Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ona i on. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ona i on. Pokaż wszystkie posty

środa, 2 kwietnia 2025

Miłość życia wyliże kozaczki

Olga Drenda, felietonistka „Tygodnika Powszechnego”, jakiś czas temu poruszyła ciekawą kwestię: […]że młyny internetu mielą nieustannie tyle zdań, wynika z faktu, że ludzie muszą robić coś z dłońmi. […] Puste ręce to udręka i nieznośne napięcie, które roznosi od środka i domaga się rozładowania przez poprawianie rękawów czy kręcenie pierścionkiem (gdy mamy pecha znajdować się np. w środku ważnej rozmowy), drapanie, zabawę jakimś drobiazgiem czy właśnie stukanie w ekran. Przyznam, że nie jestem wolny od tego typu schorzenia… natręctwa? Formy multitaskingu? Sam nie wiem, jak rzecz nazwać, ale jedno jest pewne: nie umiem spokojnie ułożyć dłoni przed sobą, dłubać w nosie czy wciskać okruchów w palec wskazujący wprost z biurka, choćby po razowym z tostera. Gdy czytam mniej lub bardziej porywający tekst na ekranie, odpalam podcast czy zwyczajnie zagłębiam się w lekturze książki z blatu, muszę coś robić z dłonią, a że zapalniczek nie używam, znalazłem inną zabawkę. 

Podczas czytelniczych kroplówek, zasilających konwulsyjnie konający intelekt, poskramiam nadmiar energii płynącej przez palce w sposób dość banalny. Jako klasyczny dziaders od ponad dwóch dekad nie umiem rozstać się z oldskulowym komunikatorem Gadu Gadu, utrzymując bardzo już sporadyczne i zastygłe w czasie znajomości na odległość, wymieniając kilka zdań na miesiąc. Czat ten, jakiś czas temu, dorobił się diabelskiej ruletki losującej rozmówcę. Wzrok leci po tekście artykułu czytanego na ekranie, a palce swędzą i klikają obroty magicznego koła. I tak pojawia się następny profil i jeszcze jeden, co pozwala zapobiegać ogryzaniu pazurków rozpaczy, ale o dziwo nowych znajomych w żaden sposób to nie przysparza. Dlaczego? Z przyczyn - że tak powiem - płciowych.

W zamyśle twórców narzędzie miało szlachetny cel: wesprzeć chętnych, aczkolwiek nieśmiałych osobników płci konserwatywnie obojga lub z grubsza podobnej do poznania osoby siedzącej po drugiej stronie w tym samym czasie i wybranym wieku. I rzeczywiście pomaga to w jak najszybszym wyłapywaniu i kojarzeniu pragnących rozmowy niczym kania dżdżu. Lecz sama komunikacja coraz rzadziej dochodzi do skutku. Nic nie jest tak proste, by nie dało się skomplikować. Jak powszechnie wiadomo dobrymi chęciami czartu kwadrat brukują, a Polak potrafi spieprzyć każdą ideę, co pasjami rejestruję, choć z coraz mniejszą przyjemnością. Bogatszy jestem jedynie o pewną obserwację natury socjologicznej, która łechta rosnące zdziwienie.  

Gdyby nie magiczne koło losujące rozmówców, no i nie forma oraz treść opisów pomieszczonych w profilach, nie poczułbym nawet, w jak bardzo dalekich od ekonomii, polityki czy religii obszarach przepływa rzeka polaryzacji. Ona od dawna z cicha rwie także brzegi puci, jak mawia obywatelski kandydat. Oto stare poczciwe GG opanowała polaryzacja relacji damsko-męskich. Mówiąc najkrócej: osobniki męskie za wszelką cenę ciągną w górę życiowy ranking odbytych stosunków pozamałżeńskich, najchętniej udziwnionych, bo od cudzej żony trudniej w łeb dostać. Kobiety zaś, za wszelką cenę, usiłują nasycić rozpacz z powodu utraty poprzedniego jelenia, subtelnie tęskniąc do miłości dozgonnej, choćby i trzy poprzednie zawiodły. Żeby się o tym przekonać nie trzeba nawet zagadywać, zadawać pytań, zawierać głębszych znajomości. Wystarczy przytoczyć kilka malowniczych opisów i zaczepek wprost. 

Panowie coraz rzadziej pozwalają sobie na zbytek słów i na dzień dobry walą na odlew: „chciala bys popatrzec jak sie masturbuje dla Ciebie na skype?” albo „jestes normana dla faceta czy chora ja szukam nrmanej kobiety”, „chce wylizac twoje kozaczki”, „moze ponosisz dla mnie rajstopki i pszeslesz?”, „leżysz na łóżku całuje cie po nozkach i idę wyżej w majteczki i lize mmm ale slodka i taka gorąca ” (cytaty w oryginalnej pisowni), choć lepsze są te ujmujące poetycką frazą: „ocenisz mi ptaka?”, po czym bez zgody użytkowniczki czatu pchają przed oczy smutną brodawę, bardzo wątpliwej proweniencji. Rzecz jasna nie z autopsji wydobywam cytaty. Materiałem raczą mnie czasem zdegustowane od lat użytkowniczki, w ramach uzupełnienia inspiracji literackich, także do niniejszego tekstu, bo sam bym nie wymyślił, wyobraźni nie wystarczy.

Panie zaś mają upodobanie w skrótach jedynie ostrzegawczych, typu: „poznam do związku”, „nie obsługuję mężczyzn niezadowolonych ze swej alkowy”. Nieco bardziej bezsilne wobec molestowania już w opisach nie mogą powstrzymać rozpaczy z powodu nadmiaru napalonych samców, zatem ostrzegają: „zonaci i inni zboczency oraz małelaty won!”, „Nie oceniam przyrodzenia”, „zjeby, zonkosie i inne takie zjazd”, „wolna, lesby, zonaci, wypad”. Wśród tych łagodnych sfrustrowanych pań czterdzieści pięć plus najbardziej jednak o współczucie woła powtarzający się opis: „interesuje mnie wolny, przystojny, inteligentny pan z poczuciem humoru, najważniejsze jest serce, nie masz zdjęcia w profilu nie odpisuję” albo „szukam tu przyjaciela”. Strach pomyśleć, w jakiej rozpaczy pogrąża się samotna kobieta, gdy szuka przyjaciela na targowisku praktykujących troglodytów, traktujących płeć w kategorii niezobowiązującej narośli wokół darmowej cipki, której właścicielki nawet nie chce się bajerować. Na pocieszenie pozostaje fakt że za silnym imperatywem pań stoi zwykły lęk przed samotnością, z którą faceci radzą sobie chyba znacznie lepiej, choćby z racji biologicznie zaprogramowanego egoizmu. 

W sumie smutne jest  i to, że im człowiek starszy, tym mniej ma okazji do poznawania interesujących i wolnych osób w naturalny sposób. Wszędzie ludzie tkwią nosem w telefonie i nawet nie obrzucają się spojrzeniami. A tam nie ma szans na rozmowę o życiu, pogodzie, pasjach, bo obie strony zaczynają się siebie bać. Nawet normalny facet może na  starcie poznać, co to mowa nienawiści i dostanie na czoło karnego kutasa zboczenia, niewiernego męża albo podstępnego gada, czyhającego na cnotę lekko przechodzoną, zanim się przedstawi. Jako samiec nie próbuj też dialogować z facetem, bo zaprosi cię do trójkąta z żoną, a najlepiej czworokąta z twoją w gratisie albo będziesz obrzydliwym gejem, ciotą, cwelem i transem w ukryciu, skoro chcesz rozmawiać. Nie myśl odpowiadać zagadującej cię kobiecie w nadziei wymiany myśli, bo zaraz zarzuci, że rozmowy nie mają sensu, jeśli nie szukasz miłości i związku. Jako mężczyzna nie masz  prawa być ciekawy rozmów z kobietami innymi niż żona, której jedynie słuszne poglądy na wszystko znasz od kilku dekad, bo po co ci to? Bzykać się chcesz i tajniaczysz przyklejając drętwe gadki! Przyglądanie się światu od strony kobiecości, zwykłości, codzienności, wrażliwości i emocjonalnej inności, to abstrakt nie na czasie albo wchodzisz w związek albo pilnuj starej. Niech żyje pragmatyzm, emotki i skrolowanie.

Wątpię, że przypadłość, o której mowa w tekście, dotyczy wyłącznie oldskulowego komunikatora. Podobnie rzecz pewnie wygląda na wszelkiej maści narzędziach umożliwiających anonimowość, na forach i portalach randkowych, choć na ostatnich może metody łatwiej uzasadnić. Drastyczne mijanie się w intencjach i potrzebach wynika z niepoddawania refleksji zastanej rzeczywistości wirtualnej i wiary w cuda, które przecież się zdarzają. A może to tylko efekt nadmiaru obejrzanych filmów i seriali o miłości każe kobietom wierzyć, że dojrzali mężczyźni i zdolni do trwałych uczuć będą włóczyć się wolno po czterdziestce? Panom ułatwiony dostęp do sieciowej pornografii robi kisiel z mózgu i w każdej wylosowanej kobiecie chcą widzieć spragnioną seksu gosposię domową, wpuszczającą hydraulika do kuchni pod zlewozmywak. Cóż, najwyraźniej nadzieja umiera ostatnia, choć pucia ma się jednak nie najlepiej.


poniedziałek, 22 lipca 2024

Stary na wakacjach

Wpadł mi w oko mem: trzy pary… raczej hetero (wypada dodać, odkąd nie jest to tak oczywiste), a obok nich facet z lodówką turystyczną u stóp, właśnie opróżnia flaszkę na hejnalistę. Napis pod nimi wymowny, co widać obok. Gdy uśmiech znikł mi już z gęby, uznałem, że akurat niekoniecznie za sprawą butelki taki on happy. Że alkohol szczęścia nie daje wiedzą nawet spełnieni faceci, szczególnie dnia drugiego. Ale brak kobiety u boku? To już kwestia dyskusyjna. 

Demokracja i waleczna frakcja feministek mają swoje zdanie na ten temat, mnie jednak zainspirowało tło obrazka: natura, cisza spokój… szczęśliwi mężczyźni, których wybranki to uszanują i pozostają uśmiechnięte. Poza planem zdjęcia pewnie krowa, koń, sarna, woda, ryby, czapla, nic się nie dzieje. Nuda - nawiązując do klasyka - jak w polskim filmie. Współczesne polskie wybranki, żony, partnerki wymagają działania, akcji, atrakcji, z dodatkiem penetracji. Muszą być tu i tam, skosztować, zobaczyć, uszczknąć, nasycić oko nieosiągalnym na co dzień. Wyrywają z korpo dla wrażeń godnych odnotowania. Po materiał na słitfocie, niezbędny do licytacji na fejsbuniu insta czy innych iksach. Musi być tło relacji z najbardziej egzotycznych zakątków świata. Trzeba pokonać konkurencję w galopie na Bali, odkąd Teneryfa i Egipt w zasięgu osiemsetplusów, na tyle przejąć inicjatywę, żeby zazdrosnej Madzi, Gosi, Kasi i Moni pampers przepuścił. A polski las? Jezioro? I te komary, bąki jakieś, muchy końskie, wszystkie te zwierzęta letnie paskudne, z czym do ludu? Krzaka na insta wstawi, belę słomy pod kalosze sołtysa? 

Tyle pierwsze skojarzenie. Podzieliłem się memem z koleżanką, bo akurat kilka dni wcześniej dyskutowaliśmy, co dla faceta znaczy być szczęśliwym i czy w ogóle potrzebuje takiego pojęcia. Nadal jestem przekonany, że stanowi ono azymut dwudziestolatek i nadzieję ocalenia pań lekko przechodzonych, choć nadal wodzących wzrokiem za życiem gwiazd. Ale koleżanka tematu nie podjęła, uderzyła w nowy dialog: 

- Gotowy jesteś na wakacyjny wyjazd? 

- Na takie wypady nigdy nie jestem wystarczająco gotowy - odrzekłem. Ilość morderców na polskich drogach hamuje każdą próbę przygotowań. W głowie mam ciągle nabąblowanych idiotów, rozbite karoserie, naćpanych kretynów i tych po amatorskiej lobotomii lub z mózgiem wysranym za stodołą, leczących kompleksy za kółkiem dwudziestoletniego passata. To tylko stres i nic więcej. Pozostaje modlitwa za wstawiennictwem św. Krzysztofa i nadzieja na Boskie miłosierdzie. To jak wyjazd na front popaprańców. Nie wiesz z której strony przywalą, czy wrócisz i w ilu kawałkach. 

- Prawda, ale akurat o pakowanie pytam. Tego faceci nienawidzą. Żona cię pakuje? 

- Nie. Pakowanie przesuwam na koniec, na ostatnią chwilę i całkiem dobrze na tym wychodzę. Czegoś zapomnę, a szybko przekonam się, że było zbędne. Zaczynam od ładowarek, laptopa, czytnika ebooków, atrybutów wakacyjnej równowagi. Niezbędne, gdy już uda się złapać chwilę pomiędzy parciem małżonki na zwiedzanie, oglądanie i inne aktywności fizyczne. Wówczas łapię ciszę i radość urlopu, a bez akcesoriów pisania i czytania, nie poczuję, że był wypoczynek. Już na starcie nie mogę się doczekać, kiedy hotelowe jacuzzi ją ogarnie, a na mnie spłynie błogość kontaktu z drukowanym, przy relaksującym jazzie w słuchawkach. Reszta jest milczeniem, zwyczajnie przeliczam ciuchy na dni i ładuję z lekkim zapasem, potem zwalam z kanapy do rozwartej skrzyni, po uprzednim wyproszeniu z niej kota. Odkąd cały kraj opasła sieć globalnego handlu, wszędzie kupisz dokładnie to samo, czego nie wzięłaś, więc bez sraki z tym pakowaniem. Lokówek i prostownic nie używam.

- A na jak długo jedziecie tym razem? 

- Nie wiem jeszcze, nie sprawdzałem. 

- Ale przecież jutro jedziecie! 

- No i? Co za różnica na jak długo? Żonka powie wracamy, przestawiam nawigację na dom i po kłopocie.

- Jaki ty posłuszny jesteś! Mało chyba jest takich mężów. Bo nie zobojętniałeś, to nie wypalenie? 

- Strzelasz ślepakami, w dodatku za wysoko. Za dużo pojęć, za mało logiki. To czyste wygodnictwo. Skuteczna metoda na unikanie babskiego jebania po uszach, gdy kochasz... choć tak do końca już nie masz pewności: bardziej żonę czy może jednak święty spokój? Kobieta organizująca wypad ma wszystko, czego pragnie i nie ma powodów do awantur. Facet większość spraw urlopowych nosi w dużym poważaniu. Ważne, że z roboty wyszedł na dwie niedziele. Przy okazji jej zachcianek też przecież jakieś cele realizuje: coś zwiedzi, coś usłyszy, coś zobaczy, zje lepiej albo gorzej, ale michy myć nie musi! Wykona więcej ruchów z pożytkiem dla renowacji daszka znad ptaszka, bo sam przecież nie garnie się ani do zwiedzenia, ani do konsumowania modowych powinności aktywności fizycznej, a przysięgi dotrzyma, na dobre i na złe. 

- A jak sam zaplanowałbyś urlop, tak od deski do deski i zabrał żonę? Myślisz, że byłyby pretensje? 

- Tłumacz kobiecie! I tak tego nie pojmiesz. Ona pewnie nawet by chciała, nawet na starcie mogłoby to dodać jej skrzydeł. Ale na tym koniec. Potem wkracza życie: „trasę wybrałeś jakoś tak dookoła, basen był za krótki, inny pokazywałeś na zdjęciu, marchewka w zupie za grubo pokrojona i nie potrafią dogotować, a ryż? Taki twardy, jakbym za karę miała jeść. Hotel za wysoko, w taki upał ten urlop, jakoś tak pod górę z wszystkich stron. Ten ekspres do kawy, zabytek, chyba z czasów Gierka. Kapcie za szerokie, ręczniki jakieś szare, a w ten szlafrok z matką bym weszła i jeszcze paska wystarczy na uwiązanie kucyka w ogrodzie. Tu jakieś zamki do zwiedzania, tam tylko kościoły, tłumy tych straganiarzy". I teraz wyobraź sobie, że do tego wyjmuję jeszcze ebooka i nie patrzę jak ona w tym basenie się tapla. Pięciolinia powodów do pozwu, a w najlepszym razie: „ty już mnie w ogóle nie kochasz”. 

Koleżanka wymiękła, a mnie przyszło do głowy, że może jednak zniechęciłem ją stereotypowym myśleniem? Chętnie sprawdziłbym to na podstawie wakacyjnych badań socjologicznych, prowadzonych w grupie docelowej, powiedzmy, „małżeństwo ze stażem 15 plus”. Zbyt optymistycznie? Ludzie teraz tyle ze sobą nie żyją, fakt, inaczej by się zagdakali. Dziś małżonków wymienia się raczej jak zepsutą zmywarkę. „Coś nie działa? Nową z promki proszę, po co się męczyć?”. Ale pozostańmy przy optymistycznym stażu. W ilu przypadkach mąż ma dziś większe parcie na wspólne wakacje niż żona? Mąż w wieku, kiedy już nie trzeba się napinać, uzasadniać, trzaskać godowych hołubców, a najlepsze zostało za nami. W dodatku nie ma poczucia winy, że poświęca jej niewiele uwagi i czasu w ciągu roku. No i mąż własnej żony, nie cudzej, podkreślmy. Ilu facetów godzi się na jej wakacyjne pomysły, choć nie ma na to ochoty, byle nie drażnić? Ile kobiet wolałoby zostać w domu, gdy mąż wytycza trasy i pozostałe atrakcje? A ilu z nas dałoby wiele, żeby jednak stara ruszyła na wywczas z psiapsiółą i niech nawet lodówka pustą będzie? Albo niech sobie stary z Kaziem na ryby jedzie, byle ich nie przywoził? Czy higiena związku nie wymaga, by czasem odpocząć do siebie, wbrew pierdoleniu stada terapeutów z poradników typu "jak żyć szczęśliwie z czerstwym małżonkiem"? Szczególnie, gdy po dekadach związku, samych siebie coraz trudniej znosimy w lustrzanym odbiciu w niespokojnym czasie gonitwy i ruskich rakiet nad głową.


poniedziałek, 7 lutego 2022

Zazdrość i hipokryzja

Telefon tarabani... przecież nie mój, pewność absolutna, skoro teściowa wypluwa w ucho sekret oddzielania skrzydełek od kości i wypychania rozczłonkowanych zwłok mielonym z innego truchła. Coś tam zasypała Knorrem złocistym, pieprzem z solą i czymś jeszcze, czego mózg nie przyjmuje, bo tam drynda, wwierca się, nachalnieje, najdalej dwa metry ode mnie. A ten się waha, udaje, że nie jego. Jeśli nie mój tłucze Klossem po ścianach… rachunek prosty... ślubnego! Syn nie ustawiłby boomerskiej melodii. 

