Seriale w streamingu męczą mnie chyba bardziej niż telewizyjne reklamy. Równie mało mam do nich cierpliwości, choć rozumiem strategię. Jak najdłużej zatrzymać uwagę odbiorcy, zanim odda się bez granic innym mediom i jednocześnie tak towarzyszyć widzowi, by nie przeszkadzać podczas innych czynności dnia. Narracja, która w starym kinowym formacie zmieściłaby się w dziewięćdziesiąt minut, tutaj musi trwać co najmniej kilka odcinków. Kolejne epizody niewiele wnoszą, nie posuwają akcji, ale wielokrotnie powtarzane wątki, tematy i dialogi wokół tych samych spraw, dają poczucie bycia w ciągu i na bieżąco. Wszystko w trosce o obecność oglądającego podczas tłuczenia kartofla i żony czy stosowania wychowawczego lania dzieciaka zakłócającego odbiór durnym pytaniem o kieszonkowe. Serial nie może odrywać od polewania rosołu staremu i drinka teściowej, lokowania fryzury (nie produktu), depilacji miejsc mniej lub bardziej intymnych oraz tradycyjnego golenia. W efekcie ekranowa papka się klei, a odbiorca traci łącze z rzeczywistością, byle nie z ekranem. Tymczasem subskrypcja kręci kasę niczym odpustowa karuzela i wszyscy zadowoleni.
Póki co w domu nadeszła pora rozkładania talerzy i sztućców, toteż ruszyłem do pokoju, poza zasięg serialu. W głowie pozostała myśl o tych "złodziejach i bandytach", z których dziś większość nawet nie schyla się po kamienie. Oni nawet nie rozpraszają owiec, które i tak nie rozpoznają głosu pasterza. A kiedy owce głuche, a może i ślepawe, wygodniej dokonuje się rozboju i kradzieży w imię tegoż Jezusa, w dodatku nazywając siebie Jego arcypasterzami.
Żyjemy w czasie, w którym owieczki totalnie się pogubiły w polifonii głosów poza wszelkim kościołem i w zasadzie całkiem zbaraniały. Baców dziś większe stado niż owiec. Na każdym wirtualnym rogu trąbią z internetowej mównicy, co ślina jadem strzyknie. Nadszedł czas pasterzy lepszego stylu życia, osiągania szczęścia drogą na skróty, doskonałego tatuażu na kolanie, cud diety, diety najzdrowszej i wyjątkowej ze skutkiem znakomitego odchudzenia, głównie rozumu. Nie brakuje juhasów od dolegliwości wątroby i plamy na czole. Przekrzykują się pasterze polityki spiskowej i rasowej oraz najzwyklejsi pastuchowie wszelkiej trzody: płaskoziemnej, antyszczepionkowej, feministycznej, mizoginistycznej, LGBT, miejskiej, wiejskiej i nijakiej. W każdej dziedzinie, jaką tylko tknąć, samozwańczy czikosz staje w szranki ze sztuczną inteligencją. A każdy z nich – wiadomo – najmądrzejszy we wsi.
I tylko jedno powstaje pytanie: dlaczego żaden z sieciowych pasterzy mądrości wątpliwej nie zaproponuje zbawienia wiecznego? Odpowiedź znalazłem po obiedzie. W ramach deseru wolnego od cukru oddałem się lekturze zaległego numeru “Tygodnika Powszechnego”. Znalazłem tu rozmowę z Ianem McGilchristem, psychiatrą, neuropsychologiem i filozofem, a w niej ciekawy fragment: bardzo silne jest dziś przekonanie, że rzeczywistość składa się wyłącznie z materii. A materią się manipuluje, rzeczy się używa. W świecie rzeczy najwyższą wartością stają się władza i kontrola. To niezwykle dekadenckie i w gruncie rzeczy – smutne. W innych kulturach i czasach ludzie rozumieli wagę wartości dobra, piękna i prawdy. Dziś coraz bardziej się od tego oddalamy.
Tak, w świecie materii, rzeczy, zbawienie duszy staje się nierzeczywiste, podobnie jak postać Dobrego Pasterza zdaje się nie wykraczać poza kreację aktorską z serialu. Gdyby nie było Boga należałoby go wymyślić, mawiał Wolter. Minęły wieki i dziś można by powiedzieć: "Nawet jeśli Bóg jest, należy go strącić w wymyślone". Być może dlatego z taką łatwością Jezus, w świadomości masowej, staje się mityczną postacią herosa, lewaka, rewolucjonisty, bohatera memów, wypychanego poza namacalną rzeczywistość, bez większego żalu. Obraz rodem z naiwnej opowieści o nieśmiertelności dusz i szczęściu wiecznym nie pasuje do świata rzeczy, więc dziś i kamienie faryzeuszy na nic. Bajka wzięta z marzeń o zbawieniu, wiekuistej radości, wolnej od niespełnienia oraz bólu odchodzi w cień naszego czasu i naszej mentalności. Tylko nienasycenie i nieustające poczucie braku, tak charakterystyczne dla ludzkiego pędu od celu do celu, trwają w najlepsze i zdają się być jedynym drogowskazem, zanim przyjdzie kres. Dziś odkupienie nie ma zakorzenienia w prawdzie, bo podlega negacji w życiowych postawach rzeszy wierzących i kościelnych hierarchów. W rozdźwięku między głoszonym słowem a bytem ociekającym dostatkiem, otoczonym złotem, purpurą, pałacem i blichtrem, jakby po drugiej stronie ikonografii i obrzędu nie było już nic.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz