Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Walentynki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Walentynki. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 16 lutego 2009

Walenty rozpięty, a łapy w kieszeniach

Nie, zupełnie nie miałem potrzeby pisać o tym dziwnym święcie, które (podobnie jak wiele innych mód), jakiś czas temu dotarło ze zgniłego Zachodu. Niby co można napisać o zwyczaju przeszczepionym na nasz grunt? Tyle tylko, że o jego przeniesienie na dziki Wschód zadbali zapewne spece od marketingu. Po co to zrobili? Ano pewnie po to właśnie, żeby zwiększyć szeroko rozumianą sprzedaż towarów i usług. Jak wieść gminna niesie, lepiej sprzedaje się cokolwiek, gdy wcześniej wykreuje się potrzebę, której dotąd ludzie nie znali. A jeszcze lepiej sprzedaje się, gdy taka potrzeba należy do wyższych. Zatem dlaczego Walentynki mogą i muszą być dobre? Bo taki to dzień, kiedy pamiętamy o osobach kochanych, o tych, które darzymy bezinteresowną sympatią, lubimy za to, że są i musimy koniecznie to pokazać akurat 14 lutego. Poza tym dniem zwyczajnie mniej się liczy. Zupełnie jakbyśmy mieli nie okazać miłości i sympatii za dwa tygodnie i za miesiąc, kiedy z hipermartektu znikną już czekoladki w kształcie warg ułożonych w całuski i różowe majtki z miłosnym wyznaniem, haftowanym po angielsku. Wszak po polsku „kocham cię” brzmi jakoś nie halo i ciężko bez „I” (czyli „aj”) walnąć czerwone serduszko, szczególnie na majtasach, w miejscu, gdzie przewód moczowy znaczy materiał na żółto.

   Nie chciałem pisać o Walentynkach, a jednak piszę? Cóż za perfidia losu! Zwłaszcza, że 14 lutego uznałem, że nie będę pisał o czymś, co jest w odbiorze społecznym dosyć proste: dzieli ludzi na zwolenników dawania bliskim oznak sympatii i na tych, którzy mają głęboko w poważaniu komercyjne święto, choć, przynajmniej w dobie kryzysu, może ono ratować gospodarkę. Nie chciałem pisać, bo wiadomo: nie powiem nic, co Walentynki unieważni i odwoła świętowanie. Nie napiszę również niczego, co uwzniośli banał tego świętowania. I nie napisałbym pewnie, gdyby los się nie wyzłośliwiał. Los bowiem wyrzucił mnie tego dnia na dworzec i kazał stanąć na peronie. I co na tym peronie? Ano los pokazał mi taką oto scenkę, w której odbija się pięknie zderzenie idei dnia św. Walentego z kulturą kraju nad Wisłą. A było to tak:


Stoi Walenty na peronie, na oko ma jakieś 23-26 lat. Czeka z łapami w kieszeniach spodni, chowa uszy w kołnierz, bo lodowaty wiatr wieje wzdłuż peronu. Zatrzymuje się pociąg, Walenty nie rwie się i nie zmienia pozycji. Z pociągu wysiadają dosłownie trzy osoby. Jedna z nich, dziewczyna, przyjechała pewnie z daleka, bo ciężko objuczona i jakoś intuicyjnie bardzo pasuje posturą do Walentego: jest przy kości, w białych kozaczkach i czarnych leginsach, pod krótką dżinsową spódnicą. Uda i łydki masywne, mocno zbudowane, dobrze komponują się z ciężarem, jakim ją obarczono. Idzie ciężko, stawiając stopy na zewnątrz, sunie od jednego z ostatnich wagonów. Walenty nadal stoi nieporuszony, z łapami w kieszeniach, czeka. W końcu zimno jest, a Walentynka porusza się ciągle zbyt wolno i jeszcze dźwiga w obu rękach ciężkie podróżne torby. W końcu doczłapała się do Walentego, a wtedy on przystępuje do akcji. Nie ruszył się z miejsca, widać mocno się koncentrował i przetrzymał gorące emocje, dopóki ona nie znalazła się na jego wysokości. Teraz dopiero, nie wyjmując rąk z kieszeni, zaczyna ją całować, gdy ona dalej trzyma te torbiszcza ciężkie. Prześwit między ich brodami i wypukłymi mocno brzuchami układa się w nieco zdeformowane serduszko, a wzdłuż ciał zostały proste ramiona, choć każde z innego powodu. Nagle Walenty nasycił się i przepełniony rozkoszą przestał całować swoją Walentynkę. Cofnął się pół kroku i wyciąga łapę z kieszeni, a w łapie czerwone pudełeczko. Z pewnością wiele warte w zestawieniu z całym jego gorącym oczekiwaniem i jakże namiętnym powitaniem. Walentynka ogląda pudełko, uśmiecha się rozkosznie i chowa je do kieszeni krótkiej kurteczki. Podnosi wcześniej pozostawioną torbę. On chowa łapy do kieszeni i już idą do podziemnego przejścia, na schody, może tam nie wiało? Może chociaż te torby od niej wziął?
Print Friendly and PDF