    Zerkam zza okazałej monstery, której u nas za dobrze, prowadzi bezkarnie dalszą ekspansję, czym pozwala na dwa bezpieczne kroki w kierunku podejrzanego. Przytakuję „mamusi”, akurat zeszła na przyciasne porty ze szmateksu, przeszacowała i na dupsko nie wciśnie… dramat, przepłaciła, bo za fraczek wyszło całe siedem złotych. Tymczasem borsuk, zwykle mrukliwy i bełkoczący onomatopeją spod koca, sterczy niemal na baczność i odpowiada pojedynczymi zdaniami. Jaki teraz wyszczekany! Wzruszająca wylewność i przerost wysiłku nad możliwości! Zmieszany, ale niewstrząśnięty, barbota coś po cichutku do słuchawki. Pytam, kto zacz, a ten rumieńca strzela. Kiedy widziałam go w tym odcieniu barwy buraczanej?! Szesnaście lat temu! Pierwszy prezent od niego, nawet bez okazji, i tylko w trakcie przewąchiwania coś mi nie grało. Wyszło, że dostałam męską wodę toaletową. Kupił z czułości, bo mu tak ładnie pachniała, romantyk z polibudy. Od wkurwu, ryło ciemnieje mu znacznie bardziej, nabiera głębi. Wystarczy powiedzieć, żeby sam sobie słuchał mamusi i jej cudownych recept na wszystko albo poprosić o wymianę worka w odkurzaczu, wyniesienie badyla po choince i zaraz wtopi się gębą w bordo kanapy, kameleon! Aha. Teraz zdrajca odwrócił się plecami, ale słyszę "tak, tak… żoncia już dobrze się czuje". Nie spojrzy na mnie gad jeden... łże gekon brodaty jak premier w publicznej telewizji.

    Jasne! Pytać nie muszę! Koleżanka internetowa! No kurwa mać! Co ją obchodzi mój covid? I jeszcze pitoli przez telefon, ciekawe co teraz robi ten jej glonojad z wyprzedaży? Przykleił się do telewizora?! A może posłała go na spacer z wiecznie jojczącą szczotą do dywanów i leje na mnie, jakbym była tą draceną, którą nerwowo stary szczypie. Już wie jak mnie gotuje! Jestem tolerancyjna, żeby nie było! Ciche wiadomości na WhatsAppie, bardzo proszę, nawet niech mu dupę wysyła i cyc kotwiczony sutkiem za gumkę majtek, czego nie słyszę sercu nie żal, ale  telefon?! Niech biedak ślini się do zdjęć, jeśli żywej kobiety w domu nie dostrzega. Nawet niech łapy pcha w dres, matołek! Pod te fotki, niech mu będzie, może co znajdzie w otchłani zapomnianej męskości, bylebym nie musiała słuchać ciurlania w słuchawkę!

    Zbrodzień zakończył rozmowę  cichutkim: "pa, no już pa, tak… pa". Pa…tologia jedna! A ja? Przez to zamknięcie w izolacji nawet nie mam na czym się wyżyć! W domu błysk od trzech dni, jedzenia jak dla wojska na pogranicze Białorusi! Przecież nie wysiedzę bezczynnie i nie odpowiem na dźwięk miksera jak gospodarz domu: „… ja tu chorować usiłuję". Słabinka! 

    Uciekam na piętro, czwarte pranie do zebrania! Na widok metrów skarpetek nerw szybko uleciał.  Ale to nie to, gdzieś z tyłu głowy zakotłowało coś jeszcze: "Sama taka święta niby jesteś? Niemal codzienne tajniackie rozmowy i to nie o pogodzie, prawda? Wymiany przepisów na naleśniki też za często nie było. A ile razy wchodziłaś w coś znacznie przyjemniejszego? Skręcało cię z podniecenia i wrzucałaś uda albo bieliznę na ekran? Tak tak, ze śladem świeżej wilgoci, gdy twój rozmówca ulegał prośbie albo rozniecał z własnej potrzeby. Już nie mogłaś zdzierżyć postu i w końcu dałaś się ponieść. Czyż nie dla tych cudownych chwil zamówiłaś silikonowego przyjaciela z baterią? Ostateczny ratunek opuszczonych żon? Co to niby było? Ewakuacja niekochanej? Szacunek dla mężowskiej niechęci, znużenia i odpuszczenia sfer tak ważnych? Po co jeszcze z nim jesteś? Bezpieczeństwo? Kredyt? Dobro dziecka? Pierdolenie, co? Dobrze wiesz, że każda para kończy tak samo, prędzej czy później. Tak trudno opuścić strefę komfortu, gdy nie ma dokąd uciec? Nie ma takich ludzi, którzy w dowolnej konstelacji nie obniżają lotów, kto tego nie rozumie, może szukać do woli i tak ląduje dupą w kałuży...”. 

    Pewnie na tej myśli by się skończyło, nerwy ustąpiły w trakcie składania zeznań i prania, gdyby nie mąż. Empatyczny inaczej! Przypełzł na górę z nowymi pozdrowieniami od koleżanki i życzeniem jak najszybszego powrotu do pełni sił. Zacisnęłam pięści na lince z gaciami i poczułam jak nieuchronnie wraca wzrok bazyliszka.

piątek, 12 marca 2021

Między kobiecością a kogutem

❖Kliknij, żeby posłuchać tekstu w interpretacji autora❖

Uprzedzam, tekst nie ma związku z marcowym „dniem kobiet”, którego idea od dziecka brzydzi mnie żenadą form. Najmniej bowiem kojarzy się z kobietą. Znacznie mocniej z facetem w stanie wymagającym przeglądu technicznego, z garścią uzbrojoną w wymęczony goździk albo tulipan. Godnie i na odpierdol w jednym, żeby nie było, że zapomniał, on, mąż, kolega z pracy, wdzięczny klient, ojciec i syn, ogarniający wszechświat niewieściej złożoności galopem nakazu wzdłuż przydrożnego Lidla.

Ledwie okazjonalny pretekst dzisiejszego stukania w klawisze podszyty jest lekturą dosyć odległego wywiadu z „Wysokich Obcasów”. Niemal miesiąc temu udzielił go najtwardszy przedstawiciel polskiej literatury współczesnej – Andrzej Stasiuk. Ikona czystej postaci, w nielichej pogardzie trzymająca uroki cywilizacji zachodniej, zaprawiona włóczęgą po zapyziałych kresach Karpat, wytrzęsiona na stepach Mongolii, tak ujmująco kreśli obraz mężczyzny, że nie mogłem się oprzeć. Odsłona pierwsza: Czym jest dzisiaj męskość? Z jednej strony mamy drogerie, gdzie połowa działów to działy dla mężczyzn. […] Idę wtedy do pani sprzedawczyni i robię z siebie bezradnego idiotę. Prowadzi mnie przez odmęty męskich poprawiaczy istnienia, szuka tego niby podstawowego towaru. To trwa i trwa. 
Z drugiej zaś mamy kiboli, chuliganów, prawicowców, narodowców w testosteronowych i kryptohomoseksualnych wspólnotach. Oni najchętniej wydzielaliby tylko męskie smrody i z tyłków ziali ogniem jak z rac. Na szczęście mają jakieś kobiety, które pewnie zmuszają ich do mycia, gdy przychodzą do domu. Gdzieś czytałem jakieś badania – amerykańskie – i tam stało, że jakiś wariacki procent facetów (20-30) nie myje sobie tyłków, bo im się to kojarzy z homoseksualną penetracją. Całymi latami. 

Od razu na myśl przychodzi cytat z innego mędrca: Gdyby nie kobiety, nadal żarlibyśmy z ziemi. Trudniej określić jak byśmy śmierdzieli, wyobraźni mi brak, i nie pomaga nieodzyskany w pełni węch po covidzie. Z pewnością łatwiej nam trwać bliżej troglodyty niż śledzić top listę kosmetyków szumnie zwanych męskimi. Jak mawia moja córka: „facet zawsze ma łatwiej w życiu. Umyje głowę, jajka, gębę i samochód żelem cztery w jednym i jest zrobiony”. Coś jest na rzeczy, a raczej było, skoro zanika ta forma męskości, jak głosi wieszcz Beskidu Niskiego. Oddajmy jednak sprawiedliwość: to nie samca należy winić o to, że kobietom da się wcisnąć inny krem na poranek, jeszcze inny na zmierzch i kolejne pod lewe oko i na podbródek. W końcu same się nakręcają, więc nie ma o co kruszyć kopi. 

Inny fragment wspomnianej rozmowy nie oszczędza brzydszej części ludzkości: Faceci są okropni, wie pani? Zwłaszcza w grupie. Podobno kobiety są gadatliwe, ale faceci, gdy już się spotkają i napiją się tego piwa, to po prostu strasznie pierdolą. To jest festiwal samochwalstwa, durnych mądrości i recept na zbawienie świata. Nigdy nie lubiłem za bardzo gadać z facetami, bo obecność, towarzystwo stawiały w sytuacji zagrożenia zażenowaniem. I nie ma tu jakiejś wielkiej różnicy między krakowskim czy warszawskim stolikiem, przy którym zasiadają luminarze ducha, a lokalem Antałek w moich Gorlicach. Zawsze chyba wolałem rozmawiać z kobietami. Chociażby z tego względu, że wykazują więcej poczucia humoru na nasz temat od nas samych. No więc ta stara męskość odejdzie, mam nadzieję. Już teraz jest zawstydzana na każdym kroku i wyśmiewana, co nie jest oczywiście najlepszą metodą. 

Kłaniam się nisko prawdziwemu pisarzowi. Od lat podejrzliwie przyglądam się sobie i coś jest nie tak. Nie bywam na stadnych męskich biesiadach, unikam towarzystwa piwnych ogródków, o pubach zapomniałem, na plaży i klombie pod sklepem nie dzierżę Specjala. Wreszcie zrozumiałem, że ani to poczucie wyższości, ani rodzaj pogardy dla kogucenia, napinania klat i odwiecznego tańca wojownika, co to głównie mięśniowy, a główka malutka, ale wszystkich ma za głupszych. To zwyczajna nuda, przewidywalność i lęk przed żenadą, której odpryski zawsze przykleją się na dłużej. Stąd radość obcowania z kobietami. A jeśli jeszcze czasem sprawia przyjemność pójście na piwo, to prawdziwie męskie, szczere, oko w oko z jednym ogarniętym, drugim i trzecim, byle nie ryzykować grupy i rzeczonego pierdolenia z wszystkimi naraz, bo będzie o niczym. Śmiem przypuszczać, że panie w swoim kółku mają podobnie.

Odkąd świadomie spojrzałem na świat, wolałem towarzystwo kobiet i nawet żona to zrozumiała, przynajmniej tak twierdzi. Nigdy nie kryłem, że z uroków rozmowy czerpię wartość dodaną, choćby zerkając między powabne kolanka i w kwitnące pokusą dekolty interlokutorek. Ale ten etap mam za sobą, odkąd boleśnie dotarło, że nic nowego tam nie wypatrzę. Zwyczajnie duch ochoczy zwyciężył ciało mdłe i dziś dobitniej dociera kobieca złożoność emocjonalna, wyrafinowany smak estetyczny, znacznie większe oczytanie i umiłowanie wielu aspektów kultury, ale też nadzwyczajna umiejętność usprawiedliwienia każdego absurdu, dostrzeżenia barw innych niż podstawowe cztery kolory, a przy tym dystans do siebie i świata i ten poziom tolerancji, do którego nigdy już nie doskoczę. Oczywiście uogólniać się nie da, tyle charakterów ile osób. I, dla jasności, mówimy w kontekście ludzi na podobnym poziomie umysłowym, bez względu na płeć.

Odkrywam z fascynacją obszary zupełnie nieznane męskiej psyche. Pokłady czegoś pomiędzy niezłomną wiarą w człowieka, tradycję, ład a Annapurną naiwności i przekonania o sprawczej mocy w walce z bałaganem świata, że nie wspomnę o pokrętnej logice. Spróbujcie rozjaśnić kobiecie, że nie ma sensu mycie okien w czasie deszczu ze śniegiem, gdy ona pojutrze ma święta. Albo że w dobie pandemii siadacie do stołu we troje i podczas tej wigilii trzeba darować sobie dwanaście potraw, żeby nie wyrzucać. Każda przyjmie to w dobrej wierze? W trosce o jej zbyteczny trud i ekologię? Czy raczej poczuje się zubożona w statusie opiekunki ogniska domowego? Upór to bezsensowny czy walka z chaosem o porządek, z góry skazana na porażkę? Z innej beczki: spróbujcie uczulić kobietę wychodzącą za alkoholika, hazardzistę czy maminsynka, że ściąga na siebie syndrom ofiary i służącej. W ilu przypadkach usłyszycie, że dziadyga się zmieni, bo ona przecież go kocha? Dajcie opór siedemdziesięcioletniej mamie, gdy rozbija małżeństwo synka po pięćdziesiątce codziennym wezwaniem na obiad, gdy w domu czeka nań żona i dwoje dzieci. Wyjaśnijcie poszukującej miłości, że związek z facetem, który zostawił narzeczoną w ciąży, a potem rozwiódł się dla niej z żoną, jest zbyt ryzykowny. Ile razy usłyszycie, że one go nie rozumiały? Otwórzcie oczy fankom romansów na rzeczywistość portali randkowych. Da się? Ugaście ich nadzieję na finał żywcem z „Samotności w sieci”, gdy ona mu serce na dłoni, a on kutasem po oczach w ofercie zwrotnej. Ale o czym ja tu?! Powiedzcie żonie na zakupach, że już ma dwie takie nowe sukienki w szafie, a usłyszycie: one są stare, tylko nienoszone.

Tak. Odsłaniam się na strzał feministek, manify i pań z pokolenia Y i Z . Wszak w ich ujęciu pieprzę jak potłuczony z ambony, takich kobiet już nie ma! Chyba, że stare baby (czterdzieści plus), umęczone pod kopcem patriarchatu, które nie potrafią żyć inaczej, zatęchłe w zależności! Bardzo chciałbym w to wierzyć, serio. Jestem przekonany, że świat urządzony przez kobiety byłby może zakręcony, ale raczej piękniejszy (przynajmniej na zewnątrz i bez skrobania tapety). A jednak ilekroć rozglądam się wkoło, jakoś nie umiem podzielić zdania Stasiuka, że ta stara męskość odejdzie. Co więcej, silniej tkwię w przekonaniu, że ma się coraz lepiej. Nie kibole, ale mniej medialni Janusze i Seby u boku korposzczura i leminga, to oni zasrają ostatecznie demokrację, a potem jako ostatni zgaszą światło tego świata w imię bezgranicznego zadowolenia z siebie.

piątek, 25 września 2020

Bokserki rozpaczy

❖Kliknij, żeby posłuchać tekstu w interpretacji autora❖

- Widziałeś? Nasza Alibaba przywdziała czerwień sukienki. Dla ciebie zrzuciła portki Alladyna, będzie się działo! I ten karmin połyskujący ze stóp. Wieczorem zassiesz koraliki paluszków, każdy z osobna! - Dorota prowokacyjnie przeciągała palcem po ustach siadając na biurko. - Dziewczęce bóstwo! Coś czuję, że zapomnisz o tych jej… jak to nazwałeś? „Dwa razy napluć na deskę i wymieszać”? To było o piersiątkach?
 
     Zawiesił wzrok na jej twarzy. Ile ironii kryła w tych gierkach, a ile szczerej zawiści? Tak czy inaczej, najwyższy czas, żeby uderzyć w punkt i zamknąć temat: 
- Dwa ziarnka kawy, mówiłem. Zamiast tyłka. To o dupie było, a propos!
-  A propos czego?
- Perszerona. Hasło z wczorajszej krzyżówki. Powinnaś wiedzieć najlepiej: wielka zimnokrwista kobyła z potężnym zadem. A propos!

     Koleżanka pomilczy kilka godzin i zacznie od nowa, znał ją. Jutro wrzuci na tapetę temat pizzy z dziwaczką i zapyta, co lepiej smakowało: pieczarki z wierzchu czy grzybki z pipki? Mściła się za wiek dziewczyny, bo urodą Kamila nie zniewalała. Była miła, starała się poznać wszystkie obszary działania, zrealizować rzetelnie każdy punkt przewidziany w procedurze adaptacji. Nie miała w sobie nic z kokietki, jeśli w ogóle znała to słowo. Marek nadzorował ostatni tydzień procesu, wypatrując momentu słabości, poddania czy rezygnacji i nic. Pełny profesjonalizm i żadnych umizgów. Różnica wieku gwarantowała, że nie widział w niej kobiety, a żałosny outfit dziewczyny dopełniał reszty. Ostrzyżona zapałeczka główki, znikająca za nadmiarem okularów, bufiaste gacie w kwiaty, idealne do wyniesienia melonów z Lidla, do tego dziesiątki hałaśliwych bransoletek, jakby szła w nagonce przez knieję, no i wielkie słuchawki, zrośnięte z małżowiną. Zaczepiany złośliwie, jak upojny finał tego stażu zaplanował, odpowiadał pytaniem o wysokość kary za współżycie z dzieckiem specjalnej troski. Jednak chętnie zaprosił na obiad, z wdzięczności, że nie komplikowała współpracy, a nawet pozytywnie zaskoczyła. Kamila była pomocna, choć należała do przeklętego pokolenia Y, wyhodowanego na podłożu roszczeń i poszukiwań fanu w pracy. W nagrodę pozwolił jej zamawiać drinki. 

     Trzy godziny po ostatnim czuł skutki lekkomyślnej decyzji. Aż tak nie należało ulegać wdzięczności. I jeszcze ten złowieszczy dźwięk. Ale to nie był zegar, choć słyszał wyraźnie. Rozejrzał się ukradkiem po półkach i ścianach przytulnego mieszkania. Nie było nic szczególnego. Na końcu łóżka smutno zwisały bokserki rozpaczy, ale tykało z przeciwnej strony i znacznie bliżej, jakby nad głową, choć tam było okno, za którym zachodziło słońce. Wstać? Jeszcze nie teraz, nawet jeśli smycz małżeństwa zaciskała kolczatkę ostrzeżenia. Chwilę temu zebrał komplementy za gorące pieszczoty i cudowne pocałunki, przynajmniej tyle potrafił zapewnić. Okazało się, że dziwaczki też potrzebują czułości, a kto miałby ją dać? Rozgrzeszał się, gdy dziewczyna wydawała z siebie mruczando rozmarzenia, jednostajnie gmerając palcem w kędziorach kopru na jego klacie. Rozpraszało to równie jak dźwięk groźnych taktów. Coś jak stoper zbliżający moment eksplozji, nieuchronnej, choć równie nieplanowanej, co zasłużonej.    

Co mu odbiło, żeby tu wylądować? Tik – czerwona sukienka? Tak - Czarne rajstopy? Tik – mocno wypięta pupa, w poszukiwaniu winylowych płyt na podłodze? Tak – bordowy staniczek i uśmiech dziewczęcy, budzący pragnienie warg? Tik – skutek kilku szklanek alkoholu? Tak – czemu go pocałowała? Dawno nie czuł, że może się podobać, a z tej kawalerki, ciemnej i dobrej, trzeba będzie niedługo odejść, jeszcze spojrzeć w niebo pogodne, jeszcze spojrzeć za siebie, w młodość… szkolny Broniewski wyskoczył jak diabeł z pudełka. Akurat teraz, gdy trzeba zmierzyć się ze śmiesznością wieku średniego?

     Jak wytłumaczyć żonie, że obiad przeciągnął się do sześciu godzin? Pocałować na powitanie? Kwiaty z nocnej kwiaciarni? To dopiero wtopa! I jak zmyć cudowny zapach Kamili i smak, nieusuwalne jak podwójne poczucie winy? Banalna zdrada i jego nagość pod pręgierzem rozpaczy odbitej w oczach dwudziestki z okładem. 

     Wstał i zaraz dostrzegł w spojrzeniu coś na pograniczu skrywanego niesmaku i litości. Kara numer jeden. Stary a durny, przecenił siły i jego żałosny wzwód dowiódł, że nie tak prosty to mechanizm, jakby się zdawało. Myśli goniły kolejne w rytmie nieznanego tik – tak! 
- Teraz odświeżymy się przed kolejną próbą. – Wyszeptała. – Nie martw się, mam deszczownicę, zmyjemy lęki i obawy, poszukamy głębszych pokładów męskości – Kamila szepcząc wyprowadzała Marka z łóżka za rękę i wiodła do łazienki, wręczyła ręcznik i przeprosiła na momencik. Po drodze zniknęła w toalecie. 
  

Błyskawicznie wciągając portki, zauważył źródło tykania. To japoński kotek szczęścia Maneki – neko, machał mu na pożegnanie mrużąc oczka w uśmiechu. Stał na parapecie, gdzie słoneczna bateria w podstawie, gwarantowała zasilanie ironii skuteczniej niż pieprzącym się króliczkom Duracella.

     Dwie ulice dalej drżącymi palcami wołał taksówkę. Koniecznie z osłoną oddzielającą kierowcę, żeby nie ważył się odpalać durnych gadek. Ciągle czuł smak na ustach, ekscytujący, wyrazisty, choć trudno było orzec, czy to jej pomadka, perfumy? A może dołączyła do tego świeżość pachwin i wilgoć różowiutkich warg… na ten ciąg myśli przybyła erekcja, całkiem poważna i w zasadzie byłby gotów wysiąść, wrócić pod obiecaną deszczownicę. Niestety, spojrzał na elektroniczny zegar taksówki. Wybiła dwudziesta pierwsza dwadzieścia, a on głupi powiedział żonie prawdę. Wspomniał, że wróci później, że obiad ze stażystką i podziękowanie … zaśmiała się tylko przewrotnie, żeby za bardzo nie przejął się faktem. A wtedy zaparł się trzy razy, że czułby się jak pedofil, kocha kobiece piersi, a do zdrady równie ma daleko, co do perwersji, którą byłoby zdzieranie bufiastych szarawarów. 

    Jak uzasadni powrót z obiadu niemal dwie godziny przed północą? Kucharz wyskoczył po kurczaka do Wuhan, czy kelner ganiał po deser do stolicy? To się źle skończy. Oberwie, a nawet nie miał co wetknąć w urocza wąziutką szparkę. I co powie? „Wybacz moje złoto, ale wieczór był tak piękny, że szedłem piechotą”? Teraz zrozumiał, po co kobiety kupują miniaturowe perfumki, puci puci, żeby zawsze mieć pod ręką i owionąć rogi jelenia u progu własnego domu! Żeby wałach miał jasność, że żaden ogier nie zostawił nic na jego klaczy! Od dziś będzie nosił ulubioną wodę toaletową! A gdyby wziął u niej prysznic? Pachniałby jej żelem, męskiego nie miała! Chyba… . Gdyby został dłużej? Gdyby uniósł w ramionach pod kroplami wody na długie pieszczoty wewnątrz ud, na serię pocałunków, zlizał dziewczęcy aromat, może wówczas… znów erekcja dała o sobie znać. Za późno. 

    Mąż marnotrawny stał już przed domofonem własnego bloku i wyciskał paragraf z wyrokiem. Urządzenie też było martwe. Kolejna próba i nic. Pierdolona dezynfekcja klawiszy robiła swoje! Sięgnął do torby, nie było kluczy. Zostały w przedpokoju. Mógł dorzucić baty do wyroku, za dodatkowy telefon do żony.

     Winda na szafot sunęła bezszelestnie, bał się odezwać, wszystko i tak zostanie użyte przeciw niemu. Żona stała tyłem, bez słowa. Odwróciła się dopiero w mieszkaniu:
- Złośliwie to robisz?! Musiałeś wrócić akurat teraz?! – Rozdarła się jakby chowała listonosza w szafie, co może nie byłoby najgorsze. – Wszystko potrafisz spieprzyć! Wszystko!

czwartek, 13 sierpnia 2020

Polowanie na ekranie

❖Kliknij, żeby posłuchać tekstu w interpretacji autora❖

Z obcego profilu wskoczył uśmieszek. Nick brzmiał równie oryginalnie, co przekonująco: "Kobieta". Zwykle nie odpowiadam niepiśmiennym humanoidom, ale w oczekiwaniu na telefon palce zaswędziały:
- Niebezpiecznie zaczynasz  
- Jestem odważna.
- Zazwyczaj nie reaguję na ikonki, tyle chciałem przez to powiedzieć.
- Dzień dobry. Miło mi, Marudo.
- To nie marudzenie, raczej codzienność starego wróbla. Dzień dobry.
- Ok... rozumiem.
- Panie, zaczynające od obrazków, niewiele mają do powiedzenia i zwykle są mdłe.
- I tu się mylisz.
- Mam nadzieję. 
- No cóż....błądzenie leży w naturze człowieka.
- Otóż to, coraz częściej walczę ze stereotypami, uznałem, że czas zmierzyć się z własnym uprzedzeniem. Oto jestem.
- Och... to chyba jakiś znak.
- Weźmy zatem na warsztat następne. Brak zdjęcia w Twoim profilu, „Kobieta” zamiast imienia, bez miejscowości, wiele sugeruje mężatkę w poszukiwaniu wrażeń. Tu też się mylę?
- Krystyna, mam męża i czterdzieści dziewięć lat. Jak widzisz jestem szczera i lubię jasne sytuacje.
- Szczera ukryta? Albo prawie szczera. Tam jest wiek zaniżony o pięć. Czasami tak trzeba, rozumiem. Zresztą, mam podobnie. I tylko nie deklaruję szczerości, to ma swoją cenę, przynajmniej w sieci.
- Trochę lat mi przybyło. Jeszcze ciut i będzie pięćdziesiąt.
- Od dawna wędrujesz tak po portalu?
- Kilka miesięcy.
- I jak Ci tu?
- Okropnie, właśnie miałam zamykać konto, a tu taka... niespodzianka?
- Taka? W sensie?
- Trafiło na starego wróbla. Zaczepiłam Cię bo... powiedzmy, że masz ładne oczy.
- To chyba nie jest jakaś sensacja? Tu niejeden wróbel rwie się do garści, a i kanarki w zasięgu. Oczy? A fe! Z plewami na wyjadacza?
- Zawsze jesteś taki... nie bardzo miły?
- Niemiły? Dostosowałem się, uśmieszki Ci posyłam. Co miałbym jeszcze zrobić w pierwszych zdaniach? Wzmocnić serduszkiem?
- Ale w słowach nie jesteś miły, może nie chcesz pisać, zrozumiem.
- Na podstawie czego tak odbierasz?
- Mam przeczucie.
- Wymaga liftingu. Mylące.
- To chyba dobrze?
- I zbyt szybko wystawiona nota.
- Cóż... jestem tylko kobietą.
- Albo aż, zdarzają się kobiety niezgłębione i zawsze czymś zaskoczą.
- To prawda. Wyobrażasz sobie świat baz kobiet? Byłoby nudno.
- Nie wyobrażam. Zupełnie nie mam takiej potrzeby. Co cieszyłoby nasze oko i ucho? Nie odpowiedziałaś na pytanie: czemu czujesz się tu okropnie?
- Z nami źle, ale bez nas jeszcze gorzej. Posłuchaj uważnie. Szukam kochanka. Nie sponsora, ani księcia z bajki, tylko kochanka. Wiem, wiem, jestem okropna ale... taka już jestem, nie myślę się tłumaczyć. Lubię jasne sytuacje. Bywają tu różni mężczyźni, najczęściej nachalnie promujący przyrodzenie, nawet nie swoje. Nie lubię reklam erekcji. Dlatego chciałam usunąć konto.
- Konkretnie postawiona sprawa. Nie widzę w tym nic złego, masz potrzebę, realizujesz, nic co ludzkie...
- Widzisz, jestem taka dziwna.
- Przynajmniej ładnie piszesz po polsku, to już skarb w sieci. Od dawna tak szukasz?
- No cóż... uczyłam się tu i tam. Od pewnego czasu. Jakieś trzy miesiące.
- Coś konkretnego Cię skłoniło?
- Uwielbiam seks i mam potrzeby... normalnie.
- Potrzeby? Ale przecież nie od trzech miesięcy? Rozstanie z poprzednim?
- Miałam kochanka przez kilka lat... został na Podkarpaciu, musiałam przenieść się na północ. Już chyba wiesz wszystko.
- Tak, to wystarczy. Wiem również, że dwa miesiące temu, także w porywie szczerości, nazwałaś mnie dupkiem. Nie byłem zainteresowany. Bez obaw, dziś też życzę Ci miłego dnia i zapisuj jakoś spalone namiary. To pomaga.
- Aaaaa! Coś czułam, że Cię znam.
-  Poznać akurat nie zdążyłaś, ale nadal świetnie szufladkujesz.
- Jesteś okropny. Od początku wiedziałeś, że to ja!
- Nie miałem pojęcia.
- Spoko. Rozumiem.
- Usuwam pomyłkowe profile. Nie archiwizuję. Teraz skojarzyłem Podkarpacie i północ. Padły te same słowa.
- Ok. To już drugi raz... dlaczego tu jesteś, do cholery? Pracujesz nad danymi statycznymi?
- Nie, piszę reportaż o zachowaniach pań w sieci.
- Fajnie.
- Ująć Cię?
- Nie dziękuję, nie szukam sławy ani oklasków. Dość już przeżyłam. Wystarczy!
- To będzie bardzo życiowy tekst.
- Nie potrzebuję litości i sensacji. Książkę o sobie napiszę sama.
- Do dzieła zatem. I powodzenia, bo coś opornie idzie to szukanie kochanka.
- DUPEK!
- W krainie fiutów, jakby nie było, i dupek perłą! A kochanki sam wybieram, takie skrzywienie.
- Powodzenia.
- Ale bez urazy, od dawna już nie szukam, zatęskniłem do świętego spokoju. Tylko kłopot z nimi i wydatki.
- Dlaczego taki jesteś?
- Jakoś nie podoba mi się Twoja agresja, źle znoszę zapalczywe panie.
- Zraniła Cię kobieta, tak czasami bywa. Widać miała powód.
- Dalsze fikcje snuj już, proszę, na swój rachunek, bez mojego udziału.
- Proszę! Wystarczy już! Ja też mam jakieś uczucia. Zostałam już zraniona, więcej nie chcę.
- Szanuję i żegnam czule buziaczkiem pokoju.
- Sam się pieprz!

czwartek, 25 czerwca 2020

Modowa

❖Kliknij, żeby posłuchać tekstu w interpretacji autora❖

- Stary, jakie jaja! Coś ci pokażę. Nie uwierzysz! -
Długo szukał, przeglądał czat w telefonie, w górę, w dół, jakby wahał się, co warto ujawniać? Wreszcie zatrzymał palec na zdjęciu:
- Wiesz, kto to jest? Fajna laska, nie? Ile jej dajesz? No tak na pierwszy rzut oka? Będzie ze trzydzieści cztery, nie?
- Może być. I co? Wkręcił cię wirtualny romans?
- I to jak, posłuchaj! Nie będę ci tego dawał w całości, trochę opowiem.
- Gdzie ją znalazłeś?
- Ja? Za kogo mnie masz? Ona mnie wyrwała! Patrz, pisze, że jest młodą i bardzo atrakcyjną kobietą, ale jakoś nie może trafić na sensownego faceta i wydaje jej się, że ja nim jestem. Co za intuicja, stary!
- I ten cienki barszcz nie obraża smaku? 
- No coś ty! Literacko ciekawy zakwas. Czas smutny, a jakiś lachon bierze mnie za kretyna. Przyjrzyj się temu zdjęciu… - znowu sunął w dół literkowego tokowiska. Wyszukał. 
- Widzę. I co? Wycięte z jakiejś strony. Polki tak nie wyglądają, a już na pewno nie te zszarzałe na czatach.
- No i od razu łapiesz! A mnie kit wstawia, że jest menedżerką modową i dużo jeździ po świecie. Wszędzie jej pełno, a w sercu pusto, kumasz? Jakieś „M jak miłość” wciska mi dupą, aż w przełyk łaskocze, ale nic to, jak mawiał mały rycerz. Czekaj.
- Tylko... jakim cudem trafiła do grona znajomych?
- Oj tam. Dodaję każdego, kto poprosi. Nadzieja umiera ostatnia, chcę wierzyć, że to czytelniczki moich książek. Pycha popycha i potem takie durnoty łapię.
- Ale ego połechtała światowa niunia, przyznaj. Urodziwa, zadbana i do tego głupia, skoro rwie warchoła starszego o dwadzieścia lat!
- Pierdolisz zazdrośniku, zobacz jaki romantyczny byłem. Tu Zbynio bardzo marzy, śle fotki-tęsknotki. Tu Zbyś w piżamce, tu na siłowni ćwiczy biceps, dla niej, tu na plaży biega dla kondycji, żeby nie było obciachu i tak przez dwa tygodnie.
- Łykała?
- Jak emeryt zacierki - dalej sunął po ekranie w poszukiwaniu atrakcji – zobacz, tu jeszcze raz wysyła zdjęcia, nie swoje, wiadomo.
- Skąd pewność?
- Poprosiłem biegłego syna znajomych i wiem.
- Tak?
- Victoria Silvstedt, szwedzka modelka i aktorka, to były jej zdjęcia. Niestety, nasza gwiazda nie fatygowała się, żeby zerknąć na datę urodzenia tejże. Nie puściłem farby, rżnąłem zakochanego i czekałem, kiedy się wysypie. Oczywiście dla niej nic nie kumałem. Nakręcała mnie na spotkanie, że ma dom gdzieś pod Radomiem, a tam jest cicho i spokojnie, żebym wpadł w swoich podróżach, na romantyczną kolację, najlepiej ze śniadaniem i … 
- … i odkrył za stołem Gryzeldę, w rozmiarze trzy XL, która rozkosznie zgniecie orzech tego pustego łba, siadając ci na twarz? Po co ten surwiwal? 
- Stary, ja jestem pisarz, ciekawy każdego odchyłu. Miałem sobie żałować?
- I wysypała się?
- Ba! I to w pięknym stylu. Przycisnąłem i pytam wprost: „Dlaczego ty mnie oszukujesz?”. Po godzinie weszło tradycyjne: „… ale o co ci chodzi?”. Byłem w domu. Natychmiast wystukałem: „od dwóch tygodni wysyłam swoje fotki, szczerze cię pragnę i tęsknię, codziennie o tym piszę, licząc na wzajemną szczerość. A ty wysyłasz mi modelkę Victorię Silvstedt. Po co to robisz? Czemu ranisz moje uczucia?”.
Zbynio rechotał, aż zaczerwienił się i brakło mu tchu. Sięgnął po mineralną z cytryną, pociągnął dwa łyki i czekał, kiedy nastrój mi się udzieli albo wymuszę podkręcenie tempa narracji. 
- Przyznała się? - Nie odmówiłem mu tej radości.
- No coś ty! Nie odzywała się dwa dni. Chyba nie wiedziała, co napisać – cały czas przesuwał zapamiętale po ekranie smartfona – nie uwierzysz, co przysłała.
Podsunął pod nos zdjęcie niskiego, słabo oświetlonego pokoju. Wiejska izba albo ciasne lokum w suterenie. Na ścianach dosyć ponura żółta farba, tu i tam poczerniała, pęknięcia w rogu. Wzrok przykuwało soczystej barwy geranium, ustawione na niewielkim stole, ale w oczy rzucał się też sufit, wyklejony styropianowymi kasetonami w ostre wzorki, na modę wczesnych lat 90. 
- Rozumiesz?! Loft menedżerki modowej, w stylu polisz kantry wintycz! 
           Zanim Zbysio zabrał smartfon sprzed twarzy i zaniósł się rubasznym śmiechem, ostatnim rzutem oka wyłapałem obraz. Religijny. Pamiętałem taki z wakacji na wsi. Święta rodzina, jaskrawe szaty i zatrzymany ruch, kiedy to św. Józef przekazuje Maryi plastikowo zaróżowione dzieciątko. Scenka w ramce, zawieszona pod kątem, teraz sygnalizowała jakby niski pułap kresowej chaty. Jakoś żal mi się zrobiło kobiety, żenowała ta szydera. Próbowałem wypunktować:
- To, że ona udaje kogoś innego, nawet nie dziwi. Tak ma większość frustratów, płci obojga, szczególnie w sieci. Kreuje się na kogoś lepszego, standard. Zastanawia, po co ty się w to bawisz? Wiesz, z kim masz do czynienia.
- Dobre pytanie, ale nie wiem. Ciekawiło po co kłamie, później jak długo będzie się cieszyć, że frajera złapała. Na koniec, do czego jeszcze się posunie.
- I?
- Najpierw odważyła się powiedzieć, czemu milczała. Uważaj, tego byś nie obstawił w pijanym widzie. Skończyły się jednostki na karcie, kumasz? Menedżerka modowa ma telefon na kartę, bo jak inaczej? W końcu lata po całym świecie, zmienia strefy czasowe, a pracuje głównie przez słuchawkę i … nie zdołała zasilić limitu. Kto dziś używa takiego na kartę? No błyśnij.
- Dzieci, złodzieje i bandyci. Zbychu, a może to galerianka? Za doładowanie telefonu przysyła cycki i irokeza ze wzgórka? Nie połapałeś się w porę.
- Może, ale dalej robiłem za ćwoka. Chciałem zobaczyć to słowiańskie liczko. - Przesuwał po ekranie jeszcze szybciej - Dalej jęczałem o, patrz tu, Zbyszek tęskni, kocha i nie może doczekać się tego słodkiego, autentycznego buziaczka. Czułem, że mięknie i patrz, patrz teraz…
Już trząsł się ze śmiechu, za palcem chował krępujące jęki w sylabach, ryki jelenia w rui, niechby i udawane, ale poniżej poziomu autora. 
- Czy według ciebie ta kobieta wygląda na trzy dychy i cztery latka?
- Na pięćdziesiąt i dwa. - Wycedziłem patrząc w pszenno-buraczaną twarz z niebieskim cieniem na powiekach, przechodzącym w zieleń, z policzkami błyszczącymi bynajmniej nie z powodu intensywnego światła. Oblicze z kurzymi łapkami przy oczach, było oprawione w blond włosy, z ciemnymi odrostami, wychodzącymi wprost ze skóry głowy. Zrobiło mi się smutno. 
- Naprawdę nie szkoda czasu na kogoś takiego? 
- Pewnie, że szkoda, jak cholera szkoda! – Zbyś był już czerwony jak psi narząd na przednówku. – Teraz, teraz będzie najlepsze stary!
Przejechał palcem w górę, by minąć rzędy kolejnych linijek tekstu, aż oczom ukazał się nagi tyłek i mocno pochylony korpus. Kobieta ryzykownie klęczała na wątłym stoliku, obok geranium, wypinając pośladki tak mocno, że stopy częściowo oderwały się od blatu. Może dążyła do pełnej prezentacji krocza, jednak nie jej wysiłek ujął kolegę. Widok był niesmaczny, więc nie komentował, ale szybko przekierował uwagę:
- Patrz teraz, tu! Zobacz! - Powiększył zdjęcie, by pokazać przetarcia w skarpetkach modelki. Różowe frotki kłuły oko odsłaniając chropawe pięty. - Widziałeś taki numer?! To mnie rozwaliło, stary! Co trzeba mieć w głowie, no powiedz, jaką desperację do takiej ekspozycji?
- Oj tam. Odpowiedziała na to twoje skamlenie o zdjęcie! Zmagała się ze sobą, z choreografią, badała, który mebel uniesie ideę. A skarpetki świadczą tylko o spontanie, z serca, marudzisz!
Sam w końcu parsknąłem śmiechem, trochę na siłę, bo jednak całość przedstawienia żenowała bardziej niż zabawy dwóch dziadów u progu kryzysu wieku średniego, na których wkrótce nie spojrzy nawet dama z odrostami. 
- Stary, ja wiem, że to śmiech przez łzy, ale gdzie my żyjemy? Co to jest za świat?Brnąłem, kumasz? Nie mogłem się powstrzymać. Zobaczyłem czerwone poliki ryczącej pięćdziesiątki, która dalej udaje trzydziestkę i szedłem ostro w napalonego misia, na którego spłynęło erotyczne uniesienie. No i jadę grubo z pytaniem, czy mogę do niej przyjechać, do tego Pokraczyna Wielkiego, czy innej wiochy. Nieważne, że osiemset trzydzieści kilometrów, tylko czy tam jest jakiś hotel, w którym mogę się zatrzymać, żeby było blisko do Słoneczka, rozumiesz? Że wpadnę na kilka dni i uczcimy moje urodziny, bo i tak po kraju jeżdżę. Interesy mogę w drodze powrotnej pozałatwiać. A ona mnie pyta, po co mi hotel? Gdzie niby miałbym spać, pytam? Ona, że u nas. Wyszło na to, że jeszcze w tej kurnej chacie ze starymi mieszka i przedstawi mnie za kawalera do żeniaczki. Czaisz? Zaplanowała miętowy miesiąc i nie spytała, czy przypadkiem żony nie mam. Taki poziom menedżerek modowych! Taki poziom…
     Odrzucił telefon na restauracyjny blat. Zapatrzył się w szklankę z mineralną, wziął ją w dłoń i wprawił w ruch lustro wody w szkle. Obserwował lód dzwoniący o brzegi, wypił trochę i chciał mówić dalej, ale powstrzymał słowa patrząc w lewo. Po chwili kelner postawił przed nami dwie americany. Zbyszek uśmiechnął się do chłopaka z brązowym fartuchem, podziękował skinieniem i podniósł aparat. Kręcił głową do ekranu, jakby z niedowierzaniem. Chyba się rozmyślił, wyłączył i odrzucił z powrotem. Założył złączone dłonie za głowę, przeginając się mocno na oparciu krzesła. Odbił się jak sprężyna zdecydowany:
- To ją z innej mańki, tak dla jaj, wiesz, że teraz to mnie zraniła, że tak szybko obcego chłopa do domu wpuści, a przecież się nie znamy i co mam o niej myśleć? Może to moje kochanie każdego tak na chatę ciągnie? Może jeszcze do rodziców, choć mnie w życiu nie widziała. 
To innym razem opowiem, bo wiesz, teraz masaż, będę leciał. Musimy się spotkać. Dam znak jak znajdę chwilę, na pewno. Opowiem jak ustawiłem trasę na Googlu i meldowałem się z odcinków drogi. Straszyłem, że już do niej dojeżdżam. W jaką ona panikę wpadła, stary! Zaczęła mnie wyzywać od pojebów, tak była posrana, że serio jadę, ale niech się uczy, niech się uczy.

poniedziałek, 22 października 2018

Jak nie wytrzymać i zostać w związku

❖Kliknij, żeby posłuchać tekstu w interpretacji autora❖

W trakcie przeglądu prasy, nieaktualnej przynajmniej od trzech tygodni, trafiłem na cytat, który wydał się efektowny: bo kobiety żyją dla kogoś, a mężczyźni po coś i kobiecie do szczęścia potrzebna jest druga istota, dla której będzie się poświęcać, mężczyzna musi mieć coś konkretnego, by do tego dążyć.

O tak, już słyszę feministyczne oburzenie, że przytaczam kazania spod toruńskiej wieży, gdzie w rytm disco polo wywija demon patriarchatu, z dnia na dzień skraca łańcuch łączący zlewozmywak i panią domu, by zepchnąć ją w żar ognia pod saganem bigosu, ku uciesze czarnego luda rzecz jasna.

  Zanim jednak oberwę za konserwę i porządek Boży, przyznam, że nieco rozbawił mnie ten cytat. Niesie chamskie uproszczenie, prawda? Sugeruje ponure uogólnienie, tak? Płaski jest jak intelekt aktualnego wodza, a jednak podkreśla niemożność porozumienia między kobietą a mężczyzną… i za to mu chwała. Choć ci dwoje akurat – z uporem godnym starego capa w rui – zmagają się ze sobą, ładując kapitał nadziei w układ z góry skazany na porażkę. I tak od czasu Adama i Ewy, mniej lub bardziej dokuczliwie, krzywdzą się i od nowa wierzą w sens, nawet wielokrotnie w związek popadając.

  Na początek zastanówmy się, co może oznaczać, że kobiecie do szczęścia potrzebna jest druga istota? Czy potrzebna oznacza jeszcze niezbędna? Dziś kobieta jest w polityce, zarządzie firmy, prowadzi biznes, szkołę tańca, reżyseruje film i niekoniecznie musi poświęcać się konkretnej osobie, by zaznać szczęścia, które i tak definiuje zwykle na chwilę. Ważność drugiej istoty w odniesieniu do jej egzystencji, to coraz częściej coś jak orbita, po której kręci się kobita, że z częstochowska pociągnę. Im dłużej żyję, tym mocniej przekonuję się, że nie musi wcale chodzić o tak zwany Boży ład, czyli posiadanie męża, dzieci, wnuków itp., bo jej spełnienie bywa już gdzie indziej. Rodzinna forma szczęścia staje się dla kobiet męcząca i niektóre mamusie tylko czekają, żeby spakować dzieciom walizki, zaś mężowi odpłacić brakiem uwagi za nieuwagę lat dwudziestu. Świat stoi otworem fitnessu, podróży, biznesu, pasji wielokierunkowych, salonu piękności, biegów ulicznych, rozrywek przelicznych, pokus, przed którymi mąż i dzieci raczej muszą się kryć, by nie towarzyszyć opiekunce ogniska domowego.

  Obecność bliższych i dalszych osób zakorzenia je w istocie kobiecości i motywuje wielokierunkowo do działania oraz tak zwanego dbania o siebie. Raz z przekory, to znów z powodu konkurencji albo czystej zawiści, muszą istnieć w odniesieniu do innych kobiet i to daje się odczuć. Zapewne boleśniej niż mężczyźni  przechodzą syndrom opuszczonego gniazda, przynajmniej niektóre. Gdy dorosłe dzieci zaczynają żyć po swojemu i wybywają z domu, wiele z matek dopada poczucie pustki, jakby ktoś zabrał kawałek sensu. Może dlatego większość z nich zabezpiecza się przed dramatem nadmierną czułością i troską o dzieci. Zwyczajnie nie pozwalają im dorosnąć i zwalniają z odpowiedzialności za siebie. Takie matki przesuwają czas rozstania, czyniąc z własnego potomstwa gniazdowniki, niechętne do opuszczenia opiekunki. Mamusia co prawda odkleiła się w mniemaniu dziecka od rzeczywistości, ale nadal skutecznie sprząta i gotuje, gwarantując wolność od ciężaru życia. I tu nie zawodzi cytat, o który kruszę tępą dzidę. 

Przejdźmy do męża, partnera. Jeśli jeszcze wytrzymał i nadal jest w domu, tak dalece wrósł w grafik troskliwej żony, że stracił sporo męskości. Bywa, że trwa w czymś porównywalnym do statusu domowego kota, którego trzeba oporządzić, by uniknąć miauków żalu. A jednak, choć bywa uroczy, pożytku niewiele wnosi. Dlaczego? Bo jak mówi mądrość cytatu: mężczyzna musi mieć coś konkretnego, by do tego dążyć. Dążył do założenia rodziny? Założył. Dążył do zdobycia i uwiedzenia żony. Posiadł. O co jeszcze kaman? Teraz ma inne cele, bo jego karma to gonienie króliczka. Dogoniony, nawet jeśli nie odrzuca wonią rozkładu, przestaje zajmować odkąd utknął w bezruchu. Dla jasności czytelników: mówię o mężczyznach odpowiedzialnych, z pominięciem podgatunku, który dojrzewał do siódmego roku życia, a potem już tylko rósł, aż przyrósł do kanapy, pilota i podkoszulka do bicia żony.

  Odpowiedzialny facet zapewnia kobiecie wsparcie nawet kosztem własnej woli, łamanej co weekend do przyjaźni z wózkiem w markecie, z odkurzaczem, mopem i do romansu z pralką. Inny daje małżonce poczucie komfortu w byciu zaradną i samodzielną. Niechby i niechcący, manipulacją, sprytem albo lenistwem, ale buduje jej przekonanie, że zginąłby bez swojej żabusi. Żona musi wiedzieć, że on nie pamięta o rocznicy ślubu, że skarpet sparować nie umie, slipy nosiłby brązowym do tyłu, gdyby nie jej miłość, a kwiaty kupiłby dopiero na pogrzeb. Nawet wypad na Teneryfę oleje i biedaczka zorganizuje sama, choć dla dwojga. I to ona restaurację zarezerwuje mu na urodziny, bo sam nie wpadnie, że w ogóle obchodzi. Całe szczęście, że w bloku centralnie grzeją, bo i drew musiałaby urąbać dla dopełnienia wizerunku kobiety spełnionej.

  A dlaczego on taki truteń? Dążenia nieustająco wyrzucają go jak bumerang poza związek. Od czasu synów Noego musiał opuszczać znane i bezpieczne arki, by podjąć trud na zewnątrz. Zmagać się z wrogiem, dopaść jelenia, utłuc niedźwiedzia, gdy dzieciom zagrażał, potem sprostać wodzowi, pułkownikowi, prezesowi, wykiwać konkurencję, wykosić politycznego oponenta, odtańczyć taniec deszczu, wynaleźć to i owo, według niektórych dla ułatwienia życia, a podług innych z lenistwa. Przecież nawet kochanki zmieniać musiał, żeby genem siać obficie jak natura każe. Zbudować dom i posadzić drzewo też miał nakaz i budulec zdobyć na zewnątrz, a dopiero tak utrudzony majstrował syna wewnątrz, jakkolwiek to brzmi.

  To są wszystko dążenia, które pamięć genów dźwiga dając wytyczne męskiemu życiu po coś. I każdy zdobyty szczyt w egzystencji faceta jest tylko po to, by z jego wysokości mógł rozejrzeć się za kolejnym. A trudno żeby szczytował nieustannie we własnych czterech ścianach, które ograniczają horyzont myślowy do zaspokajania nowych pragnień kobiety z założenia zadowolonej przez chwilę.

  Ona chciałaby, żeby był troskliwy, a na zewnątrz skuteczny. W domu kobiecy jak niania Frania, w przymierzalni przydatny jak gej - najlepszy przyjaciel, a w samochodzie waleczny jak gladiator. Tu perfekcyjny pan domu i Okrasa, tam Bob budowniczy i strażak Sam. W sypialni George Clooney, na mieście Clint Eastwood. To gdzie on ma być sobą i dla siebie? W domu snuje plany, przestaje się napinać, szuka wytchnienia, zbiera siły do zmagań ze światem, a przynajmniej próbuje, tylko czy ona pozwoli?

  Ponieważ jednak roszczenia kobiety rosną, pretensje też bynajmniej nie gasną,  mężczyzna ucieka mniej lub bardziej realnie, a dokąd? Pisarz Orbitowski w powieści Exodus przekonuje, że w takiej sytuacji dojrzały facet ma tylko dwie drogi ucieczki: w butelkę albo w pizdę. Myślę, że niejedna więcej otworem stoi, droga rzecz jasna, i on ją znajdzie.

  Ale żeby nie było, moje drogie panie! Nie o to chodzi, że zajeżdżacie mustanga. To kolejne uproszczenie. Że on taki biedny z tą uzdą, pod siodłem? Absolutnie! Nie żal mi gamonia, skoro w związek popadał, niech ma za swoje! Widziały gały, co brały, a jak wyobraźni brakło, tym bardziej nie ma co żałować. Próbuję tylko pokazać, że stawianie kobiety i mężczyzny w parze, to jednak presja społeczna, zamordyzm służący trzymaniu nas w ryzach i kosztach albo dowód na nieograniczone poczucie humoru Pana Boga. 

Print Friendly and PDF