Są ochrzczeni, ale nie czują się częścią wspólnoty katolickiej. Biorą udział w tych rytuałach religijnych, które sami wybiorą […] Na mszy świętej pojawiają się rzadko. Mówią, że nie mają problemu z wiarą w Boga, oni mają problem z Kościołem. Tak o swoich bohaterach pisze Sylwia Szwed, autorka reportażu „Jezu, to nie fair” („Duży Format”, 01.12.2011). Autorka zastrzega, że nie tworzą oni żadnej wspólnoty i nie wiedzą nawzajem o swoim istnieniu. I to jest prawda. Każdy z nas może wskazać podobne osoby w swoim bliższym i dalszym otoczeniu; w rodzinie, wśród krewnych czy wśród sąsiadów i kolegów z pracy. Zdaje się, że pojęcie „wierzący niepraktykujący” jest dziś równie powszechne jak „Polak katolik” i może, dzięki Bogu, z czasem wywoła podobną obojętność, bo im więcej epatuje się podobnymi określeniami, tym mniej emocji one wywołują, pospolicieją i powszednieją, aż całkowicie przestaniemy przypisywać im jakąkolwiek moc.Zastanawiać może jednak fakt, dlaczego polski Kościół w powszechnej opinii i w medialnym ujęciu jest dziś tak skrajnie podzielony na zatwardziałych obrońców jedynie słusznej formy wiary i na tych letnich rytualistów, jakby zniknęli ludzie głębokiej religijności. Pierwsi występują jako zgorzkniali pieniacze, nieugięci obrońcy oblężonej twierdzy, wylęknieni i niezdolni do zdrowego dystansu wobec inności, agresywni wobec każdego, kto myśli inaczej. Drudzy chodzą na łatwiznę i pogubieni w gestach nie potrafią się odnaleźć. Nie stać ich na wysiłek poznania głębi tego, co krytykują lub negują nieco a priori, bez potrzeby poznania szczegółu. Ale też patrzą z jakąś tęsknotą i żalem, że nie mogą być ani prawdziwie wierzący, ani konsekwentnie niepraktykujący, więc lewitują pomiędzy jednym a drugim.
W omawianym tekście pojawia się charakterystyczna postać Marii, 27 letniej dziennikarki, w której postawie, niczym w soczewce, skupia się podejście do wiary bardzo charakterystyczne dla znacznej części rodaków. Z premedytacją zacytuję kilka zdań tej wypowiedzi, nie po to bynajmniej, żeby czepiać się mniej lub bardziej konkretnej kobiety, ale żeby przyjrzeć się zachowaniom osób, które koniecznie chcą obwinić Kościół – rozumiany jako połączenie wspólnoty, tradycji, wiary i Boga – a siebie usiłują zwolnić z wszelkiej odpowiedzialności za jakość tejże wspólnoty i wiary lub niewiary w ich własnym wydaniu.
Maria mówi: to był dla mnie pusty rytuał. Teraz śpiewamy, potem klęczymy, następnie siadamy. Boże, żeby była wolna ławka! Kazanie przesypiamy, myślimy o własnych sprawach. Aż chce się zapytać: czy wszelkie katechezy bohaterka też przesypiała? Zdaje się, że do matury dosyć czynnie „uprawiała rytuały”, a więc gdzieś miała szansę usłyszeć, co się dzieje i po co w czasie każdej Mszy. Podejrzewam, że na wielu rekolekcjach parafialnych mogła pobrać nauki, z których wynikało, z czego składa się Eucharystia i która część co oznacza i co daje. Miała dostęp do lektur objaśniających drogę do zbawienia, sens przeżywania pamiątki ofiary Jezusa, miała dostęp do czasopism katolickich na różnym poziomie, a jednak nie korzystała. Jeśli dziś, jako dorosła osoba z wyższym wykształceniem, mówi o pustym rytuale, to prawdopodobnie zabrakło inteligencji albo wiary właśnie, albo woli poznania i wejścia w tajemnicę Eucharystii. Nie było chęci przełamania własnych ograniczeń i zbliżenia się do Chrystusa na tyle uczciwie i szczerze, żeby poczuć mistyczną rzeczywistość skrytą w gestach i wypowiadanych słowach. Jeśli utkwiła na poziomie pantomimy, spektaklu gestów, na poziomie możliwym co najwyżej dla nastolatka i nie dała sobie szansy przejścia na wyższy poziom poznania, trudno dziś mieć żal do Kościoła, że statystyczna Maria podaje się za wierzącą ignorantkę i można Bogu dziękować, że przynajmniej uczciwie nie praktykuje dalej. Po co ma tracić życie na puste gesty?Dlatego też Maria nigdy nie odczuwała, że liturgia to wielkie przeżycie, a raczej ciężki obowiązek (Cholera, trzeba wstać, pójść i wystać swoje). Chodziła regularnie na msze z nadzieją, że uwierzy. Że zobaczy w tym sens. Ale tak się nie stało.
Ciekawe jaką metodą miało się to stać bez wkładu własnego? Zdaje się, że wszelkim Mariom i Marianom tego pokroju, przeszkodą na drodze wiary są oni sami. Przynajmniej dopóki chodzą na siłę do kościoła, ale nie odważą się pójść na spotkanie z żywym Bogiem, który objawia się tylko ludziom gotowym podjąć trud poznania. Bóg nikomu nie pcha się z butami w życie, oczekuje uczciwego zaproszenia ze strony człowieka. Dopóki zwolennicy ciężkiego rytuału nie idą na spotkanie z osobowym Bogiem, którego obecności pragną we własnym życiu, a zamierzają jedynie ograniczać Jego obecność do murów kościoła, nie pomoże im ani zmiana duszpasterza czy wyznania, ani tym bardziej wybieranie jak w hipermarkecie tych rytuałów, które są łatwo dostępne i wygodne w użyciu.
Maria jednak ma głębokie wrażenie, że Bóg jest obecny w jej życiu i pomaga, kiedy na czymś jej zależy. Od czasu do czasu z nim rozmawia, nie potrzebuje pośredników. W tym wyznaniu można się pogubić, przyznaję. Kto tu jest dla kogo bogiem? Maria bogiem dla Boga, czy jednak Bóg ma szanse dotrzeć czasem do Marii jako Pan jej życia i śmierci, Stwórca i kochający Ojciec? Oczywiście pod warunkiem, że ona na to pozwoli od czasu do czasu. A może wrażenie wiary, to jednak wrażenie obecności dżina na zawołanie? Coś w stylu: jak będę potrzebowała Twojej pomocy, to potrę lampkę łapką i wtedy drzyj zelówki, żeby spełniać moje życzenia. A jak spełnisz, zmykaj do swojej lampki do następnego roszczenia i niczego nie oczekuj. Gdy zaś pewnego dnia nie spełnisz moich zachcianek, to żaden z ciebie bóg, i nie licz, że będę pamiętać o tym, co dostałam pięć i piętnaście lat temu, żadnej wdzięczności, w końcu po co cię mam?
Maria w pogubieniu swoim ma jednak pragnienie łączności z Chrystusem eucharystycznym, gdy mówi: teoretycznie wiem, co oznacza Komunia Święta. Chcę w to wierzyć, ale nie czuję, że biorąc opłatek, spożywam ciało Chrystusa. A co miałaby czuć, przepraszam? Smak krwi i mięsa? Zobaczyć oślepiający blask łaski? Usłyszeć anielskie chóry? Jeśli zaraz potem wyznaje, że ostatni raz u spowiedzi była osiem lat temu? Może zatem zapomniała, że prawdziwa wiara, to nie fast food. Tu nie ma w pięć minut smacznie i ciepło. Żeby czuć, że spożywam ciało Chrystusa, trzeba trochę popracować nad sobą, postarać się wspomóc łaskę daną od Boga, daną tym, którzy uczciwie o to proszą, trudzą się ze swoim życiem, potykają się o własne słabości, podnoszą się, znowu upadają, ale za każdym razem uczciwie i z nową wiarą jednają się z Bogiem przez sakrament pokuty, walczą o lepsze „ja” i powoli dorastają do głębi wiary. Nie dzieje się to bynajmniej bez wysiłku, przy pomocy magicznych gestów, ale przede wszystkim przy wzrastaniu w codziennej łączności z Bogiem, przez pogłębianą modlitwę, lekturę Pisma Świętego, codzienne szukanie Boga także w drugim człowieku, w przełamywaniu siebie wbrew sobie i w najbanalniejszych, bezinteresownych gestach dobrej woli, ot choćby w parkowaniu samochodu z myślą o pozostawieniu miejsca drugiemu, choć o to nie prosi. Dopóki człowiek nie uczyni pierwszego kroku w stronę poznania rzeczywistości dobra i miłości, Kościół w każdym czasie i w każdej formie będzie tylko teatrem gestów, który da się obwinić o wszystko, tylko po co? Doskonale wiemy, że w Kościele przeważają ludzie słabi i ubodzy duchem, bo nie potrzebują lekarza ci, co dobrze się mają. Mocni zaś i święci żyją w ukryciu, zwyczajnie nie są medialni.
