Wieczór docierał do wsi miłym wiatrem, który nie wnosił chłodu, a w gęstym powietrzu ostatnie motyle latały znacznie wolniej niż zwykle. Stary Dmyter ciągnął nogi za sobą, jakby nie nadążały za właścicielem, który nieuchronnie podążał w stronę chałupy. Kosmacz leżał w cieniu starej lipy i nie zamierzał otwierać czarciej powieki. Długość kroków Dmytera, ich rytm, odgłos szurania i durne chrząkanie po trzecim, wszystko to na pół kilometra niosło pewność postaci. Chyba tylko z nudów pomiot liczył jego ciężkie stąpnięcia i czekał na nagrodę za rozpoznanie. Tą nagrodą było oczywiście obfite pruknięcie idącego, tuż po siódmym kroku, zbliżone suchym dźwiękiem do darcia sparciałych kalesonów. I tym razem wybrzmiało takim echem, że diabeł westchnął z zazdrością. Dmyter szedł wystarczająco nawalony spod sklepu, żeby przylać starej, bo nie ma już nic z obiadu, ale jutro, przed nowym obiadem, pójdzie z krawatem pod kościół, bo tak chłopu wypada.
Teraz kobiecy głos doleciał Kosmacza zza płotu. Żabotkowa obrabiała dupę synowej, bo znowu zaszyła kieszenie w fartuchu, żeby stara nie wynosiła z domu ruskich papierosów na handel. Nie dość, że bimber pijakom opylała na krechę, to jeszcze własne dzieci do bankructwa chciała doprowadzić fajkami. Nic z tego nie robiła sobie Żabotkowa, wyspowiada się przecie z kradzieży, o obmowie też nie zapomni i nawet da proboszczowi większą „co łaskę”, a na drugi dzień charknie synówce w zacierki, bo jak takiej suce przebaczyć?! Napluje, bo co innego może stary, spracowany człowiek, którego lafirynda nie uszanuje? Dla zdrowotności mus jest odrzucić niemoc, żeby żółć serca nie zalała.
„Ludziska umoczone jak szczęki w nocnych kubkach”, ucieszył się Kosmacz, pogryzając błogo suche źdźbło i zarzucił dla odmiany lewą łydkę na prawe kolano, gdy z korony lipy ostatnie pszczoły zbierały się do ula. Tymczasem Dzbanik też czarta nie zawodził. Dobry kwadrans czaił się koło obory. Kosmacz usłyszał oznajmujące ryczenie jałówki i jeszcze raz uśmiechnął się do siebie. W tym mechanizmie wszystko pięknie zgrzytało jak w starym młynie, gdzie jeszcze trzysta lat temu rogaty dobrze się musiał urobić. A teraz Dzbanik bez zachęty szedł podglądać córkę Jaźwików, która właśnie doiła Mećkę i siedziała w zadartej kiecce pod krowim brzuchem, z wiadrem między kolanami. Ten widok staremu chłopu niezmiennie dodawał skrzydeł. Gorące wspomnienie nabitych i gorących ud strącało go obuchem niespełnienia wprost na wysokość zadu jałówki, pod którą podstawiał ten sam stołeczek, jeszcze ciepły od pośladków wesołej dojarki, podśpiewującej coś o majteczkach w kropeczki. Dzbanik nigdy krzywdy bydlęciu nie zrobił, ale młodej krówce umizgi widać nie przynosiły zaszczytu, bo zawsze tak samo ryczała z wyrzutem. Wyrzuty miał i Dzbanik. Jeszcze tego wieczoru, jak w zeszłym tygodniu i wcześniej, będzie zalewał się łzami i może na chwilę przebłaga Ucieczkę Grzesznych, przebierając paciorki różańca. Ale zło tu powróci szybciej niż Kosmacz spije ciepłe wieczorne mleko z innej krowy Jaźwików.
Błogość rogatego miała tym razem granice. Nagle wstrząsnął nim niemiły dreszcz. Zerwał się z ziemi ze złym przeczuciem i stanął wyprostowany, a kłaki na karku wyprężyły się niemal boleśnie. W głębi kieszeni rozległa się ostrzegawcza pieśń „Kiedy ranne wstają zorze”. Najgorsza możliwa melodia wróżyła bolesny powrót do innego wymiaru. To Radca Boruta przypomniał sobie o podwładnym. Wkrótce rozległ się znajomy, rozciągnięty nadmiernie bulgot starego sekretarza:
- Wy tam, Kosmacz, spoczęliście na laurach, coś nam się tu, wicie, tak wydaje.
Trawkę sobie skubiecie jak nie przymierzając cap po rui! A my tu w rogi zachodzimy z wątpliwości, czy wy podołacie jeszcze na powierzonym wam odcinku! Macie co prawda zasługi, ale samopoczucie stanowczo za dobre! Tymczasem wypalenie piekielne na was przyszło, a może straciliście kontakt z rzeczywistością, e? Nie przerywać! Słuchać! Skoro wam tam na tym wysrajewie za dobrze, to my wam tu taką delegację skroimy, że o miłosierdzie śpiewać będziecie jak w anielskim chórze. Słuchać! Nie przerywać! Macie dwa miesiące i jak ten klecha na waszym terenie dalej w glorii świętości chodzić będzie, szykujcie się na zmianę placówki. Nie przerywać! Wykonać!
Tyle że diabłu przerywanie nie mogło przecisnąć się między rogami ani przez gardło. Zdziwienie odebrało mu głos na moment. Wszystkiego mógł się spodziewać, ale nie tego, że temat proboszcza na egzekutywie stanie, że choćby ostatni diabeł omiataczem go trąci! Przecież Kosmacz wszystkich parafian przeciągnął już na swoją stronę, na wszystkie sposoby wykazał bezradność katabasa, więc o co zamieszanie? Jednak jego samego nie mógł na nic skusić, co prawda to prawda! To była stara szkoła i sumienna modlitwa za nim stała. Dojścia nie było! Kobiety go nie interesowały, chyba jaki impotent. Ministrantów otaczał opieką jak ojciec i nigdy żadnego nie dotknął. Wódką brzydził się jak polityką, jeździł rowerem, miał dwie sutanny i nawet koszuli nie kupił inaczej jak w lumpeksie. Wszystkie pieniądze z tacy szły tylko na zbożne cele. Z żadnej strony Kosmacz gamonia ugryźć nie mógł. A teraz jeszcze na co dzień słuchał Radyja! Tak wzmocnił twierdzę własnej duszy, że wszystkie feministki i lewacy razem wzięci połamaliby zęby na progu plebanii, a manifesty mogliby najwyżej wbić na ostatnie gwoździe tutejszych wychodków. Tylko że oni żyli równie daleko stąd jak od rozumu, a Kosmacz musiał działać natychmiast. I nie miałby pewnie pomysłu, gdyby nie napatoczyła się Luba. Zamknięciem sklepu wieńczyła koniec dnia, a smutkiem mizerny utarg, ale też narodziny idei świtającej między kosmatymi uszami. Przecież jutro niedziela i ta baba otworzy sklep! Może uratuje rodzinę, ale proboszcza pogrąży! Z radości diablisko wskoczył na lipę i ujrzał wieś w całej okazałości. Po chałupach się rozejrzał i wziął się do szkicowania listu z kurii, którym musiał zmotywować księdza Pietruszkę do wzmożonej troski o rozpaskudzoną i leniwą owczarnię, podążającą prostą drogą ku piekielnym bramom.
Ale co on ma zrobić? Może rzeczywiście nie był wymagający i surowy? Pytanie nie wybrzmiało do końca, gdy przy furtce stanęły dwie kobiety. Proboszcz przypomniał sobie o chrzcie wnuka Choćków. Schował różaniec do kieszeni i przywitał Sabinkę, ale drugiej kobiety nie rozpoznał. Gdy usłyszał, że ma być matką chrzestną, gniewnie chrząknął i zapytał wprost, czemu nie kojarzy jej twarzy z Kościoła? Dziewczyna spłonęła i zawstydzona przyznała, że to przez naukę. Najpierw mieszkała w internacie i rzadko przyjeżdżała do rodziców, ale chodziła do kościoła w mieście. Teraz studiuje zaocznie i w weekendy ma zjazdy. Proboszcz poczuł jak krew wypełnia mu twarz i pulsuje w skroniach: „Studia? Zaoczne? W niedzielę?! No to niech Sabina szuka innej chrzestnej matki! Ta wspiera dzieło szatana, a pomiotu nam nie trzeba, i bez obłudnych chrzestnych ludzie na zatracenie idą! Jak ona wspomoże w katolickim wychowaniu? Jaki przykład da?!”. I już został po nim szelest sutanny. Sabina stała z rozdziawioną paszczą, gdy niedoszłą chrzestną wstrząsnęły spazmy.
Dochodziło południe, gdy Luba zdziwiła się nieco, bo w drzwiach stanął proboszcz Pietruszka. Tym razem nie uśmiechał się życzliwie, nie powitał radośnie, tylko zapytał jak długo ma zamiar sklep otwierać w niedziele? Kobieta rozpłakała się i wyznała jeszcze raz, że ona nie z chciwości to robi przecież, nie z braku szacunku dla dnia świętego, ale bez tego nie utrzyma rodziny. Kapłan przerwał wzniesionym palcem: „Uważaj grzesznico! Z ambony wyklnę i pochówku rodzinie odmówię! Chyba że część niedzielnych zysków na kościół przekażesz!”. I cień sutanny nie postał w drzwiach, gdy Luba usiadła ze łzami w oczach na jedynym za ladą taborecie.




