Mijały lata, a w czasie niezliczonych poszukiwań pasji i sensów, zmieniałem wielokrotnie zainteresowania, choć po drodze wyraźnie gubiłem rozeznanie, gdzie przebiega granica samotności z wyboru i z konieczności. Jesienne i zimowe wieczory sprzyjały jej pielęgnowaniu, bo nie było dokąd pójść. Znikał żal do świata i utyskiwanie na brak towarzystwa. Coraz chętniej zostawałem w domu z prasą i książkami. Te ostatnie szczególnie umożliwiały wędrówki z bohaterami opowieści tam, gdzie na żywo być nie mogłem. Było to znacznie ciekawsze niż otoczenie społeczne powiatowego miasteczka.
Gdy los rzucił mnie na pomorską ziemię, a studia humanistyczne wystarczająco umordowały drukiem książek ze spisów lektur obowiązkowych i uzupełniających, na powrót odkryłem piękno lasów, tutejszych wzniesień, dolin i rzek z bystrzem gwarantującym przygodę z pstrągiem. Szczególnie trudno dostępne odcinki, zabagnione, krzaczaste, pełne zwalonych drzew i z gęstą pokrzywą, przewyższającą o głowę niemałego faceta, oferowały porywające wędrowanie z wędką i aparatem. A ryby? Z czasem stały się jedynie dodatkiem do możliwości ucieczki od cywilizacji. Znaleźli się też nieliczni koledzy po kiju. Połączył nas spinning i piękno świata, w którym nadal bóbr gospodarzem. Dziś, w porywach uniesień, mogę chyba mówić o spełnieniu, skoro nigdy nie potrzebowałem wielkiego grona ludzi wokół, a choroby społeczne oglądam z boku.
Po co o tym piszę? Poniekąd mogę poczuć się zwycięzcą, ilekroć czytam teksty o narastającej fali samotności, która silnie niszczy współczesnego człowieka. Choć nie jest przecież nowym wynalazkiem. W nieodległym PRL-u wszystkie gazety miały swoje kąciki samotnych serc, dzięki którym ludzie szukali drugiej połówki, wystawiając na strzał wszystkie dane o sobie, zupełnie bez obaw, a RODO im się nawet nie śniło. Istniały zawodowe biura matrymonialne, kręcono o tym filmy, jak choćby Żeniac Janusza Kidawy z 1983r., w którym bohater, góral Stach, gospodaruje z matką na dziesięciu hektarach i nie może znaleźć żony. Wszelkie wysiłki, także prasowe, idą na marne.
I dziś rolnik szuka żony, dlaczego zatem samotność ma być bardziej spektakularna i silniejsza niż dawniej? Czyżby lud uległ medialnym mitom globalnej wioski? Zawierzył sieci, obecnej pod strzechą, która przyniesie tysiące znajomych, milion lajków i nikt nie będzie już sam? Najbardziej zapyziały wyrzutek otrzymał dostęp do nieograniczonej liczby wspaniałych braci i sióstr oraz tych mniej cudownych, niosącym hejt wirtualu. Skąd zatem samotność bolesna? Wszak można dzielić pasje i zainteresowania, łączyć się w fanpejdże, reprezentujące każdy rodzaj najbardziej niszowego hobby, realnego czy wirtualnego? O jakiej samotności zatem mowa? Dawno powinna zniknąć z przestrzeni życia społecznego, a tymczasem? Zdaje się dosyć żwawo podąża za pan brat z klęską demografii.
Jeśli komuś dokuczy wykluczenie wypada wyruszyć w miasto. Tymczasem coraz częściej zbyt przytulnie robi się w domu, a nawet w wynajętym lokum. Pandemia pokazała, że cudnie chodzi się w piżamie z wypchanymi kolanami i coraz dalej nam do klamki drzwi wyjściowo-wejściowych. Jeszcze dalej od tramwaju, płacenia parkometrom, stania w ogonku do stolika popularnej knajpy i po co? Żeby popitolić o czymś bez znaczenia z tak zwanymi przyjaciółmi? Żeby spotkać się z zachwyconą sobą fanką diety śródziemnomorskiej czy z fanem konfederacji? No i przestałem dziwić się, że kawiarnie i restauracje coraz częściej służą interesom, jak większość miejsc budowania relacji. Pan lub pani z laptopem i pieczątką, a naprzeciw zestrachany młodzieniec czy kandydatka na kelnerkę. Tymczasem rolki w telefonie tak miło przewija się pod kocykiem, żarcie przywiezie rowerzysta i dobędzie prawie ciepłe z zielonego plecaka, a na ekranie kilka streamingów do wyboru.
Wysiłek spotkania z drugim jest nie tylko fizyczny. Trzeba by uszczknąć kawałek siebie i dać, ale czy to się opłaci? Czy się zwróci w dobie relacji pragmatycznych? A potem trzeba znowu się ubierać, jeszcze raz wychodzić, coś proponować, czegoś oczekiwać, nawet słuchać, nie tylko nadawać. Zatem jest w tej postawie pewien paradoks. Narzekamy na samotność czy wybieramy z ulgą odosobnienie? W nim nie musimy napinać się, rywalizować, przechwalać, skupiać uwagę i wysilać do bycia na serio. A że gdzieś z tyłu głowy brzmi zarzut lenistwa wobec przekonania, że człowiek istotą społeczną? Wolimy ponarzekać na samotność w tłumie. Dlatego nie przekonuje mnie medialne ujadanie na dramaty samotności, lawinowo spadające na ludzkość trzeciej dekady XXI wieku.
Nie jestem potworem. Każdy dzień przynosi obrazki przeczące alarmom. Oto samochód wlecze się lewym pasem, bo kierowca klika w telefonie oburącz. Sam do siebie? W lusterku wstecznym rozbuchana emocjami kobieta gestykuluje, choć nikogo nie ma w kabinie. Niemal toczy pianę dialogu na głośnomówiącym, czyżby na siebie wylewała pomyje pretensji? Ktoś wjeżdża w nogi wózkiem w dyskoncie, bo tłucze rozmowę na messnedżerze. Inny blokuje przejście w tramwaju, wstawił plecak między buty i czatuje zawzięcie. W wagonie podmiejskiego pociągu dziesiątki kciuków walą w literki nieustannie. Wszystko to z otchłani samotności jak mniemam? Naprawdę? Czy raczej z pozycji bezpiecznego odosobnienia, które pozwala być stale w kontakcie i nie naruszać komfortu wygodnictwa? Mamy do czynienia z natręctwem komunikacji raczej niż z samotnością. Aspołeczne typy, wygodnictwem podparte, sobą zachwycone, zaskorupiałe w nieustannym dialogu cierpią z powodu izolacji?
Przez moment zwątpiłem. Czy powyższe intuicje mają rzeczywiste uzasadnienie? Może jednak jawią się w głowie dziadersa, który nieustannie zmaga się z redefiniowaniem oswojonych zasad życia społecznego i pojęć wpojonych na różnych etapach edukacji? Tymczasem na ekranie telewizora pojawiły się twarze ludzi młodych, w wieku średnim i starszych, płci obojga, wypowiadające proste słowa: kocham cię. Może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że mówiły to do luster. Znana drogeria sieciowa przypomniała, że nikt nie zatroszczy się o nasz dobrostan tak świetnie jak my sami. A dzień zakochanych należy poprzedzić dniem zapatrzonych w siebie. W końcu jest ich znacznie więcej i czemu nie brać na celownik okazjonalnej sprzedaży, poprzedzającej walentynkowy szał? Pod bardzo humanitarnym hasłem, na miarę czasu: “zadbaj o siebie”. Czyli nikt nie wyzwoli z samotności równie skutecznie jak my sami.
I tu przypomniał mi się finał wspomnianego wyżej filmu Żeniac. Stach wiedzie kolejną kandydatkę na żonę przez wieś, kroczy przodem, szeroko gestykulując. Chwali się posiadaną ziemią, własną i odziedziczoną po krewnych. Tu ma żyto, tam ziemniaki, a tymczasem kandydatka na żonę, idąca z tyłu, właśnie się zagapiła i wdepnęła w krowi placek. Staszek nie zatrzymując się, głosi monolog samochwały. Dziewczyna widząc to rezygnuje z jego towarzystwa i zawraca. Stach, zachwycony sobą, przeoczył właśnie ostatnią szansę na życie wolne od samotności. Jedna z sąsiadek, widząc to, zamyka sprawę monologującego samotnie chłopa prostą sentencją: to stary kawaler, pewnie mu bije na dekiel.





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz