Nieco zmarznięta, ale bardzo miła pani powitała nas w progu Baszty Kłodzkiej. Mimo gorąca na zewnątrz, skarżyła się na chłód w poszukiwaniu polaru za sobą. Sprzedała bilety łączone na dwie baszty i przejście podziemne. Tym samym po chwili wspinaczki mogliśmy cieszyć oczy perspektywą miasteczka i pstrykać turystyczne fotki, które z czasem, jak większość z nas, coraz rzadziej będę oglądał. Gdy na powrót osiągnęliśmy wysokość chodnika, pani sprzedająca bilety, wskazała najlepsze kierunki zwiedzania, obierając za azymut zabytkowy pręgierz, odwieczne narzędzie troski o moralność, bardzo modny rekwizyt w obrębie Kotliny Kłodzkiej, który i tu mógł wyznaczyć środek starego miasta, podobnie jak pobliski ratusz.
Tyle pamiętam z filmu, tyle opowiadam. A Czterej pancerni? Nie mam pojęcia, jaki odcinek kręcono akurat tutaj. Przecież nie ostatni, w którym ginie kapitan Pawłow. Tamte sceny, to Twierdza Kłodzko, ale ten turystyczny torcik zostawimy sobie na później. Zaraz zaraz, a Hłasko? Knajpiana scena z filmu Petelskich Baza ludzi umarłych? Gdy Orsaczek (Roman Kłosowski) i Apostoł (Aleksander Fogiel) wchodzą z wielkim kołem i dają zapas na numerek. Hłasko czerpał przecież inspirację z pracy kierowcy w Bystrzycy Kłodzkiej. Wszystko to pasuje do scenerii miasta. Koniecznie trzeba to sprawdzić, ale przed nami Brama Wodna i zakręt, przejście na ulicę Podmiejską. Trudno powstrzymać, znowu barwnie, malowniczo, jakby wspomnienie filmu przeniosło w połowę poprzedniego wieku.
W dalszej perspektywie dawny kościół ewangelicki, odróżniający się klasycystyczną bryłą i o dziwo nie wypalony i nie przerobiony na knajpę, co nie jest rzadkością na tych ziemiach. Mam nadzieję na wejście do środka, ale tu zmyłka. Wewnątrz już tylko muzeum filumenistyczne. Zapomniane słowo dźwięczy gdzieś w głowie, nawet blisko filatelistyki i nie daje spokoju. Nie wytrzymuję, zaglądam do telefonu. No tak! Pudełka od zapałek, chowam sprzęt do kieszeni. Na majonezy i etykietki zapałczane pieniędzy wydawać nie będzie, pociągnęło mi przez głowę wariacją cytatu filmowego z Siekierezady, ale tu można poklepać kamień pręgierza i opuścić Mały Rynek.
Teraz kościół św. Michała Archanioła, który wieżą i żółcią przyciągał uwagę jeszcze przed wjazdem do Bystrzycy. Bryła piękna, gotycko-romańska i tej oberwało się od Husytów w swoim czasie. Już czuję w wyobraźni zapach wielowiekowego „namodlenia”, jak mawiała Michałowa, gospodyni proboszcza z serialu Ranczo. A tu cyk i kolejna zmyłka, kościół zamknięty na głucho. I to jest fenomen czasu i miejsca. W jakimkolwiek niewielkim mieście kotliny bym nie był, do kościołów wstęp wzbroniony. Co łaskawszy proboszcz zostawi otwarty przedsionek, z solidnie kutą kratą i wsadź sobie obiektyw między pręty, a w domu powiększ, żeby zobaczyć coś widział. Od biedy wciągnij chrapami, jak kobyła starego Więcka, zapach wieków namodlenia przez stal i tyle wrażeń. Tu przychodzi kolejny cytat, tym razem z Pułkownika Kwiatkowskiego, też filmu Kutza: „Obywatelska Milicja barykaduje się przed obywatelami, tak?!”, który natychmiast przerabiam na potrzeby chwili: „Kościół katolicki zamyka się przed katolikami, co?”.
