Często jest to własna witryna, ulubiony blog, znany portal, na którym znajduje się wypatrzony dział, rubryka towarzyska, wiarygodne wiadomości, ciekawe artykuły. Ale przy okazji zdarza się na takiej stronie wyłapać interesujący tekst, reportaż, wywiad, z godziny na godzinę skrupulatnie uzbrajane w komentarze odbiorców. I właśnie czytając takie wypowiedzi pod tekstem często zastanawiam się, co pomyślałby o Polakach przysłowiowy przybysz z kosmosu, gdyby chciał sobie wyrobić opinię o naszej mentalności i z jakiegoś powodu dane mu było budować ją tylko na komentarzach internautów, pod dowolnie wybranymi artykułami? Być może przyszłaby do niego myśl Stanisława Lema, który pewnego dnia przyznał, jakoby nie miał pojęcia, że tę ziemię zamieszkuje tylu idiotów, dopóki nie podłączyli mu internetu. Czy można jednak milcząco, i jak długo, przechodzić ze wzruszeniem ramion do porządku dziennego, gdy każdy tekst kwitowany jest stekiem bzdur nie na temat? Ile można znosić wulgarny ton, przesycony nienawiścią do autora lub prezentowanej idei, nienawiścią z zasady, bez konieczności bliższego poznania autora? I to wieczne zainfekowanie najprostszych tekstów rojem błędów rzeczowych, składniowych, ortograficznych, też może nie przeszkadzać, jak się okazuje. Czy wystarczy tylko tego nie czytać? Skupiać uwagę jedynie na mądrych frazach i dobrze skrojonych wypowiedziach? W końcu tych mądrych też jest sporo. Pewnie tak, ale wypowiedzi na poziomie z racji poziomu nie zapadają w pamięci na długo. Zwłaszcza, że to co głupie, podłe i niedorzeczne jakoś przewrotnie ma większą siłę rażenia emocji. Bo jeśli komentarze są płaskie i po prostu idiotyczne, chamskie, małoduszne, przesycone brakiem taktu i wyobraźni, to co sądzić o ich autorach? Kiedy widzę ich liczbę, zalew wręcz, mózg zaczyna szukać formy obrony, jakiegoś uspokajacza, argumentu, który udowodni, że nie jest tak źle, że na trzystu czytających przecież tylko trzynastu komentuje. Innym się nie chce, nie mają czasu na głupoty, to poniżej ich mądrości i godności. Albo przychodzi z odsieczą porównanie do świata zwierząt. Do takich piesków na przykład. Wielki, silny i odważny pies nigdy nie szczeka, bo sama jego postawa budzi respekt i szacunek. Natomiast mały, nijaki i niepozorny kundelek ledwie wybiegnie przed dom, jeszcze go nie widać, a obszczeka wszystko i wszystkich, żeby tylko zaznaczyć swoją obecność. U ludzi podobnie: im mniejsza i nikczemna postać, tym więcej hałasu wokół siebie czyni, co trafnie ujęła Dubravka Ugrešić, a co można przenieść symbolicznie w przestrzeń internetu: Czy popchnął was kiedyś na ulicy jakiś duży człowiek? Mnie nigdy. Ale wiele razy dali mi kuksańca w żebra ludzie mali. To ci, którzy zdobywają przestrzeń i wszystkim dają do zrozumienia, że istnieją. To ci, którzy, walą was swoimi plecakami, którzy depczą wam po nogach, ci, którzy rozmawiają głośno przez komórkę w miejscach publicznych. Czy widzieliście wielkoluda wydzierającego się do komórki? Ja nigdy. Wielkolud schodzi z drogi, stąpa miękko jak kot, żeby was nie narazić na szwank, udaje mniejszego niż jest, cichszego niż mógłby być. Wielkolud z zasady stara się być niewidoczny.
Powyższe słowa kreślą równie dobrze wizerunek ludzi małych mentalnie i intelektualnie, a jednak mających przyzwolenie na demonstrację małości. Im głupsze głosy komentatorów przeróżnej maści, tym chętniej kwitujemy to wzruszeniem ramion, mówiąc przy tym: „chciał zaistnieć, chciał się popisać, chciała się wyżyć, wyładowała frustrację”. No cóż? Może rzeczywiście komentarze pod artykułami są jedynie sejsmografem poziomu frustracji Polaków? To oznaczałoby, że przybysz z obcej galaktyki, już po półgodzinnej ich lekturze, musiałby wiać z prędkością światła do siebie, zanim nie stanie się celem owej frustracji. Ale cóż to za metoda na głoda frustracji, jeśli pokrzykującemu towarzyszy mało wyszukany nick, w miejscu, gdzie cywilizowani ludzie mają odwagę podpisać wypowiedź imieniem i nazwiskiem? Czy tak wygląda zaistnienie? Jaki sens ma werbalizacja i demonstracja postawy i mądrości, jeśli autor/autorka podpisuje się jako „nic-23”? Czy do bezimiennego „nic-23” można przypisać kategorię „chciał zaistnieć”? Zatem kto lub co chciało zaistnieć w tej formie? Trzepot słów li tylko? Wszak osoby tu nie ma, jest nick. Ale na to też znajdziemy proste wytłumaczenie: „przecież to taka moda internetowa, taka nawet reguła, że nie podpisujemy się imieniem, a już na pewno nie nazwiskiem”. A skąd się wzięła ta reguła? Bardzo chciałbym wierzyć, że z poczucia autorskiego wstydu za głoszone androny i brednie nie na temat, ze wstydu za nieumiejętność analizy czytanego tekstu i napisania dwóch poprawnych zdań po polsku, ze wstydu wreszcie za to, że chce się powiedzieć coś, choć do powiedzenia nie ma się absolutnie nic. Można przyjąć takie rozwiązanie. Można też uznać, że nick to wygodny sposób, żeby ukryć się zarówno przed odpowiedzialnością za głoszone dziwności, ale też ukryć się przed pracodawcą. Sądząc po godzinach publikowania komentarzy, wtrącanie przysłowiowych pięciu groszy odbywa się najczęściej na koszt pracodawcy, w czasie, który autorzy odsprzedają za pensję. Jasne, część z nich to matki i ojcowie na urlopie wychowawczym albo posiadacze L4 i opieki, inna część, to bezrobotni, jeszcze inni piszą komentarze w czasie przerwy śniadaniowej (bardzo chcę w to wierzyć).
Zatrzymam się jednak na pomyśle, że komentatorzy piszą w ciągu dnia pracy, zatem nie są prostymi robotnikami przy taśmie. Skoro mają dostęp do sieci - ujmijmy to mocno uogólniając – są pracownikami umysłowymi. Podejrzewam, że mają wyższe wykształcenie lub przynajmniej średnie. Idąc dalej tym tropem mogę podejrzewać, że pracują w biurach, a więc pełnią funkcję usługową, jeśli nie w interesie pracodawcy, to przynajmniej szeroko rozumianego klienta. Zajmują się naszymi podatkami, oszczędnościami, kredytami, edukacją naszych dzieci, odpoczynkiem, sprzedażą samochodów, nieruchomości, ich remontem, ubezpieczeniem, zdrowiem. I jeśli poziom ich erudycji, dojrzałości, mądrości życiowej i profesjonalizmu znajduje swoje odbicie w jakości internetowych komentarzy, zaczynam się bać o przyszłość losów naszych wnuków, ale także nas samych.
Pozostaje jedyna nadzieja, że mówię tu o bardzo wąskiej grupie reprezentacyjnej, bo ludzie na odpowiednim poziomie zwyczajnie nie mają potrzeby wstawiania niestrawnych odrzutów mózgu pod tekstami, które innych kosztowały sporo pracy i wysiłku. Ale cóż, jakie medium takie komentarze. Czegóż mam bowiem czepiać się w komentarzach, jeśli otwieram internet i czytam tytuł głównego artykułu: „Wszyscy mężczyźni pragną aktorki X.”. Po pierwsze jest mi wstyd, że nie należę do kategorii „wszyscy mężczyźni”, bo dotąd nic nie wiedziałem o istnieniu rzeczonej aktorki, która kręci wszystkich facetów świata, więc nawet pragnąć jej nie mogłem, nad czym serdecznie boleję. Może więc już skończę ten felieton i szybko dowiem się, czy pani X. ma może piersi za uchem albo przynajmniej sześć sutków. Czymś się musi różnić od pozostałych kobiet świata, których w tej sytuacji nikt już nie pragnie. Skoro wszyscy mężczyźni świata jej wypatrują, może przynajmniej nie przypomina kobiet wieszaków, przez które nastolatki popadają w anoreksję. Zresztą niech popadają, przecież i tak nie ma na świecie faceta, który ich zapragnie.
Ech, jednak tęsknię do czasów, gdy słowo pisane budziło respekt i szacunek, a mój ulubiony bohater filmowy – Kaziuk z „Konopielki” Leszczyńskiego – choć sam analfabeta mówił do syna: pisanie to nie gadanie, byle czego się nie pisze.


