Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zakupy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zakupy. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 lipca 2026

Trudy wyboru

Wsunąłem szybko prawy but, jakby nadal mi się spieszyło, choć z pracy wyszedłem dobre dwie godziny temu. Nienawidzę zakupów, natarczywości obsługi, mierzenia, decyzji, wyprzedaży i aplikacji. Zawahałem się przez moment, czy mierzyć lewy. W zasadzie nie było potrzeby, skoro prawy dobry, nic nie zawiedzie. Sprzedawczyni ciągle nie wracała za ladę. Bez skutku zmagała się z niezdecydowaną klientką. Ta zaś w lewej dłoni trzymała szary sandał, prawą z czarnym wskazywała inny na półce, a na stopie miała coś w kolorze bordo. Zawahałem się. Poczułem, że but wąski, więc może jednak trzeba sięgnąć po lewy? Tak na wszelki wypadek przymierzyć, skoro nawet proboszcz żeński chór prowadzi na wszelki wypadek. 

W dwóch skokach i w dwóch różnych butach targnąłem się na ladę z otwartym pudełkiem na blacie. Po chwili usłyszałem za plecami głos ekspedientki: „dziękuję, że sam się pan obsłużył”. Odwróciłem się i zobaczyłem uśmiech pod dużymi okularami i dłonie rozłożone w geście bezradności, ze wskazaniem głowy na pochyloną kobietę. 

Nie było mowy o pomyłce, lewy mokasyn co prawda ciaśniej ujął stopę, ale pewnie nikt go dotąd nie mierzył. Ważne, że długością nie zawiódł. W oczekiwaniu na sympatyczną okularnicę ustawiłem buty przy kasie. Ciągle słuchała dylematów z cyklu: „no i nie wiem, które bardziej pasują do sukienki”. Teraz dostrzegła moje oczekiwanie: 

- Mogą być? Pakować? - Podbiegła radośnie, uwolniona od niezdecydowanej.

- Oczywiście. Biorę brązowe. Do mojej sukienki będą pasowały. – Spojrzałem wymownie na jedyną tu klientkę.

- Super. Dwa lata gwarancji. Dodać impregnat?

- Dziękuję, znoszę szybciej. Strasznie zdeptuję, choć brązową sukienkę mam tylko jedną. - Uśmiechnąłem się, bo pani za kontuarem tak naturalnie budziła sympatię.

- Bez obaw, będą pasowały też do beżowej, a od biedy do żółtej i nawet écru. 

Sprzedawczyni podjęła żart, ale po chwili rozejrzała się po sklepie, jakby chciała powierzyć jakąś tajemnicę. Uznała, że pańcia tańcząca swoją salsę na melodię „no i nie wiem które”, chwilowo znalazła się zbyt blisko, więc ściszyła głos: 

- Pan sobie żartuje, a ja naprawdę mam klienta, który szpilki kupuje. Serio. Regularnie.

- Może dla żony? – Sprowokowałem dalszą opowieść.

- A widział pan żonę, która pośle chłopa samego po szpilki? Takich butów nie kupuje się co sezon. Przeciętny facet, nie oszukujmy się, laczków pod prysznic sobie nie kupi, a co dopiero wyjściowe buty żonie. Po waciki strach posłać… dla normalnego wszystkie szpilki przecież takie same, przynajmniej na półce.



- To macie w ofercie szpilki męskie? Może to influencer modowy?  

- Taki konus? I dla kogo niby ta moda? Mówię panu, z metra cięty, wzrost siedzącego doga, a rozmiar czterdzieści jeden. Ostatni damski rozmiar, jaki można tu dostać.

- Ciekawe, czemu w internecie sobie nie kupi? Może szuka zachwytu w pani oczach?


- A wie pan jaki gabaryt musiałaby mieć jego żona przy takim rozmiarze buta? 

 Zignorowała podpuchę, jakby koniecznie musiała podzielić się wrażeniem do końca, zanim zapakuje każdy z mokasynów w osobny woreczek i zapłacę.

- Domyślam się. Przynajmniej stringów jej nie skroi.

- Zapakować w siatkę, czy pudełko wystarczy? – Pochyliła nisko głowę kryjąc rozbawienie i lekko się zaczerwieniła.

- Pudełko poproszę. Ale on, ten dziwny klient, wygląda na takiego, co jeszcze nie  zdecydował się na ostateczną płeć? Czy tuning mu nie przypasował i próbuje wrócić do ustawień fabrycznych?

- Sama nie wiem. Normalnie raczej wygląda. Może w Królową i  aktora Seweryna się zapatrzył? Pozazdrościł znaczy, choć to nikczemna kopia.  

- E, jako drag queen raczej w sukni by do pani przypłynął. 

- A on tylko z brodą wymuskaną, czarną, elegancki inaczej, wie pan - puściła oko -  świat dawno stanął na głowie i tyłka szuka. O! tylko paznokcie ma zawsze pomalowane, wszystkie.

- U nóg też? 

- Nie wiem, na skarpety mierzy, białe. Tak czy owak smacznie to nie wygląda. A ja muszę zachować powagę, uśmiechać się i jeszcze czyścidełko proponować. Karta czy gotówka?

- Ryzyko zawodowe. Karta niech będzie.

- A ja wezmę te bordowe sandałki, wie pani? Akurat mam sporo spodni, do których będą pasowały. 

Niezdecydowana inaczej obwieściła wybór za moimi plecami.

czwartek, 4 grudnia 2025

Takie buty

 

Przerwa. Przepraszamy. Zapraszamy ponownie za 10 minut. Wywieszka na drzwiach wpłynęła na zmianę kierunku marszruty. Rok, a może dłużej nas tu nie było. Zabrałem żonę, choć mogłem przyjechać sam. Krótki wypad po przesyłkę z drogerii, ale teraz mam za swoje. Spontaniczny gest kochającego męża, za który trzeba będzie zapłacić znacznie dłuższym tuptaniem za obiektem miłości. Odetchnąłem głęboko. Dola empatycznego faceta ma swoją cenę, zwłaszcza, gdy w ciągu tygodnia trzykrotnie usłyszy prosty komunikat i już wie, że doroczne „nie mam butów” jest wołaniem rozpaczy z ducha „nie myśl, że wyrzucę jedną z piętnastu par w szafie! Najwyżej przestawię na półkę z przydasiami”. 

Za rogiem kolejny mały sklep trzech marek. Wchodzimy i obserwuję gesty żony, z których bezpiecznie dowiem się, czego szukamy. Nie myślę pytać wprost, aż tak nie ryzykuję. Wyjdę na nieczułego troglodytę, ignoranta pozbawionego uczuć i oślizłego gada, który nie zauważa, że od roku paluszek żonci sterczy z przechodzonego zamszaka. Wszak tylko nadmiar pracy chroni stan jej zaniedbania przed interwencją ulicznego patrolu pomocy społecznej. Tymczasem w jej dłoni eleganckie mokasyny, potem kozaczek, dalej gładzi welur cholewki jeszcze dłuższego kozaczka, ogląda zgrabne oficerki, pociera dłonią kowbojki, pod światło przegląda sztyblety i już wiem: wizja godzinnego pobytu w galerii mocno trąca naiwnością, z której nigdy już nie wyrosnę. Przymykam oczy i nie chcę widzieć dotykania torebek na półce, których cena budzi tęsknotę do tygodniowego pobytu w Karkonoszach dla dwojga i to w hotelu z sauną i spa. 

Minuty uleciały bezpowrotnie, wracamy do salonu dedykowanego intencji tej wyprawy. Miła filigranowa dziewczynka przeprasza raz jeszcze, że odbiliśmy się dwa razy od drzwi i już jest gotowa uchylić nieba jedynej o tej porze klientce. Na szczęście dla siebie samej nie zdążyła zapytać, czego konkretnie szukamy. Po drodze od drzwi do lady małżonka zagarnia kozaczki i pani już szuka rozmiaru. W międzyczasie zamszowe kowbojki koloru brąz próbują uszczęśliwić średniej wielkości stopę naszego małżeństwa. Jeszcze pięta nie zagnieździła się w bucie, gdy wzrok kobiety życia sięga po dłuższy kozaczek ze stolika za moimi plecami. I to już wystarczy, żebym poszedł w kierunku drogerii i pobrał numerek klienta do odbioru darmowej przesyłki. 

Zerkam na zegarek, zostałem obsłużony w siedem minut, łącznie z oczekiwaniem w kolejce. Pomyśleć tylko: gdybym nie proponował żonie sezonowych zakupów, za chwilę miałbym za sobą szlaban mijany bez opłaty. Tymczasem licznik już nie bije, on napieprza w amoku prosto w słabiznę mojej cierpliwości. O nie! Nie dam się zmaltretować terrorowi kowbojek w kolorze czekolady deserowej. Idę do innej drogerii, oczywiście nie mam tam nic do kupienia! Pogapię się na wody toaletowe, powącham, zaciągnę coś pomiędzy pachą maczo a powabem cheruba w rurkach! Może mają tu moją ulubioną? Tę, co pachnie kadzidłem z sutanny po sumie, choć od dawna nie ma jej w innych sklepach. Nie mają i tu. Ale są w promocji karmy dla kota, może jest jakiś smaczek dla naszego futra? Stoją tylko te, z których wylizuje sosik i głodny zagląda w oczy, jęcząc z pretensją Roszpunki, której warkocz obcięli przy samym welonie. Oglądam zapachy do toalety, przylepiane do muszli kwiatki, ciągle te same. I morski, co pachnie rozpuszczalnikiem nitro na pierwszy strzał nosa. Czuję podejrzliwy wzrok na sobie. Wychodzę zanim ochroniarz przeszuka mi kieszenie. Przez szybę obuwniczego widzę filigranową dziewczynkę i jej pąsowe już w biegu policzki. Ruchy Browna w przestrzeni wypełnionej niezdecydowaniem mojej żony, to ryzyko zawodowe pracy galerniczki. Żoncia, dziecię PRL-u, miało dawniej prosty wybór między srebrnymi Relaksami z Podhala, a radomskimi Sofiksami z brezentu i waty. Teraz wolny rynek ją przerósł, sztuka wyboru najtrudniejszą ze sztuk, a kupić coś trzeba.

Miłosierdzie wobec biednej konsultantki nakazało powrót do salonu. Próbuję strategii znudzonego męża, wariant cztery. Siadam i patrzę na żonę z pretensją głodnego kota. Ale akt desperacji przesłania czarny zamsz cholewki sięgającej kolana. Bezradnie przenoszę wzrok na wianek butów wokół niej, w którym dawno się pogubiła. „A te mierzyłam już?”. „Tak, nie mam rozmiaru, chyba że czarne, ale nie chciała pani.”. „Te długie były za duże, ale nie miała pani mniejszych?”. „Nie, chyba, że brązowe?”. „Nie, a tamte mają za wysoki obcas. Z tych kowbojek będzie pani miała brązowe?”. „Mówiła pani, że są za jasne, to nie szukałam rozmiaru”. 

Nie zdzierżę tego dłużej. Spuszczam wzrok i próbuję odciąć się od miejsca zniewolenia. Ze szczątków dialogu wnioskuję, że sympatyczna dziewczynka jest jednak Ukrainką. Bardzo dobrze mówi po polsku, nie do rozpoznania. Jednak ma delikatny wschodni zaśpiew i czasem za długo szuka słowa. Podbiega i do mnie, podaje dwa paski papieru spryskane wodą toaletową. Mówi, że to dla mnie, żebym mógł się czymś zająć, zanim pani skończy mierzyć. „Najnowsze zapachy”, uśmiecha się uroczo i z pewną bezradnością. Dziękuję i wychodzę przed salon. 

Rozglądam się, ale znikąd pomocy. Jeźdźcy apokalipsy najwyraźniej zawrócili w przeczuciu przegranej. Innego końca świata nie będzie! Ale nie, jest! Nadciąga nadzieja! Z prędkością ruchomych schodów przybywa z odsieczą córcia nasza, dziecię złote! W porę dojechała kolejką z Sopotu do Śródmieścia. Teraz sprawy potoczą się szybciej. Sarkazm mojego „dżejzi” przekona mamusię, że „te butki, to wiesz, jak Dżesika w drodze do akademii paznokcia”. „A te co? Pomoc społeczna z Simsów jesteś?”. „Takie? Moherowy kapelusz jeszcze kup i gorzkie żale można odprawić”. „Weź przestań, takie to rasowa katechetka przed emeryturą”. „Podobają ci się? Naprawdę? Przecież te cienkie szmatki zaraz się przetrą, nie za takie pieniądze!”. „Te mogą być, te też, weź obie pary i jedziemy do domu, tylko przymierz spokojnie, żeby nie było w domu, że cisną”. 

I już zakwestionowane chodaki znikają w kartonach szybciej niż z nich wyskakiwały. Po nich cichobiegi brązowe wracają na zaplecze, wprawnie pakowane przez Irinę, Nadię czy Roksanę spragnioną ciszy, a chaos sztuk branych pod uwagę zmienia się w przestrzenny ład bez obuwia. Teraz dziecię porywa mnie do pobliskiego Pepco z zamiarem zakupienia cekinów czarnych albo czerwonych, żeby dać mamusi czas na płatność. Nie myślę pytać mojego wybawcy, po co jej cekiny w środku nocy. Jutrzenka swobody wkrótce zajaśnieje takim blaskiem, że przyćmi ból opłaty parkingowej.


sobota, 14 września 2024

Żywiciel w żywiole

-  Zła jesteś? Piątek, weekend, tyle sprzątania przed nami, prania, prasowania, mycia, gdzie twój entuzjazm?

- Nawet nie pytaj! Zabiję durnia, niech tylko wrócę do domu!

Mężu znowu zawinił?

- Zakupy zrobił od czapy... „żebyś nie stresowała się po pracy, Dosia”.

- Ze świecą dziś szukać empatycznego męża, a ty z siekierą w torebce? Chciał ci ulżyć i w zamian „zabiję”? Nie kumam. Źle jak nie przejawia inicjatywy, a jak się postara, jeszcze gorzej!

- Nieproszony to on akurat za bardzo się stara! Zakupił osiem udek z kurczaka, trzy golonki z indyka, cztery słoiki śledzi po wiejsku, pięć pasztetów w puszce, paczkę kiełbasy, trzy worki mrożonych pierogów i nie zapomniał o ukraińskich obwarzankach! A dumny z siebie, jakby prezesowi płatki z garniaka trzepał!

- Co się dziwisz? Usłyszał, że powódź wzbiera w alertach od kilku dni, to pomyślał. Komunikatów nie znasz? Zastępy straży ściągają z połowy kraju, wojsko sprzęt pływający tankuje, chłop wie co robi. Zasiądziesz na dachu domostwa, pociągniesz ukraińskim obwarzaniem polski pasztet, prosto z puchy i głód ci niestraszny, będziesz lśnić bezpieczna na więźbie w różowej pelerynce i w kaloszkach odblaskowych, aż przypłynie ocalenie.

- Takiś mądry? No to pytam, po kiego mi jeszcze te udka do tego? I po jakiego wała ochronnego aż osiem sztuk? Kto to będzie jadł? A ten baran na to: „no ty, bo wiesz… ja tego nie będę piekł, nie chcę ich jeść, to sama pomyślisz i coś z nich zrobisz".

- A widzisz, jaki kochający mąż. Od ust sobie odejmie, a ty warczysz!

- Nie wkurzaj mnie i ty! Skończy się tak, że trzeba będzie drugi raz pojechać, wbijać w nakręconą medialnie apokalipsę paniki powodziowej, na normalne zakupy, o ile jeszcze coś na półkach zostanie! 

- Czegoś jeszcze ci zabrakło w zestawie? Makaronu? 

-  Choćby warzyw! Nie pomyślałeś?! Następny mądry chłop! A jajka? Owoce jakieś?

- Mówisz, że owoce kupił. Tyle że morza, zdaje się cztery słoiki śledzia po wiejsku? Zresztą, co ty, królik jakiś jesteś? Kto by zieleninę na dachu jadł? Nie po to brałaś za męża drwala we flaneli, z brodą, białkiem pasionego, żeby teraz kalarepą łeb sobie zaprzątał! No ale z drugiej strony bywa i tak, gdy starego na żywioł puszczasz, bez kartki.

- Sam się wyrwał! I to drugi raz. Tydzień temu do osiedlowego, a teraz powtórka z rozrywki, tyle że na hali. 

- No widzisz, spodobało się robić niespodzianki. Doceń Dosia miast potępiać. 

- W docenianiu nie dam się prześcignąć. Z osiedlowego przytargał tyle cytryn z promocji, że musiałam nalewkę pędzić, żeby niebieskim futrem nie zarosły. Buraków wystarczy mi jeszcze do wigilijnego barszczu. A z jogurtu jagodowego mogę usmażyć trzy taczki racuchów dla pułku terytorialsów, jak już zjadą nosić worki z piaskiem nad Odrę. Tak się spisał, że właściciel dał mu w gratisie dwa zielone banany. Rzecz jasna w uznaniu dla zasług i dzielności dokonania zakupu bez żoninej listy. Szkoda, że do durnego łba nie przyfastrygował mu sprawności żywiciela!

- Widzisz jak trzyma takie uniesienie? Dalej sam się puszcza. Spodobało się.

- W piątek pracuje akurat do 10.30, "po drodze" zajechał do hipermarketu.

- I udka tam kupował?

- A jak! Geniusz przecież!

- Trochę nieuświadomiony, musisz nad nim popracować. Ale może nie trafił na „siódmy żywot kurczaka”? Był kiedyś taki reportaż w „Wyborczej” na temat drobiu w marketach. Niech policzę. Zgodnie z harmonogramem sprzedaży, przedstawionym w tekście, kurczak w pierwszym życiu utraconym sprzedawany był w całości na dziale mięsnym. Później ten, który nie schodził, trafiał do kąpieli w nadmanganianie potasu i trafiał na powrót do lady chłodniczej w całości. Jeśli nie udało się go sprzedać, szedł do ponownej kąpieli i  wbijano go na rożen, by następnie do klienta trafił jako świeżo pieczony. Ale to tylko część dostawy. Druga szła do porcjowania, po czym lądowała za ladą w formie skrzydełek, udek, korpusików na rosół. Dopiero pieczony niesprzedany nadawał się do krojenia i trafiał do sałatek, sprzedawanych na dziale garmażeryjnym. Jakoś tak to szło, ale coś pewnie pokręciłem, skoro nie mogę doliczyć się siedmiu bytów konsumpcyjnych. Zresztą, kurak nie kot, nie zawsze ma siedem żyć. W najgorszym razie masz do upieczenia udka przysposobione do spożycia jako żywot trzeci.

- Ale ostatni tego mojego głąba! Jak mi nerw nie przejdzie do 17.00. utłukę gada, zakopię i knieć błotną zasadzę! Już siedzę i dumam, że chyba przyjdzie galaretę robić z kuraków i sam będzie ją żarł w pracy zamiast kanapek, aż się posra, jeśli weekend przeżyje. Nie pomogłeś mi i ty. Jeszcze się pochoruje totalnie niemyślący gamoń. Po szpitalach nie myślę latać !

- Myślący to on nawet jest, przewidujący nawet, tyle że nie do końca. Start ma dobry, a potem bateria siada. Musisz mu Duracella zmienić pod deklem albo przewody skróć. Po co zaraz mordować, jesień idzie, przyda się jeszcze, żeby opony w autku zmienić.

poniedziałek, 23 grudnia 2019

Z pozycji fileta

Późny wieczór, sobota, hipermarket, przedświąteczny tłum opuścił halę i już dociska domowe lodówki. Męczennik karp, osolony, zapowiada świt kuchennych rewolucji, ostatni przedsionek świętowania, przed kolejnym powrotem do pracy. Indianie mieli rację, życie to krąg powtórzeń, a resztkowe zakupy z cyklu „zapomniałam jeszcze o...” pewnie go dopełniają. Ale i to mieliśmy za sobą. Sponiewierany niedzielą stanąłem w kolejce, gdy żona na wszelki wypadek taksowała ostatnie regały. Nagle wzrok przyciągnęło blond dziewczę bez wierzchniego okrycia, odziane w jaskrawo niebieską sukienkę, kłującą oczy sztucznością stroju hostessy. Podpierała filar w alejce kosmetyków, teraz tyłem do rzędu kas. Jak się zdawało bardziej utrudzona obojętnością krążących między bakaliami i kajmakiem niż wielogodzinną promocją produktu, który w przedświątecznym szale najmniej obchodził fanów czeklisty. 

    Zrzucała i na powrót wciągała balerinkę na zaczerwienioną prawą piętę, gdy nad kostką lewej marszczyły się za luźne cieliste rajstopy. Całości dopełniało oczko w zgięciu kolana, biegnące równo po łydce wprost do buta. Jeśli rozkloszowana sukienczyna miała kojarzyć się z choinkową bombką lub niebieską gwiazdką, było to nie lada wyzwanie. Przywodziła na myśl raczej dziewczynkę z zapałkami, spokrewnioną z siostrą Kopciuszka, gnuśną i dosyć niechlujną, która sprzeniewierza się powodom, dla jakich została tu zagubiona. A jednak jej widok miał groteskową siłę rażenia. Bezwiednie kpiła i strzelała w stopę wszystkim zabiegom marketingowym. Odzierała z wszelkiej umowności i podkreślała bylejakość przedświątecznego galopu, choć nie przeszkodziło to zupełnie nikomu.

    Z roku na rok, coraz dobitniej dociera do mnie paradoks: im więcej ludzi narzeka na kolejki, rosnące tłumy, na dziki owczy pęd po sklepach, tym intensywniej tłoczymy się z każdym rokiem. Zważywszy na niż demograficzny, który rzekomo trapi umęczony kraj, bardzo chcę wierzyć, że to skutek zapracowania, zabiegania od świtu po noc i przesuwania nieuchronnej powinności na ostatnią chwilę. Być może tak działa skutek nadmiaru. Skoro na co dzień mamy przepych, uginające się półki i wielkie nakłady książek gotowania z okrasą i bez, panie domu mają większy problem z wymyśleniem czegoś, co jeszcze się nie przejadło, w połączeniu z przekazywanym kolejnym pokoleniom lękiem, że czegoś może zabraknąć. 
      
Niewykluczone, że traktujemy święta zadaniowo. Trochę jak zawalidrogę na trasie powszednich spraw. Zadanie z mycia okien trzeba odhaczyć jak z wypełnienia niezbędnej tabelki w pracy. Pranie firan wcisnąć między sprawdzanie klasówek. Pieczenie sernika i makowca poprzedzić wysłaniem firmowych życzeń z biura. Sałatką ze śledzia przetkać wystawianie faktur, a raporty na koniec miesiąca pogodzić z prasowaniem koszul synusia, co wpadł na świąteczną przerwę w studiowaniu. A jeszcze wypada zamieszać w krewetkach i galarecie, zanim zasiądzie się do wstępnego zamknięcia roku w pracy. Zadanie z potrawy dla córki, co przeszła na weganizm trzeba poprzedzić rozesłaniem ankiety zadowolenia klienta i prawie można świętować. 

    Potem już tylko sprawdzian z wigilii, co prawda ze starą kolędą Krawczyka, ale z nowym zawsze wyzwaniem z rozmów przy stole. Bywa, że przyjdzie jeszcze najtrudniejszy test: opłatek z życzeniami teściowej, szwagrowi też trzeba złożyć, choć pisior, a i zrytej bratowej, co namawia do protestów pod sądem. Ale nic to! Na deser kompot z suszu zapowie finał tegorocznej edycji powinności, a kisiel z żurawiny złagodzi zadanie ostatnie: rodzinny udział w pasterce, choć nie bardzo wiadomo po co, bo tam czarni pedofile będą obnosić dzieciątko. Trudno, tradycja wymaga poświęceń. I już można świętować, czyli odrobinę odespać galop, pogapić się w bloki reklamowe przerywane starym, sprawdzonym, filmem i wypić kolejkę pod karczek pieczony. 

    Pewnie nie pomyślałbym tak szybko o piciu, gdyby nie widok tych dwóch gości za oknem hipermarketu. Nie rozmawiali ze sobą, stali z łapami w kieszeniach dżinsów, a na murku oczekiwały otwarte dwa piwa. Ocieplenie klimatu pozwalało zdystansowanym dżentelmenom na plenerowe obserwacje chaosu świąt. Spojrzałem na taśmę sunącą przede mną do kasy. Pani z rozbieganym wzrokiem ogarniała zakupy tak niespokojnie, że sam poczułem jak przewija w głowie kołonotatnik. A mój wzrok zatrzymał się na filecie z karpia, wciśniętym pomiędzy cukier trzcinowy, torbę maku i dwa czerwone wina. Sam poczułem się jak wyblakła pozostałość czegoś, co niedawno pływało, poruszało skrzelami, cieszyło się życiem, nieświadome rychłego końca. Oto wciśnięty między powinność uczestniczenia, pomocny w roli ojca i męża, nawet empatyczny, choć przecież wbrew umiłowaniu wolności od plemiennych presji, uczestniczyłem w tym zabieganiu, gdy tamci za oknem mieli naraz wolność macho i wszystko przygotowane przez żony, siostry, matki czy kochanki. Zupełnie nie obciążali sobie tym głowy, jak na komendę robiąc nowy zaciąg z butelek. 

