Jasne! Pytać nie muszę! Koleżanka internetowa! No kurwa mać! Co ją obchodzi mój covid? I jeszcze pitoli przez telefon, ciekawe co teraz robi ten jej glonojad z wyprzedaży? Przykleił się do telewizora?! A może posłała go na spacer z wiecznie jojczącą szczotą do dywanów i leje na mnie, jakbym była tą draceną, którą nerwowo stary szczypie. Już wie jak mnie gotuje! Jestem tolerancyjna, żeby nie było! Ciche wiadomości na WhatsAppie, bardzo proszę, nawet niech mu dupę wysyła i cyc kotwiczony sutkiem za gumkę majtek, czego nie słyszę sercu nie żal, ale telefon?! Niech biedak ślini się do zdjęć, jeśli żywej kobiety w domu nie dostrzega. Nawet niech łapy pcha w dres, matołek! Pod te fotki, niech mu będzie, może co znajdzie w otchłani zapomnianej męskości, bylebym nie musiała słuchać ciurlania w słuchawkę!
poniedziałek, 7 lutego 2022
Zazdrość i hipokryzja
Jasne! Pytać nie muszę! Koleżanka internetowa! No kurwa mać! Co ją obchodzi mój covid? I jeszcze pitoli przez telefon, ciekawe co teraz robi ten jej glonojad z wyprzedaży? Przykleił się do telewizora?! A może posłała go na spacer z wiecznie jojczącą szczotą do dywanów i leje na mnie, jakbym była tą draceną, którą nerwowo stary szczypie. Już wie jak mnie gotuje! Jestem tolerancyjna, żeby nie było! Ciche wiadomości na WhatsAppie, bardzo proszę, nawet niech mu dupę wysyła i cyc kotwiczony sutkiem za gumkę majtek, czego nie słyszę sercu nie żal, ale telefon?! Niech biedak ślini się do zdjęć, jeśli żywej kobiety w domu nie dostrzega. Nawet niech łapy pcha w dres, matołek! Pod te fotki, niech mu będzie, może co znajdzie w otchłani zapomnianej męskości, bylebym nie musiała słuchać ciurlania w słuchawkę!
niedziela, 6 czerwca 2021
Między Mietkiem, wójtem i plebanem
- Koszula niby czarna, ale prążek biały. Zamaskowałeś się, pleban? Marynarka, dżinsy? A sutanna?
- Nie ten czas, Mieciu. Na cmentarzu było jej miejsce, no i anielski orszak już twą duszę przyjął. A tu, pomyślałem, zwyczajnie, ludzie głodni i kotleta im trzeba, a nie sukienki.
- Smakowało? Schabowy był pod kapustę?
- Serniczek poszedł i tylko żal, że kawa podła. Nie chciałem przychodzić, sam wiesz , ale byłem ci to winny.
- Mogłeś choć koloratkę włożyć, ja nie wstydzę się naszej znajomości.
- Od niej tylko ludzie sztywnieją. Udają lepszych, przynajmniej do pierwszego kieliszka. Pilnują słów, a tak użyją dwa razy tyle, bo z przerywnikiem i to powszechnie uznanym za wulgarny. Odruch Pawłowa, Mieciu. Widzą czarnego i podskakuje wskaźnik pogardy. Wiesz, jak jest: darmozjad, zaraz potem pedofil albo pazerota w kiecce. Taki PR, dzięki medialnym przewielebnym i Smarzowskiemu, nic nie zrobisz. A takim niemedialnym, jak ja, zostaje zająć się posługą. W sutannie czy bez, katabas ma gryźć w oczy owieczki, choć im samym coraz bliżej akurat do wilczej skórki. Nie żebym cierpiał, mam nawet jakąś masochistyczną przyjemność z ich pogaństwa. Całkiem jakbym zasmakował we włosienicy. Patrz jak odświętnie odziani w szatki tradycji i zdrowaśki.
- Oj, pleban, nie ściemniaj. Już wiem, byłem tam przez chwilę - pokazał palcem w górę - ty cieszysz się na ten rozpad świata, bo czujesz, żeś życia nie przegrał. I żeś baby nie wziął, pleban…
- … tego do końca dni będę ci zazdrościł - Mietek powiedział to dwa tygodnie temu, teraz zamilkł, jakby nie wypadało kończyć. Usłyszałem tylko łomot ciężkiej klamki z drzwi sąsiedniej sali, mocno zabębniła o posadzkę.
- Teraz już nie zazdrościsz, co? – Odezwałem się dla pewności, że jest obok. - Nie myśl sobie, że było łatwo. Mieciu, teraz mogę ci powiedzieć: wiłem się nocami nieraz ze sterczącą brodawą, oczy pierdziały na widok odsłoniętych kobiecych ud w sklepie, na przystanku. I co mogłem? Padałem na klęcznik, tak! W środku nocy! A Pan dawał siłę swojemu ludowi. Minąłem półwiecze i ostatecznie przestał doskwierać ten magiczny brak kobiety. Przyszło zwycięstwo ducha nad ciałem, czy warto było? Wcale nie jest mi lżej od tego.
- Nawet koloratki nie wpiąłeś? Powiedz, pleban, tyś choć raz naprawdę uwierzył, że coś zmienisz na świecie? Popatrz na tych tam, że takim dasz wiarę w zmartwychwstanie?
- Gdybym nie wierzył, nie byłoby cię tu teraz, sam widzisz.
Lubił te same pytania, a im częściej powtarzałem odpowiedzi, tym większe budziły wątpliwości. Teraz, w milczeniu, oglądaliśmy dziesiątki baloników przez ogromne przeszklone drzwi. Część z nich walała się po podłodze, kilkadziesiąt domagało się uwolnienia ponad żyrandolami, krzyczącymi blaskiem plastikowego kryształu. O przeznaczeniu sali informowała gipsowa płaskorzeźba z młodą parą. Choć kamienne miny obojga wskazywały raczej na trzysta procent normy w wydaniu żniwiarki i tyleż mocy nieugiętego kowala. Kwitnący socrealizm miał się tu dobrze, nawet w wydaniu gotowych na trud budowania ojczyzny nieustannie powstającej z kolan. Szukając adresu wyczytałem na stronie lokalu coś o wystroju z ducha Ludwika XVI. Tymczasem kolumny raziły bielą i zwieńczeniem doryckim, dopełniając fantazję projektanta. Zebrani kupiliby każdy styl za sztukę mięsa z sałatką ze śledzia, podlewane wódką, w rytmie disco polo, bez najmniejszej pretensji do eklektyzmu. Zenek Martyniuk, zapuszczony przez didżeja właśnie przecinał gwar rozmów, jakbyśmy byli w środku wesela, choć ledwie minęła piętnasta.
- Poprawiny w sobotę? - Zmieniłem temat zerkając w stronę Mietka.
- To akurat pierwsza komunia jest, podobno święta, tylko nie z naszej parafii. Inaczej miałbyś rozeznanie, pleban. Ci są od Matki Bożej Pocieszenia.
- Nawet wyglądają na pocieszonych. Coś jednak pomerdałeś, Mieciu, tam pierwsza komunia była dwa tygodnie temu.
- Zgadza się. Dziś balety, a że godne wesela? Wnuk wójta gwiazdą przedstawienia.
- Widzę, że nawet Jezusa już im nie trzeba. Tu szybciej wody zabraknie jak wina. A ciebie nie zapraszali? Zdaje się, to nie twoja impreza.
- Na swojej też bywam. - Znowu głośno spadła klamka w sali obok, a Mietek uśmiechnął się szczeniacko. - A tu ciekawiej, weselej, nawet, tańczą. Słyszysz? Majteczki w kropeczki przygrywają, a rodzice komunisty mieszają drinki za barem. Kolorowe, z parasolką i bez… pomyśleć, że na moim przyjęciu stary wódkę do butelek po oranżadzie lał. Pod stołem polewał, bo nie wypadało mieszać Jezuska z Wyborową. I to po osiemnastej, jak już minęło majowe z naszym udziałem. Respekt był. Teraz można lać Soplicę z Krupnikiem, whisky zagryźć tortem i popijać barszczem, bo hostia strawiona dwie niedziele temu, a w jej miejsce jest pięć dań na gorąco i „Miłość w Zakopanem”. Tu łatwiej się umiera, pleban, tu niczego nie żal! Ludzkość wraca do remizy, tyle że z ajfonem. A może z niej nie wyszła? Tylko zabawek więcej dowieźli.
Silniej rozległ się ostry brzdęk spadającej mosiężnej klamki. Stypa po Mietku miała się dobrze. Spojrzałem nerwowo, ale przypomniał, że powinien regularnie dawać znać o obecności, co bez większej fatygi wychodzi akurat tu, gdzie ciśnienie samo jakoś tak skacze.
Teraz na dłużej otworzyły się drzwi i oswobodziły ryk z głośników: prawa, lewa, ręka w górę, buzi buzi szybko daj, albo jakoś tak, bo nie wyłapałem. Uwagę przykuł toczący się facet z obfitym brzuchem. Cały w bieli garnituru i muchy pod podwójnym podbródkiem, kontrastującej z przaśną czerwoną gębą mazowieckich łąk. W prawej trzymał butelkę czystej, w lewej dwa kieliszki, po czym bezpardonowo klapnął na ławce obok i zerkał na mnie z ukosa. Zostało czekać na „buzi, buzi daj”, ale zamykane drzwi komunijnej potupajki uwolniły nas od sugestywnej piosenki.
- Tak pomyślałem, pan, sam tu siedzi, z tej ochrony, ja rozumiem, a to normalna zabawa jest. Komunia wnuka – podniósł kieliszki w stronę małego, przyczajonego z kopertami w rogu sali. - Tu nie będzie żadnej rozróby, to poważne święto jest. Napijemy się po jednym, za zdrowie wnuka i na Boże błogosławieństwo. Na sucho ciężko obowiązki znieść, ja to rozumiem. Proszę, na zdrowie!
- Tu są kamery proszę pana, na korytarzu, stracę pracę i środki do życia.
Pozostałem w narzuconym zawodzie po blisko trzydziestu latach kapłaństwa, co było robić?
- Pij pan śmiało! Właściciel pana nie ruszy, on dobrze wie, kto ja jestem. Opcja nie do ruszenia, jestem! Nie ma z kim przegrać, panie!
Może zapomniał, że walnął swojego szota, a może mało było, bo przeznaczonego dla mnie też przełknął bez najmniejszej zmarszczki.
- Zobacz pan, jaki poważny, pąsowieje tylko w przy nowej gotówce. Skubaniec! Wnuś mi się udał, moja krew, nie zginie! Teraz, panie, takie dają prezenty na te komunie, że ja sam drugi raz bym poszedł! A co?! Tylko ze spowiedzią jest kłopot, bo ze trzydzieści lat nie byłem. Niby po co? Nikogo nie zabiłem i nie pożądałem żony bliźniego swego… nadaremno! He he he!
Klepnął mnie w kolano i wstał otworzyć drzwi gromadzie wybiegających dzieci. Doleciały słowa kolejnego przeboju: nawet gdy cię oleję, ty dalej masz nadzieję, a małe dziewczynki w biegu wykopały w moją stronę dwie krówki, w białych papierkach. Przeczytałem napis: „Pierwsza komunia święta Maksia”. Poszukałem wzrokiem chłopca w albie, właśnie oglądał konsolę, gdy kelnerka z wielkim nożem w garści próbowała nawiązać z nim kontakt. Tort już czekał, ale mały nie dał się odciągnąć. Dziewczyna rozpaczliwie próbowała ściągnąć wzrokiem jego matkę, ta nie mogła opuścić barku, skąd Mietek uśmiechał się do mnie z wyciągniętą w górę szklaneczką, ozdobną w czarną parasolkę. Kiwnąłem mu, gdy łomot spadającej klamki wybrzmiał ostatni raz tego dnia.
piątek, 1 sierpnia 2014
Diabelskie wyzwania
Wieczór docierał do wsi miłym wiatrem, który nie wnosił chłodu, a w gęstym powietrzu ostatnie motyle latały znacznie wolniej niż zwykle. Stary Dmyter ciągnął nogi za sobą, jakby nie nadążały za właścicielem, który nieuchronnie podążał w stronę chałupy. Kosmacz leżał w cieniu starej lipy i nie zamierzał otwierać czarciej powieki. Długość kroków Dmytera, ich rytm, odgłos szurania i durne chrząkanie po trzecim, wszystko to na pół kilometra niosło pewność postaci. Chyba tylko z nudów pomiot liczył jego ciężkie stąpnięcia i czekał na nagrodę za rozpoznanie. Tą nagrodą było oczywiście obfite pruknięcie idącego, tuż po siódmym kroku, zbliżone suchym dźwiękiem do darcia sparciałych kalesonów. I tym razem wybrzmiało takim echem, że diabeł westchnął z zazdrością. Dmyter szedł wystarczająco nawalony spod sklepu, żeby przylać starej, bo nie ma już nic z obiadu, ale jutro, przed nowym obiadem, pójdzie z krawatem pod kościół, bo tak chłopu wypada.
Teraz kobiecy głos doleciał Kosmacza zza płotu. Żabotkowa obrabiała dupę synowej, bo znowu zaszyła kieszenie w fartuchu, żeby stara nie wynosiła z domu ruskich papierosów na handel. Nie dość, że bimber pijakom opylała na krechę, to jeszcze własne dzieci do bankructwa chciała doprowadzić fajkami. Nic z tego nie robiła sobie Żabotkowa, wyspowiada się przecie z kradzieży, o obmowie też nie zapomni i nawet da proboszczowi większą „co łaskę”, a na drugi dzień charknie synówce w zacierki, bo jak takiej suce przebaczyć?! Napluje, bo co innego może stary, spracowany człowiek, którego lafirynda nie uszanuje? Dla zdrowotności mus jest odrzucić niemoc, żeby żółć serca nie zalała.
„Ludziska umoczone jak szczęki w nocnych kubkach”, ucieszył się Kosmacz, pogryzając błogo suche źdźbło i zarzucił dla odmiany lewą łydkę na prawe kolano, gdy z korony lipy ostatnie pszczoły zbierały się do ula. Tymczasem Dzbanik też czarta nie zawodził. Dobry kwadrans czaił się koło obory. Kosmacz usłyszał oznajmujące ryczenie jałówki i jeszcze raz uśmiechnął się do siebie. W tym mechanizmie wszystko pięknie zgrzytało jak w starym młynie, gdzie jeszcze trzysta lat temu rogaty dobrze się musiał urobić. A teraz Dzbanik bez zachęty szedł podglądać córkę Jaźwików, która właśnie doiła Mećkę i siedziała w zadartej kiecce pod krowim brzuchem, z wiadrem między kolanami. Ten widok staremu chłopu niezmiennie dodawał skrzydeł. Gorące wspomnienie nabitych i gorących ud strącało go obuchem niespełnienia wprost na wysokość zadu jałówki, pod którą podstawiał ten sam stołeczek, jeszcze ciepły od pośladków wesołej dojarki, podśpiewującej coś o majteczkach w kropeczki. Dzbanik nigdy krzywdy bydlęciu nie zrobił, ale młodej krówce umizgi widać nie przynosiły zaszczytu, bo zawsze tak samo ryczała z wyrzutem. Wyrzuty miał i Dzbanik. Jeszcze tego wieczoru, jak w zeszłym tygodniu i wcześniej, będzie zalewał się łzami i może na chwilę przebłaga Ucieczkę Grzesznych, przebierając paciorki różańca. Ale zło tu powróci szybciej niż Kosmacz spije ciepłe wieczorne mleko z innej krowy Jaźwików.
Błogość rogatego miała tym razem granice. Nagle wstrząsnął nim niemiły dreszcz. Zerwał się z ziemi ze złym przeczuciem i stanął wyprostowany, a kłaki na karku wyprężyły się niemal boleśnie. W głębi kieszeni rozległa się ostrzegawcza pieśń „Kiedy ranne wstają zorze”. Najgorsza możliwa melodia wróżyła bolesny powrót do innego wymiaru. To Radca Boruta przypomniał sobie o podwładnym. Wkrótce rozległ się znajomy, rozciągnięty nadmiernie bulgot starego sekretarza:
- Wy tam, Kosmacz, spoczęliście na laurach, coś nam się tu, wicie, tak wydaje.
Trawkę sobie skubiecie jak nie przymierzając cap po rui! A my tu w rogi zachodzimy z wątpliwości, czy wy podołacie jeszcze na powierzonym wam odcinku! Macie co prawda zasługi, ale samopoczucie stanowczo za dobre! Tymczasem wypalenie piekielne na was przyszło, a może straciliście kontakt z rzeczywistością, e? Nie przerywać! Słuchać! Skoro wam tam na tym wysrajewie za dobrze, to my wam tu taką delegację skroimy, że o miłosierdzie śpiewać będziecie jak w anielskim chórze. Słuchać! Nie przerywać! Macie dwa miesiące i jak ten klecha na waszym terenie dalej w glorii świętości chodzić będzie, szykujcie się na zmianę placówki. Nie przerywać! Wykonać!
Tyle że diabłu przerywanie nie mogło przecisnąć się między rogami ani przez gardło. Zdziwienie odebrało mu głos na moment. Wszystkiego mógł się spodziewać, ale nie tego, że temat proboszcza na egzekutywie stanie, że choćby ostatni diabeł omiataczem go trąci! Przecież Kosmacz wszystkich parafian przeciągnął już na swoją stronę, na wszystkie sposoby wykazał bezradność katabasa, więc o co zamieszanie? Jednak jego samego nie mógł na nic skusić, co prawda to prawda! To była stara szkoła i sumienna modlitwa za nim stała. Dojścia nie było! Kobiety go nie interesowały, chyba jaki impotent. Ministrantów otaczał opieką jak ojciec i nigdy żadnego nie dotknął. Wódką brzydził się jak polityką, jeździł rowerem, miał dwie sutanny i nawet koszuli nie kupił inaczej jak w lumpeksie. Wszystkie pieniądze z tacy szły tylko na zbożne cele. Z żadnej strony Kosmacz gamonia ugryźć nie mógł. A teraz jeszcze na co dzień słuchał Radyja! Tak wzmocnił twierdzę własnej duszy, że wszystkie feministki i lewacy razem wzięci połamaliby zęby na progu plebanii, a manifesty mogliby najwyżej wbić na ostatnie gwoździe tutejszych wychodków. Tylko że oni żyli równie daleko stąd jak od rozumu, a Kosmacz musiał działać natychmiast. I nie miałby pewnie pomysłu, gdyby nie napatoczyła się Luba. Zamknięciem sklepu wieńczyła koniec dnia, a smutkiem mizerny utarg, ale też narodziny idei świtającej między kosmatymi uszami. Przecież jutro niedziela i ta baba otworzy sklep! Może uratuje rodzinę, ale proboszcza pogrąży! Z radości diablisko wskoczył na lipę i ujrzał wieś w całej okazałości. Po chałupach się rozejrzał i wziął się do szkicowania listu z kurii, którym musiał zmotywować księdza Pietruszkę do wzmożonej troski o rozpaskudzoną i leniwą owczarnię, podążającą prostą drogą ku piekielnym bramom.
Ale co on ma zrobić? Może rzeczywiście nie był wymagający i surowy? Pytanie nie wybrzmiało do końca, gdy przy furtce stanęły dwie kobiety. Proboszcz przypomniał sobie o chrzcie wnuka Choćków. Schował różaniec do kieszeni i przywitał Sabinkę, ale drugiej kobiety nie rozpoznał. Gdy usłyszał, że ma być matką chrzestną, gniewnie chrząknął i zapytał wprost, czemu nie kojarzy jej twarzy z Kościoła? Dziewczyna spłonęła i zawstydzona przyznała, że to przez naukę. Najpierw mieszkała w internacie i rzadko przyjeżdżała do rodziców, ale chodziła do kościoła w mieście. Teraz studiuje zaocznie i w weekendy ma zjazdy. Proboszcz poczuł jak krew wypełnia mu twarz i pulsuje w skroniach: „Studia? Zaoczne? W niedzielę?! No to niech Sabina szuka innej chrzestnej matki! Ta wspiera dzieło szatana, a pomiotu nam nie trzeba, i bez obłudnych chrzestnych ludzie na zatracenie idą! Jak ona wspomoże w katolickim wychowaniu? Jaki przykład da?!”. I już został po nim szelest sutanny. Sabina stała z rozdziawioną paszczą, gdy niedoszłą chrzestną wstrząsnęły spazmy.
Dochodziło południe, gdy Luba zdziwiła się nieco, bo w drzwiach stanął proboszcz Pietruszka. Tym razem nie uśmiechał się życzliwie, nie powitał radośnie, tylko zapytał jak długo ma zamiar sklep otwierać w niedziele? Kobieta rozpłakała się i wyznała jeszcze raz, że ona nie z chciwości to robi przecież, nie z braku szacunku dla dnia świętego, ale bez tego nie utrzyma rodziny. Kapłan przerwał wzniesionym palcem: „Uważaj grzesznico! Z ambony wyklnę i pochówku rodzinie odmówię! Chyba że część niedzielnych zysków na kościół przekażesz!”. I cień sutanny nie postał w drzwiach, gdy Luba usiadła ze łzami w oczach na jedynym za ladą taborecie.







