piątek, 27 marca 2026

Czytając Camusa

Z doskoku czytam Notatniki Alberta Camusa, wydane niedawno przez PIW. Z uwagi na format książki kupiłem ebooka, co rzadko, ale jednak mi się przydarza. Po dniu pracowitym łatwiej utrzymać w dłoniach czytnik i nie oberwać w łeb solidną cegłą, gdy już opadną powieki (800 stron w papierze). 

W jednej z notatek trafiłem na znamienne zdanie autora Dżumy, przeczytane we wczesnej młodości, które niosło mnie w latach dziewięćdziesiątych i na początku obecnego stulecia przez wszystkie próby tworzenia literatury po godzinach pracy zarobkowej: 

Jest czymś normalnym oddać kawałek życia, by nie stracić całego. Sześć czy osiem godzin dziennie, żeby nie zdechnąć z głodu. A potem wszystko jest korzyścią dla tego, kto chce korzystać. 

Ten fragment znam od kilku dekad, choć nie pamiętam, skąd pierwotnie do mnie trafił. Przez lata pozwalał wierzyć, że pisanie literatury resztkami sił ma sens, choć idzie przed nim utrata najcenniejszych godzin dnia dla chleba i przetrwania w dziczy gospodarki rynkowej. Wielu z nas kapitalizm zabiera godziny najbardziej wydajne i wypełnione energią zostawianą na etacie albo oddaną działalności gospodarczej. Przez lata wierzyłem, że stukanie w klawisze wieczorem będzie miało też plusy. Nie muszę ulegać modom i trendom literackim, w żaden sposób umizgiwać się do czytelnika i zabiegać o to, co akurat się sprzeda. Przecież nigdy nie będę żył z pisania, a to pozwoli kroczyć własną drogą kreowania zdarzeń i oswajania potworków naszej rzeczywistości. Przy okazji może pozwoli nawiązać relacje z myślącymi podobnie. Uwolni od owczego pędu konkurencji, choć z pewnością utrudni kontakty z wydawcami, festiwalami, targami książki i z tak zwanym środowiskiem, czyli najczęściej hurmą zawistników, narcyzów, różnej maści kapłanów samozajebistości, pozornie tylko wzajem klepiących się po plecach.

Bardzo wierzyłem, że nie tylko nie tracę całego życia, ale korzystam, rozwijam się i niejako wchodzę w dialog z czytającymi. Oni przecież też brną między okładki po godzinach. W momentach pychy wierzyłem nawet, że wnoszę coś w życie innych, otrzymując niezłe recenzje wydanych z takim trudem książek. Prawdopodobnie i dziś słowa Camusa uskrzydlałyby mnie dalej, może miałyby nieustannie moc unoszenia ponad coraz wyższe progi stawiane literaturze i własnemu zmęczeniu, gdy trwanie niesie więcej obowiązków i konieczności oddawania kawałków życia różnym powinnościom. Dałbym radę, gdyby nie… no właśnie, gdzie powstała przeszkoda główna? Ta nie do przejścia? A może po drodze wyrosło ich znacznie więcej niż jedna i konkretna? 

Tamę powoli i skutecznie wznosiły odłamki cywilizacji, niesione bystrym nurtem zmian mentalnych, technicznych, technologicznych. Choćby coraz większy wysyp książek na rynku, odkąd druk jest tani i powszechnie dostępny. Setki oficyn produkujące coraz bardziej gówniane, schematyczne i gatunkowe popłuczyny, nierzadko pasożytujące na egocentryzmie "autorów", usiłujących za wszelką przerobić swoje całkiem przeciętne życie w literaturę, byle zobaczyć własne nazwisko na okładce. Nawet za cenę wtórności, schematyzmu, braku szacunku dla języka, redakcji i korekty tekstu. Co w czasach vlogów i influencerów od majtek z koronką i bez, trzeba przyznać, nikomu specjalnie nie przeszkadza. 

Unicestwienie medialne profesjonalnej krytyki literackiej, wypartej w dobie nadmiaru festiwali i blogerek Zuzanek siejących zachwyt przeczytaną powieścią, też zrobiło swoje. Bo to krytyka umożliwiała dawniej oddzielanie literackiego ziarna od plew i kreowała gusty. Podnosiła czytelniczą i pisarską poprzeczkę, niejako utrudniała sprzedaż wymaganiem czy zwykłym oczekiwaniem, więc zepchnięto ją w niszę spraw nadto komplikujących, zastępując krótką notką promocyjną. Sieciowe przekierowanie czytelnika na tor poszukiwania taniej sensacji nie pomogło literaturze, mieszając ją z usługowym przemysłem rozrywki. W ostatnich latach, jak widzę, nawet poszukiwacz lekkostrawnych fabuł coraz chętniej wpisuje się do czerwonej księgi gatunków ginących i bez żalu odpala w aucie kanał streamingowy z audiobookiem czy podcastem, a wieczorem filmową papkę serialu. Na pytanie, ile książek przeczytał w roku, statystyczny Polak odpowiada przede wszystkim, że książka jest za droga i go nie stać. Choć stać na strumienie płynące z sieci, piwo, knajpę i chipsy. Wytarty frazes usprawiedliwia wielu, bo jeszcze nie wyparowało głęboko zakodowane przeświadczenie, że jednak trochę obciach nic nie czytać. 

Czasem patrzę na to z oddali i pocieszam się myślą, że szlachetniej jest milczeć, gdy wszystko już napisano i coraz mniej pozostaje do odnotowania o naszym czasie. A już na pewno nic, co warto pchać między okładki. Coraz chętniej i bez pretensji zamykam się w czterech kątach, żeby choć trochę pomilczeć w wolności od nadmiaru informacji zbytecznych. Dziś łatwiej odrzucam odwieczny dylemat z początku wieku, gdy po godzinach dzieliłem resztki doby na pytanie: raczej pisać czy czytać? Szarpałem się tym każdego tygodnia, w przekonaniu, że za mało przeczytałem, żeby lepiej pisać albo za mało napisałem, żeby stanąć w szranki z autorami, którzy dryfują po szerokich wodach. 

A dziś? Niby czym nowym można oczarować wydawcę, a potem czytelnika? Już chyba tylko biciem rekordów: ile książek napiszesz w ciągu roku, żeby utrzymać się na fali "mrozoidalnej". W kraju, w którym jedną książkę na rok czyta mniej niż połowa obywateli jeszcze czytać rzekomo potrafiących. Tu, gdzie wydaje się średnio od 90 do 100 pozycji książkowych każdego dnia, wliczając weekendy. Co popycha ludzi do dokładania kolejnej książki, nawet najlepszej powieści, którą spotka los jętki jednodniówki? W dodatku przykrytej stertą trupów następnych efemeryd, zbywanych - co najwyżej – komentarzem „ciekawe”? 

Wiem, żyjemy w czasach nadmiaru, więc nie ma czemu się dziwić. Ale pędu tego świata żadna książka nie zatrzyma. Rozumu raczej nikomu wpływowemu nie doda, w anioły tłumu nie przerobi, bo głodny najwyżej igrzysk. Anioły rodzą się w ciszy i przestrzeni ponad galopem na czas. Tymczasem widać, że wielka historia niczego nie uczy i ludzie wciąż zabijają się chętnie nawzajem, tylko dlatego, że wybrani przez nich idioci i psychopaci każą im do siebie strzelać. Co może zrobić tu literatura? W kraju zbiorowej ignorancji, nieświadomości, przewijania rolek TikToka i nieustannego kiermaszu wyprzedaży. W kraju, w którym wysiłek intelektualny dołuje i boli? 

Jest już bardzo późno. Z trudem otwieram oczy, jeszcze raz zerkam na zdanie wyrwane z Notatnika Camusa. Co dziś może oznaczać owo: A potem wszystko jest korzyścią dla tego, kto chce korzystać? Czy jest jeszcze jakieś "potem"? Gdy poświęcanie czasu nie biegnie już w stronę nie zdechnąć z głodu, ono dawno temu pobiegło w stronę ciągle mało. Minęło dobre dziewięćdziesiąt lat, odkąd noblista zapisał ten prawie aforyzm pomiędzy notatkami, ale tu od lat obowiązuje już stadna zasada: jeszcze wyższe stanowisko, jeszcze więcej władzy, jeszcze jeden samochód więcej i większy od sąsiada, jeszcze cztery pary butów, kolejna modna torebka, bo poprzednie trendy passe i jeszcze więcej botoksu. Czwarte mieszkanie pod wynajem, wczasy na Mauritiusie, Zanzibar w zasięgu, zarżnąć się o drożej, wyżej, dostatniej, upchać worki krótkotrwałych wrażeń po kres wytrzymałości szwów. I tylko czekam i czekam, a jednak ciągle nie wymyślono trumny z kieszeniami, żeby to wszystko spakować i zabrać tam, gdzie mól i rdza z pewnością dosięgnie.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Print Friendly and PDF