    Gdy spojrzałem wzdłuż linii kas, raz jeszcze uderzyła wizja zaniepokojonych pań. Na twarzach nielicznych mężczyzn odciskał się jedynie ból złamanej dzidy, gdy przegrani patrzyli przed siebie. A jak wyglądałyby święta bez kobiet? Jeśli już są duszą tego czasu, czy przy okazji nie zastąpiły świętowania jego przygotowaniem? Taka byłam urobiona, że na święta nie miałam już siły. Ile z nich wyzna to głosem sąsiadki, koleżanki z pracy, pasażerki autobusu, urzędniczki, sprzedawczyni, kasjerki i nauczycielki w pokoju? Nawet niespecjalnie się dziwię, choć z serca współczuję. Rzeczywistość rynkowa podnosi im poprzeczkę coraz wyżej, a presja odniesień i porównań podbija bębenek. Tymczasem tradycji musi stać się zadość. Tylko czemu musi to być tradycja pośpiechu, nadmiaru i utraty rozsądku?

poniedziałek, 30 października 2017

Galerniczka retro

Niedziela, a w galerii tumult. Może jedna z ostatnich niedziel handlowych, a może nie, ale ludzi pełno, jakby mieli wykorzystać na zapas, do następnej kadencji. Wpadłem na siku, po drodze było, ale zasada wzajemności zobowiązuje. Oni mnie sikalnię, ja im przegląd okazji. Jesień w końcu, zima zaraz, a mnie buty ciekną i w tej samej kurtce szósty rok. Zobaczyłem logo sieciówki, której dawniej tu nie było. Mam od nich dżinsy i koszulę, może i kurtka nie zawiedzie? Prostej potrzebuję, dwa warunki: czarna i ze stójką. Żadnych pikowanek i kapturków dla żelowanych transików w rurkach.

          Zerknąłem na rozmiar pierwszego wdzianka i kątem oka dostrzegłem ruch kotary przy kasie. Wyłoniła się stamtąd głowa uzbrojona w wielkie okulary i odwieczne loki niezniszczalne. Kobieta zza kotary była w wieku mocno poprodukcyjnym, z pewnością jakiś czas po średnim. Sprytnie wychynęła cała jej postać, której zmęczona szczęka coś jeszcze przeżuwała. W przeciwieństwie do firmowych trendów sprzedawczyń odziana była w sweterek dawno temu ściągany z drutów domowych, w porteczki a la „pepita dresik pani domu” i papućki koloru brudny róż niewymuszony. Lekko cofnąłem się przed sklep, zerknąłem na logo, ale dalej tkwiło nad głową to samo, całkiem współczesne, znanej dosyć marki. Pomyślałem, że królowa lady PRL-u sprząta tu, a tylko chwilowo zastępuje właściwą galerniczkę, która korzysta akurat z toalety, żeby podreperować służbowy uśmiech z nadrukiem: w czym pomóc? Ale w tym momencie potencjalna sprzątająca przemówiła:

- Ta kurteczka jak dla pana, taki Norweg był, ale nie wziął, bo gotówką chciałam, a on do bankomatu przecież nie pójdzie. Takie to cywilizowane, a jak co do czego, nie wie, gdzie kartę wsadzić proszę pana, takie czasy.

- Nie jestem pewien, czy to mój styl. Taka trochę przykrótka ta kurtka i szeleści, dosyć chamski ten ortalion. Może jeszcze poszukam. – Odruchowo spojrzałem za siebie ku wyjściu. Przeczucie podpowiadało, że ewakuacja z wnęki nachalnej Tekli nie będzie łatwa. Ta pajęczyca szczękoczułki na handlu tępiła.

- Tu mam dłuższą trochę, nie? Gdzie pan będzie chodził i szukał? Tam mają powyżej tysiaka, szmaty takie chińskie! A tu: prawdziwy dederon! Kiedyś się tak mówiło, pan chyba pamięta?

- Dederon? – Zaraz stanęły mi przed oczyma fartuchy obsługi wszystkich barów mlecznych zgniłego ustroju - A przypadkiem nie zwykły ortalion z wierzchu? – Prowokowałem sam nie wiem po co.

- Jak ortalion? Ta obok to ortalion, tu dederon, co pan będzie chodził po innych sklepach jak zaczadzony? Jak tylko ten tu wyjdzie upust jakiś dam. Teraz to muszę mieć oko… panie, jak oni kradną! Sumienia naród nie ma! Czego pan szuka, podać coś?

          Mrugnęła do mnie czarnym okiem, powiększonym przez szkło grube jak upust, którego spodziewałem się sprawdzając już ochoczo pracę suwaków wszytych w zachwalony dederon. Teraz zza pleców dotarł niemal życzliwy głos carycy handlu, ale mocno przepojony podejrzliwością wobec nowego klienta:

- Ooo pan chyba z Ukrainy, pasek chce? Niech będzie pasek… grzeczny chłopiec, taki to nie ukradnie, to niech mierzy pasek w pasie. – Caryca zrobiła zwrot na pięcie i znowu zwróciła się do mnie:

- Pan nie ukradnie, ten pan, co dżinsy ogląda nie ukradnie – dodała tak głośno, żeby nacisnąć sumienie gościa, który przerzucał pary spodni na półce. – Różni przychodzą, niejedna łachudra tu zajrzy… pan sobie zmierzy kurtkę, przed lustrem stanie, upust dam. Nie ma mowy, żeby pan z niczym wyszedł, bo ona na pana szyta. Ja się znam, spojrzę i widzę… a tobie jak chłopiec, też pewno pasek dobry! To drugi też bierz, za pięćdziesiąt dam dwa, dobry uczynek zrobię. A co! Wy macie tam biedę, wojna na tej Ukrainie, bieda, a chłopak uśmiechnięty! Wszyscy oni tacy weseli, dam za pięćdziesiąt pasek, jak drugi weźmiesz. Na co dwa? To jedne spodnie masz, biedniutki? Pewno masz więcej spodni, a nie masz, dorobisz się tu u nas. Naród nieciekawy nasz, bywa podły, ponury bywa i zawistny, ale tobie na drugie spodnie da zarobić, nie bój. I na trzecie da, to paski dwa się przydadzą. Dwa paski na zmianę dobra rzecz, z inną klamerką weźmiesz. Przymierzaj paski, chłopiec z Ukrainy, nie bój się, ciebie ja nie skrzywdzę.

- To jaki dostanę upust za tę uczciwość? – Przerwałem tyradę zażenowany.

- Pięć złotych dam, dobrze będzie?

- Żart taki?

- No dobra, dziesięć dam… ale teraz cicho – pokazała na mężczyznę obok – pan tam te dżinsy weźmie do przymierzalni, nawet cztery pary… pan sobie pomierzy, ja tu pana skasuję…

Leciwa sprzedawczyni puszcza do mnie oko i mówi szeptem teatralnym:

- … jak zniknie w przymierzalni, to spokój, nic mnie nie wyniesie zanim z panem zahandluję. Dziesięć złotych opuszczę na kurteczce, co? Płaci kartą, gotówką? Kartą? Nie ma pan gotówki? Na pewno? Ten z Danii, to kurtki nie kupił, nie chciał do bankomatu.

- Norweg, mówiła pani.

- Jeden grom panie, ale połasił się i ma pan dowód jakości tej kurteczki, bo te renifery stadami tu się kręcą, byle czego nie kupią, panie, od dobrobytu w dupie im się przewraca, a kurtkę chciał! To może znajdzie pan te cztery stówki, bo jak w niedziele pan zakupy robi, jak nic pan ma własny biznesik.

- Co też pani, ja etatowy jestem, z budżetówki, to może więcej tego upustu?

- Co znaczy etatowy? Etatowy, to był ten bidulek z Ukrainy i jeszcze pewnie na czarno robi, a pan dwa razy taki jak on, a paseczka panu nie trzeba? Będzie upust, dla pana za osiemdziesiąt pasek dam?

- To nie za pięćdziesiąt, skoro już kurtkę kupuję?

- Nie, no panu to ja bym takiego dziadostwa nie sprzedała, pan ma klasę, to taki jeden za stówkę trzeba, chce pan przymierzyć?

               Byłem twardy dziękując za pasek, za kurtkę zapłaciłem kartą. Serce zapałało sentymentem do szkoły handlu, przy której bladziutko wypadają zmęczone i kamerą ugrzecznione dziewczyny, sprzedające za szybami znanych marek. Tkwią tam jak za karę, a i tak pozostają ledwie cieniem carycy handlu w przydeptanych papuciach. Kurtka może się sprawdzi, choć okazała się granatowa, a co tam! Sentymentem ociepli serce w tygodniach zimy i mrozu… wszak dederonowa, swojska, na resentymencie nabyta .
Print Friendly and PDF