Pokazywanie postów oznaczonych etykietą język polski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą język polski. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 maja 2021

"Pięset" bez plusa

❖Kliknij, żeby posłuchać tekstu w interpretacji autora❖

Znacie ten kłopot ze słuchaniem radia w samochodzie? Tak się porobiło, że na falach głównie stacje komercyjne, na poziomie krajowym, czyli „um cyk, um cyk, byle kasa szła” lub rozgłośnie dawniej ambitne, publiczne, sprowadzone przez państwo PiS do prymitywnej tuby propagandy, przetykanej disco polo i transmisją z nabożeństwa w intencji.
Worek sucharów z kminem temu, kto zdoła znaleźć stację z miarę obiektywnym serwisem informacyjnym, o godzinie powiedzmy siódmej rano, ale bez zabawy smartfonem za kierownicą. To naprawdę zaczyna urastać do rangi cudu. Próbuję sobie radzić słuchając TOK FM. Co prawda serwis tam króciutki i dość miałki, ale lepszy maślak w garści niż rydzyk w Toruniu. Czasem jednak - zmuszony przez użytkowników aut - skupiam się na drodze tak intensywnie, że wiadomości przelecą, a ja słucham już przeglądu prasy. Czemu nie, też chętnie biorę na uszy, ale tu pojawia się problem z prowadzącymi. 

Zwykle jest to kłopot z emisją głosu, z rzetelnym przygotowaniem bez dukania lub zwyczajnie logopedyczny. Czasem ignorancja stacji jednak czyni niemożliwym dosłuchanie tego do końca, bez ryzyka spowodowania wypadku. Lektor, na ucho w moim wieku, może nawet starszy, czyż nie powinien przejawiać odrobiny szacunku do mowy polskiej? Choćby przez wzgląd na słuchaczy, powagę marki, z racji wykonywanego zawodu? Zwykłej przyzwoitości i profesjonalizmu? Może choć z  powodu wytresowania i kindersztuby, wyniesionej z kultury języka, wymuszanej przez nauczycieli? Tymczasem czyta i słyszę wielokrotnie powtórzone: „pięset” sztuk, osób, złotych… jeszcze raz „pięset”. Zmienia temat i dowiaduję się, że Filipińczycy – z racji posiadanych cech – idealnie nadają się do wykorzystania w warunkach polskiego kapitalizmu, więc traktowani są przez naszych pracodawców na równi z dawnym chłopem „pańczyźnianym”, po czym „pańczyznę” odmienia przez inne przypadki do uwiądu mikrofonu.

W połączeniu z jego „yyyy” i jąkaniem, krew mnie w końcu zalewa, wyłączam radio, mając na uwadze dobro uczestników ruchu drogowego. I ciągle ściga mnie pytanie: czy taki ptyś mikrofonu nie ma nadzoru? Redaktora o stołek wyżej? Zatrudnia go równie potężny ignorant? A może ja zdurniałem oczekując, że ktoś zwróci uwagę na minimum misyjności w prywatnej stacji, bądź co bądź jednak „gadanej”, gdzie „um cyka” jak na lekarstwo? 

Wyrzuciłem to z siebie, przeczytałem i zrobiło się lżej na sercu, ale zaraz pojawił się troll na krawędzi monitora. Przebierał girami, poczochrał się pod pachą i popukał w czółko, spluwając nad opuszczoną maseczką, przez lewe ramię. 
- Przesada – rzucił – czym ty się zajmujesz? Jakby większych zmartwień nie było i pandemia wróciła do Wuhan. Po co grasz na spróchniałej strunie, stetryczały marudo? Dupę rusz po kiełbasę, apokalipsa w Biedrze, nawet musztardy ci nie zostawią, o parówce już możesz zapomnieć. Rodacy, długi weekend, puste półki, taki dżołk nieśmieszny. – Szarpnął łbem w stronę okna, przesunął daszek czapki do tyłu i podrapał się w miejscu, gdzie faceci noszą klejnoty. – Do kogo ta melodia? Przynudzasz, brniesz w czarną dupę. Nikt przez godzinę nie pamięta, kto pisał, a kto czytał, o czym było gadane, a ty czepiasz się słówka z radia, co najmniej jak czterdziecha tindera! Wiadomo, o co chodzi. Czy kto włącza czy „włancza”, ważne, że wie gdzie nacisnąć, wetknąć i jak wyprowadzić „pięset otwartom renkom”. 

- Jasne, a reszta jest milczeniem nad trupem patrioty! 

Posłałem za nim pożegnalne zdanie, gdy leciał już z czwartego fikuśnie machając łapkami. Zapomniałem, co naprawdę znaczy słowo patriotyzm, sięgnąłem do klasycznego słownika języka polskiego, znalazłem: postawa społeczno-polityczna i forma ideologii łącząca przywiązanie do własnej ojczyzny, poczucie więzi społecznej oraz poświęcenie dla własnego narodu z szacunkiem innych narodów i poszanowaniem ich suwerennych praw. Prawda jak pięknie to brzmi w zderzeniu z obrazem naszych chłopców patriotów z kotwicą na środku dresu? Z biało-czerwoną opaską na rękawie bluzy z kapturkiem? Z tęsknotą do husarii, z łomotem sprawianym „ciapatemu” za to tylko, że tu przyjechał? A jak dorzucić do tego troskę o czystość języka na ulicy, w radiu, internecie? Wyjdzie niezły pasztet umiłowania ojczyzny. My Polacy mniej już lubim sielanki, więcej parodię własnego wizerunku! 

