Najprościej byłoby stwierdzić: nie znoszę odgrzewanych kotletów. A co dopiero kotletów odsmażanych w nadmiarze. Od wielu miesięcy, zanim produkcje „Lalki” zbliżyły się do ekranu, sieć siała fotosami nie dając zapomnieć twarzy dwóch nowych Wokulskich. Na przemian żenują najbardziej wzięci aktorzy. Przebrany w kostium z epoki Dorociński Marcin (a temu żadna charakteryzacja nie pomoże w zamaskowaniu wizerunku zblazowanego wychowawcy z poprawczaka) oraz wbity w szerszy fraczek Tomasz Schuchardt (o powierzchowności ojca kierowcy, z przylepionym do wargi petem i w podkoszulku do bicia żony). Nawet kaprawemu oku trudno zobaczyć w Tomaszu kupca i to szlacheckiego pochodzenia. Przesyt medialny tych wizerunków prowadzi do mdłości, ale ciągle jakby mało, więc raczy się potencjalnego klienta twarzą Sandry Drzymalskiej, której subtelność kojarzy się raczej z sutereną niż z domem arystokracji. Buźka Kamili Urzędowskiej przywodzi na myśl raczej kicz lalki porcelanowej z kredensu niż twarz kobiety z obiegiem krwi błękitnej. Ale jakie to ma znaczenie, gdy trwa nakręcanie potencjalnego widza i zapowiada się dym mniej lub bardziej sensownych dyskusji. Chyba za długo już żyję, żeby nie wiedzieć, że wszystko to ma nakręcić znaczącą kasę, a że na chucpie? Cóż lepiej sprzeda się w kartoflanym raju?
Pozostając w obrębie metaforyki kuchennej, można powiedzieć, że serwuje się widzowi naraz film i serial, jak dwa podobne dania drugie, bez szansy na zupy i przystawki. To tak, jakby wrzucić na jedną patelnię te same stare kotlety babci Malwinki, z tym, że ciocia Helenka część za chwilę poleje sosem curry, a ciocia Lusia kokosowo-imbirowym. I obie zachwalać będą nowe dania, choć wyczujemy w nich smaczek przydługiej inkubacji i fakt, że zwyczajnie ciągną lodówą. Tymczasem ciocie pochylone nad blatem wypatrywać będą zachwytu i aplauzu.
Moda jednak nastała na przeróżne próby opowiedzenia od nowa, z ducha „znacie? to posłuchajcie i zapłaćcie raz jeszcze” i nikt nie pyta o sens. Dało się pokazać animowanych „Chłopów” z sukcesem i zajefajną muzą? Niektórzy uznali to nawet za nowość (choć tu oddajmy przynajmniej szacunek nowatorskiej formie) Czemu nie pójść dalej? Tym bardziej, że powieść Prusa najważniejszą polską jest i basta. I nikt nie napisał „Lalki” na miarę XX wieku, choć cała krytyka literacka jęczała w ostatnich dekadach poprzedniego stulecia i rozlewała łzy nad brakiem tak wiekopomnego dzieła na miarę naszego czasu. Tyle że filmowe wersje były wystarczająco nośne i pełne. Najpierw Wojciech Jerzy Has wcielił Mariusza Dmochowskiego w rolę Stanisława Wokulskiego w 1968 roku, później Ryszard Ber zrealizował serial w 1977r. z genialnym Jerzym Kamasem w roli warszawskiego kupca. Możemy zatem tylko przypuszczać, że twórcy dwudziestopierwszowiecznych wersji filmu i serialu, obstawiają wysoko niewiedzę i zaślepienie pokoleń od późnych X-ów przez Zetki i Igreki aż do Alf. Wcisną z odpowiednią siłą „produkt lalkopodobny”, przerobiony na miarę aktualnych prędkości, zmian obyczajowych, mód politycznych i społecznych, puszczając zaropiałe ignorancją oko tak do widza, jak do oryginału powieści.
Nie sądziłem, że będę miał ochotę o tym pisać, pierwotnie uznając, że szkoda psuć klawisze na chwyty pseudoartystyczne tego typu. Nie zamierzałem z kilku powodów. Uznałem przede wszystkim, że nie będę się wypowiadał, żeby nie dołączyć do hurmy poruszonych pozornym wydarzeniem, zarówno tych „na tak”, jak i rzeszy ustawionych „na nie”. Takie wzloty naciąganego przedsięwzięcia nie budują kultury tego narodu, wywołują jedynie gównoburzę na chwilę, gdyż są wynikiem manipulacji marketingowych, podszytych pozorem przybliżania klasyki ludowi. A jak mawia prawa strona sceny politycznej i jej czołowy bulterier: „ciemny lud wszystko kupi”. Ale nie chciałem zabierać głosu także ze względu na brak obiektywizmu, no i skoro nie chcę oglądać, to czemu mam się wypowiadać? Ostatecznie uznałem, że należy napisać coś nie tyle o tym, jak to jest zrobione, co raczej po co się robi. Zwłaszcza, że są mądrzejsi ode mnie, którzy wypunktują bezpośrednie słabości realizacji po rzetelnym obejrzeniu. I tu już bardzo szybko z pomocą przyszedł post pisarza Jerzego Sosnowskiego. Na temat serialu Pawła Maślony przeczytałem niemal na gorąco (FB w dniu 17 września 2026):
scenariusz robi wrażenie, że napisał go jakiś zarozumiały licealista, który trochę wie o przeszłości (film jest w końcu kostiumowy, a dekoracje starają się realistycznie oddać epokę), a czego nie wie, to sobie dośpiewał, niczego już w źródłach czy ikonografii nie sprawdzając. Na przykład: czy Orzeszkowa mogła rezydować wtedy w Warszawie (Konopnicka owszem, a pomylenie ich to licealna klasyka), albo jakie jest prawdopodobieństwo znalezienia się wówczas na balu kobiety w ciąży (żadne).
Ale o to nawet mniejsza (choć tego rodzaju wpadki drażnią mnie w filmach, których akcja toczy się w jasno określonym momencie dziejów – a na ekranie mamy w pewnej chwili datę „13 maja 1878”). Gorsze jest co innego. Otóż ja naprawdę jestem w stanie zrozumieć chęć nakręcenia serialu o feministce z drugiej połowy XIX wieku, którą stara się usidlić aferzysta-łajdak, marzący o awansie społecznym. Tylko po co używać nazwisk bohaterów wielkiej polskiej powieści (wiadomo po co: ze względów marketingowych)? I po co aferzyście ten awans, skoro (znów pojawia się problem researchu) wszyscy zachowują się jak lumpy, rzucają k..ami i chu…jami, co zaciera jakąkolwiek różnicę w sposobie zachowania ludu i arystokracji?
Gdybyż to jeszcze miało wdzięk (nie ma), wewnętrzną logikę (brak), albo zachwycało grą aktorską[…]. Niestety w sumie przypomina to jednak amatorskie przedstawienie w kostiumach z wypożyczalni, do którego wykorzystano ponurą muzykę, żeby „zrobić nastrój”. I nie chodzi mi o brutalną niewierność powieści, tylko o to, że zamiast niej daje mi się jakiś ordynarny komiks.
Ale o to nawet mniejsza (choć tego rodzaju wpadki drażnią mnie w filmach, których akcja toczy się w jasno określonym momencie dziejów – a na ekranie mamy w pewnej chwili datę „13 maja 1878”). Gorsze jest co innego. Otóż ja naprawdę jestem w stanie zrozumieć chęć nakręcenia serialu o feministce z drugiej połowy XIX wieku, którą stara się usidlić aferzysta-łajdak, marzący o awansie społecznym. Tylko po co używać nazwisk bohaterów wielkiej polskiej powieści (wiadomo po co: ze względów marketingowych)? I po co aferzyście ten awans, skoro (znów pojawia się problem researchu) wszyscy zachowują się jak lumpy, rzucają k..ami i chu…jami, co zaciera jakąkolwiek różnicę w sposobie zachowania ludu i arystokracji?
Gdybyż to jeszcze miało wdzięk (nie ma), wewnętrzną logikę (brak), albo zachwycało grą aktorską[…]. Niestety w sumie przypomina to jednak amatorskie przedstawienie w kostiumach z wypożyczalni, do którego wykorzystano ponurą muzykę, żeby „zrobić nastrój”. I nie chodzi mi o brutalną niewierność powieści, tylko o to, że zamiast niej daje mi się jakiś ordynarny komiks.
Wygląda na to, że intuicja, wsparta niechęcią do udawania nowych adaptacji klasyki, powstrzymuje mnie słusznie jako odbiorcę. Choć zapewne zaraz pojawi się milion pięćset opinii widzów zachwyconych stawianiem świata Prusa na głowie. Bo przecież nie chodziło o kolejne przenoszenie oryginału, tylko dyskusję z tymże, choćby na potrzeby troglodyty, biegnącego przez intelektualny step z ajfonem w dłoni, któremu wiecznie za mało rozrywki. Zwłaszcza, że nienawidzi szkolnych lektur nie tylko dlatego, że ich nie czytał, ale że z ich powodu bywał nieraz porządnie kopnięty w wybujałe ego.
Nie wiemy jeszcze, co wyjdzie z kinowej wersji w reżyserii Macieja Kowalskiego. Jego „dzieło” zmierzy się z widzem z końcem września. Jednak efekt zestawienia Pawła Maślony z Netflixem nie mógł dać dobrych rezultatów z założenia. Z jednej strony płaskie zabiegi szokowania nauczycielek polskiego, nawykłych do nauczania świętej klasyki i w duchu zmagania romantyzmu z pozytywizmem, z drugiej zasilanie mody na feminizm, do tego walka o kasę i poprawność polityczną (aż żal, że producent nie wymusił czarnoskórego Rzeckiego). Koniec końców produkt najwyraźniej nie przyniesie chwały polskiemu kinu. Nie ubrązowi zdolnego skądinąd reżysera (że przywołam świetny film „Kos”, z równie świetnymi Braciakiem i Więckiewiczem), chyba, że plamami kału, którego spore dawki chlusną po sieci i nie tylko w reżysera Pawełka. Po co zatem przyprawiać gombrowiczowską gębę akurat „Lalce”? I po co czyni się z niej coś, co raczej powinno nosić tytuł (też znajdujący odniesienie w powieści) „Lalki rozpruwanie tępym scyzorykiem”? Wówczas można byłoby mówić o daleko posuniętej adaptacji na miarę czasów, a może nawet o satyrze historycznej a’la serial „1670”.
Odpowiedź na powyżej postawione kwestie niemal trąca o banał. Kto dziś łączy nazwisko reżysera z tytułem? Gdyby Maślona próbował realizować kino autorskie pod własną nazwą, prawdopodobnie latami czekałby na znalezienie producenta, zatwierdzenie scenariusza, kołowanie funduszy, a efekt? Uznanie na kilku festiwalach, trochę projekcji w kinach studyjnych i miękkie lądowanie w niszowych kanałach telewizyjnych po latach. Za dużo zachodu jak na epokę, w której wszystko musi gnać, być teraz, natychmiast i nieważne co mówią, byle tytułu nie przekręcali. Ten zaś, dzięki przypadkom starego Prusa, każdy pamięta, chce czy nie. I ma szansę odrobić lekcje z polskiego, choćby po dekadach, a przy tym solidnie wyżyć się na nieprzepracowanych szkolnych porażkach. Recepta na kasę w połączeniu z manipulacją gawiedzi jest równie obrzydliwa, co bardzo skuteczna jak widać. To jeszcze jeden dowód na to, że wszystko da się przeliczyć na pieniądze. I tylko niesmak zostaje. Nawet nie z powodu wycierania pyska po kebsie narodową klasyką, ale z powodu przyzwolenia tzw. elit kultury i radości ignoranta, który łyknie każde badziewie dla chwili rechotu.




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz