Pokazywanie postów oznaczonych etykietą matura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą matura. Pokaż wszystkie posty

środa, 4 maja 2011

Bura matura

Już za chwileczkę, już za momencik kolejna fala maturzystów przeleje się przez kraj. Tymczasem w niektórych rejonach zima przypomniała o sobie śniegiem, i to teraz, gdy przynajmniej niektórzy rodzice i maturzyści wyglądają kwitnących kasztanów. Jakaś nieczysta myśl podpowiada, że ten brak białego kwiecia na pięknych kasztanowcach, to nie tylko sukces zimy i wytężonych starań szrotówka kasztanowcowiaczka. Jest w tym braku także duch czasu i dziejowa sprawiedliwość. Tak mi się wydaje. Może się wydawać? A czemu nie?

    Wszystkim wiadomo od dawna, że matura przestała być egzaminem dojrzałości. Stała się meczem, rozgrywanym na bardzo umownych zasadach, pomiędzy abiturientem a Ministerstwem Oświaty. Władze nie tyle stawiają na rozwój intelektualny młodzieży, co na procentowy wynik zdawalności i ten szczytny cel mając na uwadze, z uśmiechem puszczają oko do maturzysty. W ten sposób z roku na rok matura staje się ledwie żałosnym biegiem po punkty tak istotne dla obu stron. Dziś każdy nauczyciel języka polskiego wie, że żeby ją zdać, można przez całą szkołę średnią nie przeczytać ani jednej lektury, można nie napisać samodzielnie żadnej pracy, aby ostatecznie zwycięsko wyjść z dobrym świadectwem, pozostając szczęśliwym analfabetą. Ale analfabetą ze wspomnieniem radosnego rzygania podczas studniówki w wypasionym hotelu lub analfabetką z pogodnym wspomnieniem startu w zawodach na najpiękniejszą i najmodniejszą studniówkową sukienkę oraz najczerwieńszą podwiązkę. W tej sytuacji i brak kwitnących kasztanów nie ma znaczenia, bo to symbol przerzucony do lamusa wraz z dojrzałym traktowaniem rzeczonego egzaminu.

    Jak świat światem maturzyści święci nie byli, nie ma co gloryfikować historii tego egzaminu. Jak pamięć daleko sięga, były ściągi w kanapkach, były marynarki zatkane cytatami, były uda zapisane pod rajstopami matematycznymi wzorkami, były pasy papieru wypisane na wszelkie możliwe sposoby, nie pomijając praktyk rodem spod celi. Od zawsze zdający maturę liczyli bardziej na otoczenie niż na własne zasoby wiedzy. Ale jednocześnie musieli się zmierzyć na wielkiej sali z obowiązkiem samodzielnego pisania pracy na pięć stron papieru kancelaryjnego, a więc same cytaty z kanapki nie wystarczyły. Trzeba było umieć przynajmniej połączyć je własnymi zdaniami, trzymając się zadanego tematu. Trzeba było umieć w miarę logicznie zbudować zdania tej wypowiedzi i jeszcze mieć świadomość, że przekroczona, dopuszczalna, ilość błędów ortograficznych eliminuje z tej gry ostatecznie i bezpowrotnie. Na tyle zdający musiał się wysilić w czasie całej edukacji, żeby pozdawać sprawdziany ze znajomości lektur i bez pomocy bryków czy internetu, nauczyć się pisać po polsku.
  

Dzisiejsza matura jest córką swojego czasu i podobnie jak niektóre instytucje kultury, jak telewizja publiczna i prywatna prasa, idzie na łatwiznę, bo nie jest zainteresowana rozwojem jednostkowym, podnoszeniem poprzeczki, kreowaniem dobrego gustu i smaku, więc nie ma potrzeby pielęgnowania umiejętności rozumienia tekstu pisanego jak i rozumienia świata, w którym żyjemy. Wszystko razem wzięte pozbawiło młodych ludzi także wstydu bycia analfabetą. Nauczyło zaś zaradności w przeliczaniu tego, co się opłaci. Oczywiście nie wszystkich. Nadal przecież każdy z nas bez większego trudu wskaże w swoim otoczeniu młodych świetnie piszących po polsku, znających fizykę, matematykę, chemię, historię, kulturę i literaturę własnego narodu i nie tylko. Znamy uczniów błyszczących erudycją w wielu dziedzinach, tylko nie wiedzieć czemu, jest to grono szczuplejące każdego roku, istniejące w coraz większym oderwaniu od poczucia przydatności szkolnych przedmiotów w życiu. Nauczyli się mierzyć wszystko i przeliczać na zysk punktowy lub materialny, ale zawsze wymierny, przynoszący korzyść natychmiast, w sposób uchwytny. Dlaczego? Bo własny rozwój, bycie mądrzejszym, pełniejszym i piękniejszym człowiekiem, który lepiej zrozumie, o co w życiu może chodzić, skąd i po co tylu różnych manipulatorów, przestaje mieć znaczenie. Coraz trudniej przekonać młodych, że pogłębiony rozwój owocuje dopiero z czasem, choćby większą łatwością znalezienia się w każdej sytuacji, umiejętnością budowania własnego szczęścia bez zaangażowania cudzych łez. Coraz rzadziej udaje nam się przekonać młodych, że coś, czego dziś nie da się pokazać na fejsie i naszej klasie, na pewno opłaci się za piętnaście lat.

    Jakiś czas temu głośno było o inicjatywie trójki studentów, którzy za wszelką cenę chcieli pokazać społeczeństwu, że „matura to bzdura”. Żeby tego dowieść stworzyli internetowy program telewizyjny pod takim efektownym hasłem. Prowadzą sondy uliczne, w których zadają pytania dawnym maturzystom, by udowodnić, że pytani nie mają dziś wiadomości z tego okresu życia. Czego dowodzi ten świetny i błyskotliwy, młodzieńczo anarchistyczny, protest? Że tamta wiedza była źle ugruntowana? Że była zła, bo abstrakcyjna? Że szkoła funkcjonuje w oderwaniu od życia? Że wiedzę zdobywamy podług zasady „trzy razy zet”, tj. zakuć, zdać, zapomnieć? Być może, ale niechcący pomysł pokazał, że większość ludzi zatrzymała swój rozwój intelektualny na etapie szkoły średniej i potem nie zrobili nic więcej. Studia, nawet jeśli je skończyli albo były - jak każde studia - ukierunkowane specjalistycznie, a więc ograniczające, albo po prostu były na modnym dziś poziomie, czyli kto opłacił semestry dyplom dostał.
  
Autorzy programu nie poddali rezultatów swojej pracy prostej refleksji albo zapomnieli, że matura to nie egzamin dający kompetencje omnibusa na wieczyste użytkowanie, bo w założeniu miał dawać podstawę do samodzielnego, dojrzałego właśnie, dalszego rozwoju człowieka. Gdy zaś zadawali pytania o sens nauczania geografii, literatury, historii kultury, podkreślając życiową nieprzydatność tej wiedzy, pominęli być może fakt, że poza szkołą, większość rodaków, sama i z własnej woli, nigdy nie sięgnie po takie przedmioty, a tym samym, bez wypracowanego dotąd i wcale nie wolnego od wad systemu edukacji, moglibyśmy śmiać się potem z siebie, jak dziś śmiejemy się z niektórych Amerykanów, którzy przybywają do nas przerażeni i pozytywnie zaskoczeni, że w Polsce jednak nie biegają ulicami głodne białe niedźwiedzie. Zdumieni przekonują się, że na wschód od Łaby nie zaczyna się kraina wiecznego śniegu, a ludzie wyszli z jaskini.

    Obawiam się, że sondy w duchu „matura to bzdura” nie dowodzą zupełnie niczego, poza dawno odkrytą prawdą ewolucji, która powiada, że nieużywany narząd zanika. Dzisiejsza zaś matura usiłuje coraz częściej przekonać, że używanie własnego aparatu poznania jest wręcz zbyteczne, skoro wszystko da się wyguglować, a potem przeliczyć na procenty i punkty z podstaw lub rozszerzenia, a jak te mają się do życia? Przekonamy się za jakiś czas, jeśli po drodze nie zostaniemy intelektualnym Bangladeszem Europy.

wtorek, 5 maja 2009

Filozofia gotowca

Mamy czas matur, czas stresu, napięć, wzmożonych korepetycji, powtórek, ale także czas żniw dla sprzedawców wszelkiej maści gotowców, ułatwiających przechodzenie przez egzamin ustny. Wkrótce zacznie się też czas obrony prac magisterskich i licencjackich. Jakiś czas temu czytałem w jednym z tygodników rozważania o bezradności prawa wobec internetowych sprzedawców prezentacji maturalnych i wszelkich prac kończących edukację. Kwitnie handel gotowymi pracami i nikt nic nie może z tym zrobić, bo najczęściej sprzedaje się je w kategorii „pomoc naukowa” z zastrzeżonym zakazem kopiowania, powielania itp. Cennik różny, zależnie od oryginalności tematu, objętości pracy, statusu, tytułu naukowego i poziomu erudycji rzeczywistego autora. Chętnych nabywców nie brakuje, więc w zasadzie można uznać, że to taki sam handel jak każdy inny. W końcu sprzedaje się też skradzione samochody, filmy, gry, komórki i komputery, więc czemu nie miałoby się sprzedawać cudzych prac? Tak na chłopski rozum sprzedawca, który sam tworzy i kompiluje prace na zamówienie, zdaje się być takim samym rzemieślnikiem jak hydraulik odstawiający fuchę po godzinach. Korzysta ze swoich narzędzi, wiedzy i umiejętności, więc o co chodzi? Jeśli nauczyciel sam pisze prezentacje i nimi handluje, to tak samo, jakby udzielał korepetycji po godzinach. Rzemieślnik robi dobrze swoją robotę, więc ma nabywców, normalne prawo rynku, a towar dobry jak każdy. Podejrzewam, że pies jest pogrzebany pod innymi drzewkami, wcale nie pod agrestem praw moralnych, karnych i innych. Nie mieszam też do tego sumienia; ani sprzedających, ani tym bardziej kupujących. Polak zaradny jest i do biznesu morale zwykle nie lubi mieszać, podobnie jak do polityki.

    Umówmy się jednak w tym miejscu, że nie wolno uogólniać, nie każdy na szczęście kupuje gotowce, jak nie każdy kupuje dyplom na rynku. Dalsze moje rozważania dotyczą wyłącznie mniej lub bardziej licznej grupy maturzystów i studentów, dla której świadectwo dojrzałości, czy tytuł licencjata albo magistra, nie ma związku z ukoronowaniem zdobytej wiedzy i umiejętności, stanowi bowiem papierowy zapis, który tu i ówdzie trzeba będzie pokazać.

    W zasadzie należałoby wyjść od pytania: skąd popyt na gotowce? Dlaczego młody człowiek, stojący przed progiem egzaminu, nie chce traktować go jako sprawdzianu ze zdobytej wiedzy, dojrzałości i kompetencji? Dlatego woli widzieć w egzaminie życiową nierówność, przeszkodę, którą należy pokonać łatwo, najlepiej efektownie, z wyskoku i bez potknięcia? Czy wystarczy ponarzekać na czasy? Zatem na łatwość dostępu do gotowca w sieci? Oderwanie zakresu i tematów pisanych prac od rzeczywistej wiedzy, zdobytej w czasie nauki? A może trzeba ponarzekać na bolączki naszego życia, które jak wiadomo przede wszystkim powinno być proste i nieść jak najwięcej przyjemności? Tym samym życie nie powinno stawiać wymagań, skłaniać do wysiłku, ani doskwierać koniecznością dawania czegoś z siebie. Takie podejście zdaje się być normą w coraz szerszych „intelektualnych kręgach”.
   

Jakoś zupełnie nie przekonuje argumentowanie w duchu, że takie egzaminy niczego nie dowodzą, że szkoda tracić czas na pisanie niepotrzebnych prac, które w życiu do niczego się nie przydają. Podobnie motywacje typu: „po co mi Mickiewicz, jak ja na politechnikę idę?” też nijak do mnie nie przemawiają. Może rzeczywiście Mickiewicz nie pomoże w studiowaniu mechaniki, ale z pewnością pisanie o nim rozwinie umiejętność przelewania na papier własnych myśli. Na dowód, że to się przydaje, mógłbym przedstawić kilka podań o pracę i listów motywacyjnych ludzi, którzy w CV z dumą piszą o sobie „,magister inżynier”, ale już w liście zamieszczają potworki w stylu: „upszejmie porszę o przyjencie do waszej prenrznej firmy na rynku od wielu lat”. Gdyby autorzy tego typu mniej oprotestowali zasady pisowni, a więcej samodzielnie pisali w szkole średniej, może zrozumieliby, że starając się o pracę w ten sposób podają o sobie więcej złych informacji niż dobrych. Ale gdzie u licha jest błysk instynktu, intuicji, która podpowie im: uważaj, bo lekceważysz adresata, pokazujesz brak szacunku dla pracodawcy! Może pomyśleć, że skoro olewasz własną wizytówkę, olejesz też jego firmę i zadania, które ci powierzy. Nawet jeśli pracodawca poszukuje inżyniera mechanika, ucieszy się przecież, gdy kandydat opanował elementarne zasady komunikacji, dzięki temu z czasem powierzy mu kierownicze stanowisko.

    Zadziwiające jest to jak amatorzy kupowania gotowców oddzielają umiejętności nabyte w szkole od życia. Jakby ktoś kształtował ich w schizofrenicznym poczuciu, że to, czego nauczą się w szkole nijak nie ma się do tego, co spotka ich w życiu. Zdaje się, że w naszym kraju zaczęło panować przekonanie, że jeśli nabytej wiedzy i umiejętności nie da się przeliczyć na pieniądze, na wygodę, na namacalny cel, najlepiej osiągalny w tej chwili, nie warto zawracać nim sobie głowy. To przykład myślenia doraźnego, które nie sięga dalej niż dzień maturalnej prezentacji z języka polskiego, dzień obrony licencjatu, magisterium. Tymczasem nigdy nie wiemy, czy to, czym dziś żyje świat, co sprawdza się na rynku pracy, czy to wszystko będzie kogoś obchodzić jeszcze jutro. I w drugą stronę: kupcy gotowców nie doceniają rozwoju intelektualnego, jakby sobie samym na złość. Zupełnie nie mają świadomości, że im więcej czytają, myślą, wypowiadają się samodzielnie, tym szersze pole rozumienia mechanizmów społecznych, większa odporność na manipulację, ciemnotę, zabobon i ogłupianie.

    Metoda zdobywania wykształcenia „przez gotowca do papieru” na szczęście traci znaczenie w zderzeniu z brutalną, ale racjonalną rzeczywistością. Oto z roku na rok mamy coraz więcej ludzi z wyższym wykształceniem i, posługując się skrótem myślowym, można symbolicznie powiedzieć, że z roku na rok jest coraz więcej absolwentów zarządzania, ale nie bardzo już jest kim zarządzać. To budzi we mnie szczyptę optymizmu, że w tej jednolitej grupie pod względem posiadanego papieru nastąpi naturalny i sprawiedliwy podział na tych, którzy są wykształceni i na tych, którzy wycisnęli dyplom z gotowców, którym palcem trzeba pokazać jak mają żyć i co robić.
Print Friendly and PDF