Tak się mści paradygmat romantyczny, to nieustanne grzebanie w trumnach mniej lub bardziej rzeczywistych bohaterów narodu. Choć to właśnie historia uczy, ilu synów i córek ginęło w walce o obecność i czystość własnego języka, w zmaganiu z zaborcami, okupantami, z sowietyzacją, nowomową partyjną, by dziś bez żenady ich prawnuki i wnuki mogły olewać ortografię, znaki diakrytyczne, kaleczyć wymowę, zachwaszczać zbitkami z angielskiego i srać na własną kulturę. Takie to romantyczne nasze upominanie się o Polskę - mesjasza narodów, o serce Europy, gdy na własne życzenie robimy z niej prowincjonalny półdupek, zakałę analfabetyzmu na tle Francuzów, Niemców, Szwedów, w stronę których miło popatrzeć, ale już nie naśladować, grzebiąc mowę ojczystą  i kulturę w bagnie nieuctwa i lenistwa. Choć to akurat język prawdziwie kształtuje tożsamość i narodową odrębność, których nie da się podrobić. To jest jak plucie sobie w gębę, choćby Gombrowiczowską z ducha. 

Może należałoby w końcu zarzucić romantyzm i wrócić do pozytywizmu, z jego pracą u podstaw? Obejrzeć (bo czytania patrioci nie lubią) "Nad Niemnem", choćby tylko dla dialogów Benedykta Korczyńskiego z synem i zobaczyć budowanie postaw elementarnych dla przyszłości kraju. Przypomnieć mentalnemu chłopstwu „pańczyźnianemu”, że czysty klomb pod blokiem, niewyrzucany pet przez okno samochodu, skwer zamiast budynku, posegregowane śmieci, las bez puszek i butelek, niewycięta do gleby aleja parkowa albo zarzucenie telefonu w trakcie prowadzenia samochodu, odstawienie kielicha przed drogą, to głębsze przejawy patriotyzmu niż dzierganie orła w koronie na własnych cyckach. 

Troska o czystość języka, jak i trawnika, wymagają jednak wysiłku, edukacji i wyznaczania zadań sobie samemu, a tego nasz rodzimy patriota nie zniesie. On woli rzygać hejtem, bo łatwiej wymaga się od innych. Potrzebuje krzyczeć, nie słuchać, bo może musiałby nad sobą popracować. 

I żeby było jasne, powyższe słowa nie mają barwy politycznej. Nieustająca kpina z patriotyzmu, dotyczy tak samo wyznawców prawicy, jak i lewicujących chłopców z „Wyborczej”, gdzie nie tylko coraz mniej troski o korektę, ale i o redakcję tekstów. Oto czytam opinię o Kościele w początkach niepodległej Polski, gdy oczy atakuje zdanie: „Miał być siłą jednoczącą i gwałtującą ład społeczny w Polsce” (Bartłomiej Sienkiewicz, Nie chować głowy w piasek,. GW, 09.04.2021). Drukarski chochlik czy neologizm autora? Tak czy siak udany, skoro Kościół bardziej „gwałtuje” niż jednoczy od dawna.

wtorek, 16 stycznia 2018

Premiera dramaturżki

❖Kliknij, żeby posłuchać tekstu w interpretacji autora❖

Czasami człowiek musi, inaczej się udusi. Czterdzieści lat temu Jerzy Stuhr zaśpiewał tak w Opolu, a ja dziś muszę nie tyle śpiewać, co puścić siarczystą wiąchę oczyszczającą. Na początek roku zda się wiązanka, żeby wykrzesać z życia coś, co pozwoli przetrwać ciemność za oknem i całe to raczej ponure rozmemłanie w oczekiwaniu wiosny. O ile sobie przypominam, to było przed Bożym Narodzeniem, zebrało mi się pierwszy raz, dokładnie z tego samego powodu. W samochodzie palec mi się obsunął i włączyłem przypadkiem rozmowę o teatrze w radiowej „Trójce”. Pan reżyser, którego nazwiska nie usłyszałem, wyraził się o autorce utworu scenicznego per znakomita dramaturżkaTen trudny do wymówienia dziwoląg językowy raczej gładko przeskoczył przegrodę jego zębów, choć nie istnieje chyba jeszcze w żadnym szanującym się słowniku, ale wkrótce pewnie zagości pod presją odpowiednich środowisk. Bo my, Polacy, ponad sielanki lubim podziały i ideologie im sprzyjające.

    Uznałem, że skoro muszę już żyć w epoce politycznej poprawności i reklam środków na suchość pochwy, nie mam wyjścia, trzeba kląć dla zdrowia psychicznego. Machnąć raz w lewo, raz w prawo, żeby nie zwariować i trzymać się środka… niekoniecznie nawilżającego. Jechałem, ciskałem przekleństwami jak dobra panna młoda pieszczotą, a dłonią tłukłem kierownicę z bezsilności. Poniewczasie, jak to u choleryka, przyszła myśl, że może jednak nie wypada, nie przy dziecku, nawet jeśli leciwe i świeci po gałach świeżo odebranym dowodem osobistym. A i samo przeklnie nieraz jak sąsiad na widok Płaszczaka w telewizorze.

    Krewkość z powodu wybitnej dramaturżki powróciła, gdy w szanującym się sieciowym piśmie kulturalnym przeczytałem recenzję filmu Dzikie róże. Była tak dobrze napisana, że zerknąłem na notkę o autorce, a tam stało, że to dr, historyczka kina i krytyczka filmowa. Tylko czemu pierwszy człon był skrótem, zdziwił się ignorant we mnie. Czemu nie doktorka skoro krytyczka? Czyżby doktorka brzmiała lekceważąco czy za bardzo z czeska? A czy krytyczka nie deprecjonuje autorki, choćby jako określenie malutkiej pani krytyk, takiej cipu cipu krytyczkoniuni? Zwłaszcza, gdy kobieta zna się na rzeczy i o filmie świetnie pisze?

    Coraz częściej odnoszę wrażenie, że feminizm ze swoimi naciskami językowymi, miast wspomagać kobiety w walce o równe traktowanie, spycha je na obrzeża karykatury, wciska w gombrowiczowską gębę krzykliwych maniaczek i pretensjonalnych gęsi, pozbawionych zdrowego rozsądku. Ideologia, wolna od dystansu i refleksji, szyje im łatki i zakotwicza w dziwaczności języka. Jakby kobiety – słusznie przecież upominające się o swoje prawa – chciały strzelić sobie w stopę strąceniem w stereotyp feministki, postrzeganej jako nachalne babsko, pozbawione samodzielności w myśleniu, czepiające się upiornego nazewnictwa jak czarnej flagi, by za wszelką cenę machać przed linią wrogów (bo cały świat jej wrogiem). Obawiam się jednak, że ta metodyka wywołuje skutek odwrotny do zamierzonego. Podobne postępowanie potęguje widzenie w feministce ofiary losu, z której natura - z sobie wiadomych powodów – najwyraźniej kpi, uczyniwszy z niej tyleż szpetną, co hałaśliwą starą pannę, przed którą polszczyzna broni się jak ostatni we wsi 
kawaler przed zabawą w remizie, choć pijak i nic mu nie grozi.

    Pewnie nie jestem odosobniony w tych odczuciach. W zasięgu ręki mam wypowiedź jednego ze sprzymierzeńców, któremu doskwierają podobne dziwactwa naszego czasu i jawnie głosi swoją niechęć wobec wielu aspektów współczesnego życia. Dobrze, gdy człowiek znajduje lepszych od siebie, a podobnie odczuwających ból egzystencji w społeczeństwie, któremu coraz dalej do anielstwa.

    Aktor, reżyser i pedagog, Adam Ferency, w książce Nie i Tak mówi o takich wynalazkach językowych wprost: Nienawidzę tych udziwnień, na sam ich dźwięk tężeję. Wszystkie nowe żeńskie formy są sztucznymi, ideologicznymi koszmarkami. Jaka premiera do cholery? Premiera to jest w teatrze.

    Zatem jak to jest? Mamy coś przeciw kobietom? Przeciw równości? Obawiam się, że z szacunku dla kobiet, dla ich intelektu i wrażliwości, nie chcemy sprowadzać ani języka określającego ich zawód, talent czy status społeczny, ani samych kobiet i ich dokonań do poziomu groteski. I mówię to jako zwykły facet, a nie zwolennik patriarchatu. Mówię jako mężczyzna, któremu w przyjaźni 
zawsze było bliżej do kobiet niż do przedstawicieli własnej płci. No może jeszcze mówię jako polonista, któremu leży na sercu czystość języka i niezaśmiecanie go produktami takiej czy innej ideologii.

    Kobiety tymczasem i bez potworków językowych, tworzonych na ich cześć, zaskakują swoją nieprzewidywalnością, brakiem jednoznaczności i konsekwencji w wyborach, ale też zmiennością nastrojów płynącą z emocji i innością tak odległą, że aż fascynującą. Pomijając zachwyt urodą, urokiem i tym wszystkim, co składa się na pierwszorzędne cechy płciowe, w towarzystwie kobiet po prostu łatwiej być wrażliwym, empatycznym facetem, a to ciągnie w górę naszą męskość, że dwuznacznie zamknę wywód. Nawet jeśli i to słowo niektórym skojarzy się co najmniej dwuznacznie. I niech się kojarzy. Zdecydowanie bardziej wolę język polski w jego dwuznaczności, nawet erotycznej, budzącej uśmiech, choćby politowania, niż koszmarki językowe wojującego feminizmu, które co najwyżej sprzyjają skakaniu do oczu ku radości gawiedzi.
Print Friendly and PDF