Niepocieszony uznaję, że pora odnaleźć miejsce ulżenia fizjologii. W tym wymiarze turysta nie ma łatwo, szczególnie ten kochający małe miasteczka. Samorządy traktują go z buta na trzy sposoby. Pierwszy to kierunkowskazy do najbliższej toalety, gdzie docierasz bez trudu z nadzieją ulgi, ale możesz tylko poszarpać klamkę drzwi zamkniętych na głucho, bez najmniejszej informacji. W niektórych skupiskach zabytków przeczytasz rzeczową tablicę "szalet miejski czynny jest do 10.00 do 16.00, a w soboty i niedziele nieczynny". Drugi sposób na turystę, to „klamka może zadziała jak wrzucisz piątaka”. Znacie współczesnego turystę, który poza kartą płatniczą i zegarkiem z opcją, nosi brzęczący trzos piątaków? Radbym go poznać. Trzecim sposobem zapewne byłoby załatwienie sprawy na wzór lokalsów z miękką twarzą, mijanych tu i tam, którzy bynajmniej nie poszukują restauracji, ale bez krępacji leją we wrota najbliższej piwniczki i tak przecież zasypanej bytnością pokoleń.
Ale oto ratunek: duży punkt informacji turystycznej. Z zapałem Maksia z Seksmisji ruszyłem w nadziei znalezienia jakiejś cywilizacji. I zonk! Przemiła pani dysponowała głównie najnowszą mapą miasta. Omówiła precyzyjnie co widzieliśmy, co wypada jeszcze zobaczyć i jak trafić na Górę Parkową z piękną panoramą miasta z jednej strony, z drugiej zaś z widokiem na Góry Bystrzyckie i masyw Śnieżnika. Na pytanie o toaletę uznała, że po drodze jedna będzie. Najpierw schodkami w dół tam na wprost świetna piekarnia i cukiernia z lodami i bardzo dobrą kawą, stolikami i upragnioną wygódką.
W pędzie szybkie fotki ratusza, odbudowanego w XIX wieku na wzór renesansu florenckiego, więc bryła nadto kusząca dla obiektywu. Piekarnia okazała się oazą współczesności, czystości, wypełnioną zapachami ciast, kawy i chleba. Tym razem reklama była nie tylko przykrywką nepotyzmu. Znalazł się taras, a za nim piękny most kolejowy na Nysie Kłodzkiej. Natychmiast uwiódł mnie kamienną konstrukcją, jakby mówił: luz, siku za tobą, odetchnij chwilę radością dla oczu sprzed dwóch wieków, a póki co uruchom refleksję.
To jest piękne w małych miasteczkach Dolnego Śląska, że wszystko, co malownicze znaleźć można w ciasnych uliczkach, pomyślałem zerkając w górę. Są kręte, strome, często zapomniane przez administrację, ale nie przez żywioły. Kamienice, domki tkwią jak podoklejane niewprawną ręką. W każdy zaułek, z górki lub pod górkę, powtykane bramy, przejścia, tarasy, strome schodki, prowadzące na drugą stronę, by odsłonić malowniczą perspektywę lub zamknąć wrażenia ślepą ścianą. Drewniane poręcze w klatkach, wypuszczających w upał tchnienie stęchlizny, wilgoci i ponurej egzystencji albo zapach smażenia mielonych i gotowania krupniku. Piękno zużytych schodów, nieznających remontu, odgłosy pijaństwa, kłótni i poleceń przeplatanych białym wierszem wiązanek, odległych lata świetlne od czułości. Głosy nikczemnego, wulgarnego egzystowania w połączeniu ze strojami dobieranymi z drugiej albo trzeciej ręki, pozwalają bez trudu odróżnić lokalsów od turystów. Do tego henna kobiet, ciągana ciężką kreską, szampony koloryzujące i leginsy w panterkę. Może i przewrotnie, ale współgra to jakoś z powagą wieków wpisaną w architekturę.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz