Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ona-i-on. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ona-i-on. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 3 listopada 2011

M. jak mężczyzna

    Na szczęście przyszła jesień i jest ich coraz mniej. Już nie kłują w oczy tak boleśnie. M. omija kwiaciarnie szerokim łukiem, są jak nagły wyrzut sumienia. Tam badyle zawsze czekają na okazję. Swoją drogą ciekawe, w ilu samczych głowach powstał podobny dylemat? Chociaż raz w roku. 

Zaczęło się gdzieś w połowie września. Emerytka ustawiła rozchwiany stolik przy siatce oddzielającej ogródek od chodnika. Na stoliku umieściła bukiety ostatnich kwiatów lata i wczesnej jesieni. Marcinki, astry, pojedyncze róże i michałki czekały na litość przechodnia, wbite w ucięte plastikowe butelki i stare słoiki. M. codziennie chciał docenić inicjatywę kobiety, która znalazła sposób, żeby dorobić grosik do zusowskiego ochłapu i przynajmniej nie żebrze. Sprzedaje efekt własnej pasji i cierpliwości, a że bez podatku? Za każdym razem, gdy M. chciał wynagrodzić jej trud i pomysłowość, kupić żonie choćby bukiet marcinków, ostatecznie spuszczał sobie jakiś szlaban przed nogi. Raz wykręcał się deszczem, to znów pośpiechem, koniecznością zrobienia zakupów w osiedlowym sklepie albo brakiem drobnych. Po co się tłumaczył i przed kim? Sam przed sobą? Nikt nie nakazywał mu romantycznych wzlotów, nie było świadków wewnętrznej pokusy, a jednak ciężarek męskości boleśnie i nieustannie napinał łańcuch oporu, a parawan maczo skutecznie oddzielał go od amatorskich bukietów.

    To jednak dosyć żałosny widok, gdy facet w kurtce z demobilu, z wojskowym plecakiem i w ciężkich butach grzeje z bukietem ogródkowych kwiatów, tłumaczył sobie M. Nawet jeśli jutro włoży lżejszą kurtkę i spodnie na kant, choćby pod pretekstem spotkania z klientem, kwiaty w dłoni zrobią z niego gościa w szpitalnym korytarzu, wazeliniarza idącego na spotkanie z panią prezes spółdzielni, jakiegoś uładzonego cieniasa z portalu randkowego, geja, a w najlepszym razie pantoflarza i jak nic wywołają uśmiech politowania w twarzach mijanych facetów. Całkiem prawdopodobne, że narazi się na uśmiech pobłażliwości w oczach mijanych kobiet. A jeśli zobaczą znajomi? Co z tego, że ma żonę anioła? Zaraz przeczyta w ich twarzach to podejrzliwe i ironiczne: „ale przeskrobał, teraz będzie dygał na zgięte kolanko. Pewnie się puścił albo ma kogoś na boku! Ale gość bez jaj jest, że szok. Leci z badylkiem, zamiast wypiąć klatę i do przodu. Ten to dopiero zapomniał o starej mądrości: wszystkich babek nie przelecisz, ale trzeba próbować”.

    M. nawet mógłby to znieść, przecież ma wymarzoną żonę, jak nikt zasługuje na niespodziewane kwiaty bez okazji. Tylko palant nie przynosi kwiatów dobrej żonie albo przynosi je z okazji imienin, urodzin i pokomuszego dnia kobiet. Ale czy ona to doceni? Przecież zupełnie nie ceni go za mycie okien, za gotowanie i odkurzanie, przestała dostrzegać czyste naczynia po obiedzie i zapomniała dawno, że jeśli M. pracuje po godzinach, gary czekają niemyte, choć na ich widok chce mu się wyć z bezradności. Skoro o tym zapomniała i wpisała czynności w stałą kolumnę standardu ich małżeństwa, więc najdalej po trzecim bukiecie najpiękniejsze kwiaty przestaną robić wrażenie. Zaraz potem nie zobaczy romantycznego gestu nawet w kolorowych bukietach liści, które czasem przynosi jej ze spaceru, korzystając z towarzystwa dziecka, maskującego rzeczywiste ojcowskie intencje.

    Po co zresztą przynosić kwiaty? Zawsze jej powtarza, że najpiękniejsze są na zdjęciach i w ogrodzie, obramowane miejscem, w którym przyszły na świat. Ścięte tracą na ważności, a mężczyźni muszą być praktyczni. Czemu kobiety nie potrafią zrozumieć, że kawał łodygi z liściem i pączkiem jest chwilowy? I cóż to za gest, który w dwa dni, trzy, najdalej w pięć, przejdzie w totalne zapomnienie i pozostanie ohydnym smrodem wody z wazonu? Że romantycznie rozciągnie woń nadgniłego trupa? Jaką one mają z tego przyjemność? Że o niej pamięta? Więcej kosztuje go pamięć w codziennym porannym parzeniu kawy. Jeszcze więcej kosztuje cierpliwe oczekiwanie w przymierzalni, gdy jedyną rekompensatą traconego życia są uchylone zasłony podczas przymiarek innych pań. Więcej zaangażowania pakuje w podawanie śniadania do łóżka w sobotę, jeszcze więcej zabierając ją na obiad w tygodniu, choć mógłby pójść z nową księgową, a może z koleżanką z roku, z którą odnaleźli się po latach na fejsie. Czasem wolałby zabrać tę nową, uroczą, z działu windykacji, choć pewnie przy bliższym poznaniu okaże się pusta jak wyborcza obietnica. Przecież zawsze myśli o żonie, ale nie! Jej ciągle mało! Za każdym razem potrafi powiedzieć przy gościach, że mąż nigdy nie przynosi kwiatów, bo nie wiadomo, czego bardziej nie znosi: rozstawianych wazonów czy pustych gestów?


Te wszystkie baby w radiowej Trójce są jakieś inne, skoro od rana trują, jaką to radość daje im bukiet. Choć pewnie ani nie pachnie, ani nie cieszy dłużej niż chwilę po wejściu do przedpokoju. Ale na antenie nie wypada inaczej chrzanić. Gadają, utyskują, jęczą, bo nigdy ich nie dostają. M. przynosi przecież kwiaty bez okazji, oczywiście, że przynosi, ale wiosną. Wtedy wszyscy noszą żonkile, tulipany i gałązki brzozy, łatwiej wtopić się w tłum i nie stracić nic z mężczyzny. Ale jesienią? To podejrzane, zwłaszcza, że żona nie wytrzyma i pochwali się koleżankom. One już jej na pewno podsuną myśl, że chłop ma coś na sumieniu. A jeśli żona straci zaufanie?

    Na szczęście M. wszedł już na schody, dylemat uleciał z bukietem zapachów, innym na każdym półpiętrze. Tu bigosik, tam kurczak pieczony, tu ciasto, tam ryba, tyle przyjemnych woni, że można zapomnieć o chwilowej pokusie targania żonie kwiatów bez okazji. Dobrze, że droga do domu dobiegła końca, bo już mocno się utrudził rozmyślaniem o chwilowej przyjemności, którą mógłby przecież sprawić, ale po co? Szczególnie, gdy taka ulotna i niewarta nawet dłuższego zaprzątania głowy.

    Otworzył drzwi z uśmiechem, ale żona nie uwiesiła się na szyi. Spojrzała uważnie, obeszła M. dookoła i z odezwała się z pretensją: no właśnie, że też ty, tak wyjątkowy mąż, poukładany, mądry i dobry, nie pomyślisz nigdy, żeby dać ukochanej żonie jesienne kwiatki, tak bez okazji… a cały czas mówią o tym w Trójce. Korona z głowy by ci nie spadła, gdybyś raz posłuchał, że to takie ważne dla kobiety.

sobota, 2 kwietnia 2011

Jej ranek

❖Kliknij, żeby posłuchać tekstu w interpretacji autora❖

    Anna pije kawę z gorącego kubka i odstawia go na parapet, nie da się utrzymać. Patrzy na zgięte plecy starowinki, która karmi koty przy drewnianej budce, skleconej z różnych kawałków płyty i sklejki. Rachityczny domek stoi nieopodal, za porwaną siatką płotu. Dwa pręgowane koty siedzą w skupieniu, gdy czarny krąży podniecony. Może nawet są wdzięczne za łatwe i regularne śniadanko? Co kobieta zrobi potem, gdy skończy? Może pójdzie na poranną Mszę? A może już tylko usiądzie przy swojej bułce, serku i gorzkiej herbacie? Zapatrzona w portret męża zatrzyma się nad kolejnym kęsem, z myślą o zbliżającej się, dwunastej, rocznicy śmierci. Potem umyje kubek, włączy telewizor, obejrzy wiadomości i pokręci z niepokojem głową. Z tym samym od lat, bezradnym, współczuciem wobec świata, z którym nic już jej nie łączy. Tylko czas płynie po nic, zaciera wszelkie namiętności, bo wyblakły i uwolniły ją od niepokoju przemijania. Czy jest coś winna światu? Różaniec? Dziękczynną litanię, za wszystko, co było jej dane, z prośbą, żeby ten się jednak opamiętał i już nie zatracał, do czego być może sama się przyczyniła.

    Koty? Jedyne stworzenia, którym czuje się potrzebna i płaci za to wysoką cenę. Chuligani rozbijają budę, sąsiedzi wyśmiewają albo szykanują, wyzywają od dziwaczek, opiekunek śmierdzieli. Grożą, że wytrują jej pchlarzy, bo blok jest dla ludzi, nie dla futrzaków i obleśnych bab. Ilu może dopuścić myśl, że starucha była dobrym lekarzem ich dziadków?

Anna przełyka gorącą kawę, trochę parzy usta kolejną dawką i gorzko uśmiecha się na myśl, że to właśnie dziś tak bardzo zobaczyła siebie w babci sąsiadce. Siebie w nieodległej przyszłości, która dopadnie nim się obejrzy. Unieważni obecne dylematy, zniweluje radości i traumy, wybieli wątpliwości i zaczerni wszelką namiętność. Czemu tak zwana życiowa mądrość nie chroni od smutku, którym nasiąka jak gąbka octem? Skąd ponure barwy właśnie teraz, z początkiem wiosny? Gdy kwitną wokół krzewy, a w internecie ciągle tyle zdjęć ze słońcem i bzami.

    Tymczasem gdzieś tam daleko mąż popija inną kawę, przyniesioną przez 
Asię sekretarkę. Może nawet westchnął na widok jej odsłoniętych wiosennie ud, gdy pochyliła się z tacą. Ma prawo, zima była wyjątkowo męcząca, choć dla Anny dosyć wiosenna.

Ciągle czuje na sobie wzrok męża, bynajmniej nie własnego. Ten dawno przestał śledzić jej ruchy, nawet gdy chodzi w najnowszej bieliźnie. Obcy mąż przenika spojrzeniem tak wyczekującym, mądrym i ciepłym, że przyprawia skórę o to miłe napięcie. Wczoraj, pod blokiem, jego oczy jakoś wyjątkowo prosiły: „powiedz, że mam cię pocałować”. Ale nic nie mogła. Odeszła tak szybko jak tylko potrafi, z obawy że mogłaby się rozpłakać. Wie doskonale, nie może posunąć się dalej. Szczególnie teraz, gdy wiosna budzi motyle, gdy miłość niemal pachnie w powietrzu. Anna nie potrzebuje nowego uczucia. Ma męża, spełnia się w pracy, jest szczęśliwą matką dwojga dzieci, nie wolno tego burzyć, nie wolno więcej ryzykować. Choć to takie piękne, jeszcze raz odkrywać zachwyt sobą. Czuć bliskość mężczyzny inteligentnego, z nieco ironicznym poczuciem humoru, z dystansem do siebie i świata, który rozumie intencje, zanim się je wypowie. Zawsze można na niego liczyć, ale nie ma potrzeby wchodzić w jego związek, równie udany i spełniony, równie zaśniedziały w szczęściu. Tak, bo każdy ład i szczęście w końcu pokrywa się patyną, a posiadanie nie daje człowiekowi spokoju, żadną miarą. Czy nową energię zawsze daje tylko dążenie do dobrze znanego i w gruncie rzeczy przewidywalnego spełnienia?

    Łzy stanęły w oczach Anny i nie wywołał ich kolejny łyk gorącej kawy. To odchodząca radość, która niosła ją jeszcze miesiąc temu. Bardzo cieszyły długie nocne rozmowy, w których odkrywała swoje dylematy, troski, głębię ducha, jaką otwierał człowiek przychodzący znikąd i nie wiadomo po co. Niosła ją harmonia ducha i ciała, to poznanie nowego, pragnienie pieszczoty, głośne marzenie Tomasza o dotykaniu jej ramion, dłoni, warg. Jeszcze raz w życiu poczuła się upragnioną dziewczyną, gdy rozkwitła kobiecość nie budzi już zachwytu męża. Owszem ma miłość od ślubu, nawet czuje jego pożądanie, ale przecież to takie znane, powszechne, od piętnastu lat niezmienne. Choć szczere, to jakby z obowiązku, pozbawione właśnie tej świeżości.

    Czym ona jest? Ułudą? Sekundą raju? Reakcją chemiczną w mózgu, która zniknie z czasem? Anna ochłonęła, bo znowu zobaczyła babcię sąsiadkę. Tym razem wynosiła ciężki worek i po chwili bardzo zmagała się z ogrodzeniem śmietnika. Przez moment pozazdrościła jej starości, która wyzwala od szarpania się z głupawymi uczuciami. Teraz powrócił dziwny wczorajszy smutek.

Poczuła jeszcze raz ten moment, gdy wysiada z jego samochodu i powoli idzie do domu. Łydki drżą, są miękkie i ramiona zwiotczałe ze stresu, a w ustach czuje suchość. Nie może zapanować nad własnym ciałem i tak bardzo chce wrócić do niego, uwiesić się na szyi, ostatni raz. Przecież on tam patrzy, czeka, nie odjeżdża. Ale Anna jest dzielna, zapala światło na schodach i już wie, że nie dała się zwyciężyć cielesności. Wygrał jej ułomny duch, miotany sprzecznościami. I choć powinna cieszyć się zwycięstwem, jest zgnębiona. Przecież zwyciężyła pragnienie, jego i swoje, pokonała pokusę zdrady, była dzielna, wierna, podniosła się z wcześniejszych upadków. Dlaczego zatem nie mogła poczuć zwycięstwa, a zamiast uniesienia przyszła gorycz.

    Dziś pije czarną kawę ze smutkiem niedosytu, ostatkiem sił próbuje równać w górę, uwierzyć, że może gorzej smakowałaby kawa ze śmietanką zdrady.
Print Friendly and PDF