowagi, a co?!

czwartek, 9 września 2010

Ona i On - forever zonk

    Tego lata chętnie zerkałem na stronę jednego z wiodących portali, który między innymi artykułami prezentował blogi godne polecenia. Szybko okazało się, że dwa najistotniejsze tematy w życiu blogerów, to patologie w pracy i związek dwojga. Z tej pary zaś najczęściej mielone są tematy wokół relacji „ona i on”. Czy należy się temu dziwić? Czy pozostaje już tylko bezradnie uśmiechać się pod nosem i nie czytać? Albo stwierdzić z nutką zdumienia: że też im się to nie znudzi. Choć to temat stary jak świat, nic nie stoi przecież na przeszkodzie, żeby poprzyglądać się z boku i temu zjawisku społecznemu.
Gdyby ująć rzecz statystycznie, ilościowo, w wyznaniach dotyczących porażki związków hetero z pewnością prym wiodą panie. Z czego to wynika? Być może one w tej materii więcej czują, częściej marzą, więcej czytają, oglądają i więcej idealizują. Zatem wszelkie niepowodzenie rodzi długotrwałą frustrację, szczególnie, że bardzo chętnie widzą winy partnera i pod stosownym nickiem mogą z siebie wyrzucić gorycz. Od lat zaś wiadomo, że grafoterapia przynosi ulgę i wypisanie rozczarowania daje lepszą pociechę niż wypłakiwanie się ostatniej przyjaciółce, która – nie daj Bóg – zawsze może wyskoczyć z tekstem: „a mówiłam ci, że on jest beznadziejny”.

    Mężczyźni chętniej piszą blogi komentujące naszą rzeczywistość społeczną i polityczną, snują refleksje o świecie dla siebie zewnętrznym, ewentualnie prezentują pasje. A związki? Sprawy intymne? Wiadomo, facet - maszyna prosta, zwykle szuka rozwiązań praktycznych i nadmiernie nie posiłkuje się roztrząsaniem zawiłości związku z ukochaną. Na początku, dopóki zdobywa, skupia więcej uwagi na kobiecie. Jednak taniec godowy szybko go wyczerpuje. Później popada w spełnienie i realizuje grzecznie powinności, znajdując sobie wiadome sposoby odreagowania wszelkiej niemocy. Dom i rodzinę, małżeństwo czy luźny związek, często traktuje jako bazę wypadową i przyczółek bezpieczeństwa. Bywa też, że nudzi się w związku albo zostaje zraniony przez partnerkę i szuka atrakcji poza dotychczasowym układem, niechby i nowego obiektu do zdobycia. Czasem zwyczajnie popada w marazm i ani nie szuka nowych wyzwań, ani nie realizuje powinności małżeńskich, ot żyje z dnia na dzień, korzystając z maksimum spokoju przy minimum zaangażowania. I to wszystko razem wzięte rodzi narastającą odsetkami rozżalenia, znaną powszechnie, sytuację: „Marian, ty już mnie nie kochasz”, czyli kolejne setki i tysiące powodów do wyróżniania w rzeczonym portalu blogów ze skowytem kobiecej rozpaczy, pretensji i żalu.

    Pomówmy zatem o przeciętnej, statystycznej, zwyczajnej, sytuacji rozjazdu pomiędzy stanem ich dwojga z okresu zakochania, a czasem ich bytu powszedniego, gdy codzienność, kalkowana przez powtarzane miesiącami setki czynności, pokryła szarością pierwsze westchnienia i tęsknoty płynące z zauroczenia, zaś przyjaźń (jeśli zdążyła się narodzić) utonęła w głębinie małostkowych pretensji, wzajemnych żalów i idealizowanych z czasem wspomnień narzeczeństwa, a także pod wpływem zwyczajnego zmęczenia materiału.

Gdyby zebrać niemal codziennie wyróżniane notki autorek blogów o relacjach męsko-damskich, choćby na przestrzeni roku, i uznać je bezkrytycznie za przewodnik po życiu w związku, do jakiego wniosku moglibyśmy dojść? Pierwszy jaki się nasuwa: piękne i spełnione życie w związku możliwe tylko w kinie i powieści dla kucharek. Dlaczego? Wiadomo, on zdradza, nie ma cierpliwości w czasie zakupów, nie przynosi kwiatów, zapomina o rocznicach, ciągle pracuje, bardziej zajmuje się samochodem niż kobietą, rozgląda się za innymi, godzinami spędza czas w necie, na czacie albo w komunikatorze. Zapomniał co obiecywał, już nie patrzy tak w oczy, kocha się z nią mechanicznie, a podczas gry wstępnej kobieta musi mieć zamknięte oczy, bo nie zdąży ich otworzyć. Traktuje ją jak maszynkę spełniającą wyłącznie jego łóżkowe zachcianki. Zapomina, że kobiety miewają orgazm także w życiu, poza ekranem, a w ogóle miał szukać punktu G i też zapomniał jak zapomniał przytulić i szepnąć coś miłego. Poza tym zostawia brudne skarpetki i rozciągnięte po podłodze spodnie, chętniej pije z kolegami piwo podczas meczu niż siada z nią do kolacji z winem, nie zajmuje się dzieckiem, przedkłada zainteresowania nad wspólne spędzanie czasu. Nawet do kina nie chce pójść, bo ściąga filmy na jej życzenie, których za cholerę z nią nie obejrzy. I jeszcze jest zazdrosny o każdego kolegę z pracy i uśmiech obcego, który zwróci na nią uwagę w centrum handlowym i autobusie.

    Podejrzewam, że długo jeszcze mógłbym wpisywać się tak w ton kobiecych oskarżeń. I tylko dla zaoszczędzenia czasu czytającym, dodam, że wszelkie inne żale ściekające z nieudanych związków, a skrupulatnie wypełniające blogi tej kategorii, pozostają kombinacją ilościową i jakościową podanych powyżej haseł.

    Gdyby wierzyć bezkrytycznie notkom promowanym przez rzeczony portal, nawet w środku lata musiałbym przyjąć pesymistyczną wersję, że nie ma świetnych małżeństw, udanych związków, spełnionych konkubinatów. Wiem jednak doskonale, że z głębokimi relacjami w udanym związku jest jak z wykonaniem skoku do basenu bez wody. Nawet z najbardziej efektownym, potrójnym, saltem można go wykonać tylko raz. Dobre związki też można opisać tylko raz i to przykładem codziennego bycia razem w tym, co najbardziej dołujące, powtarzalne i nudne. Spełnienie i radość przeżywania udanej miłości ma to do siebie, że się w niej żyje bez fajerwerków i bez potrzeby rozpisywania się o tym. Przeżywanie radości zawsze lepiej wypada niż jej spisywanie. Szczęście opisane trąca banałem i czułostkowością, a tak nie ubiją piany żadne media, które wolą pławić się w prezentowanym bagienku goryczy, porażki, bólu i sensacji. Tylko wtedy udaje się bowiem przyciągnąć czytelnika, bo dobro i piękno nie są medialne.

    Coś mi mówi, że dobierając i mieląc w kółko wytarte w schematach opowieści wokół relacji „ona i on”, redaktorzy portalu przestali wierzyć w sens tej kołomyi, bo ona sensu w sobie nie ma za grosz. Jedyny bowiem tkwi z pewnością po stronie autorek pisujących o trudach współżycia, to jest sens terapeutyczny. Ale jaki sens ma to dla potencjalnych czytelników? Jakiś musi mieć, skoro liczniki statystyki odwiedzin takich blogów biją w setki i tysiące. Może czytelnicy notek śledzą tych, co mają gorzej lub równie przekichane i tak poprawiają sobie samopoczucie? Nie uwierzę przecież w pedagogiczną rolę notek o nieudanych związkach, skoro przez tysiąclecia ludzie nie opanowali tej prostej nauki, która podpowiada, że mężczyzna i kobieta wytrzymują ze sobą w imię miłości, kosztów utrzymania i wychowania potomstwa, ale wyłącznie budując codzienne kompromisy albo zwyczajnie się rozchodzą bez wydeptywania w kółko ścieżek zdeptanych przez wieki do spękanej ziemi.
Print Friendly and PDF