Już za chwileczkę, już za momencik kolejna fala maturzystów przeleje się przez kraj. Tymczasem w niektórych rejonach zima przypomniała o sobie śniegiem, i to teraz, gdy przynajmniej niektórzy rodzice i maturzyści wyglądają kwitnących kasztanów. Jakaś nieczysta myśl podpowiada, że ten brak białego kwiecia na pięknych kasztanowcach, to nie tylko sukces zimy i wytężonych starań szrotówka kasztanowcowiaczka. Jest w tym braku także duch czasu i dziejowa sprawiedliwość. Tak mi się wydaje. Może się wydawać? A czemu nie?Wszystkim wiadomo od dawna, że matura przestała być egzaminem dojrzałości. Stała się meczem, rozgrywanym na bardzo umownych zasadach, pomiędzy abiturientem a Ministerstwem Oświaty. Władze nie tyle stawiają na rozwój intelektualny młodzieży, co na procentowy wynik zdawalności i ten szczytny cel mając na uwadze, z uśmiechem puszczają oko do maturzysty. W ten sposób z roku na rok matura staje się ledwie żałosnym biegiem po punkty tak istotne dla obu stron. Dziś każdy nauczyciel języka polskiego wie, że żeby ją zdać, można przez całą szkołę średnią nie przeczytać ani jednej lektury, można nie napisać samodzielnie żadnej pracy, aby ostatecznie zwycięsko wyjść z dobrym świadectwem, pozostając szczęśliwym analfabetą. Ale analfabetą ze wspomnieniem radosnego rzygania podczas studniówki w wypasionym hotelu lub analfabetką z pogodnym wspomnieniem startu w zawodach na najpiękniejszą i najmodniejszą studniówkową sukienkę oraz najczerwieńszą podwiązkę. W tej sytuacji i brak kwitnących kasztanów nie ma znaczenia, bo to symbol przerzucony do lamusa wraz z dojrzałym traktowaniem rzeczonego egzaminu.
Jak świat światem maturzyści święci nie byli, nie ma co gloryfikować historii tego egzaminu. Jak pamięć daleko sięga, były ściągi w kanapkach, były marynarki zatkane cytatami, były uda zapisane pod rajstopami matematycznymi wzorkami, były pasy papieru wypisane na wszelkie możliwe sposoby, nie pomijając praktyk rodem spod celi. Od zawsze zdający maturę liczyli bardziej na otoczenie niż na własne zasoby wiedzy. Ale jednocześnie musieli się zmierzyć na wielkiej sali z obowiązkiem samodzielnego pisania pracy na pięć stron papieru kancelaryjnego, a więc same cytaty z kanapki nie wystarczyły. Trzeba było umieć przynajmniej połączyć je własnymi zdaniami, trzymając się zadanego tematu. Trzeba było umieć w miarę logicznie zbudować zdania tej wypowiedzi i jeszcze mieć świadomość, że przekroczona, dopuszczalna, ilość błędów ortograficznych eliminuje z tej gry ostatecznie i bezpowrotnie. Na tyle zdający musiał się wysilić w czasie całej edukacji, żeby pozdawać sprawdziany ze znajomości lektur i bez pomocy bryków czy internetu, nauczyć się pisać po polsku.
Dzisiejsza matura jest córką swojego czasu i podobnie jak niektóre instytucje kultury, jak telewizja publiczna i prywatna prasa, idzie na łatwiznę, bo nie jest zainteresowana rozwojem jednostkowym, podnoszeniem poprzeczki, kreowaniem dobrego gustu i smaku, więc nie ma potrzeby pielęgnowania umiejętności rozumienia tekstu pisanego jak i rozumienia świata, w którym żyjemy. Wszystko razem wzięte pozbawiło młodych ludzi także wstydu bycia analfabetą. Nauczyło zaś zaradności w przeliczaniu tego, co się opłaci. Oczywiście nie wszystkich. Nadal przecież każdy z nas bez większego trudu wskaże w swoim otoczeniu młodych świetnie piszących po polsku, znających fizykę, matematykę, chemię, historię, kulturę i literaturę własnego narodu i nie tylko. Znamy uczniów błyszczących erudycją w wielu dziedzinach, tylko nie wiedzieć czemu, jest to grono szczuplejące każdego roku, istniejące w coraz większym oderwaniu od poczucia przydatności szkolnych przedmiotów w życiu. Nauczyli się mierzyć wszystko i przeliczać na zysk punktowy lub materialny, ale zawsze wymierny, przynoszący korzyść natychmiast, w sposób uchwytny. Dlaczego? Bo własny rozwój, bycie mądrzejszym, pełniejszym i piękniejszym człowiekiem, który lepiej zrozumie, o co w życiu może chodzić, skąd i po co tylu różnych manipulatorów, przestaje mieć znaczenie. Coraz trudniej przekonać młodych, że pogłębiony rozwój owocuje dopiero z czasem, choćby większą łatwością znalezienia się w każdej sytuacji, umiejętnością budowania własnego szczęścia bez zaangażowania cudzych łez. Coraz rzadziej udaje nam się przekonać młodych, że coś, czego dziś nie da się pokazać na fejsie i naszej klasie, na pewno opłaci się za piętnaście lat.
Jakiś czas temu głośno było o inicjatywie trójki studentów, którzy za wszelką cenę chcieli pokazać społeczeństwu, że „matura to bzdura”. Żeby tego dowieść stworzyli internetowy program telewizyjny pod takim efektownym hasłem. Prowadzą sondy uliczne, w których zadają pytania dawnym maturzystom, by udowodnić, że pytani nie mają dziś wiadomości z tego okresu życia. Czego dowodzi ten świetny i błyskotliwy, młodzieńczo anarchistyczny, protest? Że tamta wiedza była źle ugruntowana? Że była zła, bo abstrakcyjna? Że szkoła funkcjonuje w oderwaniu od życia? Że wiedzę zdobywamy podług zasady „trzy razy zet”, tj. zakuć, zdać, zapomnieć? Być może, ale niechcący pomysł pokazał, że większość ludzi zatrzymała swój rozwój intelektualny na etapie szkoły średniej i potem nie zrobili nic więcej. Studia, nawet jeśli je skończyli albo były - jak każde studia - ukierunkowane specjalistycznie, a więc ograniczające, albo po prostu były na modnym dziś poziomie, czyli kto opłacił semestry dyplom dostał.
Autorzy programu nie poddali rezultatów swojej pracy prostej refleksji albo zapomnieli, że matura to nie egzamin dający kompetencje omnibusa na wieczyste użytkowanie, bo w założeniu miał dawać podstawę do samodzielnego, dojrzałego właśnie, dalszego rozwoju człowieka. Gdy zaś zadawali pytania o sens nauczania geografii, literatury, historii kultury, podkreślając życiową nieprzydatność tej wiedzy, pominęli być może fakt, że poza szkołą, większość rodaków, sama i z własnej woli, nigdy nie sięgnie po takie przedmioty, a tym samym, bez wypracowanego dotąd i wcale nie wolnego od wad systemu edukacji, moglibyśmy śmiać się potem z siebie, jak dziś śmiejemy się z niektórych Amerykanów, którzy przybywają do nas przerażeni i pozytywnie zaskoczeni, że w Polsce jednak nie biegają ulicami głodne białe niedźwiedzie. Zdumieni przekonują się, że na wschód od Łaby nie zaczyna się kraina wiecznego śniegu, a ludzie wyszli z jaskini.
Obawiam się, że sondy w duchu „matura to bzdura” nie dowodzą zupełnie niczego, poza dawno odkrytą prawdą ewolucji, która powiada, że nieużywany narząd zanika. Dzisiejsza zaś matura usiłuje coraz częściej przekonać, że używanie własnego aparatu poznania jest wręcz zbyteczne, skoro wszystko da się wyguglować, a potem przeliczyć na procenty i punkty z podstaw lub rozszerzenia, a jak te mają się do życia? Przekonamy się za jakiś czas, jeśli po drodze nie zostaniemy intelektualnym Bangladeszem Europy.




