poniedziałek, 22 kwietnia 2019

Koszty misyjnego zawodu

❖Posłuchaj tekstu w interpretacji autora❖

Świętowanie dobiega końca, a strajk nauczycieli trwa. Wspieram, trzymam kciuki i obserwuję z niepokojem, także dlatego, że bezpośrednio dotyka moją rodzinę. Naraz mam strajkującą małżonkę i córkę podchodzącą do matury, wiążącą nadzieję na ziszczenie marzeń o studiach. Domyślać się mogę dramatu, jaki rozgrywa się w sercach wielu znanych mi pedagogów, którzy nigdy nie wątpili w sens swojej pracy, którym niesie ona radość, choć jest coraz bardziej wzgardzona. 

    Z natury jestem sceptykiem, więc wątła jest moja wiara w zmianę myślenia społeczeństwa o szkole, podobnie jak w powodzenie protestu. Nie zmienia to faktu, że solidaryzuję się i co do jednego nie mam wątpliwości: oni naprawdę nie mają wyjścia. Muszą, bo nie tylko o godną pensję walczą, ale przede wszystkim o poprawę warunków pracy i jakość edukacji, w trosce o przyszłe roczniki dzieci i młodzieży. Wiedzą najlepiej, ile chaosu wniosły do polskiej szkoły wszystkie burdel-reformy, narzucane z dużą dozą ignorancji i buty przez kolejne ekipy rządzące krajem. 

    O słabości mojej wiary decyduje głównie racjonalna ocena stosunku wszystkich grup sprawujących władzę do nauczycieli i edukacji. Na potwierdzenie ciągłości arogancji wesprę się fragmentem monologu z filmu, wiele razy cytowanego w portalach społecznościowych. Przypomnę kultowe słowa polonisty z „Dnia ŚwiraMarka Koterskiego: … a potem beznadzieja i starość pariasa i wszech porażająca nas wszystkich pogarda władzy od dyktatury, aż po demokrację, która nas, kałamarzy, ma za mniej niż zero. Dlaczego władza każdej maści ma mnie za nic? Czy czerwona, czy biała, jestem dla niej śmieciem. Kurwa! Pod każdą władzą czuję się jak kundel! Czemu nie jestem chamem ze sztachetą w ręku? Ktoś by się ze mną liczył, gdybym rzucił cegłą! 
    Zatem chwycili jedyną dostępną, choć cienką, sztachetę i próbują nią trochę pomachać. Ale stąd właśnie bierze się główny powód mojej niewiary w skuteczność nauczycielskiego oręża. Powiedzmy to raz jeszcze: pogarda każdej władzy dla edukacji nie słabnie, ona się nasila. Film Koterskiego wszedł na ekrany kin w 2002 roku, czyli siedemnaście lat temu. Ile mas rządzących, każdej barwy, dołożyło kamyczek do dzisiejszego protestu? Ale czekali cierpliwie, w pokorze, choć kolejne reformy niweczyły ich trud, uwsteczniały poziom nauczania, dorzucały absurdalnej papierkowej pracy i podnosiły wymagania zawodowe, byle nie rozładować liczebności klas, utrudnić relację uczeń-nauczyciel, byle nie łożyć więcej na jakość kształcenia. 

    W efekcie mamy dalszy postęp cynizmu władz, które nie troszczą się o edukację, bo liczniejsze głosy wyborcze kupuje się z półki patologii społecznej, prostactwa, lenistwa intelektualnego i u chłopa za dopłatę do świni. A świń jest znacznie więcej w tym kraju niż nauczycieli, którzy – jako elektorat do kupienia – nie znaczą nic. Tu idzie przecież o głosy sterowane z pulpitu propagandy, nie o to, by coś usprawnić. Tymczasem pogarda aktualnej władzy polega też i na milczącym oczekiwaniu, aż bezrozumny lud rzuci się na pedagogów z pazurami roszczeń, bo potomstwa zwyczajnie nie ma komu wcisnąć. Niewykluczone, że to zadecyduje o utopieniu protestu w społecznej nienawiści. Tymczasem człowieczek schowany za plecy rządu, zaciera krótkie łapki i dolewa oliwy do ognia demagogii, produkowanej za grube pieniądze, których właśnie brakuje szkole i nauczycielom.

    Jednym z silniej akcentowanych chwytów propagandy jest rzucanie hasła o powołaniu, czyli pracy za darmo. Rozumiem, że w konsekwencji tegoż belfer powinien w sklepie okazywać legitymację nauczycielską i brać z półek, co potrzeba do życia powołanemu, którego żołądek wszak niczym nie różni się od tłustego bebzona polityka każdej władzy. Ma podobny także do flaków wszelkiej maści szwagrów jego konia, dawniej i obecnie wprowadzanych do państwowych spółek. Ale może pedagog powinien przesłać skan legitymacji do spółdzielni mieszkaniowej, z prośbą o zwolnienie z opłat i o to samo posłać do Energi i Spółki Gaz Polska i sieci telefonicznych, które realizują bardzo dużo połączeń od rodziców uczniów, niepatrzących na porę dnia i nocy? 

    Powołanie to piękna idea i nie należy nią szargać, zwłaszcza, gdy dużo kosztuje. Przyglądam się cenie ponad dwadzieścia lat. Każdego tygodnia widzę jak boli brak efektów nauczania podczas nocnego sprawdzania klasówek. Ale też dostrzegam spełnienie i radość nauczycielki, gdy rodzice i dzieci dziękują za zdane egzaminy i matury, za efekty jej rozgoryczeń nad pustymi często kartkami w trakcie semestru. Czasem zestawiam te koszty w naszym życiu domowym i zastanawiam się, których nie braliśmy pod uwagę. Gdy zapadała decyzja, że tylko jedno za nas może być nauczycielem, choć oboje po nauczycielskich studiach, było wiadomo, że w wyścigu do dóbr wszelkich staniemy na szarym końcu i godziliśmy się z tym świadomie. 

    Nie do końca udało się doszacować koszty. Coś przerosło naszą wyobraźnię. Nie braliśmy pod uwagę, że jako współmałżonek nauczycielki, często będę wysyłany na samotne zakupy, a jako humanista stanę się logistykiem rodziny, ekonomistą stadła i buchalterem wszystkich narzuconych przez państwo rachunków. Nawet do kina nierzadko będę musiał chadzać sam, że o spacerach i szansach na długie rozmowy nie wspomnę. Wszystko dlatego, że mój – usankcjonowany ślubem misjonarz – ma nieustające powinności: zajęcia wyrównawcze, zadania do sprawdzenia lub ułożenia, dzienniki do uzupełnienia, puzzle planu lekcji wszystkich klas i nauczycieli pracujących często w kilku szkołach, rady szkoleniowe, pedagogiczne, Radę Szkoły, wspieranie młodszych koleżanek, spotkania z rodzicami, wyjazdy integracyjne uczniów, studniówki, zielone szkoły, itp. za które oczywiście nie ma prawa do dodatkowego wynagrodzenia, bo jest zatykany kneblem misyjnego zawodu. 

    W ramach rekompensaty szkoła umożliwia mi jedynie kawalerskie życie w związku przez dziesięć miesięcy w roku, gdyż małżonka w stan cywilny ma wpisane głównie: nauczyciel. A wątła to nagroda, skoro za dwoje trzeba dopełniać wszelkich domowych powinności. 

   Nie skarżę się, serio, to był świadomy wybór. Ilustruję to życie misyjne, żeby osłabić demagogię władzy. Pamiętać należy, że są jeszcze koszty dodatkowe. Ponad dwadzieścia lat temu nie przyszło nam do głowy, że będziemy dofinansowywać szkołę z pensji niższej niż biedronkowa. Począwszy od papieru toaletowego i ręczników, które nasze dziecko nosiło do publicznych placówek oświatowych (zna to przecież wielu rodziców), przez papier ksero dla mamy i córy, pisaki czerwone i niebieskie, mydła w płynie, herbaty, podręczniki żony, wynoszone kwiatki na okna klasy, obrazy na ścianę, żeby stworzyć przyjazną atmosferę, a skończywszy na zakupie laptopa, wykorzystywanego do układania rozkładu zajęć i rozlicznej korespondencji zawodowej (na prywatną czasu nie ma) i na wypełnianie ankiet, sprawozdań, planów pracy oraz wszelkiego rodzaju pism dowodzących władzom, że nie jest wielbłądem. 

    Powołany i oddany nauczyciel, szczególnie przedmiotów egzaminacyjnych, ma jeszcze jeden koszt psychiczny. Jest traktowany na równi z kolegami od michałków, jeśli chodzi o płacę i stopień zaangażowania. Stawka nie rozróżnia przedmiotów nauczania, tylko hierarchię stopni awansu. Kontraktowy czy mianowany nauczyciel przedmiotów poddanych wszelkiej maści testom i egzaminom, obciążony odpowiedzialnością za wyniki szkoły i jej miejsce w rankingu, dostaje mniej niż dyplomowana pani i pan od przedmiotów nieegzaminacyjnych. To także wpływa dziś na coraz powszechniejszą selekcję negatywną do zawodu. Powoduje, że do szkół, zamiast tych powołanych, coraz liczniej przychodzą – nierzadko dla towarzystwa – znudzone żony bogatych mężów czy matematyczki, które nie potrafią liczyć, sfrustrowani wychowawcy nienawidzący dzieci i poloniści z dysortografią albo historycy wtykający powstanie styczniowe pomiędzy śląskie i warszawskie. I to jest również koszt, o którym warto pamiętać, jeśli pod butem ignorancji polegną nauczyciele walczący dziś o godność szkoły i jakość kształcenia, a demagogia misyjności przykryje smutne fakty.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Print Friendly and PDF