Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samotność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samotność. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 16 lutego 2026

Samotność i odosobnienie

Jako nastolatek zauważałem pewną prawidłowość natury społecznej. Dziwnym trafem działo się tak, że rówieśnicy, z którymi chciałbym spędzać czas, nie byli wystarczająco zainteresowani moim towarzystwem. Ci zaś, którzy nawet jakoś próbowali zbliżyć się do mnie, nie porywali ofertą. Czasem po prostu byli zbyt hałaśliwi, nadmiernie rywalizujący, a bywało, że zwyczajnie nudni. Taka to przewrotność młodości, pewnie znana sporej liczbie nastolatków. Tym chętniej uciekałem z wędką nad rzekę lub nad jezioro, gdzie izolacja była niemal wskazana, żeby pobyć z naturą. 

Mijały lata, a w czasie niezliczonych poszukiwań pasji i sensów, zmieniałem wielokrotnie zainteresowania, choć po drodze wyraźnie gubiłem rozeznanie, gdzie przebiega granica samotności z wyboru i z konieczności. Jesienne i zimowe wieczory sprzyjały jej pielęgnowaniu, bo nie było dokąd pójść. Znikał żal do świata i utyskiwanie na brak towarzystwa. Coraz chętniej zostawałem w domu z prasą i książkami. Te ostatnie szczególnie umożliwiały wędrówki z bohaterami opowieści tam, gdzie na żywo być nie mogłem. Było to znacznie ciekawsze niż otoczenie społeczne powiatowego miasteczka. 

Gdy los rzucił mnie na pomorską ziemię, a studia humanistyczne wystarczająco umordowały drukiem książek ze spisów lektur obowiązkowych i uzupełniających, na powrót odkryłem piękno lasów, tutejszych wzniesień, dolin i rzek z bystrzem gwarantującym przygodę z pstrągiem. Szczególnie trudno dostępne odcinki, zabagnione, krzaczaste, pełne zwalonych drzew i z gęstą pokrzywą, przewyższającą o głowę niemałego faceta, oferowały porywające wędrowanie z wędką i aparatem. A ryby? Z czasem stały się jedynie dodatkiem do możliwości ucieczki od cywilizacji. Znaleźli się też nieliczni koledzy po kiju. Połączył nas spinning i piękno świata, w którym nadal bóbr gospodarzem. Dziś, w porywach uniesień, mogę chyba mówić o spełnieniu, skoro nigdy nie potrzebowałem wielkiego grona ludzi wokół, a choroby społeczne oglądam z boku. 

Po co o tym piszę? Poniekąd mogę poczuć się zwycięzcą, ilekroć czytam teksty o narastającej fali samotności, która silnie niszczy współczesnego człowieka. Choć nie jest przecież nowym wynalazkiem. W nieodległym PRL-u wszystkie gazety miały swoje kąciki samotnych serc, dzięki którym ludzie szukali drugiej połówki, wystawiając na strzał wszystkie dane o sobie, zupełnie bez obaw, a RODO im się nawet nie śniło. Istniały zawodowe biura matrymonialne, kręcono o tym filmy, jak choćby Żeniac Janusza Kidawy z 1983r., w którym bohater, góral Stach, gospodaruje z matką na dziesięciu hektarach i nie może znaleźć żony. Wszelkie wysiłki, także prasowe, idą na marne. 

I dziś rolnik szuka żony, dlaczego zatem samotność ma być bardziej spektakularna i silniejsza niż dawniej? Czyżby lud uległ medialnym mitom globalnej wioski? Zawierzył sieci, obecnej pod strzechą, która przyniesie tysiące znajomych, milion lajków i nikt nie będzie już sam? Najbardziej zapyziały wyrzutek otrzymał dostęp do nieograniczonej liczby wspaniałych braci i sióstr oraz tych mniej cudownych, niosącym hejt wirtualu. Skąd zatem samotność bolesna? Wszak można dzielić pasje i zainteresowania, łączyć się w fanpejdże, reprezentujące każdy rodzaj najbardziej niszowego hobby, realnego czy wirtualnego? O jakiej samotności zatem mowa? Dawno powinna zniknąć z przestrzeni życia społecznego, a tymczasem? Zdaje się dosyć żwawo podąża za pan brat z klęską demografii. 

Jeśli komuś dokuczy wykluczenie wypada wyruszyć w miasto. Tymczasem coraz częściej zbyt przytulnie robi się w domu, a nawet w wynajętym lokum. Pandemia pokazała, że cudnie chodzi się w piżamie z wypchanymi kolanami i coraz dalej nam do klamki drzwi wyjściowo-wejściowych. Jeszcze dalej od tramwaju, płacenia parkometrom, stania w ogonku do stolika popularnej knajpy i po co? Żeby popitolić o czymś bez znaczenia z tak zwanymi przyjaciółmi? Żeby spotkać się z zachwyconą sobą fanką diety śródziemnomorskiej czy z fanem konfederacji? No i przestałem dziwić się, że kawiarnie i restauracje coraz częściej służą interesom, jak większość  miejsc budowania relacji. Pan lub pani z laptopem i pieczątką, a naprzeciw zestrachany młodzieniec czy kandydatka na kelnerkę. Tymczasem rolki w telefonie tak miło przewija się pod kocykiem, żarcie przywiezie rowerzysta i dobędzie prawie ciepłe z zielonego plecaka, a na ekranie kilka streamingów do wyboru. 

Wysiłek spotkania z drugim jest nie tylko fizyczny. Trzeba by uszczknąć kawałek siebie i dać, ale czy to się opłaci? Czy się zwróci w dobie relacji pragmatycznych? A potem trzeba znowu się ubierać, jeszcze raz wychodzić, coś proponować, czegoś oczekiwać, nawet słuchać, nie tylko nadawać. Zatem jest w tej postawie pewien paradoks. Narzekamy na samotność czy wybieramy z ulgą  odosobnienie? W nim nie musimy napinać się, rywalizować, przechwalać, skupiać uwagę i wysilać do bycia na serio. A że gdzieś z tyłu głowy brzmi zarzut lenistwa wobec przekonania, że człowiek istotą społeczną? Wolimy ponarzekać na samotność w tłumie. Dlatego nie przekonuje mnie medialne ujadanie na dramaty samotności, lawinowo spadające na ludzkość trzeciej dekady XXI wieku. 

Nie jestem potworem. Każdy dzień przynosi obrazki przeczące alarmom. Oto samochód wlecze się lewym pasem, bo kierowca klika w telefonie oburącz. Sam do siebie? W lusterku wstecznym rozbuchana emocjami kobieta gestykuluje, choć nikogo nie ma w kabinie. Niemal toczy pianę dialogu na głośnomówiącym, czyżby na siebie wylewała pomyje pretensji? Ktoś wjeżdża w nogi wózkiem w dyskoncie, bo tłucze rozmowę na messnedżerze. Inny blokuje przejście w tramwaju, wstawił plecak między buty i czatuje zawzięcie. W wagonie podmiejskiego pociągu dziesiątki kciuków walą w literki nieustannie. Wszystko to z otchłani samotności jak mniemam? Naprawdę? Czy raczej z pozycji bezpiecznego odosobnienia, które pozwala być stale w kontakcie i nie naruszać komfortu wygodnictwa? Mamy do czynienia z natręctwem komunikacji raczej niż z samotnością. Aspołeczne typy, wygodnictwem podparte, sobą zachwycone, zaskorupiałe w nieustannym dialogu cierpią z powodu izolacji? 

Przez moment zwątpiłem. Czy powyższe intuicje mają rzeczywiste uzasadnienie? Może jednak jawią się w głowie dziadersa, który nieustannie zmaga się z redefiniowaniem oswojonych zasad życia społecznego i pojęć wpojonych na różnych etapach edukacji? Tymczasem na ekranie telewizora pojawiły się twarze ludzi młodych, w wieku średnim i starszych, płci obojga, wypowiadające proste słowa: kocham cię. Może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że mówiły to do luster. Znana drogeria sieciowa przypomniała, że nikt nie zatroszczy się o nasz dobrostan tak świetnie jak my sami. A dzień zakochanych należy poprzedzić dniem zapatrzonych w siebie. W końcu jest ich znacznie więcej i czemu nie brać na celownik okazjonalnej sprzedaży, poprzedzającej walentynkowy szał? Pod bardzo humanitarnym hasłem, na miarę czasu: “zadbaj o siebie”. Czyli nikt nie wyzwoli z samotności równie skutecznie jak my sami. 

I tu przypomniał mi się finał wspomnianego wyżej filmu Żeniac. Stach wiedzie kolejną kandydatkę na żonę przez wieś, kroczy przodem, szeroko gestykulując. Chwali się posiadaną ziemią, własną i odziedziczoną po krewnych. Tu ma żyto, tam ziemniaki, a tymczasem kandydatka na żonę, idąca z tyłu, właśnie się zagapiła i wdepnęła w krowi placek. Staszek nie zatrzymując się, głosi monolog samochwały. Dziewczyna widząc to rezygnuje z jego towarzystwa i zawraca. Stach, zachwycony sobą, przeoczył właśnie ostatnią szansę na życie wolne od samotności. Jedna z sąsiadek, widząc to, zamyka sprawę monologującego samotnie chłopa prostą sentencją: to stary kawaler, pewnie mu bije na dekiel.

niedziela, 7 lutego 2010

Demon chłodnych myśli

Nadciąga zmierzch. W szarości za oknem na dobre zapanował porządek zimy. Nawet sroki przysiadają na śniegu tylko na moment i zaraz odlatują w sobie wiadomym, może cieplejszym, kierunku. W bezruch panoramy wkomponowuje się dym z odległej ciepłowni, jakby zatrzymał się na nadchodzącą noc. Pozostał sztywno, w pewnej odległości od wylotu komina. Utkwił skostniały, zupełnie nieruchomo jak reszta świata. Dobrze jest poczuć błogość zatrzymanego kadru, gdy szyba bezpiecznie odcina od świata, gdy komfort paruje wraz z herbatą parzoną w kubku i syci atmosferę ogrzanego pokoju. Gdy w pobliżu oswojona nieruchomość kwiatów na parapecie, po ścianie pełga odbicie płomienia świecy, a w tle głos z radia zapowiada jazzowy standard i po chwili muzyka już miło głaszcze uszy. Ale nie ma sielanki, bo jest jeszcze nieproszony gość. Czai się pod parapetem, ociera się jak kot o nogi stołu, znaczy pokój lękiem, niepewnością i przypomina, że ten ład i odległość od mrozu, zimy i zmroku, mogą być całkiem chwilowe i bardzo pozorne. Wyobraźnia rozprowadza poczucie ułudy i wdziera się obawą w spokój i ciepło. Podpowiada, że w każdej chwili możesz znaleźć się na zewnątrz, skazany na chłód i nieubłagany wyrok losu. Pożar, pęknięcie konstrukcji budynku pod ciężarem śniegu, wybuch gazu, każdy żywioł, niezależny od woli, chcenia i pragnień, wyrzuci na zewnątrz, na litość innych ludzi lub jej brak.

    Czy to coś, co ociera się niepokojem o przedmioty i ściany, jest już myśleniem pesymisty, któremu za dobrze w ciepłym? Może jednak tylko zbędnym rojeniem z wysokiej wieży? W końcu czasem lubimy straszyć się smutnymi myślami, gdy tak naprawdę nie ma innych zmartwień do herbaty.

    Nawet jeśli tak jest, nikomu nie jest łatwo pielęgnować swój pozorny spokój. Zabieganie, ciężko spłacane kredyty za kąt i dach nad głową, wysoka cena odrobiny bezpieczeństwa, zwalnia nas z troski o cały świat. Dodatkowo zaprawione to wszystko powinnościami rodzinnymi i obowiązkami małżeńskimi, oddaniem w pracy, to musi wiele przesłaniać, doba ma swój konkretny wymiar. Nie można być wszędzie, bo nie będziemy nigdzie. Dlatego pewnie nie szukamy specjalnie tych, którzy dziś znaleźli się w sytuacji oczekiwania na bliźniego. Na co dzień nie krzywdzimy ludzi, ale też nie pomagamy więcej niż to konieczne. Życzliwie kłaniamy się sobie i uśmiechamy w tramwaju, w sklepie i na chodniku. Wniesiemy zakupy do domu starszej pani, przepuścimy w drzwiach sąsiada idącego o kulach, nawet podzielimy się bigosem i szarlotką, aby potem odetchnąć, wrócić do swojego ładu. Ale czy dziś, tak otwarcie i bez oporu, wpuścilibyśmy potrzebującego schronienia? Czy dalibyśmy uciec przed silnym mrozem, choćby na kilka dni?

    Włączam wiadomości. Patetyczny głos z telewizora mówi o nowych ofiarach chłodu. Pokazują też opornych bezdomnych, których ciężko ocalić, bo tego nie oczekują, przynajmniej na naszych warunkach. Mają swoje węzły ciepłownicze, działki, bunkry i strychy. Wybierają wolność, często zakropioną alkoholem, a może niewolę swoich nałogów, silniejszą niż ryzyko śmierci i ciepło noclegowni, opłaconej reżimem zasad. Oni uciekają przed pomocą, bardziej niż przed zimą.

   
A gdyby jednak przyszli, zapukali? Ilu z nas potrafiłoby stwierdzić: „gość w dom, Bóg w dom”? Może jednak sięgnęlibyśmy szybciej po arsenał środków, w jakie wyposażają nas medialne stereotypy, przestrzegające na każdym kroku, że każdy „każdy pijak to złodziej”, że chce nam zamienić świat w melinę, zburzyć z trudem budowany spokój, oszukać i wykpić? Z pewnością próbowalibyśmy racjonalizować niechęć, że przecież wszyscy mają równe szanse, a ten tu sam sobie winien, jak nie chce wziąć odpowiedzialności za swoje życie. Pewnie pracować mu się nie chce, pewnie woli odpowiedzialnością obarczać innych, pewnie był pasożytem i pasożytem zostanie. Skoro woli taki tryb życia, to niech ponosi konsekwencje z dala od naszego domu. Nie wątpię, że w wielu z nas zwyciężyłoby człowieczeństwo. Wpuścilibyśmy niechcianego gościa za próg, nawet dalibyśmy mu herbaty, zupy i drugie danie. Odważniejsi pozwoliliby może nawet wykąpać się, rozgrzać, nawet zaopatrzyliby w czyste ubranie po dziadku, teściu, ojcu, bracie i kuzynie. Czy mimo tego, nawet jako najdzielniejsi miłosierni, nie szukalibyśmy po cichu w internecie adresów najbliższych przytulisk i noclegowni? Żeby tylko obcy wyszedł z domu, żeby dało się powrócić do swojego wypielęgnowanego ładu, bo wiadomo, dodatkowe nakrycie ma być puste jak każe tradycja.

    Nie ma w tym nic zdrożnego, nie ma w tym nic złego. Ktoś powie, że każdy jest panem swojego losu. Jeszcze inny powie: skoro sobie nie radzi, niech ginie, bo nasza rzeczywistość nie jest najpiękniejsza z możliwych i panuje w niej prawo dżungli. Znajdą się i tacy, co powiedzą, że zwyczajnie nie byłoby ich stać na dzielenie się swoim bezpieczeństwem i jedzeniem z kimś, komu nie chce się pracować. I to też będzie dobry argument. A jeśli jednak zacznie w nas popiskiwać sumienie? Zareagujemy esemesem dla potrzebujących, gdy wezwie do tego telewizor. Odpiszemy swój 1% podatku, na potrzeby bliźnich, którzy dotarli do naszej skrzynki przekonującą ulotką, bądź wpadli między nasze mejle w ramach korespondencji seryjnej.

Ekran oddziela nas od niewygodnych faktów i myśli, chroni przed smrodem bezdomności, upadku, alkoholizmu, biedy i niemocy. Dystansuje do innego człowieczeństwa, które nie spieszy donikąd, nie prosi o uwagę, a jednak zapada w myśli i pamięć. Odraża albo przeraża. Czasem szklana obecność ponowi natrętne pytanie: co byśmy zrobili, gdyby któryś z nich upatrzył sobie naszą rodzinę, dom, mieszkanie, nasze cieplutkie towarzystwo? Gdyby stanął w drzwiach z prośbą: przetrzymaj mnie przez zimę, daj przeżyć. Co wówczas? Gdyby to był tylko kolejny menel, pewnie nie byłoby kłopotu z przegonieniem. Ale ten prawdziwy troll prawdopodobnie nie zdobyłby się na taki gest, wybrałby metę, a nie mieszkanie w bloku. Gorzej, gdyby to był normalny człowiek, któremu raz nie wyszło.

    Może stąd dziś we mnie potrzeba, żeby zresetować na chwilę dobre samopoczucie, dla zdrowia psychicznego. Przekonać się, niechby w teorii, że nawet do najcieplejszego mieszkania, mogą dotrzeć demony chłodu i przesłonią smutkiem wypracowany ład. I dobrze, niech na moment powieje zimno przewrotności losu, który może z każdego zakpić w dowolnej chwili. Może sprawić, że z osoby snującej czysto teoretyczne refleksje o miłości bliźniego, staniemy po stronie osób tejże potrzebujących.
Print Friendly and PDF